* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 6 marca 2014

Holly Webb: Czekoladowy piesek

Znak, Kraków 2014.

Siostry

Holly Webb, autorka serii pop dla najmłodszych, sprytnie wykorzystuje mody literackie, by trafiać do przekonania odbiorcom. W Przyjaciołach, cyklu minipowieści dla kilkulatków, przywołuje domowe zwierzęta po raz kolejny – teraz potrzebne jej są do uzupełnienia doświadczeń maluchów. Sugestia, że bajka dotyczy sympatycznego czworonoga, staje się wystarczającym wabikiem. Raz wciągnięte w lekturę dzieci trafią natomiast do świata, w którym ważne są ich własne zmartwienia. Z tego też powodu tomik znakomicie nadaje się jako lektura dla trochę starszych dzieci - i one znajdą w serii ważne dla siebie tematy.

„Czekoladowy piesek” jest domowym pupilem dwóch sióstr. Amy i Lara niedługo będą miały rodzeństwo i muszą nauczyć się panować nad zazdrością. Pojawienie się w rodzinie kolejnego dziecka oznacza wielkie zmiany – Amy jeszcze pamięta, jak czuła się, gdy przyszła na świat Lara – i wie, co je czeka. Ale najpierw obie siostry muszą rozwiązać znacznie ważniejszy problem: ograniczenie własnych swobód. Rodzice bowiem zdecydowali, że dziewczynki zamieszkają w jednym pokoju. Dla Amy nawet tydzień to wielkie wyzwanie, o czym przekonuje się podczas wakacji. Nagle zgodne dotychczas siostry zaczynają się kłócić i każda mówi rzeczy, których potem się wstydzi. Wreszcie znajdują rozwiązanie, a Amy dodatkowo pomaga Larze oswoić stres i zapobiec przykrym wspomnieniom: narodziny dziecka zbiegają się w czasie z przyjęciem urodzinowym, o którym mała bohaterka marzyła.

Jest w tym wszystkim czekoladowy piesek, Czoko – towarzyszy on siostrom w trudnych chwilach, rozśmiesza i pomaga. A jednak to dalszoplanowy bohater, bo nie jego bezpośrednio dotyczą rozterki dziewczynek. Czoko ma za zadanie odwracać uwagę czytelników od niekorzystnego dla bohaterek rozwiązania. Pełni zresztą taką samą funkcję jak wyjazdy na wakacje i obóz harcerski – oznacza przygody nie wszystkim dostępne, ale zawsze obiecujące i ciekawe. Czoko łagodzi wymowę książki i przypomina, że zawsze jest jakiś powód do radości – tego siostrom bardzo potrzeba.

A „Czekoladowy piesek” dotyczy też umiejętności dzielenia się. Amy i Lara muszą wypracować zasady wspólnego mieszkania i nauczyć się współpracy. Każda ma swoje przyzwyczajenia i potrzeby, które dla drugiej strony mogą okazać się irytujące. Ale Amy na obozie przekonuje się, że mieszkanie z siostrą nie musi być przykre: czasem bywa zabawnie i miło. Holly Webb przemyca w tomiku sporo rodzicielskich uwag, w żaden sposób nie pozwala myśleć, że może to dzieci mają rację: tyle że tego podstępu odbiorcy nie wykryją.

Holly Webb uczy, jak podejść do trudnej dla wszystkich sytuacji, a stawia na życiowy motyw. Jednak nie proponuje maluchom bajki psychologicznej a barwną opowieść o żywej akcji. Dzieje się tu sporo, a Webb wciąż zmienia miejsca i sytuacje – nie wałkuje jednej kwestii przez całą książkę, za to pozwala z różnych scenek wyciągać wnioski. Naświetla dzieciom różne strony problemu, poza tym pokazuje im, jak cenna jest przyjaźń między rodzeństwem. Nie karci i nie ocenia nikogo, wnioski pozostawiając maluchom. Konflikt Amy i Lary to zjawisko znane wielu dzieciom – ale przygody, w jakich dziewczynki uczestniczą, to już lekturowa atrakcja dla kilkulatków. Holly Webb po raz kolejny udowadnia, że poza tworzeniem oryginalnych fabuł dla dzieci, jest w stanie zgrabnie nawiązać i do mód w literaturze czwartej, i do spraw trudnych dla najmłodszych. „Czekoladowy piesek” może być dobrym pretekstem do rozmów z maluchami o rodzeństwie i o konieczności dzielenia się. Z Amy i Larą wyjaśnienia wydadzą się dużo łatwiejsze i powinny przynieść lepszy skutek.

Kod rabatowy od Znaku: http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,landing_tu_czytam

Zofia Stanecka: Basia i upał w zoo

Egmont, Warszawa 2011 (wyd. II).

Spacer po zoo

Basia jest małą dziewczynką. Niczym nie różni się od innych małych dziewczynek, czytelniczek serii. Ma swoje humory i swoje marzenia, zresztą – typowe dla kilkulatków. Wie, jak uzyskać zgodę rodziców na coś, czego bardzo chce, chociaż czasami musi sporo się natrudzić, by dorośli ustąpili. Basia nie wyróżnia się niczym, jest zupełnie zwyczajna. Nie przeżywa wielkich przygód, ale jej doświadczenia wystarczają do wzbudzenia ciekawości najmłodszych. Bo to, co Basia poznaje, prędzej czy później poznają też jej mali odbiorcy. Zofia Stanecka postarała się przedstawić Basię jak najbardziej typowo. Dziewczynka ma brata, z którym często się kłóci, ma mamę w ciąży i sympatycznego tatę. Bardzo chciałaby też mieć zwierzątko – jak każdy maluch. Ale posiadanie zwierzęcia to zestaw obowiązków i utrudnień, więc mama wyraża sprzeciw. Na szczęście pozostaje jeszcze zoo.

„Basia i upał w zoo” to jedna z książeczek popularnej serii o kilkulatce. Dziewczynka namawia tatę na wycieczkę, która jest atrakcyjna dla wszystkich maluchów. Do zwiedzania zoo dochodzą jeszcze inne przyjemności. Ale Basia najbardziej lubi oglądać zwierzęta – chodzi więc z tatą od wybiegu do wybiegu, pozdrawiając kolejnych mieszkańców ogrodu zoologicznego. W ten sposób Stanecka zapewnia też odbiorcom elementy edukacyjne i rozrywkowe w jednej historii – dzieci poznają różne gatunki zwierząt i niemal na równi z Basią cieszyć się będą miłą wyprawą. Nie wszystkie zwierzęta w trakcie upalnego dnia są skore do zabawy, co z kolei wywołuje gniew dziewczynki. A jednak wizyta w zoo będzie miała dla Basi ważne skutki.

Zofia Stanecka próbuje książeczkę o wymowie edukacyjnej rozbudować o atrakcyjne dla odbiorców wydarzenia. Zamierza powiązać ich emocjonalnie z bohaterką i zachęcić do przeżywania uczuć Basi. W tym celu stosuje nieprzewidziane rozwiązania i zmiany w „zwykłych” obrazkach, umożliwia też swojej bohaterce zdradzanie się z różnymi przeżyciami. „Basia i upał w zoo” to z jednej strony podpowiedzi, jak uzyskać zgodę rodziców na posiadanie zwierzątka, a z drugiej – cały przegląd uczuć. Basia bywa rozczarowana i zła, bywa zbuntowana i obrażona, ale bywa też szczęśliwa i pełna zachwytu. Każdy stan emocjonalny odpowiednio wyraża i szuka dla niego dodatkowych wyjaśnień – kiedy na przykład jest zdenerwowana z powodu ukrywających się przed upałem zwierząt, stara się też zrozumieć ich los i pomyśleć, jak sama czułaby się podczas upału zamknięta w klatce (i jeszcze pokryta futrem). Tego rodzaju zabiegi mogą ułatwić maluchom pracę nad sobą, a w szczególności panowanie nad emocjami. Zresztą same emocje są w tomie zaznaczane innym krojem, kolorem i składem czcionki, więc łatwiej będzie je akcentować podczas lektury.

Marianna Oklejak tworzy sylwetkę Basi z różowych konturów i prostych kształtów. Stawia na rysunki bajkowe, upraszczane na potrzeby historyjki – chociaż dzięki wizycie bohaterki w zoo, może pobawić się pomysłami na oddawanie różnych faktur. Dzieciom spodoba się w tej książeczce i obecność rozmaitych zwierząt, i dowcip ilustracji, i brak rozpraszających detali. „Basia i upał w zoo” to dla najmłodszych okazja do lekturowego, niemal świątecznego spaceru – i ciekawych doświadczeń. Mała bohaterka trafi im do przekonania, bo sama jest jak najbardziej prawdziwym dzieckiem, pełnym wad i zawiedzionych oczekiwań, nieidealnym, więc i budzącym zaufanie.

środa, 5 marca 2014

Barbara Rose Brooker: Singielka/seniorka (niepotrzebne skreślić)

WNK, Warszawa 2014.

Miłość po sześćdziesiątce

W powieściach obyczajowych przeważnie młode kobiety mają prawo do miłości, szczęścia i budowania nowych związków, jeśli w starych się nie układa. Jeżeli nowe życie zaczyna czterdziestoparolatka, to już najczęściej ekstrawagancja grożąca wypadnięciem z mainstreamu. Barbara Rose Brooker decyduje się więc wydać wojnę stereotypom i w książce „Singielka/seniorka (niepotrzebne skreślić)” przedstawia miłosne podboje bohaterki po sześćdziesiątce.

Anny to felietonistka, której samotna egzystencja nie przypadła do gustu. Kobieta zamierza poszukać idealnego partnera w internecie. Trafia na faceta doskonałego – kulturalnego, obytego, przystojnego, bogatego i świetnego w łóżku: ale na tym cudzie zaczyna szybko zauważać rysy. Marv jest tajemniczy i najwyraźniej coś przed Anny ukrywa. Spotkania z nim są jednak inspirujące – Anny tworzy postać Pana X, którego czyni bohaterem felietonów o życiu uczuciowym i erotycznym kobiet po sześćdziesiątce. Pan X prezentuje zalety i wady Marva, a chociaż spotyka się ze sporym odzewem ze strony czytelników, nie pomaga w rozwiązywaniu doraźnych problemów. Anny z goryczą ocenia kolejnych starszych mężczyzn, wydobywa na światło dzienne ich słabostki, a czasem bezlitośnie wyśmiewa. W końcu walczy o swoje prawo do szczęścia.

Brooker postawiła na odwrócony schemat. Jej Anny jest pewna siebie, seksowna i pozbawiona kompleksów związanych ze starzeniem się. Jako narratorka bardzo dużo uwagi poświęca opisom strojów i zmysłowemu odbieraniu świata: to literatura mocno kobieca, ale też mocno nakierowana na powiązane ze zmysłami bodźce. Anny nie chce przecież przeżywać przygód intelektualnych, nie szuka też przyjaźni – bo to zapewnia jej Ryan. Kobieta po sześćdziesiątce dla lepszego samopoczucia potrzebuje kochanka. Mężczyźni w tym wieku nie bywają jednak skorzy do miłosnych podbojów.

Anny ma walczyć ze stereotypami i zachęcić odbiorczynie do walki o swoje pragnienia. Nie tylko przystępuje do działania zamiast zdać się na los – upublicznia jeszcze swoje doświadczenia i wystawia się na surowe oceny innych. Wśród oponentów ma anonimowych czytelników, ale i własną rodzinę. Brooker jednak nie dopuszcza do zwątpienia. Anny umie śmiać się z porażek i nie dotykają jej niepowodzenia. Udowadnia czytelniczkom, że każda może zawalczyć o miłość i o cielesne przyjemności – nawet jeśli taka walka wymagać będzie wyrzeczeń lub odporności na klęski. Zresztą Brooker podporządkowuje powieściową historię jednemu pragnieniu. Anny mniej koncentruje się na swojej pracy (którą może stracić w wyniku chwiejności rynku), córce czy codzienności. Zajmują ją spotkania z Marvem, a pomiędzy nimi – próby odpowiedzi na pytanie, czy singielka po sześćdziesiątce może znaleźć sensownego partnera. To przeniesienie prób poszukiwania księcia z bajki na niebajkowe realia, a dla autorki i chęć przywrócenia pełnych wigoru pań „w pewnym wieku” do świata popkultury.

Singielka/seniorka pragnąca szczęścia w miłości nie jest własną karykaturą – przejmuje tylko postawy zarezerwowane dotąd dla młodych wyzwolonych kobiet. Przypomina, że o uczucie traktowane bezpruderyjnie zawalczyć można w każdym wieku, potrzeba tylko determinacji i cierpliwości, dystansu do siebie i zdrowego rozsądku. Dla Brooker seks po sześćdziesiątce nie jest tematem tabu – a sama książka nie wpisuje się w jasno określone schematy i obyczajówkowe scenariusze. Nie można tu mówić o wielkim przełomie – ale o literackiej ciekawostce jak najbardziej.

wtorek, 4 marca 2014

John Boyne: Spóźnione wyznania

Znak, Kraków 2014.

Sekret z wojny

Trudno podczas lektury „Spóźnionych wyznań” Boyne’a nie myśleć o „Paragrafie 22”, przygodach Szwejka, o M.A.S.H. i o tych wszystkich produkcjach, w których absurd wojny wysuwa się na pierwszy plan i budzi sprzeciw samych walczących. John Boyne jest świadomy bezsensowności rozkazów i działania wojennej machiny. Zna ironię płynącą ze strony myślących samodzielnie żołnierzy, przymuszanych do skrywania własnych przekonań. I dlatego nie może już sięgać po łagodzący śmiech. Odziera z pozornej beztroski świat młodych chłopców, wysyłanych na front podczas pierwszej wojny światowej i pokazuje, jak wojna zmienia ich losy. Ale taki opis brzmi banalnie, a „Spóźnione wyznania” banalne nie są.

Boyne zanurza się w przeszłość. Jego bohater, Tristan Sadler, w 1979 roku podejmuje ostatnią decyzję związaną z zajściami podczas wojny. Wyjawia najbardziej mroczny sekret i sprawia, że dokonanie jednoznacznej oceny jego egzystencji okazuje się niemożliwe. W drugiej dekadzie X wieku fałszuje swoją datę urodzenia, by mimo niepełnoletniości dostać się do wojska. Na szkoleniu poznaje kilku towarzyszy broni, których ideały na zawsze go zmienią. Wolf to urodzony buntownik, nie zamierza poddać się wojskowemu rygorowi i robi wszystko, by armia z niego zrezygnowała. Will to obserwator o nienaruszalnym kodeksie wartości. Przy nich Tristan wypada blado i niezdecydowanie – on dopiero zostanie ukształtowany przez wydarzenia na froncie. Po wojnie Tristan wyrusza do siostry przyjaciela, by oddać jej paczkę listów i przekazać wspomnienia o Willu. Ale konfrontacja z panną Bancroft rzuca nowe światło na przeszłość. Tristan zdradza coraz więcej sekretów – aż w końcu dochodzi do tych, które zna już tylko on – i które zmienią jego wizerunek.

Są „Spóźnione wyznania” przede wszystkim powieścią dobrze wyważoną. Styl zbliża się do wielkich narracji z XIX wieku, a stałe wrażenie szlachetnej patyny przeszłości zapewnia podróż w czasie. Jednak autor bardzo starannie portretuje bohaterów i ich przeżycia. Nie unika naturalizmu, lecz potrafi też zaakcentować ulotne uczucia. Rezygnuje z drwin – te nie są mu potrzebne, bo materia powieści należy do niezwykle delikatnych. Chociaż tłem wydarzeń staje się frontowa codzienność, Boyne skupia się na uczuciach – całą książkę rozwija w oparciu o nie, nic innego się tu nie liczy. Autor daleki jest od schematów, potrafi subtelnie i sugestywnie zarysować relacje między postaciami, a to sprawia, że więzi czytelników w historii, której nie da się opuścić przed czasem. Idealnie operuje prawdami i półprawdami, nie wdaje się w szczegóły psychologiczne w warstwie narracyjnej, a mimo to daje się wyczuć solidna konstrukcja charakterologiczna postaci. W „Spóźnionych wyznaniach” gra potęga dobrze opowiedzianej tajemnicy – sposób budowania powieściowych napięć wyklucza obojętność. Autor nieraz postawi czytelników przed ocenami niejednoznacznymi i wymagającymi sporego zaangażowania w lekturę.

„Spóźnione wyznania” łączą klasyczny kształt powieści z aktualnymi tematami. To książka wzniesiona na dylematach moralnych i niemożliwych do rozstrzygnięcia wątpliwościach. Boyne podbija serca czytelników rezygnacją z konwencji – daje im szansę przeżywania wyborów bohatera i odważa się stosować niepopularne rozwiązania. Chociaż większość silnych wrażeń w fabule należy do przeszłości, „Spóźnione wyznania” nie dają ani chwili wytchnienia – i na długo po lekturze zostają w myślach odbiorców. To jedna z powieści dla wymagających – i nie rozczaruje.

poniedziałek, 3 marca 2014

A. A. Milne: Kiedy byliśmy bardzo młodzi

Egmont, Warszawa 2013 (wyd. II)

Rzeczywista fantazja

Autor „Kubusia Puchatka” prezentował w tekstach dla dzieci specyficzną wrażliwość i wyczulenie na troski i refleksje maluchów – obecnie podobny styl wyobraźni cechuje na przykład Ulfa Starka. Dla tych, którzy nie chcieliby rozstawać się z małym Krzysiem, dobrą propozycją będzie zbiorek „Kiedy byliśmy bardzo młodzi”. Milne zapewnia w nim serię wierszyków opiewających dziecięcą beztroskę i powody do zadumy, zrodzone z fantazji przygody i zderzenia ze zwyczajnym światem. Różni są tu narratorzy i bohaterowie, różne tematy, cele, a nawet odbiorcy-adresaci. Jedno dla utworów jest wspólne: Milne zdaje sobie sprawę z wyglądu rzeczywistości w oczach dzieci. Zabarwia codzienność wyobraźnią i nie pozwala nawet na krok odejść marzeniom. Tak powstają utwory doskonale odzwierciedlające psychikę maluchów, celne i przekonujące.

Wierszyki z tomu „Kiedy byliśmy bardzo młodzi” to bajki-niebajki. Dzisiejszym maluchom wydadzą się raczej egzotyczne raz przez oddalenie kulturowe, a dwa – czasowe. Tu dziecięcy bohaterowie potrafią czerpać radość z zupełnie zwyczajnych wydarzeń: uśmiech wywoła u nich strój przeciwdeszczowy (bo jest obietnicą spaceru mimo brzydkiej pogody), spotkanie królików i… skoki z płytki na płytkę na chodniku (bo tych, którzy nadepną na szczelinki, rozgryzą czające się w kątach niedźwiedzie). Krzesła zamieniają się w obce krainy i nieznane lądy, a szczęście zapewniają wyprawy w nieznane i marzenia o podróżach. Milne dobrze zna zwyczaje dzieci, wie, że nie zawsze chcą być grzeczne (nawet gdy doskonale wiedzą, jak należy się zachować) – ale najważniejsze, że pozwala im na odejście od zasad dobrego wychowania. Wychwala za to podskoki, zabawy i dziecięcą radość. Wiersze, które wyrosły z obserwowania najmłodszych, uzupełnia o utwory związane – na przykład – z prawami przyrody. Do tego dodaje bajki pełne absurdu. W tych ostatnich królowie i zwierzęta wkraczają w świat wyobraźni maluchów bez przeszkód – i pozwalają na odkrywanie zupełnie nowych przygód. Milne raz jest w nich rejestratorem życia, raz fantastą – te zmiany spodobają się najmłodszym także dzisiaj.

Utwory przetłumaczył Michał Rusinek, autor, który dał się już poznać jako dość wprawny rymopisarz. Ciekawe będą jego zabawy z formą i eksperymenty powtarzane z poezji angielskiej (choćby rymy łamane, które do literatury czwartej rzadko mają wstęp). Rusinek nie rezygnuje z rymów gramatycznych, ale przede wszystkim stara się wiernie oddać znaczenia zawarte w wierszach – dobrze czuje się zwłaszcza w klimatach absurdu, a popisy formalne w tomiku należy uznać za udane.

Wreszcie o warstwę ilustracyjną nie trzeba się martwić. Ernest H. Shepard to klasa sama w sobie, do dziś maluchy będą się cieszyć klasycznymi rysunkami, które przypominają te z „Kubusia Puchatka”, więc i budzą dobre skojarzenia. Bajek i rysunków zmieściło się w tomie całkiem sporo – trochę kosztem wielkości czcionki: dziadkom może być czasem trudno czytać te wiersze wnukom. Jednak bardzo cieszy fakt, że tomik został nasycony rymowanymi bajkami – dostarczy najmłodszym wiele rozrywki i lekturowych wrażeń, a przy okazji uzmysłowi dorosłym, jak istotny jest świat wyobraźni w kształtowaniu otoczenia malucha. „Kiedy byliśmy bardzo młodzi” to międzypokoleniowy pomost, szansa na ocalenie tego, co uniwersalne i trwałe w portrecie dziecka. To także zbiór opowiastek pobudzających wyobraźnię i satysfakcjonujących odbiorców.

niedziela, 2 marca 2014

Stephanie Evanovich: Miłość w rozmiarze XXL

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Nadzieje Kopciuszka

Z dwóch charakterystycznych nurtów sklejona została powieść Stephanie Evanovich „Miłość w rozmiarze XXL” – ale ponieważ to typowa krzepiąca obyczajówka, która ma dodawać otuchy niedoskonałym (czyli wszystkim) czytelniczkom, wiele jej można wybaczyć. Pierwszy nurt to ziszczony sen Kopciuszka: nieatrakcyjna i zakompleksiona bohaterka, Holly, postać ze sporą nadwagą i samotna po śmierci męża kobieta wpada na niewiarygodnie przystojnego trenera osobistego, ojca sukcesu wielu sław. Logan spotyka się z supermodelkami i obraca w sferach niedostępnych Holly – a jednak proponuje kobiecie sesje treningowe, które mają jej pomóc w poprawieniu kondycji. To nieuchronnie zmierza w kierunku romansu, absurdalnego i mało realnego, jeśli weźmie się pod uwagę zderzenie kontrastowych światów. Ale Evanovich pamięta o prawach optymistycznych obyczajówek i o tęsknocie czytelniczek za prostymi, relaksującymi i niosącymi nadzieję czytadłami. Drugi nurt, jaki autorka włącza do przedstawianej rzeczywistości, wywodzi się z powieści erotycznych. W „Miłości w rozmiarze XXL” co pewien czas powracają sceny gorącego seksu, dla urozmaicenia – z różnych sypialni. Evanovich nie przymyka oczu, jak dawne autorki romansów – dostarcza za to odbiorczyniom wielu intymnych szczegółów. Próbuje nawet wyrwać się ze schematów rozpowszechnianych w literaturze erotycznej i wprowadzić do swojej powieści nieco egzotyki – jeden z drugoplanowych bohaterów uwielbia dawać klapsy swojej żonie – zamiłowanie do spankingu definiuje go na całą książkę.

Tymczasem Holly ma być uosobieniem niedoskonałych odbiorczyń. Na początku wstydzi się swojego ciała, a o kompleksach informuje Logana od razu – w końcu nie ma nic do stracenia w oczach tego, który na co dzień obcuje z pięknymi modelkami. Stephanie Evanovich przyznaje Holly prawo do przyjemności i do realizowania pragnień – praca nad sobą procentuje, chociaż bohaterka nie może dorównać pięknościom. Jej figura nigdy nie będzie idealna, ale Holly ma sporo zalet, które może potraktować jak atut w sztuce uwodzenia. Ma też sporo wad i to już czynnik humorystyczny w powieści – nieodłączny element komedii romantycznych.

„Miłość w rozmiarze XXL” to powieść nastawiona na rozrywkę. Lekkie czytadło przynosi odskocznię od codziennych problemów. Fabuła podporządkowana została typowej konstrukcji i dla nikogo nie będzie zaskoczeniem – za to cieszy przede wszystkim płynna i atrakcyjna narracja. Evanovich lubi ozdabiać kolejne rozdziały delikatnym uśmiechem, dla swojej bohaterki jest serdeczna i wyrozumiała. To wpływa na atmosferę całej historii, sugeruje jej naturalność i przeznaczenie. Tytuł tomu wskazuje dokładnie, czego spodziewać się po tej publikacji. Ważne, że autorka szuka sposobów na urozmaicenie klasycznych już schematów, czerpie z literackich mód, a nie traci przy tym tego, do czego przyzwyczaiły się już odbiorczynie – ciepłej i dodającej otuchy relacji. Evanovich przypomina, że każdy ma prawo do szczęścia – chce to przekonanie zaszczepić swoim odbiorczyniom. Owszem, w połączeniu supersamca i zakompleksionej grubaski jest szalenie naiwna, ale rekompensuje to czytelniczkom zabawnym stylem i wyraźnym sympatyzowaniem z postaciami. Holly żyje w świecie, który można by uznać za bezproblemowy – dostarczy zatem wytchnienia i relaksu. Przy „Miłości w rozmiarze XXL” nie czeka się przecież na nowatorskie rozwiązania i psychologiczne eksperymenty. Ten rodzaj powieści nie znudzi się odbiorczyniom marzącym o ziszczeniu się baniowych rojeń.

sobota, 1 marca 2014

Anita Głowińska: Kicia Kocia w pociągu

Media Rodzina, Poznań 2013.

Pierwsza podróż

Kicia Kocia, mała i urocza kotka stworzona przez Anitę Głowińską, wytrwale poznaje świat i pomaga dzieciom w oswajaniu najbliższego otoczenia. Niewielkie zeszyciki z przygodami tej postaci podbijają serca kilkulatków - i nic dziwnego, bo Kicia Kocia przeżywa przygody proste, dostępne wszystkim maluchom – więc książeczki pisane i ilustrowane przez Anitę Głowińską przydadzą się również rodzicom do wyjaśniania codziennych sytuacji, a i do redukowania lęku. Głowińska stanowi poważną konkurencję dla niemieckich serii edukacyjnych – a nawet wygrywa z nimi, bo nie dość, że pokazuje wydarzenia z życia wzięte, to jeszcze proponuje bohaterkę bajkową – sympatyczne zwierzątko, któremu dzieci zaufają.

„Kicia Kocia w pociągu”, kolejna część doświadczeń miłej kotki, opowiada o ekscytacji związanej z podróżą. Kici Koci towarzyszy tu tata, który doskonale orientuje się we wszystkim, co stanie się podczas podróży. To tata opowiada, czym są bilety z miejscówkami i przedziały, co znajduje się na peronie. Resztę Kicia Kocia może obejrzeć sama: sprawdza zatem, co jest w przedziale, obserwuje współpasażerów i widoki za oknem. Przedstawia konduktora i wagon restauracyjny – czyli daje małym odbiorcom możliwość poznania tego, co czekać ich będzie podczas podróży pociągiem. Przy okazji bohaterka odkrywa różnicę między pociągami i tramwajami i przedstawia ją dzieciom. Kilkulatki znacznie łatwiej przyswoją sobie wiadomości sprawdzone najpierw przez budzącą zaufanie i sympatię bohaterkę. Przeżycia Kici Koci spodobają się maluchom – zwłaszcza tym, które w najbliższej przyszłości czeka podobne doświadczenie i tym, które właśnie coś podobnego przeżyły. „Kicia Kocia w pociągu” ma wymiar edukacyjny – nie zdarzy się tu nic bajkowego ani atrakcyjnego pod kątem fabularnym – zwykła podróż została przełożona na prostą i ciepłą narrację. U Anity Głowińskiej nic nie może pójść źle. Dzieci mają koncentrować się na zdobywaniu wiedzy, a nie zyskiwać nowe powody do stresu.

Tomik pomaga w przygotowaniu maluchów do podróży. Ułatwi rodzicom wyjaśnienia i przyczyni się do zainteresowania kilkulatków samymi pociągami. Fakt, że w taką wyprawę każdy prędzej czy później się uda, sprawia, że publikacja staje się jeszcze bardziej przydatna. Głowińska dobrze wie, co przyda się dzieciom – i dlatego decyduje się na opowieść prostą, łatwą do przyswojenia i pełną ciekawych danych. A przecież autorka nikogo nie zmęczy, bo potrafi przy całym informacyjnym wymiarze zachować narrację zbliżoną jak najbardziej do ciekawego opowiadania.

Ale u Anity Głowińskiej ważne są jeszcze ilustracje. Autorka wprowadza malunki dość naiwne i zabawne. Obrazki wszystkim przypadną do gustu, nie są przesłodzone ani komputerowo wygładzane, nie mogą też znudzić. Przyciągają wzrok, przede wszystkim za sprawą wyraźnych śladów pędzelka. Głowińska wypełnia celowo nierówne kontury niejednolitą warstwą farby: widać tu ruchy pędzla i niejednorodne rozłożenie kolorów – i to może zrobić największe wrażenie na odbiorcach przyzwyczajonych już do ilustracji komputerowych i do trójwymiaru. Anita Głowińska kusi tym, co niemal zapomniane w sztuce ilustrowania: udowadnia, że nieidealne rysunki mogą podobać się bardziej niż obrazki „doskonałe”. Z tej techniki tworzenia korzysta dziś niewielu autorów. Głowińska w ten sposób nie tylko zyskuje oryginalny styl – może też zachęcić dzieci do samodzielnego tworzenia. Plusem książeczki są też kolorowe strony i ilustracje, które stają się momentami ważniejsze i bardziej absorbujące niż sam tekst. „Kicia Kocia w pociągu” to opowiastka prosta z punktu widzenia dorosłych, ale i rodzice nie pozostają obojętni na urok rysunków Głowińskiej. To dzięki ilustracjom edukacyjny tomik nabiera ciepła i przyjemnego charakteru.