Dwie Siostry, Warszawa 2014.
Zachowanie
Jeśli maluchom ciężko jest przyswoić elementarne zasady zachowania w towarzystwie, pomoże im w tym zabawna rymowanka Oli Cieślak „Co wypanda, a co nie wypanda”. Ta kartonowa książeczka wydana przez Dwie Siostry to nic innego jak zbiór podstawowych wskazówek i pouczeń – łatwo wpadających w ucho i zapadających w pamięć za sprawą rytmu i zgrabnych rymów, ale też poruszanych tematów – dzieci zawsze bowiem rozbawiają skojarzenia skatologiczne czy po prostu powiązane z fizjologią – ich obecność w tomiku będzie dodatkowym źródłem radości dla najmłodszych. Rodzice natomiast przestaną mieć kłopot z codziennym powtarzaniem tych samych kwestii i reguł. Wychowaniem maluchów zajmuje się bowiem panda.
Panda pojawiła się tu zupełnie przypadkowo – i tylko po to, by zapewnić oryginalny i pomysłowy tytuł. Powraca w całej książeczce wyłącznie na ilustracjach. W tekście nie ma na nią miejsca – ale to wystarczy, żeby pandę potraktować jako przewodnika po świecie dobrych manier. To panda będzie rozśmieszać dzieci przez dłubanie w nosie, puszczanie bąków, bekanie, cieknący nos czy wypróżnianie się – zawsze na ilustracjach. Każdemu z tych zjawisk towarzyszy jednak odpowiednie zrymowane pouczenie, które za sprawą humoru zapadnie dzieciom w pamięć. Panda już wie, że po skorzystaniu z nocnika należy umyć ręce, nie wolno mlaskać przy jedzeniu ani wycierać nosa w rękaw – złotych rad, bezcennych w procesie wychowywania najmłodszych i uczenia ich grzeczności jest tu całkiem sporo, a że Ola Cieślak nie unika tematów wstydliwych czy uznawanych za niesmaczne – jej książeczka będzie prawdziwą pomocą dla rodziców. Panda jako autorytet rozwieje wszelkie wątpliwości i pozwoli uniknąć dyskusji nad zasadnością pouczeń. Dla najmłodszych to zbiór rad do zapamiętania, bo autorka miejsca na polemiki nie przewiduje.
Każdy dwuwers (z rzadka poszerzany o dodatkowe wyjaśnienie) napisany jest tak, by wpadał w ucho – chociaż niekoniecznie w najprostszy z możliwych sposobów, czasem to rym decyduje o kształcie wskazówki – ale dzięki temu mali odbiorcy zapamiętają je jeszcze lepiej. Ola Cieślak nie posługuje się współbrzmieniami oczywistymi, czasem woli poszukać bardziej oryginalnych nawet za cenę bajkowych inwersji – co zresztą wychodzi tomikowi na dobre. Wprowadza też kilka bardziej skomplikowanych pojęć (savoir-vivre czy bon ton) – dodaje do nich wyjaśnienia i w ten sposób poszerza słownictwo maluchów.
Na zdynamizowanych rysunkach autorka przedstawia mnóstwo pand w sytuacjach z wierszyków. Czasem ilustracje upraszczają treści, czasem wzbogacają je o kolejne szczegóły – dzieci chętnie będą przyglądać się bohaterowi łamiącemu kolejne zasady dobrego wychowania. To przede wszystkim w rysunkach tkwi potencjał komiczny książeczki. Ola Cieślak stosuje proste techniki znane też maluchom – do tworzenia obrazków wykorzystuje farby i kredki. Ciekawym zabiegiem graficznym jest też częste rezygnowanie z tradycyjnego druku na rzecz ozdobnej ręcznie malowanej czcionki w kolejnych zasadach – kolorowe litery o różnych kształtach przyciągają wzrok podobnie jak ilustracje, mają zatem również ozdabiać ciekawy tomik – i wprowadzać elementy oryginalności.
Motywy ważne w procesie wychowywania dzieci Ola Cieślak ożywia dzięki niebanalnemu pomysłowi z pandą – w ten sposób nie tylko oswaja najmłodszych z upomnieniami ze strony dorosłych, ale też bawi odbiorców, dostarcza im radości i budzi ciekawość co do pomysłów niesfornej pandy. Udany bohater z absurdalnego słownego skojarzenia staje się tutaj czynnikiem zwracającym uwagę na nudne przecież pouczenia. Z pandą znacznie łatwiej uczyć się grzeczności.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 13 maja 2014
poniedziałek, 12 maja 2014
Jacek Matecki: Prawda to marny interes
Trio, Warszawa 2014.
Piekło
Labiryntową intrygę proponuje Jacek Matecki czytelnikom kryminału „Prawda to marny interes” – a żeby dostarczyć im również wrażeń estetycznych, przenosi akcję do początku XX wieku, kusząc ciekawym kolorytem lokalnym. Dystans czasowy oraz kulturowy to dwa elementy budujące jednocześnie atmosferę powieści i odwracające uwagę od techniki tworzenia fabuły. Bo Matecki na dobrą sprawę posługuje się uproszczeniem rodem z młodzieżowych powieści detektywistycznych – tyle że szyfrowanie tajemnicy przenosi w świat psychopatycznego nieuchwytnego mordercy. Mroczny klimat maskuje proste rozwiązanie i zapewnia rozrywkę dorosłym spragnionym mocnych wrażeń. Śledczy, jak zwykle, są początkowo bezradni wobec zagadek chorego umysłu – tymczasem w żydowskich rodzinach giną kolejne młode dziewczyny. Zabójca pozostawia czytelne sygnały, podpisy działań, postępuje według pewnego klucza – ale na właściwą interpretację faktów przyjdzie czytelnikom trochę poczekać. Trudno jest przechytrzyć psychopatę – nawet jeśli do akcji włączy się młoda wyznawczyni teorii Freuda…
Matecki wciąż wikła bohaterów w nowe relacje i zależności, próbuje skomplikować im pracę i… zmieniać przekonania. Wprowadza wiele utrudnień i do samego śledztwa, i do osobistych problemów postaci, tak, by sprawa morderstw nie przyćmiła „prywatności” bohaterów. Mimo wszystko trupy są tu wyłącznie rekwizytami, to nie one katalizują akcję – i poza początkowymi naturalistycznymi scenkami nie mają znaczenia w budowaniu atmosfery grozy. Tę Matecki uzyskuje przez zaproszenie czytelników do kompletnie niegościnnego półświatka. U Mateckiego ożywają wszelkie drobne przewinienia i grzeszki – nieznaczące kłamstwa, niezbyt wyrafinowane metody dawania upustu złości, łapówkarstwo na niewielką skalę. To odejście od tradycji angielskiego kryminału z całą jego elegancją – Matecki umieszcza swoich bohaterów na przeciwległym biegunie. Tu o dżentelmeńskich zachowaniach nikt nawet nie słyszał, wiadomości trzeba wręcz wydzierać od niechętnych do współpracy ludzi, a w ogólnym chaosie i tłoku morderca może jeszcze długo unikać kary.
„Prawda to marny interes” jest książką osadzoną w dialogach – to oznacza, że autor zagęszcza rozmowy i opiera na nich większość scenek. To również w konsekwencji przynosi zwiększenie emocjonalności poszczególnych fragmentów. Matecki dba przede wszystkim o silne przeżycia – drobiazgowe opisy są bardziej bliskie powieści detektywistycznej, a od tego nurtu autor chce uciec (także by nie nasuwać przedwcześnie skojarzeń z finałem). Chociaż w rozmowach toczy się całe śledztwo, nie ma tu mowy o sztucznym porządkowaniu informacji czy o strukturyzowaniu procesu ich gromadzenia – Matecki woli zachęcać do zanurzania się w przedstawiany świat niż matematycznie rozpracowywać intrygę, przynajmniej do czasu. A bardzo troszczy się o odejście od zwyczajnych sfer i znanych odbiorcom zwyczajów – chce do lektury zachęcić między innymi egzotyką kontekstu, w którym jego bohaterowie istnieją.
Ten tom skręca w stronę powieści kryminalnej. Widać, że autora bardzo kusi tworzenie narracji nasyconej, pełnej wrażeń poza podstawowym nurtem intrygi. Matecki zna wartość słowa i wpatrzony jest w klasyczne wielkie narracje – ich odprysk próbuje zamieścić w tomie rozrywkowym. „Prawda to marny interes” to próba znalezienia kompromisu między kryminałem, powieścią sensacyjną zanurzoną w historii, a literaturą z półki wyższej niż rozrywkowa. Matecki umiejętnie wprowadza odbiorców w rzeczywistość sprzed wieku – chociaż posługuje się bardzo często rozmowami, udaje mu się uchwycić swoistą malowniczość minionej kultury – i w takiej formie przekazuje ją czytelnikom.
Piekło
Labiryntową intrygę proponuje Jacek Matecki czytelnikom kryminału „Prawda to marny interes” – a żeby dostarczyć im również wrażeń estetycznych, przenosi akcję do początku XX wieku, kusząc ciekawym kolorytem lokalnym. Dystans czasowy oraz kulturowy to dwa elementy budujące jednocześnie atmosferę powieści i odwracające uwagę od techniki tworzenia fabuły. Bo Matecki na dobrą sprawę posługuje się uproszczeniem rodem z młodzieżowych powieści detektywistycznych – tyle że szyfrowanie tajemnicy przenosi w świat psychopatycznego nieuchwytnego mordercy. Mroczny klimat maskuje proste rozwiązanie i zapewnia rozrywkę dorosłym spragnionym mocnych wrażeń. Śledczy, jak zwykle, są początkowo bezradni wobec zagadek chorego umysłu – tymczasem w żydowskich rodzinach giną kolejne młode dziewczyny. Zabójca pozostawia czytelne sygnały, podpisy działań, postępuje według pewnego klucza – ale na właściwą interpretację faktów przyjdzie czytelnikom trochę poczekać. Trudno jest przechytrzyć psychopatę – nawet jeśli do akcji włączy się młoda wyznawczyni teorii Freuda…
Matecki wciąż wikła bohaterów w nowe relacje i zależności, próbuje skomplikować im pracę i… zmieniać przekonania. Wprowadza wiele utrudnień i do samego śledztwa, i do osobistych problemów postaci, tak, by sprawa morderstw nie przyćmiła „prywatności” bohaterów. Mimo wszystko trupy są tu wyłącznie rekwizytami, to nie one katalizują akcję – i poza początkowymi naturalistycznymi scenkami nie mają znaczenia w budowaniu atmosfery grozy. Tę Matecki uzyskuje przez zaproszenie czytelników do kompletnie niegościnnego półświatka. U Mateckiego ożywają wszelkie drobne przewinienia i grzeszki – nieznaczące kłamstwa, niezbyt wyrafinowane metody dawania upustu złości, łapówkarstwo na niewielką skalę. To odejście od tradycji angielskiego kryminału z całą jego elegancją – Matecki umieszcza swoich bohaterów na przeciwległym biegunie. Tu o dżentelmeńskich zachowaniach nikt nawet nie słyszał, wiadomości trzeba wręcz wydzierać od niechętnych do współpracy ludzi, a w ogólnym chaosie i tłoku morderca może jeszcze długo unikać kary.
„Prawda to marny interes” jest książką osadzoną w dialogach – to oznacza, że autor zagęszcza rozmowy i opiera na nich większość scenek. To również w konsekwencji przynosi zwiększenie emocjonalności poszczególnych fragmentów. Matecki dba przede wszystkim o silne przeżycia – drobiazgowe opisy są bardziej bliskie powieści detektywistycznej, a od tego nurtu autor chce uciec (także by nie nasuwać przedwcześnie skojarzeń z finałem). Chociaż w rozmowach toczy się całe śledztwo, nie ma tu mowy o sztucznym porządkowaniu informacji czy o strukturyzowaniu procesu ich gromadzenia – Matecki woli zachęcać do zanurzania się w przedstawiany świat niż matematycznie rozpracowywać intrygę, przynajmniej do czasu. A bardzo troszczy się o odejście od zwyczajnych sfer i znanych odbiorcom zwyczajów – chce do lektury zachęcić między innymi egzotyką kontekstu, w którym jego bohaterowie istnieją.
Ten tom skręca w stronę powieści kryminalnej. Widać, że autora bardzo kusi tworzenie narracji nasyconej, pełnej wrażeń poza podstawowym nurtem intrygi. Matecki zna wartość słowa i wpatrzony jest w klasyczne wielkie narracje – ich odprysk próbuje zamieścić w tomie rozrywkowym. „Prawda to marny interes” to próba znalezienia kompromisu między kryminałem, powieścią sensacyjną zanurzoną w historii, a literaturą z półki wyższej niż rozrywkowa. Matecki umiejętnie wprowadza odbiorców w rzeczywistość sprzed wieku – chociaż posługuje się bardzo często rozmowami, udaje mu się uchwycić swoistą malowniczość minionej kultury – i w takiej formie przekazuje ją czytelnikom.
niedziela, 11 maja 2014
Ewa Nowak: Dane wrażliwe
Egmont, Warszawa 2014.
Cena błędu
Decyzje nastolatek nie muszą być przemyślane ani zrozumiałe dla postronnych obserwatorów. A że jeden przypadkowy ruch może wywołać całą lawinę zdarzeń i pogrążyć w kłamstwie młodą osobę – to już kwestia przypadku. Bo przecież Nina wcale nie musiała zmyślać koleżankom, że ma chłopaka. A kiedy ledwo znany jej nastolatek zginął w wypadku, mogła natychmiast uciąć podejrzenia znajomych, że to jej sympatia. Ale Ninie imponowało zainteresowanie klasowych plotkar, podobała się jej też wyrozumiałość nauczycieli. Zaczęła korzystać z przywilejów, do których wcale nie miała prawa.
W „Danych wrażliwych” Ewa Nowak pokazuje, jak łatwo skomplikować sobie i tak już nieciekawe życie. Nina nie potrafi dogadać się z matką (ani przyjąć strategii otwartych kłótni, którą wybiera brat), traci przyjaciółki i nie bardzo umie odnaleźć się w codzienności. Niewinne kłamstewko o ukochanym ma przynieść jej uznanie koleżanek – bo Nina rozpaczliwie szuka akceptacji. Z czasem coraz bardziej rozbudowuje swoją żałobę po nieznanym chłopcu – i tylko w literaturze da się odkręcić tak narosłe nieporozumienia. Ewa Nowak sprawdza, co dzieje się z nastolatkami, które za wszelką cenę usiłują znaleźć akceptację ze strony rówieśników. Jej Nina nie potrafi zawalczyć o swoje racje, ukrywa się za obcym sobie uczuciem, by zyskać trochę łatwego współczucia.
Ale obiektywnie rzecz biorąc, Nina nie miała na co narzekać – przynajmniej w porównaniu z jej kuzynką, Justyną. Justyna przez własną głupotę wylądowała na wózku inwalidzkim. Nikt nie rozumie jej potrzeb, nikt nie chce jej nawet wysłuchać. Justyna jest skazana na siedzenie w domu i posłuszeństwo wobec apodyktycznej matki. Nie ma przyjaciół, zresztą wszystkich odtrąca sposobem bycia. Dopiero poważne zmartwienie Niny sprawia, że bohaterka dostrzeże w kuzynce materiał na przyjaciółkę. Ewa Nowak nie lubi czerpania z oczywistości – nawet jeśli schemat służy jej do zarysowania jakiegoś motywu lub charakteru, dalsze losy postaci pozostaną nieznane.
„Dane wrażliwe” mają ton dosyć minorowy. Nina pogrąża się w smutku, najpierw płacze tylko na pokaz, a potem powody do rozpaczy znajduje już niemal wszędzie. Wśród dorosłych trudno o powiernika – matka należy do bardzo kłótliwych i bez sensu wymagających, ciotka tak samo, a szkolna pedagog, ciepła i serdeczna, wykonuje tylko swoją pracę i ma szczerze dosyć nastolatki. Nina nie może znaleźć zrozumienia, bo nawet gdy na horyzoncie zamajaczy pierwsze zauroczenie, bohaterka nie da rady wygrzebać się na czas z długo budowanego kłamstwa.
Jednak ta powieść nie przygnębi nastolatek, za to przyniesie im trochę refleksji i ostrzeże przed niepotrzebnym ubarwianiem rzeczywistości. Finał Ewa Nowak pozostawia bardziej literacki niż życiowy – doświadczenia Niny mogłyby skończyć się zupełnie inaczej, ale autorka ratuje postać przed kompletnym upadkiem. Warto przy tej powieści zastanowić się nad decyzjami nastolatek i presją otoczenia. „Dane wrażliwe” służą Ewie Nowak do wskazania problemu często lekceważonego. Autorka zamyka się tym razem w niełatwym świecie bohaterki, a ciekawość czytelniczek budzi przez niepewną przyszłość Niny. Powieść, chociaż niezbyt długa, dość silnie działać będzie na odbiorczynie – zresztą w serii Miętowej nie ma mowy o bagatelizowaniu trosk młodych ludzi. Wydobywa się je na światło dzienne dla pokazania oczywistości, z których nastolatki nie zdają sobie sprawy, zaślepione emocjami. „Dane wrażliwe” to książka ważna również ze względu na temat – znacznie różniący się od typowych zagadnień w lekturach rozrywkowych.
Cena błędu
Decyzje nastolatek nie muszą być przemyślane ani zrozumiałe dla postronnych obserwatorów. A że jeden przypadkowy ruch może wywołać całą lawinę zdarzeń i pogrążyć w kłamstwie młodą osobę – to już kwestia przypadku. Bo przecież Nina wcale nie musiała zmyślać koleżankom, że ma chłopaka. A kiedy ledwo znany jej nastolatek zginął w wypadku, mogła natychmiast uciąć podejrzenia znajomych, że to jej sympatia. Ale Ninie imponowało zainteresowanie klasowych plotkar, podobała się jej też wyrozumiałość nauczycieli. Zaczęła korzystać z przywilejów, do których wcale nie miała prawa.
W „Danych wrażliwych” Ewa Nowak pokazuje, jak łatwo skomplikować sobie i tak już nieciekawe życie. Nina nie potrafi dogadać się z matką (ani przyjąć strategii otwartych kłótni, którą wybiera brat), traci przyjaciółki i nie bardzo umie odnaleźć się w codzienności. Niewinne kłamstewko o ukochanym ma przynieść jej uznanie koleżanek – bo Nina rozpaczliwie szuka akceptacji. Z czasem coraz bardziej rozbudowuje swoją żałobę po nieznanym chłopcu – i tylko w literaturze da się odkręcić tak narosłe nieporozumienia. Ewa Nowak sprawdza, co dzieje się z nastolatkami, które za wszelką cenę usiłują znaleźć akceptację ze strony rówieśników. Jej Nina nie potrafi zawalczyć o swoje racje, ukrywa się za obcym sobie uczuciem, by zyskać trochę łatwego współczucia.
Ale obiektywnie rzecz biorąc, Nina nie miała na co narzekać – przynajmniej w porównaniu z jej kuzynką, Justyną. Justyna przez własną głupotę wylądowała na wózku inwalidzkim. Nikt nie rozumie jej potrzeb, nikt nie chce jej nawet wysłuchać. Justyna jest skazana na siedzenie w domu i posłuszeństwo wobec apodyktycznej matki. Nie ma przyjaciół, zresztą wszystkich odtrąca sposobem bycia. Dopiero poważne zmartwienie Niny sprawia, że bohaterka dostrzeże w kuzynce materiał na przyjaciółkę. Ewa Nowak nie lubi czerpania z oczywistości – nawet jeśli schemat służy jej do zarysowania jakiegoś motywu lub charakteru, dalsze losy postaci pozostaną nieznane.
„Dane wrażliwe” mają ton dosyć minorowy. Nina pogrąża się w smutku, najpierw płacze tylko na pokaz, a potem powody do rozpaczy znajduje już niemal wszędzie. Wśród dorosłych trudno o powiernika – matka należy do bardzo kłótliwych i bez sensu wymagających, ciotka tak samo, a szkolna pedagog, ciepła i serdeczna, wykonuje tylko swoją pracę i ma szczerze dosyć nastolatki. Nina nie może znaleźć zrozumienia, bo nawet gdy na horyzoncie zamajaczy pierwsze zauroczenie, bohaterka nie da rady wygrzebać się na czas z długo budowanego kłamstwa.
Jednak ta powieść nie przygnębi nastolatek, za to przyniesie im trochę refleksji i ostrzeże przed niepotrzebnym ubarwianiem rzeczywistości. Finał Ewa Nowak pozostawia bardziej literacki niż życiowy – doświadczenia Niny mogłyby skończyć się zupełnie inaczej, ale autorka ratuje postać przed kompletnym upadkiem. Warto przy tej powieści zastanowić się nad decyzjami nastolatek i presją otoczenia. „Dane wrażliwe” służą Ewie Nowak do wskazania problemu często lekceważonego. Autorka zamyka się tym razem w niełatwym świecie bohaterki, a ciekawość czytelniczek budzi przez niepewną przyszłość Niny. Powieść, chociaż niezbyt długa, dość silnie działać będzie na odbiorczynie – zresztą w serii Miętowej nie ma mowy o bagatelizowaniu trosk młodych ludzi. Wydobywa się je na światło dzienne dla pokazania oczywistości, z których nastolatki nie zdają sobie sprawy, zaślepione emocjami. „Dane wrażliwe” to książka ważna również ze względu na temat – znacznie różniący się od typowych zagadnień w lekturach rozrywkowych.
Leanne Campbell: Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce
Galaktyka, Łódź 2014.
Przepisy roślinne
Córka autora „Nowoczesnych zasad odżywiania” także postanowiła szerzyć wiedzę o dobroczynnym wpływie kuchni wegańskiej na zdrowie. Leanne Campbell nie zamierza jednak zajmować się przekonywaniem czytelników do swoich racji, a zadziałać przez ukazanie możliwości. Jej tom „Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce” to oficjalny dodatek do „Nowoczesnych zasad odżywiania”, a przede wszystkim zbiór przepisów na smaczne potrawy. Campbell podsuwa czytelnikom gotowe pomysły na potrawy. Mało tego – wyjaśnia, jak je ze sobą łączyć i przyrządzać najzdrowsze i pełnowartościowe posiłki. Zachęca do tego, by przynajmniej spróbować kulinarnej odmiany – w nadziei, że dla części odbiorców będzie to początek zupełnie nowej drogi. „Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce” są zatem dobrą podpowiedzią dla odbiorców – zachęcają do kulinarnych eksperymentów, co jednak nie zawsze będzie łatwe.
Leanne Campbbel rezygnuje z zawiłych tłumaczeń. Do czytelników kieruje tylko bardzo krótki wstęp. Na początku przedstawia własną drogę do specyficznej diety (czynnik autobiograficzny służy przecież reklamie trybu życia), potem jako matka rozwiewa wątpliwości tych wszystkich, którzy zastanawiają się nad sensem wprowadzania takiej diety dzieciom. Ta część wstępu przybiera formę zestawu pytań i odpowiedzi – Campbell chwali się dwoma dorosłymi synami, a ich przykład ma dowodzić przydatności diety roślinnej – a także zastępować wszelkie naukowe argumenty. Dla autorki to szansa na zaprezentowanie z jak najlepszej strony zasad, które promuje swoją książką.
Rezygnacja z mięsa i tłuszczu to jedno. Campbell proponuje również znaczne ograniczenie soli i cukru, tłumaczy, czym zastępować mleko i jajka. Odbiorcom zdecydowanym na zmianę diety zapewnia pomoc w modyfikowaniu znanych przepisów – oprócz tego, że sama jeszcze przywołuje 120 dodatkowych przepisów. Temat jak (i dlaczego) przejść na dietę roślinną to trzecia część wstępu. Tu autorka koncentruje się między innymi na sposobach przygotowywania i przechowywania żywności tak, by nie tracić składników odżywczych.
Zasadniczą częścią tomu są przepisy pogrupowane ze względu na rodzaje posiłków – autorka proponuje różne rodzaje chlebów, pomysły na dania śniadaniowe, zestawy przekąsek, sałatek i przystawek, przepisy na gulasze i zupy, na dania obiadowe oraz… kanapki. Nie zabraknie tu i deserów. Każdy dział zawiera kilkanaście przepisów – w ten sposób Campbell zamierza udowodnić odbiorcom, że dieta roślinna nie może się szybko znudzić.
Ale nie wszystkie potrawy da się łatwo przyrządzić – część wymaga wysiłku podczas zakupów (składniki mają być na przykład dostępne w sklepach orientalnych lub na stoiskach orientalnych w supermarketach – wprawdzie dzięki przypisom odbiorcy dowiedzą się, gdzie szukać składników, ale nie oznacza to, że łatwo je znajdą). Bardzo często autorka do standardowych przepisów dodaje wskazówki – jak urozmaicić danie lub z czym je połączyć. Tu też pozwala sobie na osobiste uwagi, chcąc przekonać do tego rodzaju diety.
Fotografie potraw znajdują się na kolorowej wkładce. Być może pojedynczo nie robiłyby odpowiedniego wrażenia na odbiorcach (podniosłyby też koszt druku) - a może również zdjęcia mają w przypadku stematyzowanej diety mniejsze znaczenie. „Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce” mają służyć przede wszystkim jako zbiór kulinarnych wskazówek.
Przepisy roślinne
Córka autora „Nowoczesnych zasad odżywiania” także postanowiła szerzyć wiedzę o dobroczynnym wpływie kuchni wegańskiej na zdrowie. Leanne Campbell nie zamierza jednak zajmować się przekonywaniem czytelników do swoich racji, a zadziałać przez ukazanie możliwości. Jej tom „Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce” to oficjalny dodatek do „Nowoczesnych zasad odżywiania”, a przede wszystkim zbiór przepisów na smaczne potrawy. Campbell podsuwa czytelnikom gotowe pomysły na potrawy. Mało tego – wyjaśnia, jak je ze sobą łączyć i przyrządzać najzdrowsze i pełnowartościowe posiłki. Zachęca do tego, by przynajmniej spróbować kulinarnej odmiany – w nadziei, że dla części odbiorców będzie to początek zupełnie nowej drogi. „Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce” są zatem dobrą podpowiedzią dla odbiorców – zachęcają do kulinarnych eksperymentów, co jednak nie zawsze będzie łatwe.
Leanne Campbbel rezygnuje z zawiłych tłumaczeń. Do czytelników kieruje tylko bardzo krótki wstęp. Na początku przedstawia własną drogę do specyficznej diety (czynnik autobiograficzny służy przecież reklamie trybu życia), potem jako matka rozwiewa wątpliwości tych wszystkich, którzy zastanawiają się nad sensem wprowadzania takiej diety dzieciom. Ta część wstępu przybiera formę zestawu pytań i odpowiedzi – Campbell chwali się dwoma dorosłymi synami, a ich przykład ma dowodzić przydatności diety roślinnej – a także zastępować wszelkie naukowe argumenty. Dla autorki to szansa na zaprezentowanie z jak najlepszej strony zasad, które promuje swoją książką.
Rezygnacja z mięsa i tłuszczu to jedno. Campbell proponuje również znaczne ograniczenie soli i cukru, tłumaczy, czym zastępować mleko i jajka. Odbiorcom zdecydowanym na zmianę diety zapewnia pomoc w modyfikowaniu znanych przepisów – oprócz tego, że sama jeszcze przywołuje 120 dodatkowych przepisów. Temat jak (i dlaczego) przejść na dietę roślinną to trzecia część wstępu. Tu autorka koncentruje się między innymi na sposobach przygotowywania i przechowywania żywności tak, by nie tracić składników odżywczych.
Zasadniczą częścią tomu są przepisy pogrupowane ze względu na rodzaje posiłków – autorka proponuje różne rodzaje chlebów, pomysły na dania śniadaniowe, zestawy przekąsek, sałatek i przystawek, przepisy na gulasze i zupy, na dania obiadowe oraz… kanapki. Nie zabraknie tu i deserów. Każdy dział zawiera kilkanaście przepisów – w ten sposób Campbell zamierza udowodnić odbiorcom, że dieta roślinna nie może się szybko znudzić.
Ale nie wszystkie potrawy da się łatwo przyrządzić – część wymaga wysiłku podczas zakupów (składniki mają być na przykład dostępne w sklepach orientalnych lub na stoiskach orientalnych w supermarketach – wprawdzie dzięki przypisom odbiorcy dowiedzą się, gdzie szukać składników, ale nie oznacza to, że łatwo je znajdą). Bardzo często autorka do standardowych przepisów dodaje wskazówki – jak urozmaicić danie lub z czym je połączyć. Tu też pozwala sobie na osobiste uwagi, chcąc przekonać do tego rodzaju diety.
Fotografie potraw znajdują się na kolorowej wkładce. Być może pojedynczo nie robiłyby odpowiedniego wrażenia na odbiorcach (podniosłyby też koszt druku) - a może również zdjęcia mają w przypadku stematyzowanej diety mniejsze znaczenie. „Nowoczesne zasady odżywiania w praktyce” mają służyć przede wszystkim jako zbiór kulinarnych wskazówek.
sobota, 10 maja 2014
Anna Czerwińska-Rydel: Słońcem na papierze. Wesoła opowieść o Kornelu Makuszyńskim
Akapit Press, Łódź 2014.
Biografia uśmiechnięta
Anna Czerwińska-Rydel rozkręca się w biografiach dla dzieci coraz bardziej, a jej kolejny tom „Słońcem na papierze. Wesoła opowieść o Kornelu Makuszyńskim” może się maluchom spodobać. Autorka nauczyła się wydobywać z życiorysów sławnych postaci te elementy, które zaintrygują dzieci – przedstawia znanych artystów albo przez pryzmat ich dzieciństwa (tak było z historią o Wieniawskim, albo dzięki zachowanym anegdotom (przykład Tuwima). Makuszyńskiego trudno byłoby uchwycić inaczej niż przez stosunek do najmłodszych – i o tym właśnie jest „Słońcem na papierze”.
Od strony warsztatowej Czerwińska-Rydel po raz kolejny wybrała sobie bezpieczny motyw ramy kompozycyjnej łączącej przeszłość z teraźniejszością. W tej książce to pani Agnieszka, kustosz Muzeum Kornela Makuszyńskiego znajduje (przy pomocy ciekawskiego halnego) teczkę z opowieścią o życiu i twórczości pisarza. Nieskatalogowany dokument wciąga ją bez granic, kobieta zatapia się w lekturze i poznaje kolejne przygody Kornela – zabawy, szkolne niepowodzenia, pierwszą miłość, pierwsze publikacje, próby teatralne. Między młodością i dorosłością pojawia się wyrwa – uzasadniona przez pomysł kompozycyjny. Dorosły Kornel Makuszyński nie zwraca zbyt wiele uwagi na zawieruchę wojenną, nie cierpi też – w narracji – po śmierci swojej pierwszej żony. Interesuje go pisanie dla dzieci i w tym azylu według Czerwińskiej-Rydel się zamyka. Szybko staje się przyjacielem maluchów, organizuje im także zawody narciarskie, czyta listy od szczęśliwych dzieci i nigdy nie wierzy, że jego książki przynoszą prawdziwą radość. Autorka podąża śladami anegdot i lekkich opowiastek, stara się zachować humor w narracji – i oddać pogodę ducha samego Kornela Makuszyńskiego. Udaje jej się to, na pewno dzieci zainteresują się tak przygotowaną biografią.
Czerwińska-Rydel nie zajmuje się kolejnymi książkami Makuszyńskiego, czasem tylko wspomina wybrany tytuł lub bohatera w przekonaniu, że dzieci nie stronią od dawnych lektur i bez trudu odnajdą kolejne pozycje. Najbardziej istotna w „Słońcem na papierze” jest relacja między pisarzem i jego czytelnikami, wiernymi kibicami twórczości. Parę razy autorka odwołuje się do komentarzy pisarza na ten temat, ale bardzo chętnie sięga raczej do pozaliterackich wydarzeń, tak, by książka stanowiła uzupełnienie dziecięcych lektur. Annie Czerwińskiej-Rydel w opowieści o Makuszyńskim udaje się utrzymywać wesoły ton – nawet gdy tłem wydarzeń stają się trudne chwile. W samej narracji autorka utrzymuje radość tak charakterystyczną dla powieści Makuszyńskiego. Nie imituje, rzecz jasna, jego kwiecistego stylu, coś takiego byłoby ciężkie do osiągnięcia w szybko przygotowywanej historii – ale stawia na optymizm i pogodę ducha w kreacji pisarza i już samo to rozjaśnia książkę.
„Słońcem na papierze” to publikacja, która przybliża najmłodszym sylwetkę Kornela Makuszyńskiego i umożliwia zbudowanie więzi małych odbiorców z „ich” autorem – Czerwińska-Rydel potrafi obudzić zainteresowanie twórcą i sprawić, by zaistniał on w wyobraźni dzieci jako prawdziwy człowiek. Jej książka jest prosta i przepełniona uśmiechem – to sprawi, że mali odbiorcy powinni do niej chętnie sięgać. „Słońcem na papierze” może również we fragmentach uzupełniać program szkolny – ale mimo nastawienia na konkret i formę nietypowej biografii daje się również odczytywać jako zbiór ciekawostek o uwielbianym autorze. „Słońcem na papierze” to książka pisana z myślą o najmłodszych – tak powinno się przygotowywać biografie, z którymi mają zapoznawać się dzieci.
Biografia uśmiechnięta
Anna Czerwińska-Rydel rozkręca się w biografiach dla dzieci coraz bardziej, a jej kolejny tom „Słońcem na papierze. Wesoła opowieść o Kornelu Makuszyńskim” może się maluchom spodobać. Autorka nauczyła się wydobywać z życiorysów sławnych postaci te elementy, które zaintrygują dzieci – przedstawia znanych artystów albo przez pryzmat ich dzieciństwa (tak było z historią o Wieniawskim, albo dzięki zachowanym anegdotom (przykład Tuwima). Makuszyńskiego trudno byłoby uchwycić inaczej niż przez stosunek do najmłodszych – i o tym właśnie jest „Słońcem na papierze”.
Od strony warsztatowej Czerwińska-Rydel po raz kolejny wybrała sobie bezpieczny motyw ramy kompozycyjnej łączącej przeszłość z teraźniejszością. W tej książce to pani Agnieszka, kustosz Muzeum Kornela Makuszyńskiego znajduje (przy pomocy ciekawskiego halnego) teczkę z opowieścią o życiu i twórczości pisarza. Nieskatalogowany dokument wciąga ją bez granic, kobieta zatapia się w lekturze i poznaje kolejne przygody Kornela – zabawy, szkolne niepowodzenia, pierwszą miłość, pierwsze publikacje, próby teatralne. Między młodością i dorosłością pojawia się wyrwa – uzasadniona przez pomysł kompozycyjny. Dorosły Kornel Makuszyński nie zwraca zbyt wiele uwagi na zawieruchę wojenną, nie cierpi też – w narracji – po śmierci swojej pierwszej żony. Interesuje go pisanie dla dzieci i w tym azylu według Czerwińskiej-Rydel się zamyka. Szybko staje się przyjacielem maluchów, organizuje im także zawody narciarskie, czyta listy od szczęśliwych dzieci i nigdy nie wierzy, że jego książki przynoszą prawdziwą radość. Autorka podąża śladami anegdot i lekkich opowiastek, stara się zachować humor w narracji – i oddać pogodę ducha samego Kornela Makuszyńskiego. Udaje jej się to, na pewno dzieci zainteresują się tak przygotowaną biografią.
Czerwińska-Rydel nie zajmuje się kolejnymi książkami Makuszyńskiego, czasem tylko wspomina wybrany tytuł lub bohatera w przekonaniu, że dzieci nie stronią od dawnych lektur i bez trudu odnajdą kolejne pozycje. Najbardziej istotna w „Słońcem na papierze” jest relacja między pisarzem i jego czytelnikami, wiernymi kibicami twórczości. Parę razy autorka odwołuje się do komentarzy pisarza na ten temat, ale bardzo chętnie sięga raczej do pozaliterackich wydarzeń, tak, by książka stanowiła uzupełnienie dziecięcych lektur. Annie Czerwińskiej-Rydel w opowieści o Makuszyńskim udaje się utrzymywać wesoły ton – nawet gdy tłem wydarzeń stają się trudne chwile. W samej narracji autorka utrzymuje radość tak charakterystyczną dla powieści Makuszyńskiego. Nie imituje, rzecz jasna, jego kwiecistego stylu, coś takiego byłoby ciężkie do osiągnięcia w szybko przygotowywanej historii – ale stawia na optymizm i pogodę ducha w kreacji pisarza i już samo to rozjaśnia książkę.
„Słońcem na papierze” to publikacja, która przybliża najmłodszym sylwetkę Kornela Makuszyńskiego i umożliwia zbudowanie więzi małych odbiorców z „ich” autorem – Czerwińska-Rydel potrafi obudzić zainteresowanie twórcą i sprawić, by zaistniał on w wyobraźni dzieci jako prawdziwy człowiek. Jej książka jest prosta i przepełniona uśmiechem – to sprawi, że mali odbiorcy powinni do niej chętnie sięgać. „Słońcem na papierze” może również we fragmentach uzupełniać program szkolny – ale mimo nastawienia na konkret i formę nietypowej biografii daje się również odczytywać jako zbiór ciekawostek o uwielbianym autorze. „Słońcem na papierze” to książka pisana z myślą o najmłodszych – tak powinno się przygotowywać biografie, z którymi mają zapoznawać się dzieci.
Szkoła pieczenia
Świat Książki, Warszawa 2014.
Podstawowe ciasta
W niektórych domach umiejętności kulinarne przechodzą z pokolenia na pokolenie – wśród tych, którzy zamiłowanie do gotowania i pieczenia wynieśli z domu rzadko znajdują się odbiorcy kulinarnych poradników. Są jednak i tacy, których urzeka moda na slow food oraz samodzielnie przygotowywane posiłki. Ci odbiorcy bezustannie poszukują nowych wskazówek. „Szkoła pieczenia” to bogato ilustrowany poradnik dla tradycjonalistów. Zamiast wariacji na temat kolejnych rodzajów ciast, odbiorcy znajdą tu rzetelnie przygotowane podstawy pieczenia, wskazówki i podpowiedzi oraz przepisy pozbawione udziwnień.
Tom przygotowany został tematycznie. We wstępnych uwagach czytelnicy znajdą rozszyfrowanie kuchennych oczywistości i motywów, które doświadczone gospodynie znają na pamięć. To bez wątpienia fragment dla zupełnie początkujących, przy okazji nieco porządkujący kulinarny rozgardiasz. Znajdą się tu także wskazówki dotyczące doboru naczyń i foremek, wiadomości na temat składników (jaka mąka jest odpowiednia do jakiego wypieku), czy krótkie charakterystyki rodzajów ciasta. Amatorom, którzy nie mają kogo poprosić o radę i nie potrafią przebić się przez kulinarne blogi, może się to czasami przydawać w podejmowaniu decyzji.
Wypieki zostały pogrupowane ze względu na rodzaj użytych forem (ciasta z blachy i formy), przeznaczenie (torty i ciastka). Pojawił się rozdział o drobnych ciasteczkach, chlebie i bułkach oraz o wypiekach pikantnych (a wśród nich między innymi pojawia się przepis na ciasto cebulowe czy ciasto z porami). Z każdą częścią powraca poradnik do konkretnej grupy wypieków – tutaj odbiorcy znaleźć mogą rozwiązania najczęściej spotykanych problemów, ale też i warte wykorzystania, dobre i sprawdzone rady. Następnie przychodzi czas na przepisy – z dokładnie opracowanymi danymi co do zawartości tłuszczu i węglowodanów oraz liczbą kalorii w jednym kawałku. Same przepisy przybierają prawie klasyczną formę (to jest: odpowiednio pogrupowane składniki i sposób przygotowania w punktach). Funkcję ozdobno-informacyjną pełnią za to miniaturowe zdjęcia z procesu przygotowywania ciasta – nie są to przeważnie elementy niezbędne do zrozumienia działań, ale wprowadzają urozmaicenie do samego poradnika i ciekawie komponują się z dużą fotografią gotowego wypieku.
W „Szkole pieczenia” znaleźć można najbardziej poszukiwane smaki – i najczęściej wykorzystywane przepisy. Cały tom, rzecz jasna, służy też reklamie produktów pewnej firmy – i można by się było tylko cieszyć, gdyby wszystkie reklamy przybierały tak przydatną formę. „Szkoła pieczenia” dotyczy podstaw – zrozumiałe jest więc, że nie trafiło tu wiele znanych przepisów – ale gdy na rynku wydawniczym mnóstwo jest wariacji tematycznych wszelkiego rodzaju wypieków, przyda się przypomnienie o podstawach.
„Szkoła pieczenia” ma zwracać uwagę jakością wydania. Poradnik ma kredowe strony, które nie zniszczą się w kuchni, jest też przyjemny do samego przeglądania – zawiera mnóstwo zdjęć ciast – artystyczne ujęcia zachęcają do korzystania z książki i samodzielnego testowania jakości przepisów. „Szkoła pieczenia” może być traktowana jako pomoc w szkołach gastronomicznych, sprawdzi się też jako prezent dla początkujących w dziedzinie wypieków. To nie tylko poradnik, ale i książka-ozdoba, miłe opracowanie powszechnie znanych (albo przynajmniej nienowych) przepisów i wskazówek. Odbiorcom ceniącym smaki zapamiętane z dzieciństwa może ułatwić poszukiwania idealnego przepisu – nawet jeśli nie uda się odtworzyć przysmaku w znanej wersji, ze „Szkołą pieczenia” da się stworzyć wiele pyszności.
Podstawowe ciasta
W niektórych domach umiejętności kulinarne przechodzą z pokolenia na pokolenie – wśród tych, którzy zamiłowanie do gotowania i pieczenia wynieśli z domu rzadko znajdują się odbiorcy kulinarnych poradników. Są jednak i tacy, których urzeka moda na slow food oraz samodzielnie przygotowywane posiłki. Ci odbiorcy bezustannie poszukują nowych wskazówek. „Szkoła pieczenia” to bogato ilustrowany poradnik dla tradycjonalistów. Zamiast wariacji na temat kolejnych rodzajów ciast, odbiorcy znajdą tu rzetelnie przygotowane podstawy pieczenia, wskazówki i podpowiedzi oraz przepisy pozbawione udziwnień.
Tom przygotowany został tematycznie. We wstępnych uwagach czytelnicy znajdą rozszyfrowanie kuchennych oczywistości i motywów, które doświadczone gospodynie znają na pamięć. To bez wątpienia fragment dla zupełnie początkujących, przy okazji nieco porządkujący kulinarny rozgardiasz. Znajdą się tu także wskazówki dotyczące doboru naczyń i foremek, wiadomości na temat składników (jaka mąka jest odpowiednia do jakiego wypieku), czy krótkie charakterystyki rodzajów ciasta. Amatorom, którzy nie mają kogo poprosić o radę i nie potrafią przebić się przez kulinarne blogi, może się to czasami przydawać w podejmowaniu decyzji.
Wypieki zostały pogrupowane ze względu na rodzaj użytych forem (ciasta z blachy i formy), przeznaczenie (torty i ciastka). Pojawił się rozdział o drobnych ciasteczkach, chlebie i bułkach oraz o wypiekach pikantnych (a wśród nich między innymi pojawia się przepis na ciasto cebulowe czy ciasto z porami). Z każdą częścią powraca poradnik do konkretnej grupy wypieków – tutaj odbiorcy znaleźć mogą rozwiązania najczęściej spotykanych problemów, ale też i warte wykorzystania, dobre i sprawdzone rady. Następnie przychodzi czas na przepisy – z dokładnie opracowanymi danymi co do zawartości tłuszczu i węglowodanów oraz liczbą kalorii w jednym kawałku. Same przepisy przybierają prawie klasyczną formę (to jest: odpowiednio pogrupowane składniki i sposób przygotowania w punktach). Funkcję ozdobno-informacyjną pełnią za to miniaturowe zdjęcia z procesu przygotowywania ciasta – nie są to przeważnie elementy niezbędne do zrozumienia działań, ale wprowadzają urozmaicenie do samego poradnika i ciekawie komponują się z dużą fotografią gotowego wypieku.
W „Szkole pieczenia” znaleźć można najbardziej poszukiwane smaki – i najczęściej wykorzystywane przepisy. Cały tom, rzecz jasna, służy też reklamie produktów pewnej firmy – i można by się było tylko cieszyć, gdyby wszystkie reklamy przybierały tak przydatną formę. „Szkoła pieczenia” dotyczy podstaw – zrozumiałe jest więc, że nie trafiło tu wiele znanych przepisów – ale gdy na rynku wydawniczym mnóstwo jest wariacji tematycznych wszelkiego rodzaju wypieków, przyda się przypomnienie o podstawach.
„Szkoła pieczenia” ma zwracać uwagę jakością wydania. Poradnik ma kredowe strony, które nie zniszczą się w kuchni, jest też przyjemny do samego przeglądania – zawiera mnóstwo zdjęć ciast – artystyczne ujęcia zachęcają do korzystania z książki i samodzielnego testowania jakości przepisów. „Szkoła pieczenia” może być traktowana jako pomoc w szkołach gastronomicznych, sprawdzi się też jako prezent dla początkujących w dziedzinie wypieków. To nie tylko poradnik, ale i książka-ozdoba, miłe opracowanie powszechnie znanych (albo przynajmniej nienowych) przepisów i wskazówek. Odbiorcom ceniącym smaki zapamiętane z dzieciństwa może ułatwić poszukiwania idealnego przepisu – nawet jeśli nie uda się odtworzyć przysmaku w znanej wersji, ze „Szkołą pieczenia” da się stworzyć wiele pyszności.
piątek, 9 maja 2014
Anna Fryczkowska: Z grubsza Wenus
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Ciało
Dodatkowe kilogramy u kobiet mogą być przekleństwem lub dodawać im atrakcyjności, wszystko jest kwestią psychiki i samoakceptacji. W oczach mężczyzn piękne są zwłaszcza te kobiety, które czują się piękne – a piękna może być każda. Anna Fryczkowska tak naprawdę wykorzystuje truizmy – ale przecież jej powieść „Z grubsza Wenus” jest książką recyklingową – powstała z debiutanckiej publikacji „Straszne historie o otyłości i pożądaniu” – a przekazuje części odbiorczyń ważne prawdy o podejściu do własnego ciała. I mimo że autorka operuje schematami, odniesie sukces, jeśli po lekturze część zakompleksionych odbiorczyń spojrzy na siebie inaczej.
Na wczasach odchudzających w jednym pokoju spotykają się dwie kuracjuszki, Baśka i Janina. Ta pierwsza – znerwicowana, z kilkoma nadmiarowymi kilogramami, pełna jadu i pretensji do całego świata. Ta druga – ważąca sto osiemnaście kilo, pozornie pogodna i spokojna. Baśka katuje się kolejnymi ćwiczeniami i masażami, Janina nie radzi sobie z podstawowym marszobiegiem. Baśka walczy o szczupłą sylwetkę, Janina zachowuje się tak, jakby jej na tym nie zależało. Ale obie bohaterki są na wczasach przez presję otoczenia, obie chcą się odchudzić nie dla siebie. I obie mają w swoim życiu wielkie tajemnice, które zakłócają spokojny sen i nie pozwalają zrezygnować z wysiłku.
Anna Fryczkowska wybrała tu poszatkowaną narrację. W drobnych wydzielanych fragmentach prozy przenosi się od jednej do drugiej bohaterki (bardzo nieregularnie), a imię postaci sygnalizuje, której myśli i stanowisko uda się tym razem poznać. Poza stosunkiem do własnego (i cudzego) ciała kobiety coraz częściej zagłębiają się we własną przeszłość. Każda z nich ma czego żałować i czego się wstydzić – nadwaga to najmniejszy z problemów, choć i najbardziej widoczny. Fryczkowska powoli pokazuje, co zadecydowało o pójściu na wczasy odchudzające – i jakie wychowanie miało wpływ na oceny kobiet w dorosłym życiu. Zagłębia się też w ich małżeństwa, a dokładniej – w toksyczne historie o niezrozumieniu i pułapkach bycia z drugim człowiekiem. Baśka i Janina nawet nie przypuszczają, jak wiele je łączy.
Poza tematem cielesności Fryczkowska odnosi się również do samego jedzenia. Bardzo utrudnia czytelniczkom krytykowanie bohaterek czy oskarżenia, że same doprowadziły się do pożałowania godnego stanu. Zamiast przedstawiać obrazki z obżerania się, autorka przywołuje rozkosze jedzenia. Poszczególne potrawy przywołuje tak, że potrafi wywołać w czytelniczkach gargantuiczny apetyt. Nie musi już w ten sposób zastanawiać się nad przyczynami otyłości, nie znęca się nad swoimi bohaterkami, którym należy się jedynie współczucie, a na pewno nie pogarda. W krótkich „kulinarnych” akapitach łatwo zrozumieć, jak zaczyna się miłość do jedzenia.
Fryczkowska wyśmiewa schematy z powieści obyczajowych i komedii romantycznych, w których gruba bohaterka ma dwa wyjścia – albo schudnie i znajdzie szczęście (czyli mężczyznę), albo zaakceptuje siebie i wypełni kopciuszkowy scenariusz. Nie chce iść tym tropem, zresztą jej bohaterki są na to zbyt pokaleczone psychicznie. „Z grubsza Wenus” koncentruje się właśnie na sprawach psychiki oraz emocji – nadwaga jest źródłem problemów, ale nie tematem wydarzeń. Zresztą autorka sprzeciwia się przekonaniu, że wszystkie kobiety muszą być chude, by wzbudzały zainteresowanie. W jej ujęciu temat znany z obyczajówek i życia zyskuje głębię – i zupełnie nowe historie. „Z grubsza Wenus” to nie banalne czytadło o znanym przebiegu fabuły, chodzi tu o coś innego niż proste szczęście u boku wymarzonego partnera.
Ciało
Dodatkowe kilogramy u kobiet mogą być przekleństwem lub dodawać im atrakcyjności, wszystko jest kwestią psychiki i samoakceptacji. W oczach mężczyzn piękne są zwłaszcza te kobiety, które czują się piękne – a piękna może być każda. Anna Fryczkowska tak naprawdę wykorzystuje truizmy – ale przecież jej powieść „Z grubsza Wenus” jest książką recyklingową – powstała z debiutanckiej publikacji „Straszne historie o otyłości i pożądaniu” – a przekazuje części odbiorczyń ważne prawdy o podejściu do własnego ciała. I mimo że autorka operuje schematami, odniesie sukces, jeśli po lekturze część zakompleksionych odbiorczyń spojrzy na siebie inaczej.
Na wczasach odchudzających w jednym pokoju spotykają się dwie kuracjuszki, Baśka i Janina. Ta pierwsza – znerwicowana, z kilkoma nadmiarowymi kilogramami, pełna jadu i pretensji do całego świata. Ta druga – ważąca sto osiemnaście kilo, pozornie pogodna i spokojna. Baśka katuje się kolejnymi ćwiczeniami i masażami, Janina nie radzi sobie z podstawowym marszobiegiem. Baśka walczy o szczupłą sylwetkę, Janina zachowuje się tak, jakby jej na tym nie zależało. Ale obie bohaterki są na wczasach przez presję otoczenia, obie chcą się odchudzić nie dla siebie. I obie mają w swoim życiu wielkie tajemnice, które zakłócają spokojny sen i nie pozwalają zrezygnować z wysiłku.
Anna Fryczkowska wybrała tu poszatkowaną narrację. W drobnych wydzielanych fragmentach prozy przenosi się od jednej do drugiej bohaterki (bardzo nieregularnie), a imię postaci sygnalizuje, której myśli i stanowisko uda się tym razem poznać. Poza stosunkiem do własnego (i cudzego) ciała kobiety coraz częściej zagłębiają się we własną przeszłość. Każda z nich ma czego żałować i czego się wstydzić – nadwaga to najmniejszy z problemów, choć i najbardziej widoczny. Fryczkowska powoli pokazuje, co zadecydowało o pójściu na wczasy odchudzające – i jakie wychowanie miało wpływ na oceny kobiet w dorosłym życiu. Zagłębia się też w ich małżeństwa, a dokładniej – w toksyczne historie o niezrozumieniu i pułapkach bycia z drugim człowiekiem. Baśka i Janina nawet nie przypuszczają, jak wiele je łączy.
Poza tematem cielesności Fryczkowska odnosi się również do samego jedzenia. Bardzo utrudnia czytelniczkom krytykowanie bohaterek czy oskarżenia, że same doprowadziły się do pożałowania godnego stanu. Zamiast przedstawiać obrazki z obżerania się, autorka przywołuje rozkosze jedzenia. Poszczególne potrawy przywołuje tak, że potrafi wywołać w czytelniczkach gargantuiczny apetyt. Nie musi już w ten sposób zastanawiać się nad przyczynami otyłości, nie znęca się nad swoimi bohaterkami, którym należy się jedynie współczucie, a na pewno nie pogarda. W krótkich „kulinarnych” akapitach łatwo zrozumieć, jak zaczyna się miłość do jedzenia.
Fryczkowska wyśmiewa schematy z powieści obyczajowych i komedii romantycznych, w których gruba bohaterka ma dwa wyjścia – albo schudnie i znajdzie szczęście (czyli mężczyznę), albo zaakceptuje siebie i wypełni kopciuszkowy scenariusz. Nie chce iść tym tropem, zresztą jej bohaterki są na to zbyt pokaleczone psychicznie. „Z grubsza Wenus” koncentruje się właśnie na sprawach psychiki oraz emocji – nadwaga jest źródłem problemów, ale nie tematem wydarzeń. Zresztą autorka sprzeciwia się przekonaniu, że wszystkie kobiety muszą być chude, by wzbudzały zainteresowanie. W jej ujęciu temat znany z obyczajówek i życia zyskuje głębię – i zupełnie nowe historie. „Z grubsza Wenus” to nie banalne czytadło o znanym przebiegu fabuły, chodzi tu o coś innego niż proste szczęście u boku wymarzonego partnera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






