* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 13 lipca 2018

Anna Mieszkowska: Historia Ireny Sendlerowej

Marginesy, Warszawa 2018.

Ratunek

Rok Ireny Sendlerowej to okazja do przypomnienia czytelnikom biografii tej postaci. Tom pióra Anny Mieszkowskiej trafia w uzupełnionej wersji na rynek. Historia Ireny Sendlerowej nie jest jednak typową biografią. Na prośbę bohaterki książki Anna Mieszkowska zrezygnowała na przykład z tematu dwóch nieudanych małżeństw. W konsekwencji całe życie rodzinne bohaterki podlega tu ogromnym ograniczeniom, właściwie Mieszkowska skupia się niemal wyłącznie na kwestii ratowania dzieci z getta i na motywie przywrócenia Ireny Sendlerowej do publicznej świadomości. Rozwija autorka to, co i tak już wiadome, przypomina o bohaterstwie i wyzwaniach, kreśli kontekst działań. A ponieważ tom składa się nie tylko z narracji Anny Mieszkowskiej, ale i z zachowanych dokumentów, część kwestii co pewien czas powraca, tylko w różnych ujęciach: wiadomo, skąd autorzy zaczerpnęli informacje.

Ramą kompozycyjną opowieści Anny Mieszkowskiej stają się ostatnie lata życia Ireny Sendlerowej. Najpierw pogodna starsza pani, cicha bohaterka, osoba zapomniana i mieszkająca w domu opieki. Potem - amerykańskie uczennice przygotowujące sztukę na podstawie wojennych doświadczeń Sendlerowej. I nagle rozgłos, wielka sława, niekończące się spotkania, goście, którzy nawet nie liczą się ze stanem zdrowia kobiety. Nagrody, wyrazy wdzięczności, uratowane dzieci – teraz już dawno dorosłe - wzruszenia... Ta rama staje się trampoliną do przeszłości. Anna Mieszkowska odwołuje się najchętniej do tego, co opowiadała sama Irena Sendlerowa. Całe rozdziały układa czasami z zapisków i wspomnień bohaterki tomu. Przygląda się pomysłom na wywożenie dzieci z getta, ale te organizowaniu życia czy akcjom w ramach pomocy Żydom. Odnotowuje wydarzenia wstrząsające, między innymi aresztowanie Sendlerowej. Czytelnicy będą zatem przeżywać rzeczywistość okupacyjną - dawka emocji jest tu niezbędna, by mogli docenić działania kobiety, jej odwagę i pomysłowość. Największy akcent kładzie autorka na ocalanie nie tylko dzieci, ale i wiadomości o nich. Relacja zostaje poszatkowana i charakteryzuje się zmiennym tempem. Momentami wydarzenia prezentowane są bardzo szczegółowo - innym razem służą wyłącznie jako tło, Mieszkowska musi lawirować między tym, co opowiedzieć powinna i tym, na czym zależało Irenie Sendlerowej. W efekcie powstaje książka-laurka (co akurat zarzutem nie jest), ale też publikacja, która tylko w niewielkiej części jest biografią. Owszem, kreśli autorka stosunki Sendlerowej z matką, oceny życia rodzinnego według dzieci bohaterki – ale nie może się wyrwać z kręgu wojny. Sylwetkę Sendlerowej przedstawia przez szereg odwołań ocalonych, sięga do fragmentów recenzji książki, wprowadza nawet większy komentarz już po właściwej opowieści. Uzupełnia wypowiedzi Sendlerowej i jej zapiski, ale do książki dołącza również wspomnienia Ireny Sendlerowej o współpracownikach i przyjaciołach zaangażowanych w pomoc innym.

Wspomnienia przechodzą dość łatwo w ogólniki - nie będzie zatem w książce rejestrowania pojedynczych przypadków ocalonych dzieci, ani nawet wyliczania metod działań. Liczy się za to ogólny nastrój zagrożenia i poświęcenia (świadomości, że należy pomagać w każdej sytuacji). To opowieść o bohaterce – z pełną świadomością tak właśnie skonstruowana i przygotowana. Wymaga jeszcze dalszych lektur i uzupełnień, ale i tak jest dość obszerną książką poświęconą Irenie Sendlerowej – Anna Mieszkowska rezygnuje tutaj z poetyki pop i rozmywania narracji grafikami. Dostarcza odbiorcom pozycję wstrząsającą - ale ponieważ książka trafia na rynek po raz kolejny, nie wywoła już aż takiego rozgłosu.

czwartek, 12 lipca 2018

Blair Holden: Bad boy's girl 2

Jaguar, Warszawa 2018.

Sens związku

Ta seria jest fenomenem nawet nie za sprawą treści (bo trudno w fabularnych pomysłach doszukiwać się oryginalności), a przez nietypowy pierwotny sposób dystrybucji. Ale i tradycjonalistki dostają w końcu do ręki gotowy cykl powieści. "Bad boy's girl 2" to dalsze perypetie Tessy i Cole'a – raczej dla wytrwałych amatorek naiwnych romansów. W punkcie wyjścia Tessa jest zraniona i cierpi dużo bardziej niż można by się spodziewać nawet po egzaltowanej nastolatce. Cole przyznał się jej do zdrady (której w ogóle nie pamięta i nawet nie ma co do niej pewności), więc bohaterka próbuje wyrzucić go ze swojego życia. Bezskutecznie - zresztą inaczej nie dałoby się kontynuować serii, bo nie ma na horyzoncie nikogo, kto mógłby konkurować z "Bad boyem". Tessa cierpi, przyjaciółki ją pocieszają, a Cole – szuka drogi do serca swojej dziewczyny, po raz kolejny. Kiedy już ją znajdzie, nastąpi standardowa seria wzlotów i upadków, chwil bezmiernego szczęścia i kryzysów, które wywołują ataki rozpaczy. I w pewnym momencie ta huśtawka, bardzo naturalna i zrozumiała dla dobra fabuły, zacznie męczyć. B Blair Holden nie ma do końca pomysłów na rozwój akcji, lawiruje ciągle między tymi samymi tematami. Zawsze chodzi o zazdrość, podejrzenie zdrady, zaborczość lub dawanie wiary podszeptom złośliwców. Tessa i Cole chcą być bez przerwy razem, a to często zamienia się w kłopoty. Do tego należy jeszcze dodać intrygi matki dziewczyny - która ma swoje poglądy na związek Tessy. Młodzi bohaterowie muszą zdać egzamin z dojrzałości życiowej, a do tego nie wystarczy rozpoczęcie współżycia seksualnego. Blair Holden wykorzystuje jednak modę na powieści erotyczne, żeby podkreślać bliskość postaci. Nie zajmuje się szczegółowym analizowaniem scen erotycznych, raczej przymyka drzwi do sypialni. Seks staje się tu jednak kolejnym punktem kulminacyjnym, refrenem w piosence ze wzlotów i upadków. Co ciekawe, Tessa i Cole chcą postępować odpowiedzialnie i nie decydują się na pierwszy raz pod wpływem alkoholu (ma to oczywisty dydaktyczny wydźwięk), ale już podczas silnego wzburzenia, kiedy również nie są w stanie racjonalnie działać, nie widzą problemu w pójściu do łóżka. Jest w tym trochę niekonsekwencji na etapie planowania charakterów, ale młodym czytelniczkom to wystarczy.

Blair Holden szuka sposobów na przekazanie ekstremalnych doznań. Prawdziwym wyzwaniem jest tu wciąż od nowa nazywanie euforii i przedstawianie maksymalnej dawki szczęścia, podobnie jak rejestrowanie dramatów. Bohaterka przeżywa prawdziwą sinusoidę uczuć, a chociaż fabuła wydaje się układana z dwóch klocków - w narracji nie ma powtórzeń. Gorzej, że to droga donikąd, bo Blair Holden nie wychodzi na razie poza sceny kłótni i godzenia się - a to trochę za mało jak na dość obszerną powieść.

"Bad boy's girl 2" to książka, która w pewien sposób powtarza rozwiązania z pierwszej części, przynajmniej na planie uczuciowym. Przeplata się tutaj miłość i nienawiść, nie ma zwyczajności ani prób układania sobie życia mimo wstrząsów sercowych. Takie rozwiązanie przypadnie do gustu młodzieży, nastoletnie czytelniczki w końcu spragnione są idealizowanych obrazów miłości na zawsze. Blair Holden odpowiada na zapotrzebowanie rynku i w umiejętności dopasowania się tkwi tajemnica jej sukcesu. To historia, jakiej chcą odbiorczynie – okraszona jeszcze poczuciem humoru przejawiającym się zwłaszcza w sarkastycznych odzywkach Tessy.

środa, 11 lipca 2018

Bartek Dobroch: Artur Hajzer. Droga Słonia

Znak, Kraków 2018.

Obok wspinacza

Książek o wspinaczce wydaje się dzisiaj mnóstwo, każdy sportowiec chce się pochwalić dokonaniami, przypomnieć o sobie lub zweryfikować obiegowe opinie. Nie mogło więc na rynku zabraknąć biografii Artura Hajzera, tomu, który zamienia się w rodzaj pomnika dla twórcy programu Polski Himalaizm Zimowy. Chociaż Bartek Dobroch sugeruje, że interesują go zarówno pochlebne, jak i krytyczne głosy o wspinaczu, tych drugich jest tu – co zrozumiałe - jak na lekarstwo. To konwencja, z którą najlepiej się pogodzić jeszcze przed przystąpieniem do lektury. Bartek Dobroch śledzi rynek literatury górskiej, jest obeznany ze światem wspinaczy, potrafi też, kiedy trzeba, zająć się "polityką" i nakreślać możliwości działania himalaistów. Podstawowym jednak źródłem informacji o Hajzerze są dla niego rozmowy z przyjaciółmi bohatera tomu, wiadomości spoza spisywanych dokumentów. Udaje się z tego stworzyć bardzo obszerną relację. Autor dba o zachowanie chronologii i pilnuje, by opinie znajomych z czasów zaawansowanej wspinaczki nie przedostawały się do – na przykład - Hajzera z czasów studiów. Sprawia to momentami wrażenie, jakby autor próbował zamieścić w rozdziale całą rozmowę opatrzoną komentarzami i dopiero potem przejść do następnych danych. Unika więc typowego dla publikacji pop sklejania cytatów i zastępowania nimi właściwej narracji. "Hajzer. Droga Słonia" jest w dużej części książką towarzyską - bo też i Bartek Dobroch kieruje się nie tylko do fanów literatury górskiej, ale i do szerokiego grona przypadkowych odbiorców, tych, który czasami w ogóle nie pojmują sensu wspinaczki. W związku z zamierzonym poszerzeniem grona czytelników Dobroch nie tylko rezygnuje z hermetycznego słownictwa czy analizowania ekwipunku na poszczególnych wyprawach, za to szuka opowieści o kontekstach dokonań Hajzera, pyta o najzwyklejsze wydarzenia. Próbuje między innymi odtworzyć klimat szkoły czy podwórka (tu fantazję pobudzają śląskie korzenie wspinacza, barwnie wypada to we wszelkiego rodzaju stylizacjach, ale i próbach odwzorowywania zwykłego życia). Dobroch lubi detale – sprawdza nawet (choć nie ma jak tego zweryfikować), czego Hajzer mógł słuchać. Trochę w tym biografii, trochę beletrystyki, budowania portretu nieencyklopedycznego, w dodatku z bardzo ulotnych danych i domysłów.

Jedną część relacji stanowią tutaj góry i opowieści o zdobywanych lub niezdobytych szczytach, górskie przyjaźnie i znajomości, choroby na ekstremalnych wysokościach, ambicje i pomysły. Druga część dotyczy Alpinusa, firmy, której historia jest nieodłącznie związana z historią samego Artura Hajzera. Po drodze mnóstwo przystanków luźno powiązanych z górami: festiwal górskich filmów, sprawy związkowe, radzenie sobie ze śmiercią kolegów, a na dalekim planie – rodzina, zawsze przegrywająca z górami.

Bartek Dobroch lubi pisać w malowniczy sposób. Chce uwodzić czytelników narracją, sugerować ogniskową gawędę, a może po prostu wypełniać czas i miejsca między faktami literackością. Bywa w tych zapędach rozbrajająco wprost naiwny (kiedy każe "dzielić przez pół"), ale zdarza mu się też poruszyć wyobraźnię. Próbuje odróżnić się od innych autorów górskich biografii nieprzezroczystą relacją. Zresztą i objętościowo wypada ten tom imponująco w porównaniu z innymi przedstawieniami sylwetek wspinaczy. Oczywiście sporo tu zdjęć, ale nie przytłaczają one tekstu i nie odwracają od niego uwagi, stanowią po prostu niezbędne uzupełnienie opowieści. W całej lekturze ginie życiorys Hajzera – to bardziej prezentacja ważnej postaci polskiej wspinaczki niż próba porządkowania etapów egzystencji.

wtorek, 10 lipca 2018

Sally Thorne: Wredne igraszki

Rebis, Poznań 2018.

Przyciąganie

Nie ma tu zaskoczenia, "Wredne igraszki" przygotowane są jako romans i już w zdaniu na okładce o "seksownym romansie biurowym" jest mowa. Tyle tylko, że Sally Thorne rozwija ów romans pod kątem narracyjnym, sporo energii poświęca na to, by jak najdokładniej opisać przemyślenia Lucy na temat Joshui – i na bazie autoanaliz bohaterki budować historię rozkwitającego uczucia, a właściwie uczucia, które zmienia tylko zwrot. Bo na początku Lucy szczerze nienawidzi człowieka, z którym musi dzielić biuro. Joshua irytuje ją na wszelkie możliwe sposoby i tym, że prowadzi tajne zapiski na temat Lucy, i tym, że ubiera się w przewidywalne kolory. Dla urozmaicenia pracy kobieta stacza z przeciwnikiem wyimaginowane pojedynki: na spojrzenia, na dręczenie bez możliwości złożenia skargi do działu kadr... każdy dzień przynosi szereg nieprzyjemności i upokorzeń. W dodatku w wyniku fuzji wydawnictw pojawia się stanowisko, o które i Lucy, i Joshua powinni i chcą się ubiegać. Które z nich wygra – zostanie szefem tego drugiego. A to już zupełnie nowy rozkład sił. Na razie jednak toczy się biurowa gra. Aż do momentu, gdy Lucy i Joshua odkrywają wzajemne pożądanie.

Ponieważ autorka od początku zawęża akcję do dwóch postaci, wiadomo, że to im będzie się kibicować. I po tym, jak wiele wysiłku wkłada w "obrzydzenie" Josha czytelniczkom, jest wręcz dziwne, że chce to później odkręcać. Wystarcza jednak kilka dotyków czy gorących wyznań, żeby biurowy romans wybuchł. "Wredne igraszki" wredne są tylko na początku, kiedy bohaterowie znajdują nić porozumienia, przestaje między nimi iskrzyć, przynajmniej w ten inteligentny i zabawny sposób, którym autorka kupiłaby sobie większość odbiorców. Kiedy wszystko zaczyna obracać się wokół seksu i wizji związku w dalekiej przyszłości - nie ma już powodu, by z taką uwagą śledzić poczynania postaci. Staje się po prostu to, co stać się musi - już bez fajerwerków tekstowych. Sally Thorne wie, że czytelniczki oczekiwać po niej będą opisów miłosnych igraszek, ale i tradycyjnego baśniowego zwieńczenia opowieści - może więc dowolnie modyfikować konwencję na początku, bo i tak od niej nie ucieknie. Nie ma do powiedzenia w ramach relacji damsko-męskich nic odkrywczego, ale też na odkrywczości jej niespecjalnie zależy - liczy się przyciągnięcie do książki obietnicą pikanterii i sercowych relacji. Lucy w swoich poczynaniach może być daleka od ideału, i tak Joshua widzi w niej spełnienie marzeń i nie dostrzega wad. Sam może udowodnić, że warto mu zaufać - i w ten sposób rozbudzić miłość kobiety.

"Wredne igraszki" mają dwa narracyjne rozwiązania. Jednym są sarkastyczne uwagi Lucy: autorka zapewnia odbiorczyniom wgląd w myśli tej postaci, więc i dostęp do nieujawnianych na forum publicznym spostrzeżeń, a Lucy jest autoironiczna i kąśliwa. Drugie wywodzi się z mody na powieści erotyczne - zmysłowość przenoszona do opisów jest odpowiedzią na rynkowe wymagania. Sally Thorne stawia na drobiazgowość. W opowieści o Lucy i Joshui nie pomija żadnego detalu, z niekończących się analiz spojrzeń i westchnień buduje całą opowieść uczuciową. Nudne biuro staje się więc miejscem flirtu, a i szansy na poprawę losu. Jednak po tę powieść sięgnąć powinny tylko te czytelniczki, które oczekują nieskomplikowanej w gruncie rzeczy fabuły i wolą psychologiczne oceny niż akcję.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Maria Semple: Dziś będzie inaczej

W.A.B., Warszawa 2018.

Śmiech z życia

"Dziewczynki Floodów" to obrazkowa "powieść", jaką Eleanor przygotowała o sobie i swojej siostrze Ivy. Powieść przeleżała w wydawnictwie bez echa – a w życiu Eleanor nastąpiło tyle wstrząsów, że właściwie nie ma już co próbować wskrzesić dawnego projektu. Kilkanaście obrazków o małych dziewczynkach, które przeżywają wizytę niedźwiedzia w domu to jedyne, czym mogła się pochwalić bohaterka kiedyś. Jej praca trafia do powieści "Dziś będzie inaczej": na specjalnej wkładce z kredowego papieru pojawiają się ilustracje i komentarze do nich. Ale "Dziewczynki Floodów" to tylko jeden z akcentów powieści "Dziś będzie inaczej". Owszem, wyróżniający ją odrobinę spośród obyczajówek - bo poza historiami kulinarnymi rzadko się zdarza, żeby temat działań bohaterek trafiał do powieści jako ilustracja akcji – ale na pewno nie jedyny czy najważniejszy. Maria Semple stara się bowiem upewnić swoje czytelniczki, w sposób serialowy, że mają prawo popełniać błędy, nie być idealne czy realizować najgłupsze pomysły, jakie przyjdą im w danym momencie do głowy. Nie powinny tylko się ograniczać. Eleanor Flood ograniczeń nie zna, nie podporządkowuje się konwenansom. Synowi nadała imię, jakie podpowiedział słownik w telefonie (Timby doskonale tę historię zna) - pozwala dziecku interesować się kosmetykami, makijażem i modą i nie uważa, że powinna namawiać go na bardziej "chłopięce" zabawy; co więcej, nie przychodzi jej do głowy, że Timby z powodu swojej inności mógłby gdziekolwiek mieć problemy. Sama Eleanor bez skrępowania opowie i o braku intymnego życia z mężem, i o kolejnych porażkach - w pracy, w domu, w relacjach ze znajomymi i nieznajomymi. Eleanor Flood stworzona jest do tego, by popełniać błędy - sprawia jej to nawet rodzaj perwersyjnej satysfakcji – ta bohaterka musi pokazać innym, że doskonała nie jest. I czyni to aż do przesady. Maria Semple korzysta z wyolbrzymień niemal na każdej stronie, nie potrafi przedstawiać zwyczajnego życia kobiety, wydaje jej się to nudne i bez wyrazu. Chętnie za to podchodzi do tematu prześmiewczo, jakby zamierzała dać upust złości na kolejne portrety z kolorowych magazynów. Eleanor może sobie wyobrażać, że dziś będzie inaczej, że wszystko się zmieni, że uda jej się zrealizować plany i żyć tak, jak podpowiadają reklamy czy pisemka. Ale pozostaje rysowniczką w zespole, który niekoniecznie zawsze przynosi satysfakcję zawodową, jej siostra wyszła za mąż za znienawidzonego przez Eleanor człowieka i szwagier aż do skutku dąży do kłótni i zerwania relacji. Timby nie rozumie, dlaczego matka twierdzi, że ma siostrę, skoro zawsze twierdziła, że jej nie ma. Dysfunkcjonalne wydarzenia odbijają się i na bohaterce, i na jej narracji. Bo Maria Semple przede wszystkim w języku akcentuje cichy bunt postaci.

Jest ta powieść dosyć przewidywalna. To znaczy – autorka rezygnuje ze schematów obyczajówek, nie czerpie inspiracji z bestsellerów, pozostaje na uboczu ze swoją "niedoskonałą" relacją. Prowadzi historię tak, by odbiorczynie nie domyślały się, co się zaraz wydarzy, zresztą w natłoku spraw, którymi przejmuje się Eleanor nie ma miejsca na wyprzedzanie toku akcji. W tym wszystkim Eleanor ma dodawać otuchy, udowadniać, że kobiety nie mają obowiązku być najlepszymi żonami i matkami, że mają prawo do złości, frustracji czy kryzysów. Nikt tego bohaterce nie odbierze, nikt też - poza nią samą - nie oczekuje pasma sukcesów na każdym gruncie. Maria Semple w "Dziś będzie inaczej" chce przywracać normalność.

niedziela, 8 lipca 2018

Naomi Alderman: Siła

Marginesy, Warszawa 2018.

Odkryta moc

A gdyby tak wszystkie kobiety odnalazły w sobie niezwykłą siłę? Gdyby miały organ produkujący elektryczność i mogły porażać prądem każdego, kto stwarza dla nich zagrożenie? Albo po prostu dla zabawy? Naomi Alderman sprawdza, jak to się dzieje, że okoliczności - a nie uwarunkowania kulturowe - wpływają na przyjmowaną w społeczeństwie pozycję kata lub ofiary. Bohaterki "Siły" mają w sobie zwój i są w stanie razić gromami wszystkich, którzy się im sprzeciwią. Zwój czasami przynosi trochę problemów w obsłudze, ale można wyćwiczyć umiejętność posługiwania się nim. Na początku zjawisko budzi zdziwienie i ciekawość. Z czasem zamienia się wręcz w religię - bo opanowanie zasad działania zwoju prowadzi nawet do "cudownych" uzdrowień. Wystarczy tylko dodać odpowiednie modlitwy, przekonać społeczeństwo, że Bóg to kobieta, że wszystko dzieje się dzięki Matce Ewie – by zyskać nieograniczoną władzę. Wreszcie nadchodzi też czas zemsty, czas odegrania się na mężczyznach za całe wieki gwałtów, dyskryminacji i upokorzeń. Kobiety miotające pioruny – i można zapomnieć o stereotypach związanych ze słabą płcią.

"Siła" sama w sobie oparta jest na odwróconym stereotypie i dość powierzchowna, chociaż Alderman dobrze odwzorowuje mechanizmy tworzenia się nowych religii czy przemian społecznych - w przyspieszonym tempie i w sposób wyostrzony. Jednak w pędzie do brutalnej potyczki, pojedynku między płciami, zapomina autorka o psychologicznych aspektach podejmowanych decyzji, jakby sam dostęp do broni i do rzekomej wolności, jaką daje siła, gwarantował określone postępowanie. W efekcie pojawia się pytanie, czy mężczyźni - po latach zmagań z brutalnością kobiet – nie są automatycznie oceniani jako płeć łagodna i niekonfliktowa. Jest to powieść prześmiewcza, ale i gorzka jednocześnie, chociaż satyryczna i groteskowa - funkcjonować może jako przestroga.

Naomi Alderman nie zastanawia się nad swoimi postaciami, przynajmniej tymi posługującymi się zwojem jako sposobem na rozwiązywanie problemów i leczenie traum. Splata w jedną opowieść historie kilku kobiet i tak już pokaleczonych przez życie. Wszystkie bohaterki "Siły" mają powody, żeby mścić się na mężczyznach i dodawać im cierpień - łatwo zrozumieć ich decyzje, kiedy ma się w pamięci szereg krzywd. Tu przemoc rodzi przemoc, nie ma właściwie wyjścia z kręgu nienawiści. Ale poza akcją jak z filmu sensacyjnego, Naomi Alderman próbuje też zabaw gatunkowych. Wplata do książki rozdziały o różnej proweniencji, sięga po teksty użytkowe i po imitacje pism "natchnionych", wykorzystuje też oryginalną ramę kompozycyjną - przekonuje odbiorców, że książka o kobietach, które panują nad światem jest dziełem mężczyzny, i to wiele lat po apokalipsie. Przewrotna rama z jednej strony przypomina o fikcyjności akcji, z drugiej – ma treść uwiarygodnić (w końcu pisarz i redaktorka wymieniający się uwagami doświadczyli podobnych wydarzeń lub są świadomi ich istnienia w odległej przeszłości - to, co dla czytelników okazuje się futurystyczne, dla bohaterów ramy tomu jest zwyczajną relacją).

"Siła" zbudowana jest na krzyku. To książka, która wprowadza ciekawe z punktu widzenia czytelników rozwiązania i pozwala zastanowić się nad tym, co by było, gdyby rzeczywiście do wojny płci doszło. Temat, który polscy odbiorcy mieli w "Seksmisji" jako komediowy, tu zamienia się w tragedię na wielką skalę, na śmiech - poza gorzką satyrą - miejsca nie ma. Naomi Alderman sprawnie posługuje się stereotypami, ale ma też coś do przekazania odbiorcom.

sobota, 7 lipca 2018

Jay Kristoff: Bratobójca. Wojny lotosowej księga druga

Foksal, Warszawa 2018.

Samotność

W "Bratobójcy" ważną rolę do odegrania mają sztucznożyciowcy. W świecie targanym wojną i wyniszczanym przez działania człowieka pojawiają się ludzie "nieprawdziwi", stworzeni trochę na przekór tym realnym. Tak samo myślą i czują, tyle tylko, że ich ciała przypominają ciała robotów. Sztucznożyciowcy będą podsuwać pytania o sens egzystencji i o etykę. Nie jest to pomysł nowy, nawiązuje w pewnym stopniu do propozycji Asimova, ale Jay Kristoff tego motywu potrzebuje, żeby urozmaicić psychologiczną warstwę drugiego tomu serii o wojnach lotosowych. Gdyby nie powoływał się na takie doświadczenia, zostałaby mu tylko zemsta i poszukiwanie odwetu. Yukiko sama przeciwko wszystkim, już nie jako tancerka burzy, a rebeliantka, po śmierci ojca chce szukać sprawiedliwości. Nie boi się niczego i przed niczym się nie cofnie, autor stworzył w tej postaci niemal machinę do zabijania. Dziewczynie, która była łowczynią tygrysów lepiej nie wchodzić w drogę, zwłaszcza kiedy towarzyszy jej wierny Buruu.

Kiedy Yukiko nie może być blisko swoich towarzyszy, to Buruu zastępuje jej przyjaciół. Porozumiewa się z bohaterką w myślach i jest w stanie rozproszyć jej największe lęki. To umiejętność tym bardziej cenna, że Jay Kristoff musi poszukać największego koszmaru dla postaci, która nie boi się nikogo i niczego. Wrogiem Yukiko stają się jej myśli, a właściwie umiejętność czytania w myślach innych. Bohaterka zaczyna słyszeć głosy, nie potrafi się przed nimi uchronić, co w końcu zmienia się w najgorszą torturę. Yukiko nie tylko męczy się psychicznie, przestaje sobie radzić również pod względem fizycznym: zaczynają się uporczywe bóle głowy czy krwotoki – a wszystko przez brak szansy na wyciszenie myśli innych. Dziewczyna powoli popada w obłęd, a tu już potrzebuje pomocy z zewnątrz - bez względu na to, jak samodzielna byłaby na co dzień i w walkach.

Jest "Bratobójca" tomem obszernym (największym w cyklu) i przeznaczonym dla fanów fantastyki postapokaliptycznej. Mniej tym razem Jay Kristoff koncentruje się na opisywaniu dzieła zniszczenia: wiadomo, że lotos powoli zabija i to na różne sposoby, ale skutki jego działania mogą już pozostać w tle. Autor skupia się bardziej na ludziach i na ich relacjach, motywacji szuka głębiej niż w najbardziej oczywistych efektach rabunkowej gospodarki. W ogóle mniej zajmuje go polityka, chociaż konstrukcję rzeczywistości wymyślonej w pierwszym tomie przedstawiał dość szczegółowo. Teraz jednak może zająć się związkiem między Yukiko i Buruu i to w sposób, którego wcześnie nie sugerował. Pojawia się poważna konkurencja dla przyjaźni międzygatunkowej: Buruu wyczuwa samicę i podąża jej śladem, porzucając Yukiko w chwili, gdy ta najbardziej potrzebuje wsparcia. To wystawienie przyjaźni na poważną próbę, ale i sprawdzenie, czy silniejszy jest instynkt, czy kulturowe relacje.

Chociaż Jay Kristoff bardzo chętnie posługuje się obrazami brutalnymi, nie przymyka oczu na sceny walk i krwawe potyczki, udaje mu się też wpleść do opowieści humor. Przejawia się on najczęściej po prostu w rozmowach Buruu i Yukiko – tu mogą pojawiać się przekomarzanki albo wzajemne uszczypliwości, dobroduszne docinki, z których nic złego nie wynika. Autor popisuje się tu umiejętnością budowania zabawnych dialogów i wykorzystywania celnych ripost bez obaw, że zepsuje tym klimat dość ponurej opowieści. Jednak o śmiech w tym wypadku niespecjalnie chodzi.