* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 6 czerwca 2025

Radziwiłł. Aleksander Kaczorowski rozmawia z Maciejem Radziwiłłem

Iskry, Warszawa 2025.

Przodkowie

W pewnym momencie fraza „opowiem panu później” zaczyna być dość natrętnym refrenem: a chciałoby się poznawać historie, które przedstawia Maciej Radziwiłł już, natychmiast. Przede wszystkim dlatego, że mało kto jest dzisiaj w stanie przedstawiać losy swoich przodków do XV wieku. Poza tym – bo autor żyje tym, o czym opowiada. Prezentuje anegdoty rodzinne i wspomnienia, ale też elementy historii, która toczyła się obok tej podręcznikowej. Skupia się na ludziach i dzięki temu sprawia, że można się w tomie „Radziwiłł” zatopić. Maciej Radziwiłł wie, jak ocalać pamięć przodków. Pasjonuje się tym, co minione, ale stawia też na rozwój kultury. Gromadzi pamiątki po przodkach, kolekcjonuje przedmioty wysokiej wartości lub te codziennego użytku, które jednak z czasem nabierają znaczenia. Ale o swoich decyzjach dotyczących zakupów cennych dzieł lub pozostałości po Radziwiłłach opowie dopiero pod koniec rozłożystej rozmowy, najpierw przeprowadzi czytelników przez bogatą i atrakcyjną wizję rodu, za którego przyczyną dzisiaj mógłby być tytułowany księciem.

Portrety przodków to jedno. Inna rzecz to zachowanie i ocalenie drobiazgów, które pokazywały charakter ludzi albo relacje między nimi. I Maciej Radziwiłł zbiera nie tylko fizyczne i namacalne pamiątki, zajmuje się też kolekcjonowaniem wspomnień. W tomie „Radziwiłł” pojawi się część barwnych opowieści, dowodów na zwyczajność możnych. To wywiad przesycony prywatnością. Chociaż autor nie naświetla żadnych skandali, próbuje przedstawić przodków w jak najlepszym świetle (z rzadka ktoś wyłamuje się ze schematu, większość jednak docenia znaczenie rodziny i wielkość nazwiska), dba o to, żeby odbiorców (i rozmówcy) nie znudzić. Sięga po smaczki i ciekawostki, anegdotyczne historie i dykteryjki, które ukazują ludzkie oblicze przeszłości. Nie ma znaczenia, kto był zamieszany w wielką politykę, a kto zrezygnował ze splendoru na rzecz pozornej zwyczajności – tu o postaciach sprzed wieków mówi się tak, jakby były osobami z rodzinnych zjazdów. I właśnie ta serdeczność w odniesieniu do przodków sprawia, że Maciej Radziwiłł zjedna sobie czytelników błyskawicznie. Nie trzeba interesować się historią, żeby z wypiekami na twarzy czytać o przeszłości w takim ujęciu. Autor wie, jak wydobyć z dziejów to, co najbardziej atrakcyjne, ciekawe i wartościowe z perspektywy zwykłego odbiorcy. Nie zamierza chwalić się tytułem czy przeszłością, ale udowadnia, że można się tym pasjonować, czerpać radość z odkrywania kolejnych wątków rodowych. Przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści nie zaginą – mogą być starannie pielęgnowane i zachowywane. Maciej Radziwiłł tłumaczy między innymi, jak wśród Radziwiłłów bywało z małżeństwami wewnątrz rodu, znacznie bardziej jednak interesują go przodkowie jako tacy – o każdym jest w stanie coś interesującego opowiedzieć. O sobie też trochę mówi - jednak nie brzmi to jak przechwałki czy budowanie pomnikowego życiorysu, raczej - jedna z wielu ciekawostek w historii rodu. Drzewo genealogiczne Radziwiłłów rozciąga się tu na kilka rozkładówek, a losy rodu stanowią materiał nie na powieść, a na całą sagę. Gawędziarski styl i lekkość w prowadzeniu narracji sprawiają, że taką lekturą nikt nie poczuje się rozczarowany. To świetny pomysł na prezentację i na uświadomienie czytelnikom, że są jeszcze domy, w których pielęgnuje się tradycję i historię.

czwartek, 5 czerwca 2025

Naomi Watts: Już się nie boję! Wszystko, czego nie mówią nam o menopauzie

Znak, Kraków 2025.

Głos kobiet

Naomi Watts chce, żeby kobiety nie musiały bać się menopauzy, żeby nie szukały na oślep przyczyn zmian, które zaobserwują we własnych organizmach i żeby odbiorczynie nauczyły się, jak rozmawiać z lekarzami, którzy ten temat zwykle bagatelizują. „Już się nie boję” to osobista i pełna humoru opowieść – relacja, w której wyznania aktorki mieszają się z reportażowymi scenkami i rozmowami ze specjalistami. Wszystko ma prowadzić do uświadamiania społeczeństwa: i Naomi Watts robi tu świetną robotę. Jej książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością – przypomina to rozmowę z przyjaciółką albo lekki zestaw wskazówek na kryzysowe chwile.

Przede wszystkim autorka protestuje przeciwko językowym naleciałościom, nie chce, żeby menopauza kojarzyła się kobietom ze wstydem czy ograniczeniami. To nie „przekwitanie”, to potężny kawał życia, którym można się cieszyć. Jednak sprawy nazewnictwa szybko schodzą na dalszy plan, kiedy Naomi Watts zaczyna przechodzić do swojej drogi poznawania menopauzy. Autorka dość szybko weszła w ten czas – w dodatku stało się to, kiedy planowała zajście w ciążę – więc wiązało się ze sporą traumą. Lekarze, którzy nie dostrzegli wcześniej rozmaitych objawach sygnałów nadchodzącej menopauzy wydają się prezentować dość typową postawę – dlatego też Naomi Watts wyczula kobiety na to, o czym rozmawiać i czego domagać się od medyków. Podpowiada, jakie wyzwania czekają na odbiorczynie, kiedy te wejdą w odpowiedni wiek – i dyskomfortu w jakich obszarach mogą się spodziewać. Nie ma dla niej tematów tabu, równie ważne jest cieszenie się satysfakcjonującym życiem seksualnym, jak i wygląd włosów – a przecież menopauza może przejawiać się różnie. Ważne jest, żeby nie tylko uświadomić czytelniczki, z czym będą się borykać, ale też – żeby pokazać, że mogą uzyskać pomoc i nie muszą szukać na oślep powodów kolejnych komplikacji zdrowotnych. Menopauza objawia się na wiele sposobów i u każdej z kobiet będzie wyglądać nieco inaczej – tym cenniejszy jest szereg rozmów, jakie autorka przeprowadza z przyjaciółkami, znajomymi lub specjalistkami z zakresu medycyny. Wiadomości, które uzyskuje, przekuwa na wartką i dynamiczną, pełną uśmiechu i serdeczności opowieść. To lektura empatyczna i wartościowa. Prowadzenie osobistej narracji nie przytłumia wprowadzanych tu wiadomości. Informacji jest mnóstwo i wcale nie trzeba głęboko kopać, żeby je znaleźć – autorka przygotowuje wręcz poradnikowe dane, żeby łatwiej było zorientować się w prezentowanych treściach. A przecież tę publikację można czytać po prostu dla satysfakcji i przyjemności – jest dobrze napisana (wiadomo, że doskonale sprawdziła się ghostwriterka, która nadała kształt opowieściom) i trafi nie tylko do grupy docelowej. Odbiorczynie chcące dowiedzieć się czegoś o menopauzie mają tu mnóstwo wiadomości. Te, które zwyczajnie pragną poczytać o walce o zdrowie i spokój – także znajdą coś dla siebie. To publikacja wartościowa, cenna i otwierająca nowy nurt w literaturze „zdrowotnej”: przyzwyczaja do myśli o menopauzie, pokazuje, jak ten czas może wyglądać u różnych kobiet – i oswaja z koniecznością szukania pomocy w różnych sferach. To lepsze niż przestrogi i porady ekspertów – zwyczajna książka stworzona przez zwyczajną kobietę – o zwyczajnym zjawisku. Tyle że z nadzwyczajną warstwą tekstową.

środa, 4 czerwca 2025

Gniewosz Leliwa: Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy?

Helion, Gliwice 2025.

Jak to działa

Szerokie grono odbiorców zdążyło się już przyzwyczaić do istnienia w świecie, w którym sztuczna inteligencja ułatwia życie (lub gromadzi dane, żeby wykorzystywać je w celach nie tylko marketingowych). Część z tych odbiorców będzie pewnie zadawać sobie pytanie, jak to działa – co sprawia, że komputery uczą się i mogą udawać ludzi w procesach komunikacyjnych, proponować potrzebne treści, wyszukiwać dane kontekstowo i podsuwać upragnione rozwiązania. I Gniewosz Leliwa w książce „Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy” chce przybliżać takie właśnie tematy. Sięga do mechanizmów uczenia maszynowego, rozkłada na czynniki pierwsze to, co zachodzi w dużych modelach językowych i tłumaczy ogólne zasady tak, żeby zaspokoić ciekawość laików. Sam twierdzi, że trafić może i do inżynierów – jednak styl książki jednoznacznie wskazuje na czytelników spośród tych do tej pory nieszczególnie obeznanych w informatyce (albo szerzej – w naukach ścisłych). W pewnym momencie zaznacza, że będzie stosował rozmaite uproszczenia, żeby uczynić wywód przejrzystym – jeśli ktoś zechce zgłębić temat, raczej nie powinien traktować tej książki jako wyroczni. Za to jako punkt wyjścia dla zainteresowanych nada się tom całkiem nieźle.

Gniewosz Leliwa ma świadomość faktu, że omawia skomplikowane zagadnienia i musi to uczynić w przystępny sposób. Z czasem coraz częściej pojawiać się będą ostrzeżenia przed trudnymi rozdziałami (których nie należy czytać do poduszki): jednak popularyzatorski charakter tomu sprawia, że nikt nie będzie miał autorowi za złe przyjętych skrótów. Zwłaszcza że Leliwa zmierza tam, skąd inni się wycofują: jest w stanie faktycznie pochylić się nad procesami zachodzącymi w informatyce i zrozumiale je zaprezentować – tak, żeby odbiorcy nie wystraszyli się nadmiernej hermetyczności i żeby dostali wielopiętrowe wyjaśnienia – przydatne, kiedy chce się przejść z poziomu „magii” na poziom ogólnego uświadomienia. Dowiedzą się między innymi, jak trenować modele i jakie znaczenie ma jakość wprowadzanych do nich danych, poznają wyzwania i pułapki związane z uczeniem sztucznej inteligencji. Autor może zaintrygować, wie, jak rozbudzić ciekawość i jak czytelników nasycić – ale nie przekarmić.

Wszystko to czyni w stylu, który jest trochę zbyt prestidigitatorski, efektowny – ale przekoloryzowany. Sprawdziłby się idealnie na wykładach, podczas bezpośredniego kontaktu z słuchaczami – niekoniecznie za to jest dobry do książki. Kiedy autor kolejny raz wpisuje bzdurę, żeby „sprawdzić czujność” czytelników, albo kiedy sili się na dowcipy w momencie, gdy wystarczyłoby standardowo prowadzić wywód – może odstraszyć poszukiwaczy konkretów. Jest też dość ekspansywny jako autor, dzieli się autorefleksjami czy prywatnymi spostrzeżeniami, żeby zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami – ci, przynajmniej w większości, będą jednak czekać na konkrety z obszaru AI, a niekoniecznie na popisy standupowe. Tak czy inaczej – książka „Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy” to publikacja, jakiej do tej pory na rynku nie było, wnosi coś nowego do świadomości odbiorców, którzy funkcjonują już w świecie mocno ze sztuczną inteligencją powiązanym. I dlatego może się przydać.

wtorek, 3 czerwca 2025

Maciej Czarnecki: Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice

Czarne, Wołowiec 2025.

Przeszkody systemu

Maciej Czarnecki sięga po skrajności, ale tak najłatwiej mu będzie naświetlić tematy, które szokują i które skłaniają do myślenia o różnicach kulturowych. „Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice” to reportażowa publikacja tworzona na bazie rozmów z ludźmi, którzy przeżyli traumatyczne wręcz wydarzenia w obcym dla siebie kraju i mają rozmaite spostrzeżenia w kwestii opieki społecznej za morzem. A opieka społeczna ma sporo pracy – bo gdyby chodziło o odbieranie dzieci rodzicom, którzy podniosą głos lub wprowadzą jakieś nakazy i zasady w domu, faktycznie łatwo byłoby krytykować i jednoznacznie oceniać sytuację. Tymczasem Czarnecki wywołuje faktyczne koszmary: młodzi chłopcy są wciągani przez gangi do dystrybuowania narkotyków albo giną w strzelaninach. Ci, którzy w naturalny sposób chcą się buntować – choćby z racji wieku – trafiają przeważnie albo do rodzin zastępczych (które rzekomo mają narzędzia do radzenia sobie z trudnymi przypadkami), albo w zębatki systemu, który nie ma prostych metod reagowania, chociaż reagować się stara. Ale jest też bardziej drażliwy motyw: to relacje rodziców dzieci chorych – albo z rodzin, które zostały potraktowane jako patologiczne (chociaż autor takiego określenia unika, w ogóle ucieka od ocen, nawet jeśli gdzieś na marginesie sygnalizuje na przykład problemy z alkoholem). W przypadku młodych ludzi z zaburzeniami psychicznymi kompletnie nie sprawdzają się schematy stosowane do ogółu – a przecież „szwedzki socjal” nie może zignorować wysyłanych sygnałów.

I „Dla dobra dziecka” to książka, która zbiera małe dramaty. Każdy rozdział jest tu osobną historią, to relacja szybka i emocjonalna, wypełniona prywatnymi dramatami i sygnałami nadużyć – przynajmniej z perspektywy pokrzywdzonych. Autor pozwala się swoim rozmówcom wygadać, daje im przestrzeń na naświetlenie krzywd i zmartwień, ale sam poprzestaje na zbieraniu informacji oficjalnie podawanych – żeby dać czytelnikom punkt odniesienia, pokazać praktykę i teorię – przy czym ta pierwsza oczywiście podlega licznym interpretacjom. To publikacja, w której każdy powinien wyrobić sobie własne zdanie na temat przedstawianych historii – wiele tu emocji i to skrajnych, wiele sytuacji, które w polskich warunkach faktycznie byłyby nie do pomyślenia – i właśnie z tego powodu autor może przyciągnąć do siebie spore grono czytelników. Jest to książka wyważona mimo ogromu krzywd i pytań, mimo wielu walk Polak kontra szwedzki system opieki społecznej. I to czytelnicy będą samodzielnie wybierać, komu bardziej zaufać, z kim się identyfikować i komu kibicować – autor pozwoli im na to, przedstawiając skomplikowane losy ludzi, którzy zdecydowali się wychowywać dzieci po drugiej stronie Bałtyku. A to oznacza, że książka przyniesie mnóstwo refleksji – nie da się jej czytać na zimno i kompletnie bez reakcji. Nie jest to kompleksowe spojrzenie na socjal w Szwecji, tak samo jak i nie jest to kompleksowe spojrzenie na problemy Polaków w Szwecji – jednak pokazuje, co dzieje się, kiedy zabraknie możliwości porozumienia już nie tylko między człowiekiem i urzędami, ale też między narodami.

poniedziałek, 2 czerwca 2025

Alan Murrin: Coast Road. Powieść

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.

Trwałość

To wcale nie jest tak, że jeśli prawnie zakaże się rozwodów, małżeństwa będą miały zagwarantowaną szczęśliwą egzystencję aż po kres. Przekonują się o tym kobiety z różnych sfer i wybierające różne drogi życiowe. Wcale nie tak dawno – bo u schyłku XX wieku. Wcale nie tak daleko – bo w Irlandii bohaterki próbują realizować własne marzenia, uczą się walki o siebie i przekonują się, że na nic wypełnianie schematów, jeśli druga strona nie zachowuje się uczciwie. I tak roztacza się przed czytelnikami powieści „Coast Road” strefa mroczna – mimo pozornej obyczajowości.

W każdym społeczeństwie, niezależnie od jego konstrukcji, pojawiają się jednostki, które chcą być wolne za wszelką cenę i rezygnują z wypełniania narzuconych im ról. Owszem, płacą za to sporo, przede wszystkim – samotnością i odtrąceniem przez ogół – jednak zwykle to właśnie indywidualiści, którym mimo wszystko niestraszne podobne wyzwania. I nie inaczej jest tutaj: wprawdzie większość kobiet potulnie znosi swój los: akceptuje, że mąż spotyka się z różnymi kobietami, nie próbując nawet zachować tego w sekrecie, albo tkwi w przemocowych związkach, nie może decydować o samorozwoju ani nawet o liczbie posiadanych dzieci: ale istnieją i takie, które mają własne zdanie i potrafią się bronić przed całym światem. To właśnie takie bohaterki nadają kolor opowieści.

Alan Murrin obserwuje rzeczywistość i naświetla ją w dwóch płaszczyznach. Przede wszystkim zależy mu na unaocznieniu siły kobiet – nawet te, które zostały uwięzione w konwenansach i w życiu, jakiego za nic by sobie nie wybrały, od czasu do czasu ośmielają się marzyć i w wyobraźni inaczej kształtować własną egzystencję. Druga płaszczyzna nie jest fabularna a narracyjna – i wiąże się z niezwykłą drobiazgowością w obserwacjach. Autor jest w stanie zarejestrować każdy, najdrobniejszy nawet gest i zamienić go w pasjonujący opis. A to spora sztuka. Zwłaszcza że nie traci na tym dynamika akcji: nawet detale w tej powieści przykuwają uwagę i nie męczą, są opisane świetnie i z pomysłem. Najmniejszy ruch niesie ze sobą całą siatkę znaczeń, a Alan Murrin sprawia, że czytelnikom nie umknie żadne z nich. Autor nasyca tę opowieść plastycznością, nie tyle opowiada historię, co pozwala ją przeżywać razem z kobiecymi postaciami. Tu wszystko jawi się jako prawdziwe – a przez to będzie jeszcze bardziej wstrząsające i przekonujące jednocześnie. „Coast Road” to powieść wysokiej próby, literatura ciekawa i ambitna, nie tylko dla odbiorców spragnionych interesujących charakterów, ale i dla tych, którzy cenią sobie niewygodne pytania i ryzykowne tematy. Chociaż spokoju małżeńskiego i spełnienia próżno by tutaj szukać, warto przyjrzeć się, jak radzą sobie kobiety jako jednostki, przez źle pojmowane kodeksy wartości skazywane na wieloletnie cierpienia i wyrzeczenia. Tu dobrych rozwiązań nie ma, trzeba by pokonać system, a i tak mnóstwo czasu by upłynęło, zanim zmieniłaby się mentalność. Ta powieść ilustruje ograniczenia, jakie ludzie wypracowują sobie przez źle pojmowane prawa.

niedziela, 1 czerwca 2025

Andrzej Komendziński: Rowery. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o najdoskonalszym pojeździe w historii ludzkości

Media Rodzina, Poznań 2025.

Przejazdy

Jest to publikacja, która z jednej strony ma zachęcić dzieci do korzystania z roweru jako środka lokomocji, a z drugiej – pokazać, jak rowery funkcjonują w świecie. Andrzej Komendziński tworzy książkę dla młodych czytelników – zapewnia im sporą dawkę wiadomości i ciekawostek z różnych krajów i czasów. Każda opowieść to inny rodzaj roweru i inne miejsce na świecie – co automatycznie oznacza też różne przeznaczenia pojazdów. Są tu rowery górskie, rowery dziecięce, tandemy, rowery do ścigania się, rowery do wykonywania akrobacji, rowery miejskie i rowery pocztowe, rowery, które sprawdzają się w trudnych warunkach atmosferycznych lub riksze. Za każdym też razem autor przedstawia innych bohaterów: mieszkańców różnych krajów. Dzieli ich nie tylko narodowość, ale też wiek: wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, że z rowerów korzystać mogą najmłodsi i najstarsi, nawet ci, którzy nie zawsze mają siłę na pedałowanie. Autor zajmuje się przygotowaniem odbiorców do świadomego i bezpiecznego korzystania z roweru. Przedstawia najważniejsze elementy każdego roweru, opowiada o konieczności noszenia kasku i przyzwyczaja do znaków drogowych – przypomina, że dzieci powinny wyrobić sobie w szkole kartę rowerową, jeśli chcą jeździć na rowerach. Pokazuje różne „dziwne” rowery, które niekoniecznie służą wyłącznie do przemieszczania się – wprowadza nazwy i informacje dla zainteresowanych.

Wykorzystuje Komendziński charakterystyczne dla tomików edukacyjnych dzisiaj rozwiązania – dzieli tekst na małe akapity (największe bloki tekstu to te łączące się z przedstawieniem bohaterów i ich rowerów w codzienności), po czym wiąże poszczególne ciekawostki z konkretnymi obrazkami – przedstawieniami rowerowych dokonań. To pozwala automatycznie nawigować po książce: zainteresowani bez trudu znajdą tu potrzebne wiadomości i będą mogli przekonać się do roweru jako pomocy w codziennym przemieszczaniu się albo jako źródła rozrywki, zarobku, sportu czy wyzwań. Autor przeprowadza przez historię rowerów – i wynalazków, które przyczyniały się do poprawienia komfortu jazdy. Jeśli ktoś przed przystąpieniem do lektury uważał, że rower to rower i nic ciekawego nie można o nim powiedzieć, po lekturze zmieni zdanie – znajdzie tu całe mnóstwo detali, bez których owszem, można czerpać przyjemność z jazdy na rowerze, ale które rozbudzają ciekawość coraz bardziej. To tomik dla wszystkich, którzy kochają rowery – bez względu na ich wiek. Autor wie, że przyciągnie do publikacji odbiorców, którzy świadomie przesiadają się na ten środek lokomocji, stara się zatem sprawić, żeby czytelnicy jak najbardziej przywiązali się do rowerów. Uświadamia im szeroki wachlarz możliwości i rozwiązań, które mogą się przydać nawet w codziennym korzystaniu z takich pojazdów. Jest to książka o charakterze edukacyjnym – ale można ją czytać z przyjemnością zwłaszcza dzięki odwołaniom do różnych bohaterów z różnych stron świata. Wszystkich łączy miłość do rowerów – miłość, którą szybko zaczną podzielać także czytelnicy tej książki.

Susannah Shane: Od kiedy jestem twoim tatą

Harperkids, Warszawa 2025.

Codzienność

Podstawowych pojęć związanych z członkami rodziny nie trzeba dzieciom specjalnie przedstawiać – poznają je naturalnie i przez codzienny kontakt z bliskimi. Ale w zasadzie prezentacja rodziców może się przydać. Raz – dzieciom najmłodszym, które potrzebują ciepłych historyjek zapewniających poczucie bezpieczeństwa, dwa – tym, które zyskają przybranego rodzica. Książeczki z serii Od kiedy jestem… mogą się przydać w każdym domu i do różnych celów. Nie ma tu specjalnie skomplikowanej fabuły, ważne i wartościowe są relacje między członkami rodziny.

W „Od kiedy jestem twoim tatą” uwagę skupiają na sobie dwie wydry. Dorosła wydra – tata – czuwa. Zabiera dziecko na różne wyprawy, uczy rozmaitych rzeczy i pilnuje, żeby nie stała się krzywda. Tata to ten, który zapewnia bezpieczeństwo. Wydrze dziecko może dzięki temu bawić się swobodnie i realizować najdziksze pomysły. Z tatą zawsze jest ciekawie, z tatą można miło spędzać czas. Susannah Shane proponuje czytelnikom opowiastkę prostą i urzekającą w planie spostrzeżeń – nie chodzi tu o konkretne akcje, chociaż tym razem takie się pojawiają (do tej pory autorka pilnowała, żeby przygody były jak najbardziej uniwersalne i żeby dzieci mogły bez trudu przełożyć to na własne doświadczenia i obserwacje. W tym przypadku jednak sytuacja się zmienia: mała wydra uczy się od taty, jak nurkować, jak pływać, albo… że nie należy zaczepiać krabów. W razie czego – tata czuwa, a wieczorem może powiedzieć, że cieszy się ze wspólnie spędzonego czasu. Tata we wszystkim pomaga, a robi to bezinteresownie.

Do tej pory Natalia Usenko zachwycała jakością przekładu, tym razem jest trochę inaczej, rymowanka albo wydaje się trudniejsza, albo nie udało się znaleźć rozwiązań pasujących do oryginału. Autorka przekładu zachowuje rytm, ale z rymami decyduje się na najprostsze wersje – między innymi rymowane czasowniki. Nie cieszy to już tak bardzo jakością warsztatową, chociaż dla odbiorców nie będzie miało specjalnie znaczenia. Być może sprawił to pośpiech, albo – brak koncepcji – a może też poprzednie tomiki wysoko postawiły poprzeczkę.

Jednak tekst w tym tomiku jest tylko dodatkiem. Picture book urzeka sympatycznymi ilustracjami. W wieczornych harcach dwóch wydr nie ma miejsca na inne zwierzęta: liczy się tyko relacja między tatą i córką. Ponieważ zbliża się noc i pora snu, kolory są przygaszone, ciemniejsze, żeby nie rozbudzać niepotrzebnie dzieci, które zdecydują się na taką lekturę przed spaniem. Ale tym, co wyróżnia serię, są lśniące wstawki, błyszczący nadruk, który imituje refleksy świetlne na przykład na wodzie. To przyciąga wzrok i dzieci powinno skusić. Takie zaproszenie do lektury pozwoli na wejście w świat emocji i relacji. To krótka i prosta rymowanka, która pozwala wyrazić najgłębsze uczucia.