* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 31 stycznia 2026

Sandra Grimm: Skąd się biorą uczucia?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Lekcja z reakcjami

Sandra Grimm i Lena Ellermann nastawiają się na typową książkę edukacyjną dla najmłodszych – odwołują się do świata abstrakcyjnych dla dzieci pojęć, uczuć, żeby rozpisać je, rozbić na części pierwsze i wytłumaczyć, z jakimi reakcjami czy odruchami mogą się wiązać. „Skąd się biorą uczucia?” to mniej opowieść o genezie uczuć, a bardziej – o konsekwencjach dla relacji międzyludzkich. Sandra Grimm jest autorką tekstu, ale ten tekst nie mógłby w tym wypadku istnieć bez obrazków – wyjaśnień i skojarzeń, które łatwiej trafią do przekonania dzieciom. Małgorzata Słabicka-Turpeinen zajmuje się tłumaczeniem tej książki i ma bardzo ważne zadanie – bo często w wyjaśnianiu uczuć pomagać mają szeregi synonimów albo powiązanych równie abstrakcyjnych haseł. Oczywiście wszystko stanie się czytelne po lekturze, przećwiczeniu sytuacji i sprawdzeniu na własnej skórze, z czym wiążą się poszczególne uczucia, ale tomik – niezbyt obszerny, za to bardzo kolorowy – ma stać się pierwszym przewodnikiem po tym świecie i ma pozwolić odkrywać najmłodszym, dlaczego zachowują się w określony sposób w konkretnych sytuacjach. Samopoznanie jest dobrym krokiem w kierunku poprawiania i umacniania więzi społecznych, więc tomik „Skąd się biorą uczucia” można wykorzystywać nie tylko podczas domowych lektur, ale także podczas pracy z grupami maluchów.

Bywa trudno: i trudno bywa zwłaszcza wtedy, kiedy autorka podsuwa zestawy abstrakcyjnych dla dzieci pojęć. Na szczęście na tym nie poprzestaje, daje po prostu narzędzie do nazywania swoich stanów i reakcji – dzięki temu dzieci będą mogły precyzyjniej nazywać uczucia i rozwijać w sobie empatię. Autorka przedstawia kolejne motywy z szerokim kontekstem – otwarcie mówi o tym, kiedy może zrobić się nieprzyjemnie (i przed czym taka reakcja uchroni), a kiedy zyskuje się nieoczekiwanie dużo siły, co zrobić, gdy robi się smutno i jakiego pocieszenia (oraz w jaki sposób) szukać. Zaznajamia dzieci z wstydem, wstrętem, złością czy strachem i za każdym razem dokładnie prezentuje najbardziej charakterystyczne powiązania. Uświadamia dzieciom, czego robić absolutnie nie wolno (i co zniszczy więzi z innymi), albo – jak warto zareagować w kryzysowej sytuacji. Pokazuje też, że jedna sytuacja może wyzwolić różnorodne reakcje – i nie ma w tym niczego dziwnego.

Są tu rozkładówki wypełnione ciekawostkami (na przykład ta poświęcona uczuciom zwierząt) i rozkładówki, które są budowane na bazie zadań dla najmłodszych – trzeba będzie sprawdzić swoje siły w nazywaniu uczuć innych, oceniać po obrazkach stan emocjonalny bohaterów, dopasowywać komentarze do rysunków, autorka pozwala na samorozwój, prowadzi do lepszego zrozumienia siebie, odsuwa samooskarżanie i próby brania na siebie powodów złego humoru innych. Każda rozkładówka to osobne zagadnienie, przy czym jego wiodący temat pojawia się w zadawanym w charakterze tytułu pytaniu. Wiele razy dzieci będą się musiały zastanowić nad własnymi emocjami albo postawić w roli bohaterów – chodzi o to, żeby poćwiczyły mówienie o uczuciach, także własnych – i nastroiły się na pracę nad sobą. „Skąd się biorą uczucia” to książka starannie przygotowana z myślą o najmłodszych, prowadząca do minimalizowania konfliktów oraz niepożądanych zachowań – w ten sposób, żeby dzieci same zrozumiały, czego nie powinny robić i mówić, a co jest wskazane.

piątek, 30 stycznia 2026

Alasdair Beckett-King: Awantura na morzu

Kropka, Warszawa 2026.

Los kapitana

Bardzo ważna jest ta historia w procesie rozwoju Montgomery’ego Bonbona, czyli detektywa, który dziwnym trafem pojawia się wszędzie tam, gdzie jest Bonnie Montgomery (chociaż nigdy równocześnie) i ma strój wyglądający jak przebranie ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami. Nikt jednak nie jest w stanie odkryć prawdziwej tożsamości słynnego detektywa, nawet jego mama nie ma pojęcia, kim naprawdę ów przenikliwy bohater jest. Bonnie wprawdzie pojawia się wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą najpoważniejsze zbrodnie, ale ma swojego wiernego towarzysza, dziadka Banksa. Dziadek Banks zna swoją rolę: do detektywa zwraca się słowami „mój stary” (do Bonnie – „kochanie”) i dyskretnie pilnuje bezpieczeństwa. Notuje wprawdzie także rozmaite wykroczenia Bonbona, ale nie czyni z tego użytku. Liczy się to, że jest i że można na nim polegać – a kiedy śledztwo utknie w martwym punkcie, wie, jak pchnąć sprawę do przodu. Od czasu swojego debiutu Bonnie doczekała się jeszcze prawdziwej przyjaciółki – Dana również wie, jak zachowywać się w towarzystwie detektywa, a do tego jest jego ogromną fanką. Tym razem każde wsparcie się przyda, bo zwłoki, które pojawiają się na statku w tomie „Awantura na morzu” są wyjątkowo ruchliwe i nieprzewidywalne. A przecież zaczyna się tak niewinnie: pierwszy raz Bonnie i Dana mogą pomagać mamie Bonnie. Liz Montgomery jest odpowiedzialna za przygotowanie pokazu fajerwerków podczas uroczystych obchodów Nocy Kapitana Grimma – tylko że zamiast rozłożonego w czasie delektowania się widowiskiem ze sztucznych ogni, wszyscy zgromadzeni otrzymują jeden wielki wybuch i chaos. Bonnie – jako Bonbon – musi rozwiązać zagadkę, żeby ocalić dobre imię rodzicielki. Zanim jednak uda się jej dojść do właściwych wniosków, okazuje się, że nie obyło się bez ofiar – kapitan nie daje znaku życia. I tak zaczyna się kolejne rozłożyste śledztwo wypełnione dowcipami i metamorfozami, ale również wizytami w niezwykłych przybytkach. Bonnie może liczyć na swoich wspólników, tym razem jednak jej priorytetem jest ocalenie mamy – jednej z głównych podejrzanych w sprawie śmierci kapitana. Zbiera zatem wszelkie możliwe dowody, analizuje sytuacje i łączy fakty w sposób niezwykle przenikliwy – czytelnicy będą musieli się bardzo wysilić, żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Do tego Alasdair Beckett-King chętnie odwołuje się do żartów słownych i do motywów niekoniecznie kojarzonych przez dzieci, będzie więc stawiać wysoko poprzeczkę małym czytelnikom. Ale dzieci, które lubią powieści detektywistyczne i sensacyjne jednocześnie, tu znajdą wiele dla siebie – choćby z tego względu, że Beckett-King unika infantylności w konstruowaniu akcji. Jedyny „naiwny” motyw u niego to przekonywanie czytelników, że nikt nie rozpozna w wielkim detektywie małej dziewczynki w zabawnym przebraniu. Ale na tym polega konstrukcja świata przedstawionego – i konwencja, którą wszyscy czytający ten cykl akceptują bez zastrzeżeń. Montgomery Bonbon musi odnieść kolejny sukces, na który starannie sobie zapracuje – tu nie ma taryfy ulgowej ani uproszczeń w śledztwie, a skoro rzecz dotyczy morderstwa, trzeba porządnie wysilić szare komórki. Alasdair Becket-King nie zamierza wyręczać czytelników w myśleniu, zachęca za to do przeżycia wielkiej przygody.

czwartek, 29 stycznia 2026

Merijn van de Laar: Śpij jak jaskiniowiec. I wyśpij się dzięki mądrości sprzed wieków

Marginesy, Warszawa 2025.

Dobry sen

Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.

Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.

Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.

środa, 28 stycznia 2026

Nazywam dźwięki. Moje ciało

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Onomatopeje

Pierwsze zabawy z dziećmi polegają często na wydawaniu i naśladowaniu charakterystycznych dla otoczenia dźwięków – jeszcze zanim najmłodsi nauczą się nazywać elementy otaczającego ich świata, mogą już posługiwać się prostymi hasłami bazującymi na onomatopejach. I z tego założenia wyszło wydawnictwo Nasza Księgarnia, proponując maleńki i uroczy kartonowy tomik „Nazywam dźwięki. Moje ciało” z ilustracjami Marianny Schoett, autorki kojarzonej z seriami dla kilkulatków i grami wydawanymi w Naszej Księgarni.

Rzuca się w pierwszej kolejności w oczy kształt publikacji: malutka kwadratowa kartonowa książka z zaokrąglonymi obowiązkowo rogami ma większą niż zwykle objętość, wydaje się wręcz ogromna – rzadko zdarza się w tomikach kartonowych, żeby dzieci do dyspozycji miały aż 33 „kartki”. Być może też stąd bierze się niewielki rozmiar – żeby książka nie była za ciężka dla najmłodszych użytkowników (i przez to – żeby nie stała się dla dzieci niebezpieczna). Na każdej lewej części rozkładówki pojawia się pytanie w charakterystycznym komiksowym dymku – oznacza to, że rolę narratorów i jednocześnie pytających mogą podjąć tu rodzice czytający swoim pociechom i nawiązujący z nimi dialog w ramach bajki. Ale książeczka wysyła odbiorców w rejony nieco bardziej abstrakcyjne, tylko raz zwraca się tu bezpośrednio do dzieci („jak robisz, kiedy jest ci zimno”, zwykle bohaterami i adresatami pytań są rozmaite przedmioty, stany, zachowania lub części ciała. Oczywiście najbardziej lubiany przez maluchy stanie się natychmiast rysunek z pytaniem „jak robi pupa” i psotną dziewczynką, która puszcza bąka, ale można się dowiedzieć „jak robi zdarte kolano”, „jak robi śmiech” albo „jak robią nożyczki obcinające paznokcie”. Czasami onomatopeje są oczywiste – jak w przypadku płaczu albo łaskotek, a czasami zaskakujące – przy du-du serca albo przy katarze. Prawa strona rozkładówki to już miejsce na pełnowymiarowy obrazek, przeważnie z dziecięcym bohaterem w akcji – i dopisek w postaci onomatopeicznych skojarzeń. Dzieci mogą zatem albo reagować na pytania zadawane przez rodziców, albo słuchać ich wersji dźwięków. Z pewnością taka zabawa nie skończy się szybko i nie będzie jednorazowym doświadczeniem. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że bohaterowie są tu przeważnie roześmiani i szczęśliwi, a to udzielać się będzie odbiorcom, co wszystkich nastroi do lektury pozytywnie. Nie ma tu jednego bohatera wiodącego, więc dzieci będą się koncentrować przede wszystkim na dźwiękach i na odwołaniach do własnych spostrzeżeń oraz przeżyć. Ponieważ Marianna Schoett odnosi się do ich codzienności, łatwo będzie trafić do przekonania maluchom.

Ta publikacja tylko z pozoru wydaje się infantylna – w praktyce pozwala dzieciom na obserwowanie rzeczywistości i wyciąganie wniosków, na zapamiętywanie odczuć i reakcji, na kojarzenie faktów. To tomik edukacyjny, chociaż dla najmłodszych i tak stanie się ulubionym źródłem rozrywki. Świetna propozycja pozwalająca uczyć dzieci skojarzeń dźwiękowych (i automatycznie poszerzać ich możliwości porozumiewania się), a do tego bardzo ładnie przygotowana, estetyczna i przyjemna w odbiorze.

wtorek, 27 stycznia 2026

Reinhold Messner: Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu

Bezdroża, Gliwice 2026.

Samotnik

Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.

Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Koci domek Gabi. 1000 naklejek

Harperkids, Warszawa 2026.

Koty

Ta książka aż krzyczy obietnicą dobrej zabawy: w cyklu Koci domek Gabi pojawia się zeszyt ćwiczeń z labiryntami, łamigłówkami i zadaniami dla najmłodszych – ale najważniejszy element został mocno podkreślony na okładce: 1000 naklejek wyróżnia tę publikację. I to faktycznie do osiągnięcia, bo pierwsze cztery strony to po 180 miniaturowych naklejek z bohaterami cyklu oraz rozmaitymi ozdobnikami w najrozmaitszych pozach, ujęciach i zestawieniach kolorystycznych. Te maleńkie naklejki można wykorzystywać wszędzie, gdzie tylko chce się mieć przypomnienie o lubianej bajce – są urocze, dyskretne i do tego wielofunkcyjne. Z kolei naklejki do wykorzystania na poszczególnych stronach publikacji mieszczą się dalej, są znacznie większe i posegregowane na rozdziały, tak, żeby odbiorcy nie musieli się zastanawiać, której akurat użyć do jakiego zadania – i żeby nie popełniali błędów w kreatywnym wypełnianiu kolejnych stron.

Oczywiście „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to kolejna publikacja gadżetowa, która wykorzystuje dawniej popularne rozrywki, przekształcając je za sprawą cenionych postaci – to dodatek do historyjek, które zawładnęły wyobraźnią maluchów. Póki trwać będzie moda na Koci domek Gabi, ten tomik będzie się cieszył powodzeniem małych użytkowników i pozwalał im na kreatywną zabawę. Są tu kolorowanki, labirynty i porównania, są literowe diagramy i łączenie kropek, powiększanie dzięki systemowi kratek, kółko i krzyżyk (dostosowane do świata przedstawionego) czy liczenie poszczególnych elementów – wszystko mocno związane z bajką, ale nie trzeba wcale tej bajki znać, żeby wypełniać zadania – jedynie przy układaniu imion bohaterów z rozsypanych liter trzeba się będzie wykazać albo pomysłowością, albo znajomością Kociego domku Gabi – nawet tu niespecjalnie będzie przeszkadzać brak wiedzy na temat postaci. Za każdym razem oczywiście polecenie nawiązuje do serialu i sprawia, że dzieci chcą do bajek wracać – jest to przecież reklama cyklu i próba poszerzenia kręgu odbiorców albo zatrzymania ich przy serii – w ten sposób można zatem utrwalać sobie wiadomości na temat poszczególnych postaci. Najważniejsze będzie jednak wypełnianie poleceń, czyli ćwiczenie umysłu – i tutaj dzieje się to w przyjemny dla czytelników i rozrywkowy sposób, nie ma obaw, że dzieci znudzą się zadaniami, skoro oprócz tych oczywistych i dziecinnych (zwykłe kolorowanki z kluczem) pojawiają się często gry i wyzwania na kreatywność, polecenia, które nie mają jednego dobrego czy właściwego rozwiązania, a uzależniają efekt od pomysłowości i zmysłu artystycznego czytelników. „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to publikacja dla wszystkich maluchów, które lubią wyżywać się twórczo, które chcą wyzwań i ciekawych łamigłówek – i oczywiście dla tych, które kochają kocią serię i chcą jak najdłużej pozostać z bohaterami. To bardzo kolorowa książka, kojarząca się przez okładkę raczej z publikacją dla dziewczynek – ale nie ma tu zadań, które odstraszałyby kilkuletnich chłopców, można zatem przyjąć, że wydawnictwo postarało się o tomik uniwersalny i cieszący wszystkie kilkulatki.

niedziela, 25 stycznia 2026

Grzegorz Kasdepke: Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Kosmici wszędzie

Z różnych książek dla najmłodszych słynie Grzegorz Kasdepke, ale seria o Bodziu i Pulpecie jest jedną z bardziej lubianych – i teraz doczekała się zbiorczego wydania. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to książka, która ucieszy każdego kilkulatka – i przyda się zwłaszcza tym dzieciom, które zaczynają samodzielnie czytać dla rozrywki (duża czcionka ułatwi im zadanie). Siła tej opowieści tkwi w komizmie i absurdalnym humorze (autor marzył o napisaniu fantastycznej książki fantastycznej i ten zamiar udało mu się zrealizować idealnie) i w odejściu od pouczenia na rzecz rozbawiania. Owszem, co pewien czas pojawiają się w historyjkach motywy edukacyjne: jak przechodzić przez jezdnię, czym jest akcja Sprzątanie Świata – ale z reguły Bodzio i Pulpet zajęci są wpadaniem w tarapaty na różnych płaszczyznach: w domu, w szkole i we wszechświecie.

Grzegorz Kasdepke nie wysyła bohaterów w kosmos. Bodzio i Pulpet to uczniowie, którzy niespecjalnie przepadają za szkołą (zauważyli już, że droga do szkoły jest znacznie dłuższa niż ta powrotna), nauczycielka ma z nimi urwanie głowy – ale ich logika prowadzi do zaskakujących często wniosków i odkryć. W dodatku Bodzio i Pulpet mają ciekawą cechę: jak nikt inny przyciągają Obcych. To znaczy kosmitów. Jak się okazuje, przybyszy z innych planet jest wokół mnóstwo – niektórzy przybierają kształt zwykłej paprotki, inni są na tyle ogromni, żeby zaplątać się w kablach przed domem albo są w stanie wysyłać wiadomości do odczytania przez uczniów i orkiestry. Każdy kosmita charakteryzuje się czymś innym, każdy jest zaskakujący i każdy ubarwia codzienność – co szczególnie ważne, kiedy akurat panuje nuda. U Bodzia i Pulpeta nudy nie ma, właśnie dzięki odwiedzinom istot pozaziemskich i dzięki ich zamiarom. Przeważnie pokojowym, chociaż rozgniewany kosmita może być nieprzyjemny. Bodzio i Pulpet odgrywają rolę gospodarzy, rozwijają wyobraźnię i zaskakują czytelników kolejnymi przygodami. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to tomik, po który sięgać się będzie dla zabawy – po codzienną porcję zdrowego śmiechu i fantazji. Bo Grzegorz Kasdepke stawia tu na bardzo krótkie i bardzo dobrze puentowane opowiadania – historyjki z życia wzięte, stworzone dla śmiechu, wyjątkowe i niepowtarzalne. Przypomina dzieciom (i ich rodzicom czy nauczycielom), że dzieci też potrzebują rozrywki i zachęty do lektury w postaci humoru. Dostarcza go w wyjątkowo dużych dawkach, więc ci, którzy zdecydują się na samodzielne czytanie, będą po prostu przechodzić od opowiadania do opowiadania – i za każdym razem pozostanie im niedosyt oraz chęć dowiedzenia się, co jeszcze Bodzio i Pulpet wymyślili. Żeby nie trzeba było przeciążać wyobraźni – co przecież może się zdarzyć w przypadku wizyt Obcych – można posiłkować się warstwą graficzną. Daniel de Latour to idealny ilustrator komicznych opowieści – jego styl tworzenia pasuje do komizmu w narracji i czasami przypomina, jak mogą wyglądać tajemniczy kosmici z opowiadań. I autor, i ilustrator świetnie się tu bawią – ale na szczęście czytelnicy nie muszą im tego zazdrościć, bo sami będą się bawić jeszcze lepiej podczas czytania. Trzeba jak najwięcej takich publikacji dla najmłodszych – bo to najlepsza reklama czytania dla rozrywki.

sobota, 24 stycznia 2026

Karolina Wójcicka: Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy

Mando, WAM, Kraków 2025.

Próba sił

W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.

W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.

I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.

piątek, 23 stycznia 2026

Umiem rysować przyrodę

Kropka, Warszawa 2026.

Na spacerze

Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.

Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.

Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.

czwartek, 22 stycznia 2026

Monika Kwaśniewska-Mikuła: #MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.

Nadużycia

To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.

Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.

środa, 21 stycznia 2026

Hélène Delforge: Babcia i dziadek

Media Rodzina, Poznań 2026.

Przeżycia

Rynek wydawniczy bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje, które pozwolą na ułatwienie marketingowych zabiegów, nic więc dziwnego, że stawia często na wydawnictwa nawiązujące do konkretnych świąt lub tradycji. I problem nie polega na zalewie tematyzowanych publikacji – problem polega na tym, że w owym zalewie bardzo łatwo przeoczyć prawdziwe perły. A taką bez wątpienia jest tomik „Babcia i dziadek” autorstwa Hélène Delforge i z ilustracjami Quentina Grébana (ilustracje są bardzo ważne, czasami pozwalają na zrozumienie, o czym mowa w narracji), w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i Magdaleny Mikołajewskiej (na marginesie: o ile rymowane przekłady tej pary nie są najlepszej jakości, o tyle w prozie potrafią zrobić coś wyjątkowego.

Ta książka obala infantylne stereotypy i pokazuje babcię, dziadka oraz ich domowe i rodzinne relacje inaczej niż są do tego przyzwyczajeni najmłodsi. Nagle okazuje się, że babcia to kobieta, która może być zakochana (albo tęsknić za ukochanym i opowiadać o nim wnukom), albo – jest opiekunką starego leniwego kota. Owszem, ma na uwadze rozpieszczanie wnuków, ale równie ważny jest dla niej dobrostan córki i jej szczęście: chociaż ta córka ma teraz swoje dzieci, na zawsze pozostanie dzieckiem dla swojej matki. I kiedy sama zatęskni za dzieciństwem, będzie mogła wrócić – dzięki empatycznej już teraz babci – do najmilszych wspomnień. Dziadek ma pełno zmarszczek – a każda oznacza coś innego – i wie, jak zorganizować pogrzeb sikorki, żeby nie było zawsze smutno. Nawet jeśli nie ma pojęcia, jak opiekować się dziećmi, pamięta jeszcze, jak wychowywał swoje. Tylko że w tomiku „Babcia i dziadek” relacje dziadkowie – wnuki nie są jedyne. Każda rozkładówka to jedna wielkoformatowa ilustracja i jeden drobny rysunek – a do tego wyznanie w formie może nieco poetyckiej, z szatkowanymi frazami. Nigdy nie wiadomo, kto zabierze głos – może to być dziecko, dziadek, babcia, średnie pokolenie, albo... kot. Każdy ma do powiedzenia coś ważnego: czasem to przypomnienie, żeby rejestrować wspomnienia, rozmawiać jak najwięcej, dowiadywać się czegoś, co nie powinno bezpowrotnie zniknąć, innym razem – migawki z przeszłości z różnych ujęć. Opowiada się tu o emocjach i o uczuciach między pokoleniami albo między bliskimi – ale miłość dziadka i babci może zamienić się w romantyczną historię młodej i pełnej nadziei dziewczyny. I to inne spojrzenie na przedstawicieli starszego pokolenia będzie dla najmłodszych prawdopodobnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Jest tu delikatność i wyczulenie na drugiego człowieka, jest miłość bezwarunkowa – ale w różnych kierunkach. Nie zawsze wyznania są oczywiste na pierwszy rzut oka, czasami trzeba będzie się zastanowić nad ich znaczeniem, a czasami – wręcz rozszyfrować, o czym mowa. Jest tu sporo tematów, które mogą wywołać wzruszenie, doprowadzić do refleksji albo zaprosić do rozmowy z dziadkami i rodzicami. To zdecydowanie lektura wyjątkowa: na rynek wchodzi w czasie, w którym może być poszukiwana, ale przyda się przez cały rok i pozostawi niezapomniane wrażenia u czytających. Warto zaufać autorce i przyjrzeć się uważnie temu, co daje relacja z dziadkami – wszystkim pokoleniom. Autorka nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i oczywiste, stara się dotrzeć do bardzo ważnych treści i przywołać je dla najmłodszych – to, co wyniosą z lektury, pozostanie z nimi przez całe życie.

wtorek, 20 stycznia 2026

Zuzanna Kisielewska: O tańcu

Druganoga, Warszawa 2025.

Ruch

O tańcu można mówić na różne sposoby, Zuzanna Kisielewska zdecydowała się na opowieść międzykulturową i znaczeniową. Małgorzata Nowak i Agata Dudek dodają do jej narracji grafiki – karykaturalne postacie, które w ruchu wyginają swoje ciała – ta dynamika tańca pojawia się na kolejnych ilustracjach, mniej nawet pasujących do publikacji dla dzieci, bardziej – do dorosłych opracowań. Zuzanna Kisielewska zresztą też nie upraszcza specjalnie języka, którym się posługuje, pisze bez infantylizowania, przez co trafić może na przykład do młodzieży zainteresowanej historią tańca i możliwościami wyrażania emocji przez ruch.

Najpierw Zuzanna Kisielewska sięga daleko w przeszłość – stara się sprawdzić, jak dawno pojawił się taniec, ale ponieważ to nie do końca realne zadanie, odwołuje się do odkryć z różnych miejsc świata i różnych czasów. Ludy pierwotne taniec wykorzystywały jako sposób na wpływanie na wszystko, co nie do końca poznane, zrozumiane lub opanowane – między innymi do przywoływania deszczu albo zwiększania plonów. Ale taki punkt wyjścia prowokuje natychmiast do przywoływania choćby „Deszczowej piosenki” i dzisiejszych pomysłów na nawiązywanie do pradawnych rozwiązań. Dla czytelników oznacza to wskazówkę w kwestii doboru tematów – autorka decyduje się na rozdziały tematyczne, w ich ramach stawia na chronologię (przynajmniej w ramach wybranych zagadnień) i porządkuje wiadomości o tańcu za sprawą przesłań i kodów. Opowiada, jak można było taniec traktować jako rozmowę z bóstwami, bogami albo duchami, albo o tańcach, które służyły jako tajne szyfry. Przedstawia tańce charakterystyczne dla narodów albo tańce wykorzystywane w sporcie, odwołuje się też o tańców najbardziej kojarzonych – baletu, breaku czy kankana. Przytacza historie, które się wiążą z ich powstaniem, albo najbardziej rozpoznawalne elementy. Wszystko, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważną i wielowymiarową sztuką jest taniec – i jak wiele da się nim wyrazić. Za każdym razem wybiera osobną, zamkniętą historię, która łączy się wprawdzie z innymi, ale może być czytana bez zwracania uwagi na kolejność, linearność opowieści. Udało się dzięki temu Kisielewskiej odwzorować dynamikę, siłę ruchu i powszechność takiej rozrywki – która wykracza daleko poza rozrywkowość. Jeśli autorka chce kogoś zainteresować tańcem, wybrała najlepszą drogę – szeroka oferta zróżnicowane wymagania sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie i może próbować swoich sił w tym, co sprawi mu najwięcej satysfakcji. Taniec jednoczy – ale też daje wolność i to jeden z tematów powracających w opowieści – autorka przywołuje twórców łamiących zasady i kształtujących zupełnie nowe taneczne mody.

„O tańcu” to tom edukacyjny, starannie przygotowany – nie tylko z myślą o młodszych czytelnikach, bo wiadomości bywają bardziej zaawansowane. Każdy, kto interesuje się historią tańca, może tu znaleźć coś dla siebie – i przy okazji dowie się, jak można popularyzować wiadomości w przyjemny i atrakcyjny dla wielu grup czytelników sposób. To książka warta rozreklamowania – powinna trafić do głównego nurtu wydawniczego. Uświadamia odbiorcom, jak istotne jest tańczenie – nie tylko dla wyrażania emocji. Sporo ciekawostek, wiele atrakcji dla czytelników, dobrze prowadzona narracja – to wszystko można tu znaleźć bez większego wysiłku, dlatego nawet ci, którzy nie przepadają za poruszaniem się, mogą skorzystać na lekturze.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Jørn Lier Horst: Operacja Gwiazda Zimowa

Media Rodzina, Poznań 2025.

W niebo

Seria detektywistyczna Operacja to dodatek, który pozwala zaintrygować dzieci lubiące łamigłówki serią o bohaterach z Biura Detektywistycznego nr 2. Tiril i Oliver to dwójka przedsiębiorczych i sprytnych dzieciaków, które rozwiązują kolejne zagadki i zadania, pomagając dorosłym w chwytaniu przestępców, a przynajmniej – w odkrywaniu tego, czego prawdziwi śledczy nie są w stanie wymyślić. W serii Operacja dzieci jednak zwykle zajmują się pomaganiem dziadkowi – ten nie jest zbyt spostrzegawczy i potrzebuje wsparcia, żeby rozwiązywać prywatne zagadki. „Operacja Gwiazda Zimowa” to jednak historia, która sięga aż do kosmosu. Przyjaciel dziadka z Klubu Odkrywców, zostawił dziadkowi klucz do swojego domu i zaprosił go tam dziesiątego grudnia (czyli za dwa dni). Jednak zapadł w śpiączkę i nie wyjaśnił do końca, co trzeba zrobić. Coś, co znajduje się w sejfie w zamkniętym domu ma mieć związek z Gwiazdą Zimową – kometą lub meteorytem. Pytań jest wiele, odpowiedzi żadnych, ale ponieważ zostało mało czasu do wyznaczonego dnia, Tiril – tym razem najbardziej ona – przejmuje dowodzenie. Dziadek pomaga tylko w kwestiach kontaktów z przedstawicielami Klubu Odkrywców i dodaje co pewien czas kolejne wskazówki lub informacje, które wygrzebuje z pamięci i pozwala Tiril rozwiązywać wszystko po kolei. Nagrodą są nie następne zagadki, a możliwość przejścia dalej – więc całość przypomina trochę grę komputerową, w której nie można liczyć na podpowiedzi głównego zainteresowanego.

Dziadek, Tiril i Oliver wyruszają na prawdziwą misję. Spieszą się, zwłaszcza że w domu chorego przyjaciela najwyraźniej ktoś już myszkował. Nie mają żadnych kodów do sejfu ani oczywistych wyjaśnień, muszą bazować na serii podpowiedzi. I to właśnie połączy bohaterów z małymi odbiorcami – bo podseria Operacja została pomyślana tak, żeby dzieci brały w niej aktywny udział. Każda rozkładówka to po prostu drobny fragment narracji, który prowadzi do kolejnego zadania na spostrzegawczość: tekst ozdobiony jest wielkoformatowym rysunkiem, na którym trzeba wskazać element naprowadzający na rozwiązanie. Jeśli ktoś nie poradzi sobie z wyzwaniem, na kolejnej stronie znajdzie na marginesie obrazkowe wyjaśnienie. Dzieci mogą w ten sposób kontrolować swoje odkrycia od razu i cieszyć się interaktywną lekturą. Ćwiczenie logicznego myślenia powiązane z treningiem spostrzegawczości jest tutaj ładnie wykorzystane. Jorn Lier Horst pomaga sobie okolicznościami: dzięki śnieżnej zimie łatwiej zauważyć, który dom nie był dawno odwiedzany, albo jaką ścieżkę wybrać – uczy dzieci wyczulenia na szczegóły, które pozwalają na rozwijanie wyobraźni i sprytu. „Operacja Gwiazda Zimowa” to tomik, w którym trzeba wyjść z własnego towarzystwa i poruszać się po obcym terenie, wymaga więc od bohaterów sporo samozaparcia i odwagi – za to odbiorcy będą mieli dodatkowe wyzwanie w postaci adrenaliny w narracji. Ten tomik przyda się wszystkim dzieciom, które lubią opowieści detektywistyczne i uczestniczenie w takich historiach, może też stać się reklamą serii Biuro Detektywistyczne nr 2.

niedziela, 18 stycznia 2026

Elizabeth Gilbert: Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie

Rebis, Poznań 2026.

Inspiracja

Gdyby Elizabeth Gilbert miała w jednym zdaniu i bez większych zahamowani streścić swoją książkę, zapewne padłyby słowa „rusz tyłek”. I byłoby to nadzwyczaj trafne streszczenie. „Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie” to bowiem publikacja trochę autobiograficzna, mocno motywacyjna, a trochę poradnikowa – dla tych, którzy utknęli w miejscu i chcieliby coś w swoim życiu zmienić, ale – jak to zwykle bywa po ugrzęźnięciu w marazmie – nie mają pojęcia ani siły, żeby to zrobić. Wprawdzie autorka odwołuje się bardzo często do zadań kreatywnych, a z racji swojego zawodu najwięcej ma do powiedzenia w temacie pisania, ale porady uogólnia tak, że skorzysta z tej książki absolutnie każdy, kto poczuł zniechęcenie w swoim życiu.

Cechą charakterystyczną tej książki jest rezygnacja z tonu poradników kioskowych i postawienie na osobistą narrację, z której odbiorcy mogą sobie wyciągać wnioski – potrzebne w danym momencie. Elizabeth Gilbert opowiada po prostu o sobie i o swoim procesie twórczym, o pracy na sukces i o działaniach, które doprowadziły ją do konkretnego miejsca w życiu. Żeby przekonać do siebie czytelników, tworzy ideę „wielkiej magii” – nadprzyrodzonej siły, którą da się poczuć w reakcjach organizmu i która pokazuje, że trafiło się na dobrą drogę – ale równie dobrze można pominąć te wyznania i zatrzymać się na konkretach, których tu nie brakuje. Wystarczy je wyłuskać z relacji i wyznań. Elizabeth Gilbert nie zmusza do ciężkiej pracy, ale pokazuje między innymi jak znaleźć coś dla siebie, jak się nie poddać, kiedy coś nie wychodzi, skąd wiadomo, że wybrało się dla siebie odpowiedni kierunek i co robić w chwili kryzysu. Nie odwołuje się do blokad twórczych ani do marazmu – ale wie, że to będzie się odbiorcom bez względu na umiejętności przytrafiać – i dlatego, służąc własnym przykładem, podpowiada, co najlepiej zrobić w takiej sytuacji. A że stawia na bardzo krótkie i treściwe – a przy tym ciekawe literacko – rozdziały, nie będą się tu odbiorcy nudzić podczas lektury. Warto tę książkę czytać i robić sobie notatki albo przynajmniej zaznaczać odpowiednie fragmenty, żeby w razie potrzeby mieć pod ręką sensowne porady. Elizabeth Gilbert paradoksalnie nie stara się zdobyć szerokiego grona czytelników – ale sposób, w który prezentuje swoje doświadczenia, zapewni jej uznanie i poczytność. Proponuje książkę, która znacznie bardziej inspiruje do pracy nad sobą niż większość poradników kreatywnych – i warto to docenić. Ten tom zdecydowanie wyróżnia się na rynku, chociaż niekoniecznie przyciągnie część odbiorców tytułem i okładką – tym bardziej warto o nim mówić i przekazywać kolejnym czytelnikom. Elizabeth Gilbert jest jedną z nielicznych autorek, którym udaje się uogólnić wiedzę na temat kreatywności w zwyczajnym życiu. Siłą tej publikacji jest możliwość dotarcia do wielu grup czytelników – skorzystają na niej wszyscy przedstawiciele zawodów artystycznych i tych, którzy sztukę traktują hobbystycznie, ale też zwyczajni zjadacze chleba, którzy po prostu czują, że utknęli w sytuacji bez wyjścia i potrzebują zmian, żeby przetrwać. Elizabeth Gilbert zamienia się w bardzo sensowną przewodniczkę po świecie, w którym trzeba działać, żeby istnieć – przypomina o tym odbiorcom i na różne sposoby motywuje ich do pracy nad sobą. A to tylko może zaprocentować.

ogłoszenie

Bajki, które wrzucam od 2012 roku na profil www.facebook.com/bajki.iza.mikrut powoli doczekują się przypominania, tym razem w formie audiobooków - odwiedzajcie i mówcie o tym znajomym, bo wszystko absolutnie za darmo: https://www.youtube.com/watch?v=uLw4P9H3UgU&t

A dzisiaj dodatkowo czternasty odcinek Mrówkacastu, czyli podkastu o tym, co czytać, kiedy nie ma co czytać: https://www.youtube.com/watch?v=yN3OOeRl9uc&t

Zapraszam!

sobota, 17 stycznia 2026

Jørn Lier Horst: Operacja Biały Orzeł

Media Rodzina, Poznań 2025.

Śledztwo

Tiril i Oliver są zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Mali detektywi z Biura Detektywistycznego numer 2 spieszą z pomocą wszystkim pokrzywdzonym, a czasami, jak w tym wypadku, rozwiązują zagadki sprzed lat. Okazja jest doskonała: dziadek pomaga swojej dawnej partnerce, właścicielce pensjonatu Górskie Zbocze, w ozdabianiu miejsca na święta. Wszyscy mogą przy tym dowiedzieć się o zaginionym przed dekadą klejnocie – biały orzeł, piękna ozdoba – zniknął bez śladu i nie ma szans na jego odnalezienie. Chyba że w śledztwo zaangażują się wyjątkowo przenikliwi mali detektywi. Warto tu zaznaczyć, że fabuła tym razem jest drugorzędna, bo to podseria, gadżetowy dodatek do właściwych narracji z Tiril i Oliverem – książka z wieloma zagadkami dla odbiorców. Za każdym razem – na każdej rozkładówce – narracja pełni rolę polecenia dla maluchów. Owszem, akcja jakoś się rozwija, ale nie ma większego znaczenia, składa się głównie z poszukiwań konkretnych przedmiotów. A ponieważ Jorn Lier Horst tylko część opowieści bierze na siebie, drugą dodaje Hans Jorgen Sandnes w ilustracjach – to właśnie na rysunkach odbiorcy będą poszukiwali rozwiązań. „Operacja Biały Orzeł” to picture book z zagadkami. Każda rozkładówka zawiera krótki tekst i duży rysunek – na tym rysunku dzieci będą poszukiwać odpowiedzi (gdyby ktoś nie wyłapał z narracji, co trzeba zrobić, odpowiednie pytania pojawiają się w skrótowej wersji na marginesie). Kto znajdzie wszystkie potrzebne przedmioty albo wskaże ten potrzebny do dalszej części śledztwa, może przejść na kolejną stronę. Kto sobie z wyzwaniem nie poradzi (bo bywają i bardziej skomplikowane wyszukiwanki), ten też może zajrzeć na kolejną rozkładówkę – bo tam, na miniaturce i już poza narracjami, znajduje się obrazek z zaznaczonymi miejscami, na które trzeba było zwrócić uwagę. To wskazówka subtelna i podpowiedź, ale też szansa na sprawdzanie własnych postępów przez dziecko.

Ale nie da się przechytrzyć autora i zrezygnować z lektury – tekst jest potrzebny choćby po to, żeby zrozumieć, dlaczego należy podjąć wysiłek umysłowy i razem z małymi detektywami przeszukiwać pensjonat. Zadania i łamigłówki logiczne zostały tu bardzo sprawnie wtopione w historię i pozwalają na relaks oraz rozrywkę w jednym. Dzieci, które lubią czytać książki detektywistyczne, tym razem mogą o wiele bardziej zaangażować się w akcję i cieszyć się z udanych odkryć. Przy okazji poćwiczą wyobraźnię i sztukę logicznego myślenia, spostrzegawczość i detektywistyczne kompetencje. Jeśli potrzebują wyzwań, tu znajdą ich w nadmiarze – a jeśli wciąż będzie im mało, wiedzą, jakiej podserii szukać.

„Operacja Biały Orzeł” to kontynuacja sprawdzonego pomysłu, gwarancja pracy pod pozorami dobrej zabawy – każdy, kto chce zamienić się w detektywa, będzie nad tym tomikiem spędzać sporo czasu. A przy okazji Horst zapewnia sobie reklamę właściwej serii o bohaterach z Biura Detektywistycznego numer 2.

piątek, 16 stycznia 2026

Anita Głowińska: Kicia Kocia. Wielka kłótnia

Media Rodzina, Poznań 2025.

Najważniejsze na świecie

Kicia Kocia i Pacek bawią się w piaskownicy w restaurację, ale swoją zabawę traktują niezwykle poważnie – jak wszystkie maluchy, które przenoszą się do świata wyobraźni. Do zadania podchodzą wyjątkowo kreatywnie, dyskutują nie tylko o podziale ról w wyimaginowanej firmie, ale też – o samym piaskowym menu. I tu pojawia się punkt zapalny: jedno z dzieci chce wprowadzić do jadłospisu jajecznicę, drugie jajecznicy nie cierpi i wolałoby elegancki i czysty omlet. Na to nie może się zgodzić pierwszy bohater – przecież to omlety nie mają racji bytu na świecie, a w ogóle jak można przyjaźnić się z kimś, kto nie lubi jajecznicy? I tak rozwija się spór, który może doprowadzić do katastrofy. Fabułę zapowiada autorka już w tytule – „Wielka kłótnia” oznacza, że Kicia Kocia na moment wychodzi z sielankowego świata, żeby zasmakować innych emocji i sprawdzić, co stanie się, kiedy upiera się przy swoim zdaniu.

Anita Głowińska wie, jak prowadzić krótkie narracje w picture bookach. Przyciąga uwagę czytelników idealnie nieidealnymi konturami i sylwetkami wypełnianymi nierównymi plamami farby, urzeka pozorną naiwnością obrazków – ale tym razem decyduje się na odzwierciedlenie mniej lukrowanych sytuacji. Oczywiście wszyscy mogą się zgodzić co do tego, że powód kłótni jest błahy i nie zasługuje na uwagę, ale to wiadomo – każdy, kto był świadkiem narodzin dziecięcych sporów, może to potwierdzić. Jednak odbiorcy dostrzegą w uporze Kici Koci i Packa coś więcej, chociaż nawet nie będą umieli tego nazwać. Walkę o władzę i dominację w grupie. W tym wypadku Anita Głowińska upraszcza historię, stara się, żeby czytelnicy nie musieli rozpraszać uwagi na wiele postaci, zresztą najważniejszym bohaterem w książce okazują się emocje. Autorka idealnie pokazuje, jak przebiega proces myślowy dziecka po kłótni – i jak wygląda nadzieja na zgodę czy próba doprowadzenia do kompromisu. To wszystko przedstawia odbiorcom, żeby nauczyć ich, jak zachować się w normalnym świecie, w chwili, kiedy emocje wzięły górę i kiedy trzeba naprawić wyrządzone krzywdy, żeby nie stracić przyjaciela. „Kicia Kocia. Wielka kłótnia” to jednocześnie odejście (na moment) od sytuacji, w których wszystko jest bezpieczne, sprawdzone i przyjemne – w życiu zdarzają się też momenty, które budzą strach albo grozę, które wyzwalają złość albo które wymagają samoświadomości, żeby łatwiej było się z nimi uporać. I ta autorka zapewnia dzieciom zestaw mechanizmów czy reakcji, które warto wykorzystać – najpierw poobserwować w bezpiecznej przestrzeni świata Kici Koci, a później przenosić na swoją codzienność. Kicia Kocia to bohaterka, która objaśnia dzieciom świat i robi to w sposób, który zasługuje na uwagę – a nie na drwiny. Maluchy potrzebują tego typu ożywianych przytulanek, żeby odnaleźć się w skomplikowanej rzeczywistości reakcji czy emocji. Kolorowy tomik świetnie sprawdza się jako przewodnik w interakcjach.

czwartek, 15 stycznia 2026

Marta Madejska: Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji

Czarne, Wołowiec 2025.

Końce

Marta Madejska jeszcze raz powraca do tematu przeobrażeń ustrojowych, które podręczniki do historii traktują o wiele bardziej bezdusznie niż reporterzy i autorzy wspomnień. „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji” to książka pełna ludzkich krzywd, rozczarowań i goryczy, pełna bezradności i niezrozumienia dla tego, co konieczne. I, co ważne, mimo upływu czasu, rozpacz bijąca z niektórych opowieści może być wciąż żywa i bardzo przekonująca dla odbiorców. Bo Marta Madejska, jeśli chce zarejestrować reakcje społeczne i doświadczenia, musi pochylić się nad tym, co spotkało zwykłych ludzi, tych najmniej przygotowanych na zmiany. I tak przez wiele tematów i wiele rozdziałów tropi największe klęski, biedę, opowieści o stracie i o niepewnej przyszłości, tej najbliższej. Rozmówcy Marty Madejskiej pamiętają, jak wiele wyrzeczeń kosztowała ich prywatyzacja, jak trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości i jak liczne upodlenia spotykały ich – albo ich bliskich – w wyniku przemian ustrojowych. Nieważne, czy odwołuje się do wspomnień żon polityków, czy do zwykłych zjadaczy chleba, czy śledzi żale wylewane przez czytelników prasy, czy po prostu nakłania kogoś do zwierzeń po latach – za każdym razem odnajduje w ludzkich historiach echo bezradności i na niej układa całą swoją książkę. Uświadamia dzisiejszym odbiorcom, co oznaczało zamknięcie fabryki, wokół której skupione było całe lokalne życie – co działo się, kiedy pracę tracił nie jeden człowiek, a całe osiedla robotnicze, kiedyś przecież specjalnie przy zakładach pracy organizowane. Teraz zajmuje się losem tych, którzy nie potrafili sobie poradzić albo musieli błyskawicznie znaleźć na siebie nowy pomysł. Napomyka o tych, którzy dostali spore odprawy, ale nie wiedzieli, jak sensownie je zainwestować, więc szybko doprowadzili do bankructwa. Przywołuje lęki rodziców chorych dzieci oraz wyznania tych, którzy nie jedli, bo nie mieli za co. Zestawia ze sobą rosnące ceny i malejące wypłaty. Czasami rejestruje też z góry skazaną na niepowodzenie walkę o firmę. Jest w tym wszystkim świadomość, że nie da się bez takiego – niezamierzonego przecież – poświęcenia przeprowadzić niezbędnych reform, ale też i pewność, że żadne podpowiedzi czy działania edukacyjne nie mogłyby uchronić ludzi przed widmem bezrobocia lub pogorszenia jakości życia. A przecież w tym życiu pojawiają się punkty wspólne i z dzisiejszymi doświadczeniami, sama autorka buduje całkiem rozłożystą opowieść o codzienności odwzorowywanej z łamów „Przyjaciółki” (jeszcze zanim stała się zwykłym pismem rozrywkowym dla pań) – to nie egzotyczny świat, to rzeczywistość, którą jeszcze całkiem spora część społeczeństwa pamięta z własnego życiorysu. „Ostatni gasi światło” to książka napisana z fragmentów, krótkich, wręcz hasłowych spostrzeżeń i migawek – tylko tak da się przeskakiwać między tematami, z których każdy to zestaw dramatów jednostek – tylko tak da się stworzyć obraz, który przypomina, a niekoniecznie kształtuje świadomość transformacji. To książka, która tylko zahacza o pojedyncze historie – zawsze wyjątkowe, chociaż niemal identyczne bez względu na miejsce pracy czy przeżycia i poglądy. Marta Madejska znalazła swój język do opisywania transformacji. I jest to język niezwykły.

środa, 14 stycznia 2026

Agnieszka Krawczyk: Znaki naszego losu

Filia, Poznań 2025.

Nad wodą

Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.

Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.

Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.

„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.

wtorek, 13 stycznia 2026

Charles Spencer: Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja

Czarne, Wołowiec 2025.

Dzieciństwo

Ten temat nie jest już tabuizowany, chociaż światło dzienne powinien ujrzeć znacznie wcześniej – żeby uniknąć wielu dramatów za murami elitarnych szkół. Charles Spencer teraz, kiedy już nie wywoła sensacji ani skandalu, mierzy się z własnymi wspomnieniami i odkryciami związanymi ze szkołą z internatem – i piekłem, jakie przeżywali mali chłopcy oderwani od swoich rodzin i pozbawieni podstawowej ochrony przed nadużywającymi swojej władzy dorosłymi. „Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja” to zwierzenie i próba ukołysania w sobie skrzywdzonego dziecka, a jednocześnie szokujący (wciąż) reportaż o tym, co przeżywały dzieci, które miały po prostu zdobywać wiedzę i maniery. Charles Spencer zajmuje się przede wszystkim wykroczeniami i krzywdami – rozbija je na tematyczne rozdziały, zaczynając od flagowego już zagadnienia chłosty. Pokazuje, jak można było zapracować na lanie i jak wyglądały wymierzane kary, ale poza odczuciami i reakcjami dzieci (także tych, które po pół wieku wciąż mają na ciele ślady tamtych doświadczeń) przedstawia też perwersyjną przyjemność oprawców. Zależy mu na tym, żeby uświadomić odbiorcom, że chłopcy nie mieli szans na pomoc: nikt nie uwierzyłby im w rewelacje przynoszone ze szkoły, a wśród nauczycieli i wychowawców nie znalazł się żaden zasługujący na zaufanie pedagog. Po karach cielesnych przychodzi czas na opowieści o innych rodzajach znęcania się nad najmłodszymi – to zmuszanie do jedzenia aż do wymiotów, wyśmiewanie wyglądu, a także… nadużycia o charakterze seksualnym. Autor, chociaż nie musi, dzięki układowi tematycznemu może stopniować napięcie. To wszystko, na co dzisiaj wyjątkowo wyczula się społeczeństwo, za murami elitarnej z pozoru szkoły zamieniało się w maltretowanie najmłodszych. Co ważne – Charles Spencer prawie wcale nie zajmuje się relacjami między kolejnymi rocznikami, a przecież sam na początku zostaje przez dyrektorkę oddany pod „opiekę” starszemu prześladowcy i bez wątpienia mógłby dodać wiele na ten temat. Bardziej zależy mu na ocenieniu nauczycieli i opiekunów.

W tej opowieści nie ma miejsca na świat zewnętrzny: nawet jeśli za murami toczy się normalne życie, chłopcy nie mają szans go zaznać, nie dowiedzą się, jak wygląda normalność. Z perspektywy czasu dopiero mogą ocenić ogrom krzywd i komplikacji, które naznaczyły ich egzystencję. I w tym wypadku wcale nie ma znaczenia nazwisko autora – brat księżnej Diany przeżywa to samo, co pozostałe dzieci. Autor tłumaczy, dlaczego posyłanie kilkulatków do szkoły z internatem nie ma racji bytu – ale po opisywanych przez niego przeżyciach i tak stanie się to jasne. Dzięki tak trudnej opowieści – wzbogaconej jeszcze przez komentarze kolegów spotykanych po latach – może przeanalizować własną przeszłość i rozprawić się z demonami. Nie jest to łatwa lektura, ale czytelnicy mogą być na nią przygotowani ze względu na świadomość społeczną i zmiany w mentalności – wyjątkowo wrażliwi na krzywdę dzieci będą tu jednak mieli sporo trudności w śledzeniu historii. Spencer proponuje narrację bardzo staranną, niezależnie od treści dba o zrytmizowane frazy i szczegółowość w opisach. I poza relacjonowaniem rzeczywistości dodaje - co może zrobić z perspektywy czasu - także uwagi na temat znaczenia kolejnych przeżyć na późniejsze życie.

poniedziałek, 12 stycznia 2026

Katarzyna Stoparczyk: Tym. Człowiek szczery na trzy litery

Otwarte, Kraków 2025.

Za uśmiechem

O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.

Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.

Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.

niedziela, 11 stycznia 2026

Beata i Paweł Pomykalscy: Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku

Bezdroża, Helion, Gliwice 2026.

Poznawanie

Żeby zrozumieć, trzeba najpierw poznać. Dowiedzieć się czegoś o tym, co obce, może odstraszające innością albo niezwykłe z ogólnej perspektywy. I z tego – banalnego przecież – założenia wychodzą Beata i Paweł Pomykalscy, tworząc książkę „Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku”. Świadomi są ograniczeń terytorialno-nomenklaturowych, ale nie jest ich celem pakowanie się w lokalne animozje, raczej – przedstawienie obrazu śląskiej codzienności tak, żeby zrozumieli ją ludzie z innych części kraju. O co chodzi z tym Śląskiem – próbują wytłumaczyć, ale też sami zrozumieć. W tym celu posiłkują się opowieściami swoich dziadków oraz znajomych, którzy chcą podzielić się wspomnieniami, zbierają ciekawostki, fakty i kulturowe obrazy. Zbierają pospiesznie i pobieżnie – na pogłębianie wiedzy przyjdzie jeszcze czas, na razie trzeba uchwycić istotę, zaprosić ludzi do poznawania tajemniczego. „Po szychcie” to opowieść o tym, jak kopalnia wyznacza życie małych społeczności. Autorzy nie tylko przyglądają się pracy pod ziemią (i analizują sytuacje, które mogą doprowadzić do wypadków, nawet przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa, odwołują się przy tym do przeszłości, żeby zestawiać pracę dawniej i obecnie), ale też informują odbiorców, jak kształtuje ona egzystencję całych rodzin. Bo przecież górnictwo to nie tylko orkiestry budzące osiedla czwartego grudnia (kiedyś normalność, dzisiaj coraz częściej po prostu atrakcja turystyczna) – ale też zestaw zachowań, przyzwyczajeń i trosk. Problem w tym, że większość kraju postrzega ten zawód jako roszczeniowy i niezasługujący na dodatkowe przywileje (społeczna zazdrość zaczęła się w czasach PRL-u i jej źródła Pomykalscy wychwytują) – w tej książce można znaleźć próbę odpowiedzi na pytanie, jaka jest cena udogodnień.

Opowiadają Pomykalscy o tym, jak tworzyło się środowisko przemysłowe na Górnym Śląsku i co zostało z niego dzisiaj. Jak werbowano ludzi do pracy i jaki pomysł na siebie znalazły lokalne zakłady, kiedy nadszedł czas masowego zamykania kopalń i hut. Rozmawiają z ludźmi, którzy stymulują kulturę i życie społeczne w regionie, ale – bardzo wybiórczo. Tak samo zresztą robią, kiedy oprowadzają po atrakcjach Górnego Śląska – wymieniają zaledwie kilka miejsc i kilka miast zasługujących na uwagę, pospiesznie, bez poszerzania analiz i wprowadzania do świadomości czytelników czegoś więcej. Na więcej przyjdzie czas – najpierw trzeba Śląskiem zaintrygować, zachęcić do jego odkrywania i nie przestraszyć (albo – zlikwidować barierę strachu). Co ważne, autorzy nie walczą tu o miłość czytelników. Starają się postawić na obiektywne obrazki, czasem wręcz surowe, z rzadka odwołują się do konkretnych ludzi i ich marzeń – o wiele bardziej inspirujące są dla nich pejzaże i przemiany kulturowe będące następstwem odnalezienia się w industrialnym regionie. Odchodzą od typowych narracji, ale nie od typowych scenek – wyrastają na stereotypach, których wcale nie trzeba obalać czy weryfikować, wystarczy zarejestrować ich istnienie, żeby uzyskać przekonujące oblicze Górnego Śląska. To zdecydowanie opowieść dla ludzi z zewnątrz, ci, którzy Górny Śląsk odkrywają codziennie, nie znajdą tu nic nowego dla siebie. Ale mogą przynajmniej sprawdzić, jak funkcjonuje ta przestrzeń w ludziach zdystansowanych od sentymentów i przyzwyczajeń.

sobota, 10 stycznia 2026

Krystyna Mirek: Do trzech razy miłość

Harde, Warszawa 2025.

Pokolenia

Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?

Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.

piątek, 9 stycznia 2026

Olga Rudnicka: Jedną nogą w grobie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2025.

Zapłata

To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.

Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.

„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.

czwartek, 8 stycznia 2026

Iwona Banach: Instytut

Dragon, Bielsko-Biała 2025.

Głosy

To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.

Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.

Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.

środa, 7 stycznia 2026

Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy

Znak, Kraków 2025.

Rozpacz

Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.

Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.

I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.

Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.

wtorek, 6 stycznia 2026

Marcel Woźniak: Pospieszalscy. Rodzina

Marginesy, Warszawa 2025.

Dźwięki

Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.

„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.

Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Mirosława Łomnicka: Domowe biblioteki. Reportaże o prywatnych księgozbiorach. Tom 2

Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2026.

Na półkach

To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.

Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.

Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.

niedziela, 4 stycznia 2026

Laura Knowles: Tajemnice świata. Wszystko, co dziwne i niewyjaśnione na naszej planecie

Kropka, Warszawa 2025.

Niespodzianki

Laura Knowles tworzy picture booka edukacyjnego dla dzieci i młodzieży – ale podchodzi do tego zadania bardzo nietypowo, bo przedstawia w nim przede wszystkim to, co nie do końca zbadane, wyjaśnione czy pewne. „Tajemnice świata” to okazja do odkrywania niespodzianek i zagadek w różnych miejscach na Ziemi. Część z nich już przebrzmiała, część dalej funkcjonuje i zapładnia wyobraźnię zbiorową – trudno się dziwić – wtedy, kiedy brakuje naukowych uzasadnień i komentarzy (albo kiedy są zbyt zawiłe, żeby je przyjąć), w grę zaczyna wchodzić naturalna ludzka skłonność do opowiadania historii. I to owocuje zestawem fantastycznych opowieści. Z jednej strony pojawiają się tu kwestie z dalekiej przeszłości – te od wieków funkcjonujące w przestrzeni publicznej i wykraczające poza lokalne zwyczaje – do takich przypadków zaliczyć można potwora z Loch Ness albo Yeti. O tych stworzeniach każdy słyszał. Z drugiej strony znalazło się miejsce dla znacznie bardziej futurystycznych wizji – jak spotkania z UFO, a także tajemnicze światła z dala od osad ludzkich. Wiele zagadek już zyskało swoje wytłumaczenie, ale bardzo dużo z nich wciąż jeszcze czeka na odkrywcę – i być może to zaintryguje odbiorców tomiku i nakłoni ich do samodzielnego rozwiązywania zagadki. Oczywiście nie ma tu mowy o szerzeniu plotek czy o straszeniu młodych czytelników – chociaż niektóre owoce wyobraźni zbiorowej faktycznie wypadają jak z horrorów – liczą się konkrety połączone z zaskoczeniami nie tylko dla najmłodszych.

Całość utrzymana jest w formie picture booka edukacyjnego – co oznacza, że większą część rozkładówek zajmują obrazki – także „artystyczne wizje” proponowanych przez autorkę tajemnic – to po to, żeby uzmysłowić czytelnikom, o jakich zjawiskach mowa i jak można je postrzegać, a także po to, żeby zapadły im w pamięć i żeby mogli łączyć je z dostępnymi produktami kulturowymi. Ma to spore znaczenie również w przypadku nieoczywistych zagadek – łatwiej je kojarzyć dzięki wizualizacjom. Do obrazków dołączone są podpisy – krótkie, jednoakapitowe komentarze. Kilka takich zestawów: grafika plus komentarz – to wystarczy, żeby wprowadzić w wiedzę odbiorców zestaw kulturowych zdobyczy. Laura Knowles na tym nie poprzestaje: jeśli coś już szczęśliwie udało się rozwiązać, to w ostatnim zestawie uzupełnia wiedzę młodych odbiorców – przedstawia wyjaśnienie tajemnicy i rozwiewa wątpliwości. Zachęca czytelników do zaangażowania się w śledztwa i do samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na prezentowane wyzwania – być może to właśnie oni doprowadzą do znalezienia kolejnych rozwiązań.

Podróż po świecie oznacza różnorodność tematyczną i ciągłe zaskoczenia dla czytelników, nie wiadomo nigdy, gdzie skończy się śledztwo i czy uda się je zamknąć. Odbiorcy będą wyłapywać powiązania między kolejnymi pomysłami i zastanawiać się nad wpływami międzykulturowymi. Do tego – przekonywać się, że jeszcze całkiem sporo czeka na odkrycie. Laura Knowles proponuje kompletnie inny – odwrócony – sposób na poznawanie Ziemi – od strony tego, co jeszcze niepoznane.

sobota, 3 stycznia 2026

E. Lockhart: Rozpadliśmy się

Poradnia K, Warszawa 2025.

Odkrywanie siebie

Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.

„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.

E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.

piątek, 2 stycznia 2026

Katy Hessel: Sztuka twórczego życia. 366 inspiracji od artystek i artystów, by żyć kreatywnie każdego dnia

Marginesy, Warszawa 2025.

Obcowanie ze sztuką

Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.

Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.

Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.

czwartek, 1 stycznia 2026

Feluś i Gucio grają w pary

Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.

Skojarzenia

Niewielkie pudełko z zestawem kart – to kolejna przygoda pozwalająca dzieciom na rozwijanie i trenowanie umiejętności, spostrzegawczości, skojarzeń i mówienia, w zależności od tego, jakie rozwiązanie wybiorą inicjatorzy gry, czyli rodzice albo animatorzy. „Feluś i Gucio grają w pary” to propozycja dla dzieci powyżej trzeciego roku życia – i umożliwiająca zróżnicowane rodzaje rozrywek. Mamy tu talię złożoną z 48 kart. Na ośmiu są kolory i kategorie, cała reszta to podwójne przedmioty (duży i mały), więc 80 rzeczy, które można wykorzystać do zabawy. I jak to przeważnie bywa w propozycjach growych Naszej Księgarni, można posłużyć się podpowiedzią (z dopasowaniem stopnia trudności do wieku odbiorców), albo wykorzystywać karty do tworzenia własnych reguł. Dzieci mają dopasowywać przedmioty na kartach (duży do małego, pod względem kolorów albo tematów) – w jaki sposób będzie się dobierać karty, to już zależy od samych graczy. Gra dopuszcza do sześciu uczestników, więc można zagospodarować czas całkiem sporej grupce maluchów.

W zależności od tego, co chce się ćwiczyć, można się koncentrować na zapamiętywaniu motywów, na dopasowywaniu i kojarzeniu par, na ćwiczeniu kolorów, na uczeniu się nazw, na treningu logicznego myślenia. Może zatem gra rozwijać słownictwo i spostrzegawczość, pozwoli testować refleks i umiejętności społeczne – bo przecież już samo uczestnictwo w grze nie pozostanie bez znaczenia dla najmłodszych. Dzieci skuszą się być może na formę gry – zabawa kartami to coś, co wypada dorośle, więc przypadnie do gustu maluchom. Podobnie jak obecność w tych motywach bohaterów z lubianej serii – Feluś i Gucio to postacie, które zachęcają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Co ciekawe, twórcy gry podpowiadają też, że karty kolorów nadają się do rozszerzenia zabawy poza świat gry – można wskazywać przedmioty z najbliższego otoczenia i dopasowywać je do karty, którą właśnie się wylosowało. Możliwości jest znacznie więcej niż te wskazane w broszurce z instrukcją, liczy się tu kreatywność odbiorców – którzy dostaną do ręki zestaw pomocy „naukowych”. Co ciekawe, na kartach są kolorystyczne podpowiedzi (w postaci barw i ramek), więc co bardziej spostrzegawcze i sprytne maluchy mogą ułatwić sobie zadanie, korzystając z tych wskazówek – to również będzie sygnał ich możliwości intelektualnych. Ta gra jest urozmaiceniem rozrywek i zapewnieniem dzieciom wyzwania, może się spodobać odbiorcom, którzy cenią sobie proste i przejrzyste zasady. Tutaj da się bawić na różne sposoby, a każda zabawa będzie prowadzić do rozwijania umiejętności dziecka – więc dorośli docenią taki sposób zajmowania kilkulatków. Talię kart na końcu zamyka się w zgrabnym i estetycznym pudełku, nie ma więc obaw, że coś się zgubi.