* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 3 listopada 2010

Megan Abott: Koniec wszystkiego

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Koszmar miłości

Do lektury „Końca wszystkiego” zachęca hasło „odważna opowieść o przyjaźni, obsesji i zbrodni”. Można jeszcze do określenia tej książki dodać najważniejsze – „pięknie opowiedziana”, bo na pierwszy plan wysuwa się nie tyle sensacyjna fabuła i trudny temat, co literacki, urzekający język o znakomitym rytmie i niebywałej delikatności, język, który kojarzy się raczej z literaturą piękną starej daty niż historią mrożącą krew w żyłach. Megan Abott dzięki doskonałemu wyczuciu fraz i nastawieniu na sycący choć wyrafinowany opis może ze swoimi czytelnikami zrobić wszystko: jej powieść jest magiczna i nie można się od niej oderwać.

W niewyjaśnionych okolicznościach ginie trzynastoletnia Evie. Jej najbliższa przyjaciółka, Lizzie, próbuje pomóc policji i rodzinie Evie w odnalezieniu dziewczynki – przypomina sobie coraz więcej dziwnych szczegółów – strzępki rozmów czy wiadomość o starszym mężczyźnie, który co noc czekał pod oknami Evie. Także na własną rękę próbuje dokonywać odkryć – i czasami wyniki amatorskiego śledztwa musi przedstawiać przy uciekaniu się do drobnych kłamstw. Chodzi jednak tylko o to, by ocalić Evie. Wątek zaginionej nastolatki rozszczepia się na dwie części – jedną stanowią przeżycia uprowadzonej dziewczynki, jej motywacje i oceny. Drugą – ledwo zarysowana fascynacja Lizzie ojcem Evie. Megan Abott nie zapomina także o kreśleniu skomplikowanych rodzinnych relacji – portretuje starszą siostrę Evie, jej porozumienie z ojcem i konflikt między bohaterkami. Cała ta powieść aż kipi od emocji – emocji niebanalnych i rzadkich w literaturze współczesnej. Lizzie i Evie wchodzą w wiek dojrzewania, zaczynają odkrywać fascynację ciałem, smak pierwszych zauroczeń i niemożliwe do spełnienia pragnienia. Przestają być dziećmi, co nie zawsze zauważa otoczenie.

Narracja jest w książce prowadzona przez Lizzie, lecz nie będzie to opowieść trzynastolatki: Lizzie opowiada o dawnych wydarzeniach z perspektywy czasu, lecz żeby zachować pozory dziania się akcji tu i teraz poszczególne fakty z przeszłości relacjonuje w czasie teraźniejszym. Opowiada niezwykle plastycznie – to od pierwszych stron robi wrażenie. Dzięki stylowi idealnie kształtującemu treść i nadającemu jej dodatkowej poetyckości czy wrażliwości czytelnicy będą mogli odbierać fabułę bardziej intensywnie – i skupiać się nie tylko na sekwencjach zdarzeń, ale i na przeżyciach młodych bohaterek, uwikłanych w nie zawsze zrozumiałe dla nich samych fakty. Megan Abott akcentuje porozumienie między dziewczynkami – jeszcze niezmącone przez dorosłe intrygi – i pęknięcie w tej przyjaźni, zapoczątkowane przez wtajemniczenie Evie. Zbiegające się w zakończeniu wątki przyniosą serię zaskoczeń, ale też doprowadzą do zadania odważnych pytań.

Tym, co Megan Abott wyróżnia na księgarskim rynku, poza narracją, która urzeka i trudną tematyką (kuszący był zapewne stereotyp lolitki, lecz autorce udało się od niego odejść), jest połączenie sensacyjności w szkielecie fabularnym powieści (porwanie, śledztwa, samobójstwo, konflikty, które na zawsze pozostaną tajemnicą, cierpienie i wyrzeczenia) z konwencją powieści obyczajowej, a momentami nawet romantycznej – w prezentowaniu akcji. Megan Abott zwraca uwagę na uczucia dziewczynek, ich dojrzewanie do miłości i pożądania, niezdecydowanie, nadzieję, strach i rozpacz. Wszystkie te elementy zostają wyostrzone dzięki nietypowemu kontekstowi, ale też nie dominują nad całością właśnie przez połączenie z sensacyjno-kryminalnym scenariuszem.

„Koniec wszystkiego” to książka niepodobna do innych, drażniąca i niepokojąca przez motywy, które podejmuje – ale też łagodząca i spokojna przez dźwięczny tok opowieści. Nawet ci odbiorcy, którzy w literaturze sensacyjnej nie gustują, będą „Końcem wszystkiego” zachwyceni. To książka, jakich ciągle nie ma się dosyć.


wtorek, 2 listopada 2010

Ildikó Boldizsár, Katalin Szegedi: Narodziny księżniczki

Namas, Poznań 2010.

Porady dla księżniczek


„Narodziny księżniczki” to baśń, którą Marta Bręgiel-Benedyk przełożyła z angielskiego, chociaż opowieść jest dziełem węgierskich autorek. Nie ma jedna w tej książce tego, co składałoby się na koloryt lokalny, Ildikó Boldizsár i Katalin Szegedi postarały się stworzyć historię uniwersalną i zrozumiałą na całym świecie. Wykorzystały do tego zresztą motyw stale obecny w baśniach i bajkowych przekazach i mocno już wyeksploatowany – uczyniły go natomiast nie katalizatorem fabuły, a jej zasadniczą częścią. Ów motyw, dary wróżek dla nowo narodzonej dziewczynki, tworzy całą książkę i ma przekonać małe księżniczki, że każda z nich jest wyjątkowa, a przy tym pięknie wyróżniona – bo dary wróżek nie znikają z upływem czasu, towarzyszą dziewczynce, a potem kobiecie, do końca życia – obdarowana niematerialnymi skarbami nie powinna zapominać o bezcennych podarunkach wróżek.

Wróżek („niebiańskich księżniczek”) jest aż dziewięć, każda przynosi inne błogosławieństwo, które w książce zostaje rozwinięte. Dziewczynka ma być między innymi czystego serca, wytrwała, cierpliwa i pełna wdzięku. Siłę i pamięć o tych darach czerpać powinna z natury – każda z wróżek odnosi swój dar do konkretnych zjawisk zachodzących w przyrodzie, dziewczynka może więc obserwować otoczenie i z niego brać przykład. Nie wszystkie błogosławieństwa są uniwersalne, niektórych część czytelniczek nie mogłaby wcielić w życie samodzielnie – ale od tego właśnie jest konwencja baśni, odbiorczynie powinny czytać między wierszami i wyłuskiwać z niedopowiedzeń porady dla siebie. Autorkom chodzi przede wszystkim o to, żeby czytelniczki wiedziały, że są wyjątkowe, mogą być piękne, miłe i dobre – czyli – mają szansę przynajmniej z charakteru stać się prawdziwymi księżniczkami z baśni, bohaterkami, przed którymi roztacza się obietnicę życia długiego i szczęśliwego.

Narracja w historii ograniczona jest do minimum, co pozwala autorkom na zastosowanie prostego, a mimo to urzekającego tricku: kiedy wróżki zwracają się do małej dziewczynki i opowiadają jej o swoich darach, każda z czytelniczek będzie miała – słuszne – wrażenie, że to do niej kierowane są kolejne błogosławieństwa, skrywane porady i wyjaśnienia. Dla najmłodszych będzie to specyficzny poradnik, zbiór zasad, pozwalających zachować dobre relacje z ludźmi – moralizatorski wydźwięk całkowicie oddala konwencja baśni. Dla odbiorczyń starszych – bo i takie mogą sięgnąć po tę historię – ważne będą nie tyle same wskazówki, co proste piękno języka, harmonijny styl i nastawienie na wrażenia estetyczne.

Nie sposób pominąć w tej recenzji walorów artystycznych wydania. Książka będzie ozdobą każdej biblioteczki. Duży format, twarde okładki, szyte strony i gruby, kredowy papier to dodatek do prześlicznych ilustracji, idealnie komponujących się z wizją opowieści kierowanej do ukochanej córeczki. Obrazki są tu wzruszające, ale nie przesłodzone, przyciągają wzrok, urzekają feerią barw (i wielkością, bo przecież duży format umożliwia ilustratorce, Katalin Szegedi, popisy graficzne). Do tego dochodzi dobrze przemyślana dodatkowa czcionka, którą podawane są imiona kolejnych wróżek (oraz nazwiska autorek) i prezentowane przez nie porady-błogosławieństwa. Tekstu na poszczególnych stronach jest niewiele, to obrazy przemawiają do fantazji młodych odbiorczyń, w starszych budząc przyjemne doznania.

„Narodziny księżniczki” to tom obliczony na wywołanie zachwytu, chociaż nie czerpie z oryginalnych i nieprzewidywalnych pomysłów. W konstrukcji trochę przypomina opowieści snute na dobranoc wyczekanym córkom przez kochające i wpatrzone w nie matki. Ale ze względu na realizację robi spore wrażenie.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Ryszard Sadaj: Przypadki Marka M

Skrzat, Kraków 2010.

Proza z przypadku

W „Przypadkach Marka M” Ryszard Sadaj jest dużo ciekawszy (a od strony narracji także i dużo lepszy) niż w poprzedniej książce – jednak cały czas jest to dolna półka literatury rozrywkowej. Sadajowi brakuje pisarskiego warsztatu i umiejętności poprowadzenia fabuły tak, by zaintrygować czytelników. Sili się na żarty, które nie mają raczej mocy rozśmieszającej odbiorców, sylwetki bohaterów buduje na pojedynczych, wyrazistych, lecz niezbyt dobrze przemyślanych cechach, które do samej książki nie wprowadzają nic – poza tym, że pozwalają zapełnić kilka stron. Taka treściowa pustka powoduje w tekście poważne przestoje: aż chce się zapytać, co wnoszą przegadane fragmenty do lektury. Problem w tym, że nawet w chwilach, które powinny pchnąć akcję do przodu, nie dzieje się zbyt wiele. „Przypadkom Marka M” brakuje spoiwa: wydarzenia okazują się zbyt sypkie, nie składają się na jednolitą całość – to raczej wrzucone bezładnie do jednego worka, wymieszane i pozostawione samym sobie wybrane epizody z życia bohatera i jego rodziny. Od czasu do czasu autor przypomina sobie o osi fabularnej i powraca do tematu głównego, czym jeszcze bardziej podkreśla swoją pisarską bezradność. Nie potrafi skomplikować akcji, odejść od jednopłaszczyznowości i stereotypów. Brakuje mu wyczucia, wyważenia proporcji, przez co zamiast powieści proponuje karykaturę powieści.

Streszczenie całej historii zamyka się w okładkowym komentarzu Sadaja: „Rzecz o młodym człowieku, który się wszystkiego bał, aż przykleił do fotela tramwajowego znanego polityka i od tego czasu bał się z coraz większą odwagą, i o jego ojcu, pisarzu, który także się wszystkiego bał:. Gdyby Sadajowi udało się w książce utrzymać styl z komentarza – może mielibyśmy do czynienia z ciekawą pozycją. Sadaj chętnie wykorzystuje postacie nieudaczników: główny bohater jest tchórzem, któremu odwagi dodaje tubka super glue, noszona w kieszeni od czasu incydentu z politykiem – i cały zapas kleju, trzymany w szufladzie. Marek chce dodatkowo wyjaśnić ludziom przyczyny swojego zachowania i raz jeszcze nagłaśnia sprawę przyklejenia polityka do siedzenia w tramwaju. Jego ojciec za to nie dość, że jest pisarzem kiepskim (coraz bardziej jawi się jako alter ego autora, który też najwyraźniej nie do końca sprawdza się w obranym przez siebie zawodzie), to jeszcze nadużywa alkoholu – taka postać pojawiła się już w „Terapii Pauliny P” – Ryszard Sadaj już zapożycza od siebie literackie kreacje, jakby nie było go stać na wymyślenie czegoś oryginalnego. Ale autoplagiat mniej nawet przeszkadza niż zwykła nuda: postacie pierwszoplanowe są tu zwyczajnie mdłe i bezbarwne, postacie dalszoplanowe – stereotypowe, przewidywalne i przerysowane, a przez to też niezbyt interesujące.

Sadaj zatraca się w przedstawianych akurat sytuacjach do tego stopnia, że zapomina o całym świecie powieściowym. Nie może wtedy zadbać o uwiarygodnienie opowieści, mało tego: nie może scalić poszczególnych epizodów z życia Marka i jego rodziny w jedną historię. Przy prezentowaniu konkretnej sceny traci z oczu cały literacki kontekst, nie potrafi poprowadzić wielowątkowej narracji, sprawia wrażenie, jakby pisał wypracowania na zadane tematy. Nie jest przekonany do swoich bohaterów lub ślepo im wierzy. Nie może przez to zachować właściwych proporcji i okazuje się infantylny.

Daje się tu zauważyć skłonność do humoru rubasznego i nie najwyższych lotów (by nie powiedzieć – prymitywnego), lecz to nie razi tak bardzo, jak raziło w wypadku narracji „kobiecej”. Ryszard Sadaj nie ma za bardzo wyczucia w pisaniu, wydaje mu się, że wystarczy na powieść przełożyć zwykłą historię, opowiedzianą zwykłym językiem – ale w „Przypadkach” brakuje tej lekkości, radości pisania, która przełożyłaby się potem na przyjemność lekturową.


niedziela, 31 października 2010

Daniel Koziarski: Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty

mg 2010.


Pożegnanie z Płachtą

Życie socjopaty nie jest łatwe. Tomasz Płachta wraca do kraju, ale zmiana otoczenia nie przynosi rozwiązania problemów: nie dość, że bohater cyklu nie może uporać się z własną rodziną – a spory z matką nie poprawiają nastroju – to jeszcze ma trudności ze znalezieniem pracy. Oszczędności topnieją w zastraszającym tempie, a brak umiejętności dogadywania się z ludźmi pogłębia frustrację postaci. Tomasz Płachta próbuje odnaleźć się w rodzinnym kraju, ale zamiast ostatecznie wyzwolić się z emigracyjnych koszmarów, zauważa, że nie pasuje do otoczenia. Chwyta się niemal każdego zajęcia – i w każdym popełnia dyskredytujące go błędy. Nie jest zresztą bez winy, by osiągnąć swój cel nie zawaha się przed nieuczciwościami, walczy ostro, a nieprzemyślane działania często zwracają się przeciwko niemu.

Daniel Koziarski w całym cyklu o socjopacie zgromadził niewyobrażalną wprost ilość uprzedzeń, stereotypów i drobiazgów, które urosnąć mogą do rangi katalizatorów międzyludzkich konfliktów. Urzeczywistnia w historii prawa Murphy’ego i przerysowuje sylwetkę głównego bohatera. Jednokierunkowość wysiłków Tomasza Płachty staje się jednak momentami także przeszkodą – początek trzeciego tomu, wieńczącego serię, okazuje się nie tylko dla uważnych czytelników Koziarskiego przewidywalny. Już w momencie zainicjowania akcji wiadomo, jak skończy się konkretna przygoda socjopaty. Dobrze, że później autor daje się wciągnąć fabule i zabawie gatunkami i nadaje książce rytm – w innym przypadku mógłby się ten tom zamienić w zbiór luźnych sekwencji, powiązanych ze sobą wyłącznie pomysłem na nadrzędną cechę charakteru głównej postaci. „Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty” aż kipią od bohaterów wyrazistych i skonstruowanych w oparciu o pojedyncze, mocne cechy. Ci, którzy stanowią tło dla socjopaty – bądź epizod w jego życiu – jawią się jako osobowości szkicowane grubą kreską. Powieściowy świat należy jednak do dalszoplanowych kreacji: jest tu Kuba, który zamierza wyemigrować i nie daje wiary dobrym radom starszego i bardziej doświadczonego kolegi, jest wspomnienie zmarłego Dominika, przyjaciela Płachty.

Jeżeli w drugim tomie przygód socjopaty liczyły się przede wszystkim obserwacje zewnętrznego świata, absurdów płynących ze zderzenia kultur i zmiany otoczenia, o tyle w „Życiu i śmierci socjopaty” źródło problemów stanowią przede wszystkim charaktery ludzi, autor mniej koncentruje się na tym, co widoczne, uznając zapewne realia Trójmiasta za zbyt swojskie i znane, żeby mogły stanowić centrum egzotycznych zaskoczeń. Próbuje wniknąć w mentalność mieszkańców, różniących się od Tomka Płachty niemal wyłącznie osłabieniem socjopatycznych skłonności. Nie brakuje tu sytuacji trudnych i ekstremalnych: bohater musi zmierzyć się ze śmiercią najbliższego przyjaciela, żądaniami matki, głupotą jednej z przypadkowych podrywek czy… chorobą alkoholową brata, który potrzebuje nerki.

Tomasz Płachta przyciąga nieszczęścia i generuje je. Jego świat pełen jest dramatycznych zbiegów okoliczności, smutnych przypadków i nieudanych przedsięwzięć. Bohater, walcząc o realizację swoich pomysłów, wybiera zawsze niewłaściwe drogi, a podejmowanie ryzyka nigdy mu się nie opłaca. Socjopata nie wyciąga wniosków ze swoich porażek i wciąż wpada w następne pułapki, przez siebie najczęściej zastawiane. Zdarza się w tym natłoku życiowych koszmarów niekiedy sytuacja zabawna, zaskakująca czy nawet komiczna – ale Płachta znacznie częściej budzi współczucie, nie jako rasowy nieudacznik, a jako odzwierciedlenie skrywanych obaw wielu odbiorców. Koziarski przewleka rzeczywistość na lewą stronę i przygląda się jej ze złośliwą satysfakcją. Przez swą przenikliwość bywa niewygodny i niebezpieczny.

czwartek, 28 października 2010

Marek Karpiński: Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji

Iskry, Warszawa 2010.

Pomnik kurtyzany

Są książki, po które sięga się z ciekawością, podsycaną jeszcze przez tematykę. W wypadku tomu Marka Karpińskiego tabuizowany często motyw wysuwa się na pierwszy plan i stanowi niebagatelną zachętę do sięgnięcia po lekturę. W końcu „Historia prostytucji” obiecuje zagłębienie się w mroczno-plotkarskiej stronie dziejów, wstydliwych i nierozgłaszanych – a przy tym idealnie wpasuje się w zapotrzebowanie czytelników na sensację i odejście od poprawnych politycznie zagadnień. Ale w publikacji Iskier temat nie jest jedynym czynnikiem, przyciągającym do lektury, bo Marek Karpiński jawi się tu jako dowcipny i lekko przekorny gawędziarz. Jego niewymuszony humor, żarty dobrego gatunku oraz komiczne komentarze niezwykle ubarwiają opowieść – pełną faktów i anegdot, wartką oraz wciągającą.

Podtytuł może być mylący – Marek Karpiński nie pisze historii prostytucji, proponuje za to odbiorcom cykl esejów, poświęconych temu zagadnieniu – raczej z punktu widzenia ciekawego świata dziennikarza niż prawdziwego znawcy (choć baza bibliograficzna imponuje). „Historyczność” zawartą w tytule usprawiedliwia chronologiczny układ tekstów – autor wychodzi od opisów obyczajów starożytności, przez kolejne epoki, wyłuskując z nich co mniej pruderyjne opowieści, by dojść do czasów współczesnych i przyjrzeć się, między innymi, prostytucji w socrealizmie oraz wpływom rozwoju techniki na działalność kobiet trudniących się uprawianiem płatnej miłości. Podziałowi czasowemu towarzyszy różnorodność tematyczna – Marek Karpiński porządkuje elementy składające się na historię prostytucji – raz interesuje go, jakie korzyści z tego zawodu odnosiły panie, innym razem przygląda się mariażowi wojska i kurtyzan. Pyta o przenoszone drogą płciową choroby, lub o najsławniejsze w danym czasie metresy. Sprawdza, jak ewoluował ten zawód – jakie zmiany przynosiły rewolucje obyczajowe i kiedy prostytutkom żyło się najlepiej. Unika oceniania bohaterek swojej opowieści – pisze o nich nawet z nutą życzliwości. Minorowe tony pojawiają się dopiero wówczas, gdy Karpiński analizuje dzisiejsze zjawiska – między innymi sponsoring – i gdy pokazuje podejście do zagadnienia nieletnich dziewcząt, zaangażowanych w ów proceder. Możliwe, że na taką postawę autora ma wpływ dystans czasowy (lub jego brak) – albo świadomość historyczno-społecznych kontekstów. Zresztą postawa mentora kłóciłaby się z lekkim – ale nie rubasznym – stylem.

Marek Karpiński podjął się niełatwego zadania, lecz wybrnął z niego fantastycznie. O prostytucji mówi bez popadania w przesadę czy wulgarność (choć przywołuje fragmenty dzieł literackich, mogące wywołać rumieniec zażenowania co wrażliwszych czytelników). Wybiera raczej subtelność niż dosłowności, frywolność niż postawę satyra – i bardzo dobrze, bo dzięki temu „Najstarszy zawód świata” czyta się z zachwytem. Nie ma tu miejsca na stylistyczne niezręczności czy nietrafiony dowcip: wszystko jest dobrze przemyślane, błyskotliwe i celne, a przy tym kulturalne. Poczucie humoru autora komponuje się świetnie z przyjętą perspektywą badawczą: nie voeyuryzm a reportażowość, nie wstydliwa i kompromitująca plotka, a rzetelność poznawcza. Język tej książki zbliżony jest do felietonowego, Karpiński nie utrudnia odbioru skomplikowanym dyskursem, stara się raczej, żeby lektura stała się przyjemnością dla każdego, kto zdecyduje się po książkę sięgnąć. Sam tłumaczy, że nie próbował nawet zbudować monografii zjawiska, wybrał tylko kilka motywów, którymi pragnie zaintrygować czytelników, nie można zatem traktować „Najstarszego zawodu świata” jako kompendium wiedzy na temat prostytucji. Sprawdza się za to ta książka jako arcyciekawa lektura, której wyważone proporcje pozwalają cieszyć się nie tylko anegdotami z przeszłości, ale i samym rytmem opowieści.

Kto powinien sięgnąć po tę historię? Każdy, kto ma ochotę na kawałek dobrej historii, każdy, kto nie chce męczyć się nad zawiłymi wywodami, każdy, kto chciałby poznać cząstkę przeszłości najstarszego zawodu świata. Każdy, kto chciałby się trochę pośmiać, a trochę pozastanawiać nad kondycją człowieka. Przeciwwskazań nie ma.


niedziela, 24 października 2010

Peter Christen Asbjørnsen, Jørgen Moe: Zamek Soria Moria. Baśnie norweskie

Media Rodzina, Poznań 2010.

Świat trolli

Wydany przez Media Rodzina tom baśni norweskich wygląda obiecująco. Masywny, o nietypowym formacie i z pomysłowo wykonaną okładką, kusi wielbicieli egzotycznych lektur – a ponieważ zawiera baśnie i ludowe przekazy w wersji czystej, to jest niewzbogacane elementami bajki – nada się dla najmłodszych oraz dla dorosłych czytelników. Wystarczy tylko lubić ten gatunek.

Wyboru baśni do tej publikacji dokonano z książki wydanej w 1975 roku. „Zamek Soria Moria” ma dzisiaj przede wszystkim urzekać czytelników nieznanymi w naszej kulturze motywami, stale obecnymi w wierzeniach Północy – i cieszyć rozwiązaniami wspólnymi dla wszystkich baśni świata. W tym tomie czasami szkielety konstrukcyjne poszczególnych historii będą przywodziły na myśl pamiętane z dzieciństwa legendy, czasem natomiast powtarzalność wątku doprowadzi do wysnucia wniosków na temat zasad budowania norweskich bajań. Beata Hłasko i Adela Skrentni-Olsen nie starają się bowiem komentować przedstawianych fabuł, nie chcą rozbijać toku kolejnych baśni objaśnieniami, które wcale nie będą potrzebne dla zrozumienia całości. Można zatem w pełni zanurzyć się w opowieści z krainy chłodu i cieszyć się niebanalną lekturą.

Znajdą się w książce historie rozbudowane w planie fabularnym lub tekstowym (nie zdarzają się natomiast połączenia skomplikowanej akcji i długiej, klimatycznej narracji) i całkiem krótkie, oparte na ciekawym koncepcie baśnie, w których puenta nie zostaje do końca wypowiedziana, a wyraziście zasugerowana. Obok opowieści o uwięzionych przez złe trolle lub smoki królewnach, pojawią się wytłumaczenia niejasnych zjawisk, legendy budowane na bazie niezaprzeczalnych faktów. Wyzwania, przed jakimi stawać będą bohaterowie, wiążą się zwykle z użyciem czarodziejskich mocy lub wrodzonego, a niedocenianego przez otoczenie, sprytu. W zasadzie fundamenty baśni norweskiej nie różnią się – bo i specjalnie różnić się nie mogą – od baśni wymyślanych na całym świecie. O egzotyce „Zamku Soria Moria” przypomina obecność groźnych trolli i białych niedźwiedzi, a także postać najmłodszego w rodzinie, uznawanego za nieudacznika, syna, który całymi dniami grzebie w popiele, by, kiedy nadejdzie właściwy moment, ruszyć do akcji i udowodnić swoją wartość tam, gdzie jego starsi bracia ponieśli klęskę. W warstwie tekstowej nie ma tu plastycznych opisów czy rozwodzenia się nad urokami miejsc, nie ma indywidualizacji, wszystko składa się z charakterystycznych segmentów. Dużo tu pozostałości z twórczości oralnej, sporo powtórzeń i zabiegów lekko rytmizujących całość. Język historii jest bardzo prosty, momentami aż naiwny, ale nie infantylny – to wszystko oczywiście naturalne cechy baśni, nie właściwości zarezerwowane tylko dla tego tomu – nie ma jednak sensu przytaczanie treści poszczególnych historii, bo głównie fabuły składają się tu na prawdziwą lekturową ucztę.

Kilka razy zdarzyły się w tomie powtórzenia całych fragmentów z różnych opowieści – ale nawet jeśli wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z powieleniem baśni, warto doczytać ją do końca – z czasem pojawią się bowiem znaczące różnice, które jeszcze pełniej pozwolą poznać meandry norweskich opowieści.
Osobny tekst należałoby napisać o stronie edytorskiej i warstwie graficznej książki – bo „Zamek Soria Moria” staje się też dziełem imponującym jako wydawnictwo. Obiecuje wyjątkowe estetyczne doznania i przykuwa wzrok. Zamiast słodko-mdlących bajkowych rysunków ilustratorka, Maria Ekier, proponuje obrazki pomysłowe i czasem niewolne od niepokoju. Z równą przyjemnością będzie się ten tom czytać jak i oglądać.


sobota, 23 października 2010

Elizabeth Strout: Okruchy codzienności

WNK, Warszawa 2010.

Codzienność rozproszona

Seria Kontrapunkt „dorosłego” odgałęzienia wydawnictwa Nasza Księgarnia ma prezentować dzieła „nagradzane, wysmakowane literacko i skłaniające do refleksji”. Poza tym jednak czynnikiem przykuwającym w nich uwagę może być zmienność punktów widzenia w kreowaniu obrazów głównych postaci. W powieści Elizabeth Strout „Okruchy codzienności” ów zabieg widać doskonale – bohaterka jest tu definiowana przez szereg wydarzeń, w których uczestniczy jakby mimochodem, stając się częścią czyjegoś życia. Przez większą część opowieści pozostaje na drugim planie, nieznacznie wpływając na losy znajomych – a przecież nie ma wątpliwości, że to właśnie ją Strout próbuje tak naprawdę przedstawić.

Olive Kitteridge nie jest bohaterką, którą łatwo byłoby polubić. To kobieta, która sprawia wrażenie oschłej i wyniosłej, poważna i dystyngowana, nieskora do szaleństw czy nieprzewidywalnych reakcji, a także – co chyba najbardziej uderzy odbiorców – niemal niezdolna do okazywania głębszych uczuć. Surowa i momentami nieprzyjemna dla bliskich Olive wydaje się nie doceniać tego, co ma – nie zależy jej na pielęgnowaniu miłości do kochającego męża (nie interesuje jej także wizja zdrady), w wychowaniu syna popełnia błędy, które zaważą na jego przyszłości i przyczynią się do nawarstwiania się niechęci i wzajemnych pretensji. Ale Olive Kitteridge staje się niespodzianką dla siebie samej, nie może do końca sterować własnymi poczynaniami. Pozorna obojętność na otaczający bohaterkę świat, irytujący wręcz spokój, z jakim przyjmuje ona kolejne prezenty oraz ciosy od losu to tylko maska, którą w pewnym momencie trzeba będzie zrzucić.

Elizabeth Strout kreśli sylwetkę Olive z różnych perspektyw. Każdy obszerny rozdział wiąże się z wprowadzeniem nowych bohaterów - zwykle są to mieszkańcy niewielkiego miasteczka. Każdą z postaci łączy z Olive przynajmniej drobiazg, tak, by przez pryzmat charakterów z zewnątrz można było ocenić postępowanie Olive. Sama bohaterka pozostaje na uboczu, staje się dodatkowym (żeby nie powiedzieć, że zbędnym) świadkiem rozmaitych historii, lecz zwykle nie angażuje się emocjonalnie w sprawy innych. Elizabeth Strout podjęła się trudnego zadania – sięgnęła po wyeksploatowaną już scenerię i mentalność mieszkańców po to, by całkowicie odejść od stereotypowego jej przedstawiania. Chociaż mogła autorka wykorzystać mechanizm plotki, wścibstwa, komentowania cudzych postaw czy roztrząsania dramatów zza ściany, nie zrobiła tego, wkraczając od razu głębiej, dążąc do pełnego ukazania psychologicznych aspektów opowieści.

Miejsce akcji i umieszczenie jej w konkretnym punkcie czasowym przestaje mieć znaczenie. Czas jest zresztą traktowany tu z pewną wyniosłością, liczy się raczej definiowanie go przez odniesienia do wydarzeń istotnych dla poszczególnych osób niż odniesienia do pozaliterackiej rzeczywistości. Bardziej cykliczność niż moment, bardziej rytm niż liniowość. Elizabeth Strout celowo zresztą stosuje zabiegi achronologizacyjne, by ukazać jedynie strzępki biografii Olive, skazać ją na brak możliwości odnalezienia się w gąszczu mało ważnych spraw, a przy tym – narzucić tego typu charakterystykę jako jedyne rozwiązanie. Niezwykle trafnie został dobrany tytuł polskiego przekładu – oryginał „Olive Kitteridge”, choć równie dosłowny (to jest wskazujący sedno opowieści), nie pozwala tak idealnie oddać zasad kompozycji i tematyki tomu. Rzeczy ważne przeplatają się tu z błahostkami, przeszłość bez uprzedzenia odwraca uwagę od teraźniejszości. Manipulacje przestrzenno-czasowe są w „Okruchach codzienności” sygnałem rozproszenia istoty egzystencji w ogromnej liczbie zwyczajnych, niezasługujących na uwagę wydarzeń, pokazują też bezradność człowieka, który nie może obronić się przed chaosem zwykłego życia.
Strout proponuje lekturę niełatwą, ale nabierającą tempa, niezwykłą przez odejście od klasycznych reguł kompozycyjnych, zwodniczą i niebezpieczną. Nic dziwnego, że książka została nagrodzona Pulitzerem w roku 2009.