* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 2 lipca 2011

David Nicholls: Jeden dzień

Świat Książki Warszawa 2011.

Raz do roku

15 lipca 1988 roku. Emma i Dexter skończyli studia, a teraz spędzają ze sobą noc. Nie wiedzą, co przyniesie przyszłość, ale i nie oczekują niczego od siebie. Wkrótce i tak się rozstaną, i każde pokieruje swoim własnym życiem. David Nicholls wychodzi od prostej sytuacji i nie pozwala bohaterom na moment sentymentów. W filmowym niemal skrócie nie ma na to miejsca. Odtąd bowiem Nicholls będzie podążał za postaciami, by sprawdzać, w jakiej sytuacji znajdą się za rok, za dwa lata i później. Porzuca Emmę i Dextera, by zjawiać się – jako obserwator – w ich rzeczywistości tylko na jeden dzień w roku. I portretuje zagubioną Em, która nie bardzo wie, co chciałaby robić w życiu – i Dextera, spędzającego czas na ciągłych imprezach i zaliczaniu kolejnych dziewczyn. Samotną, sfrustrowaną, uwikłaną w romans z przełożonym Em – i Dextera, który rujnuje sobie życie na wiele sposobów. Em i Dextera, którzy mimo wszystko utrzymują ze sobą kontakt i stwarzają pozory przyjaźni – a z czasem tę przyjaźń budują – i którzy bardzo się nawzajem potrzebują.

„Jeden dzień” to książka napisana z pomysłem nie tylko na fabułę, ale i na formę, chociaż nasuwa się przy lekturze skojarzenie z Fannie Flagg w wersji męskiej. Autor koncentruje się na dwóch równoległych życiorysach i na momentach wspólnych dla dwojga bohaterów – tylko dzięki temu unika jednokierunkowości i banału, bo przecież wiadomo: opowiada historię miłosną, tyle że w surowszej niż w typowych obyczajówkach wersji. Dość długo wybiera pesymistyczne rozwiązania, niszczy swoim bohaterom życie i odbiera im nadzieję. Podsuwa alkohol i narkotyki, wikła w związki bez sensu i przyszłości, odbiera pracę, ale nigdy nie niszczy do końca – pozostawia im bowiem siebie nawzajem i świadomość, że zawsze znajdą zrozumienie i pocieszenie. Przyjaźń początkowo zbudowana na konwencjonalnych zapewnieniach i próbach ucieczki od tanich scenariuszy, okazuje się największą wartością, jaką Emma i Dexter mogą otrzymać. Tylko że autor-demiurg nie śpi.

Nicholls naprawdę lubi filmowy styl pisania. Upraszcza narrację, pozostawiając bez komentarza krótkie i realistyczne dialogi, chętnie posługuje się obrazami i ruchem bohaterów – naprawdę nie zależy mu na literackości książki, co nie znaczy, że źle się tę powieść czyta, wprost przeciwnie, ale na tworzeniu historii bezpośrednio w wyobraźni odbiorców, których zresztą nie oszczędza, oddalając od nich ukojenie. To powieść szorstka i drażniąca, a przy tym magnetyczna. Irytuje, ale i wzrusza, do tego stworzona jest na przekór literackim modom. Niemałe znaczenie ma fakt, że sam autor nie czuje obowiązku chronienia bohaterów, jakby pozbawiony był w stosunku do nich jakichkolwiek uczuć – co w przypadku powieści obyczajowych jest rzadkością. Trudno też przypuszczać, by na początku lektury bohaterowie przypadli do gustu czytelnikom, skoro Nicholls skupia się w ich prezentowaniu na zestawie cech uśrednionych lub niezbyt atrakcyjnych. Najpierw Emma i Dexter są zbyt zwyczajni na to, by ich bezkrytycznie polubić, z czasem rzeczywistość wcale nie wygląda lepiej, a mimo to zradza się u odbiorców niewytłumaczalna sympatia do postaci.

Ta książka stanowi dowód na to, że chociaż wielkie tematy w literaturze funkcjonują od wieków, wciąż da się o nich mówić w odświeżający sposób, bez tkliwości czy wielkich słów. David Nicholls prostą prawdę umie przedstawić w burzliwej i niestandardowej historii.

piątek, 1 lipca 2011

Iwona Czarkowska: Kazio i szkoła pełna wampirów

Wilga, Warszawa 2011.

Nie ma się czego bać

Życie Kazia, który odkrył całkiem niedawno tajne przejście do domu wampirów, mieszczące się w starej skrzyni, bardzo się zmieniło. Zamiast standardowych problemów z wiecznie niezadowoloną starszą siostrą i młodszym bratem (który wraz z jamnikiem Wampirem także ochoczo korzysta z ukrytego przejścia), przeżywa troski swoich przyjaciół. Bo i wampiry mają własne kłopoty. Nie są to stereotypowe konflikty z ludźmi – chociaż jeszcze nikt poza Kaziem nie zapisał się do Towarzystwa Przyjaźni Ludzko-Wampirskiej – w końcu nie żywią się krwią, całymi dniami jedzą czosnek i wcale nie są groźne. Ale trudno im czasem zrealizować śmiałe plany – ot, choćby założyć szkołę dla młodych wampirów w starym zamku wujka Drakuli…

„Kazio i szkoła pełna wampirów” to drugi tom przygód małego bohatera, przyjaźniącego się z rodziną wampirów. Książka autorstwa Iwony Czarkowskiej przynosi ponownie całkiem sporo zabawy i dużo bardziej spójną niż poprzednio fabułę. Tym razem bowiem autorka nie rozprasza się na prezentowaniu reguł wykreowanego przez siebie świata, a może skoncentrować się na doświadczeniach Kazia. Chłopcu grozi utrata przyjaciół: jeśli będzie musiał wyprowadzić się z rodzicami, zostawi też tajne przejście. Na szczęście sympatyczne wampiry znajdą sposób na to, by kontaktować się z lubianym sąsiadem – i pomogą mu przy okazji rozproszyć rozmaite smutki. Co więcej? Mama Kazia daje swoim pociechom czosnek, uważając, że jest dobry na wszystko – i nie dziwi się niczemu. W króciutkiej historyjce Iwona Czarkowska znowu uruchamia całe pokłady humoru, bawi się motywami i stara się rozśmieszyć młodych odbiorców niebanalnymi skojarzeniami.

Świat wampirów zbudowany jest podobnie do rzeczywistości przefiltrowanej przez absurdalny dowcip. Wampiry Czarkowskiej mają swoje przysłowia, brzmiące podobnie do ludzkich, mają lektury ze zmodyfikowanymi tytułami znanych baśni. Muszą słuchać starszych i nosić ciepłe skarpetki. Wszystko to sprawia, że Czarkowska całkowicie zmienia stereotypowy wizerunek gości z zaświatów: wampiry mogą być po pierwsze – magnesem dla tych maluchów, które lubują się w tego typu motywach, a po drugie – fundamentem dla wymyślanych w trakcie narracji żartów. Autorka wybiera absurd i odwracanie stereotypów – pozwala nonsensowi wkraczać w zwyczajne życie normalnej rodziny (w efekcie mama psycholog doradza innym, by zaopatrzyli się w natarte czosnkiem skarpetki i dawali je dzieciom do snu zamiast przytulanek, bo widzi, że to dobrze działa na jej pociechy). Mimo tych odstępstw od normalności i mimo wszechobecnego czosnku jako przysmaku do żucia, Czarkowska potrafi dzieci do swojego pomysłu na powieść przekonać.

Na tej książeczce maluchy mogą też ćwiczyć czytanie – ułatwieniem będzie dla nich duży druk, a utrudnieniem – skomplikowane i trudne do powtórzenia imiona wampirzych bohaterów. Akcja toczy się tu bardzo szybko i czytelnicy będą chcieli dowiedzieć się, dokąd zaprowadzą ich przygody Kazia. Historia, chociaż niezbyt skomplikowana, budzi ciekawość, humor jest dodatkiem, który wzbogaca jeszcze lekturę i czyni ją bardziej atrakcyjną dla najmłodszych. Połączenie światów Kazia oraz wampirów zaowocowało dobrą książką, utrzymującą poziom poprzedniej.


czwartek, 30 czerwca 2011

Isabel Abedi: Lucian

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Kochanek z innego świata

Isabel Abedi to autorka zbyt inteligentna na to, by zostać epigonką Stephenie Meyer i stworzyć kolejną wersję „Zmierzchu”, mimo że decyzje dotyczące wydania tomu „Lucian” jednoznacznie wskazują na target złożony z wielbicielek lekko romansowych przykładów paranormal romance. Mroczna okładka z gotycką parą, czterozdaniowy fragment powieści, w którym sugeruje się tajemnicę i pozaludzkie pochodzenie tytułowego bohatera, komentarz o głębokim uczuciu… właściwie to wystarczy, by ironicznie do „Zmierzchu” nastawione czytelniczki uciekły z krzykiem – i wiele by wtedy straciły. Bo Isabel Abedi, wprawiona już w fantastycznych i mrocznych powieściach, i tym razem buduje historię ciekawą i nietypową, a wątek miłosny – katalizator akcji – na długo spycha na odległy plan.

Rebeka mieszka z matką i jej partnerką. Chociaż w życiu uczuciowym niespecjalnie jej się układa, ma oddanych przyjaciół. Wszystko ulega rozchwianiu, gdy w jej egzystencję wkracza dziwny chłopak. Rebeka zakochuje się w nieznajomym i próbuje zrozumieć niewytłumaczalne zjawiska, które towarzyszą pojawianiu się Luciana. Przeciwni temu związkowi są wszyscy: rodzice Rebeki i ich nowi partnerzy, a także przyjaciele dziewczyny. Tymczasem Rebeka dowiaduje się, kim naprawdę jest Lucian. To wątek miłosny, ale obok niego funkcjonuje cała seria znacznie ciekawszych, bo mniej przewidywalnych, obyczajowych. Problemy dziewczyny w szkole, związek matki (u Abedi przedstawiony z całą naturalnością, nie w kategoriach sensacji, jakby był już skostniałym tematem w powieściach dla młodzieży), próby zbudowania więzi z byłym chłopakiem… W ponadpięćsetstronicowej książce na nudę zwyczajnie nie będzie czasu. Abedi, by dodatkowo zdynamizować całość, dzieli tom na części, a jedną z nich składa z samych ekspresyjnych maili. Umiejętnie operuje zagadkami, by przyciągnąć do lektury odbiorczynie i nie pozwala im ani na moment odłożyć książki. Co więcej, sprawnie operuje emocjami, chociaż swoim bohaterom każe przeżywać niewiarygodne wręcz skoki nastrojów (a te udzielą się co wrażliwszym czytelniczkom), nie zbliża się nawet do granicy kiczu.

Nawiązania do „Zmierzchu” są lepem na mniej ambitne dziewczyny, spragnione kolejnej historii o niemożliwych do pokonania przeszkodach stojących na drodze prawdziwej miłości. Na szczęście Abedi próbuje wskrzesić zainteresowanie nastolatek literaturą z wyższej półki – przez karty powieści przewija się „Portret Doriana Graya”. Zresztą autotematyzm stanowi jeden z ważniejszych dalszoplanowych tematów książki. Isabel Abedi część akcji przenosi na zajęcia z literatury, pokazuje siłę słowa i wpływ literatury na ludzi. Udaje, że pisze w konwencji paranormal romance, ale naprawdę tworzy głęboką, wielowymiarową opowieść, która musi się spodobać – zaryzykuję stwierdzenie, że nie tylko nastoletnim dziewczynom (choć innym odbiorcom może się wydać nie do końca strawne rozwiązanie tajemnicy Luciana).

Isabel Abedi nie zawiodła: po raz kolejny zaproponowała powieść, która zapada w pamięć i budzi czasem dreszcz grozy, a czasem wzruszenie. „Luciana” czyta się z przyjemnością: to nie tendencyjna historia z przewidywalnym finałem, a mądra gra konwencjami i próba wykorzystania wciąż modnego i nośnego gatunku do przekazania ważniejszych prawd o międzyludzkich kontaktach. Cenię Abedi za umiejętność niemal bezwysiłkowego nabudowywania atmosfery niepokoju przy kojącym rytmie samej narracji.

środa, 29 czerwca 2011

Ralf Butschkow: Mam przyjaciółkę – ratownika medycznego

Media Rodzina, Poznań 2011.

Na ratunek

Jeżeli do tej pory w serii książeczek Mądra Mysz akcja była nieco statyczna (nie licząc możliwości odwiedzania terenów na co dzień maluchom niedostępnych), to w tomiku „Mam przyjaciółkę – ratownika medycznego” nareszcie coś się zaczyna dziać. Młoda bohaterka (starsza jednak niż większość dzieci, które dotąd poznawały rozmaite zawody), podczas wycieczki w górach łamie sobie nogę. To zapewnia uczestnictwo, a nie tylko obserwowanie rzeczywistości, przyniesie więc maluchom więcej emocji. Żeby natomiast z ich ilością nie przesadzić i nie przestraszyć dzieci, Ralf Burschkow stosuje kilka łagodzących wyrazistą fabułkę elementów. Przede wszystkim Marysi w najtrudniejszych chwilach towarzyszy tata. Do dziewczynki gospodyni najbliższego schroniska wzywa helikopter – tu wkracza na scenę Ania, młoda i sympatyczna lekarka, która dokładnie tłumaczy bohaterce, co będzie się z nią działo. Przy Ani nic nie jest groźne – lot helikopterem staje się ekscytującą przygodą, odwracającą uwagę od bólu, w szpitalu wszyscy lekarze są bardzo mili i przed badaniami wyjaśniają dziewczynce, co i dlaczego muszą zrobić. Marysia boi się coraz mniej, z czasem strach zamienia się w podniecenie – bohaterkę cieszy możliwość obejrzenia własnych kości na zdjęciu rentgenowskim i fakt, że zmęczony tata dotarł już do szpitala. Kiedy dziewczynka może chodzić o kulach, zwiedza z Anią wnętrze ambulansu.

Do tej publikacji dzieci mogły jedynie słuchać opowieści dorosłych o ich pracy. Marysia przekonuje się na własnej skórze, na czym polegają zadania ratowników medycznych – inaczej nie miałaby szansy tak dokładnie dowiedzieć się, co dzieje się z człowiekiem, który złamie nogę w górach. W tym wypadku teoria nie brzmiałaby tak atrakcyjnie dla maluchów jak praktyka, a i trudno byłoby znaleźć uzasadnienie – na przykład – lotu helikopterem czy prześwietlenia. Marysia musi trochę pocierpieć, ale zostanie jej to wynagrodzone. Co ważne, Butschkow w narracji niespecjalnie podkreśla fakt, że złamanie wiąże się z bólem. Nie może w końcu odwracać uwagi dzieci od właściwej części tomiku, czyli od kwestii związanych z pracą ratownika medycznego. Gdyby Marysia była skoncentrowana na swoim wypadku, nie mogłaby poznawać tajników zawodu Ani – jest zatem ograniczenie przykrości dobrze umotywowane.

Ralf Butschkow, jak zawsze, tworzy bajkowe ilustracje, tym razem na początku jeszcze przyciągające z uwagi na nowe – górskie – tło. Różnica między dotychczasowymi książeczkami i „Mam przyjaciółkę – ratownika medycznego” polega na tym, że zawsze dzieci na obrazkach miały uśmiechnięte buzie. Tym razem Marysia ma usta wygięte w podkówkę dość długo, a rozchmurza się stopniowo dopiero w szpitalu. Uśmiechnięci są za to wszyscy wokół – nie dlatego, że cieszą się z nieszczęścia Marysi, ale po to, by dodać dziewczynce otuchy. Także w ten sposób próbuje Butschkow małych odbiorców uspokoić. Tomik „Mam przyjaciółkę – ratownika medycznego” to jedna z ciekawszych publikacji z serii Mądra Mysz.


wtorek, 28 czerwca 2011

Grzegorz Kasdepke: Wakacje detektywa Pozytywki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.

Zagadki wakacyjne

Detektyw Pozytywka to jeden z tych bohaterów, których obecność gwarantuje, że dzieci nie będą się nudzić. To postać wyrazista i nieco dziwna – o ile jeszcze można zrozumieć, że detektyw Pozytywka mówi sam do siebie (i sam sobie odpowiada), o tyle już fakt, że nie lubi wakacji, daje sporo do myślenia. A detektyw Pozytywka wakacji nie znosi: wszyscy gdzieś wyjeżdżają, robi się nudno i smutno. Może to i dobrze, że w pobliżu jest Martwiak, typ spod ciemnej gwiazdy, który założył kiedyś konkurencyjną dla detektywa Pozytywki agencję detektywistyczną „Czarnowidz”. Właściwie tytułowy bohater książki proponowanej maluchom przez Grzegorza Kasdepke powinien się z obecności Martwiaka cieszyć: przybędzie mu zagadek do rozwiązania.

Tomik „Wakacje detektywa Pozytywki” to właściwie zestaw bardziej i mniej skomplikowanych zagadek dla dzieci. W każdym rozdziale (który stanowi osobną zagadkę) coś się zaczyna dziać (ksiądz chodzi po kolędzie wielkanocnej, wróż-przebieraniec przewiduje przyszłość) – a potem nagle relacja się urywa, bo detektyw Pozytywka wie już, jak udowodnić Martwiakowi oszustwo. Detektyw Pozytywka wie, ale czy wiedzą mali czytelnicy? Ci będą musieli naprawdę uważnie prześledzić historyjki, by wyłapać z nich podstęp, fałszywe informacje czy tropy, dzięki którym bohater zyskuje pewność, że może zdemaskować wroga. Młodych czytelników czeka zatem sporo logicznych łamigłówek. Dla tych, którzy nie będą sobie dobrze radzić z rozwiązaniami, przygotowany został klucz – pod koniec książki znaleźć można wyjaśnienia zagadek. Dzieci ćwiczyć będą spostrzegawczość i pomysłowość, podszkolą się także w umiejętności wyciągania wniosków i w logicznym myśleniu – wesoła książeczka Grzegorza Kasdepke przynosi zatem sporo korzyści.

Akcja we wszystkich rozdziałach rozwija się naprawdę szybko, a spowalniają ją jedynie przesłanki dotyczące zagadki. Innymi słowy tam, gdzie Kasdepke znienacka zaczyna zwracać uwagę na detale, nieistotne z pozoru dla całości, tam kryje się detektywistyczna podpowiedź dla dzieci. W niektórych przypadkach odkrycie dobrego rozwiązania wymaga wiedzy z różnych dziedzin – jeśli więc nawet odbiorcom nie uda się rozszyfrować wroga detektywa Pozytywki, nie powinni się martwić – zyskają kilka ciekawych wiadomości. Przeciwnik detektywa Pozytywki jest bardzo twórczy, a jego pomysłowe metamorfozy rozbawią dzieci. Tak więc chociaż tytułowy bohater boi się wakacyjnej nudy, na brak zajęć nie będzie mógł narzekać. Kasdepke tworzy opowiadania barwne, rozgrywające się szybko i wciągające – atrakcyjne dla dzieci także ze względu na obecność tajemnicy, którą trzeba samodzielnie rozwikłać.

Warto tu też wspomnieć o ilustracjach Piotra Rychela: grafiki łączą różne style rysowania i malowania, plamy farb, uzupełniane kredkami i ołówkami, stwarzają wrażenie głębi oraz trójwymiarowości przy jednoczesnym efekcie bajkowości. Nasycone kolory i postacie uchwycone z różnych kątów przyciągają wzrok. Książka wydana na kredowym papierze i w twardych okładkach z pewnością będzie stanowić ozdobę biblioteczki każdego dziecka.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Kathleen Tessaro: Debiutantka

Muza SA, Warszawa 2011.

Miłość i tajemnica

Co było inspiracją dla Kathleen Tessaro podczas pisania „Debiutantki”? Chęć opisania przygód kobiety z lat dwudziestych, wkraczającej na salony, powiązanie przeszłości i teraźniejszości przez spójną intrygę kryminalną i… ofiarowane przez przyjaciółkę pudełko po butach, którego zawartość miała posłużyć bohaterce do rozwiązania zagadki. Przedmioty ukryte na dnie podarunku były niespodzianką dla Cate – ale i dla samej Tessaro: autorka mogła po nie sięgnąć dopiero po napisaniu fragmentu książki. Opowiada o tej niecodziennej pomocy w posłowiu do „Debiutantki”. Ale w tej powieści daje się dostrzec coś jeszcze – zamiłowanie do dziewiętnastowiecznych romansowych narracji oraz do… klasyki literatury czwartej, a zwłaszcza do „Tajemniczego ogrodu”. Skojarzenia z tym ostatnim są tak silne, że trudno z nich zrezygnować, zwłaszcza że Tessaro tworzy historię baśniową i niezbyt prawdopodobną, a przy tym nie wielowymiarową. Próbuje ją oddalić od skojarzeń z młodzieżowymi książkami, szkicując na początku parę bohaterów ogarniętych silnym pożądaniem – ale kiedy przechodzi do rozbudowywania intrygi, zarzuca ten wątek.

Cate ma przeprowadzić inwentaryzację w pewnym starym domu. Towarzyszy w tym zadaniu Jackowi, człowiekowi, który początkowy sceptycyzm zamienia na euforię. Wszystko od pierwszych stron prowadzi do happy endu, który łatwo jest przewidzieć – ale kobieta odkrywa w domu tajemniczy pokój, a w nim małe pudełko po butach pełne skarbów. Stopniowo zagłębia się w utrwaloną w listach historię dwóch debiutantek, z których jedną – rozflirtowaną i wesołą Niunię – spotkało w życiu coś strasznego i nie do końca wyjaśnionego. Cate mniej uwagi poświęca teraźniejszości, chętniej za to próbuje rozwiązać zagadkę z dawnych lat. Autorka opowieść dawkuje czytelnikom ostrożnie, przywołując co jakiś czas pełne emocji krótkie listy Niuni. Zarówno Cate jak i Jack borykają się też z własnymi problemami. Wędrówka w cudzą przeszłość i sekrety sprzed wojny okazuje się być sposobem na uniknięcie rozważań o znacznie bliższych troskach. Traumy Cate i Jacka powoli wychodzą na jaw – wkrótce stanie się jasne, że ewentualny związek napotka na sporo przeszkód. Może chciała autorka w ten sposób wymazać nieco zbyt oczywisty początek – a może po prostu urozmaicić opowieść.

Dużo jest w „Debiutantce” motywów literacko już ogranych i sprawdzonych. Co ciekawe, Tessaro posługuje się schematami bardzo sprawnie, a uwaga czytelniczek przenosi się na płaszczyznę stylu – wartkiej narracji, lekko może poetyzowanej, delikatnej i obrazowej. To z niej przede wszystkim czerpie się przyjemność podczas czytania „Debiutantki”: książka sprawia wrażenie znanej, dającej poczucie bezpieczeństwa – jakby na przekór nieco kryminalnej fabule – to czytadło dobre dla tych odbiorczyń, które potrzebują relaksu, a niekoniecznie łatwych wzruszeń.

Najważniejsze jest to, że „Debiutantkę” czyta się przyjemnie i bez wysiłku, nie ma w niej elementów niepotrzebnych czy partii przegadanych, nie ma błędów czy czynników w jakikolwiek sposób do lektury zniechęcających. To dobra powieść rozrywkowa, wyrysowana wokół intrygującego zagadnienia. Kathleen Tessaro dała się już poznać jako autorka udanych powieści obyczajowych i „Debiutantka” tę ocenę potwierdza.


niedziela, 26 czerwca 2011

Helen Bailey: Idę na łatwiznę

Akapit Press, Łódź 2011.

Ojciec czy paznokcie

Helen Bailey dobrze czuje się w poppowieściach. Co ciekawe, proponuje też książki z tego gatunku w wersji dla kilkulatek – i we wcielaniu się w umysły małych bohaterek jest całkiem niezła. Wie dobrze, co musi zrobić, by przekonać do siebie młodsze i starsze dziewczyny, choć pewnie większość dorosłych po przeczytaniu jakiegokolwiek fragmentu z „Idę na łatwiznę” znalazłaby się w stanie głębokiego osłupienia.

Zasady poppowieści są jasne i Helen Bailey świadomie je realizuje, lecz przerażający jest fakt, że w wielu miejscach nie mija się z rzeczywistością. Wymyśla sobie bohaterkę pozbawioną inteligencji i konsekwentnie prowadzi opowieść z jej perspektywy. Elektra to jedna z tych pustych i głupich dziewczyn, które zwykle stanowią obiekty niewybrednych żartów. Rozważania bohaterki skupiają się wokół lęku przed tym, że odziedziczy po matce ogromny biust, wokół problemów z imieniem, które kojarzy się jej z pseudonimem gwiazdki porno i wokół jednego z chłopaków, obiektu westchnień, kompletnie Elektrą niezainteresowanego. Dziewczyna fatalnie się uczy i jest agresywna wobec młodszego brata. Ponadto – i to już odejście od stereotypu – Elektra ma kompleksy związane z wyglądem. Te kompleksy sprawiają, że bohaterka nie jest w stanie skupić się na niczym, bo zaraz powraca do jedynego bliskiego sobie tematu – wyglądu.

Pewnego dnia ojciec Elektry oznajmia, że odchodzi. I tu Bailey wykazała się niewiarygodną wprost konsekwencją w kreowaniu nastoletniej postaci: Elektrze zrozumienie, co właściwie się stało, zabiera kilkadziesiąt stron. Wiele razy krótką refleksję o zmianach w życiu rodziny przerywa nagłe stwierdzenie, że większym dramatem są rozdwajające się końcówki włosów czy nierówne piersi. Zupełnie jakby w hierarchii wartości Elektry nic poza nią samą nie mogło istnieć. W którymś punkcie robi się to trochę straszne. Z bohaterką czytelniczkom myślącym trudno będzie się utożsamić, chociaż kiedy już do Elektry dociera, jakie zmiany zajdą w życiu jej rodziny, przeżywa je jak wiele nastolatek: w tym też Bailey się sprawdziła, ładnie wpisując typowe reakcje młodych ludzi na nowe związki rodziców w powieść wydawałoby się pozbawioną ambicji. Pokazuje naturalne postawy młodzieży i sprawia, że Elektra stanie się odbiorczyniom choć trochę bliska, a przynajmniej zdolna do odczuwania. Także obecność wielu jej kompleksów ma służyć ociepleniu wizerunku i odejściu od stereotypowości.

Helen Bailey wybrała historię odważną nie ze względu na fabułę – ta należy do niewyszukanych i niczym czytelników nie zaskoczy. Ale kreacja Elektry to już pójście o krok dalej niż to było do tej pory w poppowieściach przyjęte. Bohaterka, która prowadzi całą opowieść, nie dość, że nie jest przeciętną nastolatką, ale uosobieniem kiczu i bezmyślności, to jeszcze otwarcie przyznaje się do intelektualnej ułomności. Elektrę trudno polubić – utożsamią się z nią chyba jedynie odbiorczynie o podobnym stylu bycia. Te jednak z reguły nie sięgają po książki. Jeżeli Bailey chciałaby dotrzeć do grupy czytelniczek, dla których już lektura magazynu dla nastolatek jest wyczerpująca, mogła się przeliczyć. Inna sprawa, że „Idę na łatwiznę” nie jest książką bezwartościową: dobrze charakteryzuje współczesny świat popnastolatek (a i w reakcjach dzieci na rozwód rodziców udowadnia Bailey, że jest spostrzegawcza i potrafi szkicować przekonujące obrazki rodzajowe). Wizja głupiutkiej Elektry paradoksalnie ratuje całość przed obyczajowym banałem i wtórnością.

Nie przekonała mnie natomiast tłumaczka, Anna Błasiak, „rodzicielami” w miejsce rodziców. Owszem, język osobniczy ma swoje prawa, ale jeśli rzekome slangowe określenia są sensownie uzasadnione i, najlepiej, faktycznie zaczerpnięte z języka młodych. Tymczasem „rodziciele” młodzieżowo nie brzmią.