Znak, Kraków 2014.
Zamach
ZeLenay nie daje odpocząć swoim superbohaterom, chociaż Millington tym razem usuwa się nieco w cień, a Frank Shepard… próbuje poukładać na nowo relacje rodzinne. Tyle że autor thrillerów politycznych niepewnie czuje się w scenkach obyczajowych. W tych bardzo rzadkich chwilach, kiedy stara się nakreślić zwyczajność i odpoczynek od spraw wagi państwowej, musi uciekać się do humoru lub ironizowania. A pod koniec tomu „U progu zagłady” po prostu skraca takie scenki, sprowadzając je do kilku z pozoru nieistotnych wypowiedzi uczestniczek spotkań. Zdecydowanie woli męskie sprawy na wielką skalę.
W „U progu zagłady” robi to, co uwielbiają czytelnicy historii alternatywnych – miesza prawdę i fikcję. Tym razem do sfery prawdy należą kolejni papieże – Jan Paweł II wkrótce zostanie ogłoszony świętym, a Franciszek… Franciszkowi grozi poważne niebezpieczeństwo. Zamach terrorystyczny w Watykanie oznaczałby zmianę rozkładu sił politycznych na świecie. Z ładunkiem wybuchowym świat przemierza jeden człowiek, a jego zadanie nie może przedwcześnie zainteresować wywiadów. Martin ZeLenay ceni sobie fabularny rozmach, ale akcję zawęża do kilku postaci – niemal o supermocach. Zresztą portretowanie pracy agentów jest jednym z atutów prozy ZeLenaya, w związku z czym autor chętnie posługuje się wypadkową wiedzy i stereotypów na ten temat. W jego ujęciu nawet mierzenie się z przestępcami jest estetyczne i nie ma w nim miejsca na przypadki, a jeśli już – to starannie wyreżyserowane i służące rozwojowi historii.
Watykan stanowi tło. Od czasu do czasu autor wraca tutaj dla kolorytu lokalnego. Uświadamia, w jakim kręgu kulturowym toczy się gra – kwestie wyznaniowe nie mają dla powieści znaczenia, liczy się bowiem wielka polityka. Podobnie zresztą jest z przywoływaniem pewnego tajemniczego reżimu, który ZeLenay celowo przez onomastykę próbuje doprowadzić do absurdu i samoośmieszenia. Zresztą ten autor jest dobry w nakreślaniu tła akcji lub w sugerowaniu klimatu narracji zmianami otoczenia – szeroko zakrojone obserwacje, bez względu na to, czy życzliwie obojętne, czy sarkastyczne, sprawdzają się w budowaniu tempa – z przestrzeniami i ustrojami politycznymi ZeLenay radzi sobie dużo lepiej niż z samymi ludźmi.
W indywidualnych charakterach stawia bowiem na wyrazistość, przez co czasem jego bohaterowie wypadają nieco papierowo lub przewidywalnie. ZeLenay nie lubi bawić się w psychologiczne niuanse, ani specjalnie zajmować codziennością rodzin postaci, które powinny ratować świat. Pewniej czuje się w scenerii jak z filmów akcji, jednocześnie cały czas towarzyszy pojedynczym postaciom, zna ich wszystkie decyzje w ramach wykonywanych zadań i wie, czego może oczekiwać. W sprawach wielkiej wagi nie biorą udziału całe sztaby ludzi, a jedynie kilku najlepszych agentów-samotników – i tutaj ZeLenay nie wpada w pułapki, pisze z dużą dozą pewności siebie i świadomością działań.
„U progu zagłady” to powieść o dobrej narracji, a przy okazji też zahaczająca o tematy, które rozpalają opinię publiczną. ZeLenay zapewnia czytelnikom wstęp do świata tajemnic, świata, który może funkcjonować poza medialnymi doniesieniami – więc wydaje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Autor nie posługuje się skomplikowanymi politologicznymi analizami, rezygnuje też z budowania historii alternatywnej – wystarcza mu możliwość naświetlania samej akcji, bez rozdmuchiwania jej przyczyn i ewentualnych konsekwencji. Wybiera zatem to, co masowa publiczność uwielbia i co zawsze powiększać będzie jego grono odbiorców. A że ZeLenay jest przy tym wprawnym narratorem i potrafi słowami odmalować nastroje wśród ścigających i ściganych – wyrasta na ważnego autora powieści rozrywkowych. „U progu zagłady” nie zawiedzie czytelników, którzy kochają tajemnice i intrygi z nawiązaniami do rzeczywistości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin ZeLenay. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin ZeLenay. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 lipca 2014
piątek, 21 marca 2014
Martin ZeLenay: Tajny raport Millingtona
Znak, Kraków 2014.
Z pola walki
Zagrożenie atakiem terrorystycznym to coraz częstszy motyw popkulturowych produkcji – działania zakrojone na szeroką skalę nie wybrzmiewają już nienaturalnie. Wabikiem lekturowym na czytelników bywa też sugestia, że autor wywodzi się ze świata wywiadu, lub przynajmniej ma z nim coś wspólnego i może tajemnice międzynarodowej polityki przekuć na wstrząsającą prozę. Obietnica bliskości sekretów służb specjalnych staje się wówczas najlepszą reklamą. Martin ZeLenay w ten właśnie sposób zamierza zaistnieć jako autor serii politycznych thrillerów, czy też – powieści sensacyjnych czerpiących z motywów terroryzmu i zagrożenia dla mocarstw. ZeLenay to historyk sztuki współpracujący z amerykańskim wywiadem – ukrywa się pod pseudonimem i może wiedzieć coś, o czym masy nie mają pojęcia. To ma posłużyć jako zachęta do sięgnięcia po „Tajny raport Millingtona”.
Istnieje człowiek, który jest w stanie przewidzieć zagrożenia na podstawie dokładnej analizy systemu obronnego Ameryki. Ów człowiek wykazał się już przed 11 września, godny jest zatem zaufania. Kilka lat po ataku na WTC tworzy kolejny raport i ostrzega prezydenta Stanów Zjednoczonych przed terrorystami. Nie ma już czasu do stracenia – przeciwnik, były agent wywiadu, jest wyjątkowo niebezpieczny, a i przebiegły. Do akcji przystępuje Frank Shepard, utalentowany oficer tajnej jednostki operacyjnej. Podąża za wrogiem i zna każdy jego ruch, ale taka praca wymaga największych poświęceń. Frank może stracić rodzinę…
Martin ZeLenay pisze powieść w rytmie seriali kryminalnych. Nie dba o drobiazgi, które mogłyby zostać wytknięte przez szukających błędów czytelników – tylko raz podaje konkretną datę, potem rezygnuje ze wskazywania roku, chociaż w dalszym ciągu wyznacza dzień, godzinę i miejsce akcji. Ten prosty chwyt zwalnia go z konieczności budowania literackich opisów i pilnowania detali, pozwala krążyć po świecie. W samej powieści może się dzięki temu skupić na działaniach. „Tajny raport Millingtona” jako powieść akcji składa się z drobnych scenek (w kontekście groźby ataku terrorystycznego o arcyważnym znaczeniu). Bohaterowie muszą bez przerwy działać, a autor swobodnie przeskakuje między planami, odwiedzając tropiących i tropionych i za każdym razem wstrzeliwując się w centra decyzyjne czy chwile przełomowe. Takiego tempa wymaga od niego przyjęty temat. Wobec tego scenki „obyczajowe”, czyli próba pokazania rodzinnych problemów Sheparda, nie do końca pasują do tego stylu. Chwyt zapożyczony ze starych kryminałów działa, rzecz jasna, jako ocieplacz wizerunku i czyni postać potencjalnego bohatera bardziej ludzką – ale wymaga dość wysokiej ceny w narracyjnej niejednorodności. ZeLenay zresztą próbuje to zamaskować, wulgaryzując sceny z podrzędnymi wykonawcami, a także – na przeciwległym biegunie – wprowadzając motywy historii sztuki – ale i tak pozostaje pytanie, jak poradziłby sobie z całością bez tego oczywistego zabiegu. Warto jeszcze zaznaczyć, że do tworzenia rozpędzonej akcji przydaje mu się ogromna dawka dialogów. Postacie dzielą się chętnie ze sobą informacjami, co tym bardziej przypomina film akcji.
„Tajny raport Millingtona” jednych zainteresuje ze względu na chęci rozszyfrowania sekretów CIA, innych przyciągnie wartką akcją i bliskością do rzeczywistych zagrożeń czy głosem w sprawie terroryzmu. Martin ZeLenay pisze powieść obszerną i niepozbawioną dreszczu emocji, ale zdarzają mu się proste stylistyczne potknięcia – wybór nieodpowiedniej konwencji czy sięganie po wątki sprawdzone, a nieprzystające do tego akurat gatunku. Ma już pomysł na to, co chce opowiedzieć – ale popełnia czasem błędy w realizacji i w kierunku rozwoju fabuły (pobrzmiewa niekiedy kursem kreatywnego pisania) – i w realizacji poszczególnych scenek.
Z pola walki
Zagrożenie atakiem terrorystycznym to coraz częstszy motyw popkulturowych produkcji – działania zakrojone na szeroką skalę nie wybrzmiewają już nienaturalnie. Wabikiem lekturowym na czytelników bywa też sugestia, że autor wywodzi się ze świata wywiadu, lub przynajmniej ma z nim coś wspólnego i może tajemnice międzynarodowej polityki przekuć na wstrząsającą prozę. Obietnica bliskości sekretów służb specjalnych staje się wówczas najlepszą reklamą. Martin ZeLenay w ten właśnie sposób zamierza zaistnieć jako autor serii politycznych thrillerów, czy też – powieści sensacyjnych czerpiących z motywów terroryzmu i zagrożenia dla mocarstw. ZeLenay to historyk sztuki współpracujący z amerykańskim wywiadem – ukrywa się pod pseudonimem i może wiedzieć coś, o czym masy nie mają pojęcia. To ma posłużyć jako zachęta do sięgnięcia po „Tajny raport Millingtona”.
Istnieje człowiek, który jest w stanie przewidzieć zagrożenia na podstawie dokładnej analizy systemu obronnego Ameryki. Ów człowiek wykazał się już przed 11 września, godny jest zatem zaufania. Kilka lat po ataku na WTC tworzy kolejny raport i ostrzega prezydenta Stanów Zjednoczonych przed terrorystami. Nie ma już czasu do stracenia – przeciwnik, były agent wywiadu, jest wyjątkowo niebezpieczny, a i przebiegły. Do akcji przystępuje Frank Shepard, utalentowany oficer tajnej jednostki operacyjnej. Podąża za wrogiem i zna każdy jego ruch, ale taka praca wymaga największych poświęceń. Frank może stracić rodzinę…
Martin ZeLenay pisze powieść w rytmie seriali kryminalnych. Nie dba o drobiazgi, które mogłyby zostać wytknięte przez szukających błędów czytelników – tylko raz podaje konkretną datę, potem rezygnuje ze wskazywania roku, chociaż w dalszym ciągu wyznacza dzień, godzinę i miejsce akcji. Ten prosty chwyt zwalnia go z konieczności budowania literackich opisów i pilnowania detali, pozwala krążyć po świecie. W samej powieści może się dzięki temu skupić na działaniach. „Tajny raport Millingtona” jako powieść akcji składa się z drobnych scenek (w kontekście groźby ataku terrorystycznego o arcyważnym znaczeniu). Bohaterowie muszą bez przerwy działać, a autor swobodnie przeskakuje między planami, odwiedzając tropiących i tropionych i za każdym razem wstrzeliwując się w centra decyzyjne czy chwile przełomowe. Takiego tempa wymaga od niego przyjęty temat. Wobec tego scenki „obyczajowe”, czyli próba pokazania rodzinnych problemów Sheparda, nie do końca pasują do tego stylu. Chwyt zapożyczony ze starych kryminałów działa, rzecz jasna, jako ocieplacz wizerunku i czyni postać potencjalnego bohatera bardziej ludzką – ale wymaga dość wysokiej ceny w narracyjnej niejednorodności. ZeLenay zresztą próbuje to zamaskować, wulgaryzując sceny z podrzędnymi wykonawcami, a także – na przeciwległym biegunie – wprowadzając motywy historii sztuki – ale i tak pozostaje pytanie, jak poradziłby sobie z całością bez tego oczywistego zabiegu. Warto jeszcze zaznaczyć, że do tworzenia rozpędzonej akcji przydaje mu się ogromna dawka dialogów. Postacie dzielą się chętnie ze sobą informacjami, co tym bardziej przypomina film akcji.
„Tajny raport Millingtona” jednych zainteresuje ze względu na chęci rozszyfrowania sekretów CIA, innych przyciągnie wartką akcją i bliskością do rzeczywistych zagrożeń czy głosem w sprawie terroryzmu. Martin ZeLenay pisze powieść obszerną i niepozbawioną dreszczu emocji, ale zdarzają mu się proste stylistyczne potknięcia – wybór nieodpowiedniej konwencji czy sięganie po wątki sprawdzone, a nieprzystające do tego akurat gatunku. Ma już pomysł na to, co chce opowiedzieć – ale popełnia czasem błędy w realizacji i w kierunku rozwoju fabuły (pobrzmiewa niekiedy kursem kreatywnego pisania) – i w realizacji poszczególnych scenek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






