Akapit Press, Łódź 2016.
Klasa
Zielona Nikola chce pozostać indywidualnością, nie rozumie, dlaczego miałaby się dostosowywać do mód w grupie czy opinii większości. Wszystkie dziewczynki ubierają się na różowo, Nikola lubi zielony i nie pozwala stłamsić swojej osobowości nawet w tak małym zakresie. Jej indywidualizm ujawnia słabość rówieśniczek – odrzucają Nikolę i przypisują jej wymyślone wady. Na przykład tę, że zadziera nosa, bo przyjechała z Norwegii. Nie pierwszy raz w twórczości Marty Fox pojawia się temat docierania się w nowej klasie, chociaż tu dotyczy dzieci, a nie nastolatków. „Zielona Nikola” to zestaw prostych opowiadań, scenek z klasy. Autorka raz chce uczyć znaczeń wybranych frazeologizmów, raz – prawidłowych reakcji i zachowań. Jest tu na przykład dziecko szczypane przez panią, a także temat ekshibicjonisty (pana, który „macha siusiakiem”). Do tego dołącza zabawy (gra w podchody), historyjki o zwierzętach i zwykłą obyczajową codzienność. „Zielona Nikola” ma być dla najmłodszych dobrą lekturą, ale również przewodnikiem. Marta Fox wskazuje dziecięce problemy, reguły postępowania w grupie rówieśników, a także przemiany w ocenianiu kolegów. Na początku Zielona Nikola jest przez dzieci odrzucana, po jakimś czasie zyskuje aprobatę grupy. Autorka przypomina, by nie wyciągać pochopnych wniosków i najpierw poznać drugiego człowieka. W „Zielonej Nikoli” akcja rozkłada się na krótkie rozdziały do samodzielnego czytania przez dzieci, które dopiero się tego uczą. Autorka sięga po różne tematy, każdy – emocjonujący dla odbiorców, każdy zapewniający zestaw silnych przeżyć w pigułce. Dzięki odwołaniom do klasy może Fox równolegle szkicować kilka zagadnień z codzienności odbiorców: w końcu dziecięcy bohaterowie nie muszą podporządkowywać się żadnym regułom, mają do załatwienia swoje sprawy.
W charakterystyczny sposób Marta Fox zawsze prowadzi narrację. Wszyscy jej bohaterowie, bez względu na to, z których książek, posługują się logoreicznym stylem, przegadanym i nieprzezroczystym. Tu trochę mniej jest to widoczne, ale kiedy postacie dochodzą do głosu, w zupełnie niedziecięcej formie wyrażać mogą swoje spostrzeżenia i uwagi. Dobrze, że nie wygłaszają ich bez przerwy, bo do końca straciliby wiarygodność. Jednak Marta Fox musi też wplatać do opowieści pedagogiczne wskazówki, w tym jej niezbyt naturalny rytm tej prozy pomaga. „Zielona Nikola” ma przecież także pomagać dzieciom odnaleźć się w dzisiejszym świecie.
Nie jest to zwyczajny zestaw opowiadań. W tematach – jak najbardziej typowy. Ale po każdej historyjce pojawia się zestaw zadań dla odbiorców. Może to być prośba o opisanie ulubionego zwierzątka lub obowiązków w domu, próba wyjaśniania własnymi słowami wybranego wyrażenia. Zdarzają się też dziwniejsze wyzwania, choćby opisanie czyjegoś sekretu (dla dorosłych to szansa na dowiedzenie się o problemie dzieci, ale jak tłumaczy to dziecku, czym właściwie jest sekret?). Marta Fox nawiązuje do zabaw podwórkowych i ulubionych rozrywek dzieci, tworzy scenariusze sprawdzające, czy odbiorcy wiedzą, jak się zachować w określonych sytuacjach. Każde polecenie kończy się słowami „napisz, narysuj”, kilkoma linijkami (w trzy lunie, czyli dla najmłodszych), oraz ramką na rysunek. I tu uwaga: książka została wydana na papierze kredowym, więc „podstawowe” narzędzia maluchów – kredki ołówkowe i wieczne pióra – się tu nie sprawdzą, pozornie proste zadania zamieniają się w szereg twórczych eksperymentów.
„Zielona Nikola” jest tomikiem prostym, ilustrowanym (dość rzadko) przez Tomasza Domańskiego – a skoro nie ma w nim zbyt wielu rysunków, dzieci z chęcią dodadzą swoje. Marta Fox angażuje maluchy w opowiastki czerpiące ze zwyczajnego życia – wszystko razem składa się na ważny tomik.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 4 lipca 2016
niedziela, 3 lipca 2016
Agnieszka Osiecka: Neponset
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Cierpienie
Fani Agnieszki Osieckiej tomem „Neponset” zawiedzeni być nie mogą: to powieść, która na rynku dotąd nie zaistniała. Napisana na przełomie lat 70. i 80. wyraźnie przegrywa z „Białą bluzką” – a porównań nie da się uniknąć, o czym zaraz. Przegrywa – a przecież i tak zapewnia wysoki poziom lektury i nie rozczarowuje. Osiecka wybiera tu lubianą przez siebie formę, pozornego dziennika, rozsypanych codziennych i mało ważnych wydarzeń, w których zakodowuje się charakterystyka bohaterki. „Neponset” to pozorna normalność, normalność, którą przesyca smutek i rezygnacja. A wszystko przez wycięcie serca. Marta taką operację przeszła jakiś czas temu – to zjawisko częste w twórczości Agnieszki Osieckiej, metaforyczne, choć przez bohaterkę traktowane bardzo dosłownie: wszystkiemu winien mężczyzna. Wycięcie serca nie chroni bohaterki przed tęsknotą. Ten mężczyzna wciąż przewija się przez jej myśli. Kobieta przypomina Elę z „Białej bluzki”, tworzonej zgodnie z najczęstszymi pomysłami autorki – typowej dla Osieckiej, za to egzotycznej w literaturze i życiu bohaterki.
Marta jest żebraczką. Unika nudy, potrafi zorganizować sobie czas, chadza na darmowe odczyty i właściwie pozostaje w ciągłym ruchu, ale to nie zmniejsza jej nostalgii, czy nawet niemal fizycznego bólu za tamtym mężczyzną. Stara się z całej siły o nim zapomnieć i przez to bez przerwy ma go w myślach. Agnieszka Osiecka zwyczajność celowo roztapia w niezwyczajności. Imituje dziennik, by móc pokazać, jak nieszczęśliwa miłość wpływa na rutynowe czynności. A przecież już sam wybór zawodu dla bohaterki jest dość egzotyczny i pozostawia duże pole do popisu. Do tego Osiecka dodaje początki choroby psychicznej Marty, żeby jeszcze bardziej wyautować ją ze społeczeństwa, gdyby miłosne rozterki nie wystarczały. Później, u Elżbiety, ten motyw rozbuduje się tak, by nim zasłynąć. Tu jeszcze jest subtelny i testowany.
Bohaterka Agnieszki Osieckiej jest zagubiona, ale we własnym „pamiętniku”, dla siebie samej, próbuje odgrywać twardzielkę. Dowodem na to może być przewijająca się gdzieniegdzie dyskretna ironia – Marta nie jest cierpiętnicą, od czasu do czasu posługuje się humorem, wyjątkowo precyzyjnym, ale nienachalnym, tym, z którego autorka słynie. Inteligentne dowcipy przesycają książkę i ujawniają się w niespodziewanych momentach. To zjawisko rzadko spotykane w historiach o niespełnieniu. Marta przecież coraz bardziej osuwa się w przepaść stworzoną z własnych beznadziei, rozczarowań i porażek. Bez optymistycznych tonów rozgrywa się „Neponset".
A że to niewielka objętościowo powieść, wydawnictwo próbuje nadać książce objętości. Najpierw pojawia się wywiad redaktorki tomu z Magdą Czapińską (w zwielokrotnionej roli: koleżanki Osieckiej, specjalistki z dziedziny psychologii, ale i poetki). Ów wywiad odbiorcy znać mogą z tomu „Koleżanka”, lecz trzeba przyznać, że tu bardzo dobrze się sprawdza jako komentarz do powieści. Znalazły się tu i wzmianki o nieudanych związkach czy miłosnych rozczarowaniach Osieckiej, o chorobie oraz o różnych relacjach towarzyskich. Żeby jeszcze lepiej przygotować czytelników do lektury – chociaż trudno sobie nawet wyobrazić, że po „Neponset” sięga ktoś przypadkowy – Karolina Feldberg-Sendecka tworzy biograficzne posłowie, przedstawiając te tematy, które mogą wpłynąć na interpretowanie powieści. Obficie Feldberg-Sendecka cytuje dzienniki Osieckiej, ułatwiając czytanie tym, którzy nie zagłębiali się dotąd w życiorysowe szczegóły. W przypadku historii imitującej dziennik i czerpiącej z prawdziwych przeżyć, taka postawa jest jak najbardziej uzasadniona. Jest zatem „Neponset” książką przygotowaną z myślą także o przypadkowych odbiorcach, stworzoną tak, by lepiej dawało się poznać twórczość Agnieszki Osieckiej.
Cierpienie
Fani Agnieszki Osieckiej tomem „Neponset” zawiedzeni być nie mogą: to powieść, która na rynku dotąd nie zaistniała. Napisana na przełomie lat 70. i 80. wyraźnie przegrywa z „Białą bluzką” – a porównań nie da się uniknąć, o czym zaraz. Przegrywa – a przecież i tak zapewnia wysoki poziom lektury i nie rozczarowuje. Osiecka wybiera tu lubianą przez siebie formę, pozornego dziennika, rozsypanych codziennych i mało ważnych wydarzeń, w których zakodowuje się charakterystyka bohaterki. „Neponset” to pozorna normalność, normalność, którą przesyca smutek i rezygnacja. A wszystko przez wycięcie serca. Marta taką operację przeszła jakiś czas temu – to zjawisko częste w twórczości Agnieszki Osieckiej, metaforyczne, choć przez bohaterkę traktowane bardzo dosłownie: wszystkiemu winien mężczyzna. Wycięcie serca nie chroni bohaterki przed tęsknotą. Ten mężczyzna wciąż przewija się przez jej myśli. Kobieta przypomina Elę z „Białej bluzki”, tworzonej zgodnie z najczęstszymi pomysłami autorki – typowej dla Osieckiej, za to egzotycznej w literaturze i życiu bohaterki.
Marta jest żebraczką. Unika nudy, potrafi zorganizować sobie czas, chadza na darmowe odczyty i właściwie pozostaje w ciągłym ruchu, ale to nie zmniejsza jej nostalgii, czy nawet niemal fizycznego bólu za tamtym mężczyzną. Stara się z całej siły o nim zapomnieć i przez to bez przerwy ma go w myślach. Agnieszka Osiecka zwyczajność celowo roztapia w niezwyczajności. Imituje dziennik, by móc pokazać, jak nieszczęśliwa miłość wpływa na rutynowe czynności. A przecież już sam wybór zawodu dla bohaterki jest dość egzotyczny i pozostawia duże pole do popisu. Do tego Osiecka dodaje początki choroby psychicznej Marty, żeby jeszcze bardziej wyautować ją ze społeczeństwa, gdyby miłosne rozterki nie wystarczały. Później, u Elżbiety, ten motyw rozbuduje się tak, by nim zasłynąć. Tu jeszcze jest subtelny i testowany.
Bohaterka Agnieszki Osieckiej jest zagubiona, ale we własnym „pamiętniku”, dla siebie samej, próbuje odgrywać twardzielkę. Dowodem na to może być przewijająca się gdzieniegdzie dyskretna ironia – Marta nie jest cierpiętnicą, od czasu do czasu posługuje się humorem, wyjątkowo precyzyjnym, ale nienachalnym, tym, z którego autorka słynie. Inteligentne dowcipy przesycają książkę i ujawniają się w niespodziewanych momentach. To zjawisko rzadko spotykane w historiach o niespełnieniu. Marta przecież coraz bardziej osuwa się w przepaść stworzoną z własnych beznadziei, rozczarowań i porażek. Bez optymistycznych tonów rozgrywa się „Neponset".
A że to niewielka objętościowo powieść, wydawnictwo próbuje nadać książce objętości. Najpierw pojawia się wywiad redaktorki tomu z Magdą Czapińską (w zwielokrotnionej roli: koleżanki Osieckiej, specjalistki z dziedziny psychologii, ale i poetki). Ów wywiad odbiorcy znać mogą z tomu „Koleżanka”, lecz trzeba przyznać, że tu bardzo dobrze się sprawdza jako komentarz do powieści. Znalazły się tu i wzmianki o nieudanych związkach czy miłosnych rozczarowaniach Osieckiej, o chorobie oraz o różnych relacjach towarzyskich. Żeby jeszcze lepiej przygotować czytelników do lektury – chociaż trudno sobie nawet wyobrazić, że po „Neponset” sięga ktoś przypadkowy – Karolina Feldberg-Sendecka tworzy biograficzne posłowie, przedstawiając te tematy, które mogą wpłynąć na interpretowanie powieści. Obficie Feldberg-Sendecka cytuje dzienniki Osieckiej, ułatwiając czytanie tym, którzy nie zagłębiali się dotąd w życiorysowe szczegóły. W przypadku historii imitującej dziennik i czerpiącej z prawdziwych przeżyć, taka postawa jest jak najbardziej uzasadniona. Jest zatem „Neponset” książką przygotowaną z myślą także o przypadkowych odbiorcach, stworzoną tak, by lepiej dawało się poznać twórczość Agnieszki Osieckiej.
Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Stuoki Potwór
Powergraph, Warszawa 2016.
Kamery
Kuba i Amelia bardzo się lubią, chociaż też stale się kłócą za sprawą różnych nieporozumień. W „Stuokim Potworze” muszą rozwiązać kolejną tajemnicę w Oak Residence. Rafał Kosik temat do powieści znalazł w zwyczajnym życiu – połączył go z fascynacją techniką i wskazał istotne zagrożenia. Bo to, że w Oak Residence grasuje stuoki potwór, odczytywać można na kilka sposobów. Tajemnicza postać w pelerynie z oczami to niemal dobroduszne straszydło z bajek w porównaniu z osiedlowym monitoringiem i zaangażowanymi w podglądanie sąsiadów mieszkańcami.
Każdą, nawet najbardziej niebezpieczną nowinkę technologiczną ludzie zaakceptują, jeśli tylko dostrzegą w niej korzyści dla siebie. Zainstalowanie kamer ma na celu poprawę bezpieczeństwa mieszkańców. To nic, że do tej pory omijały ich poważniejsze zagrożenia. Teraz Zamek ma stać się prawdziwą fortecą. Dostęp do obrazu z kamer mają wszyscy – więc też wszyscy mogą zaangażować się w tropienie potencjalnych przestępców. W praktyce jednak monitoring to prawdziwy program reality show: można poznać sekrety do tej pory strzeżone i to pilnie. Dorośli uzależniają się od śledzenia innych przez kamerki, bo zapewnia im to możliwość bezkarnego i „kulturalnego” podglądania, czyli zaspokajania ciekawości. Na stronie – w domowym zaciszu – mogą nawet pokusić się o komentarze, na które zwykle nie pozwala dyplomacja czy uprzejmość. Niemal wszyscy dorośli zostali tym razem przedstawieni w krzywym zwierciadle. Wpatrują się w ekrany komputerów, zarzucając swoje obowiązki. Zwykle to dzieci posądzane są o wścibstwo – tym razem młode pokolenie kompletnie nie interesuje się sprawami rodziców, co więcej: dostrzega minusy zabawy w monitorowanie „bezpieczeństwa”. Rafał Kosik wyciąga na światło dzienne najbardziej kompromitujące wydarzenia, pokazuje, że w pogoni za bezpieczeństwem przydaje się też zdrowy rozsądek.
W „Stuokim Potworze” Mi dalej szuka ulubionego zwierzęcia, na które nie miałaby uczulenia – daje się nabrać na marketingowe teksty akwizytora i zapewnia mu swobodny dostęp do Zamku. Domokrążca to postać, na której Kosik wyżywa się satyrycznie. Dostanie się wszędzie, nie reaguje na niechęć rozmówców, zawsze ma pod ręką akurat potrzebny towar i zachowuje się, jakby potrafił odczytywać potrzeby klientów jeszcze zanim ci sobie je uświadomią. Słabość nowoczesnego systemu monitoringu to czynnik niezależny od nowoczesnych technologii. Ale fani cyklu Felix, Net i Nika – czyli z reguły starsze rodzeństwo odbiorców Amelii i Kuby – ucieszą się z obecności informatyka, Jerzego Wierszewskiego. Teraz wiadomo, dlaczego system nie działa tak, jak powinien.
Wreszcie poza zabawą porusza autor szalenie ważny temat: istotny dzisiaj w szkołach – temat mobbingu. Jedno niekorzystne i głupie zdjęcie koleżanki wrzucone do internetu pod wpływem impulsu sprawia, że dziewczyna staje się pośmiewiskiem szkoły. Konsekwencje takiego zachowania mogą być bardzo poważne: teraz już Amelia, nawet gdyby chciała (a bardzo chce!) nie zdoła ochronić koleżanki przed złośliwymi rówieśnikami. Rafał Kosik wie, że takich spraw nie da się omówić z dorosłymi – sugeruje więc ciekawe rozwiązanie. Jak zwykle też pozwala młodym bohaterom działać. Kuba przez przypadek może nawet stworzyć radio. Dzieje się tu dużo i szybko, a do tego, jak zawsze u Kosika, z ogromną porcją humoru oraz istotnymi dla każdego młodego czytelnika przesłaniami. „Stuoki Potwór” to kolejna powieść dla dzieci, w których inteligencję autor wierzy. Klasyka w formie idealnie łączy się ze współczesnymi obserwacjami.
Kamery
Kuba i Amelia bardzo się lubią, chociaż też stale się kłócą za sprawą różnych nieporozumień. W „Stuokim Potworze” muszą rozwiązać kolejną tajemnicę w Oak Residence. Rafał Kosik temat do powieści znalazł w zwyczajnym życiu – połączył go z fascynacją techniką i wskazał istotne zagrożenia. Bo to, że w Oak Residence grasuje stuoki potwór, odczytywać można na kilka sposobów. Tajemnicza postać w pelerynie z oczami to niemal dobroduszne straszydło z bajek w porównaniu z osiedlowym monitoringiem i zaangażowanymi w podglądanie sąsiadów mieszkańcami.
Każdą, nawet najbardziej niebezpieczną nowinkę technologiczną ludzie zaakceptują, jeśli tylko dostrzegą w niej korzyści dla siebie. Zainstalowanie kamer ma na celu poprawę bezpieczeństwa mieszkańców. To nic, że do tej pory omijały ich poważniejsze zagrożenia. Teraz Zamek ma stać się prawdziwą fortecą. Dostęp do obrazu z kamer mają wszyscy – więc też wszyscy mogą zaangażować się w tropienie potencjalnych przestępców. W praktyce jednak monitoring to prawdziwy program reality show: można poznać sekrety do tej pory strzeżone i to pilnie. Dorośli uzależniają się od śledzenia innych przez kamerki, bo zapewnia im to możliwość bezkarnego i „kulturalnego” podglądania, czyli zaspokajania ciekawości. Na stronie – w domowym zaciszu – mogą nawet pokusić się o komentarze, na które zwykle nie pozwala dyplomacja czy uprzejmość. Niemal wszyscy dorośli zostali tym razem przedstawieni w krzywym zwierciadle. Wpatrują się w ekrany komputerów, zarzucając swoje obowiązki. Zwykle to dzieci posądzane są o wścibstwo – tym razem młode pokolenie kompletnie nie interesuje się sprawami rodziców, co więcej: dostrzega minusy zabawy w monitorowanie „bezpieczeństwa”. Rafał Kosik wyciąga na światło dzienne najbardziej kompromitujące wydarzenia, pokazuje, że w pogoni za bezpieczeństwem przydaje się też zdrowy rozsądek.
W „Stuokim Potworze” Mi dalej szuka ulubionego zwierzęcia, na które nie miałaby uczulenia – daje się nabrać na marketingowe teksty akwizytora i zapewnia mu swobodny dostęp do Zamku. Domokrążca to postać, na której Kosik wyżywa się satyrycznie. Dostanie się wszędzie, nie reaguje na niechęć rozmówców, zawsze ma pod ręką akurat potrzebny towar i zachowuje się, jakby potrafił odczytywać potrzeby klientów jeszcze zanim ci sobie je uświadomią. Słabość nowoczesnego systemu monitoringu to czynnik niezależny od nowoczesnych technologii. Ale fani cyklu Felix, Net i Nika – czyli z reguły starsze rodzeństwo odbiorców Amelii i Kuby – ucieszą się z obecności informatyka, Jerzego Wierszewskiego. Teraz wiadomo, dlaczego system nie działa tak, jak powinien.
Wreszcie poza zabawą porusza autor szalenie ważny temat: istotny dzisiaj w szkołach – temat mobbingu. Jedno niekorzystne i głupie zdjęcie koleżanki wrzucone do internetu pod wpływem impulsu sprawia, że dziewczyna staje się pośmiewiskiem szkoły. Konsekwencje takiego zachowania mogą być bardzo poważne: teraz już Amelia, nawet gdyby chciała (a bardzo chce!) nie zdoła ochronić koleżanki przed złośliwymi rówieśnikami. Rafał Kosik wie, że takich spraw nie da się omówić z dorosłymi – sugeruje więc ciekawe rozwiązanie. Jak zwykle też pozwala młodym bohaterom działać. Kuba przez przypadek może nawet stworzyć radio. Dzieje się tu dużo i szybko, a do tego, jak zawsze u Kosika, z ogromną porcją humoru oraz istotnymi dla każdego młodego czytelnika przesłaniami. „Stuoki Potwór” to kolejna powieść dla dzieci, w których inteligencję autor wierzy. Klasyka w formie idealnie łączy się ze współczesnymi obserwacjami.
sobota, 2 lipca 2016
Sposób życia. Z Pawłem Hertzem rozmawia Barbara N. Łopieńska
Iskry, Warszawa 2016.
Postawa
Paweł Hertz w świadomości humanistów zapisał się przede wszystkim jako tłumacz. Z rozmów, które przeprowadzała z nim Barbara N. Łopieńska wyłania się jednak przedziwny obraz, stojący w wyraźnej sprzeczności z – ogólnie rzecz ujmując – środowiskiem literatów czy ludzi kultury. Paweł Hertz narzuca sobie pewien styl, który w jego ujęciu wart jest uznania – i wyraża dość niepopularne, a na pewno niezrozumiałe dla młodszych pokoleń poglądy. Zmarł w 2011 roku, ale w wywiadach zamieszczonych w tomie „Sposób życia” uprawia ostrą i bezpardonową krytykę twórców kultury. Nie lubi filmów (z nielicznymi wyjątkami) i godzi się na trzymanie w domu telewizora, ale do kina nie chadza, podobnie jak do teatru – bo nie ma tam nic, co by go interesowało (skąd o tym wie, nie wiadomo, aż szkoda, że Łopieńska przytłoczona jest rangą rozmówcy i przede wszystkim dba o to, żeby go przypadkiem nie urazić). Dalej – książek Hertz nie czyta, nawet wydawanych przez znajomych (z wyjątkiem tomów Iwaszkiewicza, bo to jedyny autor zasługujący na uznanie) – nie przeszkadza mu to znów w negatywnym wartościowaniu. Narzekanie na stan literatury bez choćby chęci jej poznania już nie nastraja pozytywnie. Drugim motywem, który autor na siłę stara się wprowadzić jako autopromocyjny jest powściągliwość. Hertz wiele razy podkreśla, że we wszystkim zachowuje umiar, że nie reaguje emocjonalnie (wprawdzie rzucił raz popielniczką, ale to był błąd), że nie ma nałogów… co pewien czas uznaje za słuszne podkreślić, jak poprawnie się zachowuje – jakby chciał stać się wzorem do naśladowania. Jeśli chodzi o autoportret Pawła Hertza – nie wypada on najlepiej, za sprawą przesadnych starań o wybielanie się.
Drugim tematem poruszanym w tomie są sprawy przeszłości – życie literackie i „polityczne” w kontekście możliwych do podejmowania decyzji. Tu Hertz stara się wyjaśniać, jak było – czy prostować popularne sądy. Znajduje miejsce na dzielenie się przemyśleniami. Powraca do kwestii, które spodobają się historykom literatury lub tym, którzy chcą badać dawne życie literackie, odrobinę uwagi bowiem poświęca kolegom po piórze czy pisarskiej otoczce (domy literatów, pisma literackie, spotkania). Trzecie zagadnienie wydaje się jednocześnie najciekawsze i najbardziej szczere: kiedy Paweł Hertz opowiada o pracy tłumacza (pomijając narzekania, że woli czytać w oryginale, bo nie mamy dobrych tłumaczy…). Tu zapomina o autokreacji, widać, że temat go pasjonuje (mimo zastrzeżeń o powściągliwości), a dla zwykłych odbiorców jest też zestawem odkryć – przybliżeniem tajników warsztatu i szansą przyjrzenia się wyzwaniom. Dla samych refleksji o przekładach warto do tomu zajrzeć i wczytać się uważnie w słowa Pawła Hertza.
Barbara N. Łopieńska przypomina o twórcy, który wycofał się z życia literackiego, a szerszej publiczności może nie być specjalnie znany (dzisiaj), podkreśla jednak jego pozycję i znaczenie dla kultury. To oznacza, że od czasu do czasu wycofuje się z pytań, albo przeprasza, gdy wydaje jej się, że przełamuje jakieś tabu. To postawa, w której prowadzenie rozmowy tak naprawdę oddaje się interlokutorowi, a ten wybiera sposoby zaprezentowania siebie czytelnikom. Na pewno warto za to zwrócić uwagę na język. Paweł Hertz wypowiada się elegancko, waży słowa, a do tego opowiada barwnie. Przejmuje się jakością wywodów, a docenią to zwłaszcza starsi czytelnicy.
„Sposób życia” to publikacja, która nie zastąpi biografii, ale stanowić może oryginalne spojrzenie na środowisko literackie w XX wieku. Paweł Hertz nie zawsze zyskuje aprobatę, ale potrafi zapewnić atrakcyjną lekturę. Z zagadnieniami poruszanymi w tym tomie można dyskutować, jednak nie sposób odmówić w wielu miejscach Hertzowi racji. Rozmowa ta nie pasuje do popularnych wywiadów-rzek, jest ich inteligentnym (inteligenckim) odpowiednikiem.
Postawa
Paweł Hertz w świadomości humanistów zapisał się przede wszystkim jako tłumacz. Z rozmów, które przeprowadzała z nim Barbara N. Łopieńska wyłania się jednak przedziwny obraz, stojący w wyraźnej sprzeczności z – ogólnie rzecz ujmując – środowiskiem literatów czy ludzi kultury. Paweł Hertz narzuca sobie pewien styl, który w jego ujęciu wart jest uznania – i wyraża dość niepopularne, a na pewno niezrozumiałe dla młodszych pokoleń poglądy. Zmarł w 2011 roku, ale w wywiadach zamieszczonych w tomie „Sposób życia” uprawia ostrą i bezpardonową krytykę twórców kultury. Nie lubi filmów (z nielicznymi wyjątkami) i godzi się na trzymanie w domu telewizora, ale do kina nie chadza, podobnie jak do teatru – bo nie ma tam nic, co by go interesowało (skąd o tym wie, nie wiadomo, aż szkoda, że Łopieńska przytłoczona jest rangą rozmówcy i przede wszystkim dba o to, żeby go przypadkiem nie urazić). Dalej – książek Hertz nie czyta, nawet wydawanych przez znajomych (z wyjątkiem tomów Iwaszkiewicza, bo to jedyny autor zasługujący na uznanie) – nie przeszkadza mu to znów w negatywnym wartościowaniu. Narzekanie na stan literatury bez choćby chęci jej poznania już nie nastraja pozytywnie. Drugim motywem, który autor na siłę stara się wprowadzić jako autopromocyjny jest powściągliwość. Hertz wiele razy podkreśla, że we wszystkim zachowuje umiar, że nie reaguje emocjonalnie (wprawdzie rzucił raz popielniczką, ale to był błąd), że nie ma nałogów… co pewien czas uznaje za słuszne podkreślić, jak poprawnie się zachowuje – jakby chciał stać się wzorem do naśladowania. Jeśli chodzi o autoportret Pawła Hertza – nie wypada on najlepiej, za sprawą przesadnych starań o wybielanie się.
Drugim tematem poruszanym w tomie są sprawy przeszłości – życie literackie i „polityczne” w kontekście możliwych do podejmowania decyzji. Tu Hertz stara się wyjaśniać, jak było – czy prostować popularne sądy. Znajduje miejsce na dzielenie się przemyśleniami. Powraca do kwestii, które spodobają się historykom literatury lub tym, którzy chcą badać dawne życie literackie, odrobinę uwagi bowiem poświęca kolegom po piórze czy pisarskiej otoczce (domy literatów, pisma literackie, spotkania). Trzecie zagadnienie wydaje się jednocześnie najciekawsze i najbardziej szczere: kiedy Paweł Hertz opowiada o pracy tłumacza (pomijając narzekania, że woli czytać w oryginale, bo nie mamy dobrych tłumaczy…). Tu zapomina o autokreacji, widać, że temat go pasjonuje (mimo zastrzeżeń o powściągliwości), a dla zwykłych odbiorców jest też zestawem odkryć – przybliżeniem tajników warsztatu i szansą przyjrzenia się wyzwaniom. Dla samych refleksji o przekładach warto do tomu zajrzeć i wczytać się uważnie w słowa Pawła Hertza.
Barbara N. Łopieńska przypomina o twórcy, który wycofał się z życia literackiego, a szerszej publiczności może nie być specjalnie znany (dzisiaj), podkreśla jednak jego pozycję i znaczenie dla kultury. To oznacza, że od czasu do czasu wycofuje się z pytań, albo przeprasza, gdy wydaje jej się, że przełamuje jakieś tabu. To postawa, w której prowadzenie rozmowy tak naprawdę oddaje się interlokutorowi, a ten wybiera sposoby zaprezentowania siebie czytelnikom. Na pewno warto za to zwrócić uwagę na język. Paweł Hertz wypowiada się elegancko, waży słowa, a do tego opowiada barwnie. Przejmuje się jakością wywodów, a docenią to zwłaszcza starsi czytelnicy.
„Sposób życia” to publikacja, która nie zastąpi biografii, ale stanowić może oryginalne spojrzenie na środowisko literackie w XX wieku. Paweł Hertz nie zawsze zyskuje aprobatę, ale potrafi zapewnić atrakcyjną lekturę. Z zagadnieniami poruszanymi w tym tomie można dyskutować, jednak nie sposób odmówić w wielu miejscach Hertzowi racji. Rozmowa ta nie pasuje do popularnych wywiadów-rzek, jest ich inteligentnym (inteligenckim) odpowiednikiem.
Na wsi. Pierwsza encyklopedia
Wilga, Warszawa 2016.
Agroturystyka
Dla dzieci wyprawa na wieś to zawsze wielka przygoda – przynajmniej dla dzieci z wielkich miast. Życie na łonie natury pełne jest dla takich maluchów niespodzianek, a w ich objaśnianiu na pewno przyda się tom „Na wsi” wydany w serii Pierwsza encyklopedia w Wildze. Tu Camille Babeau stara się usystematyzować wiedzę, odpowiedzieć na pytania dzieci i oswoić je z warunkami w gospodarstwach. To rodzaj agroturystycznej wycieczki ozdabianej licznymi ciekawostkami i bajkowymi rysunkami.
Tomik dzieli się na cztery tematyczne części. Pierwsza jest ogólnym przedstawieniem gospodarstwa, spotykanych w nim narzędzi i maszyn, ale i rejestr zwierząt – tych pomocnych i tych szkodzących rolnikom. Najobszerniejszy jest dział poświęcony hodowli zwierząt – tu autorka kolejno prezentuje zabudowania gospodarcze (kurnik, królikarnię, chlew czy oborę) oraz zwierzęta – kozy, owce i krowy. Uprawa roślin to kolejna partia wędrówki przez wieś. Tu dzieci dowiedzą się między innymi czegoś o szklarniach czy o sadzeniu roślin, osobno omówione zostały warzywa, owoce i zboża. Ostatni dział (poza zagadkami) to miejsce na krótką charakterystykę gospodarstw specjalistycznych – winnic, pasiek czy plantacji ryżu. Tu pozwoli najmłodszym lepiej orientować się w świecie rolników. Każdy rozdział – oraz cała książka – kończy się krótkim tekstem sprawdzającym wiedzę. Zamienia to korzystanie z tomiku w zabawę. Zresztą całość przygotowana została tak, by zapewniać dzieciom rozrywkę. Dominują tu ilustracje – kolorowe i drobne, wzbogacone jedynie o podpisy. Z tych podpisów można się dowiedzieć podstawowych rzeczy o gospodarstwie. Krótkie zdania lub po prostu hasła łatwo zapadają w pamięć, nie zniechęcą nawet tych maluchów, które jeszcze uczą się czytać. Sekwencje obrazków zamieniają się – w samej grafice – w historyjki. Prezentują gospodarstwa upraszczane (sprowadzane niemal do bajki), ale też przesycane szczegółowymi informacjami pozbawionymi ozdobników. Po co opisywać wystawę rolniczą, skoro można ją na obrazkach pokazać – tak lepiej i szybciej dociera się do najmłodszych.
Dla co bardziej dociekliwych dzieci są marginesy. Tu najpierw pojawia się pytanie, a potem seria rysunków z bardziej rozbudowanymi wyjaśnieniami – podpisami. Tu mieszczą się ciekawostki i dodatki do podstawowych treści, coś w sam raz dla tych, których temat zainteresował bardziej. W dodatku autorka próbuje wprowadzać system odsyłaczy – do innych stron, które przedstawiają podobne zagadnienia. W końcu z tomiku – jak z prawdziwych encyklopedii – wcale nie trzeba korzystać linearnie, można wybierać co bardziej atrakcyjne tematy.
Dużo w tej książeczce zwierząt (pojawiają się nawet rasy krów czy świń), jest i pole do popisu w ćwiczeniu opowiadania. W tej encyklopedii nie ma definicji, jedynie proste hasła, których sens wskazać można na rysunkach. Dzieci tak przygotowaną książkę mogą oglądać same – lub z rodzicami, którzy będą też wskazywać warte uwagi zjawiska. Na pewno nikt nie zdąży się znudzić tak obmyśloną publikacją. Seria prezentuje oryginalny sposób edukowania najmłodszych – bez nachalności czy szkolnego rytmu, w oparciu o zabawę. Rysunki będą dla kilkulatków inspirujące, a do tego wbiją się w pamięć. To poza tym lektura ważna dla mieszkańców wielkich miast – przekazuje wiedzę dawniej dostępną wszystkim, a dzisiaj coraz bardziej egzotyczną. Takie publikacje cieszą – zwłaszcza że przygotowywane są z myślą o najmłodszych odbiorcach i o ich wygodzie w przyswajaniu wiadomości.
Agroturystyka
Dla dzieci wyprawa na wieś to zawsze wielka przygoda – przynajmniej dla dzieci z wielkich miast. Życie na łonie natury pełne jest dla takich maluchów niespodzianek, a w ich objaśnianiu na pewno przyda się tom „Na wsi” wydany w serii Pierwsza encyklopedia w Wildze. Tu Camille Babeau stara się usystematyzować wiedzę, odpowiedzieć na pytania dzieci i oswoić je z warunkami w gospodarstwach. To rodzaj agroturystycznej wycieczki ozdabianej licznymi ciekawostkami i bajkowymi rysunkami.
Tomik dzieli się na cztery tematyczne części. Pierwsza jest ogólnym przedstawieniem gospodarstwa, spotykanych w nim narzędzi i maszyn, ale i rejestr zwierząt – tych pomocnych i tych szkodzących rolnikom. Najobszerniejszy jest dział poświęcony hodowli zwierząt – tu autorka kolejno prezentuje zabudowania gospodarcze (kurnik, królikarnię, chlew czy oborę) oraz zwierzęta – kozy, owce i krowy. Uprawa roślin to kolejna partia wędrówki przez wieś. Tu dzieci dowiedzą się między innymi czegoś o szklarniach czy o sadzeniu roślin, osobno omówione zostały warzywa, owoce i zboża. Ostatni dział (poza zagadkami) to miejsce na krótką charakterystykę gospodarstw specjalistycznych – winnic, pasiek czy plantacji ryżu. Tu pozwoli najmłodszym lepiej orientować się w świecie rolników. Każdy rozdział – oraz cała książka – kończy się krótkim tekstem sprawdzającym wiedzę. Zamienia to korzystanie z tomiku w zabawę. Zresztą całość przygotowana została tak, by zapewniać dzieciom rozrywkę. Dominują tu ilustracje – kolorowe i drobne, wzbogacone jedynie o podpisy. Z tych podpisów można się dowiedzieć podstawowych rzeczy o gospodarstwie. Krótkie zdania lub po prostu hasła łatwo zapadają w pamięć, nie zniechęcą nawet tych maluchów, które jeszcze uczą się czytać. Sekwencje obrazków zamieniają się – w samej grafice – w historyjki. Prezentują gospodarstwa upraszczane (sprowadzane niemal do bajki), ale też przesycane szczegółowymi informacjami pozbawionymi ozdobników. Po co opisywać wystawę rolniczą, skoro można ją na obrazkach pokazać – tak lepiej i szybciej dociera się do najmłodszych.
Dla co bardziej dociekliwych dzieci są marginesy. Tu najpierw pojawia się pytanie, a potem seria rysunków z bardziej rozbudowanymi wyjaśnieniami – podpisami. Tu mieszczą się ciekawostki i dodatki do podstawowych treści, coś w sam raz dla tych, których temat zainteresował bardziej. W dodatku autorka próbuje wprowadzać system odsyłaczy – do innych stron, które przedstawiają podobne zagadnienia. W końcu z tomiku – jak z prawdziwych encyklopedii – wcale nie trzeba korzystać linearnie, można wybierać co bardziej atrakcyjne tematy.
Dużo w tej książeczce zwierząt (pojawiają się nawet rasy krów czy świń), jest i pole do popisu w ćwiczeniu opowiadania. W tej encyklopedii nie ma definicji, jedynie proste hasła, których sens wskazać można na rysunkach. Dzieci tak przygotowaną książkę mogą oglądać same – lub z rodzicami, którzy będą też wskazywać warte uwagi zjawiska. Na pewno nikt nie zdąży się znudzić tak obmyśloną publikacją. Seria prezentuje oryginalny sposób edukowania najmłodszych – bez nachalności czy szkolnego rytmu, w oparciu o zabawę. Rysunki będą dla kilkulatków inspirujące, a do tego wbiją się w pamięć. To poza tym lektura ważna dla mieszkańców wielkich miast – przekazuje wiedzę dawniej dostępną wszystkim, a dzisiaj coraz bardziej egzotyczną. Takie publikacje cieszą – zwłaszcza że przygotowywane są z myślą o najmłodszych odbiorcach i o ich wygodzie w przyswajaniu wiadomości.
piątek, 1 lipca 2016
Vaclav Smil: Tworzenie bogatego świata. Perspektywy w ekonomii, przemyśle, środowisku
PWN, Warszawa 2016.
Produkcja
Chociaż tom „Tworzenie bogatego świata” ma rekomendację samego Billa Gatesa, nie nada się do czytania przez wszystkich odbiorców. Vaclav Smil zajmuje się tu bowiem przede wszystkim przytaczaniem i opracowywaniem danych statystycznych. I choćby nie wiadomo, jak się starał, kolejne rozdziały zamieniają się w oczach czytelników w szeregi liczb. Nawet autor zdaje sobie sprawę z tego, że tak wygląda podstawowy zarzut wobec jego książki. Ale przecież nie tworzy teledysku ani pozycji popularnonaukowej, chce, żeby liczby przemówiły, bo trafią do wąskiego targetu – i pewnej grupie odbiorców wydadzą się niezbędne do porównań, analiz czy wypracowywania strategii działania firmy.
„Tworzenie bogatego świata” to praca naukowa, w której ogólnikowe tytuły bardzo kontrastują z precyzyjnymi wyliczeniami. Autor zamierza tu pokazać, jak zmienia się korzystanie z dostępnych człowiekowi materiałów – skrótowe wprowadzenie umożliwia porównania na przestrzeni całych stuleci. Chociaż podtytuł tomu to „Perspektywy w ekonomii, przemyśle i środowisku”, Smil unika wysnuwania prognoz, woli, żeby przemawiały już dostępne fakty. A dzięki chronologicznemu uszeregowaniu ich – daje się zauważyć tendencje w korzystaniu z dostępnych surowców. Vaclac Smil zajmuje się między innymi sprawdzaniem, jak przebiega proces obróbki surowca, jak zmiana narzędzi wpływa na wykorzystywanie materiałów i jak odzyskuje się używane przy produkcji substancje. Jest przy tym dokładny, nie tylko odnosi się do sposobów wytwarzania określonych elementów – ale też podaje szczegóły dotyczące choćby temperatury, prędkości, różnego rodzaju kosztów (i odzysków) energetycznych. Sprawdza, co obecnie bardziej się opłaca, a bierze przy tym pod uwagę różne czynniki. Najbardziej interesuje go obróbka metali i materiałów budowlanych, w drugiej kolejności to drewno, papier, a w XX wieku – tworzywa sztuczne. Osobną kategorię stanowią biomateriały. Tematy recyklingu czy wpływu produkcji na zdrowie człowieka powracają co pewien czas, ale ustępują, gdy mowa o produkcji na wielką skalę. „Tworzenie bogatego świata” to w pierwszym punkcie postęp cywilizacyjny, bogacenie się państw, nie – dobro jednostek. Inna rzecz, że trudno szukać humanizmu w tomie składającym się w większej części z liczb. Vaclav Smil bardzo chętnie operuje danymi statystycznymi, wartości procentowe zastępują mu właściwe komentarze – to również ogranicza zasięg publikacji.
Z drugiej jednak strony ciekawie spojrzeć na rachunki, bilans strat i zysków w perspektywie światowej. Autor sprawdza w książce, jak rośnie lub maleje popyt na niektóre surowce, jk zmienia się w zależności od rozwoju techniki. Jednym z bardziej interesujących motywów jest tu „dematerializacja”, próby minimalizowania kosztów, a i samych produktów. Coś, co wkroczyło już w życie każdego miłośnika technicznych nowinek, tutaj funkcjonuje jako próba ograniczania wpływu człowieka na środowisko. „Tworzenie bogatego świata” z perspektywy ekologa brzmieć może przerażająco, a fascynujące stanie się dla wyznawców postępu. Vaclav Smil wnioski pozostawia samym czytelnikom, nie chce wartościować ani nawet komentować imponującego zbioru danych. Ucieka w statystyki (i do przebogatej bibliografii), by spróbować opisać dzisiejszy świat fachowo i bez emocji. To tom dla specjalistów, bardziej praca naukowa dla wyjątkowo zaangażowanych w temat niż opisywanie kosztów postępu cywilizacyjnego zwyczajnym odbiorcom, nieobeznanym z procesami produkcji.
Produkcja
Chociaż tom „Tworzenie bogatego świata” ma rekomendację samego Billa Gatesa, nie nada się do czytania przez wszystkich odbiorców. Vaclav Smil zajmuje się tu bowiem przede wszystkim przytaczaniem i opracowywaniem danych statystycznych. I choćby nie wiadomo, jak się starał, kolejne rozdziały zamieniają się w oczach czytelników w szeregi liczb. Nawet autor zdaje sobie sprawę z tego, że tak wygląda podstawowy zarzut wobec jego książki. Ale przecież nie tworzy teledysku ani pozycji popularnonaukowej, chce, żeby liczby przemówiły, bo trafią do wąskiego targetu – i pewnej grupie odbiorców wydadzą się niezbędne do porównań, analiz czy wypracowywania strategii działania firmy.
„Tworzenie bogatego świata” to praca naukowa, w której ogólnikowe tytuły bardzo kontrastują z precyzyjnymi wyliczeniami. Autor zamierza tu pokazać, jak zmienia się korzystanie z dostępnych człowiekowi materiałów – skrótowe wprowadzenie umożliwia porównania na przestrzeni całych stuleci. Chociaż podtytuł tomu to „Perspektywy w ekonomii, przemyśle i środowisku”, Smil unika wysnuwania prognoz, woli, żeby przemawiały już dostępne fakty. A dzięki chronologicznemu uszeregowaniu ich – daje się zauważyć tendencje w korzystaniu z dostępnych surowców. Vaclac Smil zajmuje się między innymi sprawdzaniem, jak przebiega proces obróbki surowca, jak zmiana narzędzi wpływa na wykorzystywanie materiałów i jak odzyskuje się używane przy produkcji substancje. Jest przy tym dokładny, nie tylko odnosi się do sposobów wytwarzania określonych elementów – ale też podaje szczegóły dotyczące choćby temperatury, prędkości, różnego rodzaju kosztów (i odzysków) energetycznych. Sprawdza, co obecnie bardziej się opłaca, a bierze przy tym pod uwagę różne czynniki. Najbardziej interesuje go obróbka metali i materiałów budowlanych, w drugiej kolejności to drewno, papier, a w XX wieku – tworzywa sztuczne. Osobną kategorię stanowią biomateriały. Tematy recyklingu czy wpływu produkcji na zdrowie człowieka powracają co pewien czas, ale ustępują, gdy mowa o produkcji na wielką skalę. „Tworzenie bogatego świata” to w pierwszym punkcie postęp cywilizacyjny, bogacenie się państw, nie – dobro jednostek. Inna rzecz, że trudno szukać humanizmu w tomie składającym się w większej części z liczb. Vaclav Smil bardzo chętnie operuje danymi statystycznymi, wartości procentowe zastępują mu właściwe komentarze – to również ogranicza zasięg publikacji.
Z drugiej jednak strony ciekawie spojrzeć na rachunki, bilans strat i zysków w perspektywie światowej. Autor sprawdza w książce, jak rośnie lub maleje popyt na niektóre surowce, jk zmienia się w zależności od rozwoju techniki. Jednym z bardziej interesujących motywów jest tu „dematerializacja”, próby minimalizowania kosztów, a i samych produktów. Coś, co wkroczyło już w życie każdego miłośnika technicznych nowinek, tutaj funkcjonuje jako próba ograniczania wpływu człowieka na środowisko. „Tworzenie bogatego świata” z perspektywy ekologa brzmieć może przerażająco, a fascynujące stanie się dla wyznawców postępu. Vaclav Smil wnioski pozostawia samym czytelnikom, nie chce wartościować ani nawet komentować imponującego zbioru danych. Ucieka w statystyki (i do przebogatej bibliografii), by spróbować opisać dzisiejszy świat fachowo i bez emocji. To tom dla specjalistów, bardziej praca naukowa dla wyjątkowo zaangażowanych w temat niż opisywanie kosztów postępu cywilizacyjnego zwyczajnym odbiorcom, nieobeznanym z procesami produkcji.
Holly Webb: Powrót do tajemniczego ogrodu
Znak, Kraków 2016.
Ucieczka
Dosłowne powroty do klasyki, kontynuacje wydawniczych bestsellerów zawsze obarczone są ogromnym ryzykiem. Holly Webb, autorka znana z serii pop dla najmłodszych, w „Powrocie do tajemniczego ogrodu” odbywa podróż w czasie. Nawiązuje wprost do historii Frances Hodgson Burnett, odpowiada na pytania, jakie podczas lektury „Tajemniczego ogrodu” (lub bezpośrednio po niej) po prostu musiały się pojawić. Kto zaprzyjaźnił się z Mary, Colinem i Dickiem, ten – bez względu na wszystko – zechce tu powrócić. Holly Webb taki powrót umożliwia, mimo że to podróż gorzka. Autorka przeskakuje do 1939 oku. Trwa wojna i grupa dzieci – sierot ewakuowanych z Domu Cravenów dla Osieroconych Dzieci – trafia do posiadłości Misselthwaiite Manor, miejsca, w którym wychowywała się Mary Lennox. Wśród maluchów jest Emmie, wrażliwa dziewczynka, która nie chce rozstawać się z oswojoną przez siebie kotką. To przez losy Emmie czytelnicy poznają rzeczywistość Mary, Colina oraz Dicka. Chociaż Holly Webb na początku stara się zakamuflować postacie, robi to tak, by łatwo było domyślić się prawdy. Wszystko u Cravenów przypomina o przeszłości – dom o stu pokojach (i kolekcja słoni w jednym z nich), rudzik – potomek tamtego rudzika – i bezpieczeństwo z dala od ogarniętego wojną świata. Tu dzieci mogą poczuć się jak u siebie. Emmie trochę powtarza losy Mary: nikt nie rozumie jej marzeń, dziewczynka dystansuje się zatem od innych, jest nieśmiała i bardzo skryta. I, jak w przypadku Mary, jej życzenie się spełnia. Nie oznacza to jednak niezmąconego szczęścia – o wojnie Holly Webb zapomnieć nie chce. Inaczej niż w Narnii, tu wojna jest stale obecna w tle i żadne doświadczenia codzienności tego nie zlikwidują.
Dzieci wcale nie muszą znać „Tajemniczego ogrodu”, żeby zatopić się w powieści Holly Webb – autorka nawiązania i konieczne konteksty wprowadza w bardzo prosty sposób, za sprawą dziennika z dzieciństwa Mary. Emmie znajduje notes i stopniowo dowiaduje się tego, co stanowiło treść „Tajemniczego ogrodu”: dzięki temu rozumie później powiązania między mieszkańcami posiadłości. Detektywistyczne wyzwanie dla najmłodszych Webb wprowadza również do tomiku, jako element akcji. Skupia się na uczuciach Emmie – najpierw uwagę dziewczynki przyciąga kot, później – syn Mary i Colina, poirytowany – jak niegdyś Colin – obecnością obcych dzieci w domu. Historia miejscami się powtarza, ale okrutna rzeczywistość upomina się o swoje. „Powrót do tajemniczego ogrodu” okazuje się bardziej brutalny (pod względem rozgrywanych dramatów, nieodłącznego składnika dorosłego świata) niż sam pierwowzór – a jednak tom Holly Webb całkiem dobrze się czyta. Ta autorka idzie w ślady Burnett, wybiera plastyczną i rozbudowaną narrację, w ogóle nie daje nawet domyślać się, że gdzieś równolegle tworzy proste historyjki pop z mało złożonymi zdaniami i taką też fabułą. Holly Webb interesuje pastiszowy popis, zabawa stylem przy jednoczesnym nawiązaniu do wielkich wzruszeń i silnych wrażeń. Buduje opowieść dobrze przemyślaną, bo wie, że nieudanego nawiązania liczni fani „Tajemniczego ogrodu” (i to fani z różnych już grup wiekowych) mogliby nie znieść. „Powrót do tajemniczego ogrodu” to jeszcze jedna wizyta w pięknym azylu, nawet mimo tego, że autorka burzy tu porządek i upragniony spokój. Pokazuje Holly Webb, jak wyobraźnia dopowiada do ulubionych historii dalszy ciąg. Zachęca najmłodszych do samodzielnego podróżowania w czasie i wymyślania własnych rozwiązań. A do tego wzrusza i budzi ciekawość klasyką.
Ucieczka
Dosłowne powroty do klasyki, kontynuacje wydawniczych bestsellerów zawsze obarczone są ogromnym ryzykiem. Holly Webb, autorka znana z serii pop dla najmłodszych, w „Powrocie do tajemniczego ogrodu” odbywa podróż w czasie. Nawiązuje wprost do historii Frances Hodgson Burnett, odpowiada na pytania, jakie podczas lektury „Tajemniczego ogrodu” (lub bezpośrednio po niej) po prostu musiały się pojawić. Kto zaprzyjaźnił się z Mary, Colinem i Dickiem, ten – bez względu na wszystko – zechce tu powrócić. Holly Webb taki powrót umożliwia, mimo że to podróż gorzka. Autorka przeskakuje do 1939 oku. Trwa wojna i grupa dzieci – sierot ewakuowanych z Domu Cravenów dla Osieroconych Dzieci – trafia do posiadłości Misselthwaiite Manor, miejsca, w którym wychowywała się Mary Lennox. Wśród maluchów jest Emmie, wrażliwa dziewczynka, która nie chce rozstawać się z oswojoną przez siebie kotką. To przez losy Emmie czytelnicy poznają rzeczywistość Mary, Colina oraz Dicka. Chociaż Holly Webb na początku stara się zakamuflować postacie, robi to tak, by łatwo było domyślić się prawdy. Wszystko u Cravenów przypomina o przeszłości – dom o stu pokojach (i kolekcja słoni w jednym z nich), rudzik – potomek tamtego rudzika – i bezpieczeństwo z dala od ogarniętego wojną świata. Tu dzieci mogą poczuć się jak u siebie. Emmie trochę powtarza losy Mary: nikt nie rozumie jej marzeń, dziewczynka dystansuje się zatem od innych, jest nieśmiała i bardzo skryta. I, jak w przypadku Mary, jej życzenie się spełnia. Nie oznacza to jednak niezmąconego szczęścia – o wojnie Holly Webb zapomnieć nie chce. Inaczej niż w Narnii, tu wojna jest stale obecna w tle i żadne doświadczenia codzienności tego nie zlikwidują.
Dzieci wcale nie muszą znać „Tajemniczego ogrodu”, żeby zatopić się w powieści Holly Webb – autorka nawiązania i konieczne konteksty wprowadza w bardzo prosty sposób, za sprawą dziennika z dzieciństwa Mary. Emmie znajduje notes i stopniowo dowiaduje się tego, co stanowiło treść „Tajemniczego ogrodu”: dzięki temu rozumie później powiązania między mieszkańcami posiadłości. Detektywistyczne wyzwanie dla najmłodszych Webb wprowadza również do tomiku, jako element akcji. Skupia się na uczuciach Emmie – najpierw uwagę dziewczynki przyciąga kot, później – syn Mary i Colina, poirytowany – jak niegdyś Colin – obecnością obcych dzieci w domu. Historia miejscami się powtarza, ale okrutna rzeczywistość upomina się o swoje. „Powrót do tajemniczego ogrodu” okazuje się bardziej brutalny (pod względem rozgrywanych dramatów, nieodłącznego składnika dorosłego świata) niż sam pierwowzór – a jednak tom Holly Webb całkiem dobrze się czyta. Ta autorka idzie w ślady Burnett, wybiera plastyczną i rozbudowaną narrację, w ogóle nie daje nawet domyślać się, że gdzieś równolegle tworzy proste historyjki pop z mało złożonymi zdaniami i taką też fabułą. Holly Webb interesuje pastiszowy popis, zabawa stylem przy jednoczesnym nawiązaniu do wielkich wzruszeń i silnych wrażeń. Buduje opowieść dobrze przemyślaną, bo wie, że nieudanego nawiązania liczni fani „Tajemniczego ogrodu” (i to fani z różnych już grup wiekowych) mogliby nie znieść. „Powrót do tajemniczego ogrodu” to jeszcze jedna wizyta w pięknym azylu, nawet mimo tego, że autorka burzy tu porządek i upragniony spokój. Pokazuje Holly Webb, jak wyobraźnia dopowiada do ulubionych historii dalszy ciąg. Zachęca najmłodszych do samodzielnego podróżowania w czasie i wymyślania własnych rozwiązań. A do tego wzrusza i budzi ciekawość klasyką.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






