* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Strękowska-Zaremba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małgorzata Strękowska-Zaremba. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lutego 2020

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Złodzieje snów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Bez marzeń

Nic nie dzieje się przy ulicy Pachnących Bzów, przynajmniej – nie z perspektywy dorosłych, którzy motyw bezpieczeństwa dzieci postrzegają diametralnie inaczej niż same maluchy. Bo to, że rodzice się bardzo kłócą, trzaskają drzwiami, że czasami rozpadnie się jakiś talerz albo szklanka – to przecież nic. Jeśli ktoś wychodzi i nie wraca, ktoś płacze i krzyczy – to nic. Przecież dzieci mają co jeść i gdzie spać, nie zostaną zmuszone do wyprowadzki i porzucenia swoich przyzwyczajeń. Nic nie dzieje się przy ulicy Pachnących Bzów – jeśli na sprawę patrzą dorośli. Bo jeśli dzieci… Mała Basia wie, że dzieje się coś złego. Odgłosy zza ściany są bardziej przerażające niż gdyby dziewczynka była bezpośrednim świadkiem spraw rodziców. Kilkulatka nie umie poradzić sobie z emocjami i w pewnym momencie po prostu zapada się w sobie. Pierwszym objawem problemów psychicznych stają się znikające sny: Basia nie potrafi już wypocząć nocą. A to oznacza, że nawet jeśli rodzice dostrzegą to nietypowe zachowanie i spróbują coś zrobić – będzie za późno. Basia już po swojemu wytłumaczyła sobie świat. Żeby odzyskać sny, będzie musiała uciec z domu. Towarzyszy jej starszy brat, Bartek – ale dwójka maluchów w złej rzeczywistości to pomysł na katastrofę. Dzieci trafiają na postacie z przestrzeni, których istnienia nawet nie podejrzewały. Uciekając od „oswojonych” problemów, mogą trafić na prawdziwe niebezpieczeństwa, jednak nie zdają sobie z tego sprawy, a każde spotkanie z obcym wydaje im się na razie lepsze niż obecność skłóconych rodziców.

„Złodzieje snów” to książka wyjątkowa – i lektura obowiązkowa dla dzieci i dorosłych. Nie dlatego, że trzeba przełożyć poetycką narrację na fakty, konkrety i przestrogi: i bez tego maluchy zrozumieją, co się stało i jakich kroków podejmować nie wolno bez względu na stopień domowych komplikacji. Najmłodsi przygodę Basi zrozumieją i przełożą na zestaw emocji, których nie potrafiłyby samodzielnie wyrazić. Książka pomoże im w pokazaniu uczuć i w dostrzeżeniu zjawisk, które płyną bezpośrednio ze stresu. Za to rodzice zobaczą dzięki Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie coś, co powinno być dla nich od dawna jasne: nie ma rozstań, które przeprowadzi się bez krzywdy najmłodszych. Autorka uświadomi dorosłym ważne kwestie, przygotuje do poważnych rozmów, bez których się nie obejdzie.

Ta historia urzeka sposobem poprowadzenia narracji. Za każdym razem autorka pokazuje jeden drobiazg, który wywraca do góry nogami świat Basi – przekłada na liryczną opowieść coś, co świadczy o rychłym rozstaniu rodziców i o braku miłości. Koncentruje się na detalach, które w perspektywie rozwodu kompletnie nie mają znaczenia – ale w oczach kilkulatki urastają do rangi przerażających. W tym kontekście dopiero refrenowe zakończenie, że „nic więcej nie zdarzyło się na ulicy Pachnących Bzów” pobrzmiewa dramatycznie. Jest ta książka piękna i cenna, przyniesie dzieciom i ich rodzicom sporo materiału do przemyśleń – ale też oswoi z bardzo trudnym tematem.

wtorek, 17 września 2019

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Lilana

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Wyobraźnia

Przedziwna jest ta historia i trzymająca w napięciu, niepodobna do innych bajek i opowieści dla młodych czytelników. Zbliża się do baśni – ale tych najbardziej mrocznych. To nie prosta wakacyjna historyjka, w której wszyscy się uśmiechają. Tu strach jest stałym towarzyszem bohaterów, wplata się w narrację i nie pozwala się odpędzić. Natalia opowiada o przeprowadzce do Lilany. Ta kraina – niby azyl – przywabia, ale stanowi też poważne zagrożenie. Świadczy o tym nawet przegląd zdjęć z chwil, które kiedyś były szczęśliwe. Natalia dokładnie próbuje opisać kolejne kadry, relacjonuje zachowania członków rodziny, ale też sytuacje, emocje i rozkład światła. Tak, żeby czytelnicy mogli bez trudu wyobrazić sobie kolejne ujęcia z rodzinnego albumu i dali się nabrać na beztroską codzienność w domu pełnym miłości. Natalia wie, że to już nie wróci: dlatego właśnie rozdrapuje rany i wciąż komentuje przeszłość, zdjęcia potrzebne jej są jako dowody wydarzeń. W Lilanie wszystko się zmienia. I nawet fakt, że bohaterka znajduje tu przyjaciółkę oraz chłopaka, który jej się podoba, nie zmienia poczucia mroku. Aniela zachowuje się bardzo dziwnie – sugeruje groźne tajemnice i podpowiada, czego od przybyszów oczekuje Lilana. Sugestywność jej postępowania jest tak wielka, że Natalia daje się przekonać – już nie zazna spokoju. Zwłaszcza że podobno została wybrana, by uratować Lilanę. Dziewczynkę zresztą kusi to, co zakazane i dziwne, potrzebuje ona silnych wrażeń. Już wkrótce nie będzie wiadomo, co jest wytworem jej wyobraźni, a co – rzeczywistością.

„Lilana” to powieść Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby o poszukiwaniu siebie. Natalia jest dziewczynką z problemami emocjonalnymi, kreuje sobie otoczenie według własnych potrzeb i wprowadza do codzienności elementy fantazji. Trudno będzie oddzielić prawdę od jej wymysłów, bo autorka wie, jak poprowadzić relację, żeby czytelników wciąż mamić. Natalia wydaje się osobą głęboko nieszczęśliwą: niezrozumiana przez przyjaciółkę – Kaśka twardo stąpa po ziemi i wyśmiewa wszelkie przejawy kreatywności w budowaniu obrazu otoczenia – nie umie znaleźć sobie towarzystwa. Aniela jako jedna z nielicznych trafia w jej orbitę, ale Aniela sama zachowuje się jak dziwaczka, może nawet większa niż Natalia – ma zresztą własny cel w tym, by podporządkować sobie nową. W gronie rówieśników Natalia nie wypada zatem zbyt atrakcyjnie. Z kolei w relacjach z rodzicami coś się psuje w momencie, gdy mama zakochuje się w Lilanie. Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy dziecka: dorosła osoba traci głowę dla miejsca, które młodszym wydaje się niebezpieczne – wpada w pułapkę i wciąga w nią całą rodzinę. Natalia ma powody do niepokoju – albo sama je sobie stwarza. Strękowska-Zaremba pisze książkę dość mroczną i wypełnioną smutkiem, nie pozwala czytelnikom odgadnąć, co naprawdę się stało, za to budzi ciekawość dalszego ciągu. Odnosi się do kwestii szczęścia i do rozpadu rodziny, do poczucia wyobcowania i samotności nawet wśród bliskich – więc bez większego problemu trafi do nastoletnich czytelniczek.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Dom nie z tej ziemi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Strach tajemnicy

Marysia jest przejęta. Okazuje się, że jest też przerażona, ale to, że wyraźnie w coś się zaangażowała, wybija się na pierwszy plan i intryguje Daniela – starszego od niej kolegę z podwórka. Marysia ma swoją kryjówkę w krzakach i wielką tajemnicę. Nie ma za to przyjaciół – dzieci się z niej podśmiewują, a opukana Ania wciąż stuka się po czole na wieść o kolejnych rewelacjach. Daniel jest inny. Zgadza się nawet na to, żeby ta mała zamieniła się w jego szefową, byle tylko poznać sekret. Małgorzata Strękowska-Zaremba w „Domu nie z tej ziemi” startuje z historią bardzo długo. Najpierw odsłania pojedyncze tropy, konsekwentnie buduje atmosferę tajemniczości a nawet grozy, ale spycha też ewentualnie niebezpieczeństwa do wyobraźni dzieci. Do czasu.

Na razie jednak Marysia udaje odważną. Wszystko przez sekret. I przez oderwanie od lęków. Kiedy intuicja podpowiada dziewczynce, by się wycofać, istnieje bezosobowo – Marysi „myśli się”, a czasem coś jej się powie, jakby kompletnie bez jej woli. Jest jeszcze serce Marysi, które biciem ostrzega przed niepotrzebnym ryzykiem. Marysia jednak, nawet zdradzana przez własne ciało, musi być silna. Nikt nie zastąpi jej w obserwacji tego domu. Nawet Daniel, chociaż czasami wydaje się, że dużo rozumie i można by mu zaufać.

Ten dom ogarnięty jest złą magią. Nigdy nie pada nad nim deszcz, chociaż w środku może leżeć śnieg. Ten dom nie daje schronienia, jest straszną pułapką. Mści się, gdy coś pójdzie nie po jego myśli. Nie rzuca cienia, bo cały cień chowa w środku. Najgorzej mają jego mieszkańcy i Marysia o tym wie: ze swojej kryjówki w krzakach czujnie obserwuje ten dom i stara się zapobiegać przynajmniej drobnym katastrofom: kiedy mały chłopczyk porzuci wiaderko w ogródku, to już zalążek nieszczęścia – żeby nie rozgniewać domu, dziewczynka, choć z duszą na ramieniu, musi wynagrodzić mu krzywdę. Boi się, ale ludzie pozostawieni w środku mają dużo gorzej – nikt ich nie uratuje, jeśli Marysia się podda.

Na początku ta historia brzmi jak horror lub jak zły sen, ale z posmakiem przygody. Autorka utrzymuje aurę dziwności, daje Marysi prawo do samotności i do tajemnicy. Poza nią, a potem i Danielem, nikt nie wie o zagrożeniach, jakie niesie zaczarowany dom. W tej magii bohaterka ma swój udział, czuje się winna i musi podjąć radykalne kroki, żeby sytuację naprawić. Daniel wprawdzie niewiele rozumie, ale zdążył się już z „tą małą” zaprzyjaźnić i nie zostawi jej w potrzebie. Oboje odkrywają, co dom robi z ojcem rodziny. I tu Strękowska-Zaremba przechodzi do arcytrudnego tematu, łącząc baśń z problemem przemocy domowej. Momentami ta historia jest jak odwrócona Narnia, a pokrzywdzone dziecko zrobi wszystko, żeby ochronić najbliższych – pokona nawet największe koszmary. „Dom nie z tej ziemi” to historia ponura i piękna – prawdopodobnie tą książką Strękowska-Zaremba będzie zdobywać kolejne nagrody – i zasługuje na to.

Enigmatyczne dialogi, niezrozumiałe gesty i motywy definiujące drugiego człowieka u uważnego obserwatora. Dziwne sytuacje, ciągłe napięcie, mrok. Małgorzata Strękowska-Zaremba nie tworzy idyllicznej bajki. Ale jednocześnie magnetycznie przyciąga odbiorców, kusi ich wizją rozwiązania zagadki, kusi też bliskim niebezpieczeństwem, niepewnością losu i dopuszczeniem do wielkiego sekretu. Ta książka ma potężną siłę już na etapie przedstawiania fabuły. Rozciągnięta w czasie zapowiedź nie oznacza słabego punktu kulminacyjnego – ten spełni swoją rolę. „Dom nie z tej ziemi” to historia, która powinna się jak najszybciej znaleźć w kanonie lektur obowiązkowych, ale nie tylko dla dzieci. Dla dorosłych może nawet przede wszystkim. Takie ujęcie tematu rzadkiego w literaturze czwartej zasługuje na rozgłos.

poniedziałek, 10 października 2016

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Podstępy

W przygodach Kuby na pierwszy plan wysuwają się zmartwienia – i to nie problemy budzące śmiech odbiorcy, ale rzeczywiste troski dużego kalibru. Przekuwają się one w ciekawe doświadczenia i przyczyniają do pozytywnych zmian, ale dopiero z czasem. Powodów do stałej radości Kuba na pewno nie ma. Tak było w pierwszym tomie („Bery, gangster i góra kłopotów”), tak jest i w „Wakacjach z krową, czołgiem i przestępcą”. Małgorzata Strękowska-Zaremba nie boi się trudnych tematów, które mali odbiorcy czasami zaobserwują we własnym otoczeniu – i do których nie uzyskają właściwego komentarza dorosłych. Tym razem dziadek bohatera traci chęć do życia, czuje się bezużyteczny i nawet szuka sobie miejsca na cmentarzu. Na taką postawę receptą może być tylko większe zaangażowanie seniora w domowe obowiązki – do czego mama Kuby nie ma cierpliwości. Dziadek, niczym kolejne dziecko, to jedna z przyczyn wakacyjnej katastrofy. Kuba bowiem nie pojedzie na obóz. Miał to obiecane, cieszył się na wakacje, tymczasem rodzice postanawiają wysłać go tylko do ciotki na wieś. Wprawdzie razem z przyjaciółmi i dziadkiem, ale to przecież nie może się nawet równać z atrakcjami, na jakie bohater czekał.

Wyjazd poprzedza kilka zwariowanych pomysłów dzieci, które – jak zawsze – potrafią być kreatywne, byle tylko pokrzyżować niechciane plany. Pojawi się tu więc i niezawodny środek na przeczyszczenie (jako efekt przypadkowego połknięcia klucza), i wizyta w domu dyrektora szkoły, i próba zarażenia się świnką w gabinecie doktora Zarazka. A kiedy nadchodzą wakacje na wsi, Kuba, Wojtek i Aśka ani przez chwilę nie będą się nudzić, co zresztą było oczywiste dla wszystkich poza nimi. Tu krowa umie gwizdać i całuje na zawołanie, na pobliskim poligonie stoi prawdziwy czołg, a doktor Zarazek ma przypadkiem takie samo nazwisko jak Wojtek, taką samą fryzurę i takie samo znamię. Dzieci angażują się w śledztwo i obserwują też przemianę dziadka. Autorka piętrzy wydarzenia, tak, aby lektura przebiegała przyjemnie.

W „Wakacjach z krową, czołgiem i przestępcą” Strękowska-Zaremba stosuje krótkie rozdziały, przesycone przygodami dzieci. Te przygody czasami przełamuje dorosłymi sprawami, których maluchy nie zrozumieją (dlaczego nieobecny tata Wojtka to zdaniem mamy łobuz), ale przed którym nie da się ich ochronić. Autorka filtruje dorosłe sprawy przez spojrzenie Kuby, wie, że i tak nie wszystko uda się jej wytłumaczyć – ale nie może udawać, że w świecie dorosłych panuje sielanka. Zresztą całkiem nieźle sobie radzi z wyrażaniem niewyrażalnego, przez co wypada w narracji przekonująco, a nie jak pedagog. Przy okazji sprawia, że część zjawisk dzieci mogą zrozumieć szybciej niż starsze pokolenie.

Autorka jest tu bardzo wyczulona na pomysły kilkulatków, pokazuje, jak próba uniknięcia jednych tarapatów może wpędzić w znacznie poważniejsze – oraz jaką rolę w strachu przed konkretnymi sytuacjami odgrywa zbyt bujna wyobraźnia. Tu bohaterowie nie należą do grzecznych i posłusznych, więc historia szybko nabierze tempa. „Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą” to też ciągłe rozbudzanie ciekawości – bo w puentach krótkich rozdziałów Kuba zawsze zapowiada jeszcze większe kataklizmy. Nie będzie tu zatem nudnych wakacji u cioci i żaden obóz nie dałby bohaterowi tylu urozmaiconych wrażeń. Mimo stałej obecności melancholii i smutku w egzystencji Kuby, autorka pisze z humorem, zachowując lekki dystans do prezentowanych sytuacji. Zapewnia najmłodszym wakacyjną przygodówkę w klasycznym stylu, ale wzbogaconą o trafne oceny dzisiejszego świata dorosłych. Podążanie za tym bohaterem to gwarancja zabawy.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Bery, gangster i góra kłopotów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015 (wznowienie)

Przygoda

Tylu zmartwień, ile spada na głowę Kuby, dawno nie miało żadne dziecko. Albo bohater jest wyjątkowym pechowcem, albo zwraca uwagę przede wszystkim na życiowe niepowodzenia i sam je prowokuje. Bo przecież jest raczej outsiderem w klasie, przez nadwagę dokuczają mu koledzy. Kuba ma tylko jednego prawdziwego przyjaciela i… żadnych ciekawych przygód. Do czasu – bo w końcu na swoim osiedlu zauważa prawdziwego gangstera. Gangster robi tajemnicze interesy z tatą i dziadkiem, a dla Kuby jest jasne, że należy łapać złoczyńców. Zapowiedź upragnionych szaleństw sprawia, że chłopiec nie umie skoncentrować się w szkole, wierzy więc, że pani go nie lubi. Problemy się nawarstwiają. W pewnym momencie jednak Kuba orientuje się, że nie jest już sam, bo pojawili się przy nim kolejni przyjaciele.

Małgorzata Strękowska-Zaremba lubi tematy okołokryminalne w bajkach dla dzieci. Tomik „Bery, gangster i góra kłopotów” to opowieść o przeciętnym chłopcu, który musi zmierzyć się z rozmaitymi wyzwaniami. Jednym z nich jest odnalezienie Berego – bardzo brzydkiego psa należącego do sąsiada dziadka. Kuba obiecuje, że „jakby co”, zajmie się zwierzęciem. Sąsiad umiera, a Bery… znika. W dodatku rodzice wolą, żeby ich syn skupił się na szkole i nie traktują poważnie zmartwienia dziecka. Do tego dochodzi sprawa z ukradzionym telefonem-zabawką, tajemniczy Winzu z dredami, akcja czytania dzieciom i fakt, że dziewczyn nie można lubić, bo we wszystko się niepotrzebnie wtrącają. Jeden kłopot pociąga za sobą następne, dorośli nie wiedzą, jak pomóc dziecku, a wystarczyłoby raz uważnie go wysłuchać i nie bagatelizować zmartwień (oraz nie dokładać kolejnych kar, bo to ogranicza szansę na szczerość i porozumienie w przyszłości).

Najważniejszym motywem w tej powieści jest kwestia oceniania innych po pozorach. Bery wszystkim wydaje się brzydki (choć w istocie to bardzo mądry pies). Winzu ma dredy, więc musi być przedstawicielem marginesu społecznego, gangster wygląda jak szef mafii, staje się zatem automatycznie głównym podejrzanym. Pochopne opinie są bardzo krzywdzące i powodują cały szereg nieporozumień. Zresztą sam Kuba wciąż musi mierzyć się z takim podejściem. Strękowska-Zaremba próbuje na kilku przykładach pokazać dylematy z niego płynące i podsunąć dzieciom odpowiednie wnioski.

Autorka pisze tak, żeby złapać porozumienie z dziećmi (stąd narzekanie na akcję cała Polska czyta dzieciom, bo Kubie Polska czytać nie chce; a i na kary w domu). Podsyca ich ciekawość przez wprowadzanie niezamkniętych rozdziałów: za każdym razem Kuba sugeruje, że to dopiero początek kłopotów, lub że konkretne wydarzenie uruchomiło lawinę następnych, na razie jeszcze tajemniczych, ale z pewnością burzliwych. Taki sposób prezentowania akcji będzie trzymać dzieci w napięciu i pozwoli na koncentrację. Opowieść toczy się coraz szybciej i rozgrywa na różnych płaszczyznach – czym innym są problemy Kuby w domu, czym innym w szkole, a jeszcze czym innym w relacjach z Winzu czy przy poszukiwaniach Berego. Małgorzata Strękowska-Zaremba nie boi się komplikowania historii, bo Kuba relacjonuje wszystko przejrzyście i bez wysiłku. Dobry narrator umożliwia autorce przeskakiwanie między wątkami. Chociaż bohatera stale dosięgają rozmaite przykrości, opowieść jest utrzymana w pogodnym tonie i dobrze się ją czyta. Strękowska-Zaremba wręcz kipi od pomysłów na kolejne tematy, umie rozbudzać ciekawość i zapewnia dzieciom lekturę przygodową.

niedziela, 5 stycznia 2014

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Detektyw Kefirek śledzi śledzia

W.A.B., Warszawa 2013.

Wakacyjna zagadka

Małgorzata Strękowska-Zaremba wie bardzo dobrze, z jakich składników buduje się młodzieżowe powieści detektywistyczne – i w oparciu o znajomość konstrukcji tworzy kolejne przygody młodego „detektywa” Teosia Kefirka. W serii pojawia się wakacyjna historia „Detektyw Kefirek śledzi śledzia” – i łatwo na niej prześledzić konsekwencje i tradycje gatunku.

Teoś Kefirek na wakacje jedzie do rodziny. Na miejscu czeka na niego zagadka: wujek został okradziony i w dodatku sam nieświadomie pomagał złodziejowi. To zadanie dla chłopaka, który wszędzie dostrzega tajemnice. Ale w małym miasteczku wybucha znacznie poważniejsza afera: ktoś kradnie monument śledzia, figurę przypominającą o lokalnym święcie. Teoś przy pomocy ambitnej kuzynki i przyjaciół chciałby rozwiązać zwłaszcza tę zagadkę – bo sukces przyniósłby mu sławę. Stopniowo poznaje mieszkańców (także tych co bardziej ekscentrycznych) i układa plan działania. A że ma na głowie jeszcze młodszego brata i nierozróżnialne małe kuzynki – musi się trochę natrudzić. Teoś to bohater, który nie przepada za spokojną dedukcją w domowym zaciszu. Ku utrapieniu dorosłych – woli działania, nawet te zakazane, jak wieczorna wyprawa do parku. A ku utrapieniu towarzyszy eskapad – uwielbia gadać i na głos rozważać sens działań. Zupełnie inne metody pracy ma jego przyjaciel, Dominik, ale Dominik aktualnie przebywa daleko i nie może pomóc na odległość…

Strękowska-Zaremba stawia na akcję. Trochę komplikuje zadania Teosiowi – bo na niektóre odkrycia bohater by nie wpadł, gdyby nie pomoc towarzyszy, ale też nie wpadałby w niektóre tarapaty z tych samych powodów. Autorka oczywiście posługuje się i poczuciem humoru – pojawiają się w tomie scenki obliczone na rozbawienie małych odbiorców. Poważnych zagrożeń brak (chociaż „miły pan z siekierą” to gwarancja przypływu adrenaliny) – a te, które tu funkcjonują, nie odbiegają od pomysłów z polskiej literatury młodzieżowej II połowy XX wieku. Jednym słowem Strękowska-Zaremba stawia na fabularną klasykę. Trochę inne są tu jedynie motywacje postaci: między innymi autorka odsłania nieco sekrety lokalnej polityki.

Już w tytule akcentowana jest zabawa słowem. Kwestie językowe są dla autorki niezwykle ważne i celowo uczula na nie odbiorców – cała pierwsza scenka poświęcona jest utrwaleniu przesłania, że nie mówi się „włanczać” tylko „włączać” – powtarza to Strękowska-Zaremba tyle razy, że chyba wątpi w swoich czytelników. Ponadto w tekście czasem Teoś wyjaśnia co trudniejsze słowa, zdarza się też postaciom wyjaśniać związki frazeologiczne. Trochę nie pasuje to do konwencji literatury rozrywkowej o posmaku sensacyjnym, ale autorka chce, by dzieci poza zabawą czegoś się też nauczyły – a że nie ma okazji nasycania opowieści wiedzą innego rodzaju, stawia na język. Odbiorcy i tak powinni być zaaferowani bliskością sprawy kryminalnej na miarę postaci – więc nie będą zwracać uwagi na pouczenia.

„Detektyw Kefirek śledzi śledzia” to wakacyjna lektura i można w niej bez trudu wskazywać wabiki na małych odbiorców. Grupka dzieci bez pomocy dorosłych prowadzi amatorskie śledztwa, konkurując z policją – a efekt nie oznacza jedynie satysfakcji własnej ani nawet sławy – ale dobro całej lokalnej społeczności. W zalewie sensacyjnych zachodnich tytułów Detektyw Kefirek jawi się bardzo swojsko i bezpiecznie mimo wszystko – autorka nie zamierza straszyć czytelników ani też tworzyć superbohaterów, niezłomnych i niezniszczalnych. I Teoś Kefirek, i jego przyjaciele mają swoje wady i popełniają błędy – a jednak budzą sympatię i zaufanie małych czytelników, dostarczając im całkiem sporo zabawy.

czwartek, 14 marca 2013

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Okropny Maciuś i wielki pech

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Słoń na nieszczęście

Małgorzata Strękowska-Zaremba dobrze odczytuje dziecięce pragnienia i potrafi przefiltrować je przez dawkę absurdu niezbędną dla rozrywki małych odbiorców. W tomie „Okropny Maciuś i wielki pech” nawiązuje do typowych dla kilkulatków przechwałek oraz uczuć, które katalizują nieracjonalne z punktu widzenia dorosłych zachowania. Tym razem bodźcem do działania staje się Podstępna Krysia i jej słonik na szczęście. Okropny Maciuś jest przekonany, że bez takiego gadżetu nie ma co marzyć o własnej pomyślności. Próbując zdobyć słonika, wpada w coraz większe tarapaty, co jeszcze utwierdza go w przekonaniu, że zabawka nie tylko przynosi Podstępnej Krysi całe szczęście świata, ale dodatkowo na Maciusia sprowadza najgorszego pecha. Jakby tego było mało, dorośli nie chcą wierzyć Maciusiowi w opowieść o wielkim pechu i obwiniają chłopca za kolejne wybryki. Tak skonstruowany jest tom „Okropny Maciuś i wielki pech”.

Okropny Maciuś w ujęciu Strękowskiej-Zaremby nie będzie spędzał snu z powiek rodzicom i supernianiom. Jest okropny w granicach normalności, jego pomysły nie wykraczają poza to, co prezentują zwyczajne kilkulatki. Tyle tylko, że Maciusia nikt nie powstrzymuje przed popełnieniem kolejnego „okropnego” czynu. Chłopiec może sobie pozwolić na brojenie – bo przecież za wszystko odpowiedzialny jest jego wielki pech. Brak świadomości konsekwencji własnych uczynków buduje tutaj płaszczyznę komizmu – bohater chce zrobić na złość innym, ale ostatecznie sam staje się ofiarą swoich działań. Dla dzieci czytelny humor sytuacyjny będzie wystarczającym argumentem za śledzeniem przygód niesfornego chłopca. Lista krzywd Maciusia wydłuża się w trakcie lektury – a można było uniknąć problemu, gdyby tylko kilkulatek przestał wierzyć w to, co sam wymyślił. Małgorzata Strękowska-Zaremba bardzo dobrze uchwyciła motyw nieuzasadnionej zazdrości dzieci i ich nieracjonalną, za to silną i naiwną wiarę w to, co mówią rówieśnicy. Okropny Maciuś postępuje jak typowe dziecko – co potęguje też radość odbiorców. Zresztą w kreacjach maluchów Strękowska-Zaremba nie ma sobie równych, udaje jej się trafić w charakterystyczne dla wieku przekonania i zasady postępowania. Maciuś jest przekonujący i w obfitości „okropnych” pomysłów, i w wypowiedziach. Tak samo zadziała m.in. charakterystyka Podstępnej Krysi. Dla pokazania tła autorka decyduje się na włączenie do akcji ciekawej postaci – młodszej siostry Maciusia. Sprawia, że bohater nie funkcjonuje w próżni, a jego otoczenie zapewnia odbiorcom poczucie bezpieczeństwa i gwarancję ratunku dla chłopca w razie konieczności.

Okropny Maciuś to postać, która w imię własnych przekonań popełniać może wiele błędów. Wszystkie one mieszczą się jednak w sferze dopuszczalnych dla maluchów postępków. Chłopiec pokazuje, że nie ma idealnych dzieci – i że każdy kilkulatek postrzega świat według własnej wyobraźni, a to może stać się ukrytą motywacją wielu działań. Strękowska-Zaremba odmalowuje też klasyczny brak porozumienia między dziećmi i rodzicami: te pierwsze zawsze będą się czuć poszkodowane i pokrzywdzone, ci drudzy ze zdrowego rozsądku muszą bagatelizować przekonania pociech. W „Okropnym Maciusiu i wielkim pechu” to temat szkicowany na marginesie zabawnych przygód. W ujęciu tej autorki zrealizowany został bez zarzutu, a książeczka – kolejna w serii – stanie się ulubioną lekturą wielu maluchów.

wtorek, 8 maja 2012

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Okropny Maciuś i Namolna Niania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Brat Karolka

Koszmarny Karolek znalazł w rodzimej literaturze rywala. Okropny Maciuś, zdaniem wydawców, bije Koszmarnego Karolka na głowę. I naprawdę nie są to czcze przechwałki, tym razem można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza. W dodatku jeśli Koszmarny Karolek czasami budzi sprzeciw rodziców, bo Francesca Simon niespecjalnie dba o zdanie dorosłych, uznając, że nie da się pogodzić interesów tych dwóch grup, o tyle Okropny Maciuś przypadnie do gustu jednym i drugim. I, co najdziwniejsze, wcale nie straci w oczach maluchów, jako prawdziwy łobuz – i twórca najbardziej oryginalnych pomysłów. Małgorzata Strękowska-Zaremba, autorka sprawdzona i doświadczona w literaturze czwartej, wykorzystała pomysł ze znanej serii, przerobiła go, dostosowując do tradycji polskich opowieści dla dzieci i na bazie kreatywnego pastiszu zaproponowała tomik, którego jedynym mankamentem według krytyków będzie wtórność motywu niesfornego dziecka.

O ile Koszmarny Karolek poza swoją koszmarnością nie ma wyraźniejszego pomysłu na funkcjonowanie w codzienności, o tyle Okropny Maciuś taki pomysł posiada i całkiem udanie wciela w życie. Maciuś bowiem chce być piratem i dość konsekwentnie realizuje pirackie ideały. Problem w tym, że rodzice Maciusia nie są bierni i bezradni jak rodzice Karolka. Potrafią ukarać synka. Mama zatrudnia nawet Namolną Nianię, bo ze względu na pracę nie może sobie pozwolić na czynność wobec potomka. Namolna Niania to kolejny wróg ze świata dorosłych – zwłaszcza że planuje utemperować dziecko i zachowuje się z punktu widzenia kilkulatka mocno podejrzanie. Okropny Maciuś musi wypracować odpowiednią strategię działania, by pozbyć się Namolnej Niani lub przekonać ją, że jest naprawdę okropny. Jednak zwycięstwo coraz bardziej się oddala…

Choć porównania między obiema autorkami są nieuniknione, a Strękowska-Zaremba na szczęście przyznaje się do inspiracji Karolkiem, realizuje swój tekst z większym rozmachem. Nie chodzi tu o objętość czy sposób prowadzenia narracji, chociaż książka jest rzeczywiście minipowieścią a nie rozbudowanym opowiadaniem – i zawiera całą serię przygód, a o kreatywność w wymyślaniu wydarzeń. Tutaj zabawy w zerówce nie polegają tylko na przedrzeźnianiu się i wymyślaniu złośliwości, a przynoszą rozbudowane gry, na przykład w ukrywanie się (także w stroju koleżanki). Dzieci kłócą się wprawdzie i krytykują nawzajem, ale mają też sporo atrakcyjnych zajęć. Wizerunek Maciusia pirata poprawia też jego zachowanie w stosunku do malutkiej siostrzyczki Michasi, która bez przerwy chce buzi od swojego okropnego brata. Namolna Niania nie przypomina zarozumiałych superniań – wrogów nazbyt żywych dzieci. A rodzice nie załamują rąk nad potomkiem, za to znajdują sposoby na wygrywanie z nim walk. W tomie – pierwszym z cyklu – „Okropny Maciuś i Namolna Niania” dzieje się bardzo dużo, a akcja rozwija się w nieprzewidzianych przez maluchy kierunkach, często zaskakuje i dostarcza rozrywki.

Okropny Maciuś nie jest z gruntu zły, ale ponieważ chce być szefem piratów, nie może sobie pozwolić na bycie grzecznym. To element jego kreacji, narzucony niemal pomysł na istnienie. Ale dzięki temu przygody Maciusia dają się odczytywać przez pryzmat zabawy i wpływu wyobraźni na rozwój malucha. Okropny Maciuś prawie nigdy nie wychodzi z roli, a to oznacza, że może przenosić elementy zrodzone z fantazji na codzienność.

W narracji Strękowska-Zaremba także nawiązuje do stylu Simon, zwłaszcza w powiązaniu cech i zachowań bohaterów z ich imionami. Wybiera proste zdania, żeby kilkulatki nie miały problemów z samodzielnym czytaniem (w końcu zakazany owoc smakuje najlepiej). Tworzy krótkie rozdziały, powiązane pirackimi marzeniami Maciusia: to nie pojedyncze przygody, ale cała opowieść o doświadczeniach chłopca, który ze względu na swoje pomysły często wpada w niegroźne tarapaty. Autorka rzeczywiście boje na głowę oryginał – przede wszystkim dlatego, że poza uwodzącym dzieci pomysłem, potrafi też bezbłędnie opowiadać o świecie swojego bohatera. Francesca Simon mogłaby się uczyć od Strękowskiej-Zaremby przedstawiania akcji, która w równym stopniu czerpie z codzienności co z wyobraźni.

środa, 25 kwietnia 2012

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia

W.A.B., Warszawa 2012.

Śledztwo przed egzaminem

Zadania dla małoletnich detektywów znaleźć można niemal na każdym kroku i… w najmniej sprzyjających okolicznościach. Teoś Kefirek dobrze o tym wie: powinien przygotowywać się do testu szóstoklasisty: w końcu został tylko tydzień do tego wielkiego sprawdzianu. Wbrew zaleceniom rodziców, a i wbrew zdrowemu rozsądkowi, młody bohater musi zająć się tajemnicą domu księżnej Elżbiety. Prawie dziewięćdziesięcioletnia staruszka nieoczekiwanie wyjechała do sanatorium, a w tym czasie ktoś zainstalował u niej na dachu antenę satelitarną, mimo że – jak wiedzą dzielni detektywi – kobieta nie ma nawet telewizora. Tymczasem na horyzoncie pojawia się australijski prawnuczek pani Elżbiety – według Teosia i jego przyjaciół to oszust, który chce wyłudzić majątek bezradnej damy. Chłopcy nie mogą przyglądać się bezczynnie tak jawnej niesprawiedliwości, zaczyna pracować ich wyobraźnia, karmiona kryminalnymi historiami. Poza tym są jeszcze Młodsi – sześcioletni bracia detektywów, wciąż wpadający w nowe tarapaty. Rezolutni Młodsi zapewniają Teosiowi i Dominikowi stale nowe zajęcia. Dzieci realizują nawet najbardziej oryginalne pomysły, z porwaniem kolegi włącznie. I tak z przygodami detektywa Kefirka nie sposób się nudzić.

Małgorzata Strękowska-Zaremba czerpie z tradycji literatury czwartej drugiej połowy XX wieku, chociaż śledztwom prowadzonym przez nastoletnich amatorów nadaje trochę mniejsze znaczenie niż w dawnych powieściach. Tu bohaterowie nie muszą poszukiwać wzoru do naśladowania, bo poradzą sobie sami – dzięki własnej przyjaźni a także informacjom z internetu. Poza tym nie ma potrzeby angażowania policji, dzieci mogą całkowicie przypisywać sobie zasługi po rozwiązaniu zagadki. Mniejsze jest więc również i zagrożenie – to nie znaczy, że odbiorcy będą mieli zredukowaną przyjemność z lektury. Autorka dba bowiem o to, by w jej książce cały czas coś się działo: jeśli nie w związku ze sprawą kryminalną i testamentem księżnej Elżbiety, to z kwestią wyrzucania śmieci do lasu. A gdy to nie wystarcza – rozrywkę zapewniają pomysły Młodszych czy przerabiane na dziecięcą modłę zachowania charakterystyczne dla bohaterów kryminałów. Strękowska-Zaremba nie zapomina nawet o wprowadzaniu dalszoplanowych a barwnych postaci (redaktorka szkolnej gazetki), by jeszcze bardziej wzbogacić powieść.

Najbardziej liczy się tu śledztwo. Bohaterowie nie są mistrzami dedukcji, wiele rzeczy muszą sprawdzić, zobaczyć czy osobiście przetestować. A skoro nikt nie traktuje ich poważnie – z uwagi na młody wiek – muszą czasem podążać śladami przestępców i włamywać się do zamkniętych pomieszczeń. Emocji nie zabraknie. Nie zabraknie też dowcipu: fakt, że nie mamy do czynienia z superbohaterami a przeciętnymi nastolatkami bardzo upraszcza zadanie. W książce znajdzie się sporo zabawnych scen i sytuacji wywołujących uśmiech, łatwiej też będzie odbiorcom identyfikować się z postaciami. W końcu praca detektywa nie może być lekka i prosta.

Opowieść prowadzi Teoś Kefirek, świadomy swoich ograniczeń i czekających go zadań. Teoś trafi do odbiorców – bo jest taki sam jak oni, nie wyróżnia się spośród innych nastolatków. Uwielbia powiedzenie „obłęd w ciapki”, które w zależności od potrzeb i zawartości emocji modyfikuje – udało się Strękowskiej-Zarembie to, na czym poległo już wielu twórców nie tylko literatury czwartej – uporczywie powtarzany zwrot nie razi i nie męczy, za to rytmizuje relację.

Sukces tomu „Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia” polega na odpowiednim wyważeniu proporcji między składnikami – kryminałem, przygodą i humorem. To dzięki nim autorka może zaproponować dzieciom niejednowymiarową i wartościową historię – i zachęcić czytelników do śledzenia całej serii o detektywie Kefirku. Zwłaszcza że na kartach książki kryje się również zadanie dla uważnych odbiorców, a na rozwiązanie zagadki trzeba będzie poczekać do następnego tomu. Do czytania zachęcają też młodzieżowe w duchu ilustracje Olgi Reszelskiej.