* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CzyTam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CzyTam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2016

Kevan Atteberry: Króliczki!!!

CzyTam, Warszawa 2016.

Przyjaciel

Są w tej bajce króliczki, jest i potworek. Króliczki służą do przytulania i zachwytów, potworek – do straszenia. Przynajmniej teoretycznie. Ale u Kevana Atteberry’ego też, chociaż inaczej, niż można sobie wyobrazić. Bo potworek to Declan. Jest mały i przyjazny. Króliczki natomiast niekoniecznie mają ochotę na przyjęcie roli przytulanek. Sytuacja w bajce wygląda prosto: potworek idzie na spacer i życzliwie wita się z każdym mijanym przedmiotem i zjawiskiem. Kiedy zobaczy króliczki – też chce się z nimi przywitać. Jednak króliczki nie mają na to ochoty i uciekają. Potworek robi się coraz bardziej markotny.

„Króliczki!!!” to humorystyczny picture book dla najmłodszych. Autor obywa się tu niemal bez słów, całą narrację przerzuca do rysunków. Jedyny tekst stanowią powitania (i, oczywiście, okrzyk „Króliczki!” na widok puchatych bohaterów). Atteberry nie musi nic tłumaczyć, bo wszystko wyjaśnia obrazkami. Widać tu entuzjazm potworka, gdy ten dostrzeże króliczki, widać popłoch długouchych, czmychających za krzaki i drzewa, widać też słabnący zapał i coraz większy smutek osamotnionego potworka. Narrację można układać na podstawie obrazków, lub po prostu oglądać tomik z dzieckiem i wskazywać mu poszczególne punkty prostych ilustracji.

Tym razem role trochę się odwracają. Potworek wydaje się znacznie bardziej sympatyczny niż króliczki: nie ma złych zamiarów, jest życzliwy i miły dla wszystkich, także dla pnia czy patyczka. Króliczki boją się raczej nadmiaru uczuć z jego strony – w ferworze radości mógłby niechcący zrobić im krzywdę. Nie starają się poznać intencji potworka, nie dają mu nawet szansy na wspólną zabawę, wolą zachować dystans. Tego Declan zrozumieć nie potrafi. W efekcie potworek okazuje się jak małe dziecko, czuje żal i nie zastanawia się nawet nad motywacjami króliczków – a one przecież mają swoje racje i powody do ucieczki.

„Króliczki!!!” to obrazkowa historyjka o uczuciach i emocjach. Na jej przykładzie można pokazać dzieciom, że należy delikatnie obchodzić się z domowymi zwierzętami (niejeden pies czy kot ucieka przed nadmiernie pobudliwym kilkulatkiem). Sytuacja, którą prezentuje autor, znana jest w wielu domach, doświadczenie potworka pozwoli wytłumaczyć przynajmniej część emocji. Trzeba przy tym zauważyć, że potworek w swoich minach jest bardzo przekonujący, dzieci od razu będą w stanie powiedzieć, kiedy tryska energią, a kiedy staje się coraz bardziej przygnębiony. Poza mimiką żal daje się wskazać i w samej jego postawie. Dla dzieci ciekawa będzie możliwość odkrywania króliczków za pniami drzew. Autor nie komplikuje zbytnio rysunków, ogranicza ilość detali – najważniejszy jest potworek i jego przeżycia.

Picture book „Króliczki” to książka pełna humoru, chociaż prawie bez tekstu. Dowcip skrywa się tu w nieoczekiwanych zachowaniach, trochę w zamianie ról (potworkowi bliżej do wyobrażeń o przytulance niż króliczkom), ale i w puencie historyjki. Atteberry dostarcza najmłodszym rozrywki, pozwala śledzić przygody na wymownych ilustracjach. „Króliczki” to również w pewnym stopniu satyra na słodkie motywy w twórczości dla dzieci. Ponadto udaje się autorowi całkowicie oswoić potworka – to jemu najmłodsi będą kibicować i na jego szczęście czekać. Jest ten tomik przeznaczony dla dzieci, ale rodzice się przy nim nie zanudzą, jeśli pociechy zechcą w kółko go oglądać. W „Króliczkach” pojawia się bowiem przewrotny żart i zaskakująca minifabuła. To tomik dla każdego.

wtorek, 21 października 2014

Katherine Applegate: Jedyny i Niepowtarzalny Ivan

CzyTam, Warszawa 2014.

Cena przyjaźni

Ivan jest Jedyny i Niepowtarzalny. Takie hasło widnieje na plakacie zachęcającym podróżnych do odwiedzenia maleńkiego cyrku. Ivan rzeczywiście jest Jedyny – poza nim mieszka tu jeszcze schorowana słonica i bezdomny pies. Ivan to goryl, który kiedyś stracił całą rodzinę i teraz nie ma nikogo poza przyjaciółmi z cyrku. Jest Niepowtarzalny odkąd odkrył w sobie duszę artysty – maluje, a jego obrazki można kupować jako pamiątki. Obrazki pomagają mu też porozumieć się z ludźmi. Julia, mała córka pracownika, potrafi zinterpretować bazgroły Ivana. Dzięki silnej empatii wie, czego potrzeba zwierzętom. A impulsem do działania jest sprowadzenie do minicyrku młodej słonicy i śmierć jej starej samozwańczej opiekunki. Ivan musi zrobić coś, by uchronić małą Ruby przed treserskimi zapędami ludzi. To również metoda, by przypomniał sobie o własnych doświadczeniach z przeszłości.

„Jedyny i Niepowtarzalny Ivan” to powieść napisana z perspektywy trzymanego w niewoli i w bardzo złych warunkach goryla. Bohater nie jest wyjątkowym geniuszem (chociaż jako artysta wykazuje się silnie rozwiniętym zmysłem obserwacji), cechuje się za to dużą wrażliwością. Wprowadza odbiorców w życie minicyrku, przedstawia kundelka, który uwielbia zasypiać na jego brzuchu. Dziwi się ludziom, którzy nie potrafią zrozumieć potrzeb ani przyzwyczajeń zwierząt. Z czasem budzi się w nim pragnienie wolności – ale Ivan ma też dar przystosowywania się do każdych warunków – sam dla siebie nie walczyłby o poprawę losu. Musi jednak zapewnić Ruby dobre wspomnienia przez obietnicę złożoną dawniej przyjaciółce.

Katherine Applegate stawia w tej publikacji na wzruszenia odbiorców. Buduje cały szereg scen wyciskających łzy z oczu, unika mówienia o błahostkach, stawia swoich bohaterów przed problemami nie do rozwiązania. Są tutaj dwa światy – świat ludzi i świat zwierząt. Porozumienie między nimi jest możliwe tylko za sprawą istot najbardziej wrażliwych i zdolnych wyjść poza własne ograniczenia. Zarówno Julia, jak i Ivan są dość naiwni, dobrzy bez zastrzeżeń i wyczulenia na krzywdę bliskich. Nie obchodzą ich ani zachowania prowadzące do zysku, ani – ukrywające prawdę.

Autorka co pewien czas powraca do spostrzeżeń „gatunkowych” Ivana: bohater wyjaśnia charakterystyczne dla siebie sformułowania, interpretuje kolejne obserwacje przez pryzmat zwierzęcych odczuć. „Jedyny i Niepowtarzalny Ivan” t opowieść, która ma prowokować do myślenia, ale też i uczyć empatii. Można zarzucać Applegate dążenie do manipulowania uczuciami czytelników – ale i tak tom robi wrażenie. To jedna z historii opartych na bardzo typowym ludzko-zwierzęcym konflikcie. Ivan to istota myśląca, jako narrator w opowieści nie może zresztą udawać, że nie rozumie stanowiska obu stron. Stosuje jednak czasami chwyt polegający na pozorowanej niewiedzy, by lepiej docierać do czytelników. Całą lektura dorosłym wydałaby się dość naiwna i nastawiona na granie na emocjach odbiorców. Jednak nastolatki często lubują się we wzruszających historiach, wyciskaczach łez – zwłaszcza gdy te nie mają tendencyjnych fabuł.

„Jedyny i Niepowtarzalny Ivan” zwraca uwagę także stylem narracji. Ivan nie lubi się rozgadywać, woli trafnie oceniać sytuację i przedstawiać sedno scen. Zdarza mu się jednak także podsumowywać wydarzenia w lekko liryczny sposób. Ma to na celu również podsycanie uczuć czytelników – a i budowanie atmosfery książki. Momentami zapomina się, że Ivan to zamknięty za szklanymi ścianami goryl – zamienia się w poetę o wrażliwości dziecka. Z takim bohaterem silniej będzie się przeżywać całą opowieść. W skrócie „Jedyny i Niepowtarzalny Ivan” to szkoła wzruszeń. Do tego bardzo pasują proste zdania, bardzo krótkie akapity czy niedopowiedzenia – których tutaj nie może zabraknąć ze względu na nieporozumienia między zwierzętami i ludźmi. Applegate dobrze zna psychikę swoich bohaterów.

piątek, 26 września 2014

Amanda Noll: Potrzebuję mojego potwora

CzyTam, Warszawa 2014.

Strachy oswojone

Potwory spod łóżka, stały element dziecięcych lęków spopularyzowany przez kulturę masową z Zachodu, zwykle należą do istot niepożądanych. Oczywiście przydają się do zapewniania rozrywki i ekscytującej fabuły, zapewniają maluchom dawkę zdrowego strachu zbliżonego do roli zła w baśniach według Bettelheima, ale nigdy nie mają pozytywnego wydźwięku. Tymczasem bajka „Potrzebuję mojego potwora” Amandy Noll ujmuje temat od nietypowej i nieco prześmiewczej strony. Tu potwór okazuje się istotą niezbędną do zaśnięcia, a samo straszenie zastępuje dobrą zabawę. Bohater boi się naprawdę (w co trudno będzie uwierzyć małym odbiorcom), ale tego strachu potrzebuje. Autorka odwraca w ten sposób konwencję, uświadamia czytelnikom reguły gry podjętej przez postacie i pozwala oswoić dziecięce lęki.

Pod łóżkiem Ignasia mieszka potwór, Gab. Gab co wieczór straszy chłopca, ale pewnego dnia postanawia wybrać się na ryby. To oznacza, że Ignaś zostanie sam i nie będzie mógł zasnąć bez codziennej porcji strachu. Stukaniem w podłogę zaprasza więc inne potwory, ale żaden nie jest wystarczająco straszny. Dziecko przeprowadza zatem swoisty casting i w efekcie to potwory zaczynają bać się wymagającego „klienta”. Odwrócenie sytuacji powinno najmłodszym odbiorcom zapewnić zredukowanie płynącego z wyobraźni lęku przed potworami z ciemności. Nieoczekiwana zamiana ról to czynnik humorystyczny, a same potwory przestają być nieokiełznanymi i groźnymi istotami.

Zresztą już nadanie imienia potworowi spod łóżka wyklucza realny strach. Kolejne przybywające na pomoc stwory nie potrafią za to przestraszyć dziecka: któryś ma zbyt zadbane pazury, inny – długi język zamiast długiego ogona. Śmiech staje się więc pożądanym zamiennikiem lęku. Bohater mierzy się z wieloma przeciwnikami, ale tym razem jest na wygranej pozycji: to on dyktuje warunki i decyduje o losach każdego przybysza. Amanda Noll pokazuje też siłę przyjaźni i przyzwyczajeń – tylko Gab rozumie potrzeby Ignasia, bo tylko on doskonale je zna. I Ignaś odrzuca wszystkie „obce” potwory, bo żaden z nich nie zadaje sobie trudu, żeby poznać chłopca. A że Ignaś sam relacjonuje swoją przygodę (i to na bieżąco), odbiorcy uwierzą mu od razu.

„Potrzebuję mojego potwora” to pięknie wydana książeczka obrazkowa. Howard McWilliam swoimi propozycjami graficznymi może zachwycać. Zwracają u niego uwagę dwie rzeczy: pierwsza to zamiłowanie do gry światłem. Ilustrator świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jak w pokoju oświetlonym nocną lampką rozkładać się będą cienie, z upodobaniem pokazuje refleksy świetlne. Dzięki temu obrazki nabierają charakteru. Druga rzecz to filmowe kadrowanie. Bohater przedstawiany tu jest z różnych perspektyw, w zależności od potrzeb i samego tekstu. Zmianami perspektywy McWilliam oddaje zmieniane nastroje, buduje też żarty rysunkowe. Dużo tu ciekawych drobiazgów (obrazki na ścianach, zawartość nocnej szafki), a i pomysłowych potworów. Sam Ignaś wypada bardzo przekonująco ze swoim zestawem nietypowych kreskówkowych min i plastyką twarzy. Jest co podziwiać w tej publikacji. Udana i dowcipna historia, jeszcze lepsze rysunki i wydanie, które zmienia całość niemal w książkę ekskluzywną. A do tego przesłanie tomu „Potrzebuję mojego potwora”: to, opowieść, która pokaże maluchom, że nie ma się co bać wyimaginowanych stworów. Ta historia ma szansę podbić serca nie tylko dzieci – ale w każdej biblioteczce kilkulatka znaleźć się powinna obowiązkowo. W dodatku autorzy pokazują, że wydawnictwa dla najmłodszych powinny stać na najwyższym edytorskim i treściowym poziomie. „Potrzebuję mojego potwora” to książka, od której nie można oderwać oczu.