* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 7 listopada 2012

Jarosław Gugała: Doskonale a nawet gorzej. Świat we mgle absurdu

Albatros, Warszawa 2012.

Reakcje

Jarosław Gugała nie zachowuje się jak felietonista, w tekstach zamieszczonych w tomie „Doskonale a nawet gorzej. Świat we mgle absurdu” komentuje na gorąco głośne wydarzenia i jest raczej publicystą czy dziennikarzem, który stara się znaleźć rozwiązania rozmaitych bolączek, a nie tylko wytykać błędy. Nie dba o literackie popisy, za to troszczy się o argumentację. Nie chce przy tym być przyporządkowany określonym opcjom politycznym, bez przerwy powtarza, że stara się być niezależny i powołuje się na dziennikarską rzetelność. Nie lubi pisać bez konkretów, cały czas usiłuje budować określoną argumentację, lubi wyliczenia i pytania retoryczne – za pomocą tych chwytów próbuje wpłynąć na odbiorców. Własne teksty traktuje jak głos, którym może zaistnieć w publicznej debacie. Pierwotnym miejscem publikacji tekstów były łamy „Newsweeka” i Wirtualna Polska – ale tu zostały te felietony odarte z dat i miejsc, za to uporządkowane według tematycznych rozdziałów. Czasami autor dodaje jeszcze komentarz co do czasów powstania tekstu – jeśli istniało prawdopodobieństwo, że felieton zostałby źle zrozumiany.

Czym zajmuje się Jarosław Gugała? Przede wszystkim polityką. Nawet jeśli podtytuł tomu wyklucza zawężanie horyzontów, kwestie zagraniczne zajmują niewiele miejsca pod koniec książki – znacznie więcej absurdu znajduje autor na rodzimej scenie politycznej. Odwołuje się do wydarzeń głośnych, które bez wątpienia przejdą do historii – ale czasem też zajmuje się drobiazgami, o których dziś już nikt nie pamięta. Gugała nie koncentruje się na przytaczaniu szczegółów, komentuje coś, co było oczywiste dla właściwych odbiorców tekstu, przy pisaniu na gorąco. Teraz zdezaktualizowane (co jest przecież naturalne) zapiski nie wywołają już tak silnych emocji. Ale nie zawsze spostrzeżenia Gugały tracą na aktualności – autor niekiedy szuka uniwersalnych rozwiązań, sposobów na uzdrowienie kraju czy źródeł powszechnej irytacji.

Polityka to podstawowy materiał do publicystycznych komentarzy Gugały. Ale na szczęście autora interesują nie tylko przepychanki między przedstawicielami różnych ugrupowań czy wciąż budzący żywe emocje temat katastrofy smoleńskiej. Wychodzi od stwierdzenia, że żyjemy w kraju skazanym na sukces – i chce tę tezę udowodnić, jednak nie przez wskazywanie kolejnych powodów do radości, a przez wymienianie, co należy zmienić i naprawić. Ocenia między innymi sentyment do PRL-u, błędy prywatyzacji, system szkolnictwa (który porównuje do tego w… Urugwaju), kilka razy powraca do tematu paniki przed świńską grypą (i w ogóle bardzo ostro krytykuje media). Trochę odnosi się do historii, a jedną z nielicznych odskoczni w niepolityczne rejony zapewnia mu piłka nożna. Ale tak naprawdę bez przerwy wraca do spraw polityki.

Tekst z tomu są krótkie (dwa lub trzy razy pojawia się bardziej rozbudowany esej). To z jednej strony ukłon w stronę dzisiejszych odbiorców i tendencji do skracania publicystycznych obserwacji. Z drugiej strony natomiast zdradza ten styl dążenie do kondensowania treści. Gugała wyraźnie nie lubi przegadania, stara się eliminować literackie ozdobniki, przedstawiając jedynie czystą własną interpretację faktów. Ma coś do powiedzenia i uważa, że to wystarczy. Od czasu do czasu posiłkuje się ironią, ale rozbawianie odbiorców niespecjalnie go nęci. W efekcie „Doskonale a nawet gorzej” nie przypomina typowych zbiorków felietonów, zamiast rozrywki przynosi chwilę zastanowienia, a u osób z ugruntowanymi poglądami na poruszane sprawy – natychmiastową chęć podjęcia polemiki. Wiele znajdzie się tu tematów wartych przedyskutowania, równie wiele zagadnień nieaktualnych już w momencie wydania książki – ale to już urok reagowania na sprawy bieżące.

wtorek, 6 listopada 2012

Kimberley Freeman: Wzgórze Dzikich Kwiatów

WNK, Warszawa 2012.

Ożywiona przeszłość

Kimberley Freeman rozpoczyna dwie opowieści i obie angażować mogą odbiorców w równym stopniu, przynajmniej na początku. Potem bowiem okazuje się, że współczesna narracja służyć ma jako rama dla dawnych wydarzeń, jako usprawiedliwienie historii niedzisiejszej bez wrażenia, że tworzy się powieść historyczną. Freeman przygląda się losom dwóch kobiet – Emmy, baletnicy, której wypadek przerwał karierę oraz Beattie, babki Emmy. Kontuzjowana tancerka otrzymuje po babce nietypowy spadek – a razem ze spadkiem dziwną tajemnicę. Kobieta uświadamia sobie, jak niewiele wie o rodzinie – teraz przeszukuje posiadłość zwaną Wzgórzem Dzikich Kwiatów, by poznać zupełnie obcą kobietę, która w młodości podejmowała bardzo odważne, wręcz szalone decyzje. Wątek Emmy nie rozwija się tak, jakby mógł, gdyby leżał w centrum zainteresowania autorki i czytelników, jest skracany, trochę upraszczany, a i rozrzedzany przez równolegle prezentowaną historię Beattie. Znacznie bardziej będzie intrygować portret Beattie – właściwy temat książki.

Beattie – młoda, naiwna dziewczyna zachodzi w ciążę ze starszym żonatym mężczyzną. To dopiero początek długiej i skomplikowanej opowieści, w której kobieta wykaże się odwagą, determinacją i sprytem. Znajdzie się tu miejsce na prawdziwą miłość i na poważne przeszkody na drodze do szczęścia, na biedę i pracowitość. A co najważniejsze – znajdzie się miejsce na zobrazowanie obyczajowości – i mentalności ludzi. Historia z czasów Beattie jest wielowymiarowa i pełna niespodzianek, wolna od tanich radości i bezpodstawnego optymizmu. Za sprawą rozwoju wypadków odsuwa tendencyjność. Wszystko to sprawia, że losy Beattie, choć w literackiej przestrzeni należą do zamkniętej przeszłości, bardzo angażują czytelników – o wiele bardziej niż kwestie spychanej na margines Emmy. Najważniejsze, że do relacji o Beattie nie przedziera się nic z przyszłości, która okazuje się osobną sferą, niemal odrębną rzeczywistością.

Kimberley Freeman zachowuje się momentami jak Fannie Flagg – podobnie w sielską atmosferę wprowadza dramaty w skali mikro – tyle tylko, że nie ogranicza opowieści do skali małego miasteczka, a zawęża ją jeszcze bardziej, niemal do granic możliwości. We „Wzgórzu Dzikich Kwiatów” to, co najważniejsze, mieści się w intymnej relacji między dwojgiem ludzi, a także w odrzuceniu idealizowanych rozwiązań. Autorka dba o prawdopodobieństwo fabuły od chwili podjęcia decyzji przez bohaterkę – bo tą bohaterką rządzą uczucia, przez które nie przedrze się żadna logika.

„Wzgórze Dzikich Kwiatów” opiera się na tajemnicy zawieszonej pomiędzy przeszłością dla Emmy a przyszłością dla Beattie. Choć losy bohaterek są ze sobą na swój przewrotny sposób połączone, powieść przedstawia dwa różne światy i pokazuje, jakie emocjonalne piekło potrafią człowiekowi zgotować inni, ale i na jakie tortury ludzie skazują się sami. Choć z pozoru na taką powieść „Wzgórze Dzikich Kwiatów” wygląda, nie należy do sentymentalnych i kojących lektur, autorka nie unika w tomie tematów niewygodnych, trudnych czy niemodnych (w tych ostatnich wydatnie pomaga jej odejście do przeszłości, a tym samym i możliwość zbudowania od podstaw historii o wielu odcieniach uczuć i mało przewidywalnej akcji).

Cały tom został napisany językiem prostym, ale zwłaszcza na początku daje się zauważyć chęć autorki do naocznego obrazowania otoczenia bohaterów: dokładne opisy przestrzeni i gestów wprowadzają w powieściową atmosferę i przy okazji kształtują odrębną krainę z dawnych lat na nowo. Nie ulega jednak wątpliwości, że dla Freeman ważniejsza jest obyczajowa akcja z elementami poważnych dramatów – oraz budowanie charakterów dwóch bohaterek, bliskich sobie, choć oddalonych za sprawą doświadczeń.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Iwona Taida Drózd: Aisha i wąż. Baśnie arabskie

Media Rodzina, Poznań 2012.

Ludzie i zwierzęta

Arabskie baśnie zawsze charakteryzowały się ogromną malowniczością i scenkami mocno przemawiającymi do wyobraźni słuchaczy – to historie urokliwe i wyraziste, częściowo egzotyczne a częściowo swojskie – być może w tej ich dwoistości kryje się sekret ich popularności. Media Rodzina prezentuje swoim odbiorcom kolejny tom w serii baśni świata – „Aisha i wąż” to właśnie zestaw opowieści – podań i baśni arabskich (zdarza się, że z motywami indyjskimi). Autorka wybrała najbardziej przez siebie ulubione, ale i najpopularniejsze czy w pełni oddające kulturową odmienność – tak powstał zbiorek, który silnie działać będzie na wyobraźnię, a przy tym nie zmęczy czytelników.

Dla części małych odbiorców atrakcyjne będzie także wyszukiwanie podobieństw między przytaczanymi tu narracjami a znanymi i u nas opowieściami. Baśnie arabskie operują często rozpoznawalnymi motywami i schematami, które zyskują uniwersalny wymiar i przenikają do wielu historii. Egzotycznego brzmienia nadają baśniom między innymi odwołania do islamu i stała obecność rozmodlonych postaw – ale też sceny nie do pomyślenia w rodzimej obyczajowości (kochający brat, który zamierza bez żalu zabić ciężarną siostrę, by uniknąć hańby).

Tom dzieli się na dwie części. W pierwszej, obszerniejszej, prym wiodą ludzie. Tutaj kobiety szukają szczęścia w małżeństwach, dobrzy i sprawiedliwi zyskują nagrody, a chciwi i bezduszni zostają ukarani. Najważniejszym elementem kolejnych fabuł stają się więzi rodzinne i cechy wpajane dzieciom (między innymi posłuszeństwo wobec rodziców). Powraca motyw złej macochy, ale i układów między rodzeństwem. To rodzina okazuje się punktem odniesienia dla rozmaitych wydarzeń – a także siłą sprawczą kolejnych działań czy decyzji. W baśniach arabskich z tomu „Aisha i wąż” największą nagrodą jest zdobycie męża, nie ma tu natomiast miejsca na skarby czy losy księżniczek. W drugiej części książki natomiast liczą się zwierzęta – autorka wybrała baśnie, które pokazują, skąd brały się konkretne cechy różnych stworzeń. To baśnie krótsze, ale równie malownicze jak pełne przepychu „ludzkie” opowieści.

W całej serii naprawdę może się podobać fakt dbałości o egzotyczny kształt i posmak tomów. Przejawia się to nie tylko w tłumaczeniach (tu po prostu w tekście przygotowanym przez polską autorkę) i treści baśni, ale również w opracowaniu graficznym – nie inaczej jest i w tym zbiorku: ilustracje przenoszą odbiorców w codzienność baśni, a przy okazji też dyskretnie sugerują odmienność kulturową. Z chwilą otwarcia książki o nietypowym formacie można zanurzyć się w innym świecie. Dla dzieci oraz ich rodziców będzie to dobra okazja, by zapoznać się nie tylko z baśniami popularyzowanymi w kreskówkach, ale i z opowieściami, które nie przedostają się zwykle ponad regiony. To również okazja do porównań, do sprawdzania, w jaki sposób kształtują się przekazy i wierzenia, czy do oceniania innych systemów wartości i zasad. W prostych historiach o powtarzalnych motywach zakodowanych jest wiele wskazówek obyczajowych, wiele ciekawostek i tematów do przemyśleń. Całą serię warto przedstawiać dzieciom – to przecież świadectwo ludzkiej wyobraźni, kodeksów moralnych i spraw najistotniejszych, a przy tym szansa na wzbudzenie zainteresowania baśniami z różnych stron świata.

niedziela, 4 listopada 2012

Caroline Knapp: Picie. Opowieść o miłości

PWN, Warszawa 2012.

Historia osobista

Trafnie została ta książka zatytułowana. „Picie” to rzeczywiście „opowieść o miłości” – i to o miłości zmysłowej, angażującej poza emocjami smak, wzrok czy dotyk. Tomu Caroline Knapp nie czyta się jak kolejnej tendencyjnej relacji o wychodzeniu z alkoholizmu, co więcej – czasem opisy alkoholi są tak atrakcyjne, że czytelnicy zaczną się rozglądać za lampką wina. Narracja w tej książce nie przystaje do typowych zwierzeń o walce z nałogiem. To zresztą bardziej prezentowanie kolejnych faz uświadomionego alkoholizmu autorki niż próba przekonania odbiorców do wstrzemięźliwości w piciu – to ostatnie wychodzi przy okazji, ale nie stanowi głównego celu książki.

Caroline Knapp przedstawia to oblicze alkoholizmu, którego często się nie dostrzega. Przełamuje stereotyp związany z wizją alkoholika-degenerata, pokazuje, że to zaledwie drobny procent ludzi z problemem alkoholowym. I na własnym przykładzie dokonuje dogłębnej analizy zachowań osoby uzależnionej. W kolejnych rozdziałach skupia się na różnych aspektach picia – nie decyduje się na podział chronologiczny a tematyczny, dzięki czemu jest bardziej przejmująca. Jest też szczera do bólu: przedstawia rozmaite wytłumaczenia dla nałogu (strach, stres, przyjemność) i jego konsekwencje (przypadkowe kontakty seksualne, życie w lęku i szukanie usprawiedliwień). Opowiada o swoich partnerach oraz rodzinie – i o ich stosunku do alkoholowego problemu. Akcentuje proces godzenia się z faktem bycia alkoholiczką, by wreszcie dość skrótowo potraktować spotkania w klubie AA i poszukiwanie pomocy. Wszystko przedstawia przez pryzmat siebie – spełnionej zawodowo i atrakcyjnej kobiety, która musi dbać o to, by jej sekret nie wyszedł na jaw.

Jednak tym, co od pierwszych stron zwraca uwagę czytających, jest niewiarygodna wręcz zmysłowość kolejnych opisów. Autorka bez trudu przekona do własnych racji, skoro jest w stanie tak obrazowo zaprezentować alkohol jako obiekt pożądania. Synestezyjne opisy pomagają zrozumieć zachwyt i początkową rozkosz – zresztą ta niebywale plastyczna narracja trwa przez całą książkę. Caroline Knapp wydaje się być jeśli nie zaprzyjaźniona, to przynajmniej pogodzona z uzależnieniem. Potrafi o miłości do alkoholu opowiadać tak, by jej decyzje stały się dla wszystkich zrozumiałe.

Jest w „Piciu” również całkiem sporo wyjaśnień zachowań typowych dla alkoholików. Knapp stara się przełożyć ich reakcje (w tych miejscach książki posługuje się uogólnieniami, by uświadomić odbiorcom skalę problemu) na doświadczenia właściwe przeciętnemu człowiekowi, pokazuje też, jak trudno zrozumieć motywacje i postawy osoby uzależnionej, posługuje się trafnie dobranymi przykładami i obrazowymi porównaniami. Odnosi się do wydarzeń ze swojego życia, aby uwiarygodnić spostrzeżenia. Badaniami z kolei posiłkuje się bardzo dyskretnie, jakby nie chciała powtarzać zabiegów z najbardziej typowych publikacji poświęconych alkoholizmowi – a przy okazji i nadmiernie moralizować i w konsekwencji zanudzać odbiorców.

„Picie. Opowieść o miłości” to historia bardzo osobista, do końca utrzymana w tonie zwierzenia, ze starannie maskowaną funkcją perswazyjną. Wiadomo, że Caroline Knapp chce przestrzec odbiorców przed własnym losem (i w ogóle – przed losem alkoholików, bo przytacza wiele różnych opowieści i przykładów z życia innych – w formie szczątkowej, ale i działającej na wyobraźnię), jednak podczas lektury wcale się tego nie odczuwa. To rodzaj terapeutycznego pamiętnika o profesjonalnej konstrukcji – łączy fachowość i prywatność w jednym ciekawym i przyjemnym w lekturze wyznaniu.

sobota, 3 listopada 2012

Monika A. Oleksa: Ciemna strona miłości

Zysk i S-ka, Poznań 2012.

Sekret z przeszłości

Zaczyna się „Ciemna strona miłości” od trzęsienia ziemi (emocjonalnego), a potem napięcie rośnie. Oczywiście – jedynie w sferze obyczajowej, ale Monika A. Oleksa umiejętnie żongluje motywami i rozwija akcję tak, że czytelniczki nie będą mogły się doczekać dalszego ciągu. Jednocześnie staje się ta książka ważnym głosem w dyskusji na temat szczerości. Najbardziej intrygować w niej będzie pytanie, jak autorka rozwiąże kolejne problemy. Bo Oleksa nic nie obiecuje, potrafi najpierw zasugerować literacką idyllę, by za moment zburzyć misternie budowane szczęście i pozostawić odbiorców w dziwnym zawieszeniu pomiędzy realizmem i nadziejami.

Małgorzata ma nastoletnią córkę wkraczającą w okres buntu oraz kochającego męża. Ma też wielką tajemnicę – córkę, którą urodziła jako nastolatka i oddała obcym ludziom. Teraz owa córka, dorosła już Agnieszka, traci opiekunkę – a ta prosi, by Małgorzata udzieliła jej schronienia. Tyle że nikt poza Małgorzatą nie ma pojęcia, kim naprawdę jest Agnieszka. To właśnie owo trzęsienie ziemi z pierwszych stron powieści – dalej historia rozwijać się będzie w dwóch kierunkach – przez pryzmat doświadczeń Małgorzaty, którą czeka podejmowanie bardzo trudnych decyzji oraz z perspektywy Agnieszki, która stara się ułożyć sobie życie na nowo, zaczynając wszystko od zera. Monika A. Oleksa pozwala przywiązać się do obu bohaterek, z których każda ma swoje racje i swoje priorytety. I nawet kiedy skleja opowieść z fragmentów wielokrotnie powtarzanych, nadaje im nowe brzmienie przez aurę sekretu. Także przed czytelnikami motywacje Małgorzaty odsłania powoli – więc pytanie „jak” stale będzie tu aktualne.

Poza atrakcyjną i pełną zakrętów fabułą autorka mocno dopracowuje warstwę emocjonalno-uczuciową. Pojawia się tu niemal kompletny obraz matczynej miłości, tęsknota, znużenie konfliktami, zauroczenia, przyjaźnie, gniew, siostrzane więzi czy miłość dziadków. Rodzinne więzi prezentuje Oleksa z niemal wszystkich możliwych stron i nigdy nie są to błahe czy płaskie uczucia przedstawiane jedynie dla porządku. Autorka zawsze nadaje im rys prawdziwości, stara się je pokazać wielowymiarowo i bez sentymentów. Dobrym pomysłem stało się stworzenie w powieści oazy spokoju, azylu dla bohaterów – nawet ten motyw nie wybrzmiewa sztucznie.

U Oleksy bohaterowie rozmawiają tak, jak rozmawialiby w idealizowanej wizji, a nie w prawdziwym życiu. W rozbudowanych dosyć kwestiach nie ma nienaturalności, jednak autorka zawsze pozwala postaciom dokładnie nazwać swoje uczucia i wypowiedzieć ot, co czasem sprawia trudność. To rodzaj rekompensaty za oś napędową akcji – ukrywanie prawdy. Faktem jest, że gdyby Oleksa postawiła na bardziej zbliżone do rzeczywistości rozmowy, mogłaby szybko przekreślić szansę kontaktu między bohaterami. Tymczasem rozwiązania patowych sytuacji są znacznie ciekawsze niż same dyskusje i w efekcie na drobne odstępstwo od realizmu nie zwraca się uwagi.

„Ciemna strona miłości” to powieść rozrywkowa, ale nie banalizowana. Oleksa odrzuca w niej wygodne (a i poczytne) scenariusze, odchodzi od najbardziej typowych dziś w czytadłach dla pań pomysłów, za to przedstawia czytelnikom serię trudnych pytań. Oddala jednoznacznie optymistyczne fabuły i stawia na bardziej skomplikowane charaktery, tym samym może budzić ciekawość odbiorców. To książka z dobrym pomysłem, a w dodatku z tempem, które nie pozostawia czytelników obojętnymi. Spokój nadają w tej historii miejsca. Dynamikę wprowadzają ludzie.

piątek, 2 listopada 2012

Katarzyna Michalak: Poczekajka

Albatros, Warszawa 2012 (wznowienie).

Dystans i marzenia

„Poczekajkę” Katarzyny Michalak, książkę już wielokrotnie wznawianą, czyta się z uśmiechem na twarzy – i nawet gdy za sprawą burz w życiu bohaterki ten uśmiech czasami zgaśnie, na żal nie pozwoli stały optymizm zakorzeniony w narracji. Bo „Poczekajka” napisana została po to, by bawić (również autorkę) – i swoją rolę spełnia świetnie. Momentami zresztą przeradza się w parodię powieści obyczajowych, a ironia w tekście nie pozwala zapomnieć o umowności. To jednak nieważne, gdy na scenę wchodzi sympatyczna Patrycja, młoda pani weterynarz, która próbuje czasami przyciągnąć do siebie kochanka z marzeń.

Najpierw Patrycja trafia na sabat, ale naprawdę ciekawe rzeczy dzieją się gdy wróci do rzeczywistości. Katarzyna Michalak stworzyła satyrę na konwencję (którą zresztą konwencję w innych tomach wykorzysta całkiem poważnie) w czytadłach. Patrycja ucieka na wieś, do odludnej i rozpadającej się chatki. Ucieka od despotycznej rodzicielki, ale też ma nadzieję spełnić swoje marzenia – o znalezieniu prawdziwej miłości oraz o pracy z dzikimi zwierzętami (dzięki posadzie weterynarza w ZOO). Tyle że matka nie podda się łatwo i aby odzyskać kontrolę nad córką wyśle do niej nawet księcia z bajki (a to portret godny satyryka). Patrycja mimo oderwanych od rzeczywistości pomysłów twardo stąpa po ziemi. Do wymarzonego kochanka pisze listy pełne anegdot z pracy w ZOO. Czasem przez naiwność, czasem przez zdrowy rozsądek, a czasem dzięki przyjaciołom unika rozmaitych sideł. Owszem, zdarza się, że nago zbiera o północy składniki do miłosnej nalewki prowadzi bardzo barwną egzystencję, zupełnie obcą mdłym bohaterkom z realistycznych czytadeł.

Patrycja to bohaterka o bogatej osobowości. Ma też niezwykłych przyjaciół – między innymi dobrodusznego księdza-zielarza czy znającego się na magii Dziadka. Towarzystwa dotrzymuje jej Panda-pies, a współpracownicy bez przerwy dostarczają nowych anegdot. Niekiedy Patrycja jawi się jak typowa blondynka z kawałów, innym razem wykazuje się zadziwiającym rozsądkiem: w „Poczekajce” nie da się nią znudzić. W fabule pojawia się też prawdziwy czarny charakter i mroczna tajemnica z dawnych lat – czyli w zasadzie wszystkie składniki wciągającej opowieści.

Michalak przy takim skondensowaniu dziwnych, zabawnych i wyrazistych wydarzeń nie może sobie pozwolić na przezroczystą narrację, w związku z tymi w sam tekst wplata drobne żarty. Zdarza się jej ukrycie kpić z przebrzmiałych chwytów powieściowych („bo on to był”), albo budować przewrotne konstrukcje w oparciu o charakter bohaterki. Dzieje się tu dużo i szybko, a tempo podkreśla jeszcze humorystyczny język. Katarzyna Michalak wyposaża Patrycję w olbrzymie pokłady autoironii, co automatycznie wyklucza ckliwość i banał – w związku z tym postać może sobie pozwalać na dowolne wybryki: nigdy nie straci naturalności i wdzięku. Mało tego – chociaż Michalak wybiera karykaturę, nie zniechęci do swojej bohaterki, Patrycja zawsze będzie mogła liczyć na uznanie odbiorców.

„Poczekajka” to udana próba gry konwencjami – znajduje się tu wszystko, co zwykle powinno pojawiać się w dobrej powieści rozrywkowej – ale to wszystko przybiera mocno wyostrzoną formę. Nie chodzi przecież o to, żeby naśladować życie – Katarzyna Michalak chce raczej naśladować udającą życie bajkę. W pogodnym tonie nakazuje miłej postaci dążyć do spełnienia najskrytszych i najśmielszych marzeń, a przy okazji i nieźle się bawić. Napisaną z przymrużeniem oka „Poczekajkę” czyta się naprawdę dobrze – to pozycja wymarzona dla tych wszystkich, którzy dość mają jednokierunkowych i śmiertelnie poważnych historii o kiełkującym uczuciu. Dystans do świata to recepta na sukces. Pomysł na „Poczekajkę” mógł sprawdzić się tylko raz – i okazał się ciekawym komentarzem do literatury rozrywkowej dla pań.

czwartek, 1 listopada 2012

Wojciech Mann: Kroniki wariata z kraju i ze świata

Znak, Kraków 2012.

Dziwny świat

Mariaż zawsze logicznej ironii oraz nonsensu to znak rozpoznawczy postaci powołanych do życia przez Wojciecha Manna. Bohaterowie audycji radiowych powracają w tomie Znaku „Kroniki wariata z kraju i ze świata” – i dostarczają rozrywki w najlepszym gatunku. Króluje na kartach tej książki czysty komizm : autor o nic nie walczy i niczego nie chce uzyskać, bawi się skojarzeniami i buduje serie absurdalnych scenek, które pośrednio wskazują na nieokiełznane charaktery rozmaitych indywiduów. Skojarzenia, które nie miałyby racji bytu w zwykłym tekście, tu stają się dowodem na niebanalne poczucie humoru autora. Powiedzieć, że po tę książkę sięga się dla rozrywki, byłoby nieuzasadnionym uproszczeniem. Przy lekturze można bawić się znakomicie pod jednym warunkiem – należy całkowicie odrzucić znane i sprawdzone scenariusze, stereotypy czy kreacje – i pozwolić działać całej galerii dziwaków.

Żelazny karzeł Wasyl gromadzi wokół siebie wiele zwierząt z lasu i niemal w każdym odcinku historii o sobie ginie śmiercią równie tragiczną co widowiskową. W dziennikach o Koźlikach czytelnicy poznają skomplikowane perypetie pewnego małżeństwa, a i przebogaty zestaw konfliktów mających swoje źródło w damsko-męskich nieporozumieniach. Dla równowagi zapewne doradztwem intymnym zajmuje się niejaki Gandalf, starannie segregujący listy od zrozpaczonych słuchaczy. Obok Gandalfa również magister Czupurny udziela przeróżnych porad. Doktor Wycior ujawnia się w zapiskach z pamiętnika, a i w dialogach z panem Heniem oraz personelem medycznym – za każdym razem udowadniając, że cienka jest granica między byciem lekarzem a byciem pacjentem. Do tego dochodzi kilka lekcji angielskiego, zabawy dla dzieci, garść ogłoszeń i newsów z kraju i ze świata, miniatur, które – tak jak cała książka – służą beztroskiej zabawie. Czasem autor tworzy dowcipne sytuacje, innym razem koncentruje się na infantylizmie rymów. Bohaterom pozwala na wszystko, co nie mieści się w granicach rozsądku. Stawia na żywioł – i różne oblicza nonsensu.

Książka jest bogato ilustrowana, a opracowanie graficzne dobitnie świadczy o jej programowej niepowadze. Odkrywanie pozasłownych żartów zamieszczonych w tomie będzie dla odbiorców dodatkową atrakcją. Zresztą „Kroniki wariata” nie nadają się dla ponuraków. Warto zaznaczyć, że książka stanowi odskocznię od codziennych trosk, a także i biegun przeciwny do tego, co prezentują dziś uwielbiane przez masową publiczność kabarety. Inteligentny humor, drobne złośliwości i zabawa dla samej zabawy to wyznaczniki tomu i stałe punkty kolejnych tekstów. Swoboda twórcza prowadzi często do niezwykłych odkryć, a Wojciech Mann czerpać może satysfakcję z wcielania się w kolejne, coraz dziwniejsze postacie.

Autor wybiera formy i gatunki, które pozwalają mu na całkowitą swobodę twórczą, a jednocześnie uniemożliwiają popadnięcie w rutynę i znudzenie odbiorców. Wszystkie zamieszczone tu utworki są krótkie – pozwalają wstrzelić się w klimat przedstawianych środowisk, a przy tym wykluczają przewidywalność. Z chaosu powoli wyłaniają się dobrze przemyślane światy – dyscyplina myślowa nie ujmuje im przecież absurdalności.

Każdy, kto zetknął się z poczuciem humoru Manna, będzie chciał tę książkę czym prędzej przeczytać – ale pośpiech w lekturze nie jest wskazany, najpełniej komizm ujawni się w stopniowym odsłanianiu kolejnych pomysłów i w delektowaniu się historiami, jakich niewiele na rynku wydawniczym. Kiedy większość twórców wybiera wygodne, bo poszukiwane przez wydawców, reagowanie na sprawy aktualne, Mann zamyka się w świecie wolnym od codzienności i do tej specyficznej przestrzeni zaprasza rozmiłowanych w nonsensie odbiorców. A ci, którzy lubują się w anegdotach, celnych ripostach i rozmowach prześmiewców, ucieszą się dodatkowo ze wstępu – bardzo w stylu środowiska towarzyskiego Znaku.