* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 12 lipca 2010

Wanda Rutkiewicz: Na jednej linie

Iskry, Warszawa 2010.


Opowieść o zdobywaniu szczytów

„Na jednej linie” Wandy Rutkiewicz to książka, która ucieszy zarówno miłośników literatury górskiej jak i fanów zapisków wspomnieniowo-autobiograficznych. Iskry przypominają tę pozycję (po raz pierwszy wydaną w 1986 roku) – bo na półce z literaturą górską nie może jej zabraknąć – ponadto jest „Na jednej linie” książką atrakcyjną i wciągającą, także za sprawą Ewy Matuszewskiej, ghostwriterki.

W opowieści Wandy Rutkiewicz, podzielonej na mniejsze rozdziały, ni to eseje, ni opowiadania, liczą się tylko góry i doznania związane ze zdobywaniem kolejnych szczytów. Życie prywatne zajmuje miejsce marginalne, a najczęściej bywa po prostu pominięte milczeniem (dlatego dobrym komentarzem do tomu jest biograficzna pozycja autorstwa Ewy Matuszewskiej, „Uciec jak najwyżej”, jakiś czas temu przez Iskry wznowiona). Rutkiewicz skupia się na emocjach związanych ze wspinaczką, trudnościach alpinistów i wyzwaniach, przed którymi stają decydujący się na uprawianie sportów ekstremalnych. Sporo miejsca przeznacza na kwestię kobiecej wspinaczki, ciekawostki dotyczące gromadzeniu sprzętu i przygotowania do wyjścia w góry. Najwięcej jednak uwagi poświęca kolejnym wyprawom, w książce – ukoronowanym zdobyciem Mount Everestu. Inaczej niż w opowiadaniach Jana Długosza, nie decyduje się autorka „Na jednej linie” na budowanie dramaturgii czy zabawę symbolami i przesądami. Nie tworzy legend i nie podsyca już istniejących. Podczas lektury odnosi się wrażenie, że Wandę Rutkiewicz interesuje wyłącznie ciężka praca – i wnioski, jakie wyciągnąć można z zachowań w górach. Nie oznacza to, że książka jest nudna, wręcz przeciwnie: oryginalne i wyciszone spojrzenie na górską rzeczywistość pozwala też dopełnić literaturę tworzoną przez innych wspinaczy. „Na jednej linie” stanowi też wartość samą w sobie: to zapis walki Wandy Rutkiewicz z własnymi słabościami.

Ci, którzy gustują w literaturze górskiej, wiedzą doskonale, że notowanie wrażeń z pierwszego zetknięcia się ze wspinaczką zawsze wzbudza silne emocje, które szybko udzielają się czytelnikom. Rutkiewicz przedstawia swoje wyjścia w Tatry i w Alpy, małe zwycięstwa i irytujące porażki. Opowiada o wspinaczce w Norwegii, prezentuje notatki z wypraw. Pokazuje trudy organizowania takiej wyprawy – i tu naprawdę po raz pierwszy w książce do głosu dochodzą ludzie, a nie góry. Niestety – nie są oni pozytywnymi bohaterami historii, Wanda Rutkiewicz koncentruje się bowiem na nierównej walce z zespołem. Trudy liderowania dla osoby, która woli liczyć tylko na siebie, stanowią wyzwanie, momentami większe niż zdobycie kolejnego szczytu – nie zabraknie zatem w „Na jednej linie” całego zestawu różnorodnych emocji.

Ludzie u Wandy Rutkiewicz zajmują niewiele miejsca. Dobrych kompanów do wspinaczki autorka wymienia bez rozwodzenia się nad ich wartością. Irytujących i wrogo nastawionych charakteryzuje jedynie z konieczności. W zasadzie dłuższe (to jest przeważnie akapitowe) opisy poświęca tylko towarzyszom, którzy w górach zginęli. Obok spraw technicznych – rodzajów wspinania się, sprzętu i wyboru dróg – decyduje się autorka na przedstawianie wpływu tego sportu na życie i zachowanie ludzi. Góry traktuje jako ucieczkę od zwyczajnych trosk i dziwi się czasem, że odniesienie spektakularnego sukcesu nie wpływa na polepszenie stosunków w drużynie. Jest w tym pewna naiwność, jest i płynąca z pasji wiara w odnalezienie antidotum na zło całego świata.

Każdy rozdział stanowi tu odrębną historię, każdy jest zamkniętą całością, czasem minireportażem, czasem fragmentem dziennika. Wszystkie spaja ogromna miłość do gór, zaangażowanie, które przysłania zwykłe, przyziemne sprawy. Można w tej książce prześledzić ładnie zarysowaną ewolucję wspinaczkowej pasji, rosnące wymagania bohaterki wobec siebie i towarzyszy podróży. Z czasem Wanda Rutkiewicz zaczyna skupiać się na nietypowych postawach, wyzwalanych przez ekstremalnie trudne warunki, panujące w górach, próbuje dociec przyczyn niewytłumaczalnej agresji i wciąż zadaje pytanie o granicę ludzkiej wytrzymałości.

Nie jest to książka pogodna, raczej przepełniona swoistą goryczą, zaskoczeniem, że spełnianie marzeń nie zawsze wiąże się tylko z przyjemnością. Nie zmienia to jednak faktu, że „Na jednej linie” to lektura pełna emocji – ciekawa i ważna.

niedziela, 11 lipca 2010

Hallgrimur Helgason: Poradnik domowy kilera

słowo/obraz - terytoria, Gdańsk 2010.


Zabójstwa na zimno

W kryminalnych powieściach tworzonych przez autorów z Północy bardzo częstym zjawiskiem jest zwiększanie stopnia brutalności, jakby nasycenie historii przemocą miało wynagrodzić czytelnikom stereotypowe wyobrażenia o emocjonalnym chłodzie tamtejszych narodów. „Poradnik domowy kilera”, opublikowany w serii „Książki do Czytania” wydawnictwa słowo/obraz – terytoria jest takim właśnie mięsistym, brutalnym chociaż nie wulgarnym kryminałem zbudowanym na przerysowanym wręcz temperamencie głównego bohatera, zawodowego zabójcy. Hallgrimur Helgason znalazł wyśmienite usprawiedliwienie dla kreacji postaci: w żyłach Toxica płynie bałkańska krew, to Chorwat, dla którego ludzkie życie nie znaczy wiele. Brat i ojciec Toxica zginęli na wojnie, a sam bohater od dziecka stykał się z zabijaniem. Stał się prawdziwym hitmanem, jednak popełnił w końcu błąd, który zaważył na jego dalszej egzystencji.

Zmieniający ciągle tożsamości mężczyzna musi uciekać przed FBI. Na lotnisku zabija przypadkowo spotkanego w toalecie podróżnego, by przejąć jego dokumenty i jego los. Okazuje się że ofiarą Toxica padł tym razem kaznodzieja, ojciec David Friendly, który wybierał się akurat na Islandię, by wystąpić tam w programach lokalnej stacji telewizyjnej. Metamorfoza groźniejszego niż włoska mafia zabójcy w natchnionego duchownego sama w sobie brzmiałaby absurdalnie, ale autor tłem dla tej przemiany czyni spokojną, rozleniwioną wyspę, na której trudno popełnić jakiekolwiek przestępstwo. Bohater będzie musiał nie tylko przekonująco zagrać charyzmatycznego duchowego przywódcę, ale i uporać się z napotykanymi mieszkańcami o zdumiewającej mentalności. Zderzenie kulturowe nigdy nie jest łatwe – a kiedy w dodatku nie można wzbudzać podejrzeń co do własnej, zagmatwanej przeszłości, staje się niemal barierą nie do przejścia.

Hallgrimur Helgason to pisarz islandzki, który w „Poradniku domowym kilera” imponuje twórczym wykorzystaniem stereotypów narodowościowych. Na bazie kilku zaledwie rysów bałkańskich charakterów zbudował przekonujący obraz twardziela-zabijaki, kierującego się mimo wszystko pewnym kodeksem honorowym. Wcielenie się w porywczego obcokrajowca, kompletnie niepasującego do realiów Islandii, pozwoliło z kolei autorowi na spojrzenie z dystansu na własną ojczyznę. Z kart powieści wyłania się Islandia odmienna od znanej choćby z przewodników, obserwowana z przymrużeniem oka i – czasem krytykowana bezlitośnie. Toxic dostrzega zjawiska, na które rodzimi Islandczycy nie zwróciliby uwagi. Hallgrimur Helgason może bezkarnie drwić sobie z przyzwyczajeń rodaków – na uznanie zasługuje zdolność do oglądania codziennego życia z pewnej odległości.

„Poradnik domowy kilera” opatrzony został przez wydawcę etykietką „czarny humor”, ale należy uprzedzić czytelników, że jest to czarny humor dość specyficzny, więcej w nim sensacji, więcej różnorodnych obrazów śmierci niż dowcipu jako takiego. Nadmiar agresji służy tu przerysowaniu, a ludyczność jest ukłonem w stronę amerykańskiej wersji współczesnego czarnego humoru. Autor nie dostarcza zatem prostej rozrywki, a ostry, kąśliwy żart o niejednoznacznej wymowie. Sceny naturalistyczne będą czasem wywoływać lekkie rozbawienie (bądź wrażenie, że fragment w zamierzeniu twórcy był zabawny, w końcu liczy się tu również kryterium kulturowe), a czasem nawet obrzydzenie. Czasem Helgason odwołuje się do obrazów surrealistycznych, innym razem wybiera wstrząsający realizm – rozwiązania fabularne pozwalają mu na dowolne zabiegi, akcja nadaje bowiem książce szybkie tempo i usprawiedliwia wszystkie, nawet najbardziej ryzykowne, pomysły autora. Zaletą „Poradnika domowego kilera” jest nieprzewidywalność i brak jasno sprecyzowanego kierunku, w którym całość zmierza.

Jest to powieść gęsta, Hallgrimur Helgason nie daje czytelnikom nawet chwili wytchnienia – kolejne sensacje przetykane są migawkami z dotychczasowych działań kilera. Kryminalne intrygi uzupełnia kwestia romansów: obecność pięknych kobiet całkowicie zmienić może priorytety bałkańskiego twardziela, który nie jest do końca zły i zepsuty. Jednym słowem, islandzki pisarz wypełnia swoją książkę schematami znanymi literaturze rozrywkowej, ale nadaje im przy tym nową, atrakcyjną dla odbiorców oprawę.

sobota, 10 lipca 2010

Darek Stach: Stachaże [wystawa kolaży]

Miejsce: Galeria Sektor I (CKK, Katowice, Plac Sejmu Śląskiego 2)
6.07. - 28.08.2010.
Kurator wystawy: Agnieszka Rybicka


Stachaże - dowcip i precyzja

Komputerowy program graficzny czy klej i nożyczki? Darek Stach, aktor katowickiego Teatru Korez, do tworzenia kolaży wybiera to drugie. Efekty jego pasji i pracy poza czujnym okiem reżyserów oglądać można od 6 lipca do 28 sierpnia w Galerii Sektor I mieszczącej się w Centrum Kultury Katowice im. Krystyny Bochenek (dawne Górnośląskie Centrum Kultury). Wystawa „Stachaże” (impreza towarzysząca dwunastej edycji Letniego Ogrodu Teatralnego) to już druga prezentacja dzieł artysty – przynosi kilkadziesiąt powstałych w ostatnich latach kolaży, dowodów na talent i kreatywność Stacha.

Kluczem wyboru prac wydaje się być humor – sam autor, zwracając się do oglądających, podkreśla: „Widzu Szanowny, ku Twej uciesze kolaże owe stworzyłem, więc… ciesz się nimi”. W Galerii Sektor I powodów do uśmiechu z pewnością nie zabraknie, przeważnie będzie to zresztą uśmiech pełen podziwu dla autora, któremu wyobraźnia umożliwia niebanalne i pomysłowe zestawienia motywów graficznych a także dowcipnych, zamkniętych w tytułach, komentarzy. Darek Stach udowadnia, że sztuka nie musi być śmiertelnie poważna – pobrzmiewają tu przecież echa korezowych spektakli, w których komediowość często wysuwa się na pierwszy plan – składanie kolaży ma w sobie coś z zabawy, przenoszącej się potem na radość odbiorców. I tak artysta do budzenia uśmiechu zaprzęga słowo (reklamujący wystawę plakat nosi tytuł „Zanussi się na deszcz” – a to dopiero zapowiedź dalszych skojarzeń), gra motywami utrwalonymi przez teksty literackie czy filmy, czasem szuka rymów, by przez brzmieniowe powtórzenia komentować tworzony właśnie obraz. Tytuły i dzieła uzupełniają się wzajemnie i najlepiej chyba pokazują podstawową siłę kolaży Darka Stacha: koncept, pomysł na skrótowo opowiedzianą, zaskakującą historię. To jednocześnie źródło wysokogatunkowego humoru – chociaż niekiedy sięga Stach po wątki ludyczne, bliżej mu do eksperymentów Bellmera niż do pornograficznych skojarzeń. Autor Stachaży przez zderzenia schematów i wprowadzanie nowych – obcych – elementów w pozornie znany kontekst próbuje zwrócić uwagę na pułapki automatyzacji. Rozbijając skostniałe struktury językowe i graficzne może wyzwalać śmiech – czasem podszyty lekką goryczą. Obok beztroskich prac, w których deszyfrowanie pomysłu stanowi źródło zabawy („Szczebrzeszyn”) pojawiają się i takie, w których jedynie wtajemniczeni odkryją wewnętrzny tragizm („Ostatni cesarz”). Część kolaży daje się odczytać od razu („Pociąg do Hollywood”), inne wymagają dłuższej kontemplacji („Duma i upokorzenie”). Nie brakuje tu wariacji na temat arcydzieł malarstwa i… ikon popkultury. Darek Stach chętnie czerpie z rozpoznawalnych motywów, operuje swobodnie kojarzonymi powszechnie tytułami, obrazem modyfikując ich pierwotną treść („Moda na sukces” czy „Latarnik”). Pojawią się na wystawie i prace związane ze Śląskiem („Nocna szychta”, „Barbórka”). Króluje tu dowcip łagodny, czasem absurdalny, z rzadka przesycony złośliwością lub ironią.

Obok wieloplanowych kolaży, których nie da się objąć jednym spojrzeniem i w których trzeba odtworzyć zamkniętą przez autora opowieść, widnieją wśród Stachaży także dzieła-symbole, urzekające prostym rozwiązaniem, piękne w swoim nieskomplikowaniu i jednoznacznym (niekoniecznie łatwym do przeniknięcia) pomyśle – jak dyptyk „Niezaciągający się” czy obraz „Rosemary odkrywa dzięki raciczce, że przyleciał szatan”. W pracach Darka Stacha uderza staranność wykonania: momentami oglądający zapominają, że mają do czynienia z efektem łączenia za pomocą kleju fragmentów kolorowych zdjęć: autor buduje iluzję, której łatwo ulec, powołuje do istnienia twory niemożliwe do zapomnienia (moim ulubionym i chyba najpiękniejszym na całej wystawie kolażem jest skryta skromnie w kącie sali „Fathima”).

Stachaże przypadną do gustu zwykłym odbiorcom, ale ich jakość kryje się również w dialogu, jaki Darek Stach podejmuje z innymi twórcami, nie ograniczając się do sztuk wizualnych. W jego kolażach tworzywem stają się już nie tylko partie graficzne, ale i cytaty filmowe, tytuły książek czy kolokwializmy – tu nie liczy się bierne oglądanie dzieł, nie ma sensu zwyczajne obrzucanie wzrokiem kolejno dodawanych (lub czasem – odejmowanych) elementów. Zabawa ze Stachażami polega na interpretowaniu i szukaniu uzasadnienia dla konkretnych rozwiązań: proste wyjaśnienia bywają zwodnicze i niebezpieczne.

W pracach prezentowanych na wystawie cieszy ilość różnorodnych pomysłów na artystyczne realizacje, nieschematyczność i oryginalność. Darek Stach daje się ponownie poznać jako artysta nieszablonowy.

piątek, 9 lipca 2010

Melissa Marr: Król Mroku

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.


Mocna i mroczna

Przyznaję, że drugim tomem opowieści o mrocznym świecie wróżek, wyraźnie inspirowanym mitologią celtycką, Melissa Marr mocno mnie zaskoczyła. Przypuszczam, że zaskoczonych czytelniczek będzie, wśród nastoletnich odbiorczyń, wiele: „Król Mroku” bowiem znacznie różni się od inicjującej serię „Królowej Lata”. Przede wszystkim klimatem historii, ale też jej szkieletem konstrukcyjnym, a nawet rytmem narracji. Nie ma tu powtórzeń z poprzedniej powieści, nawet główni bohaterowie pierwszej części naświetleni zostali tym razem z innej strony. Nie znaczy to, że „Król Mroku” zawodzi – jest inny, ale także urzekający, bardzo mroczny, nastrojowy i ciekawy. Trzyma w napięciu, lecz oddala się od budowanej wcześniej przestrzeni.

O ile zmartwieniem Aislinn był od początku dar widzenia wróżek – czyli kłopot odsunięty od realistycznego świata, o tyle siedemnastoletnia Leslie boryka się z zupełnie innymi problemami. Ciągle pijany ojciec nie może ukrócić narkotykowych wyskoków brata dziewczyny – ten natomiast oddaje Leslie swoim kumplom. Nastolatka próbuje usunąć z pamięci myśl o gwałcie, pragnie też ucieczki od ponurej rzeczywistości. Krokiem w tym kierunku ma być piękny tatuaż: Leslie nie wie, że przez wymianę atramentu z przystojnym i niebezpiecznym wróżem stanie się czymś w rodzaju przewodnika, będzie przekazywać negatywne emocje ludzi, by wykarmił się nimi cały Mroczny Dwór. Sama zostanie znieczulona na problemy – tylko czy cena za spokój nie okaże się zbyt wysoka?

W „Królowej Lata” Melissa Marr pokazywała bardzo ładnie tworzenie się więzi między młodymi bohaterami. W drugim tomie nastolatka cały czas jest bardzo samotna, nie ma tu mowy o jakiejkolwiek pomocy – to jednak nie oznacza braku silnych wzruszeń. „Króla Mroku” przesyca od pierwszych niemal stron pożądanie. Tu znów sprawdza się autorka, potrafiąca subtelnie nakreślić żądze bohaterów, a i tłumaczka, Natalia Wiśniewska, która nie spłyca i nie wulgaryzuje przedstawianych scen, a zachowuje ich lekko liryczną atmosferę. Zamiast dosłowności są delikatne omówienia, zamiast przyziemności – eteryczne doznania. Fabuła rozwija się w stronę, której czytelniczki raczej się nie spodziewają – Leslie przejdzie długą i niełatwą drogę: na końcu historii odbiorczynie czeka niespodzianka.

Jest to opowieść o wyrzeczeniach, do jakich prowadzą wielkie uczucia, o konsekwencjach dawniej popełnianych błędów, o lęku i niepewności. Jak zwykle, Melissa Marr nasyca swoją książkę wyrazistymi motywami – cieszy, że tym razem niejednoznacznymi. Nie idealizuje wydarzeń, nie poucza, jak wcześniej – być może ze względu na odejście od realizmu: w wykreowanym świecie wróżek pojawiają się palące problemy nieco oddalone od standardowych trosk, wypełniających powieści obyczajowe literatury czwartej. Trzeba przyznać, że Marr umiejętnie przenosi tematy do fantastycznej krainy, „Król Mroku” to kolejna książka, którą chłonie się z zachwytem. Ciekawość budzi tym razem zarówno zestaw uczuć i emocji, jak i konstrukcja powieściowych realiów: układy i relacje, w jakie wplątani są bohaterowie, wymagają wzmożonej uwagi.

Autorka proponuje historię zmysłową i niezwykle plastyczną, pełną ryzyka i mroczną. Posługuje się wyrazistymi rekwizytami i nie waha się przed prezentowaniem zagadnień trudnych w sposób, który nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Całość obudowuje przekonującą narracją, jednocześnie mocną i delikatną – zresztą pomysł na okładkę znakomicie odzwierciedla rozwiązania treściowe, kogo urzeknie opracowanie graficzne, ten przekona się i do zawartości książki.

Ponieważ „Król Mroku” wolny jest od typowych „dziewczyńskich” motywów, za to zawiera mnóstwo intryg, walk i skomplikowanych zależności między postaciami, ponieważ wolny jest od sentymentalizmu i banału, nie wymaga klasyfikowania jako „powieść dla dziewcząt”. To historia esencjonalna, mocna i mroczna, zmysłowa i pomysłowa, bez słabych punktów. Autorka umiejętnie budzi ciekawość, a dzięki temu, że nie powtarza wypracowanych już przez siebie schematów i cały czas zaskakuje czymś nowym, utrzymując jednocześnie spójną wizję świata wróżek, może tworzyć historie, które trudno wyrzucić z pamięci.


czwartek, 8 lipca 2010

Frances Mayes: Codzienność w Toskanii

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Rytm natury

Frances Mayes to jedna z tych autorek, które tworzą wręcz modelowe opowieści spod znaku toskanianów. Tomem „Codzienność w Toskanii” po raz kolejny przekonuje, że warto zwolnić tempo i rozkoszować się urokami wiejskiego życia, oprowadza też odbiorców po ciekawych zakątkach regionu. Układa następny przewodnik literacki i pozwala czytelnikom na rozkoszowanie się dziełami sztuki oraz… smakami Toskanii. Spokojny rytm tej historii znakomicie harmonizuje z życiową filozofią Mayes.

Nie ma w książce tak charakterystycznego dla wielu tomów motywu zderzenia różnych kultur, obyczajów i doznań – chociaż jeszcze na początku autorka dziwi się, że nikt nie protestuje głośno przeciwko chybionemu pomysłowi budowy basenu. Konsekwencje zdecydowanego działania przechodzą wyobrażenia Frances Mayes i nadają książce niespodziewanej dramaturgii, jakiej próżno by zwykle się w toskanianach doszukiwać. Spacery po antycznych miastach przetykane są w „Codzienności w Toskanii” niespiesznymi wywodami na temat sztuki. Wplatane w tekst informacje o życiorysach artystów czy o miejscach, które warto zobaczyć łatwiej przyswaja się, kiedy są obudowane melodyjną, smakowitą narracją. Frances Mayes lubi opisywać smaki Toskanii, ale również uwielbia rozkoszowanie się słowem – w jednym z rozdziałów przedstawia nawet tajniki swojego warsztatu. Opowiada o próbach uchwycenia nastrojów chwili, rejestrowaniu ulotnych myśli i urzekających sformułowań. W odkrywaniu ulirycznianych fraz pomaga jej tempo egzystencji.

W pewnym momencie Frances Mayes wplata do swojej książki inną konwencję, być może trochę rujnującą wizję sielskiego życia w oczach czytelników: zaczyna mianowicie rozpływać się w zachwytach nad swoim wnukiem, dzieckiem, które – wzorem babć – uważa za najinteligentniejsze, najsprytniejsze i najzdolniejsze na świecie. Opisy dań, które potrafi przyrządzić kilkulatek przypominają typowe przechwałki dumnych dziadków – lecz już przypisywanie maluchowi jednoznacznego uwielbienia dla tego typu prac jest przesadą: w tym wypadku brak obiektywizmu okazuje się bardzo widoczny.

Autorka skupia się jednak przede wszystkim na zmysłowych doznaniach. Toskania w jej ujęciu jest pełna kolorów, zapachów i smaków. „Codzienność w Toskanii” ma przenosić czytelników do miejsca, które Mayes uczyniła swoim domem – ma przenosić i ma zachwycać, bo większość opisów z zachwytu płynie. Plastycznie przedstawione krajobrazy pełne są słońca i spokoju, rozleniwienia i przyjemności – te emocje mogą udzielać się odbiorcom, którzy w toskanianach podobnej harmonii zresztą poszukują. Frances Mayes chętnie łączy odczucia, posługuje się działającymi na wyobraźnię skojarzeniami – u niej ściany kościoła mogą być blade jak sok cytrynowy, a bezy to obłoczki przekładane kremem. Nie zawsze jest tak przyjemnie: sprzeciw co wrażliwszych czytelników, niekoniecznie wegetarian, będą raczej wzbudzać komentarze dotyczące przeznaczonych do zjedzenia zwierząt. Trudno o przypływ apetytu przy wspomnieniu dopiero co schwytanych przepiórek z ukręconymi łebkami, chociaż dla zintegrowanej z rytmem przyrody autorki taki dysonans nie stanowi przeszkody w prezentowaniu zmysłowej uczty. Wiele rozdziałów zamykają typowe dla regionalnej kuchni przepisy, opatrzone jeszcze dodatkowo komentarzem. Można zatem trochę poeksperymentować przy gotowaniu i przywołać smaki Toskanii. Miejscowe specjały przeważnie znajdują stałe miejsce w toskanianach – u Frances Mayes czasem przybierają egzotyczną formę, to między innymi przepis na kurczaka spod cegły.

Tom podzielony jest na dwie części – zimowo-wiosenną i letnio-jesienną, co doskonale pasuje do spokojnego rytmu opowieści, zsynchronizowanej z prawami natury. Dla autorki najważniejsze okazuje się spokojne życie w zgodzie z przyrodą, pełne drobnych przyjemności i wolne od stresu. Jednocześnie „Codzienność w Toskanii” staje się gloryfikacją takiego pomysłu na egzystencję – ci, którzy marzą o uwolnieniu się od zwyczajnej bieganiny i zmartwień, mogą iść w ślady autorki. Niezdecydowanym na rezygnację z dotychczasowych przyzwyczajeń pozostaje smakowita lektura.

środa, 7 lipca 2010

Anna Janko: Wiersze z cieniem

Nowy Świat, Warszawa 2010.

Ulotne słowa

Anna Janko jako poetka nie każdemu przypadnie do gustu. Jej twórczości dałoby się przyczepić etykietkę „poezja kobieca” – bez względu na reakcje, jakie to określenie wywołuje. Janko w swoich wierszach nie sili się na oryginalność treści czy formy, posługuje się charakterystycznymi schematami i pisze teksty, w których najważniejszy okazuje się ulotny nastrój, a obok niego wrażliwość (momentami aż chciałoby się napisać – nadwrażliwość), tęsknota, czułość i stała potrzeba bliskości. Na pewno nie są to wiersze pisane z pomysłem, zamykane celną puentą, wyrastające z niebanalnego spostrzeżenia i zderzające realizm z metaforami. Są te wiersze lekko pensjonarskie, grupą odbiorców na pewno zachwyconą będą nastolatki poszukujące tekstów o pięknej miłości, upoetycznione bądź stylizujące się na poetki, wielbicielki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i seriali obyczajowych. Wielbiciele lingwizmu, odważnych i zdecydowanych rozwiązań, zaskoczenia i oryginalności nie mają czego w „Wierszach z cieniem” szukać. Wszystko w porządku, jeśli stawia się znak równości między słowami poezja i wrażliwość – ale dla mnie te dwa pojęcia nie są jednak tożsame.

Anna Janko obok wierszy wolnych sięga po bardziej klasyczne formy, decyduje się na rymowane piosenki – i chociaż często budzi tym zachwyt krytyków (nie wiadomo jakimi przesłankami się w tym momencie kierujących), popada, raczej nieświadomie, w kicz. Przede wszystkim dlatego, że sięga po współbrzmienia zbanalizowane do przesady – rym „niebie – ciebie” to już grafomania, estetyczne wykroczenie, przed którym ostrzega się nawet piszącą młodzież. Janko tę parę wyrazową eksploatuje bez przerwy i do znudzenia. Nie może imponować formą utworów, jeśli od strony warsztatowej ta forma okazuje się zwyczajnie słaba, jakby sprzed epoki skamandrytów. O rymach gramatycznych nie będę już tym razem pisać – nie zawsze częstochowszczyznę da się usprawiedliwić stylizacją.

Co ciekawe, nie ma w „Wierszach z cieniem” nic, co mogłoby na dłużej przykuć uwagę, nie ma tekstów, które chciałoby się zapamiętać, nic nie próbuje nawet przeniknąć do świadomości czytelników. Ot, ulotne impresyjki, notowane pod wpływem chwili spostrzeżenia bez międzywersowej czy międzysłownej iskry. Przesycone emocjami, górnolotnością i ciągłymi odwołaniami do wielkich uczuć teksty dość szybko powszednieją, Anna Janko swoim pisaniem znieczula na to, co powinno się odbierać jako ważne – lecz chyba nie taki był jej cel. Problem w tym, że „Wiersze z cieniem” można odczytywać entuzjastycznie – albo odrzucać przez obojętność. Janko nie mówi nic nowego, nie szuka atrakcyjnych sposobów przedstawienia tego, co wypowiedziane. Ślady intertekstualności, zamiast budować intrygującą sieć międzywierszowych relacji, boleśnie przypominają o pewnej bezradności autorki, powtarzalności tematów i fraz.

Anna Janko próbuje definiować tęsknotę, notując, że „każde spotkanie to rozkwitające pożegnanie”. Przypomina, że drugi człowiek jest niezbędny do widzenia świata. Dla wymarzonego uczucia skłonna jest – jako bohaterka wierszy – do wielu metamorfoz. By wzbogacić liryczne interpersonalne podróże, wybiera oddalenie czasowe (tak jest w „Prawieczorze”), innym razem sięga po pastisze, zresztą w „Wierszach z cieniem” sporo jest różnych gatunków, efektów ciągłych poszukiwań, a może tylko literackich popisów.

Tomik „Wiersze z cieniem” równie łatwo znajdzie swoich zwolenników jak i przeciwników. Ci pierwsi docenią eteryczność utworów, nastawienie na efemeryczne doznania i ponadczasowe uczucia, wrażliwość i wysoki stopień zaangażowania emocjonalnego. To zbiorek dla tych czytelników, którzy poszukują w poezji nastrojowości, „lirycznego” klimatu i wyrażania tego, co do wyrażenia bywa naprawdę trudne. Nie należę do miłośników podobnych wierszy, lecz zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelników może być tą książką zachwyconych.

niedziela, 4 lipca 2010

Polly Horvath: Wyspa

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Alienacja

Wśród modnych dzisiaj powieści dla nastolatków dominują historie realistyczne i mocno zakotwiczone w aktualnej codzienności. Na tym tle wyróżnia się „Wyspa” autorstwa Polly Horvath – odważnie budowana, surrealistyczna i drażniąca książka, przepojona drapieżnym dowcipem i atmosferą grozy. To relacja polifoniczna i nieprzewidywalna, jej bohaterowie zostali nakreśleni wyraziście, ale nigdy do końca nie zdradzają swojego prawdziwego ja. Polly Horvath nie chce dołączać do grona autorów prostych opowiastek, woli zaczepiać i prowokować, wykorzystując – jako podstawę fabuły – scenerię rodem z horrorów i kąśliwy absurd – „Wyspa” to lektura dla wymagających czytelników.

Rodzice piętnastoletniej Meline oraz rodzice starszej o rok kuzynki Meline, Jocelyn, zginęli w katastrofie pociągu w Zimbabwe – obie dziewczyny trafiają do ekscentrycznego krewnego, stryja Martena. Jocelyn wyszła cało z tragicznego wypadku – lecz koszmar powraca do niej w snach. Rzeczywistość także nie wygląda wesoło: stryj Marten to dziwak i samotnik. Mieszka sam na wyspie i rozmyśla nad odkryciami naukowymi. Nie kontaktuje się z ludźmi – zakupy robi przez internet, a zamówione towary zrzuca w źle zabezpieczonych paczkach z helikoptera pilot Sam. Stryj nie ma pojęcia o potrzebach dorastających dziewczyn – i o prowadzeniu domu. Zatrudnia dziwaczną żydowską gosposię, która po śmierci całej swojej rodziny pragnie kontaktu z innymi ludźmi, a jednocześnie jest trudna do zniesienia, bo cały czas narzeka. Na wyspie pojawia się jeszcze tajemniczy lokaj w kołnierzyku – stryj Marten ostatecznie traci szansę na wymarzoną samotność. Meline i Jocelyn, chociaż połączone wspólnym dramatem, nie umieją i nie chcą się dogadać. Gosposia raczy się uzależniającym lekarstwem o narkotycznym działaniu, lokaj częstuje miętówkami i nie jest tym, za kogo się podaje, stryj buduje swój świat na wzór konwencjonalnych obrazków. Pięć odizolowanych od ludzi postaci żyje w podwójnej samotności.

Egzystencję Meline ubarwia jednak dziwna legenda o pilotach samolotów, szkolonych w bezsensowny sposób, a właściwie – decyzją szalonego dowódcy zabijanych w okrutnym eksperymencie. Wyspa jest tak naprawdę cmentarzyskiem, pełnym wraków rozbitych maszyn i ukrytych grobów. A co, jeśli piętnastolatka potrafi skonstruować samolot?

Polly Horvath nie boi się oryginalności, unika kompromisu i banałów. Do końca książki nie rozwiązuje nawarstwiających się tajemnic, utrzymuje klimat niepewności i lęku – za to w drobiazgach stale rozśmiesza. Wprowadza marionetkowe zachowania, przełamuje rutynę, nagłym odejściem od zwyczajności budząc komizm. Zabawna jest gosposia, która do gderliwych monologów wtrąca żydowskie zwroty, przez co staje się dla domowników niezrozumiała (czytelnicy mogą skorzystać ze słowniczka, zgrabnie wplecionego w końcówkę historii, ale też niesygnalizowanego wcześniej). Dowcipne jest przedstawienie stryja Martena, człowieka kompletnie zagubionego w prawdziwym świecie i szukającego dla siebie alternatywy. Odejście od realizmu umożliwia Polly Horvath ubarwianie galerii dziwolągów – tu nie liczą się typowe w młodzieżowych powieściach tematy: miłość, przyjaźń czy problemy wieku dorastania. Nawet motyw wyjściowy, utrata rodziców, standardowo hasło wykorzystywane dla symbolicznego uwolnienia bohatera i umożliwienia mu swobody ruchów, nie służy tu do tradycyjnego rozwijania wątków.

Autorka naświetla opowieść z różnych stron – każdy z pięciu mieszkańców dziwnej wyspy ma szansę przedstawić swój punkt widzenia – nie jest to przypadkowe rozwiązanie, skoro bohaterowie nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Zamiast zderzać opinie w bezpośrednich konfrontacjach, Polly Horvath zestawia komentarze. Zmienia style mówienia postaci i w języku także sięga po dowcip. Na Wyspie każdy żyje osobno, z dala od innych. Każdy może liczyć tylko na siebie. A jednak znajdzie się tu i coś budującego, dającego nadzieję na poprawę losów nietypowej rodziny. Kto poszukuje w powieściach z literatury czwartej oryginalności, siły i pomysłu, ten po lekturze „Wyspy” zawiedziony nie będzie.