* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klin. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 czerwca 2010

Joanna Chmielewska: Byczki w pomidorach

Klin, Warszawa 2010.

Koszmar autoplagiatu

Na okładce najnowszej powieści Joanny Chmielewskiej „Byczki w pomidorach” pojawia się grafika niebudząca raczej zachwytu: komputerowo powielane motywy nie zostały poddane obróbce, widać ślady łączeń, widać też brak dobrego pomysłu na okładkową ilustrację – może poza mocną czerwienią, która ma przyciągać wzrok na księgarskich ladach, a i zapewne nawiązywać do tomu „Wszystko czerwone”. I o ile zwykle nie powinno się oceniać książki po okładce, o tyle w przypadku „Byczków” graficzne rozwiązania znajdują swój odpowiednik w treści.

Chmielewska zdecydowała się na powrót do „duńskich” przygód i akcję „Byczków” umieściła w II połowie XX wieku, pomiędzy „Wszystkim czerwonym” a „Kocimi workami”. Tyle że obecność uwielbianych przez czytelników postaci nie wystarczyła, w „Byczkach” stałych odbiorców rozczaruje wszystko: rozwój fabuły, język i powtarzanie motywów ogranych w poprzednich książkach. Tak naprawdę „Byczki” są po prostu kolażem ze sprawdzonych dawniej elementów – kto czytał wcześniejsze kryminały i autobiografię Chmielewskiej, ten na każdej stronie znajdzie fragmenty już znane, niemal dosłownie przepisane z innych historii. Alicję gryzą komary, supermen przestaje zachwycać, Dania jest górzysta, kuzynka Greta wygląda jak koń, Joanna nie plotkuje ze swoją najlepszą przyjaciółką, wszystkożerny Marianek jak zwykle jęczy, bo nie ma szans na posiłek u siostry… Wyliczać można by długo, bo nawet tytuł po wspomnieniach nie stanowi żadnej niespodzianki. Chmielewska powtarza siebie w najgorszej z możliwych form. Wskrzeszeni z literackiego niebytu bohaterowie – jak choćby pan Muldgaard – już nie cieszą, skoro wszystko jest do bólu przewidywalne i schematyczne. Utkanie książki z klisz nie wyszło autorce na dobre.

Tak samo jak powielanie rozwiązań językowych. Dawniej styl Chmielewskiej był określany jako żywy i barwny – teraz pisarka karykaturalizuje go, sprawia, że bohaterowie porozumiewają się karkołomnymi frazami, ledwo czytelnymi w tekście pianym, a niewiarygodnymi w rozmowach. Stosowanie bomb z opóźnionym zapłonem – to jest poprzekręcanych powiedzeń, na które interlokutorzy reagują po dłuższej chwili – mogłaby już sobie autorka darować, bo nie śmieszy. Podobnie bezcelowe są dziś wyszukane porównania i określenia bohaterów, podkreślające hermetyczność środowiska.

Akcja przeniesiona do czasów PRL-u gryzie się z mentalnością przyjaciół Alicji, przebywających już myślami w świecie współczesnym. PRL (w zasadzie motyw zbędny, skoro wydarzenia rozgrywają się w Danii) pojawia się szczątkowo i bardziej w formie strzępków informacji przypadkowo porozrzucanych po tekście niż jako faktyczne tło. Zalążkiem historii znowu staje się fragment listu, co każe Alicji i Joannie w nieskończoność powracać do brzuszka z „Wszystkiego czerwonego”.

Z jednego tylko pisarka zrezygnowała: z narzekań publicystycznych. Nie ma tu krytykowania polityki, zakazów palenia, małpich poczt – i innych tematów bieżących – na coś się zatem powrót do przeszłości przydał. Co z tego, skoro Chmielewska nie jest już nawet cieniem dawnej siebie, a „Byczki w pomidorach” rozczarowują z każdą stroną. Tu nawet nie ma mowy o konfrontacji z najlepszymi powieściami z czasów książki „Wszystko czerwone” – „Byczki” nie wytrzymają porównania z żadnym tomem, jaki wyszedł spod pióra Chmielewskiej i lekturę przetrwają chyba tylko czytelnicy, którzy poprzednich książek nie znają.

Nie ma chyba sensu dalej opowiadać o wadach tej książki – ale trzeba jeszcze zaznaczyć, że nie sprawdziło się tym razem wydawnictwo. Korekta przepuściła kilka literówek i przekręcone nazwisko bohaterów – w ostatnich latach nie zdarzało się to w tomach Chmielewskiej. Dodatkowym mankamentem staje się tu cena – prawie czterdzieści złotych to w każdym przypadku dużo jak na powieść rozrywkową – a już bardzo dużo jak na powieść tak słabą.

niedziela, 22 listopada 2009

Joanna Chmielewska: Porwanie

Klin, Warszawa 2009.


Porwanie Chmielewskiej

W twórczości Joanny Chmielewskiej spotykamy się z dwiema podstawowymi strategiami narracyjnymi. W pierwszej trzecioosobowy, wszystkowiedzący narrator spoza galerii postaci prezentuje kolejne wydarzenia, druga strategia narracyjna polega na pierwszoosobowych opowieściach jednej z bohaterek, przeważnie – Joanny, alter ego pisarki. W ostatnich książkach autorki humorystycznych kryminałów przeważa obecność relacjonującej przebieg akcji starszej już pani. Pierwszoosobowa narratorka starzeje się uczciwie razem z pisarką, a co za tym idzie – chociaż wciąż stara się być w centrum wydarzeń, to jednak ma coraz mniejsze możliwości nadążania za przestępcami. W efekcie najnowsze powieści Joanny Chmielewskiej to przede wszystkim śledztwa gadane i mocno rozbudowana dedukcja. Przypuszczalnie stąd biorą się zarzuty o braku dynamiki: nawet przy najszczerszych chęciach Joanna nie dorówna już młodzieży, pozostaje jej rozmowa z przyjaciółmi i wysnuwanie wniosków przy dobrym alkoholu (notabene, jedno z przyzwyczajeń pisarskich zaczyna tu być denerwujące – jeśli pojawia się kieliszek wódki, to zawsze, za każdym absolutnie razem „uczciwej czystej”. O ile czystą da się jeszcze wytłumaczyć, o tyle już uczciwość wódki wydaje się być podkreślana zupełnie niepotrzebnie). Jeśli trzeba kogoś pośledzić, pozdobywać materiały, czy zwyczajnie powęszyć, oddaje Chmielewska te zajęcia młodym, energicznym bohaterkom. Siłą rzeczy takie rozwiązanie powoduje rozdźwięk w fabule.
„Porwanie” wykorzystuje właśnie ten sposób omówienia akcji. Czego nie wykryje Joanna, tego dowiaduje się stopniowo Natalka – przedsiębiorcza dziewczyna, przypominająca Joannę z młodych lat. Joanna za to przyjmuje we własnym domu grono znajomych i przyjaciół i wraz z byłą prokurator, Anią, a także przedstawicielami władz śledczych próbuje odkryć tajemnicę seryjnych porwań dla okupu. Początek „Porwania” to powrót do znanej i lubianej Chmielewskiej – dom sławnej pisarki staje się areną działań brygady antyterrorystycznej. Z właściwym sobie humorem Joanna Chmielewska przedstawia zdarzenie, które zapoczątkowało nową intrygę kryminalną. Od policji dowiaduje się, że została porwana, a bandyci żądają za nią okupu, grożąc uszkodzeniami ciała. Absurd sięga zenitu przy telefonicznych konwersacjach z porywaczami (tu przychodzi na myśl „Krowa niebiańska”). Tyle że powieść traci tempo, kiedy retrospektywne relacje zaczynają dominować nad sprawami bieżącymi – potem już akcja rozpływa się w rozważaniach i dyskusjach, które mają popchnąć śledztwo do przodu i choć czasem Chmielewska do ukochanego przez czytelników stylu powraca, to jednak widać, że koncentruje się przede wszystkim na rozplątywaniu skomplikowanych intryg i odsłanianiu meandrów dedukcji.
Wydaje mi się że „Porwanie” to kryminał potraktowany bardzo poważnie. Kiedyś Chmielewska bawiła się konwencjami, zauważało się w jej powieściach niewymuszoną radość pisania. Tu momentami brakuje tej lekkości, uwaga autorki przesunęła się ze stylu narracji na fabułę – a kiedy koncentruje się na budowaniu akcji, nie ma już ochoty na dopieszczanie warstwy opisu. Dochodzi do głosu być może sentyment dla gatunku, być może – rutyna.
Daleka jestem jednak od tego, żeby „Porwanie” krytykować. Podobała mi się ta książka, kilka razy mnie rozśmieszyła, miejscami przypomniała dobre powieści Chmielewskiej, zapewniła przyjemny powrót do przeszłości. Świetny początek rozbudza po prostu apetyt, daje nadzieję na smaczną historię, mocno humorystyczną, odważną i szybką. Tymczasem czytało się przyjemnie, ale niektórym może to nie wystarczyć.
Joanna Chmielewska utkała „Porwanie” z mikrofabuł, poszczególne przypadki ofiar porywaczy sklejają się ze sobą i tworzą mozaikę. Spoiwem jest natomiast komentarz grona, które w poprzednich książkach (zarówno powieściach jak i autobiografii) zostało już odbiorcom bardzo dokładnie przedstawione. Pisarka udowodniła „Porwaniem”, że potrafi wrócić do dawnej formy – wielbicielom optymistycznych powieści kryminalnych najnowsza książka Chmielewskiej powinna wystarczyć, mimo że do bestsellerów sprzed dekad jej daleko.