* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frances Mayes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frances Mayes. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

Frances Mayes: Pod drzewem magnolii

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Język wspomnień

Frances Mayes lubuje się w pisaniu poetyckim, zrytmizowanym, za to także mocno enigmatycznym. Zresztą, do czego w tomie „Pod drzewem magnolii” się przyznaje, bliscy pytają, jak udaje jej się tyle mówić, a nic nie powiedzieć. Ma na to wpływ nie tylko zamiłowanie do poezji – Mayes spotyka się z wyraźną niechęcią członków rodziny co do wspomnieniowych zapisków. Nic dziwnego – nie wszyscy wypadają tu korzystnie, część w ogóle nie zasługuje na upamiętnienie lub zamienia się w przykłady negatywne, ciemne skojarzenia z dzieciństwem i młodością. U Mayes nie jest cukierkowo. Na Południu, gdzie dorastała, w każdym domu była strzelba i wiele samobójstw w rodzinach kolegów za sprawą tych strzelb się dokonało. Rodzice i dziadkowie mieli swoje poglądy na wychowywanie dzieci, wciąż echem odbijało się niewolnictwo i rasizm. A Frances Mayes marzyła tylko o ucieczce z rodzinnych stron, jak najdalej od duszących przyzwyczajeń i złych wspomnień.

„Pod drzewem magnolii” wygląda jak typowa opowieść na wzór toskanianów, ale wystarczy wczytać się w tę płynną i zmysłową prozę, żeby odkryć przerażające drugie dno. Stopniowo staje się jasne marzenie o ucieczce, nikt nie chciałby funkcjonować w takiej przestrzeni: u Mayes nie ma sentymentów, nie ma też najmniejszej chęci powrotu w minione czasy, chociaż tom od takiego fizycznego – do miejsca lat dziecinnych – powrotu się zaczyna. Wspomnienia zyskują tu nowy kształt, autorka szuka sposobu przedstawienia swojego życia – a raczej jego interpretacji – by urzec czytelników magią słów, a jednocześnie zmusić ich do koncentrowania się na tym, co niedopowiedziane, za to najważniejsze.

Autorka rezygnuje z opowieści anegdotycznych, krótkich i konkretnych. Zestawia ze sobą melodyjną narrację i całą gamę odczuć, gładko przechodzi od skojarzenia do skojarzenia. Często historie rozpoczęte w jednym punkcie kierują w zupełnie niespodziewane strony i tematy. Mayes stara się swoją prozą oddać zawiłości pracy umysłu: pokazuje, co znaczy nurt wspomnień. Nie szatkuje swojej opowieści, a pozwala jej wydobywać z przeszłości coraz to nowe, często enigmatyczne i niejednorodne scenki. Wszystko porządkuje natomiast jednolita interpretacja i nastawienie na liryczność stylu. Wydarzenia opowiedziane plastycznym i nastawionym na piękno językiem mają zyskać oryginalny kształt. I rzeczywiście – autobiograficzna podróż Mayes nie przypomina typowych publikacji życiorysowych czy wspomnieniowych. Autorka chce zamienić własne doświadczenia nie tyle na powieść, bo nić fabuły rwałaby się tutaj zbyt często, co ja jeden, dokładnie odmalowywany obraz. Wszystko w tomie „Pod drzewem magnolii”, nawet jeśli dotyczy określonych spraw, wydaje się statyczne, zatrzymane w miejscu, unieruchomione przez pamięć. Tu już nic nie istnieje, nie ma świata, który Mayes opisuje. Wspomnienia są martwe, żywy pozostaje tylko język opisu – i to wartość, którą chce się naprawdę ocalić.

Język tomu jest przy całej lirycznej niekonkretności bardzo precyzyjny – Mayes szuka w nim najtrafniejszych skojarzeń i wręcz uczy dokładności. Nie powtarza się i nie proponuje słownej wady – wystarczy wczytać się w jej porównania i spostrzeżenia, by poznać siłę wyrazu. Ta proza okazuje się gęsta od wrażeń. Frances Mayes pokazuje, jak można opracować własną egzystencję, by uzyskać przepis na książkę imitującą literaturę piękną. „Pod drzewem magnolii” to zdecydowany triumf formy idealnie wymyślonej do maskowania mniej chlubnych treści. To pomysł na inne przedstawienie życia i nadanie koloru dawnym scenkom.

czwartek, 8 lipca 2010

Frances Mayes: Codzienność w Toskanii

Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Rytm natury

Frances Mayes to jedna z tych autorek, które tworzą wręcz modelowe opowieści spod znaku toskanianów. Tomem „Codzienność w Toskanii” po raz kolejny przekonuje, że warto zwolnić tempo i rozkoszować się urokami wiejskiego życia, oprowadza też odbiorców po ciekawych zakątkach regionu. Układa następny przewodnik literacki i pozwala czytelnikom na rozkoszowanie się dziełami sztuki oraz… smakami Toskanii. Spokojny rytm tej historii znakomicie harmonizuje z życiową filozofią Mayes.

Nie ma w książce tak charakterystycznego dla wielu tomów motywu zderzenia różnych kultur, obyczajów i doznań – chociaż jeszcze na początku autorka dziwi się, że nikt nie protestuje głośno przeciwko chybionemu pomysłowi budowy basenu. Konsekwencje zdecydowanego działania przechodzą wyobrażenia Frances Mayes i nadają książce niespodziewanej dramaturgii, jakiej próżno by zwykle się w toskanianach doszukiwać. Spacery po antycznych miastach przetykane są w „Codzienności w Toskanii” niespiesznymi wywodami na temat sztuki. Wplatane w tekst informacje o życiorysach artystów czy o miejscach, które warto zobaczyć łatwiej przyswaja się, kiedy są obudowane melodyjną, smakowitą narracją. Frances Mayes lubi opisywać smaki Toskanii, ale również uwielbia rozkoszowanie się słowem – w jednym z rozdziałów przedstawia nawet tajniki swojego warsztatu. Opowiada o próbach uchwycenia nastrojów chwili, rejestrowaniu ulotnych myśli i urzekających sformułowań. W odkrywaniu ulirycznianych fraz pomaga jej tempo egzystencji.

W pewnym momencie Frances Mayes wplata do swojej książki inną konwencję, być może trochę rujnującą wizję sielskiego życia w oczach czytelników: zaczyna mianowicie rozpływać się w zachwytach nad swoim wnukiem, dzieckiem, które – wzorem babć – uważa za najinteligentniejsze, najsprytniejsze i najzdolniejsze na świecie. Opisy dań, które potrafi przyrządzić kilkulatek przypominają typowe przechwałki dumnych dziadków – lecz już przypisywanie maluchowi jednoznacznego uwielbienia dla tego typu prac jest przesadą: w tym wypadku brak obiektywizmu okazuje się bardzo widoczny.

Autorka skupia się jednak przede wszystkim na zmysłowych doznaniach. Toskania w jej ujęciu jest pełna kolorów, zapachów i smaków. „Codzienność w Toskanii” ma przenosić czytelników do miejsca, które Mayes uczyniła swoim domem – ma przenosić i ma zachwycać, bo większość opisów z zachwytu płynie. Plastycznie przedstawione krajobrazy pełne są słońca i spokoju, rozleniwienia i przyjemności – te emocje mogą udzielać się odbiorcom, którzy w toskanianach podobnej harmonii zresztą poszukują. Frances Mayes chętnie łączy odczucia, posługuje się działającymi na wyobraźnię skojarzeniami – u niej ściany kościoła mogą być blade jak sok cytrynowy, a bezy to obłoczki przekładane kremem. Nie zawsze jest tak przyjemnie: sprzeciw co wrażliwszych czytelników, niekoniecznie wegetarian, będą raczej wzbudzać komentarze dotyczące przeznaczonych do zjedzenia zwierząt. Trudno o przypływ apetytu przy wspomnieniu dopiero co schwytanych przepiórek z ukręconymi łebkami, chociaż dla zintegrowanej z rytmem przyrody autorki taki dysonans nie stanowi przeszkody w prezentowaniu zmysłowej uczty. Wiele rozdziałów zamykają typowe dla regionalnej kuchni przepisy, opatrzone jeszcze dodatkowo komentarzem. Można zatem trochę poeksperymentować przy gotowaniu i przywołać smaki Toskanii. Miejscowe specjały przeważnie znajdują stałe miejsce w toskanianach – u Frances Mayes czasem przybierają egzotyczną formę, to między innymi przepis na kurczaka spod cegły.

Tom podzielony jest na dwie części – zimowo-wiosenną i letnio-jesienną, co doskonale pasuje do spokojnego rytmu opowieści, zsynchronizowanej z prawami natury. Dla autorki najważniejsze okazuje się spokojne życie w zgodzie z przyrodą, pełne drobnych przyjemności i wolne od stresu. Jednocześnie „Codzienność w Toskanii” staje się gloryfikacją takiego pomysłu na egzystencję – ci, którzy marzą o uwolnieniu się od zwyczajnej bieganiny i zmartwień, mogą iść w ślady autorki. Niezdecydowanym na rezygnację z dotychczasowych przyzwyczajeń pozostaje smakowita lektura.