Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
W świecie komiksu
Papcio Chmiel przedstawił swoje losy od czasów powojennych do współczesności w drugiej czięści autobiografii. "Żywot człeka zmałpionego" to książka, w której Tytus dość często wtrąca się jako komentator i ten, kto ma całkiem sporo do powiedzenia. Zamienia się w zgryźliwego krytyka i puszcza oko do odbiorców, żeby zatrzymać ich przy opowieści. Im bardziej narzeka Tytus, tym ciekawiej narrację prowadzi Papcio Chmiel - który tym razem skupia się nie na życiu rodzinnym, a na samej pracy. Zależy mu zwłaszcza na tym, żeby przedstawić kulisy powstawania serii Tytus, Romek i A'Tomek. Najpierw uświadamia czytelnikom, jak wyglądały początki komiksu i dlaczego coraz trudniej było odpowiadać na wymagania stawiane przez wydawnictwo. Przytacza autor swoją korespondencję z nadgorliwymi redaktorami pragnącymi w tekście dla dzieci widzieć coraz więcej wątków edukacyjnych i poprawnych pod kątem ideologicznym (i własne wyjaśnienia dotyczące rozrywki - przydałaby się taka lekcja dzisiejszym wydawcom poszukującym na siłę wartości tam, gdzie dzieci chciałyby widzieć dowcipy). Sporo miejsca zajmują listy od fanów - przedruki korespondencji od młodych czytelników zafascynowanych postaciami Tytusa, Romka i A'Tomka, czasem powiązane z anegdotami od samego autora. Papcio Chmiel przedstawia nawet motyw walki o honorarium za komiksy - uświadamia zatem odbiorcom, że nie wszystko rozgrywało się idealnie dla niego i nie zawsze kultowa dzisiaj seria przynosiła wytchnienie.
W "Żywocie człeka zmałpionego" są komentarze dotyczące technicznych komplikacji: problemów ze zdobywaniem materiałów niezbędnych do tworzenia, czasami też - z gromadzeniem pomysłów. Papcio Chmiel opowiada, jak tworzył scenariusze do spotkań autorskich, ale też - jak zaczynał w zawodzie rysownika. Przedstawia wizję daleką od ideału, ale jest w stanie wyjaśnić poszczególne zachowania i dylematy w sposób zrozumiały dla dzisiejszych odbiorców. Wie doskonale, że po Tytusa, Romka i A'Tomka sięgają kolejne pokolenia. Odnosi się także do produkcji filmowej na podstawie komiksów (a właściwie - bardzo obok niej), komentuje zawód wiążący się z decyzjami twórczymi. W ogóle rezygnuje z opowiadania o swoich bliskich, wykorzystuje niemal wyłącznie kwestie związane z pracą (i zabawą w tworzenie komiksu). Od czasu do czasu okrasza opowieść drobną anegdotą, ale nie ma ich w zanadrzu zbyt wiele, dość gorzko pobrzmiewają kolejne rozczarowania i powody starć ze zwierzchnikami. "Żywot człeka zmałpionego" to na pewno nie opowieść lekka - Papcio Chmiel mierzy się tutaj z trudną przeszłością i czyni to w taki sposób, żeby i odbiorcom uświadomić szereg problemów nawet dla uznanego już autora.
Do autobiograficznej opowieści dokłada autor mnóstwo ilustracji. Nie zabraknie wstawek komiksowych, ale też zdjęć z domowego archiwum czy wycinków prasowych. To wszystko pozwala przenieść się w świat utrwalony przez Papcia Chmiela i stanowi przypis do komiksów o Tytusie de Zoo. Cieszyć może fakt, że udało się dokończyć tę autobiografię - przeprowadzić czytelników przez meandry tworzenia i przez zjawiska utrudniające korzystanie z wyobraźni w wymiarze literackim.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk J. Chmielewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk J. Chmielewski. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 lipca 2021
środa, 16 listopada 2016
Papcio Chmiel: Tytus, Romek i A'Tomek poznają historię hymnu Polski z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
W rytmie
Papcio Chmiel działa prężnie nie tylko w obszarze rozrywki: dba też o edukację swoich odbiorców i wpisuje się w tematy, które pomagają uzupełniać podręcznikową wiedzę. Wykorzystuje fakt, że Tytusa de Zoo oraz Romka i A’Tomka kochają czytelnicy różnych pokoleń – nie musi więc tak naprawdę zastanawiać się nad targetem. Wśród fanów nowego albumu znaleźć się mogą najmłodsi i najstarsi – ci pierwsi otrzymają solidną dawkę wiedzy z historii, wzbogaconą humorem, który ułatwia zapamiętywanie. Ci drudzy docenią przede wszystkim intertekstualne zabawy i operowanie światem bajkowym – wyobraźniowym – na równi z rzeczywistością Polski. A ponieważ bohaterowie posiadają „aparacik”, który umożliwia przenoszenie się w czasie, Papcio Chmiel może zajrzeć do różnych punktów przeszłości bez obaw o nierealną konstrukcję książki.
Tym razem komiks zamienia się w album. Duży format książki, twarde okładki i grube kredowe kartki zapewniają wagę odpowiadającą wadze tematu. Żeby jeszcze wzmocnić wrażenie ekskluzywności – przeciwnego bieguna dla zwykłych popularnych zeszytów komiksowych – kartki zadrukowane są jednostronnie (i poziomo – to rozwiązanie może i utrudni nieco klasyczną lekturę, ale bardzo tu pasuje, przypomina bowiem oglądanie edukacyjnych plansz lub pojedynczych historii z równoległymi narracjami). To wszystko stanowi grunt do opowieści o hymnie Polski – z włączonymi w relację sławnymi bohaterami z kompletnie innej przestrzeni. Tytus, Romek i A’Tomek śledzą kolejne fakty, komentują je lub uczestniczą w akcji, ale – dość nietypowo.
Opowieść prezentowana jest na dwa sposoby, obrazkowo i słownie. Centrum strony zajmuje jeden duży kadr przedstawiający określony motyw, moment historyczny lub dążenie do zmiany. Tu pojawiają się bohaterowie znani z przeszłości, wymieniani w podręcznikach i obecni w zbiorowej świadomości. Papcio Chmiel przygląda się im w jednej krótkiej chwili, bywa, że posiłkuje się czytelnym cytatem, ale czasami po prostu nawiązuje do tego, co za moment się zdarzy – pamięta, że jego odbiorcy przeważnie są już zbrojni w wiadomości z lekcji historii lub bez trudu do faktów dotrą. Korzysta zatem ze wspólnego kontekstu historyczno-kulturowego. Do postaci żyjących naprawdę dołącza przedstawicieli rzeczywistości bajkowej, bohaterów, których sam powołał do istnienia (i którzy prawem czytelników funkcjonują właściwie jak prawdziwi, bo przecież istota tak wyrazista jak Tytus de Zoo nie może być jedynie wytworem wyobraźni!). Tytus, Romek i A’Tomek wchodzą w dialogi z postaciami historycznymi, żartują sobie z nimi i nawet… próbują swoich sił w pisaniu kolejnych zwrotek hymnu – bo to o genezę i znaczenie Mazurka Dąbrowskiego w tomie chodzi. Czytelnicy dostaną więc przegląd wyjaśnień, Papcio Chmiel nie zamienia się jednak w mentora, uczy po swojemu, czyli – ze śmiechem. Sympatia do bohaterów przekłada się na drobne absurdy i przekomarzanki, coś w sam raz dla fanów. Do tego autor prowadzi drugą, bardziej szczegółową i też bardziej linearną narrację w tekście na marginesie. Tu żartuje sobie z odautorskich pomysłów (żeby zwłaszcza młodym czytelnikom łatwiej było oddzielić fikcję od prawdy), wysuwa przypuszczenia co do intencji Papcia Chmiela i komentuje postawy Tytusa, jeszcze bardziej utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że ta postać istnieje. W wykonaniu Papcia Chmiela galopada przez historię okazuje się nader wdzięczna, przesycona ironią i w pełni wykorzystująca komiczny potencjał. A może autor doprowadzi do tego, że każdy odbiorca przypomni sobie – i wbije w pamięć – nie jedną, a cztery zwrotki hymnu narodowego. Pomysł na taką edukację dobrze się sprawdza. Album historyczny pozwoli inaczej spojrzeć na (nie)zwyczajne wydarzenia.
W rytmie
Papcio Chmiel działa prężnie nie tylko w obszarze rozrywki: dba też o edukację swoich odbiorców i wpisuje się w tematy, które pomagają uzupełniać podręcznikową wiedzę. Wykorzystuje fakt, że Tytusa de Zoo oraz Romka i A’Tomka kochają czytelnicy różnych pokoleń – nie musi więc tak naprawdę zastanawiać się nad targetem. Wśród fanów nowego albumu znaleźć się mogą najmłodsi i najstarsi – ci pierwsi otrzymają solidną dawkę wiedzy z historii, wzbogaconą humorem, który ułatwia zapamiętywanie. Ci drudzy docenią przede wszystkim intertekstualne zabawy i operowanie światem bajkowym – wyobraźniowym – na równi z rzeczywistością Polski. A ponieważ bohaterowie posiadają „aparacik”, który umożliwia przenoszenie się w czasie, Papcio Chmiel może zajrzeć do różnych punktów przeszłości bez obaw o nierealną konstrukcję książki.
Tym razem komiks zamienia się w album. Duży format książki, twarde okładki i grube kredowe kartki zapewniają wagę odpowiadającą wadze tematu. Żeby jeszcze wzmocnić wrażenie ekskluzywności – przeciwnego bieguna dla zwykłych popularnych zeszytów komiksowych – kartki zadrukowane są jednostronnie (i poziomo – to rozwiązanie może i utrudni nieco klasyczną lekturę, ale bardzo tu pasuje, przypomina bowiem oglądanie edukacyjnych plansz lub pojedynczych historii z równoległymi narracjami). To wszystko stanowi grunt do opowieści o hymnie Polski – z włączonymi w relację sławnymi bohaterami z kompletnie innej przestrzeni. Tytus, Romek i A’Tomek śledzą kolejne fakty, komentują je lub uczestniczą w akcji, ale – dość nietypowo.
Opowieść prezentowana jest na dwa sposoby, obrazkowo i słownie. Centrum strony zajmuje jeden duży kadr przedstawiający określony motyw, moment historyczny lub dążenie do zmiany. Tu pojawiają się bohaterowie znani z przeszłości, wymieniani w podręcznikach i obecni w zbiorowej świadomości. Papcio Chmiel przygląda się im w jednej krótkiej chwili, bywa, że posiłkuje się czytelnym cytatem, ale czasami po prostu nawiązuje do tego, co za moment się zdarzy – pamięta, że jego odbiorcy przeważnie są już zbrojni w wiadomości z lekcji historii lub bez trudu do faktów dotrą. Korzysta zatem ze wspólnego kontekstu historyczno-kulturowego. Do postaci żyjących naprawdę dołącza przedstawicieli rzeczywistości bajkowej, bohaterów, których sam powołał do istnienia (i którzy prawem czytelników funkcjonują właściwie jak prawdziwi, bo przecież istota tak wyrazista jak Tytus de Zoo nie może być jedynie wytworem wyobraźni!). Tytus, Romek i A’Tomek wchodzą w dialogi z postaciami historycznymi, żartują sobie z nimi i nawet… próbują swoich sił w pisaniu kolejnych zwrotek hymnu – bo to o genezę i znaczenie Mazurka Dąbrowskiego w tomie chodzi. Czytelnicy dostaną więc przegląd wyjaśnień, Papcio Chmiel nie zamienia się jednak w mentora, uczy po swojemu, czyli – ze śmiechem. Sympatia do bohaterów przekłada się na drobne absurdy i przekomarzanki, coś w sam raz dla fanów. Do tego autor prowadzi drugą, bardziej szczegółową i też bardziej linearną narrację w tekście na marginesie. Tu żartuje sobie z odautorskich pomysłów (żeby zwłaszcza młodym czytelnikom łatwiej było oddzielić fikcję od prawdy), wysuwa przypuszczenia co do intencji Papcia Chmiela i komentuje postawy Tytusa, jeszcze bardziej utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że ta postać istnieje. W wykonaniu Papcia Chmiela galopada przez historię okazuje się nader wdzięczna, przesycona ironią i w pełni wykorzystująca komiczny potencjał. A może autor doprowadzi do tego, że każdy odbiorca przypomni sobie – i wbije w pamięć – nie jedną, a cztery zwrotki hymnu narodowego. Pomysł na taką edukację dobrze się sprawdza. Album historyczny pozwoli inaczej spojrzeć na (nie)zwyczajne wydarzenia.
niedziela, 31 maja 2015
Henryk J. Chmielewski: Elemelementarz
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Litery
Papcio Chmiel wykorzystuje motyw elementarza do stworzenia kolejnego dowcipnego komiksu o Tytusie, Romku i A’Tomku – jego „Elemelementarz” kierowany do analfabetów najmłodszemu pokoleniu przypomni o sztuce pisania – starszych zabiera w sentymentalną podróż. Umiejętność czytania bardzo się przyda, także do odkrywania rozmaitych intertekstualnych i ironicznych zabaw autora. Henryk Jerzy Chmielewski bawi – a przy okazji przemyca sporo wiadomości z dziedziny kaligrafii. Kiedy jego książka się znudzi (w oficjalnej wersji – kiedy wszystkie nauki z niej zostaną już wykorzystane), należy przekazać ją młodszemu analfabecie. Takie traktowanie odbiorców zapewnia humor i ironię.
Tym razem uczłowieczanie Tytusa polega na walce z jego analfabetyzmem, co bardzo popiera Szympsia, żona pięćdziesięciosiedmioletniego pierwszoklasisty. Ale na naukę nigdy nie jest za późno. Tytus raźno przystępuje do pracy. Dowiaduje się, czym charakteryzują się litery i czym różnią się angielski i polski alfabet. Kiedy już bohater pozna litery na tyle, by móc czytać komiksy Papcia Chmiela, dowie się czegoś o przyborach piśmienniczych czy o kształtach (litery pisane, drukowane, czcionka szeryfowa). Do tego dochodzą lekcje ze znakami diakrytycznymi czy różnice między głoskami. Ważna jest i ortografia, na którą Papcio Chmiel ma swoje sposoby. Do nauki alfabetu zaprzęga nawet postacie historyczne – zupełnie jakby Tytusa trzeba było specjalnie przekonywać do zgłębiania wiedzy. A’Tomek i Romek przebywają zawsze w pobliżu, jeden służy dobrymi radami (i świeci przykładem), drugi nie rezygnuje z rozmaitych uszczypliwości. Tytus cierpliwie chłonie mądrości, także od samego Papcia Chmiela, który przypomina o sztuce kaligrafii. Co pewien czas w komiksie powracają wynalazki autora w postaci rzeczywistych projektów, zrealizowanych przez fanów. To dowód, jak daleki zasięg mają te komiksy.
Papcio Chmiel stawia na śmiech. Momentami wydaje się, że w „Elemelementarzu” panuje chaos porządkowany od czasu do czasu tematem wiodącym. Każdy z bohaterów ma inne skojarzenia, każdy wyrywa się ze swoją puentą, nie zważając na tempo całej książki. Z piętrowych komentarzy autor buduje rozrywkową atmosferę – przy takim opracowaniu może sobie pozwalać na dowolne porcjowanie wiadomości i częstowanie nimi czytelników – którzy przecież otrzymują lekcję daleko wykraczającą poza założenie likwidowania analfabetyzmu. Ale nikt nie ma wątpliwości, że to po prostu zgrabnie i złośliwie zaakcentowany motyw przewodni, niecodzienny, więc i oryginalny. Z drugiej strony Chmielewski może sygnalizować upadającą kulturę pisma: w czasach, gdy wygodniej jest tworzyć teksty od razu na komputerze. Tu autor przywraca sztuce pisania rangę, budzi zainteresowanie dawnymi przyborami piśmienniczymi i graficznymi efektami ich używania. Momentami rzeczywiście Papcio Chmiel nawet rozrysowuje kierunki stawiania kresek w literach, bohaterowie piszą też patyczkami lub kamykami – to temat ważny, kiedy po książkę sięgną dzieci. „Elemelementarz” składa się z szeregu dowcipnych skojarzeń. Chmielewski zastanawia się, co by mogło wyniknąć ze zlikwidowania dwuznaków, ironizuje na temat producentów leków i zangielszczania słownictwa. Niemal każdy temat wydaje się dla autora niewyczerpanym źródłem żartów, autoironia sprawdza się tu tak samo dobrze jak satyra. Bohaterowie wprowadzają do użytku bezmyślnik i stosują rozmaite ułatwiacze (poza niedozwolonymi komputerami). Najdziwniejsze jest to, że mimo karnawału dowcipów, udaje się Papciowi Chmielowi wprowadzić do książki również szereg prawdziwych i wartych zastosowania wskazówek. Odbiorcy na różnych poziomach zaawansowania mogą znaleźć tu coś dla siebie w obrębie kaligraficznych podpowiedzi. „Elemelementarz” to gra z czytelnikami, ale i dobra zabawa samego autora. Chętny naukom wszelakim Tytus nie robi z siebie pośmiewiska, więc całość nie nabiera tonów szyderczych. Papcio Chmiel uwielbia humor dobroduszny i poczciwy – co dla nikogo nie będzie zaskoczeniem. „Elemelementarz” stanowi szansę na poszerzenie kręgu czytelników i przywraca do łask ciekawostki związane z kaligrafią czy grafologią. Ten komiks to zabawka – pouczająca przy okazji.
Litery
Papcio Chmiel wykorzystuje motyw elementarza do stworzenia kolejnego dowcipnego komiksu o Tytusie, Romku i A’Tomku – jego „Elemelementarz” kierowany do analfabetów najmłodszemu pokoleniu przypomni o sztuce pisania – starszych zabiera w sentymentalną podróż. Umiejętność czytania bardzo się przyda, także do odkrywania rozmaitych intertekstualnych i ironicznych zabaw autora. Henryk Jerzy Chmielewski bawi – a przy okazji przemyca sporo wiadomości z dziedziny kaligrafii. Kiedy jego książka się znudzi (w oficjalnej wersji – kiedy wszystkie nauki z niej zostaną już wykorzystane), należy przekazać ją młodszemu analfabecie. Takie traktowanie odbiorców zapewnia humor i ironię.
Tym razem uczłowieczanie Tytusa polega na walce z jego analfabetyzmem, co bardzo popiera Szympsia, żona pięćdziesięciosiedmioletniego pierwszoklasisty. Ale na naukę nigdy nie jest za późno. Tytus raźno przystępuje do pracy. Dowiaduje się, czym charakteryzują się litery i czym różnią się angielski i polski alfabet. Kiedy już bohater pozna litery na tyle, by móc czytać komiksy Papcia Chmiela, dowie się czegoś o przyborach piśmienniczych czy o kształtach (litery pisane, drukowane, czcionka szeryfowa). Do tego dochodzą lekcje ze znakami diakrytycznymi czy różnice między głoskami. Ważna jest i ortografia, na którą Papcio Chmiel ma swoje sposoby. Do nauki alfabetu zaprzęga nawet postacie historyczne – zupełnie jakby Tytusa trzeba było specjalnie przekonywać do zgłębiania wiedzy. A’Tomek i Romek przebywają zawsze w pobliżu, jeden służy dobrymi radami (i świeci przykładem), drugi nie rezygnuje z rozmaitych uszczypliwości. Tytus cierpliwie chłonie mądrości, także od samego Papcia Chmiela, który przypomina o sztuce kaligrafii. Co pewien czas w komiksie powracają wynalazki autora w postaci rzeczywistych projektów, zrealizowanych przez fanów. To dowód, jak daleki zasięg mają te komiksy.
Papcio Chmiel stawia na śmiech. Momentami wydaje się, że w „Elemelementarzu” panuje chaos porządkowany od czasu do czasu tematem wiodącym. Każdy z bohaterów ma inne skojarzenia, każdy wyrywa się ze swoją puentą, nie zważając na tempo całej książki. Z piętrowych komentarzy autor buduje rozrywkową atmosferę – przy takim opracowaniu może sobie pozwalać na dowolne porcjowanie wiadomości i częstowanie nimi czytelników – którzy przecież otrzymują lekcję daleko wykraczającą poza założenie likwidowania analfabetyzmu. Ale nikt nie ma wątpliwości, że to po prostu zgrabnie i złośliwie zaakcentowany motyw przewodni, niecodzienny, więc i oryginalny. Z drugiej strony Chmielewski może sygnalizować upadającą kulturę pisma: w czasach, gdy wygodniej jest tworzyć teksty od razu na komputerze. Tu autor przywraca sztuce pisania rangę, budzi zainteresowanie dawnymi przyborami piśmienniczymi i graficznymi efektami ich używania. Momentami rzeczywiście Papcio Chmiel nawet rozrysowuje kierunki stawiania kresek w literach, bohaterowie piszą też patyczkami lub kamykami – to temat ważny, kiedy po książkę sięgną dzieci. „Elemelementarz” składa się z szeregu dowcipnych skojarzeń. Chmielewski zastanawia się, co by mogło wyniknąć ze zlikwidowania dwuznaków, ironizuje na temat producentów leków i zangielszczania słownictwa. Niemal każdy temat wydaje się dla autora niewyczerpanym źródłem żartów, autoironia sprawdza się tu tak samo dobrze jak satyra. Bohaterowie wprowadzają do użytku bezmyślnik i stosują rozmaite ułatwiacze (poza niedozwolonymi komputerami). Najdziwniejsze jest to, że mimo karnawału dowcipów, udaje się Papciowi Chmielowi wprowadzić do książki również szereg prawdziwych i wartych zastosowania wskazówek. Odbiorcy na różnych poziomach zaawansowania mogą znaleźć tu coś dla siebie w obrębie kaligraficznych podpowiedzi. „Elemelementarz” to gra z czytelnikami, ale i dobra zabawa samego autora. Chętny naukom wszelakim Tytus nie robi z siebie pośmiewiska, więc całość nie nabiera tonów szyderczych. Papcio Chmiel uwielbia humor dobroduszny i poczciwy – co dla nikogo nie będzie zaskoczeniem. „Elemelementarz” stanowi szansę na poszerzenie kręgu czytelników i przywraca do łask ciekawostki związane z kaligrafią czy grafologią. Ten komiks to zabawka – pouczająca przy okazji.
piątek, 3 stycznia 2014
Papcio Chmiel (Henryk J. Chmielewski): Tarabanie w Barbakanie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Wspomnienia rysownika
Kiedy śledzi się fabuły zakorzenione w rzeczywistości, zwykle pojawia się pytanie o echa autobiograficznych doświadczeń twórcy. Część wątpliwości rozwiewa Papcio Chmiel w poszerzonej wersji tomu „Urodziłem się w Barbakanie”, czyli w publikacji „Tarabanie w Barbakanie”. To gratka dla fanów komiksu o Tytusie, Romku i A’Tomku, bo część zapożyczeń z własnej codzienności autor specjalnie dla czytelników rozszyfrowuje, przytaczając do tego odpowiednie fragmenty rysunkowe.
„Tarabanie w Barbakanie” nie rozpoczyna się jak klasyczne autobiografie, opisem wczesnego dzieciństwa lub rodziny i przodków, a… historią budynku. Henryk J. Chmielewski bardziej zresztą na początku interesuje się budowlą niż własnym istnieniem – skrupulatnie odnotowuje literackie odwołania do Barbakanu, tłumaczy architekturę i doprowadza do tego, że odbiorcy polubią miejsce, w którym autor w końcu przyjdzie na świat (mimo że właściwego Barbakanu już tam nie będzie, a zrekonstruowanego – nie będzie jeszcze). Nietypowa to autobiografia, i jak Papcio Chmiel chce ją nazywać – „autochichichiczna”, przeznaczona dla rozrywki, która od czasu do czasu przemyci jeszcze odrobinę informacji. Nietypowa także ze względu na ramy czasowe – zaczyna się na długo przed narodzinami autora (Barbakan!), a kończy na drugiej wojnie światowej, odbiorcy otrzymują zatem wycinek życiorysu zwykle sprowadzany do kilku ogólników, a przecież decydujący często o całej późniejszej karierze. W dodatku Papcio Chmiel niespecjalnie zajmuje się poszukiwaniami artystycznymi, znacznie ciekawsze są dla niego wspomnienia pozbawione rysunkowych doświadczeń.
Chmielewski przedstawia świat, który nie istnieje. Odtwarza precyzyjnie swoje zabawy z dzieciństwa, przypomina o szkolnych latach i odnotowuje to wszystko, czego wielkie biografie z pewnością by nie przyjęły. W selekcji materiału nie odpadają tym razem dziecięce ulotne wrażenia ani nieistotne wydarzenia, Papcio Chmiel na nowo staje się rozbrykanym chłopcem i jeszcze raz odkrywa to, co kiedyś było jego codziennością. Szczegółowo opisuje domy i podwórka, odwiedza żydowskie bramy i zagląda na lekcje. Proponuje czytelnikom smakowity przegląd dawnych obyczajów, ocala świat, który zaginął. Opowiada nawet z detalami, jak konstruowało się dziecięce „bomby” – to świetne dopowiedzenie do dawnych lektur przygodowych. W przedstawianiu wojny nie traci Papcio Chmiel pogody dziecka, stara się skupiać na mniej przygnębiających aspektach, nie epatuje grozą, ale też nie zamienia się w wesołka. Czasem odwołuje się do wątków znanych i wielokrotnie opisywanych, lecz zawsze nadaje im indywidualny ton.
Papcio Chmiel jako narrator tej książki to niezrównany gawędziarz, który swoje wspomnienia przedstawia z ogromnym dystansem i w lekko archaicznym stylu. Narracją próbuje nawiązywać do nieprzezroczystych opowieści Kornela Makuszyńskiego, nie boi się ekwilibrystyki słownej i lubi wplatać w tekst poboczne lingwistyczne żarciki. Wciąż dowcipkuje, by nie zostać posądzonym o sentymentalizm czy idealizowanie młodości. Ale „Tarabanie w Barbakanie” to przede wszystkim zatrzymane w kolejnych kadrach dawne zwyczaje, zachowania i postawy. Rysownik utrwala w swojej autobiografii nieznaczące gesty – a to składa się na bardzo barwny obraz przedwojennej Polski. Ty nawet podpisy pod rysunkami czy dokumentami przybierają formę dosyć rozbudowanych anegdotek i dla czytelników będą źródłem dobrej zabawy. Papcio Chmiel w tej książce jawi się jako znakomity portrecista i prześmiewca – a oddalenie czasowe zapewnia odbiorcom swoistą egzotykę.
Wspomnienia rysownika
Kiedy śledzi się fabuły zakorzenione w rzeczywistości, zwykle pojawia się pytanie o echa autobiograficznych doświadczeń twórcy. Część wątpliwości rozwiewa Papcio Chmiel w poszerzonej wersji tomu „Urodziłem się w Barbakanie”, czyli w publikacji „Tarabanie w Barbakanie”. To gratka dla fanów komiksu o Tytusie, Romku i A’Tomku, bo część zapożyczeń z własnej codzienności autor specjalnie dla czytelników rozszyfrowuje, przytaczając do tego odpowiednie fragmenty rysunkowe.
„Tarabanie w Barbakanie” nie rozpoczyna się jak klasyczne autobiografie, opisem wczesnego dzieciństwa lub rodziny i przodków, a… historią budynku. Henryk J. Chmielewski bardziej zresztą na początku interesuje się budowlą niż własnym istnieniem – skrupulatnie odnotowuje literackie odwołania do Barbakanu, tłumaczy architekturę i doprowadza do tego, że odbiorcy polubią miejsce, w którym autor w końcu przyjdzie na świat (mimo że właściwego Barbakanu już tam nie będzie, a zrekonstruowanego – nie będzie jeszcze). Nietypowa to autobiografia, i jak Papcio Chmiel chce ją nazywać – „autochichichiczna”, przeznaczona dla rozrywki, która od czasu do czasu przemyci jeszcze odrobinę informacji. Nietypowa także ze względu na ramy czasowe – zaczyna się na długo przed narodzinami autora (Barbakan!), a kończy na drugiej wojnie światowej, odbiorcy otrzymują zatem wycinek życiorysu zwykle sprowadzany do kilku ogólników, a przecież decydujący często o całej późniejszej karierze. W dodatku Papcio Chmiel niespecjalnie zajmuje się poszukiwaniami artystycznymi, znacznie ciekawsze są dla niego wspomnienia pozbawione rysunkowych doświadczeń.
Chmielewski przedstawia świat, który nie istnieje. Odtwarza precyzyjnie swoje zabawy z dzieciństwa, przypomina o szkolnych latach i odnotowuje to wszystko, czego wielkie biografie z pewnością by nie przyjęły. W selekcji materiału nie odpadają tym razem dziecięce ulotne wrażenia ani nieistotne wydarzenia, Papcio Chmiel na nowo staje się rozbrykanym chłopcem i jeszcze raz odkrywa to, co kiedyś było jego codziennością. Szczegółowo opisuje domy i podwórka, odwiedza żydowskie bramy i zagląda na lekcje. Proponuje czytelnikom smakowity przegląd dawnych obyczajów, ocala świat, który zaginął. Opowiada nawet z detalami, jak konstruowało się dziecięce „bomby” – to świetne dopowiedzenie do dawnych lektur przygodowych. W przedstawianiu wojny nie traci Papcio Chmiel pogody dziecka, stara się skupiać na mniej przygnębiających aspektach, nie epatuje grozą, ale też nie zamienia się w wesołka. Czasem odwołuje się do wątków znanych i wielokrotnie opisywanych, lecz zawsze nadaje im indywidualny ton.
Papcio Chmiel jako narrator tej książki to niezrównany gawędziarz, który swoje wspomnienia przedstawia z ogromnym dystansem i w lekko archaicznym stylu. Narracją próbuje nawiązywać do nieprzezroczystych opowieści Kornela Makuszyńskiego, nie boi się ekwilibrystyki słownej i lubi wplatać w tekst poboczne lingwistyczne żarciki. Wciąż dowcipkuje, by nie zostać posądzonym o sentymentalizm czy idealizowanie młodości. Ale „Tarabanie w Barbakanie” to przede wszystkim zatrzymane w kolejnych kadrach dawne zwyczaje, zachowania i postawy. Rysownik utrwala w swojej autobiografii nieznaczące gesty – a to składa się na bardzo barwny obraz przedwojennej Polski. Ty nawet podpisy pod rysunkami czy dokumentami przybierają formę dosyć rozbudowanych anegdotek i dla czytelników będą źródłem dobrej zabawy. Papcio Chmiel w tej książce jawi się jako znakomity portrecista i prześmiewca – a oddalenie czasowe zapewnia odbiorcom swoistą egzotykę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






