* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 3 kwietnia 2013

Claire i Mia Fontaine: Kąpiel ze słoniem. Matka i córka w podróży dookoła świata

Carta Blanca, Warszawa 2013.

Odkrywanie siebie

Ta historia nie przypomina typowych zapisków z podróży dookoła świata. Właściwie sam świat nie liczy się tu tak bardzo, podobnie zresztą jak motyw podróży. Płynące z wojaży niedogodności tracą na znaczeniu, a kulturowe, geograficzne czy historyczne odkrycia stanowią dopowiedzenie do codziennych doświadczeń. Autorki dalekie są od chęci zarzucania czytelników informacjami encyklopedycznymi, ich wyjazd nie ma charakteru edukacyjnego. Odkrycia dokonywane przy okazji podróżowania trafiają na karty „Kąpieli ze słoniem”, ale nie one są tu najbardziej istotne. W tomie nie ma także fotografii z wypraw – jedynie zapis przeżyć stanowi dla czytelników dowód prawdziwości wyjazdu. Ta książka w niczym nie przypomina typowych relacji z podróży dookoła świata. I bardzo dobrze.

Claire i Mia Fontaine wyruszają w drogę. Obie mają swoje problemy, od których chcą przynajmniej chwilowo uciec, obie kochają przygody. Łączy je coś jeszcze – to matka i córka. Kilka lat wcześniej przedstawiły światu swoją dramatyczną historię o ratunku i odbudowywaniu rodzinnych więzi, teraz pragną ponownie zbliżyć się do siebie i ocieplić stosunki. W podróży będą miały niejedną okazję do rozmowy, lepszego poznania siebie i otwartości, której nie zakłóci rutyna. I to właśnie z tej drogi zwierzają się czytelnikom w pierwszej kolejności, mimo że historia zawiera sporo trudnych punktów. Opowieść prowadzona jest na przemian przez matkę i córkę (partie tej drugiej wyróżniane są kursywą) – z bezwzględną szczerością i próbami analizowania wzajemnych kontaktów.

Lokalne zwyczaje i zagrożenia a także szlaki turystyczne służą obu kobietom do zaakcentowania rodzaju więzi między nimi. Czasem wybuchają kłótnie o pożyczane bez wiedzy właścicielki części garderoby, innym razem padają zarzuty o nieodpowiedzialności i braku troski o zdrowie. Koczownicza codzienność uwypukla sprawy, które zwykle umykają uwadze. Podczas wyprawy łatwiej do nich nawiązać, nawet jeśli rozmowa sprawia chwilowo ból. Matka i córka wykorzystują każdą szansę na rozmowę – a dodatkowo w swoich fragmentach narracji zwierzają się z emocji i przemilczanych kwestii. Dążą do porozumienia, jednak pozbawionego dyplomacji. W podróży trudniej o zakłamanie. Co pewien czas powracają do skomplikowanej przeszłości Mii – procesu wydobywania dziewczyny z narkotykowego uzależnienia (źródeł problemu dziewczyna szuka w molestowaniu seksualnym, jakiego doświadczyła w dzieciństwie – często do tego nawiązuje). Wszystko natomiast prowadzi do pogłębiania tematu relacji matki i córki. Claire i Mia Fontaine wciąż usiłują wyłuskać ze swoich wspólnych przeżyć i obserwacji istotę tych właśnie uczuć. Starają się zrozumieć różnice pokoleniowe i motywacje – dla Claire to dodatkowy impuls dla szukania porozumienia z własną rodzicielką. Sporo tu zatem motywów psychologicznych i zwierzeń o wręcz intymnym brzmieniu. Nie ma za to prostych wzruszeń i udawania, że wszystko układa się idealnie.

I matka, i córka piszą tak, że chce się śledzić ich spostrzeżenia. Niekiedy przemycają nieco informacji o miejscu, w którym się znalazły, częściej jednak portretują siebie w nowych sytuacjach i porównują z wcieleniami z przeszłości. Z zauważanych drobiazgów tworzą całe skojarzeniowe konstrukcje. Obok podróży po świecie odbywają też prawdziwą mentalną podróż w głąb samych siebie, uczą się na nowo miłości i zaufania. To zadanie wymaga cierpliwości oraz pokory, a fakt, że czytelnicy zostali dopuszczeni tak blisko i nie czują się intruzami w dziwnej relacji dodaje smaku lekturze. „Kąpiel ze słoniem” nie ma w sobie nic z typowej podróżniczej publikacji – to rodzaj oczyszczającego dwugłosowego dziennika spisanego według prawideł rządzących najlepszymi fabułami.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Kevin Richardson, Tony Park: Zaklinacz lwów. Historia najniebezpieczniejszej przyjaźni na świecie

Galaktyka, Łódź 2013.

Porozumienie

Na okładce tej niezwykłej książki widnieje zdjęcie, które jest najlepszym zaproszeniem do lektury: mężczyzna całuje w nos olbrzymiego lwa – a zwierzę jest najwyraźniej bardzo zadowolone z takiej pieszczoty. Mężczyzna to Kevin Richardson, tytułowy „Zaklinacz lwów” i niespokojny duch, którego pasją stała się praca z drapieżnikami w afrykańskim rezerwacie. Tom jest opowieścią o życiu Richardsona, jego przyjaźni z wielkimi kotami – oraz o kulisach filmów fabularnych i dokumentalnych z życia lwów. To również źródło potężnych emocji, radości, strachu i wzruszeń. To trochę buntownicza historia o łamaniu zasad i ponadgatunkowym porozumieniu. Dla zwykłych odbiorców to też zapis najbardziej egzotycznej przygody, jaką można sobie wyobrazić.

Kevin Richardson (z pomocą ghosta, Tony’ego Parka) wprowadza czytelników w swoje życie. Dość obszernie relacjonuje trudne dzieciństwo i burzliwą młodość, szczególną uwagę zwracając na wszelkie wykroczenia i wybryki. Prezentuje siebie jako krnąbrnego chłopaka, który wciąż igra z losem i nabawia się rozmaitych kontuzji i ran – ale poza zamiłowaniem do niebezpieczeństw ma też pielęgnowaną starannie pasję: kocha zwierzęta i potrafi się nimi opiekować. Oswaja gatunki, które nie nadają się na domowych pupili i uczy się (czasem na błędach) odczytywać sygnały wysyłane przez podopiecznych. Wreszcie trafia do rezerwatu dla lwów i w nim ma dbać o samopoczucie drapieżników.

Autor nie przekazuje recepty na oswajanie lwów. Więcej: zachowuje się jak typowy outsider. Nie zwraca uwagi na zalecenia dotyczące bezpieczeństwa, nie zbliża się do drapieżników z bronią i na własnej skórze sprawdza (bez)sensowność powszechnych ostrzeżeń. Jeśli wszyscy powtarzają, że w obecności lwa nie wolno siadać, Richardson siada, żeby przekonać się, co się stanie. Ciekawość pozwala mu przekraczać kolejne granice. Ale nie jest to ciekawość powodowana brawurą: autor może pozwolić sobie na nietypowe zachowania, bo potrafi niemal bezbłędnie odczytywać wysyłane przez lwy sygnały. Pod tym względem tytuł jest mylący – to nie Richardson zaklina lwy, to lwy oznajmiają mu, jak daleko może się posunąć. Człowiek, który potrafi porozumieć się z lwami, ucina sobie na nich drzemki, zagląda do pysków, opatruje skaleczenia, a nawet dostępuje zaszczytu głaskania przyniesionych przez lwicę lwiątek. Bywa, że musi zachować się jak lew i walczyć w obronie stada – lub obrywa od zwierząt, gdy zignoruje ich ostrzeżenia. Jednak w centrum opowieści znajduje się prawdziwa przyjaźń z wielkimi kotami, poza lwami Richardson przedstawia też innych podopiecznych – na przykład hieny – ale to opowieści o lwach działają najsilniej na wyobraźnię.

Tony Park nadaje relacji Richardsona formę krótkich ekscytujących migawek z pracy z lwami. Autor zatrzymuje się nad wydarzeniami, które czytelnikom łatwo będzie przełożyć na własne przeżycia; ilustruje przykładami miłość i przyjaźń, gniew i zazdrość, rywalizację wśród lwów, a nawet lwie humory. Ale to wszystko toczy się na marginesie niewiarygodnego porozumienia. Człowiek z pasją prezentuje swoją codzienność – niemal całkowicie skoncentrowany jest na lwach i umie pięknie o nich mówić. Do tego stopnia, że więź z bohaterami tomu poczuje każdy odbiorca. Najlepszą częścią książki nie są zabawy z lwami, a obecność niebudzącego wątpliwości porozumienia. Przy tej lekturze zdjęcia przedstawiające Kevina Richardsona wśród lwów i innych drapieżników będą już tylko dodatkiem…

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Moje pierwsze obrazki. Jakie to ciekawe. Zwierzęta tu i tam. Zwierzęta wokół nas

Wilga, Warszawa 2013.

Świat wyjaśniony

Właściwie książeczki kontrastowe, czyli publikacje przeznaczone dla niemowląt, wykluczają oryginalność i ciekawe podejście do odbiorców – wydawałoby się, że wszystkie można scharakteryzować w jeden sposób i uzyskać przy tym pełny obraz tego odłamu wydawnictw dla najmłodszych. A jednak autorzy serii prześcigają się w praktycznych pomysłach i nie można zarzucić im wtórności – być może ku uciesze rodziców, którzy będą mogli od pierwszych chwil inwestować w rozwój intelektualny dziecka.

Skoro niemowlę nie widzi kolorów, a świat postrzega w czarno-białych barwach, nie ma sensu bombardować go słodkimi obrazkami, postawić trzeba za to na rozpoznawalne kształty i wyraźny kontrast. Potem wystarczy tylko wymyślić, co stanie się przedmiotem przywoływanym w tomiku – odgórne uporządkowanie to wskazówka dla rodziców – ale przecież ci i tak najprawdopodobniej zdecydują się na kupno całego cyklu książeczek. Wilga wydała na razie cztery małe tomiki, każdy złożony z sześciu sztywnych tekturowych kart, zaokrąglonych na rogach, by dziecku nic się przypadkiem nie stało. Seria przeznaczona jest dla niemowląt od trzeciego miesiąca życia (a ten kwalifikator świadczy także o przemianach na rynku literatury czwartej, dotąd najniższym progiem wiekowym był przedział od 0 do 3 lat). Znalazły się tu tomiki „Zwierzęta wokół nas”, „Zwierzęta tu i tam”, „Moje pierwsze obrazki” oraz „Jakie to ciekawe!”.

W „Moich pierwszych obrazkach” autorzy prezentują świat najbliższy maluchowi – może on poznawać znajome kształty smoczka czy butelki, do tego – przedmioty z dość bliskiego otoczenia – obejrzy kubek, łyżeczkę, parasol czy kalosze. „Jakie to ciekawe” sugeruje bogactwo czekającego na odkrycie otoczenia – tu pojawi się ławka w parku, gitara czy kilka owoców, a miłą niespodzianką będą też zwierzęta. Tym zresztą poświęcone zostały aż dwie książeczki – w jednej pojawiają się domowi pupile i zwierzęta gospodarskie, w drugiej stworzenia bardziej egzotyczne.

Prawem kontrastu rządzi się również dobór tła – strony biała i czarna zawsze ze sobą sąsiadują i są matowe, podczas gdy odpowiednio czarny lub biały element na nich (zajmujący środek strony, ze sporą przestrzenią pustki do krawędzi) pokryty jest lśniącą folią. Kształty nie budzą wątpliwości co do przedstawianych postaci lub rzeczy, są wyraźne, a jednocześnie dosyć szczegółowe, realistyczne i wyizolowane z kontekstu (zawieszenie w pustej przestrzeni sprawia, że dziecko nie będzie się rozpraszać podczas oglądania książeczki).

Seria reklamowana jest hasłem „Ty pokażesz dziecku świat najlepiej!”, co stanowi jednocześnie sposób odbioru, jak i zachętę do pracy z maluchem. Autorzy wyznaczają rodzicom zasadę objaśniania dziecku świata – wspólna „lektura” ma polegać nie tylko na prezentowaniu kolejnych obrazków, ale również na ich omawianiu. Z tym zadaniem poradzi sobie każdy – książeczki nie wymuszają wymyślania fabuł czy przedstawiania skomplikowanych historyjek, wystarczy mówić maluchowi, co znajduje się na obrazku – w przypadku zwierząt można się też pokusić o wydawanie odgłosów charakterystycznych dla przedstawicieli gatunków. Taka zabawa na pewno spodoba się najmłodszym.

Chociaż książeczki kontrastowe trudno traktować jak lektury, zachęcają one do spędzania czasu z dzieckiem i urozmaicają codzienne kontakty, oddalają rutynę, a części dorosłych odbiorców mogą też uświadomić, jak ważne jest nawiązywanie relacji z pociechą już od pierwszych chwil.

niedziela, 31 marca 2013

Krystyna Sienkiewicz: Cacko

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Patchwork

Kto zetknął się z „Haftowanymi gałganami”, ten będzie wiedział, czego spodziewać się po „Cacku”. Krystyna Sienkiewicz bowiem znów proponuje tom patchworkowy, brulion, zestaw skojarzeń, zapisków, wspomnień i zdjęć. To silva rerum rzeczywiście – zgodnie z pierwszym zdaniem w blurbie – nie jest biografią. Ale w wymarzony wprost sposób definiuje autorkę i różni się od standardowych publikacji promujących konkretnych artystów. Krystyna Sienkiewicz do swojej opowieści wplata anegdoty, luźne refleksje, migawki z przeszłości, zwierzenia, uwagi na temat rozmaitych i rozległych pasji itp. Samodzielnie tworzy własny portret – miejscami wykoślawiany, czasem dla czytelników ekscentryczny. Koncentruje się bardziej na życiu prywatnym niż na kolejnych rolach: właściwie obrazki z planów filmowych czy teatrów trafiają na margines „Cacka”. Autorka bowiem o wiele bardziej przejmuje się ozdabianiem (i meblowaniem) domów, lepieniem aniołków, dbaniem o psy i koty czy podawaniem przepisów kulinarnych. Jeśli mignie gdzieś wspomnienie z pracy aktorskiej, to albo żeby wyjaśnić nurtujące czytelników sprawy (jak Anielka prowadziła czołg w „Rzeczpospolitej babskiej”), albo przedstawiać atmosferę na próbach („Klimakterium”), albo wreszcie żeby skomentować przykre zachowania żądnych sensacji dziennikarzy (problem z oczami artystki). Chętniej jednak Krystyna Sienkiewicz przebywa we własnym domu i do tego domu gościnnie wszystkich zaprasza.

Zamiast rozbudowanego życiorysu pojawiają się tu strzępki bardzo różnych historii. Nie liczy się chronologia ani próba uporządkowania działań. Gdyby nie fakt, że Krystyna Sienkiewicz przede wszystkim pragnie się podzielić tym, co ją cieszy i fascynuje (a z rzadka i tym, co smuci), można by powiedzieć, że „Cacko” to swoista autoprezentacja. Ale w tym tomie króluje szczerość. To ona rządzi pozornym chaosem, literacko-wspomnieniowym grochem z kapustą. Przewijają się tu opowiadania i sylwetki przyjaciół, niekiedy piosenki, jest STS, pomoce domowe i Boże Narodzenie. Jest o wiele więcej niż mógłby przynieść jakikolwiek wywiad-rzeka. Jest sporo i nielinearnie.

Warstwą bardzo ważną staje się tu grafika. Krystyna Sienkiewicz przyznaje, że uwielbia otaczać się bibelotami, sama też tworzy Niepotrzebne Rzeczy, nadające się na prezent cacka. I poza standardowymi zdjęciami z archiwów czy prasowymi okładkami mieści się tu również całe mnóstwo fotografii z owymi cackami, zdjęć wystroju pokoi, malowideł i wszystkiego, co służy oddalaniu pospolitości, której tak lęka się autorka. U każdego brzmiałoby to jak reklama, a autopromocja zabiłaby przyjemność z lektury i oglądania książki – ale Krystyna Sienkiewicz zbyt jest nastawiona na obserwowanie swojego prywatnego świata, by dbać o zabiegi marketingowe. Dzięki temu więcej osób może się zainteresować pozasceniczną działalnością artystki. Z pewnością znajdą swoich amatorów i rozmaite figurki produkowane dla ozdoby i radości, i opowieści o porozumieniu ze zwierzętami.

„Cacko” Krystyny Sienkiewicz przedstawia mniej znane oblicze cenionej i powszechnie lubianej aktorki. To publikacja stworzona dla przyjemności, pozycja obowiązkowa dla fanów, ale też dla miłośników rękodzieła czy dla zainteresowanych opieką nad zwierzętami. To pozapubliczna opowieść o aktorce – prowadzona bez zbędnego dystansu, gościnna i pełna zwierzeń.

sobota, 30 marca 2013

Susanne Fülscher: Majka i miejska dżungla

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Zauroczenia i troski

Strach przed rozwodem rodziców i rozpadem rodziny dającej poczucie stabilizacji jest dla dziecka zawsze ogromny. Najmłodsi nie wyobrażają sobie dalszego funkcjonowania z jednym z rodziców, a ponadto sytuacji w domu wstydzą się przed kolegami. Ten temat na tapetę wzięła Susanne Fülscher, oswajając czytelników z problemem za sprawą kolejnej poppowieści w serii o Majce. Pod zgrabną przykrywką z zauroczeń i plotek przedstawiła dramatyczną historię rodziców Justyny, przyjaciółki Majki. Na tyle sprytnie, by nie zdominować fabuły, ale i na tyle czytelnie, by odbiorczynie zrozumiały przesłanie.

Majka dorasta w rodzinie kochającej się szczerze i bez poważnych konfliktów. Spokój i harmonię wprowadzają zwłaszcza jej rodzice (mama Majki jest właśnie po raz czwarty w ciąży) – a nawet nieco ekscentryczna babcia udowadnia, że w każdym wieku ma się prawo do miłości. Ale kiedy Majka wyjeżdża z Justyną i jej rodzicami do Berlina, przekonuje się, że nie wszyscy potrafią rozmawiać ze sobą sympatycznie i czule. Justyna wstydzi się za rodziców, a w dodatku boi się zmian – wie, e rozwody nie są teraz niczym niezwykłym, ale chciałaby mieć mamę i tatę na co dzień. Gdyby tylko przestali się kłócić o wszystko…

Pierwszy tor „Majki i miejskiej dżungli” daje się zatem odczytywać jako pedagogiczno-terapeutyczny. Nie jest możliwe, by w cudowny sposób przywrócić małżeńskie szczęście rodzicom Justyny, autorka nie zamierza podsuwać czytelniczkom nieuzasadnionych złudzeń. Może za to – i to właśnie robi – złagodzić traumę dziewczyny, pokazując przy okazji odbiorczyniom, że rozwód rodziców to nie koniec świata i czasem stanowi najlepsze rozwiązanie. Majka za to może docenić swój dom. Drugi tor natomiast stanowi wabik na nastolatki, mowa tu bowiem o sercowych perypetiach bohaterki. Majka, której podoba się przyrodni brat Justyny, w Berlinie poznaje interesującego chłopca pracującego jako boy hotelowy. Wprawdzie wakacyjna znajomość nie ma większych szans na przetrwanie, ale dostarczy dziewczynie kilku miłych wspomnień, a przy okazji uświadomi, że świat nie kończy się na szkolnych kolegach.

Nie zabraknie w tej powieści i groźniejszych przygód związanych między innymi z niebezpieczeństwami wielkich miast, ale także z nieobliczalnym zachowaniem nastolatek. Majka i Justyna nie czują się już przecież dziećmi i nie wszystkie problemy rozwiązywać będą pod okiem rodziców. Autorka przesuwa akcję z dala od codziennego środowiska Majki po to właśnie, by zwrócić uwagę na dojrzewanie bohaterki i rzucać jej nowe wyzwania. Zamiast edukacyjnej wycieczki po Berlinie młode czytelniczki otrzymają zatem powieść złożoną z nastoletnich tęsknot i obaw, z obrazu przyjaźni oraz – aktualnego a przykrego dla najmłodszych motywu rozwodu rodziców.

„Majka i miejska dżungla” to powieść z serii pop, szybka i rozrywkowa, chociaż niewolna od poważnych tematów i prób oswojenia odbiorczyń z dylematami dorosłego świata. Autorka balansuje na granicy dziecięcych przygód i wkraczania w nastoletni okres buntu, swoje bohaterki prezentując prawdziwie. Majka i Justyna to nie dziewczyny dojrzałe nad wiek, popełniają czasem zabawne błędy, momentami są infantylne – i takie właśnie najbardziej trafią do przekonania czytelniczkom. W całej serii o Majce zarysowuje się charakterystyczne dążenie do uproszczeń w interpersonalnych kontaktach przy jednoczesnej analizie nurtujących ludzi problemów. Majka ma pomóc starszym dzieciom w pojmowaniu dorosłości.

piątek, 29 marca 2013

Kishwar Desai: Źródła Miłości

Wielka Litera, Warszawa 2013.

Walka o dzieci

W orientalnych historiach często stawia się na przerysowane i wręcz nierealne uczucia, zbyt silne, by mogły imitować prawdziwe życie i zbyt przyprawiane, by mogły budzić szczere wzruszenia. Tymczasem Kishwar Desai w „Źródłach Miłości” odchodzi od narracyjnych trendów na rzecz tematu, który poruszy opinię publiczną i wywoła ponadlokalną dyskusję nad etyką. Autorka zgłębia bowiem zagadnienie zapłodnienia in vitro oraz wynajmowania surogatek przez pary, które nie mogą mieć dzieci. Problem komplikuje jeszcze fakt, że bogate pary z Europy czy Stanów Zjednoczonych kupują dzieci od ubogich i niewykształconych hinduskich kobiet. A przecież już sama możliwość swobodnego dostępu do ludzkich zarodków prowadzić będzie w wielu wypadkach do nadużyć i wątpliwych moralnie czynów. Los surogatek w Indiach tymczasem wcale nie musi się poprawiać.

Osią fabularną tomu jest prywatne śledztwo, jakie prowadzi Simran. Kobieta adoptowała nastolatkę, a teraz próbuje dowiedzieć się czegoś o poczęciu malutkiej Amelii. Dziewczynka urodziła się dzięki metodzie in vitro, lecz surogatka zniknęła, a para, która zamówiła sobie dziecko, zginęła w wypadku. Amelia zarażona wirusem HIV może powiększyć grono niechcianych maluchów – a jej przypadek staje się dla kilku osób pretekstem do sprawdzania szpitali oraz dawców nasienia. Gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze, ryzyko także bywa ogromne – jednak Simran bez wahania decyduje się na spotkanie z mężczyzną, który regularnie oddaje spermę.

W tej wielowątkowej opowieści kryje się znacznie więcej zagadnień prowokujących do dyskusji. Klasyczniejące już pytania o granice medycznej interwencji w naturę zostały tu wtopione w serię rozmaitych nadużyć. Kishwar Desai przedstawia niebezpieczeństwa płynące ze swobodnego dostępu do zarodków, ale też nie próbuje potępiać małżeństw, które za wszelką cenę chciałyby mieć potomstwo. Żeby jeszcze bardziej skomplikować kwestię, pisze i o homoseksualnych parach dążących do posiadania dziecka. W wielkim tyglu nośnych i niewiarygodnie trudnych tematów radzi sobie autorka ze snuciem kolejnych wątków i z nakreślaniem kontekstu społecznego. Przedstawia dramaty bezdzietnych rodzin i przemoc domową, próbuje pytać o motywy postępowania obu stron. Prezentuje scenariusze prowadzące do jednoznacznej krytyki metod sztucznego zapłodnienia, by potem zasiać wątpliwość budującą sceną. Lawiruje między opiniami i możliwościami – a przy tym stara się zachować dystans do religii i wierzeń. To, co dzieje się w tomie, staje się sprawą ludzką. Człowiek może zyskać władzę demiurga, tylko jak sobie z nią poradzi?

W „Źródłach Miłości” pojawiają się motywy zaczerpnięte z życia, autorka, opierając się na faktach, stwarza powieść, którą trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Nie jest to ani kryminał, ani obyczajówka, ani powieść psychologiczna – chociaż elementy każdego z tych gatunków zawiera. To historia wielogłosowa, która wcale nie ułatwi porozumienia w sprawie in vitro. A przecież mimo obfitości wydarzeń prowadzących do wyrazistych ocen, mimo rozpuszczania w fabule zdecydowanych argumentów, Desai daje czytelnikom także historię „rozrywkową” – to nie filozoficzny traktat o władzy człowieka nad życiem, a zgrabna i wartka fabuła z celnymi obserwacjami zarówno psychologicznymi jak i społeczno-obyczajowymi. Autorka sporo ryzykowała, sięgając po kontrowersyjny publicystyczny temat – ale udało jej się uniknąć banału i popadania w tony patetyczne. Zaprezentowanie poglądów z wielu perspektyw zaowocowało powieścią głęboką, wolną za to od tanich agitacji. „Źródła Miłości” to książka cenna, a przy tym rzucająca nowe światło na literaturę dotyczącą Indii. Elementy kulturowej odmienności uzupełniają tu uniwersalną tematykę – a dla odbiorców dodatkowym atutem będzie przystępna i lekka – mimo tematu – narracja, uzależniona od aktualnie prezentowanych obrazów.

czwartek, 28 marca 2013

Rebecca Wells: Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya

Zysk i S-ka, Poznań 2013.

Konflikt pokoleń

Skomplikowane relacje z matką to temat dający początek tej rozbudowanej opowieści o przyjaźni, burzliwej młodości i nieświadomie powielanych błędach. W „Boskich sekretach siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya” jest wszystko to, co dzisiaj bulwersuje opinię publiczną: picie alkoholu i palenie papierosów przez ciężarne kobiety, bicie dzieci i znęcanie się nad nimi, dewocja, która pozwala na skrzywdzenie pociechy w imię źle pojętych religijnych przekonań, brak międzypokoleniowego porozumienia. Jest też coś, co bez względu na fabularne okoliczności, będzie krzepić czytelniczki: świadomość bezgranicznej swobody, wolności nastolatek, które – prezentując niemal siostrzane więzi przyjaźni – mogą zasmakować wszystkiego w życiu. Dziecięcy zachwyt filmem i kształt pierwszej najpiękniejszej miłości oraz pierwszego poważnego rozczarowania, kąpiele nago i noc w areszcie, bunt, strach i wielkie marzenia. Cztery dziewczyny są nierozłączne od najwcześniejszego dzieciństwa aż po wiek dojrzały, a pamięć o Ya-Ya trwa w kolejnym pokoleniu. Tyle że barwna młodość nie sprawi wcale, że łatwiej dogadać się z potomstwem: przekonuje się o tym Vivi, którą dorosła córka właśnie publicznie oskarżyła o maltretowanie w dzieciństwie. Sidda nie wie, jak przywrócić dobre relacje z matką – a kiedy otrzymuje od niej pełen skarbów album stowarzyszenia Ya-Ya, powoli odkrywa skomplikowaną przeszłość Vivi, jej doświadczenia i problemy, które miały wpływ na późniejsze zachowania.

Dla Ya-Ya najważniejsza jest swoboda obyczajowa. Relacji dziewczyn nie zniszczy nic – a mając w sobie nawzajem oparcie, bohaterki mogą pozwalać sobie na każde szaleństwo. Są ze sobą szczere do bólu, dowcipne i inteligentne, akceptują swoje wady i pamiętają o zaletach. Kiedy trzeba, ratują lub sprowadzają na ziemię. Szczerość, wolność i szaleństwo – to cechy typowe dla ich przyjaźni. Rebecca Wells prezentuje towarzystwo, o którym bezskutecznie marzyło lub będzie marzyć sporo odbiorczyń spragnionych przygody, z kolei w egzystencji Ya-Ya nie pozostawia miejsca na rutynę. Normalność i codzienność to przekleństwa Siddy, pozbawionej wspierającej jej grupy. Silne swoją przyjaźnią bohaterki przeżywają tyle przygód, że można by nimi obdzielić o wiele większą grupę. Ya-Ya funkcjonują bardzo intensywnie – nawet jeśli ich pomysły wydają się czasem infantylne.

Sidda przegląda album, znajdując w nim nie tylko zrozumiałe notatki i listy, ale i drobiazgi, które wydają się śmieciami (na przykład łupinki orzechów). Nie zna ich genezy, więc razem z czytelniczkami przenosi się w przeszłość, do młodości Ya-Ya i odkrywa kolejny fragment tajemnic matki. Powoli zaczyna rozumieć, skąd wzięły się jej traumatyczne wspomnienia – dość naiwne psychoanalityczne zabiegi Wells przykrywa zgrabną i pełną wyzwań fabułą, ale nietrudno dostrzec powtarzalność losów i międzypokoleniowe nieporozumienia. Wycinki z przeszłości pokazują, jak kształtował się charakter Vivi, a przy okazji też definiują przyjaźń, która pokona wszystkie problemy. Sidda może poznać odwagę, jaką zapewnia wsparcie przyjaciółek.

Fabuła dominuje tutaj nad językiem, żeby ją okiełznać, Rebecca Wells sięga między innymi po rozmaite gatunki – fragmenty listów, notatek prasowych i retrospekcyjnych migawek. Taki styl pasuje do kolażowej historii i brawury Ya-Ya, wyklucza monotonię w opowieści. Cała historia oparta jest na mikroskandalach, wykroczeniach, które z czasem powszednieją, cała jest też pytaniem o podwaliny relacji między matkami i córkami – oraz o kształt prawdziwej ponadczasowej przyjaźni. Wolne są „Boskie sekrety…” od taniego sentymentalizmu, chociaż wzruszeń tu nie zabraknie.