Rebis, Poznań 2016.
Utrudnienia
Nina Majewska-Brown w pierwszym tomie przygód Niny poddała czytelniczki prawdziwej próbie nerwów, łamiąc wszelkie zasady tworzenia powieści obyczajowych. Teraz, w „Jak się nie zakochać”, czyli trzeciej opowieści w cyklu, jest już bardziej doświadczona i nie musi uciekać się do przełamywania schematów gatunkowych. Zapewnia wciąż odpoczynek od przewidywalnych narracji i typowo kobiecych fabuł, ale robi to z pomysłem i dość drapieżnie. Chociaż Bartka, męża Niny, od dawna już nie ma, pani Ola, teściowa jak przejęta z dowcipów zatruwa bohaterce życie na każdym kroku. Nina boryka się z problemami w restauracji, musi też znaleźć alternatywę dla opiekunki (która zamierza podjąć dowolne studia). Przy codziennych zmartwieniach, do których dochodzi niespodziewana choroba teścia, Nina nie ma już czasu na przejmowanie się natrętnym wielbicielem i bezdusznymi przepisami w tej kwestii. A najmniej czasu i ochoty miałaby na kolejną miłość, stąd zresztą tytuł „Jak się nie zakochać”. Wokół rozkwitają romanse – lub ich przeciwieństwa. Zośka, siostra Niny, wychodzi za mąż za dużo starszego mężczyznę i trudno pozbyć się wrażenia, że poślubia po prostu wielkie pieniądze, przyjaciółka Niny z kolei rozstaje się ze swoim partnerem. Zawirowań, czy to zawodowych, czy też – obyczajowych – będzie tu coraz więcej. Tym razem jednak Nina Majewska-Brown dużo bardziej świadomie buduje napięcie w powieści. Nie trzeba znać poprzednich tomów, bo zawiłości fabularne w pewnym momencie bardzo zgrabnie się wyjaśnią – a uczucia bohaterki staną się zrozumiałe dla wszystkich. Wydawałoby się, że po pierwszym szoku w „Wakacjach” nie wymyśli autorka już nic mocniejszego – a jednak.
W „Jak się nie zakochać”, przynajmniej do pewnego momentu, akcja toczy się z dnia na dzień, jakby bez żadnych narzucanych odgórnie planów – mimo to jest szalenie intensywna i przesycona emocjami. Bohaterka nie ma ani chwili na wytchnienie, a w konsekwencji także i na przejmowanie się kolejnymi nieszczęściami – nie może ich długo rozpamiętywać, powinna za to znajdować dla siebie rady na bieżąco, żeby nie zginąć pod naporem wyzwań. To rozwiązanie po raz kolejny się sprawdza, Nina Majewska-Brown zapewnia tym samym rozbudowaną lekturę odrzucającą literackie koleiny. Ta autorka zresztą ucieka od konwencjonalnych tematów, stara się zastępować płytkie historyjki prawdziwie szarpiącymi nerwy relacjami – a do tego nie rezygnuje ani na moment z rozrywkowości. Po prostu poszerza granice gatunku, uzupełnia o zdobycze z innych rodzajów narracji i świetnie się tym bawi. Udowadniając na początku cyklu, że jest nieobliczalna, zapewnia sobie uwagę czytelniczek na bardzo długo. „Jak się nie zakochać” to popis twórczych możliwości tej autorki, przedstawienie opowieści gęstej od obyczajowych wydarzeń, ale i społecznych lęków. W końcu dochodzą tu do głosu zagrożenia świata współczesnego, tematy, które wstrząsają opinią publiczną. W wymiarze mikro, a przecież nie da się ich zignorować. Majewska-Brown może przekonać do siebie odbiorczynie nie tylko oryginalnością, ale i samym sposobem kreowania świata Niny.
U tej autorki rzeczy oczywiste właściwie się nie zdarzają – a jeśli już, to jako ukoronowanie długiego łańcucha wydarzeń. Ta autorka wie, jak przekonywać do swojej rzeczywistości – i wie też, że czytelniczki potrzebują trochę wstrząsów, bo sama stabilizacja jest po prostu nijaka. Wprawdzie czasami postacie z książki zachowują się inaczej niż nakazywałby zdrowy rozsądek, ale to tylko potęguje urok przedziwnej narracji. Przez długi czas Nina Majewska-Brown nie ukoi, a jednak dostarczanie relaksu i rozrywki wychodzi jej nadzwyczaj dobrze. Do takich historii sięga się po kilka razy, żeby w pełni przeżyć wszystkie poboczne wątki składające się na trudną egzystencję postaci. Sprawnie ta książka została napisana, nie można jej też odmówić siły oddziaływania, o czym szybko przekonają się nie tylko fanki serii.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 18 lipca 2016
Piłka nożna
Wilga, Warszawa 2016.
Na boisku
Seria Pierwsza encyklopedia zapoznaje najmłodszych z podstawowymi terminami, zjawiskami czy miejscami zupełnie inaczej niż klasyczne encyklopedie. To tomiki wprawdzie pozbawione fabułek i skoncentrowane na przekazywaniu informacji, ale też bogato ilustrowane i interesujące z perspektywy malucha. Tomik „Piłka nożna” to szereg wiadomości, które dziecko najczęściej usłyszeć może od ojca (lub komentatora sportowego z telewizji, chociaż ci przecież nie trudzą się objaśnianiem podstaw), a także później trenera i nauczyciela w szkole. Chodzi jednak o to, by informacje przyswajać we własnym rytmie i mieć gdzie sprawdzać zasłyszane sformułowania, a także, w razie potrzeby, regularnie sięgać.
Książka składa się z kilku tematycznych działów. Aurélie Sarrazin najpierw wprowadza podstawy: jak wygląda trening i strój piłkarza, co robi się w szatni, kto może grać w piłkę nożną. Potem przechodzi do przeglądu zadań na boisku (i tłumaczy, dlaczego ważne jest słuchanie trenera), odnosi się też do pojęć z zakresu tego sportu: wyjaśnia, na czym polega spalony i co to jest drybling. Zaczyna mecz, żeby zaprezentować sędziego, temat kartek, fauli czy… przerwy. Dzieci dowiedzą się też czegoś o rodzajach rozgrywek (w tym i o rozgrywkach ligowych w Polsce).
Każda rozkładówka ma kilka charakterystycznych punktów. Krótkie zdanie pełni funkcję informacyjną i wprowadza w temat. Nadrzędną rolę odgrywa wielkoformatowy rysunek z mnóstwem małych ludzików (i mnogością przestrzeni), każdy zajęty jest innym zadaniem. Zamiast klasycznej narracji pojawiają się tu i ówdzie podpisy (które też zwracają uwagę na wybrane aspekty lub po prostu nakreślają ich istnienie) – czasowniki i wyrażenia z czasownikami dodatkowo są graficznie zaznaczane, żeby przy okazji uczyć dzieci części mowy. Definicjami są wobec tego same ilustracje, a dzieci mogą wysuwać z nich potrzebne wnioski – lub po prostu przyglądać się działaniom postaci. Margines to miejsce na dodatkowe komentarze i rozwiewanie wątpliwości dzieci (czy musisz brać prysznic po treningu, czy obrońcy potrafią strzelać gole itp.): tu kilka małych obrazków rozdziela akapity objaśnieniami.
Przejście na ilustrowane wyjaśnienia ma sporo zalet (dużo łatwiej pokazać różne techniki dryblingu niż je opisywać, podobnie jest z sygnalizacją sędziego liniowego). Na rysunkach piłkarze są przedstawiani dość zabawnie i nieschematycznie, mają różnokolorowe stroje (nieprzypadkowo mistrzowie świata przypominają Brazylię, chociaż autorka unika nazw krajów). Mają też ciekawe miny – wszystko ku radości małych odbiorców uwolnionych od przymusu czytania. Ta książka zaspokaja ciekawość, wychowuje małych sportowców, bo można też dowiedzieć się z niej, jak zostać piłkarzem. To niezbędnik małego piłkarza (i małego kibica – tak przy okazji). Każdy może też sprawdzić wiedzę wyniesioną z rozdziału – dzięki zestawom pytań.
„Piłka nożna” to książka dla dzieci, które dopiero nauczyły się czytać i dla tych, które jeszcze czytać nie potrafią, ale interesują się sportem. Trudno objąć sytuacje na stronie jednym spojrzeniem: trzeba koncentrować się na kolejnych sylwetkach i małych scenkach. Można też rzeczywiście sięgać do tomiku (zresztą – pięknie wydanego) – jak do encyklopedii i sprawdzać wybrane terminy (pomaga w tym zamieszczony na końcu indeks haseł). Jednak taki sposób będzie rzadkością: za bardzo kuszą kolejne obrazki, za dużo dzieje się na stronach, żeby tak zwyczajnie odłożyć książkę na półkę. Nie dość, że piłka nożna sama w sobie dla wielu jest tematem atrakcyjnym, to jeszcze tu łączy bajkowość (przyjemność oglądania książeczki) i wiedzę (odpowiedzi na kolejne pytania). To działa.
Na boisku
Seria Pierwsza encyklopedia zapoznaje najmłodszych z podstawowymi terminami, zjawiskami czy miejscami zupełnie inaczej niż klasyczne encyklopedie. To tomiki wprawdzie pozbawione fabułek i skoncentrowane na przekazywaniu informacji, ale też bogato ilustrowane i interesujące z perspektywy malucha. Tomik „Piłka nożna” to szereg wiadomości, które dziecko najczęściej usłyszeć może od ojca (lub komentatora sportowego z telewizji, chociaż ci przecież nie trudzą się objaśnianiem podstaw), a także później trenera i nauczyciela w szkole. Chodzi jednak o to, by informacje przyswajać we własnym rytmie i mieć gdzie sprawdzać zasłyszane sformułowania, a także, w razie potrzeby, regularnie sięgać.
Książka składa się z kilku tematycznych działów. Aurélie Sarrazin najpierw wprowadza podstawy: jak wygląda trening i strój piłkarza, co robi się w szatni, kto może grać w piłkę nożną. Potem przechodzi do przeglądu zadań na boisku (i tłumaczy, dlaczego ważne jest słuchanie trenera), odnosi się też do pojęć z zakresu tego sportu: wyjaśnia, na czym polega spalony i co to jest drybling. Zaczyna mecz, żeby zaprezentować sędziego, temat kartek, fauli czy… przerwy. Dzieci dowiedzą się też czegoś o rodzajach rozgrywek (w tym i o rozgrywkach ligowych w Polsce).
Każda rozkładówka ma kilka charakterystycznych punktów. Krótkie zdanie pełni funkcję informacyjną i wprowadza w temat. Nadrzędną rolę odgrywa wielkoformatowy rysunek z mnóstwem małych ludzików (i mnogością przestrzeni), każdy zajęty jest innym zadaniem. Zamiast klasycznej narracji pojawiają się tu i ówdzie podpisy (które też zwracają uwagę na wybrane aspekty lub po prostu nakreślają ich istnienie) – czasowniki i wyrażenia z czasownikami dodatkowo są graficznie zaznaczane, żeby przy okazji uczyć dzieci części mowy. Definicjami są wobec tego same ilustracje, a dzieci mogą wysuwać z nich potrzebne wnioski – lub po prostu przyglądać się działaniom postaci. Margines to miejsce na dodatkowe komentarze i rozwiewanie wątpliwości dzieci (czy musisz brać prysznic po treningu, czy obrońcy potrafią strzelać gole itp.): tu kilka małych obrazków rozdziela akapity objaśnieniami.
Przejście na ilustrowane wyjaśnienia ma sporo zalet (dużo łatwiej pokazać różne techniki dryblingu niż je opisywać, podobnie jest z sygnalizacją sędziego liniowego). Na rysunkach piłkarze są przedstawiani dość zabawnie i nieschematycznie, mają różnokolorowe stroje (nieprzypadkowo mistrzowie świata przypominają Brazylię, chociaż autorka unika nazw krajów). Mają też ciekawe miny – wszystko ku radości małych odbiorców uwolnionych od przymusu czytania. Ta książka zaspokaja ciekawość, wychowuje małych sportowców, bo można też dowiedzieć się z niej, jak zostać piłkarzem. To niezbędnik małego piłkarza (i małego kibica – tak przy okazji). Każdy może też sprawdzić wiedzę wyniesioną z rozdziału – dzięki zestawom pytań.
„Piłka nożna” to książka dla dzieci, które dopiero nauczyły się czytać i dla tych, które jeszcze czytać nie potrafią, ale interesują się sportem. Trudno objąć sytuacje na stronie jednym spojrzeniem: trzeba koncentrować się na kolejnych sylwetkach i małych scenkach. Można też rzeczywiście sięgać do tomiku (zresztą – pięknie wydanego) – jak do encyklopedii i sprawdzać wybrane terminy (pomaga w tym zamieszczony na końcu indeks haseł). Jednak taki sposób będzie rzadkością: za bardzo kuszą kolejne obrazki, za dużo dzieje się na stronach, żeby tak zwyczajnie odłożyć książkę na półkę. Nie dość, że piłka nożna sama w sobie dla wielu jest tematem atrakcyjnym, to jeszcze tu łączy bajkowość (przyjemność oglądania książeczki) i wiedzę (odpowiedzi na kolejne pytania). To działa.
niedziela, 17 lipca 2016
Paweł Oksanowicz: Młoda fala. Jak odważyć się na biznes
PWN, Warszawa 2016.
Kariery
Po raz kolejny PWN przedstawia listę młodych, ambitnych i przedsiębiorczych kobiet, które bez oglądania się na innych odniosły sukces w biznesie, wypromowały własną formę, pokonały konkurencję lub pojawiły się na rynku z pomysłem, na który przed nimi nikt nie wpadł. Tom „Młoda fala. Jak odważyć się na biznes” to cykl wywiadów i rozmów z dziesięcioma paniami, które wytyczają sobie cele nie do osiągnięcia dla przeciętnych odbiorców – i realizują plany, nawet te najbardziej śmiałe. Paweł Oksanowicz przygląda się każdej historii z osobna, dzięki czemu może tak dobrać tematy, by książką zainteresować jak najszersze grono czytelników. Są tu kobiety, które działają na rynku mody i biżuterii lub kosmetyków – osiągają sukcesy w dziedzinach stereotypowo do płci pięknej przypisanych, ale znalazły się i przedstawicielki branż powiązanych z telemedycyną lub IT. Paweł Oksanowicz zaprasza do rozmowy specjalistkę od tradycyjnych kin – konkurencji dla multipleksów – i dietetyczkę, która w niewielkim mieście zmienia żywieniowe przyzwyczajenia ludzi. Zróżnicowanie tematyczne to jeden z atutów „Młodej fali” – pokazuje, że w każdej dziedzinie można osiągnąć sukces, jeśli tylko prezentuje się pewne cechy charakteru. Jakie – to już płynie bezpośrednio z rozmów z bohaterkami tomu, chociaż czytelnicy będą też wyciągać własne wnioski.
Paweł Oksanowicz w „Młodej fali” najczęściej oddaje głos rozmówczyniom, usuwa swoje pomocnicze pytania i daje opowieściom po prostu płynąć. Nie wybija w ten sposób zainteresowanych z lektury, przedstawia za to skrótowy obraz firmy czy pomysłu. Jeśli jednak bohaterki wolą obecność interlokutora wspierającego swoimi pytaniami relację – Oksanowicz się ujawnia. Dodaje też – już poza nurtem rozmowy – własne komentarze na temat firmy, zjawisk na rynku lub wyzwań, z jakimi kobiety musiały się uporać. To uzupełnienie, które odbiorcom wiele może wyjaśnić, naświetla bowiem zagadnienia znane raczej specjalistom niż laikom. W ogóle Paweł Oksanowicz bardzo dba o swoich czytelników. Inaczej niż w zwykłych publikacjach popularnonaukowych (także w tej serii!), stara się zapewniać przypadkowym odbiorcom komfort lektury i podstawową wiedzę, choćby związaną z fachowymi – obcojęzycznymi – terminami. Gd zatem wyrażenie lub nazwa pojawia się po raz pierwszy, autor wprowadza nawiasowe wyjaśnienie. To dobre rozwiązanie, pozwala bowiem dotrzeć z tomem również do osób, które ze światem biznesu niewiele mają do czynienia, a chciałyby uważnie przestudiować drogę do spełniania marzeń i tę pozycję. Oksanowicz również starannie dobiera bohaterki tomu, ale nie tłamsi ich charakterów czy nawet naiwności w dziedzinie pozabiznesowej (jedna z pań przyznaje się do korzystania z usług tarocistki). Każda z bohaterek inaczej patrzy na swoją firmę i rozwój kariery, różne są też źródła pomysłów czy kierunki obranych dróg. Jedna z pań zwraca uwagę na budowanie wizerunku marki, inna – na wartości rodzinne, ktoś podkreśla znaczenie psychologicznego podejścia do pracowników, ktoś inny – rolę znajomości ze studiów. Punktów wspólnych, także w samym przebiegu indywidualnych historii, jest tym razem bardzo dużo, ale najciekawsze w tym akurat tomie okazują się różnice. „Młoda fala” pod tym względem nie zawiedzie.
Bohaterki książki nie nauczą, jak osiągnąć sukces w biznesie, ale zaprezentują swoje marki i znajdą miejsce na zareklamowanie ich. Z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy każda z pań z tomu odniosła niewyobrażalny sukces – wywiady pozwalają zrozumieć, jaka była jego cena. To spojrzenie na osoby, które zazwyczaj – mimo wszystko – pozostają w cieniu i nie trafiają do zbiorowej świadomości, ale też postacie spoza zasięgu wyobraźni odbiorców. Paweł Oksanowicz trafia więc swoją książką nie tylko do zainteresowanych tematyką biznesu i robienia kariery w Polsce, ale i do zwykłych czytelników – tym razem i oni mogą zagłębić się w lekturze o innym świecie na wyciągnięcie ręki.
Kariery
Po raz kolejny PWN przedstawia listę młodych, ambitnych i przedsiębiorczych kobiet, które bez oglądania się na innych odniosły sukces w biznesie, wypromowały własną formę, pokonały konkurencję lub pojawiły się na rynku z pomysłem, na który przed nimi nikt nie wpadł. Tom „Młoda fala. Jak odważyć się na biznes” to cykl wywiadów i rozmów z dziesięcioma paniami, które wytyczają sobie cele nie do osiągnięcia dla przeciętnych odbiorców – i realizują plany, nawet te najbardziej śmiałe. Paweł Oksanowicz przygląda się każdej historii z osobna, dzięki czemu może tak dobrać tematy, by książką zainteresować jak najszersze grono czytelników. Są tu kobiety, które działają na rynku mody i biżuterii lub kosmetyków – osiągają sukcesy w dziedzinach stereotypowo do płci pięknej przypisanych, ale znalazły się i przedstawicielki branż powiązanych z telemedycyną lub IT. Paweł Oksanowicz zaprasza do rozmowy specjalistkę od tradycyjnych kin – konkurencji dla multipleksów – i dietetyczkę, która w niewielkim mieście zmienia żywieniowe przyzwyczajenia ludzi. Zróżnicowanie tematyczne to jeden z atutów „Młodej fali” – pokazuje, że w każdej dziedzinie można osiągnąć sukces, jeśli tylko prezentuje się pewne cechy charakteru. Jakie – to już płynie bezpośrednio z rozmów z bohaterkami tomu, chociaż czytelnicy będą też wyciągać własne wnioski.
Paweł Oksanowicz w „Młodej fali” najczęściej oddaje głos rozmówczyniom, usuwa swoje pomocnicze pytania i daje opowieściom po prostu płynąć. Nie wybija w ten sposób zainteresowanych z lektury, przedstawia za to skrótowy obraz firmy czy pomysłu. Jeśli jednak bohaterki wolą obecność interlokutora wspierającego swoimi pytaniami relację – Oksanowicz się ujawnia. Dodaje też – już poza nurtem rozmowy – własne komentarze na temat firmy, zjawisk na rynku lub wyzwań, z jakimi kobiety musiały się uporać. To uzupełnienie, które odbiorcom wiele może wyjaśnić, naświetla bowiem zagadnienia znane raczej specjalistom niż laikom. W ogóle Paweł Oksanowicz bardzo dba o swoich czytelników. Inaczej niż w zwykłych publikacjach popularnonaukowych (także w tej serii!), stara się zapewniać przypadkowym odbiorcom komfort lektury i podstawową wiedzę, choćby związaną z fachowymi – obcojęzycznymi – terminami. Gd zatem wyrażenie lub nazwa pojawia się po raz pierwszy, autor wprowadza nawiasowe wyjaśnienie. To dobre rozwiązanie, pozwala bowiem dotrzeć z tomem również do osób, które ze światem biznesu niewiele mają do czynienia, a chciałyby uważnie przestudiować drogę do spełniania marzeń i tę pozycję. Oksanowicz również starannie dobiera bohaterki tomu, ale nie tłamsi ich charakterów czy nawet naiwności w dziedzinie pozabiznesowej (jedna z pań przyznaje się do korzystania z usług tarocistki). Każda z bohaterek inaczej patrzy na swoją firmę i rozwój kariery, różne są też źródła pomysłów czy kierunki obranych dróg. Jedna z pań zwraca uwagę na budowanie wizerunku marki, inna – na wartości rodzinne, ktoś podkreśla znaczenie psychologicznego podejścia do pracowników, ktoś inny – rolę znajomości ze studiów. Punktów wspólnych, także w samym przebiegu indywidualnych historii, jest tym razem bardzo dużo, ale najciekawsze w tym akurat tomie okazują się różnice. „Młoda fala” pod tym względem nie zawiedzie.
Bohaterki książki nie nauczą, jak osiągnąć sukces w biznesie, ale zaprezentują swoje marki i znajdą miejsce na zareklamowanie ich. Z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy każda z pań z tomu odniosła niewyobrażalny sukces – wywiady pozwalają zrozumieć, jaka była jego cena. To spojrzenie na osoby, które zazwyczaj – mimo wszystko – pozostają w cieniu i nie trafiają do zbiorowej świadomości, ale też postacie spoza zasięgu wyobraźni odbiorców. Paweł Oksanowicz trafia więc swoją książką nie tylko do zainteresowanych tematyką biznesu i robienia kariery w Polsce, ale i do zwykłych czytelników – tym razem i oni mogą zagłębić się w lekturze o innym świecie na wyciągnięcie ręki.
Brandon Mull: Baśniobór. Przewodnik opiekuna
W. A. B., Warszawa 2016.
Encyklopedia
Kolejne bestsellerowe serie wzbogacają się na rynku wydawniczym o książkowe gadżety, ale w wypadku tomu „Baśniobór. Przewodnik opiekuna” mówić należy już o wyjściu ze standardowych poppublikacji przygotowywanych małym kosztem. Brandon Mull, twórca działającej na wyobraźnię serii fantasy w jednej wielkiej księdze gromadzi „czarodziejską” i baśniową wiedzę z kolejnych tomów. Wylicza między innymi artefakty, baśniowe istoty zamieszkujące stworzony świat, magiczne miejsca i rośliny, rodzaje smoków i demonów czy konkretne czary. Tekst przygotowuje na zasadzie leksykonu czy encyklopedii: każde hasło wywołuje bardzo krótką (z rzadka obszerniejszą niż jeden-dwa akapity) precyzyjną i dość ogólną definicję (i, ewentualnie, odsyłacz do innego miejsca w tomie). Autor w tych definicjach stara się oderwać od rzeczywistości i przygód bohaterów serii – nie zamienia „Przewodnika opiekuna” w przewodnik fana po książkach, nie traktuje tomu jak płaszczyzny do reklamowania cyklu, ale uzupełnia go „prawdziwie”, jakby faktycznie wierzył, tak samo jak czytelnicy, w świat przedstawiony.
„Przewodnik opiekuna” podzielony został pod względem rodzajów magicznych istot i tworów, autor dąży do syntezy wiedzy z całej serii. Charakteryzuje zarówno postacie z mitów i legend, obecne w ludowych wierzeniach lub wytworach popkultury, jak i te dodawane przez siebie. Nie ma dla niego tematów oczywistych, każdy, kto trafił do tego zestawu, zasługuje na rzeczowe omówienie bez pomijania istotnych – choć już powszechnie znanych – szczegółów. A ponieważ Mull z pełną powagą odnosi się i do istot żywych, i do artefaktów – w pozornie naukowy sposób omawia też zasady działania kolejnych przedmiotów. Cały czas w oderwaniu od akcji, unikając w ten sposób infantylizowania pobocznej opowieści. Dostosowuje się do narracji cyklu, chce uprawdopodobnić realia książkowe, ale zapewnić też czytelnikom szansę dłuższego przebywania w Baśnioborze. Żeby nie było zbyt ponuro, wprowadza też szereg komentarzy od bohaterów. Komentarze te mają formę bardzo krótkich (przeważnie jednozdaniowych) dopisków ze strzałkami czy uśmieszkami, czasem nawet zmieniają się w minidialogi postaci prowadzone na marginesach. To łączy tom z książkami cyklu, a dodaje również humor – i trochę charakteryzuje bohaterów, którzy w samym Baśnioborze funkcjonują, ale nie należą do niego. W ten sposób Brandon Mull nadaje „profesjonalnemu” tomowi bardziej żywiołowego charakteru.
Imponuje tu strona graficzna. Przede wszystkim duży tom rzeczywiście przypomina sylwiczną księgę spisywaną i uzupełnianą na różne sposoby. Są tu „wklejane” pożółkłe kartki, ołówkowe szkice, obrazki niedokończone i takie, którym nic już nie brakuje. Tu wymyślone stwory prawie ożywają, są piękne nawet wtedy, gdyby mogły budzić grozę. W ilustracjach najpełniej wyraża się baśniowość tomu. Te grafiki przenoszą w świat Baśnioboru i zastępują powieściową narrację, uprzyjemniają lekturę książki i zamieniają ją w piękny prezent dla fanów cyklu. Teraz wychodzi na jaw, dlaczego Brandon Mull nie musi się zniżać do ciągłego przypominania o serii w odsyłaczach z tytułami. Brandon Dorman, autor bajecznych ilustracji, pokazuje, co w Baśnioborze daje się przeżyć – i napędza tym ciekawość.
„Przewodnik opiekuna” czytać można jako uzupełnienie serii – ale da się też zrezygnować z linearnej lektury na rzecz traktowania publikacji jak leksykonu fana, spisu odsyłaczy z powieści. Brandon Mull sprawdził się i w takiej „użytkowej” formie, a to dzięki temu, że wcześniej zbudował sobie przestrzeń, której młodzi fani fantastyki nie chcieli opuszczać. Ta książka poza gadżetowym przeznaczeniem sprawdza się jako kompendium wiedzy o mieszkańcach Baśnioboru, o czarodziejskich przedmiotach i stworach, które można tu spotkać. A jest to przegląd na miarę serii.
Encyklopedia
Kolejne bestsellerowe serie wzbogacają się na rynku wydawniczym o książkowe gadżety, ale w wypadku tomu „Baśniobór. Przewodnik opiekuna” mówić należy już o wyjściu ze standardowych poppublikacji przygotowywanych małym kosztem. Brandon Mull, twórca działającej na wyobraźnię serii fantasy w jednej wielkiej księdze gromadzi „czarodziejską” i baśniową wiedzę z kolejnych tomów. Wylicza między innymi artefakty, baśniowe istoty zamieszkujące stworzony świat, magiczne miejsca i rośliny, rodzaje smoków i demonów czy konkretne czary. Tekst przygotowuje na zasadzie leksykonu czy encyklopedii: każde hasło wywołuje bardzo krótką (z rzadka obszerniejszą niż jeden-dwa akapity) precyzyjną i dość ogólną definicję (i, ewentualnie, odsyłacz do innego miejsca w tomie). Autor w tych definicjach stara się oderwać od rzeczywistości i przygód bohaterów serii – nie zamienia „Przewodnika opiekuna” w przewodnik fana po książkach, nie traktuje tomu jak płaszczyzny do reklamowania cyklu, ale uzupełnia go „prawdziwie”, jakby faktycznie wierzył, tak samo jak czytelnicy, w świat przedstawiony.
„Przewodnik opiekuna” podzielony został pod względem rodzajów magicznych istot i tworów, autor dąży do syntezy wiedzy z całej serii. Charakteryzuje zarówno postacie z mitów i legend, obecne w ludowych wierzeniach lub wytworach popkultury, jak i te dodawane przez siebie. Nie ma dla niego tematów oczywistych, każdy, kto trafił do tego zestawu, zasługuje na rzeczowe omówienie bez pomijania istotnych – choć już powszechnie znanych – szczegółów. A ponieważ Mull z pełną powagą odnosi się i do istot żywych, i do artefaktów – w pozornie naukowy sposób omawia też zasady działania kolejnych przedmiotów. Cały czas w oderwaniu od akcji, unikając w ten sposób infantylizowania pobocznej opowieści. Dostosowuje się do narracji cyklu, chce uprawdopodobnić realia książkowe, ale zapewnić też czytelnikom szansę dłuższego przebywania w Baśnioborze. Żeby nie było zbyt ponuro, wprowadza też szereg komentarzy od bohaterów. Komentarze te mają formę bardzo krótkich (przeważnie jednozdaniowych) dopisków ze strzałkami czy uśmieszkami, czasem nawet zmieniają się w minidialogi postaci prowadzone na marginesach. To łączy tom z książkami cyklu, a dodaje również humor – i trochę charakteryzuje bohaterów, którzy w samym Baśnioborze funkcjonują, ale nie należą do niego. W ten sposób Brandon Mull nadaje „profesjonalnemu” tomowi bardziej żywiołowego charakteru.
Imponuje tu strona graficzna. Przede wszystkim duży tom rzeczywiście przypomina sylwiczną księgę spisywaną i uzupełnianą na różne sposoby. Są tu „wklejane” pożółkłe kartki, ołówkowe szkice, obrazki niedokończone i takie, którym nic już nie brakuje. Tu wymyślone stwory prawie ożywają, są piękne nawet wtedy, gdyby mogły budzić grozę. W ilustracjach najpełniej wyraża się baśniowość tomu. Te grafiki przenoszą w świat Baśnioboru i zastępują powieściową narrację, uprzyjemniają lekturę książki i zamieniają ją w piękny prezent dla fanów cyklu. Teraz wychodzi na jaw, dlaczego Brandon Mull nie musi się zniżać do ciągłego przypominania o serii w odsyłaczach z tytułami. Brandon Dorman, autor bajecznych ilustracji, pokazuje, co w Baśnioborze daje się przeżyć – i napędza tym ciekawość.
„Przewodnik opiekuna” czytać można jako uzupełnienie serii – ale da się też zrezygnować z linearnej lektury na rzecz traktowania publikacji jak leksykonu fana, spisu odsyłaczy z powieści. Brandon Mull sprawdził się i w takiej „użytkowej” formie, a to dzięki temu, że wcześniej zbudował sobie przestrzeń, której młodzi fani fantastyki nie chcieli opuszczać. Ta książka poza gadżetowym przeznaczeniem sprawdza się jako kompendium wiedzy o mieszkańcach Baśnioboru, o czarodziejskich przedmiotach i stworach, które można tu spotkać. A jest to przegląd na miarę serii.
sobota, 16 lipca 2016
Chris Bradford: Agent. Okup
Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.
Ocean
W Cherubie, który musi przyjść na myśl, kiedy czyta się serię Agent, dzieci walczyły z najgroźniejszymi przestępcami (wprawdzie w założeniach miały po prostu gromadzić dowody w śledztwie, ale do konfrontacji niemal zawsze dochodziło i dochodzi). Chris Bradford idzie w tym samym kierunku, ale choć wydawało się to niemożliwe – jeszcze bardziej zwiększa zagrożenia, drugi tom cyklu przynosi już wrażenia ekstremalne, a chociaż spod znaku „zabili go i uciekł”, to i tak trudno się od niego oderwać. Bradford po prostu potrafi dostarczać czytelnikom wielkie emocje – w tomie „Okup” przez cały czas panuje nad odbiorcami, dowolnie nimi steruje za sprawą fabuły.
Tym razem kumpli-ochroniarzy zatrudnia dla swoich córek bliźniaczek miliarder. Connor oraz Ling mają spędzać czas w tropikach, pilnując dwóch nastolatek, z których jedna przeżyła już horror porwania i czekania na okup. Bradford kreuje te dziewczyny na typowe zbuntowane i rozkapryszone nastolatki – Emily i Chloe nie zamierzają podporządkowywać się dobrym radom ani sugestiom, próbują wyrwać się spod kurateli dorosłych (oraz kumpli-ochroniarzy), imprezują, a na portale społecznościowe wrzucają fotki z dokładną lokalizacją. To, co dla córek miliardera przypomina wstęp do sielskiego wypoczynku (a dla Connora i Ling jest sporym ćwiczeniem cierpliwości) – dla piratów jest zaproszeniem do działania. Zagrożenie znane jest jeszcze przed misją. Chris Bradford równolegle prowadzi drugi wątek: przedstawia zdecydowanych na wszystko piratów, którzy w niczym nie przypominają bohaterów z tworów popkultury. Somalijscy piraci mają szansę zdobyć wielkie pieniądze, ale zleceniodawca stawia ostre żądania. Czytelnicy zatem od początku znają rodzaj niebezpieczeństwa i stopień determinacji wroga, widzą przygotowania do samego ataku. Sygnały, które Connor mógłby mylnie interpretować, zyskują wyjaśnienie w równoległej narracji.
Z jednej strony autor stawia na akcję. Bardzo mocno akcentuje sceny batalistyczne, nie stroni od obrazów śmierci i krwawych potyczek. Na tym jednak nie poprzestaje, buduje całe sytuacje mrożące krew w żyłach (jakkolwiek banalnie by to w opisie nie brzmiało) i pełne napięcia – tu stawia na wszelkiego rodzaju pułapki, podchody, ucieczki i więzienia. Całość podsyca jeszcze przecież przeniesieniem akcji na ocean: jacht opanowany przez piratów to miejsce, w którym trudno liczyć na ratunek, ale i w którym niemal nie da się ukryć. To prawdziwe wyzwanie i Connor wyrasta w nim na superbohatera, robota, który napędzany jest wyłącznie adrenaliną i nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Motyw nastolatka stawiającego opór grupie bezwzględnych przestępców nie jest przecież nowy, ale u Bradforda zostaje doprowadzony na skraj absurdu. Nie zmienia to faktu, że „Okup” czyta się znakomicie: takie przygody nikogo nie pozostawią obojętnym. Z drugiej strony Chris Bradford bez względu na przesadę w fabule wie, jak poprowadzić narrację. W ten sposób Agent wyrasta na serię przejmującą pałeczkę po Cherubie – i chociaż wtórną, to jednak na tyle dobrze napisaną, że chce się po nią sięgać, nawet mimo naiwności sensacyjnej.
„Okup” to książka dla czytelników uwielbiających mocną akcję i sensacyjność poza granicami prawdopodobieństwa, ale przekonującą w konwencji. Żeby nie zatrzymywać się tylko na tematach walk, autor dość wyraźnie akcentuje też psychikę bohatera. Connor trochę przestaje wierzyć w siebie po tym, jak na treningach nie udaje mu się zaliczyć zadań – coraz częściej powtarza, że może w pierwszej misji miał szczęście nowicjusza. Tak Bradford może uczłowieczyć tę postać, nadać jej z powrotem cechy nastolatka a nie maszyny do ochraniania rówieśników. Nie pozwala, by wątpliwości przysłoniły wyuczone reakcje, ale przez to „Okup” staje się lepszą powieścią. Przygody Connora to lektura dla spragnionych brawury i silniejszych wrażeń, ale też udana od strony literackiej. Bradford, mimo że naśladuje poczytną serię, potrafi snuć osobne historie, a i przywiązywać do swoich bohaterów. W „Okupie” napięcie sięga zenitu, ale to dla czytelników tylko zachęta do zanurzenia się w przedziwnym świecie. Tu honor stawia się naprzeciw bezwzględności, a okrucieństwo rywalizuje z zaufaniem.
Ocean
W Cherubie, który musi przyjść na myśl, kiedy czyta się serię Agent, dzieci walczyły z najgroźniejszymi przestępcami (wprawdzie w założeniach miały po prostu gromadzić dowody w śledztwie, ale do konfrontacji niemal zawsze dochodziło i dochodzi). Chris Bradford idzie w tym samym kierunku, ale choć wydawało się to niemożliwe – jeszcze bardziej zwiększa zagrożenia, drugi tom cyklu przynosi już wrażenia ekstremalne, a chociaż spod znaku „zabili go i uciekł”, to i tak trudno się od niego oderwać. Bradford po prostu potrafi dostarczać czytelnikom wielkie emocje – w tomie „Okup” przez cały czas panuje nad odbiorcami, dowolnie nimi steruje za sprawą fabuły.
Tym razem kumpli-ochroniarzy zatrudnia dla swoich córek bliźniaczek miliarder. Connor oraz Ling mają spędzać czas w tropikach, pilnując dwóch nastolatek, z których jedna przeżyła już horror porwania i czekania na okup. Bradford kreuje te dziewczyny na typowe zbuntowane i rozkapryszone nastolatki – Emily i Chloe nie zamierzają podporządkowywać się dobrym radom ani sugestiom, próbują wyrwać się spod kurateli dorosłych (oraz kumpli-ochroniarzy), imprezują, a na portale społecznościowe wrzucają fotki z dokładną lokalizacją. To, co dla córek miliardera przypomina wstęp do sielskiego wypoczynku (a dla Connora i Ling jest sporym ćwiczeniem cierpliwości) – dla piratów jest zaproszeniem do działania. Zagrożenie znane jest jeszcze przed misją. Chris Bradford równolegle prowadzi drugi wątek: przedstawia zdecydowanych na wszystko piratów, którzy w niczym nie przypominają bohaterów z tworów popkultury. Somalijscy piraci mają szansę zdobyć wielkie pieniądze, ale zleceniodawca stawia ostre żądania. Czytelnicy zatem od początku znają rodzaj niebezpieczeństwa i stopień determinacji wroga, widzą przygotowania do samego ataku. Sygnały, które Connor mógłby mylnie interpretować, zyskują wyjaśnienie w równoległej narracji.
Z jednej strony autor stawia na akcję. Bardzo mocno akcentuje sceny batalistyczne, nie stroni od obrazów śmierci i krwawych potyczek. Na tym jednak nie poprzestaje, buduje całe sytuacje mrożące krew w żyłach (jakkolwiek banalnie by to w opisie nie brzmiało) i pełne napięcia – tu stawia na wszelkiego rodzaju pułapki, podchody, ucieczki i więzienia. Całość podsyca jeszcze przecież przeniesieniem akcji na ocean: jacht opanowany przez piratów to miejsce, w którym trudno liczyć na ratunek, ale i w którym niemal nie da się ukryć. To prawdziwe wyzwanie i Connor wyrasta w nim na superbohatera, robota, który napędzany jest wyłącznie adrenaliną i nie może sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Motyw nastolatka stawiającego opór grupie bezwzględnych przestępców nie jest przecież nowy, ale u Bradforda zostaje doprowadzony na skraj absurdu. Nie zmienia to faktu, że „Okup” czyta się znakomicie: takie przygody nikogo nie pozostawią obojętnym. Z drugiej strony Chris Bradford bez względu na przesadę w fabule wie, jak poprowadzić narrację. W ten sposób Agent wyrasta na serię przejmującą pałeczkę po Cherubie – i chociaż wtórną, to jednak na tyle dobrze napisaną, że chce się po nią sięgać, nawet mimo naiwności sensacyjnej.
„Okup” to książka dla czytelników uwielbiających mocną akcję i sensacyjność poza granicami prawdopodobieństwa, ale przekonującą w konwencji. Żeby nie zatrzymywać się tylko na tematach walk, autor dość wyraźnie akcentuje też psychikę bohatera. Connor trochę przestaje wierzyć w siebie po tym, jak na treningach nie udaje mu się zaliczyć zadań – coraz częściej powtarza, że może w pierwszej misji miał szczęście nowicjusza. Tak Bradford może uczłowieczyć tę postać, nadać jej z powrotem cechy nastolatka a nie maszyny do ochraniania rówieśników. Nie pozwala, by wątpliwości przysłoniły wyuczone reakcje, ale przez to „Okup” staje się lepszą powieścią. Przygody Connora to lektura dla spragnionych brawury i silniejszych wrażeń, ale też udana od strony literackiej. Bradford, mimo że naśladuje poczytną serię, potrafi snuć osobne historie, a i przywiązywać do swoich bohaterów. W „Okupie” napięcie sięga zenitu, ale to dla czytelników tylko zachęta do zanurzenia się w przedziwnym świecie. Tu honor stawia się naprzeciw bezwzględności, a okrucieństwo rywalizuje z zaufaniem.
Elise Allen, Daryle Conners: Gaba i kosmiczne dzieciaki
Wilga, Warszawa 2016.
Niania
Elise Allen i Dayle Conners trochę inaczej patrzą na problemy z dziećmi. Wiedzą, że niektóre maluchy są utrapieniem dla rodziców i niań, ale same tworzą naprawdę niewychowywalne dzieciaki. Przy nich domowe kłopoty niewarte są nawet wzmianki. Te dzieciaki bowiem pochodzą z kosmosu i posiadają umiejętności, które każdą ziemską opiekunkę wprawią w rozpacz. Tylko Gaba nigdy się nie poddaje. Gaba sama jest jeszcze dzieckiem, ale i babysitterką. Do każdego malucha bezbłędnie znajduje odpowiedni klucz. Nie dla niej sztuczki superniań i psychologiczne porady. Gaba działa intuicyjnie i jest niewiarygodnie wręcz skuteczna. Nic dziwnego, że jej wyczyny rozchodzą się szerokim echem po okolicy. Pewnego dnia trafia do niej Edwina – i rzuca Gabie prawdziwe wyzwanie. Edwina wie sporo o kosmitach, a to tajemnice, których nie zdradza się byle komu. Gaba jeszcze nie ma pojęcia, jakie zadania czekają ją w najbliższej przyszłości. Chociaż dziewczynka chodzi do szkoły i powinna przygotowywać się do solowego popisu w grze na rogu, musi zmierzyć się z arcytrudną sprawą, o której nic nie wie. Rzucona na głęboką wodę jako opiekunka potomków kosmitów bohaterka sporo się namęczy…
„Gaba i kosmiczne dzieciaki” to jedna z powieści w stylu pop, zalążek serii dla najmłodszych fanów seriali. Autorki starają się wyważyć proporcje między śmiechem i strachem. Najpierw Gaba do opieki otrzymuje dziecko, które zamienia się w ogromnego ślimaka-potwora, później księżniczkę, która umie przekształcać się w dowolny przedmiot, ale nie może jeść brokułów. Wyzwania są zatem absurdalne i komiczne, nieco bezsensowne, ale mocno zdynamizowane. Bohaterka musi mierzyć się z zagrożeniami – czasem ze strony podopiecznych, a czasem – szkolnych kolegów i koleżanek, przecież jej zawód nie zapewnia ochrony przed rówieśnikami (ale i przed potworami z kosmosu też nie). To powieść z szybką i pozbawioną wielowymiarowych pouczeń fabułą. Obliczona na śmiech małych odbiorców. Kierowana wyłącznie do dzieci. Allen i Conners lubią zaskakiwać swoich odbiorców, zwłaszcza śmiesznymi metamorfozami potworów-kosmitów. Bliskie najmłodszym tematy zapewnia natomiast rywalizacja – relacje Gaby z rówieśnikami i z rodzeństwem. Niekiedy autorki nawiązują pośrednio do powieści detektywistycznych i do sprytnych sztuczek opartych na logicznym myśleniu, innym razem do zabawnych wynalazków (Gabę codziennie budzi wiadro wody wylewanej na głowę).
„Gaba i kosmiczne dzieciaki” to tomik przystosowany do dzisiejszych trendów w literaturze popularnej i w kreskówkach. Nieważne, co się będzie działo, byle błyskawicznie, intensywnie i brawurowo, nawet bez związków z normalnością. Codzienność Gaby jest inna niż ta znana odbiorcom, do przeżyć dziewczynki dochodzi trochę tajemnic i trochę niebezpieczeństw. Autorki sięgnęły po temat, który najmłodsi znają raczej od drugiej strony – ale okazuje się, że i dzieci mogą być opiekunami, kiedy w grę wchodzą istoty z innego świata. „Gaba i kosmiczne dzieciaki” to książka, w której narracja podporządkowana jest rytmowi akcji, więc też pozbawiona literackich opisów i spowalniaczy. Elise Allen i Daryle Conners przy takich pomysłach nie muszą nawet przejmować się logiką – proponują ciąg wydarzeń o sporej sile rażenia – na tyle, żeby zaintrygować małych odbiorców i nie pozwolić im do końca lektury wrócić do swoich zabaw poza książkami. Oczywiście takie fabularne eksplozje mogą się równie szybko znudzić – ale filmowa estetyka ma w takim wypadku ratować całość.
Niania
Elise Allen i Dayle Conners trochę inaczej patrzą na problemy z dziećmi. Wiedzą, że niektóre maluchy są utrapieniem dla rodziców i niań, ale same tworzą naprawdę niewychowywalne dzieciaki. Przy nich domowe kłopoty niewarte są nawet wzmianki. Te dzieciaki bowiem pochodzą z kosmosu i posiadają umiejętności, które każdą ziemską opiekunkę wprawią w rozpacz. Tylko Gaba nigdy się nie poddaje. Gaba sama jest jeszcze dzieckiem, ale i babysitterką. Do każdego malucha bezbłędnie znajduje odpowiedni klucz. Nie dla niej sztuczki superniań i psychologiczne porady. Gaba działa intuicyjnie i jest niewiarygodnie wręcz skuteczna. Nic dziwnego, że jej wyczyny rozchodzą się szerokim echem po okolicy. Pewnego dnia trafia do niej Edwina – i rzuca Gabie prawdziwe wyzwanie. Edwina wie sporo o kosmitach, a to tajemnice, których nie zdradza się byle komu. Gaba jeszcze nie ma pojęcia, jakie zadania czekają ją w najbliższej przyszłości. Chociaż dziewczynka chodzi do szkoły i powinna przygotowywać się do solowego popisu w grze na rogu, musi zmierzyć się z arcytrudną sprawą, o której nic nie wie. Rzucona na głęboką wodę jako opiekunka potomków kosmitów bohaterka sporo się namęczy…
„Gaba i kosmiczne dzieciaki” to jedna z powieści w stylu pop, zalążek serii dla najmłodszych fanów seriali. Autorki starają się wyważyć proporcje między śmiechem i strachem. Najpierw Gaba do opieki otrzymuje dziecko, które zamienia się w ogromnego ślimaka-potwora, później księżniczkę, która umie przekształcać się w dowolny przedmiot, ale nie może jeść brokułów. Wyzwania są zatem absurdalne i komiczne, nieco bezsensowne, ale mocno zdynamizowane. Bohaterka musi mierzyć się z zagrożeniami – czasem ze strony podopiecznych, a czasem – szkolnych kolegów i koleżanek, przecież jej zawód nie zapewnia ochrony przed rówieśnikami (ale i przed potworami z kosmosu też nie). To powieść z szybką i pozbawioną wielowymiarowych pouczeń fabułą. Obliczona na śmiech małych odbiorców. Kierowana wyłącznie do dzieci. Allen i Conners lubią zaskakiwać swoich odbiorców, zwłaszcza śmiesznymi metamorfozami potworów-kosmitów. Bliskie najmłodszym tematy zapewnia natomiast rywalizacja – relacje Gaby z rówieśnikami i z rodzeństwem. Niekiedy autorki nawiązują pośrednio do powieści detektywistycznych i do sprytnych sztuczek opartych na logicznym myśleniu, innym razem do zabawnych wynalazków (Gabę codziennie budzi wiadro wody wylewanej na głowę).
„Gaba i kosmiczne dzieciaki” to tomik przystosowany do dzisiejszych trendów w literaturze popularnej i w kreskówkach. Nieważne, co się będzie działo, byle błyskawicznie, intensywnie i brawurowo, nawet bez związków z normalnością. Codzienność Gaby jest inna niż ta znana odbiorcom, do przeżyć dziewczynki dochodzi trochę tajemnic i trochę niebezpieczeństw. Autorki sięgnęły po temat, który najmłodsi znają raczej od drugiej strony – ale okazuje się, że i dzieci mogą być opiekunami, kiedy w grę wchodzą istoty z innego świata. „Gaba i kosmiczne dzieciaki” to książka, w której narracja podporządkowana jest rytmowi akcji, więc też pozbawiona literackich opisów i spowalniaczy. Elise Allen i Daryle Conners przy takich pomysłach nie muszą nawet przejmować się logiką – proponują ciąg wydarzeń o sporej sile rażenia – na tyle, żeby zaintrygować małych odbiorców i nie pozwolić im do końca lektury wrócić do swoich zabaw poza książkami. Oczywiście takie fabularne eksplozje mogą się równie szybko znudzić – ale filmowa estetyka ma w takim wypadku ratować całość.
piątek, 15 lipca 2016
Piotr Hołod: Wojtek i Rudy w tarapatach
Egmont, Warszawa 2016.
W szkole i na podwórku
Bardzo cieszy, że dzięki konkursowi na komiks udało się wyłonić w Polsce kilku wartych uwagi twórców. Co prawda na razie w wyłanianych pracach nie ma przebłysków genialności, ale jednak zapewniają rozwój rynku tematycznego i pozwalają twórcom rozwijać swoje umiejętności – a to, być może, doprowadzi w końcu do odkrywczych komiksów. Zwykle ukazują się zeszyty nagrodzonych duetów a nawet trójek autorskich, na wzór zachodni, gdy stronę graficzną rozbija się na rysunki oraz kolory. Piotr Hołod działa sam i już to dla niektórych może być wystarczającą rekomendacją czy reklamą. „Wojtek i Rudy w tarapatach” to zestaw krótkich historyjek o dwójce dzieciaków. Wojtek to nosorożec, Rudy jest reniferem, ale nikomu to nie przeszkadza, skoro ich codzienność do złudzenia przypomina ludzką. Bohaterowie spędzają ze sobą czas – i bezbłędnie potrafią wypunktować każdą ironię losu, uświadamiając jej istnienie młodym odbiorcom. W stylu Hołod przybliża się do cyklu Sisters, ale tomik zgrabnie wykorzystuje też jako… portfolio.
Wojtek i Rudy w codzienności to scenki ze szkoły i z podwórka, lekcje i wyobraźnia, spotkania towarzyskie i zwykłe zabawy. Bohaterowie raz siedzą na karuzeli, raz dziwią się na lekcjach wuefu, chodzą do kina, urządzają bitwę na śnieżki, demaskują kobiece sztuczki… Każda historyjka to osobny – niezależny od innych – temat, dobrze puentowany. Hołod czasami wykracza poza jedną stronę (chociaż przeważnie taka objętość wystarcza mu do opowiedzenia zgrabnej przygody). Nie indywidualizuje bohaterów – chociaż zewnętrznie Wojtek i Rudy to dwa odrębne gatunki, ich zachowania, słowa i reakcje nie wprowadzają dodatkowych podziałów. Mogliby z powodzeniem zamieniać się rolami, bo autor też nie wykorzystuje ich wyglądu do tworzenia skeczopodobnych sytuacji. Zajmuje się za to tematami doskonale znanymi dzieciom i nastolatkom – wyostrza je i ubarwia przez bajkowe grafiki (również „nastoletnie” w kresce).
W ogóle Piotr Hołod wydaje się interesującym autorem przez zmiany na przestrzeni kolejnych opowieści. Ma swój styl – możliwy do zaobserwowania na większości obrazków z codzienności Wojtka i Rudego. Ale kiedy wkracza w świat wyobraźni postaci, snów, zabawnych metamorfoz – zawsze wtedy, gdy rzeczywistość komiksu ma być zastąpiona przez fabułę drugiego stopnia – bawi się różnymi możliwościami rysowania. Kraniec świata czy mroki przeszłości to zmiany już na poziomie grafiki – co daje ciekawy efekt. Hołod podstawowe historyjki o Wojtku i Rudym rysuje bardzo prosto. Wychodzi z założenia, że tytułowi bohaterowie są już z wyglądu wystarczająco „dziwni”, żeby jeszcze przyćmiewać ich kontekstem kadrów. Dlatego też z tła eliminuje wszelkie detale (co z kolei przywodzi na myśl przygody Tintina), skupia się na pierwszym planie. Tym samym uwagę odbiorców przenosi już na sam dowcip – dlatego też dobrze się tu sprawdzają krótkie formy.
„Wojtek i Rudy w tarapatach” to nawiązanie do najsłynniejszych komiksów z dziecięcymi bohaterami, chociaż tu dziecięcość nie jest tak bardzo eksponowana, stanowi raczej punkt odniesienia i dopowiedzenie do charakterystyk. Wojtek i Rudy trwają jeszcze w codzienności dzieci, ale już z dążeniem do bycia nastolatkami, trafią więc do zbliżonych wiekiem odbiorców. Piotr Hołod ma szansę zostać zapamiętany – bo potrafi bawić się tematami i wie, co zainteresuje odbiorców z jego grupy docelowej. Może Wojtek i Rudy nie są zbyt charakterystyczni – ale to bohaterowie, którzy dostarczą sporo śmiechu i rozrywki bez rubasznych żartów czy wszechobecnych w twórczości dla dzieci morałów.
W szkole i na podwórku
Bardzo cieszy, że dzięki konkursowi na komiks udało się wyłonić w Polsce kilku wartych uwagi twórców. Co prawda na razie w wyłanianych pracach nie ma przebłysków genialności, ale jednak zapewniają rozwój rynku tematycznego i pozwalają twórcom rozwijać swoje umiejętności – a to, być może, doprowadzi w końcu do odkrywczych komiksów. Zwykle ukazują się zeszyty nagrodzonych duetów a nawet trójek autorskich, na wzór zachodni, gdy stronę graficzną rozbija się na rysunki oraz kolory. Piotr Hołod działa sam i już to dla niektórych może być wystarczającą rekomendacją czy reklamą. „Wojtek i Rudy w tarapatach” to zestaw krótkich historyjek o dwójce dzieciaków. Wojtek to nosorożec, Rudy jest reniferem, ale nikomu to nie przeszkadza, skoro ich codzienność do złudzenia przypomina ludzką. Bohaterowie spędzają ze sobą czas – i bezbłędnie potrafią wypunktować każdą ironię losu, uświadamiając jej istnienie młodym odbiorcom. W stylu Hołod przybliża się do cyklu Sisters, ale tomik zgrabnie wykorzystuje też jako… portfolio.
Wojtek i Rudy w codzienności to scenki ze szkoły i z podwórka, lekcje i wyobraźnia, spotkania towarzyskie i zwykłe zabawy. Bohaterowie raz siedzą na karuzeli, raz dziwią się na lekcjach wuefu, chodzą do kina, urządzają bitwę na śnieżki, demaskują kobiece sztuczki… Każda historyjka to osobny – niezależny od innych – temat, dobrze puentowany. Hołod czasami wykracza poza jedną stronę (chociaż przeważnie taka objętość wystarcza mu do opowiedzenia zgrabnej przygody). Nie indywidualizuje bohaterów – chociaż zewnętrznie Wojtek i Rudy to dwa odrębne gatunki, ich zachowania, słowa i reakcje nie wprowadzają dodatkowych podziałów. Mogliby z powodzeniem zamieniać się rolami, bo autor też nie wykorzystuje ich wyglądu do tworzenia skeczopodobnych sytuacji. Zajmuje się za to tematami doskonale znanymi dzieciom i nastolatkom – wyostrza je i ubarwia przez bajkowe grafiki (również „nastoletnie” w kresce).
W ogóle Piotr Hołod wydaje się interesującym autorem przez zmiany na przestrzeni kolejnych opowieści. Ma swój styl – możliwy do zaobserwowania na większości obrazków z codzienności Wojtka i Rudego. Ale kiedy wkracza w świat wyobraźni postaci, snów, zabawnych metamorfoz – zawsze wtedy, gdy rzeczywistość komiksu ma być zastąpiona przez fabułę drugiego stopnia – bawi się różnymi możliwościami rysowania. Kraniec świata czy mroki przeszłości to zmiany już na poziomie grafiki – co daje ciekawy efekt. Hołod podstawowe historyjki o Wojtku i Rudym rysuje bardzo prosto. Wychodzi z założenia, że tytułowi bohaterowie są już z wyglądu wystarczająco „dziwni”, żeby jeszcze przyćmiewać ich kontekstem kadrów. Dlatego też z tła eliminuje wszelkie detale (co z kolei przywodzi na myśl przygody Tintina), skupia się na pierwszym planie. Tym samym uwagę odbiorców przenosi już na sam dowcip – dlatego też dobrze się tu sprawdzają krótkie formy.
„Wojtek i Rudy w tarapatach” to nawiązanie do najsłynniejszych komiksów z dziecięcymi bohaterami, chociaż tu dziecięcość nie jest tak bardzo eksponowana, stanowi raczej punkt odniesienia i dopowiedzenie do charakterystyk. Wojtek i Rudy trwają jeszcze w codzienności dzieci, ale już z dążeniem do bycia nastolatkami, trafią więc do zbliżonych wiekiem odbiorców. Piotr Hołod ma szansę zostać zapamiętany – bo potrafi bawić się tematami i wie, co zainteresuje odbiorców z jego grupy docelowej. Może Wojtek i Rudy nie są zbyt charakterystyczni – ale to bohaterowie, którzy dostarczą sporo śmiechu i rozrywki bez rubasznych żartów czy wszechobecnych w twórczości dla dzieci morałów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






