* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Susanna Tamaro: Tygrysica i Akrobata

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Życie po swojemu

Tygrysicy, bohaterce tomu "Tygrysica i Akrobata" odbiorcy towarzyszą od pierwszych chwil. Zwierzę przychodzi na świat w tajdze, powoli uczy się otoczenia, od matki pobiera lekcje polowania i... filozofii. Dowiaduje się, co jest ważne w życiu i co je czeka w przyszłości. Jedną z ważniejszych historii jest ta o człowieku: człowieka zawsze należy się wystrzegać, ma kije plujące ogniem i jest niebezpieczny, bo zabija dla samego zabijania. Trzeba przyznać, że w tym portrecie nie ma miejsca na jakąkolwiek wyrozumiałość wobec ludzi. Tymczasem tygrysica bawi się z bratem, poznaje swojego ojca i dokazuje – jak każdy maluch. Przychodzi jednak, i to dość szybko, czas rozstania: matka na coraz dłużej opuszcza swoje pociechy. W końcu żegna się z nimi. Brat tygrysicy wyrusza w stronę, w której znika słońce. Tygrysica wybiera przeciwny kierunek. Zmierza na wschód. Nie myśli jeszcze o tym, co ją spotka. Wie tylko jedno: zamierza pozostać wolna, nie podporządkowywać się ani naturze, ani powinnościom wobec innych. Tygrysica nie ulega instynktom, przynajmniej nie w tym stopniu, w jakim można by się spodziewać. To zwierzę dumne, władcze i silne, chociaż też przeraźliwie samotne. Tygrysica rezygnuje z szukania partnera i wydawania na świat potomstwa. Najpierw jest na to zbyt młoda - nie zastanawia się nad przedłużaniem gatunku, zresztą na swojej drodze nie spotyka odpowiednich partnerów. Później już spotyka się z ludźmi, znienawidzonymi przez matkę i niebezpiecznymi dla wszystkich żywych istot. Tygrysica nie wie jeszcze, jak bardzo ludzie zmienią jej sposób postrzegania świata. Trafia na samotników i odludków, tych, z którymi można się zaprzyjaźnić. Odkrywa, że nie wszyscy ludzie są źli i mają niedobre zamiary. Ale taka ufność też może się źle skończyć. Tygrysica między innymi zostaje schwytana i wykorzystywana do cyrkowych sztuczek. Od starszych samic dowiaduje się, jak przetrwać w warunkach niewoli. Nie chce jednak, by tak wyglądało jej życie już do końca.

"Tygrysica i Akrobata" to książka, którą odczytywać można jako prostą powieść filozoficzną. Susanna Tamaro odchodzi od sugerowania wielowątkowości czy różnych zabaw interpretacyjnych, trzyma się konkretów z egzystencji bohaterki i na tej podstawie dopiero pozwala odbiorcom wysnuwać refleksję na temat ich własnych doświadczeń. Mówi o wielkich sprawach: potrzebie bliskości i posiadania rodziny, samotności i wyobcowaniu, stratach, marzeniach i wolności, rozważa, czym jest szczęście i jak do niego doprowadzić. To historia dość krótka, a upływ czasu autorka akcentuje poetyckimi skojarzeniami. Punkt widzenia tygrysa nie pozwala na posługiwanie się typowymi dla ludzi określeniami, stąd też wrażenie liryzmu w opowieści. Tamaro odwołuje się do podstaw w życiu każdego człowieka - tyle tylko, że dla oddalenia banału posługuje się inną perspektywą. Towarzyszy bohaterce w wydarzeniach zupełnie zwyczajnych i tych ekstremalnych, pokazuje, że nigdy nie da się przygotować na to, co przynosi los. Jest "Tygrysica i Akrobata" tomem o charakterystycznej melodii narracji, tu sposób opisu przykuwa uwagę tak samo jak fabuła. Susanna Tamaro stawia na pozorną naiwność - dzięki niej może wprowadzać do historii głębokie prawdy o życiu i relacjach z innymi. Przygląda się skomplikowanemu procesowi spełniania marzeń i uwodzi czytelników samym pomysłem. Jest to historia, którą czytać mogą dorośli, ale też i młodzi ludzie - każdy wyciągnie z opowieści coś dla siebie. Takie książki, jeśli już pojawią się na rynku, szybko zaczynają być uznawane za klasykę i cenione za wejście w baśniową z pozoru rzeczywistość.

niedziela, 3 czerwca 2018

Olga Tokarczuk: Opowiadania bizarne

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Między światami

Cechą charakterystyczną opowiadań Olgi Tokarczuk zamieszczonych w książce "Opowiadania bizarne" jest nastawienie na emocje. Tu zawsze coś się dzieje, bez względu na to, czy autorka przenosi akcję w przeszłość, w przyszłość, do obcych krajów czy do wyimaginowanych przestrzeni, nastawia się na rejestrowanie i przekazywanie czytelnikom emocji postaci. I nie ma znaczenia, czy te postacie to prawdziwi ludzie z systemem odczuwania zbliżonym do tego, którym posługują się odbiorcy, czy też zautomatyzowane twory prowadzące równoległą egzystencję. Liczy się czucie - niepodważalne, subiektywne doznania są na tyle silne, że dominują w wielu przypadkach nawet nad fabułą, o którą przecież Tokarczuk też bardzo dba. W efekcie "Opowiadania bizarne" zapadają w pamięć i przynoszą poza rozrywką sporo refleksji na temat kondycji ludzkiej i nieuporządkowania świata. A sama Olga Tokarczuk potrafi czytelników wstrzelić od razu w kreowaną przestrzeń, nie ma znaczenia, realną czy oniryczną - drobiazgami buduje całość, pozostawiając wrażenie wypełnienia świata, postawienia go na dobrze przemyślanej i stabilnej konstrukcji. Oczywiście w każdym ze światów bohaterowie będą nadal mieli własne poważne problemy – na tym przecież polega sens zatrzymywania się nad historiami – ale wprowadza autorka w ten sposób element nieprzewidywalności przy jednoczesnym wrażeniu panowania nad materią.

Są te opowiadania precyzyjne i klasyczne pod względem formy. Olga Tokarczuk nie eksperymentuje z opisami. Stawia na to, co sprawdzone i naturalne, nie chce, żeby narracja odwracała uwagę od wydarzeń. Chociaż zdarza się jej stylizować (całe opowiadanie z odległej przeszłości imituje językowo epokę, ale nie jest to zabieg specjalnie potrzebny), chętniej posługuje się przezroczystym tekstem, tak, żeby nic nie przysłaniało pomysłów fabularnych i kreacji postaci. Nie traktuje opowiadań jak wprawki do większych form czy sposobu na rozpisanie się, proponuje odbiorcom małe dzieła, zamknięte opowieści, którym niczego nie brakuje. I nawet jeśli wybiega fantazją w inne czasy lub do innych przestrzeni (albo łączy podróże), nie potrzebuje sygnalizować tego w ramach opisów - bo doskonale radzi sobie z przekładaniem na zwyczajny język pomysłów tak, by były przekonujące. Daje się zauważyć za to ogromną dbałość o słowo, o melodyjność narracji i ogólne wrażenie literackości, ale akurat to u tej autorki nie dziwi i wydaje się naturalnym sposobem prowadzenia historii. Olga Tokarczuk poza imponowaniem wyobraźnią, dokłada jeszcze odbiorcom ładny tekst, dodatkowy czynnik przyciągający do tomu.

Cieszy tu zwłaszcza operowanie różnymi kontekstami. O ile język w miarę ujednolica całość, o tyle w działaniach fabularnych i w prezentowaniu bohaterów nie będzie powtórzeń. Koloryt lokalny również za każdym razem jest inny – a to oznacza, że dostarcza Olga Tokarczuk szeregu emocji, w których każdy znajdzie dla siebie odpowiednie zakotwiczenie. Jest to zestaw opowieści, które właściwie same się czytają - wciągających i atrakcyjnych. Znajdzie uznanie wśród koneserów prozy środka, ale również tych czytelników, którzy szukają odcięcia od zwyczajności, oryginalnych pomysłów czy niebanalnego rozwoju wydarzeń. Na nieoczywistościach buduje autorka całe sensownie uzasadniane światy - niby wszystko jest możliwe, a jednak pozwala odbiorcom na przejście do krain zwykle niedostępnych, pełnych atrakcji polegających na międzyludzkich kontaktach. Właśnie iskrzenie na granicach interpersonalnych związków, na płaszczyźnie spotkań nadaje tomowi "Opowiadania bizarne" mocnego charakteru. Nie każdy lubi opowiadania jako gatunek, ale w tym wypadku warto przyjrzeć się propozycji Olgi Tokarczuk – to kawałek dobrej literatury z nietuzinkowymi postaciami umieszczonymi w wyobraźniowej przestrzeni.

Grażyna Bąkiewicz: Ale historia... Stasiu, co ty robisz

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Samotnik

Nikogo nie interesują marzenia Słonia (a Słoniu chciałby dostać latający rower, koniecznie czerwony). Nikogo nie interesują ambicje Słonia (a Słoniu chce być najlepszy, nawet jeśli musi się w tym celu posunąć do oszustwa – tylko po to, żeby przypodobać się ojcu, dyrektorowi szkoły). Nikt nie chce się przyjaźnić ze Słoniem (a Słoniu sam do zdobywania przyjaciół nie dąży, no, może przychylniej patrzy na Olę, która często staje po jego stronie). Zbliżają się urodziny Słonia i chłopak powinien zaprosić na nie kolegów. Ale nie wierzy, że ktokolwiek chciałby przyjść, zresztą sam nie bardzo ich lubi. W serii Ale historia... piątą częścią, tomikiem "Stasiu, co ty robisz?" dowodzi właśnie Słoniu. To on prowadzi narrację i pozwala lepiej się zrozumieć. Na szczęście - bo takich jak Słoniu można spotkać w każdej miniaturowej społeczności i mało które dziecko ma w ogóle ochotę analizować przyczyny odstręczających zachowań. Słoniu, nawet jeśli nadrabia miną, nie zawsze jest szczęśliwy. Potrzebuje jednak impulsu, żeby zrozumieć niewłaściwość swojego zachowania i dostrzec w rówieśnikach osoby życzliwe, a nie wyłącznie wrogów.

Na razie jednak pan Cebula, historyk, wysyła wszystkich uczniów w przeszłość, do czasów rozbiorów Polski. Pytanie, na które mają odpowiedzieć uczniowie, dotyczy właściwych "morderców" kraju: dzieci muszą się zastanowić, czy winę za wydarzenia ponoszą zaborcy, czy też może przyczyn rozbiorów należy szukać gdzie indziej. Przy okazji przyjrzą się królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu i jego postawie - budzącej sprzeczne uczucia. Słoniu dołącza do grupy Aleksa i Grubego, ale nie zawsze chce z kolegami współpracować, w dużej części odsuwa się od zespołu i działa na własną rękę. Różne są przy tym jego motywacje, co warto zaznaczyć i co Grażyna Bąkiewicz ładnie na marginesie przekazuje.

Bardzo dokładnie przygląda się autorka kwestii przyczyn rozbiorów, pozwalając jednocześnie, żeby odbiorcy – i mali bohaterowie – sami wyciągali wnioski na temat tego, co zdarzyło się za panowania króla Stasia. Niechlubne czyny i kłótliwa szlachta to tematy powracające w komiksowych rysunkach, w tekście autorka skupia się bardziej na tym, czego doświadcza Słoniu. A ma on spotkać się z królem, żeby przekazać mu zaszyfrowane informacje od rodaków. W komiksach powraca kwestia romansu z carycą Katarzyną i stosunek Polaków do liberum veto – w opowieści stopniowe ocieplanie relacji między uczniami pana Cebuli. Słoniu nawet jako indywidualista nie może działać samotnie, musi porozumiewać się z miejscowymi. Co ciekawe, autorka znajduje jeszcze możliwość nakreślenia przełomu postaci. Słoniu najpierw przegrywa swoich kolegów, a potem dowiaduje się, że jego przodek mógł przyczynić się do upadku kraju. To dwa powody do wstydu i do zastanowienia się nad własnym postępowaniem. Chociaż bohater wie, że dzieci nie wybaczają błędów i mogłyby nawet winy dawnych – sprzed wieków - rzekomych członków rodziny wykorzystać jako powód drwin i odrzucenia, może przyznać się do błędu i przekonać się, w jaki sposób zaskarbić sobie uznanie grupy. To wskazówka dla tych, którzy jak Słoniu przekreślili już niemal swoją pozycję w lokalnej społeczności: wywyższali się, narzucali innym swoje zdanie lub ich krytykowali, zapewniając sobie wyłącznie niechęć.

Doświadczenie Słonia jest cenne nie tylko od strony historycznej, chociaż lekcję historii proponują autorzy – jak zwykle - znakomitą. Grażyna Bąkiewicz nie zapomina o relacjach interpersonalnych, nakreśla je tak, by przydały się jako wskazówki małym odbiorcom. W książce króluje jak zawsze humor, co uprzyjemnia zdobywanie wiedzy. Ten cykl powinien stać się obowiązkową lekturą dla najmłodszych - unikną wtedy problemów z uczeniem się historii w przyszłości.

sobota, 2 czerwca 2018

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Wenecki spisek

Powergraph, Warszawa 2018.

Jak najdalej

Rafał Kosik doskonale wie, że marzenia mogą stać się motorem napędowym fabuły i uzasadniać najbardziej nonsensowne decyzje bohaterów. W kolejnym tomie przygód Amelii i Kuby, w serii kierowanej do młodszego rodzeństwa fanów Felixa, Neta i Niki, znowu odwołuje się do pragnienia Mi, by mieć zwierzątko. Kilkulatka za wszelką cenę próbuje zdobyć towarzysza, na którego nie miałaby uczulenia – albo zwalczyć alergię. Z pomocą przychodzi jedyna tabletka firmy Alestop, którą tata dostaje do przygotowania zdjęć reklamowych. Mi, jakby na potwierdzenie wszelkich ostrzeżeń o chowaniu medykamentów przed dziećmi, połyka specyfik bez specjalnej refleksji nad jego działaniem, przeznaczeniem i skutkami ubocznymi. Nie dość na tym: opakowanie Alestopu przypadkowo ulega zniszczeniu i trudno będzie je odtworzyć, chociaż bohaterowie rozpaczliwie próbują. Najłatwiej byłoby przyznać się do wszystkiego rodzicom, ale to oznaczałoby kary i awantury. Mi angażuje do pomocy starszego brata, Kubę oraz sąsiadów - Amelię i Alberta. Cała czwórka dochodzi do wniosku, że jedynym sposobem na uratowanie sytuacji jest wyprawa do siedziby firmy i zdobycie drugiej tabletki i drugiego pudełeczka, a przy okazji i antidotum dla Mi. Oczywiście w tajemnicy przed dorosłymi. "Wenecki spisek" to historia z rozmachem.

Czwórka dzieci musi połączyć siły i opracować śmiały plan działania, żeby nic się nie wydało i żeby wyprawa się powiodła. Przyda się tu i Albert ze swoimi dziwactwami (potrafi wyznaczyć trasę), i Kuba (jedyny racjonalnie myślący), i Amelia (marzycielka, którą do Wenecji dodatkowo pchają własne nadzieje na namalowanie odbić w wodzie). Problemy – naturalnie - się mnożą. I jedni, i drudzy rodzice są przekonani, że wszystkie dzieci spędzają czas pod opieką sąsiadów. Bohaterowie mają ograniczone zasoby finansowe, muszą zatem mocno kombinować, żeby nie wpaść w ręce konduktorów w pociągach - ale też, żeby nikt nie zainteresował się, dlaczego podróżują bez kogoś dorosłego. Całonocna wyprawa pociągiem z fantazyjnymi wagonami to dopiero początek przygody. Już wkrótce Mi przekona się, że ktoś ją śledzi. Przy tym wszystkim sierść wyrastająca na rękach dziewczynki (skutek uboczny Alestopu!) to już kwestia niegodna uwagi.

Jak zwykle Rafał Kosik pisze z rozmachem i nie przejmuje się aspektami wychowawczymi. Na pogadanki i uświadamianie odbiorcom, czego robić nie wolno, przyjdzie czas później - zresztą ten autor w swoich czytelników wierzy i nie musi posuwać się do pedagogicznych połajanek. Teraz liczy się przygoda i humor. Nieprzypadkowo Mi pozna kilka znaczeń słowa "włochy" - to sygnał zabawy, również twórcy historii. Humor pojawia się w akcji i w dialogach, to coś, za co czytelnicy pokochali cykl FNiN – Kosik potrafi rozśmieszać na różnych płaszczyznach. Ma powieść również wymiar edukacyjny, bo autor wykorzystuje fakt, że podróże kształcą. Wyprawę dzieci wzbogaca wieloma informacjami "przewodnikowymi", podanymi tak, by wzbudzić ciekawość. Operuje udanie przypisami, w których zaznacza ciekawostki, objaśnia co trudniejsze terminy, ale i przestrzega, żeby nie uczyć się ortografii na zapiskach Mi. Zaskakuje bez przerwy i to czynnik, dzięki któremu najmłodsi chcą śledzić przygody bohaterów. Potrafi wprowadzać opisy sensacyjne (pościgi po Wenecji) i łączyć je z kreskówkowymi pomysłami (ekwipunek Szpiegówki). Nie sposób się przy tej książce nudzić. Wyraziste są charaktery postaci, a i pomysły na kierunki akcji: czasami autor ucieka się do fantazji, czasami czerpie z różnych gatunków literackich, a czasami stawia na realizm. "Wenecki spisek" jest książką, która dostarcza mnóstwa emocji, dla najmłodszych to idealna zachęta do czytania: trudno się od tej powieści oderwać, a kto raz poznał przygody Kuby, Mi, Alberta i Amelii, ten z serią pozostanie. Rafał Kosik znalazł świetny sposób, żeby wychować sobie czytelników wśród kilkulatków - teraz poza FNiN będzie musiał jeszcze rozwijać "młodszy" cykl.

Zofia Stanecka: Basia. Wielka księga słów

Egmont, Warszawa 2018.

Interpretacje

Przygody Basi cieszą się ogromnym powodzeniem i na rynku wciąż pojawiają się nie tylko kolejne tomiki poświęcone codzienności małej bohaterki, ale i rozmaite dodatki, zbiory opowiadań i podserie. Oprócz "Wielkich ksiąg przygód" - zestawów już opublikowanych w pojedynczych tomikach historyjek – autorka podsuwa swoim odbiorcom "Wielką księgę słów". To ciekawy eksperyment, sprawdzenie, ile jeszcze można wycisnąć z raz przedstawionych fabuł. To również nietypowe streszczenie idei "Basi" dla dorosłych, którzy zastanawiają się jeszcze, czy przedstawić tę bohaterkę swoim dzieciom. Dla maluchów to okazja do przypomnienia sobie ulubionych bajek, szereg krótkich spotkań rozpisanych na głosy.

Tomik - dość obszerny, jak na zbiorówkę przystało - ma układ alfabetyczny, kolejność wyznaczają hasła, które dla fanów Basi są bardzo czytelne. Hasła-słowa wywołują różne skojarzenia. Czasami trzeba dostarczyć odbiorcom definicje co trudniejszych i abstrakcyjnych pojęć (czym jest niesprawiedliwość albo emocje), czasami - wskazać typowe dla Basi motywy, jej wynalazki słowotwórcze albo osobiste interpretacje. Słownik pokazuje, co dla małej postaci jest naprawdę ważne. Nic dziwnego, że swoje miejsce znajdą w nim mama, tata czy dziadkowie. Pojawiają się zagadnienia związane z tym, co dzieci lubią (a czego rodzice często im zabraniają) - tu trafią między innymi żelki czy tablet. Znajdzie się miejsce na przedstawianie dzieci z bliskiego otoczenia Basi - powrócą Titi, Anielka, Lula czy Antek: każde z nich to osobna historia, temat ważny w jakiś sposób dla kilkulatków. Bohaterowie wywołują kwestię przyjaźni, tolerancji, sytuacji imigrantów, rodziców adopcyjnych, oryginalności, strachu... Przywoływani są, by akcentować sprawy istotne nie tylko w egzystencji maluchów. Bywa, że postacie wprowadzają zagadnienia do przedyskutowania z rodzicami albo do przemyślenia. Basia jest za mała na to, by mieć kompleksy, ale dostrzega różnice między swoją posturą i brakiem gracji w tańcu - a umiejętnościami kuzynki Luli.

Żeby nie zanudzić czytelników jednostronną relacją, autorka oddaje głos bohaterom. Najczęściej o słowach mówi Basia, ale jej wyznania bywają uzupełniane wyjaśnieniami mamy lub taty. Zamiast Basi swój punkt widzenia może przedstawiać również Janek. W tomiku znaleźć można celne, mimo że pozornie naiwne, wyjaśnienia (tak jest w przypadku emocji – to bardzo dobra wskazówka dla odbiorców, chcących zrozumieć postępowanie innych i siebie samych), ale niekiedy też dziwne i poprzekręcane słowa (sowinista, określenie, jakim - według Basi – mama obrzuca tatę podczas kłótni, nie zyskuje tutaj poprawnej formy). "Basia. Wielka księga słów" jest publikacją wartościową ze względu na wyczulenie na odczucia młodych ludzi i na prawdziwość świata. To, co widzi Basia – i jak interpretuje otoczenie - znają kilkulatki z własnego doświadczenia. Czasami w ogóle bohaterka rozśmiesza, bo nie rozumie jeszcze ironii, nie odczytuje właściwych intencji w wypowiadanych z przekąsem uwagach dorosłych - to zwłaszcza rodziców ubawi i przekona do trafności ocen Zofii Staneckiej. Autorka dba też o edukowanie czytelników: co pewien czas podaje ciekawe informacje i terminy, zachęca do wizyt w muzeum czy bibliotece. Pokazuje kilkulatkom, że nie ma czasu na nudę, że przyjemności przybierają różne oblicza, że trzeba słuchać poleceń rodziców. Ucieka w satyrę na rodziców: kiedy tata robi kluseczki, jest potrzebny do rozsypywania mąki na podłogę, przy robieniu jajecznicy musi rozbić kilka jajek niezupełnie nad patelnią. Drwi delikatnie i z dzieci (słowo "żelki" Basię wprawia w dobry humor). Wszystko osnute jest tu dobrodusznym uśmiechem. Motywy ze słownika można bez trudu poszerzać - wystarczy sięgnąć do pojedynczych opowiadań o Basi. Ilustracje Marianny Oklejak jak zwykle wprowadzają odbiorców w beztroską rzeczywistość kilkulatków. Tomik spodoba się fanom Basi, przyciągnie też nowych – jego wtórność nikomu nie będzie przeszkadzać, bo Zofia Stanecka jak zawsze potrafi zajmująco opowiadać o rodzinie i otoczeniu maluchów.

piątek, 1 czerwca 2018

Galia Bernstein: Jestem kotem

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Pojedynek

To jak pojedynek Dawida z Goliatem – i sytuacja z pewnością znana dzieciom. Wiele maluchów zetknęło się z podobnym problemem albo w dyskusjach z rodzicami, albo – ze starszym rodzeństwem czy kolegami. Autorka tomiku "Jestem kotem" zwraca uwagę na ważne społeczne zagadnienie, chociaż bawi się tematem i przy okazji stara się też rozbawić odbiorców z różnych pokoleń - i dzieci, i ich rodziców czy dziadków, którzy będą im czytać. Przekona do siebie kociarzy, ale nie tylko. Urzekająca i prosta jest ta historyjka, ale pełna znaczeń i wartościowa. Bohaterem opowieści został Felek, mały kotek. Już w tym momencie Galia Bernstein zapewnia sobie uwagę maluchów, które uwielbiają zwierzęcych bohaterów. A ponieważ kot ma do wygłoszenia podstawową prawdę, a mianowicie to, że jest kotem, pojawia się ciekawość. Oznajmienie bohatera wywołuje salwy śmiechu między innymi u lwa czy tygrysa. To one czują się prawowitymi kotami – i wskazują nawet cechy, które w byciu kotem są niezbędne. Kot przechodzi od jednego wielkiego drapieżnika do drugiego, w każdym wywołuje śmiech i protest. Ale bohater nie daje się tak łatwo przepędzić. Dochodzi w końcu do słusznego wniosku, że łączy go z rozmówcami całkiem sporo, a już na pewno – realizuje kocie wytyczne. Czyli? Czyli jest kotem. Teraz interlokutorom trudno będzie zbić argumentację bohatera.

Autorka stosuje prosty rytm rozmowy, która wypełnia tomik. Wykorzystuje powtórzenia i czytelne dla maluchów konstrukcje, dzięki czemu lepiej wybrzmiewa finał. Stawia na rozśmieszanie kilkulatków, dostarcza im zgrabny pomysł, uchwycony bardzo precyzyjnie. Stosuje karykatury i hiperbole, środki, którymi najprościej rozbawiać. Korzysta też z motywu zaskoczenia. Jej publikacja ma nawet wymiar edukacyjny – tam, gdzie wymienia różne gatunki dzikich kotów. Ale na pierwszym planie jest rozrywka. A do tego – pewna cenna dla najmłodszych odbiorców sugestia związana z wzajemnym szacunkiem. W końcu to, że bohater jest znacznie mniejszy od kolegów, nie znaczy jeszcze, że powinien być przez nich ignorowany czy wyśmiewany. Jego zdanie też się liczy, trzeba postaci wysłuchać i wziąć pod uwagę argumenty, zwłaszcza te sensowne. Wskazuje tym samym autorka drogę postępowania dzieciom, które walczą o swoje racje z pozornie mocniejszymi przeciwnikami, podejmują nierówną dyskusję z dorosłymi czy po prostu starszymi. Przypomina, że zawsze warto, bo każdy rozmówca musi ustąpić, gdy przedstawi mu się rozsądne argumenty. Tym tomikiem uczy się maluchy nabierania pewności siebie, poczucia własnej wartości. Pozornie więc tylko rozrywkowa lektura bardzo się przydaje w budzeniu tożsamości i w kształtowaniu relacji z innymi. Dziecko nauczy się, że nie wolno wyśmiewać się z innych ani narzucać im swoich poglądów. Zrozumie, że nie ma znaczenia, że każdy jest inny – i to zamienia się w korzyść. Sporo można wyczytać z prostej historyjki o różnych kotach, na tym polega jeden z wielu uroków tej publikacji. Autorka przez tę bajkę może nauczyć maluchy funkcjonowania w najbliższym otoczeniu – to będzie lekcja tolerancji, a i samoświadomości.

Z jednej strony dowcipny rozwój akcji. Wielkie koty i ich malutki kolega w dyskusji na temat, kto jest lepszy i więcej warty. Z drugiej strony opowieść, na której dzieci mogą ćwiczyć czytanie. Lektura przyjemna, ciekawa i krótka. Do tego liczne obrazki – tomik jest świetnym picture bookiem, ma się zatem przyjemność w samym oglądaniu całości. Jest to książka urocza i z pewnością szybko się nie znudzi mimo skrótowości i przewidywalnej dla starszych puenty. Obowiązkowa dla miłośników zwierząt, innym spodoba się za sprawą dowcipu i przemyślanej konstrukcji.

Marta Fox: Elidełko-Kowadełko

Akapit Press, Łódź 2018.

Pierwszy dziennik

Odciągnięcie dzieci od telefonów i komputerów bywa coraz trudniejszym zadaniem i rodzice muszą uciekać się do systemu kar, żeby zabronić pociechom korzystania z elektronicznych gadżetów. Tymczasem tego typu decyzje, niezależnie od tego, czym motywowane, mogą też przyczynić się do rozwoju wyobraźni kilkulatka i do znalezienia przez niego nowych-starych form spędzania czasu. Przykładem zbawiennego braku dostępu do internetu staje się Ela, zwana w klasie Elidełko-Kowadełko, trochę zbuntowana jedenastolatka. Rodzice Elidełka proponują wymianę: jeśli dziewczynka codziennie zapisze stronę w pięknym czerwonym zeszycie, będzie mogła przez pewien czas grać na komputerze. To dość stereotypowe uzasadnienie dzienników pisanych przez małych bohaterów w ostatnich latach, ale dobrze się sprawdza, zwłaszcza że u Marty Fox czerwony zeszyt Eli trafia też do fabuły i ma spore znaczenie w rozwoju pierwszego zauroczenia.

Ela dzięki dziennikowi uczy się sztuki negocjacji, odkrywa przyjemność posiadania tajemnic (w końcu jest królową swojego zeszytu i nie musi pokazywać notatek nikomu, jeśli nie ma na to ochoty). Robi coś, czego inne dzieci nie znają, może wyznaczać trendy w klasie: jeżeli uda się wciągnąć innych w zabawę, stanie się ważna w środowisku. Przy okazji może się też przekonać, ile znaczy wyobraźnia i posiadanie własnych zainteresowań: jeśli wyróżnia się z tłumu, nie podąża ślepo za modą, a szuka własnych sposobów na zamanifestowanie osobowości, może poczuć się pewniej, a przy okazji dostrzec słabostki koleżanek. To daje siłę. Marta Fox podąża za małą bohaterką, rejestruje jej przygody w domu i w szkole. W domu zwykle chodzi o takie prowadzenie dyskusji z dorosłymi, żeby ci brali pod uwagę argumenty młodego pokolenia i nie występowali z pozycji mocniejszych. W szkole liczą się drobne intrygi, przepychanki o Konrada – najprzystojniejszego chłopca w klasie. Elidełko, wzorem innych bohaterek Marty Fox, przygląda się wszystkiemu trochę z boku, mimo że przecież uczestniczy we wszystkich wydarzeniach. Nie boi się wyrażania swojej opinii, przedstawia się jako postać myśląca samodzielnie – tego odbiorcy mogą się od niej uczyć. Motyw Konrada to wabik na dziewczynki – obietnica szkolnej miłości jest jednym z niewielu napędów fabuły, chociaż Marta Fox próbuje też urozmaicić historię zagubieniem dziennika (więc i zestawu najskrytszych uczuć bohaterki).

Jest tu trochę rozrywkowo, trochę edukacyjnie (bo bohaterka różnych rzeczy przez kontakt z innymi się uczy i wszystko starannie rejestruje), a trochę psychologicznie – Marta Fox próbuje przypominać dzieciom, jakie postawy cenić się w nich powinno najbardziej i jak kształtować charakter. "Elidełko-Kowadełko" nie jest zbiorem prostych wskazówek podawanych bezpośrednio maluchom. To z lektury każdy odbiorca powinien sobie wyprowadzić istotne wzorce czy pomysły warte realizowania w prawdziwym życiu. Co ciekawe, jest w tym tomiku prostsza narracja niż to, co do tej pory Marta Fox proponowała. Jeszcze czasami w niektórych pojedynczych wypowiedziach przewija się przemądrzałość postaci, tendencja do moralizowania zamieszczana w dojrzałych nad wiek kwestiach – ale nie w takim nasyceniu jak do niedawna. To sprawia, że automatycznie książeczka staje się o wiele bardziej strawna i atrakcyjna dla czytelników.

Ważną rolę odgrywają tu ilustracje, humorystyczne szkice Joanny Zagner-Kołat - to dzięki nim "Elidełko-Kowadełko" będzie przyciągać i kusić kilkulatki. W tych obrazkach jest dowcip, charakter i wyczucie odbiorców, stylistyczna zabawa, która uprzyjemnia czytanie. A że sama bohaterka lubi rysować, może część obrazków pokazywać jako własne. Udana jest ta propozycja i spodoba się samodzielnie czytającym dzieciom.