Pasja, nadzieje i... trufle
rozmowa z Andrzejem Dopierałą, twórcą Teatru Bez Sceny, reżyserem i aktorem
Izabela Mikrut: Teatr Bez Sceny doczekał się swojej stałej siedziby. Jakie masz plany, nadzieje, marzenia związane z salą na 3 Maja 11?
Andrzej Dopierała: Siedziby doczekało się Stowarzyszenie FAMI.LOCK, które założyliśmy z żoną między innymi po to, żeby zajmowało się sprawami mojego TEATRU BEZ SCENY.
Zadaniem Stowarzyszenia jest teraz stworzenie sali teatralnej – „Siedziby 3-go Maja 11”, w której Teatr będzie miał salę prób i miejsce na prezentację spektakli.
Jeżeli się uda, to planów i marzeń jest mnóstwo.
Oprócz stałego miejsca prezentacji naszych spektakli planuję stworzenie Sceny Poezji, Sceny Czytań Teatralnych, Sceny Dla Performerów i Tancerzy, Sceny Gości, Sceny dla Najmłodszych i sceny, którą roboczo nazywam „Sceną Hyde Park”, a na której właściwie występować będą mogli prawie wszyscy. Powstanie również Mała Galeria Artystów Plastyków. I klubokawiarnia teatralna.
Osobną sprawą będą statutowe działania Stowarzyszenia FAMI.LOCK ukierunkowane na działania prozdrowotne, aktywizujące osoby starsze i wspierające rodziny dzieci chorych na choroby genetyczne ze szczególnym uwzględnieniem fenyloketonurii.
Na razie wszystko jest jeszcze w sferze planów i projektów. Zadanie polega na zamienieniu dawnego sklepu z butami w miejsce użyteczności publicznej – kameralny teatr, miejsce spotkań i integracji środowisk artystycznych z różnych dziedzin.
Zakres prac i wydatków jest ogromny. Przepisy wymagają od nas zamontowania wentylacji, całej infrastruktury sanitarnej (toalety dla personelu, kobiet, mężczyzn, dla osób niepełnosprawnych) do tego nowa instalacja elektryczna, przeciwpożarowa… jeżeli dodać do tego niezbędne przeróbki konstrukcyjne i wyposażenie, to całość będzie kosztować kilkaset tysięcy złotych.
Te fundusze musimy sami zorganizować. Tak stanowi umowa najmu z Miastem. Czynsz to ponad trzy tysiące złotych miesięcznie plus koszt energii elektrycznej. Nie jest i nie będzie łatwo.
Będziemy oczywiście próbować zainteresować Radę Miasta i Urząd Marszałkowski partycypacją w tym projekcie, ale co z tego wyniknie, to dopiero zobaczymy.
Te informacje podaję dla tych, którym wydaje się, że Teatr, na piękne oczy Pani Prezes, dostał od Miasta jakiś kosztowny prezent.
Co w przygotowywaniu siedziby sprawia Ci największą trudność?
Na razie przedzieranie się przez gąszcz przepisów. Urzędnicy, wydaje się, są po naszej stronie, ale powstrzymują (ich i nas) PRZEPISY oraz PROCEDURY - iście kafkowska sytuacja – skutkuje to tym, że od czerwca nie udało nam się jeszcze nawet uzyskać zgody na zmianę sposobu użytkowania lokalu, nie mówiąc o pozwoleniu na remont. To bardzo frustrujące.
Póki co, idąc tropem poety, który budowę domu zaczynał od dymu z komina, skupiłem się na stworzeniu w tym miejscu dość realistycznej makiety przyszłego teatru W SKALI 1:1, rodzaju teatralnej scenografii, która imituje przyszłe Miejsce.
Zamierzam je pokazywać ludziom w trakcie comiesięcznych DNI OTWARTYCH i powoli zarażać ich ideą zbudowania prawdziwej Siedziby. Miejsce ma bardzo dobrą energię, odwiedzający dobrze się tam czują…
Coraz więcej osób jest zaangażowanych i chcą pomagać. Już teraz pomaga nam Alfa-Elektro, pszczyński Kometal, PBO Śląsk i BNS PROJEKT, którego właściciele, Ania i Andrzej Nigborowie, przygotowują wyliczenia konstrukcyjne i projekty.
Działają wolontariusze: Adam Ender, Wojtek Boruszka, Michał Rolnicki i Monika Szomko.
Następna sprawa, pewnie ważniejsza i trudniejsza, to finanse. Czeka nas trudna droga do pozyskiwania Mecenasów, Sponsorów i Opiekunów. Tak mały teatr (50 teraz i 80 miejsc po remoncie) nie ma właściwie szans na samofinansowanie - pomoc będzie konieczna. Jak mówiłem, na początek potrzeba kilkaset tysięcy, a potem, pewnie 4 tysiące miesięcznie na utrzymanie.
Czy w związku z („geograficznym") pojawieniem się nowej sceny na kulturalnej mapie Katowic przewidujesz nowe spektakle, przygotowywane specjalnie do tej kameralnej przestrzeni?
Rozumiem, że mówiąc o „geograficznym” pojawieniu się, nawiązujesz do repliki z „Diabelskiego młyna” Assousa; - „(…)geograficznie jestem sam, ale matrymonialnie nie!” Miło, że zapamiętałaś. :). A mówiąc serio...
Planuję wznowienie dawnych spektakli, które zeszły z afisza z powodu braku miejsca do grania.
Zależy mi na stworzeniu kameralnej wersji „Noży w kurach” Dawida Harrowera, których premiera miała miejsce w chorzowskim Planetarium w tym roku, w reżyserii Joanny Zdrady.
Na pewno wrócimy do mojej sztuki „Ciemno.Jasno.Cień” , myślę o „Dla Julii” Margarety Garpe i „Przy drzwiach zamkniętych” Sartre’a.
To na początek. Oczywiście grać będziemy poetycką komedię Ingmara Villqista „Oskar i Ruth” (od lat w stałym repertuarze) i „Diabelski młyn” Erica Assousa w mojej reżyserii– nasz komediowy przebój.
Do stałego repertuaru zamierzam włączyć „Nikolaitę”, monodram wyprodukowany przez Mikołowski Dom Kultury a napisany przez Mariana Sworznia.
Planujemy też oczywiście nowe rzeczy, ale to jak zakończymy budowę.
Jak w Teatrze Bez Sceny można spędzić Sylwestra 2013?
W Sylwestra zagramy „Oskara i Ruth” Ingmara Villqista.
Razem z Anią Kadulską czekamy na widzów 31 grudnia o 22.30.
W programie oprócz spektaklu, wino, szampan, tańce , zwiedzanie Siedziby, loteria… specjalne czekoladowe Trufle Pani Prezes. :)
Wcześniej, 27 grudnia o 20.00 (dzień po Świętach) będzie rozgrzewka i pierwszy spektakl teatralny w tej przestrzeni. Również „Oskar i Ruth”.
Odwiedzając nas w te dni, można włączyć się w budowę Siedziby na 3-go Maja 11.
Cegiełki wstępu na oba wydarzenia sprzedaje zaprzyjaźniony Teatr Korez, który w ten sposób wspiera nasze przedsięwzięcie.
Wszystkie konieczne informacje można znaleźć na WWW.teatrbezsceny.pl i na stronie Teatru Korez w zakładce WIEŚCI.
Dla kogo właściwie jest Teatr Bez Sceny? O jakiej publiczności marzysz?
Przedstawienia w moim teatrze skierowane są do widza dorosłego, ale i też do starszej młodzieży. TEATR BEZ SCENY jest dla tych wszystkich, którzy cenią sobie na scenie pasję i zawodowstwo, którzy lubią słuchać historii opowiadanych z zaangażowaniem, nie boją się trudnych i bolesnych tematów podanych w atrakcyjnej, profesjonalnej formie. Wystarczy przyjrzeć się nazwiskom wystawianych autorów: Strindberg, Kafka, Schulz, Garpe, Villqist, Fosse, Sartre, Assous, Harrower. To repertuar oparty na dobrych tekstach.
O jakiej publiczności marzę? O licznej i zadowolonej. Takiej która poleci nas swoim znajomym i wróci znowu.
Jak wygląda funkcjonowanie małego, prywatnego teatru w mieście, które aspirowało do miana Europejskiej Stolicy Kultury?
Gramy najczęściej w Teatrze Korez (któremu chwała za to), czasem w Teatrze Śląskim. No cóż… uprawiamy nasz teatralny ogródek trochę dla honoru domu. Nasze ambitne przedstawienia nie zawsze przynoszą zysk. Są za to zawsze źródłem artystycznej satysfakcji, dają możliwość rozwoju, zaspOkajania ambicji.
Zrobiliśmy przez 17 lat trzynaście spektakli. Dziewięciokrotnie byliśmy nominowani do Nagrody Złota Maska i otrzymaliśmy ją 5 razy.
To chyba nieźle.
Dwukrotnie byliśmy zapraszani na Festiwal „Rzeczywistość przedstawiona” w Zabrzu. Byliśmy w Essen na Festiwalu Światła, graliśmy w Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie na „Kontrapunkcie”.
Wiem też, że ci, którzy widzieli nasze przedstawienia, bardzo często głęboko je przeżyli i cenią to co im dajemy.
Nasze przedstawienia powstały i są prezentowane w Katowicach, zatem są jakąś małą częścią tej Europejskiej Stolicy Kultury, choć nie wiem, czy ESK o tym wiedziało. (śmiech z taśmy) [wprowadzony przez Andrzeja – IM]
W tym roku Instytucja Kultury Miasto Ogrodów Katowice (która jest, jak mi się wydaje, przedłużeniem działalności Biura ESK), zadeklarowała swoją pomoc przy organizacji Dni Otwartych w I kwartale 2014 roku.
W jaki sposób Teatr Bez Sceny może przyciągać widzów?
Tylko robiąc dobre przedstawienia! Jesteśmy formacją tak niewielką, że prawdziwa, wielkogabarytowa reklama jest poza zasięgiem naszych możliwości finansowych. Pozostaje zatem szeptana propaganda zadowolonych widzów. Oczywiście działa strona internetowa www.teatrbezsceny.pl, mamy profil na Facebooku, jest Radio Katowice, które zaprasza nas na antenę i Katowicki Ośrodek Telewizji.
Swoich kanałów informacyjnych użycza nam też Teatr Korez i Teatr Śląski w którym pracuję na co dzień od 32 lat.
Przed nami długa i żmudna droga do przyzwyczajania widzów, aby przychodzili na 3-go Maja 11, bo tam dzieją się interesujące rzeczy.
Kiedy powstanie Siedziba, łatwiej będzie nas znaleźć.
Jaki rodzaj teatru najbardziej lubi Andrzej Dopierała?
Kontakt ze sztuką teatru jest mi potrzebny. W ogóle lubię teatr. Nie lubię tylko tandety i galanterii – chały robionej pod publiczkę. Wszędzie tam, gdzie spotykam człowieka z jego problemami i pasjami, potrzebą piękna, jestem otwartym, chłonnym i życzliwym widzem. Lubię odczytywać zamysły twórców. Śledzić tok ich myślenia. Cieszy mnie na równi teatr dramatyczny jak i ruchowy czy plastyczny. Nudzi mnie za to teatr zbyt doskonały. Czasem wolę energetyczny spektakl dyplomowy studentów PWST od mistrzowskiego pokazu warsztatu, za którym kryje się tylko samouwielbienie. Aha, i nie lubię teatru, który musi wrzeszczeć, żeby coś powiedzieć. Mnie to męczy.
Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku … z nami ! :)
Informacje na temat spektakli 27 grudnia 2013 i 31 grudnia 2013 na stronie http://www.teatrbezsceny.pl/
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Bez Sceny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Bez Sceny. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 grudnia 2013
poniedziałek, 23 maja 2011
Teatr Bez Sceny: Oskar i Ruth
tekst, reżyseria, scenografia: Ingmar Villqist
muzyka: Olo Walicki
światło: Sergiusz Brożek
występują: Andrzej Dopierała, Anna Kadulska
Oniryczne przygody
Czego pragnie współczesny widz, kiedy przychodzi do teatru? Epatowania nagością, poetyki skandalu albo szokowania odrzuceniem wszelkich elementów scenografii czy oświetlenia? Wydaje się, że te rozwiązania, mimo ich niesłabnącej popularności, zdążyły się już widowni przejeść. Jest jednak coś, co na aktualności nie traci i nieodmiennie cieszy się uznaniem coraz bardziej wymagającej publiki: to absurd, który zapewnia sztukom nieprzewidywalność, abstrakcyjny humor (odmienny od modnej medialnej kabaretowej papki, inteligentny i wymagający refleksu) oraz świeżość historii, których odkrywanie nie kończy się na jednokrotnym prześledzeniu akcji. Jeśli do tego dojdzie brawurowa gra aktorska i pomysłowa realizacja – jest szansa na odniesienie sukcesu.
I tego sukcesu życzę Annie Kadulskiej i Andrzejowi Dopierale. Teatr Bez Sceny po latach powrócił do spektaklu „Oskar i Ruth”, by na nowo zaprezentować publiczności opowieść daleką od banału, przepełnioną śmiechem i refleksją, opowieść momentami czerpiącą sporo z groteski i teatru nonsensu, gdzieś zahaczającą o bajkę i tragedię. Jednym słowem – opowieść wielowymiarową.
Jest ich dwoje – Oskar i Ruth. Niby zwykłe małżeństwo, którego nic nie uchroni przed rutyną i szeregiem pretensji. On – już poddający się marazmowi codzienności, zrezygnowany, a może po prostu spokojny i ona – spragniona wrażeń i przygód, tęskniąca za coraz to nowymi technikami flirtu, z pożądaniem podsycanym perwersją. Oskar i Ruth. Zgodna para, która błyskawicznie przejść może od zachwytu do awantury. Oskar i Ruth balansują na krawędzi normalności: raz po raz skręcają w stronę świata zrodzonego z nieprawdy bądź zakorzenionego w ich umysłach. Prym w tym wiedzie, zwłaszcza na początku, Ruth, która chwilami sprawia nawet wrażenie obłąkanej, owładniętej destrukcyjną żądzą przeżywania wielkich dramatów. Prowokuje Oskara do niebezpiecznych ról, wcielanych w życie – zamienia związek w grę pozorów – nie mniej prawdziwą niż zwyczajna egzystencja, co zresztą wyczuwalne jest w podskórnym nurcie opowieści. W końcu i Oskar da się ponieść fantazji i zajrzy w wyimaginowaną przeszłość, by w niemal dadaistycznej podróży odkrywać mniej znane światy. Spór, który wychodzi od purenonsensownych cewników wuja, zgubionych rzekomo na promie, prowadzi między innymi do obrażonej kochanki w ciąży mnogiej czy na okręt podwodny, biorący udział w walce. Surrealizm scen wzmaga wciąż akcentowana teatralizacja: gdy można już uwierzyć w prezentowaną na scenie nierzeczywistość, aktorzy wybijają widzów z rytmu: a to rozwiązaniami międzygatunkowymi (motyw z operetki i dziecięcej piosenki), a to nieprzystającym do sytuacji gestem bądź zachowaniem, niespodziewanym i śmiesznym, a to banalnym rekwizytem, który nawiązuje do wymowy sceny, ale przenosi odbiorców z powrotem do realności (sztorm, sugerowany przez dwa spryskiwacze). Oskar i Ruth przechodzą przez cały szereg powiązanych ze sobą (rzecz dziwna, ale nadająca spójności spektaklowi) obrazów, co pewien czas przypominając sobie o własnej tożsamości. Finałowa piosenka, będąca jednocześnie skrótowym przeglądem teatralnej podróży z powrotem kieruje widzów do poetyki bajki, pewnej beztroskiej naiwności, która doskonale tłumaczy stosowane tu absurdalne chwyty.
Ingmar Villqist nie zapomniał o ukłonie w stronę mniej wymagających widzów – wprowadził do swojej sztuki także śmiech rubaszny, przekraczający granicę dobrego smaku, ale potrzebny dla obniżenia patetycznej atmosfery. Żywiołowe reakcje publiczności przy piosence o bąku puszczanym przez Oskara czy scenie bezmyślnego drapania się po tyłku wymownie świadczą o wulgaryzacji odbioru. Na szczęście autor i reżyser nie poprzestał na najprostszych sposobach wyzwalania rechotu – co więcej – usensownił płytki zabieg dzięki zasygnalizowaniu nim różnych płaszczyzn spektaklu. Kultura wysoka spotyka się w „Oskarze i Ruth” z kolokwialnością, mieszają się style i sensy, w poszukiwaniu znaczenia błądzą odbiorcy, którzy zdecydują się podjąć grę z twórcą. Uchwycenie istoty przedstawienia – poza naddatkiem nonsensu i intertekstualnych odniesień – może się okazać niemożliwe. Villqist dostarczy za to sporo radości tym, którzy lubią niefabularyzowane historie z posmakiem absurdu.
Anna Kadulska i Andrzej Dopierała – para, która nie da o sobie zapomnieć. Przez pierwsze minuty spektaklu byłam pewna, że Kadulska zdominuje sztukę. W kolejne role – damy, kochanki, rozkapryszonej żony czy małej dziewczynki wchodziła z łatwością i tak pięknie, że widzowie nie mieli szansy uchwycić momentu metamorfozy. W każdym z wcieleń była przekonująca – chociaż każde z nich rysowała grubą kreską (nie: za grubą, co dawało w efekcie postacie wyraziste, ale nie karykaturalne czy samoośmieszające się). Swobodę aktorską dawało się u niej wyczuć nawet w zmianach tembru głosu – Kadulska ani na sekundę nie pozwoliła sobie na prywatność, ona była Ruth, w dodatku Ruth doskonale zorientowaną w zagmatwanym świecie, w którym przeszłość rzutuje na teraźniejszość. Z początku Andrzej Dopierała był tylko tłem dla ekspansywnej aktorki – jego mrukliwy, wycofany i cichy Oskar, stereotyp męża-pantoflarza stopniowo jednak zaczyna ewoluować – bohater spotyka się w szaleństwie ze swoją partnerką. Miło było oglądać Dopierałę, który może rozwinąć skrzydła jako aktor komiczny – a przecież na tym jego zadanie się nie kończyło. Oboje – i Kadulska, i Dopierała, mogli w tym spektaklu ukazać aktorski kunszt nie przeszkadzając sobie wzajemnie, ale – świetnie się uzupełniając, a nawet – nakręcając. Miało się czasami wrażenie, że gdy jedno zatraca się w odkrytej właśnie kreacji, drugie z zazdrości równa do niego – wymarzona sytuacja nie tylko dla artystów, ale i dla widzów, którym dane było uczestniczyć w tak zharmonizowanej opowieści.
Oniryczne dzieje Oskara i Ruth rozgrywają się w lekko surrealistycznej scenerii: czerwona wykładzina i las z symetrycznie rozstawionych na scenie paprotek, do tego dwa krzesła i rekwizyty, które nie rzucają się w oczy, dopóki nie zostaną użyte. Wszystko zyskuje jednak nowy wymiar za sprawą reżyserii świateł. Sergiusz Brożek porządkuje przestrzeń spektaklu trójkolorowym oświetleniem (czwarty kolor dochodzi przed finałem i wzmaga wrażenie nierzeczywistości). Przechodzi od „naturalnych” scen z jasnym światłem, przez kontrastowe zestawienia błękitu i czerwieni w piosenkach, aż do budowania całych miejsc, do których Oskar i Ruth przenoszą się w wyobraźni. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zaakcentował roli oświetleniowca w drobiazgach: wąskie ostre smugi światła raz wydobywają z mroku dłonie stenotypistki, raz podkreślają absurd scenografii. Brożek może dobrze się bawić przy sugerowaniu odbiorcom podwodnego okrętu: skąpany w niebieskim świetle Andrzej Dopierała ma szansę faktycznie przedzierzgnąć się w dowódcę jednostki bojowej. A alarm na pokładzie ucieszy wszystkich tych, którzy na subtelne kwestie związane z oświetleniem zwracają w teatrze uwagę. „Dobra zabawa” reżysera światła oraz realizatora światła i dźwięku w tym spektaklu jest tu określeniem umownym, bardziej pasującym do rezultatów działalności w kabinie reżyserskiej niż do samego procesu realizowania przedstawienia. Sergiusz Brożek ma bowiem sporo pracy niemal koronkowej – musi trafiać w punkt ze zmianami światła i uruchamianiem ścieżek dźwiękowych, bo efekty te nie uzupełniają opowieści, ale współtworzą ją i momentami katalizują. I chociaż forma przedstawienia usprawiedliwiałaby ewentualne błędy, realizator zadania rzemieślnika przekształca w działanie artysty (nie pierwszy zresztą raz). Światło oddala chaos i wprowadza do spektaklu wartość poznawczą.
„Oskar i Ruth” to przedstawienie dynamiczne i pełne niespodzianek, dowcipne, ale i niestroniące od goryczy. Warto je zobaczyć.
muzyka: Olo Walicki
światło: Sergiusz Brożek
występują: Andrzej Dopierała, Anna Kadulska
Oniryczne przygody
Czego pragnie współczesny widz, kiedy przychodzi do teatru? Epatowania nagością, poetyki skandalu albo szokowania odrzuceniem wszelkich elementów scenografii czy oświetlenia? Wydaje się, że te rozwiązania, mimo ich niesłabnącej popularności, zdążyły się już widowni przejeść. Jest jednak coś, co na aktualności nie traci i nieodmiennie cieszy się uznaniem coraz bardziej wymagającej publiki: to absurd, który zapewnia sztukom nieprzewidywalność, abstrakcyjny humor (odmienny od modnej medialnej kabaretowej papki, inteligentny i wymagający refleksu) oraz świeżość historii, których odkrywanie nie kończy się na jednokrotnym prześledzeniu akcji. Jeśli do tego dojdzie brawurowa gra aktorska i pomysłowa realizacja – jest szansa na odniesienie sukcesu.
I tego sukcesu życzę Annie Kadulskiej i Andrzejowi Dopierale. Teatr Bez Sceny po latach powrócił do spektaklu „Oskar i Ruth”, by na nowo zaprezentować publiczności opowieść daleką od banału, przepełnioną śmiechem i refleksją, opowieść momentami czerpiącą sporo z groteski i teatru nonsensu, gdzieś zahaczającą o bajkę i tragedię. Jednym słowem – opowieść wielowymiarową.
Jest ich dwoje – Oskar i Ruth. Niby zwykłe małżeństwo, którego nic nie uchroni przed rutyną i szeregiem pretensji. On – już poddający się marazmowi codzienności, zrezygnowany, a może po prostu spokojny i ona – spragniona wrażeń i przygód, tęskniąca za coraz to nowymi technikami flirtu, z pożądaniem podsycanym perwersją. Oskar i Ruth. Zgodna para, która błyskawicznie przejść może od zachwytu do awantury. Oskar i Ruth balansują na krawędzi normalności: raz po raz skręcają w stronę świata zrodzonego z nieprawdy bądź zakorzenionego w ich umysłach. Prym w tym wiedzie, zwłaszcza na początku, Ruth, która chwilami sprawia nawet wrażenie obłąkanej, owładniętej destrukcyjną żądzą przeżywania wielkich dramatów. Prowokuje Oskara do niebezpiecznych ról, wcielanych w życie – zamienia związek w grę pozorów – nie mniej prawdziwą niż zwyczajna egzystencja, co zresztą wyczuwalne jest w podskórnym nurcie opowieści. W końcu i Oskar da się ponieść fantazji i zajrzy w wyimaginowaną przeszłość, by w niemal dadaistycznej podróży odkrywać mniej znane światy. Spór, który wychodzi od purenonsensownych cewników wuja, zgubionych rzekomo na promie, prowadzi między innymi do obrażonej kochanki w ciąży mnogiej czy na okręt podwodny, biorący udział w walce. Surrealizm scen wzmaga wciąż akcentowana teatralizacja: gdy można już uwierzyć w prezentowaną na scenie nierzeczywistość, aktorzy wybijają widzów z rytmu: a to rozwiązaniami międzygatunkowymi (motyw z operetki i dziecięcej piosenki), a to nieprzystającym do sytuacji gestem bądź zachowaniem, niespodziewanym i śmiesznym, a to banalnym rekwizytem, który nawiązuje do wymowy sceny, ale przenosi odbiorców z powrotem do realności (sztorm, sugerowany przez dwa spryskiwacze). Oskar i Ruth przechodzą przez cały szereg powiązanych ze sobą (rzecz dziwna, ale nadająca spójności spektaklowi) obrazów, co pewien czas przypominając sobie o własnej tożsamości. Finałowa piosenka, będąca jednocześnie skrótowym przeglądem teatralnej podróży z powrotem kieruje widzów do poetyki bajki, pewnej beztroskiej naiwności, która doskonale tłumaczy stosowane tu absurdalne chwyty.
Ingmar Villqist nie zapomniał o ukłonie w stronę mniej wymagających widzów – wprowadził do swojej sztuki także śmiech rubaszny, przekraczający granicę dobrego smaku, ale potrzebny dla obniżenia patetycznej atmosfery. Żywiołowe reakcje publiczności przy piosence o bąku puszczanym przez Oskara czy scenie bezmyślnego drapania się po tyłku wymownie świadczą o wulgaryzacji odbioru. Na szczęście autor i reżyser nie poprzestał na najprostszych sposobach wyzwalania rechotu – co więcej – usensownił płytki zabieg dzięki zasygnalizowaniu nim różnych płaszczyzn spektaklu. Kultura wysoka spotyka się w „Oskarze i Ruth” z kolokwialnością, mieszają się style i sensy, w poszukiwaniu znaczenia błądzą odbiorcy, którzy zdecydują się podjąć grę z twórcą. Uchwycenie istoty przedstawienia – poza naddatkiem nonsensu i intertekstualnych odniesień – może się okazać niemożliwe. Villqist dostarczy za to sporo radości tym, którzy lubią niefabularyzowane historie z posmakiem absurdu.
Anna Kadulska i Andrzej Dopierała – para, która nie da o sobie zapomnieć. Przez pierwsze minuty spektaklu byłam pewna, że Kadulska zdominuje sztukę. W kolejne role – damy, kochanki, rozkapryszonej żony czy małej dziewczynki wchodziła z łatwością i tak pięknie, że widzowie nie mieli szansy uchwycić momentu metamorfozy. W każdym z wcieleń była przekonująca – chociaż każde z nich rysowała grubą kreską (nie: za grubą, co dawało w efekcie postacie wyraziste, ale nie karykaturalne czy samoośmieszające się). Swobodę aktorską dawało się u niej wyczuć nawet w zmianach tembru głosu – Kadulska ani na sekundę nie pozwoliła sobie na prywatność, ona była Ruth, w dodatku Ruth doskonale zorientowaną w zagmatwanym świecie, w którym przeszłość rzutuje na teraźniejszość. Z początku Andrzej Dopierała był tylko tłem dla ekspansywnej aktorki – jego mrukliwy, wycofany i cichy Oskar, stereotyp męża-pantoflarza stopniowo jednak zaczyna ewoluować – bohater spotyka się w szaleństwie ze swoją partnerką. Miło było oglądać Dopierałę, który może rozwinąć skrzydła jako aktor komiczny – a przecież na tym jego zadanie się nie kończyło. Oboje – i Kadulska, i Dopierała, mogli w tym spektaklu ukazać aktorski kunszt nie przeszkadzając sobie wzajemnie, ale – świetnie się uzupełniając, a nawet – nakręcając. Miało się czasami wrażenie, że gdy jedno zatraca się w odkrytej właśnie kreacji, drugie z zazdrości równa do niego – wymarzona sytuacja nie tylko dla artystów, ale i dla widzów, którym dane było uczestniczyć w tak zharmonizowanej opowieści.
Oniryczne dzieje Oskara i Ruth rozgrywają się w lekko surrealistycznej scenerii: czerwona wykładzina i las z symetrycznie rozstawionych na scenie paprotek, do tego dwa krzesła i rekwizyty, które nie rzucają się w oczy, dopóki nie zostaną użyte. Wszystko zyskuje jednak nowy wymiar za sprawą reżyserii świateł. Sergiusz Brożek porządkuje przestrzeń spektaklu trójkolorowym oświetleniem (czwarty kolor dochodzi przed finałem i wzmaga wrażenie nierzeczywistości). Przechodzi od „naturalnych” scen z jasnym światłem, przez kontrastowe zestawienia błękitu i czerwieni w piosenkach, aż do budowania całych miejsc, do których Oskar i Ruth przenoszą się w wyobraźni. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zaakcentował roli oświetleniowca w drobiazgach: wąskie ostre smugi światła raz wydobywają z mroku dłonie stenotypistki, raz podkreślają absurd scenografii. Brożek może dobrze się bawić przy sugerowaniu odbiorcom podwodnego okrętu: skąpany w niebieskim świetle Andrzej Dopierała ma szansę faktycznie przedzierzgnąć się w dowódcę jednostki bojowej. A alarm na pokładzie ucieszy wszystkich tych, którzy na subtelne kwestie związane z oświetleniem zwracają w teatrze uwagę. „Dobra zabawa” reżysera światła oraz realizatora światła i dźwięku w tym spektaklu jest tu określeniem umownym, bardziej pasującym do rezultatów działalności w kabinie reżyserskiej niż do samego procesu realizowania przedstawienia. Sergiusz Brożek ma bowiem sporo pracy niemal koronkowej – musi trafiać w punkt ze zmianami światła i uruchamianiem ścieżek dźwiękowych, bo efekty te nie uzupełniają opowieści, ale współtworzą ją i momentami katalizują. I chociaż forma przedstawienia usprawiedliwiałaby ewentualne błędy, realizator zadania rzemieślnika przekształca w działanie artysty (nie pierwszy zresztą raz). Światło oddala chaos i wprowadza do spektaklu wartość poznawczą.
„Oskar i Ruth” to przedstawienie dynamiczne i pełne niespodzianek, dowcipne, ale i niestroniące od goryczy. Warto je zobaczyć.
piątek, 10 grudnia 2010
Jean-Paul Sartre: Przy drzwiach zamkniętych
Premiera: 6 grudnia 2010.
Reżyseria i scenografia: Andrzej Dopierała
zdjęcia filmowe: Jarosław Stypa
reżyseria światła i realizacja: Sergiusz Brożek
Występują: Iwona Fornalczyk, Jadwiga Wianecka, Andrzej Dopierała
Teatr Bez Sceny
Na wieczność
Na podłodze biała, miękka wykładzina i trzy ogromne pufy w tym samym kolorze. W pomieszczeniu panuje lekki półmrok, jedynie trzy niewielkie plamy światła (rzucane przez sześć małych reflektorów) padają na siedziska. Miękkie kształty, kojąca biel – tylko czerwone światło przy wejściu może dyskretnie przypominać, że trafiliśmy do piekła. Na małej okrągłej szafce (z trzech puf) pod ścianą, która na początku pełni rolę ekranu, leży bezbarwna szminka w białej oprawce i nóż do rozcinania kopert: jedyny element niepasujący do całości, wprowadzający – po pierwszym filmiku – nieco groteskowego lęku.
Do tak przygotowanego pokoju trafiają trzy osoby – mężczyzna w sile wieku, dojrzała kobieta i dziewczyna. Spędzą tu całą wieczność, nieprzypadkowo skazani na swoje towarzystwo. Wszyscy są bowiem mordercami i tu będą odbywać karę. Garcin – dziennikarz – zadręczał swoją żonę. Inez doprowadziła do obłędu bliskich, a Stella, uzależniona od pożądania w oczach mężczyzn – zabiła swoje dziecko i przyczyniła się do samobójczej śmierci swojego kochanka, ojca maleństwa. Każda z postaci ma za sobą mroczną przeszłość. Do szeregu dramatycznych wydarzeń dochodzą jeszcze osobiste uprzedzenia bohaterów i lęki, które mogą zamienić egzystencję w koszmar. Nadchodzi czas kary za minione uczynki – Stella, Inez i Garcin czekają na rozpoczęcie niewyobrażalnych męczarni, wywodzonych ze stereotypowych obrazów piekła – tymczasem sami dla siebie stają się najgorszymi oprawcami. Padające w finale sztuki Jeana-Paula Sartre’a słowa „piekło to inni” doskonale odzwierciedlają istotę relacji między bohaterami.
Garcin Andrzeja Dopierały to mężczyzna, który pragnie spokoju (przynajmniej – psychicznego), lecz oczekiwanie na tortury wywołuje jego zdenerwowanie. Trudno wierzyć w alkoholowo-romansową przeszłość bohatera, za to genialnie przedstawia Dopierała Garcina przerażonego opinią innych. Tworzy reżyser „Przy drzwiach zamkniętych” bohatera, który budzi sympatię – nie tylko ze względu na ujawnianie własnych słabości, ale też z uwagi na brak strategii przyjętej, by przetrwać w nowym miejscu. Garcin mógł dawniej być łajdakiem – teraz, gdy jest bezradny i niegroźny, powinien liczyć na wsparcie towarzyszek niedoli. Tyle że sam w dalszym ciągu potrafi ranić. Siłą Garcina w wykonaniu Dopierały jest nieprzewidywalność: ta postać jeszcze nieraz zaskoczy odbiorców. Inez, grana przez Iwonę Fornalczyk, to aktorski majstersztyk. Kobieta wydaje się być pogodzona z losem i lekko zdystansowana od teraźniejszości, w wielu momentach sztuki niemal znika, zepchnięta na dalszy plan przez ekspansywną Stellę i poirytowanego Garcina – za to zachwyca w drobiazgach – scenie uwodzenia Stelli, akcie zazdrości czy rezygnacji. W całym przedstawieniu to właśnie Inez wydaje mi się najbardziej przekonująca. Iwona Fornalczyk urzeknie odbiorców wewnętrzną siłą i słabością jednocześnie – jest piękna i niebezpieczna, tajemnicza i niepokojąca. Jadwiga Wianecka jako Stella to przeciwieństwo Inez. Wprowadza do sztuki tempo, agresję i witalność. Żywiołowa bohaterka w pewnym momencie zaczyna udawać ożywienie, sugerować grę – i to Wianeckiej wychodzi. Świetnie sprawdza się ta młoda aktorka w prezentowaniu negatywnych emocji, z których czerpie satysfakcję.
Andrzej Dopierała postarał się, by sztuka rozpoczynała się lekko (trafia się w niej nawet na początku parę ładnych, subtelnych żartów). Dzieli opowieść kilkoma punktami kulminacyjnymi (jednym z wyrazistych momentów jest głośne przyznanie, że wszyscy więźniowie są mordercami, innym – początek intryg i wzajemnych złośliwości czy policzek wymierzony Stelli) – i dba o to, by napięcie w każdej kolejnej części coraz bardziej rosło. Dzięki takiemu rozkładowi emocji spektakl ogląda się z zapartym tchem i nawet znajomość finału (którego można się przecież domyślić) nie przeszkodzi w delektowaniu się historią.
Warte uwagi jest połączenie interpersonalnych konfliktów, strachu i agresji postaci ze scenografią (to także dzieło Andrzeja Dopierały). Miękkie pufy, brak ostrych krawędzi i wszechobecna, również w strojach aktorów, biel sugerują spokój i wygodę. To pomoże uwypuklić cierpienia psychiczne, dramaty, rozgrywające się w słowach i myślach postaci. Piekło tworzy się na oczach publiczności, a przecież łatwo byłoby go uniknąć.
To kontrastowe zestawienie komfortowych siedzisk i przerażających postaw znajduje odbicie w oświetleniu sceny. Sergiusz Brożek, reżyser świateł i realizator, sprawił, że światła stanowią niewypowiedziany a trafny komentarz do prezentowanej historii. Z pozoru proste (wystarczy jednak przyjrzeć się rysunkowi, jaki w powietrzu tworzą smugi idące od reflektorów, by zobaczyć rękę artysty), przyczyniają się do podsycania atmosfery niepokoju. Plamy światła nie mają wyostrzonych konturów, lecz są na tyle silne, by sprawiać wrażenie ostrych i agresywnych. Nie obejmują całych sylwetek, a jedynie twarze aktorów – i to tylko wtedy, gdy ci nie chcą chować się w cieniu. Idealnie komponują się z ascetycznym wystrojem sali, ale stanowią też jej ozdobę. Niby przeszkadzają – kręgi światła o niewielkim promieniu wydają się zbyt mocne i podkreślają półcień panujący na scenie – a przecież są też piękne, kiedy pozwalają wydobyć z bohaterów emocje, dodają koloru monochromatycznej przestrzeni. Światła mają niepokoić – nie są przecież naturalne – i uspokajać, bo w końcu oddalają przerażającą ciemność. Przyciągają uwagę i nie dają o sobie zapomnieć.
Urzekać mogą też przygotowane przez Jarosława Stypę zdjęcia filmowe, rozpoczynające przedstawienie. Dzięki nim mógł Dopierała rozszerzyć przestrzeń sceniczną o wykraczającą poza granice pomieszczenia opowieść, a także wprowadzić element ponadrealny, zaznaczyć niezwykłość historii.
Spektakl „Przy drzwiach zamkniętych” ogląda się z przyjemnością.

(zdjęcie zamieszczone na facebookowym profilu Teatru Bez Sceny)
Reżyseria i scenografia: Andrzej Dopierała
zdjęcia filmowe: Jarosław Stypa
reżyseria światła i realizacja: Sergiusz Brożek
Występują: Iwona Fornalczyk, Jadwiga Wianecka, Andrzej Dopierała
Teatr Bez Sceny
Na wieczność
Na podłodze biała, miękka wykładzina i trzy ogromne pufy w tym samym kolorze. W pomieszczeniu panuje lekki półmrok, jedynie trzy niewielkie plamy światła (rzucane przez sześć małych reflektorów) padają na siedziska. Miękkie kształty, kojąca biel – tylko czerwone światło przy wejściu może dyskretnie przypominać, że trafiliśmy do piekła. Na małej okrągłej szafce (z trzech puf) pod ścianą, która na początku pełni rolę ekranu, leży bezbarwna szminka w białej oprawce i nóż do rozcinania kopert: jedyny element niepasujący do całości, wprowadzający – po pierwszym filmiku – nieco groteskowego lęku.
Do tak przygotowanego pokoju trafiają trzy osoby – mężczyzna w sile wieku, dojrzała kobieta i dziewczyna. Spędzą tu całą wieczność, nieprzypadkowo skazani na swoje towarzystwo. Wszyscy są bowiem mordercami i tu będą odbywać karę. Garcin – dziennikarz – zadręczał swoją żonę. Inez doprowadziła do obłędu bliskich, a Stella, uzależniona od pożądania w oczach mężczyzn – zabiła swoje dziecko i przyczyniła się do samobójczej śmierci swojego kochanka, ojca maleństwa. Każda z postaci ma za sobą mroczną przeszłość. Do szeregu dramatycznych wydarzeń dochodzą jeszcze osobiste uprzedzenia bohaterów i lęki, które mogą zamienić egzystencję w koszmar. Nadchodzi czas kary za minione uczynki – Stella, Inez i Garcin czekają na rozpoczęcie niewyobrażalnych męczarni, wywodzonych ze stereotypowych obrazów piekła – tymczasem sami dla siebie stają się najgorszymi oprawcami. Padające w finale sztuki Jeana-Paula Sartre’a słowa „piekło to inni” doskonale odzwierciedlają istotę relacji między bohaterami.
Garcin Andrzeja Dopierały to mężczyzna, który pragnie spokoju (przynajmniej – psychicznego), lecz oczekiwanie na tortury wywołuje jego zdenerwowanie. Trudno wierzyć w alkoholowo-romansową przeszłość bohatera, za to genialnie przedstawia Dopierała Garcina przerażonego opinią innych. Tworzy reżyser „Przy drzwiach zamkniętych” bohatera, który budzi sympatię – nie tylko ze względu na ujawnianie własnych słabości, ale też z uwagi na brak strategii przyjętej, by przetrwać w nowym miejscu. Garcin mógł dawniej być łajdakiem – teraz, gdy jest bezradny i niegroźny, powinien liczyć na wsparcie towarzyszek niedoli. Tyle że sam w dalszym ciągu potrafi ranić. Siłą Garcina w wykonaniu Dopierały jest nieprzewidywalność: ta postać jeszcze nieraz zaskoczy odbiorców. Inez, grana przez Iwonę Fornalczyk, to aktorski majstersztyk. Kobieta wydaje się być pogodzona z losem i lekko zdystansowana od teraźniejszości, w wielu momentach sztuki niemal znika, zepchnięta na dalszy plan przez ekspansywną Stellę i poirytowanego Garcina – za to zachwyca w drobiazgach – scenie uwodzenia Stelli, akcie zazdrości czy rezygnacji. W całym przedstawieniu to właśnie Inez wydaje mi się najbardziej przekonująca. Iwona Fornalczyk urzeknie odbiorców wewnętrzną siłą i słabością jednocześnie – jest piękna i niebezpieczna, tajemnicza i niepokojąca. Jadwiga Wianecka jako Stella to przeciwieństwo Inez. Wprowadza do sztuki tempo, agresję i witalność. Żywiołowa bohaterka w pewnym momencie zaczyna udawać ożywienie, sugerować grę – i to Wianeckiej wychodzi. Świetnie sprawdza się ta młoda aktorka w prezentowaniu negatywnych emocji, z których czerpie satysfakcję.
Andrzej Dopierała postarał się, by sztuka rozpoczynała się lekko (trafia się w niej nawet na początku parę ładnych, subtelnych żartów). Dzieli opowieść kilkoma punktami kulminacyjnymi (jednym z wyrazistych momentów jest głośne przyznanie, że wszyscy więźniowie są mordercami, innym – początek intryg i wzajemnych złośliwości czy policzek wymierzony Stelli) – i dba o to, by napięcie w każdej kolejnej części coraz bardziej rosło. Dzięki takiemu rozkładowi emocji spektakl ogląda się z zapartym tchem i nawet znajomość finału (którego można się przecież domyślić) nie przeszkodzi w delektowaniu się historią.
Warte uwagi jest połączenie interpersonalnych konfliktów, strachu i agresji postaci ze scenografią (to także dzieło Andrzeja Dopierały). Miękkie pufy, brak ostrych krawędzi i wszechobecna, również w strojach aktorów, biel sugerują spokój i wygodę. To pomoże uwypuklić cierpienia psychiczne, dramaty, rozgrywające się w słowach i myślach postaci. Piekło tworzy się na oczach publiczności, a przecież łatwo byłoby go uniknąć.
To kontrastowe zestawienie komfortowych siedzisk i przerażających postaw znajduje odbicie w oświetleniu sceny. Sergiusz Brożek, reżyser świateł i realizator, sprawił, że światła stanowią niewypowiedziany a trafny komentarz do prezentowanej historii. Z pozoru proste (wystarczy jednak przyjrzeć się rysunkowi, jaki w powietrzu tworzą smugi idące od reflektorów, by zobaczyć rękę artysty), przyczyniają się do podsycania atmosfery niepokoju. Plamy światła nie mają wyostrzonych konturów, lecz są na tyle silne, by sprawiać wrażenie ostrych i agresywnych. Nie obejmują całych sylwetek, a jedynie twarze aktorów – i to tylko wtedy, gdy ci nie chcą chować się w cieniu. Idealnie komponują się z ascetycznym wystrojem sali, ale stanowią też jej ozdobę. Niby przeszkadzają – kręgi światła o niewielkim promieniu wydają się zbyt mocne i podkreślają półcień panujący na scenie – a przecież są też piękne, kiedy pozwalają wydobyć z bohaterów emocje, dodają koloru monochromatycznej przestrzeni. Światła mają niepokoić – nie są przecież naturalne – i uspokajać, bo w końcu oddalają przerażającą ciemność. Przyciągają uwagę i nie dają o sobie zapomnieć.
Urzekać mogą też przygotowane przez Jarosława Stypę zdjęcia filmowe, rozpoczynające przedstawienie. Dzięki nim mógł Dopierała rozszerzyć przestrzeń sceniczną o wykraczającą poza granice pomieszczenia opowieść, a także wprowadzić element ponadrealny, zaznaczyć niezwykłość historii.
Spektakl „Przy drzwiach zamkniętych” ogląda się z przyjemnością.

(zdjęcie zamieszczone na facebookowym profilu Teatru Bez Sceny)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






