Egmont, Warszawa 2015.
Tory
Basia jako autorytet dla najmłodszych może okazać się też dobrą motywacją do wytężonej pracy. A ponieważ ta bohaterka własnym przykładem przekonuje najlepiej, Zofia Stanecka wykorzystuje ją do edukowania najmłodszego pokolenia. W serii o Basi – i w tomikach „gadżetowych” – coraz częściej pojawiają się subtelne reklamy rozmaitych instytucji czy firm. Książkę „Basia uczy i bawi w krainie pociągów” firmuje jedna z kolei. Ma to sens, skoro do nauki pisania (i poznawania liter) mała bohaterka zabiera się za sprawą pociągów. Stanecka dobrze wie o tym, że pociągi przyciągną do tomiku chłopców, Basia natomiast to nie postać wyłącznie „dziewczyńska”. Publikacja pomyślana została tak, żeby dostarczyć rozrywki wszystkim maluchom, a do tego ma pełnić pożyteczną funkcję – oswoić kilkulatki z czytaniem i liczeniem.
Zaczyna się od krótkiego opowiadania, wprowadzenia do przygody z pociągami. Dodatkową korzyścią będzie tu uprzyjemnienie dzieciom samego faktu odbywania dalekich podróży: w pociągu nie musi być nudno, można na przykład zająć się liczeniem wagonów. Opowiadanie jest bardzo krótkie i służy w pierwszej kolejności wprowadzeniu odbiorców w temat Basi, przypomnieniu o tej rodzinie i o klimacie powszechnie znanych historyjek. Uzasadnia też szereg zabaw i ćwiczeń, z których składa się tomik. Zagadki klasyczne (na przykład wyszukiwanie szczegółów, plątanki czy kolorowanie według wzoru) podporządkowane są tu pociągom. Oznacza to, że nawet najbardziej wyeksploatowane ćwiczenia na nowo trafiają do maluchów w ciekawej wersji. Poza tematami pociągowymi pojawiają się i zabawy lżejsze, wakacyjne – Stanecka konsekwentnie przygotowuje książkę dla wszystkich.
Zgadywanki przeplatane są nauką liter. Basia poznaje cały alfabet i trzy pierwsze cyfry. Strony literowe przygotowane zostały według przejrzystego schematu. Najwięcej miejsca zajmuje duża drukowana litera złożona z przerywanych linii. Na górze strony pojawia się krótki akapit personalizujący temat: Basia na przykład uwielbia B (z wiadomych względów), wie też, że na N zaczyna się Nos Nosorożca. Żarty pomagają w przyswajaniu wiedzy, a ćwiczenia uprzyjemniane są rysowankami. Po tekstowym wprowadzeniu dzieci mają narysować literę dzięki liniom pomocniczym, a następnie poćwiczyć pisanie jej w równych liniach. Wokół dużej litery trzeba narysować przedmioty zaczynające się na nią – a po wykonaniu zadania można przejść do dalszych zabaw.
Basia pojawia się w tej książce w uprzedmiotowionej funkcji. Zamienia się w oprowadzacza po świecie liter: staje się ekspertką od małych radości i przyjemnych niespodzianek. Odkrywanie alfabetu to dla niej samo szczęście: świat liter przypomina o rozmaitych rozrywkach i miłych rzeczach. Nic dziwnego, że Basia tak chętnie spędza czas nad literowymi wyzwaniami. Połączenie konwencjonalnej nauki z tematem pociągów – niezbyt częstym w elementarzach – to pomysł sprawdzający się tu idealnie. Dzieci otrzymują oryginalny zestaw rozrywek (funkcjonujących jako nagrody) a nie zmęczą się mnogością tematów. Mogą sprawdzić swoje siły w pisaniu i rysowaniu lub pogłówkować nad zadaniami.
Tomik, którego stroną graficzną zajęła się Marianna Oklejak, cieszy oko: sporo tu kolorów i dziecięcych motywów, naiwność obrazków odpowiada naiwności użytkowników tej książki. Kolory zachęcają do pracy, wprawdzie pozostawienie samych konturów pomogłoby dzieciom w kolorowaniu całego tomiku, z drugiej jednak strony takie rozwiązanie stosuje większość wydawnictw, więc „Basia w krainie pociągów” będzie przyjemną odmianą. Z tą małą bohaterką szkolne obowiązki wydadzą się bardziej znośne: Basia nawet młodsze dzieci zachęci do poznawania liter i cyfr. Zwłaszcza że sama kraina pociągów ma wiele do zaoferowania.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 5 sierpnia 2015
wtorek, 4 sierpnia 2015
Emilia Padoł: Dżentelmeni PRL-u
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Amanci
Po damach przyszedł czas na dżentelmenów PRL-u – Emilia Padoł postanowiła przywołać dziewięć portretów męskich dla ukazania barwności czasów szarzyzny. Sięgnęła po sylwetki aktorów i pisarzy, którzy zaistnieli w świadomości społecznej nie tylko artystycznymi dokonaniami, ale i sposobem bycia. Autorka nie odkrywa tu wielkich sekretów i spraw, o których odbiorcy zainteresowani tematem by nie słyszeli – stawia na zbiory ciekawostek i anegdot, splatając z nich skrócone biograficzne szkice, nieco plotkarskie, lekkie i przyjemne w lekturze.
„Dżentelmeni” to dla Padoł termin umowny – może bardziej do zaprezentowanych tu postaci pasowałoby określenie „amanci” lub „macho” – autorka zestawia razem teksty o ekranowych donżuanach, podrywaczach i o tych, których kariera zdominowana została przez jedną rolę. Redefiniuje pojęcie „dżentelmenów” tak samo, jak luźno traktuje pomysł kompozycyjny. Bohaterów tomu Emilia Padoł łączy za sprawą podobieństwa poglądów lub sytuacji, nie kłopocząc się specjalnie poważniejszymi wskazówkami. Ważne, żeby zyskać pretekst do opowiedzenia historii – ta historia natomiast obroni się już sama. Padoł wykorzystuje bowiem biografie obrosłe legendami i zabawnymi opowiastkami. Nie tworzy karykaturalnych jakości, a odtwarza to, co podoba się odbiorcom, bez względu na czasy. Proponuje esencję śmiesznych lub ekscentrycznych zachowań gwiazd, którym wybacza się wszystko, składa poszczególne teksty z szeregu nieencyklopedycznych danych, bo życiorysowy system bardzo ją nudzi. Uwzględnia przy tym mity, jakie tworzyli sami „dżentelmeni”, weryfikuje plotki, ale zawsze na tyle, żeby zostawić czytelnikom nieco rozrywki i nie niszczyć obiegowych opinii. W „Dżentelmenach PRL-u” dominuje nastawienie na przyciągnięcie odbiorcy do tekstu, Padoł proponuje podejście dziennikarskie: gromadzi jak najwięcej oryginalnych opowieści układa je w jeden spójny portret aktora lub pisarza. Takie quasi-biografie w pigułce całkiem dobrze się czyta dla rozrywki – sprawdzą się też jako internetowe publikacje: od czytelników nie wymagają wertowania kolejnych opracowań czy tomów biograficznych, zapewniają krótkotrwałą zabawę i szereg danych funkcjonujących niemal w roli żartu. Padoł zatrzymuje się na poziomie anegdotycznego życia, nie pogłębia tematów i nie chce oceniać bohaterów (chyba że może dać im szansę obrony własnych decyzji). Przebiega przez życiorysy, przystanki robiąc na przykład przy ocenach z zewnątrz lub wypowiedziach bohaterów. Z kawałeczków wspomnień skleja kolorowe szkice. Jeśli więc ktoś jest fanem przedstawianych tu postaci, większość opowieści będzie znać już z innych źródeł – trzeba jednak przyznać, że Emilia Padoł nie psuje efektu komicznego i podkreśla puenty, kiedy tylko może. A że temat barwnych postaci PRL-u został w ostatnich latach omówiony na rynku literatury faktu tak szczegółowo, że właściwie wyczerpująco, trudno nawet spodziewać się, by ta autorka wniosła do wiedzy o aktorach i pisarzach PRL-u coś nowego. Należy zatem przyjąć, że nie o nowinki tu chodzi – i cieszyć się lekturą.
Padoł pisze swobodnie i bez poszukiwania sensacji: zawsze staje po stronie swoich bohaterów, niezależnie od tego, jakie drogi wybierali. W związku z tym „Dżentelmeni PRL-u” to publikacja, która wielu odbiorcom stanie się zwyczajnie bliska. Tu gwiazdy – filmu i literatury – mają rozmaite słabostki, wybacza się je ze względu na nieodparty urok kolejnych bożyszczy kobiet. Ta książka wyjaśnia odrobinę fenomen Stanisława Mikulskiego, Lepolda Tyrmanda, Andrzeja Łapickiego czy Zbigniewa Cybulskiego zwykłym odbiorcom. Daje możliwość spotkania się ze sławami i poznania zestawu anegdot o nich. „Dżentelmenów PRL-u” czyta się dla rozrywki i dla zaspokojenia ciekawości – to skrótowe prezentacje składające się w atrakcyjny cykl. To też książka, w której dowcip jest bardzo ceniony, również jako element gwiazdorskich czy „kultowych” kreacji.
Amanci
Po damach przyszedł czas na dżentelmenów PRL-u – Emilia Padoł postanowiła przywołać dziewięć portretów męskich dla ukazania barwności czasów szarzyzny. Sięgnęła po sylwetki aktorów i pisarzy, którzy zaistnieli w świadomości społecznej nie tylko artystycznymi dokonaniami, ale i sposobem bycia. Autorka nie odkrywa tu wielkich sekretów i spraw, o których odbiorcy zainteresowani tematem by nie słyszeli – stawia na zbiory ciekawostek i anegdot, splatając z nich skrócone biograficzne szkice, nieco plotkarskie, lekkie i przyjemne w lekturze.
„Dżentelmeni” to dla Padoł termin umowny – może bardziej do zaprezentowanych tu postaci pasowałoby określenie „amanci” lub „macho” – autorka zestawia razem teksty o ekranowych donżuanach, podrywaczach i o tych, których kariera zdominowana została przez jedną rolę. Redefiniuje pojęcie „dżentelmenów” tak samo, jak luźno traktuje pomysł kompozycyjny. Bohaterów tomu Emilia Padoł łączy za sprawą podobieństwa poglądów lub sytuacji, nie kłopocząc się specjalnie poważniejszymi wskazówkami. Ważne, żeby zyskać pretekst do opowiedzenia historii – ta historia natomiast obroni się już sama. Padoł wykorzystuje bowiem biografie obrosłe legendami i zabawnymi opowiastkami. Nie tworzy karykaturalnych jakości, a odtwarza to, co podoba się odbiorcom, bez względu na czasy. Proponuje esencję śmiesznych lub ekscentrycznych zachowań gwiazd, którym wybacza się wszystko, składa poszczególne teksty z szeregu nieencyklopedycznych danych, bo życiorysowy system bardzo ją nudzi. Uwzględnia przy tym mity, jakie tworzyli sami „dżentelmeni”, weryfikuje plotki, ale zawsze na tyle, żeby zostawić czytelnikom nieco rozrywki i nie niszczyć obiegowych opinii. W „Dżentelmenach PRL-u” dominuje nastawienie na przyciągnięcie odbiorcy do tekstu, Padoł proponuje podejście dziennikarskie: gromadzi jak najwięcej oryginalnych opowieści układa je w jeden spójny portret aktora lub pisarza. Takie quasi-biografie w pigułce całkiem dobrze się czyta dla rozrywki – sprawdzą się też jako internetowe publikacje: od czytelników nie wymagają wertowania kolejnych opracowań czy tomów biograficznych, zapewniają krótkotrwałą zabawę i szereg danych funkcjonujących niemal w roli żartu. Padoł zatrzymuje się na poziomie anegdotycznego życia, nie pogłębia tematów i nie chce oceniać bohaterów (chyba że może dać im szansę obrony własnych decyzji). Przebiega przez życiorysy, przystanki robiąc na przykład przy ocenach z zewnątrz lub wypowiedziach bohaterów. Z kawałeczków wspomnień skleja kolorowe szkice. Jeśli więc ktoś jest fanem przedstawianych tu postaci, większość opowieści będzie znać już z innych źródeł – trzeba jednak przyznać, że Emilia Padoł nie psuje efektu komicznego i podkreśla puenty, kiedy tylko może. A że temat barwnych postaci PRL-u został w ostatnich latach omówiony na rynku literatury faktu tak szczegółowo, że właściwie wyczerpująco, trudno nawet spodziewać się, by ta autorka wniosła do wiedzy o aktorach i pisarzach PRL-u coś nowego. Należy zatem przyjąć, że nie o nowinki tu chodzi – i cieszyć się lekturą.
Padoł pisze swobodnie i bez poszukiwania sensacji: zawsze staje po stronie swoich bohaterów, niezależnie od tego, jakie drogi wybierali. W związku z tym „Dżentelmeni PRL-u” to publikacja, która wielu odbiorcom stanie się zwyczajnie bliska. Tu gwiazdy – filmu i literatury – mają rozmaite słabostki, wybacza się je ze względu na nieodparty urok kolejnych bożyszczy kobiet. Ta książka wyjaśnia odrobinę fenomen Stanisława Mikulskiego, Lepolda Tyrmanda, Andrzeja Łapickiego czy Zbigniewa Cybulskiego zwykłym odbiorcom. Daje możliwość spotkania się ze sławami i poznania zestawu anegdot o nich. „Dżentelmenów PRL-u” czyta się dla rozrywki i dla zaspokojenia ciekawości – to skrótowe prezentacje składające się w atrakcyjny cykl. To też książka, w której dowcip jest bardzo ceniony, również jako element gwiazdorskich czy „kultowych” kreacji.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Johanna Basford: Tajemny ogród
Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.
Liście
Johanna Basford nie definiuje swojego tomu kolorowanek „Tajemny ogród” pod kątem wieku odbiorców. Tworzy książkę, z której będą mogli korzystać wszyscy chętni – bo znajdują się tu zadania różnego rodzaju. O „dorosłości” publikacji świadczy przede wszystkim misterność wzorów do kolorowania – niewiele dzieci wykaże się taką cierpliwością i taką sprawnością manualną, by zakolorowywać maleńkie i precyzyjne elementy rysunków. Z kolei na dziecięcość wskazuje klucz z podpowiedziami: autorka ukryła w grafikach sporo różnych stworzeń i przy miniaturkach wyjaśnia, jakich trzeba szukać na kartkach. „Tajemny ogród” jest więc próbą połączenia kolorowanek klasycznych i antystresowych, a przede wszystkim – graficznym i ilustratorskim popisem.
Kolejne wzory składają się, zgodnie z tytułem, z motywów ogrodowych: autorka proponuje plątaninę liści i kwiatów, czasem zagląda w korony drzew, do altan, oczek wodnych czy na tarasy z donicami. Z roślin układa magiczne niemal kompozycje, a wśród listowia ukrywa kolejnych mieszkańców ogrodu. Proponuje ogrodowe widoki lub abstrakcyjne wzory z kwiatów, a każda strona przynosi nowe pomysły. Imponuje Basford wyobraźnią – nie odchodzi od tematu, a wciąż jest oryginalna i twórcza. Nie poprzestaje jednak na kolorowankach, wie, jaką moc mogą mieć białe plamy na kartkach. Zachęca do samodzielnego rozwijania wzorów i uzupełniania rysunków, do dorysowywania zwierząt i kwiatów, do ćwiczenia ręki w ażurowych kompozycjach. Oczywiście po wykonaniu takiego zadania rysunek można zwyczajnie pokolorować.
Poukrywane wśród liści stworzenia to nie tylko test na spostrzegawczość dla odbiorców. Owszem, można ćwiczyć myślenie analityczne i wypatrywać określonych kształtów w plątaninie roślin. Ale nie ulega wątpliwości, że to także rodzaj niespodzianki dla tych, którzy zaangażują się w kolorowanie. Obecność mieszkańców ogrodu wytrąca z rutyny, ma walory odkrycia, kiedy trafi się na nich przypadkiem i bez przygotowania. To rodzaj bonusu dla odbiorców: zagłębianie się w tajemny ogród niesie dodatkowe korzyści.
Johanna Basford przekona do siebie przede wszystkim tych odbiorców, którzy lubią wyzwania. Wzory są tu naprawdę drobne i nie da się wypełniać tomu przypadkowo znalezionymi kredkami. Ogród zamienia się w puszczę – sporo czasu upłynie, zanim uda się pokolorować wszystko. To rozrywka na wiele długich wieczorów – i jeśli ktoś zdążył już połknąć bakcyla kolorowania, po tę książkę powinien sięgnąć jak najprędzej. Tu na pracy trzeba się skupić – ze względu na maleńkie detale. „Tajemny ogród” może więc funkcjonować albo jako standardowy odstresowywacz, albo jako sposób na pobudzenie twórczej aktywności, albo jako nietypowy zeszyt ćwiczeń, usprawniający rękę. Kolorowanki dla dorosłych to aktualnie modne hobby, ale Basford proponuje coś więcej: grafiki, które same w sobie są imponujące i ciekawe. Wchodzenie w głąb tajemnego ogrodu staje się tu nieszablonową rozrywką.
Wydawnictwo zaleca tu używanie flamastrów do kolorowania i cienkopisów do „esów-floresów i detali” – w takiej decyzji pomóc może też faktura papieru, dość, jak na kolorowankę, niejednolita. Jednak istnieje obawa, że flamastry zaczną przebijać przez strony, a wtedy część rysunków nie będzie nadawała się do użytku. „Tajemny ogród” to publikacja, w której nie stawia się odbiorcom żadnych ograniczeń, więc wszystko ostatecznie i tak zależeć będzie od inwencji użytkowników książki. Kto zechce wejść do tajemnego ogrodu, ten zostanie tam na dłużej – w spokoju, ciszy i w otoczeniu przyrody w skali mikro.
Liście
Johanna Basford nie definiuje swojego tomu kolorowanek „Tajemny ogród” pod kątem wieku odbiorców. Tworzy książkę, z której będą mogli korzystać wszyscy chętni – bo znajdują się tu zadania różnego rodzaju. O „dorosłości” publikacji świadczy przede wszystkim misterność wzorów do kolorowania – niewiele dzieci wykaże się taką cierpliwością i taką sprawnością manualną, by zakolorowywać maleńkie i precyzyjne elementy rysunków. Z kolei na dziecięcość wskazuje klucz z podpowiedziami: autorka ukryła w grafikach sporo różnych stworzeń i przy miniaturkach wyjaśnia, jakich trzeba szukać na kartkach. „Tajemny ogród” jest więc próbą połączenia kolorowanek klasycznych i antystresowych, a przede wszystkim – graficznym i ilustratorskim popisem.
Kolejne wzory składają się, zgodnie z tytułem, z motywów ogrodowych: autorka proponuje plątaninę liści i kwiatów, czasem zagląda w korony drzew, do altan, oczek wodnych czy na tarasy z donicami. Z roślin układa magiczne niemal kompozycje, a wśród listowia ukrywa kolejnych mieszkańców ogrodu. Proponuje ogrodowe widoki lub abstrakcyjne wzory z kwiatów, a każda strona przynosi nowe pomysły. Imponuje Basford wyobraźnią – nie odchodzi od tematu, a wciąż jest oryginalna i twórcza. Nie poprzestaje jednak na kolorowankach, wie, jaką moc mogą mieć białe plamy na kartkach. Zachęca do samodzielnego rozwijania wzorów i uzupełniania rysunków, do dorysowywania zwierząt i kwiatów, do ćwiczenia ręki w ażurowych kompozycjach. Oczywiście po wykonaniu takiego zadania rysunek można zwyczajnie pokolorować.
Poukrywane wśród liści stworzenia to nie tylko test na spostrzegawczość dla odbiorców. Owszem, można ćwiczyć myślenie analityczne i wypatrywać określonych kształtów w plątaninie roślin. Ale nie ulega wątpliwości, że to także rodzaj niespodzianki dla tych, którzy zaangażują się w kolorowanie. Obecność mieszkańców ogrodu wytrąca z rutyny, ma walory odkrycia, kiedy trafi się na nich przypadkiem i bez przygotowania. To rodzaj bonusu dla odbiorców: zagłębianie się w tajemny ogród niesie dodatkowe korzyści.
Johanna Basford przekona do siebie przede wszystkim tych odbiorców, którzy lubią wyzwania. Wzory są tu naprawdę drobne i nie da się wypełniać tomu przypadkowo znalezionymi kredkami. Ogród zamienia się w puszczę – sporo czasu upłynie, zanim uda się pokolorować wszystko. To rozrywka na wiele długich wieczorów – i jeśli ktoś zdążył już połknąć bakcyla kolorowania, po tę książkę powinien sięgnąć jak najprędzej. Tu na pracy trzeba się skupić – ze względu na maleńkie detale. „Tajemny ogród” może więc funkcjonować albo jako standardowy odstresowywacz, albo jako sposób na pobudzenie twórczej aktywności, albo jako nietypowy zeszyt ćwiczeń, usprawniający rękę. Kolorowanki dla dorosłych to aktualnie modne hobby, ale Basford proponuje coś więcej: grafiki, które same w sobie są imponujące i ciekawe. Wchodzenie w głąb tajemnego ogrodu staje się tu nieszablonową rozrywką.
Wydawnictwo zaleca tu używanie flamastrów do kolorowania i cienkopisów do „esów-floresów i detali” – w takiej decyzji pomóc może też faktura papieru, dość, jak na kolorowankę, niejednolita. Jednak istnieje obawa, że flamastry zaczną przebijać przez strony, a wtedy część rysunków nie będzie nadawała się do użytku. „Tajemny ogród” to publikacja, w której nie stawia się odbiorcom żadnych ograniczeń, więc wszystko ostatecznie i tak zależeć będzie od inwencji użytkowników książki. Kto zechce wejść do tajemnego ogrodu, ten zostanie tam na dłużej – w spokoju, ciszy i w otoczeniu przyrody w skali mikro.
niedziela, 2 sierpnia 2015
Miała baba koguta. Najpiękniejsze piosenki dla dzieci z zapisem nutowym
Egmont, Warszawa 2015.
Świat nut
Ta niewielka publikacja może przynieść sporo radości, zwłaszcza dzieciom, które uczą się gry na jakimś instrumencie i są na początku drogi muzycznej edukacji. Ponadto tomik przypomina utwory powszechnie znane i obecne już w świadomości najmłodszych. Nie da się wertować tej książeczki bez nucenia melodii pamiętanych i kojarzonych „od zawsze”. „Miała baba koguta. Najpiękniejsze piosenki dla dzieci z zapisem nutowym” to zestaw utworków zwykle nawet niedostrzeganych pod kątem materiału literackiego, a łączących pokolenia, czasem naiwnych, czasem zabawnych, czasem absurdalnych.
Kolejne kartki z dość grubego kredowego papieru połączone są na spirali, jak w kołonotatniku. To dobrze przemyślane rozwiązanie, jeśli chce się zwracać uwagę na zapis nutowy: książka nie zamknie się nagle podczas grania, nie będzie jej się też wyłamywał grzbiet. Łatwiej traktować tę pozycję jako muzyczny zeszyt ćwiczeń, a i najmłodszym powinien przypaść do gustu pomysł na wydanie tomiku. Przyjęty tu został bardzo czytelny system oznaczania utworów. Każda piosenka ma swój kolor tła pod tekstem, tytułu i znaków graficznych. Można dzięki temu w ogóle zrezygnować z numerowania stron i posługiwać się tylko kolorem, jako odnośnikiem. To rozwiązanie nadaje całości ciekawy kształt. Nie dość, że wydawnictwo unika pstrokacizny i banału w rysunkach dla dzieci, zyskuje estetyczną jakość i nawet pewną szlachetność opracowania, to jeszcze umożliwia bezproblemową nawigację i orientowanie się w kolejnych zwrotkach. Kolorowe strony układają się w tęczową całość, niby dziecięcą, a przyjemną i dla oczu dorosłych. Udało się wypracować kompromis między oczekiwaniami maluchów i cenioną przez dorosłych monochromatycznością. Dodawane tu rysunkowe motywy współgrają treścią piosenek, czasem czerpią z sytuacji w utworze, czasem natomiast z ludowych motywów lub zabaw najmłodszych. Stawianie na symbol nie infantylizuje tych grafik.
Mieści się tu aż dwadzieścia pięć piosenek, które w dzieciństwie poznają chyba wszyscy: wśród nich „Wlazł kotek na płotek”, „Panie Janie”, „Stary niedźwiedź” i wiele innych. Właściwie każdy tytuł u dorosłego odbiorcy otwiera natychmiast szufladkę z muzycznymi wspomnieniami: rodzice bez trudu zanucą większość tych piosenek swoim pociechom. Przy okazji też zafundują sobie powrót do beztroskiego dzieciństwa, choćby przy „Malowanym wózku” czy „Jadą, jadą misie”. Teksty, które zdążyły już przejść do zestawu piosenek biesiadnych, tutaj odzyskają blask i znaczenie.
Lektura zbiorku czasami będzie dla czytelników nie lada zaskoczeniem: przeważnie zna się lub pamięta z dzieciństwa tylko pierwsze zwrotki, najczęściej wykonywane i przywoływane. Teraz owe zwrotki rozbudowują się w całe opowieści, można się przekonać, co stało się z ich bohaterami. Zdarza się, że elementy folkloru przestają być dla małych odbiorców czytelne, spotkanie z tymi piosenkami będzie więc również okazją do poszerzenia słownictwa – mało kto spodziewałby się takiej wartości po bagatelizowanych zwykle i niedocenianych utworach. „Miała baba koguta” to dobra okazja, żeby uświadomić sobie wartość dziecięcych śpiewanek. Pojawiają się tu przecież teksty anonimowe, ale i te przygotowywane przez wybitnych twórców.
Dochodzi do tego sprawa najważniejsza: zapis nutowy. Większość dzieci spotka się z nim dopiero w podręcznikach do muzyki w szkole – i wcale nie musi wykazywać zainteresowania dla tego, co jest na pięciolinii. Połączenie nut i piosenek, które wszyscy już znają, ma inną wartość: to rodzaj alfabetu, który można poznawać, szyfru dla wtajemniczonych. Tak może się zacząć wielka muzyczna przygoda, zwłaszcza że to zapis linii melodycznej. Dzieci uczące się gry na gitarze czy keyboardzie uzyskają tu jeszcze rozpiskę akordów. W ten sposób dostaną szansę przetestowania tomiku od strony praktycznej: to drobiazg, który co bardziej ambitne dzieci ucieszy. Taka pozycja była na rynku wydawniczym potrzebna.
Świat nut
Ta niewielka publikacja może przynieść sporo radości, zwłaszcza dzieciom, które uczą się gry na jakimś instrumencie i są na początku drogi muzycznej edukacji. Ponadto tomik przypomina utwory powszechnie znane i obecne już w świadomości najmłodszych. Nie da się wertować tej książeczki bez nucenia melodii pamiętanych i kojarzonych „od zawsze”. „Miała baba koguta. Najpiękniejsze piosenki dla dzieci z zapisem nutowym” to zestaw utworków zwykle nawet niedostrzeganych pod kątem materiału literackiego, a łączących pokolenia, czasem naiwnych, czasem zabawnych, czasem absurdalnych.
Kolejne kartki z dość grubego kredowego papieru połączone są na spirali, jak w kołonotatniku. To dobrze przemyślane rozwiązanie, jeśli chce się zwracać uwagę na zapis nutowy: książka nie zamknie się nagle podczas grania, nie będzie jej się też wyłamywał grzbiet. Łatwiej traktować tę pozycję jako muzyczny zeszyt ćwiczeń, a i najmłodszym powinien przypaść do gustu pomysł na wydanie tomiku. Przyjęty tu został bardzo czytelny system oznaczania utworów. Każda piosenka ma swój kolor tła pod tekstem, tytułu i znaków graficznych. Można dzięki temu w ogóle zrezygnować z numerowania stron i posługiwać się tylko kolorem, jako odnośnikiem. To rozwiązanie nadaje całości ciekawy kształt. Nie dość, że wydawnictwo unika pstrokacizny i banału w rysunkach dla dzieci, zyskuje estetyczną jakość i nawet pewną szlachetność opracowania, to jeszcze umożliwia bezproblemową nawigację i orientowanie się w kolejnych zwrotkach. Kolorowe strony układają się w tęczową całość, niby dziecięcą, a przyjemną i dla oczu dorosłych. Udało się wypracować kompromis między oczekiwaniami maluchów i cenioną przez dorosłych monochromatycznością. Dodawane tu rysunkowe motywy współgrają treścią piosenek, czasem czerpią z sytuacji w utworze, czasem natomiast z ludowych motywów lub zabaw najmłodszych. Stawianie na symbol nie infantylizuje tych grafik.
Mieści się tu aż dwadzieścia pięć piosenek, które w dzieciństwie poznają chyba wszyscy: wśród nich „Wlazł kotek na płotek”, „Panie Janie”, „Stary niedźwiedź” i wiele innych. Właściwie każdy tytuł u dorosłego odbiorcy otwiera natychmiast szufladkę z muzycznymi wspomnieniami: rodzice bez trudu zanucą większość tych piosenek swoim pociechom. Przy okazji też zafundują sobie powrót do beztroskiego dzieciństwa, choćby przy „Malowanym wózku” czy „Jadą, jadą misie”. Teksty, które zdążyły już przejść do zestawu piosenek biesiadnych, tutaj odzyskają blask i znaczenie.
Lektura zbiorku czasami będzie dla czytelników nie lada zaskoczeniem: przeważnie zna się lub pamięta z dzieciństwa tylko pierwsze zwrotki, najczęściej wykonywane i przywoływane. Teraz owe zwrotki rozbudowują się w całe opowieści, można się przekonać, co stało się z ich bohaterami. Zdarza się, że elementy folkloru przestają być dla małych odbiorców czytelne, spotkanie z tymi piosenkami będzie więc również okazją do poszerzenia słownictwa – mało kto spodziewałby się takiej wartości po bagatelizowanych zwykle i niedocenianych utworach. „Miała baba koguta” to dobra okazja, żeby uświadomić sobie wartość dziecięcych śpiewanek. Pojawiają się tu przecież teksty anonimowe, ale i te przygotowywane przez wybitnych twórców.
Dochodzi do tego sprawa najważniejsza: zapis nutowy. Większość dzieci spotka się z nim dopiero w podręcznikach do muzyki w szkole – i wcale nie musi wykazywać zainteresowania dla tego, co jest na pięciolinii. Połączenie nut i piosenek, które wszyscy już znają, ma inną wartość: to rodzaj alfabetu, który można poznawać, szyfru dla wtajemniczonych. Tak może się zacząć wielka muzyczna przygoda, zwłaszcza że to zapis linii melodycznej. Dzieci uczące się gry na gitarze czy keyboardzie uzyskają tu jeszcze rozpiskę akordów. W ten sposób dostaną szansę przetestowania tomiku od strony praktycznej: to drobiazg, który co bardziej ambitne dzieci ucieszy. Taka pozycja była na rynku wydawniczym potrzebna.
Magdalena Zarębska: Nadchodzi Słoniątko. Agnieszka Frączek: Kaczka w berecie i inne historie
Wydawnictwo Debit, Bielsko-Biała 2014.
Czytanki
Seri Czytamy bez mamy w Debicie to szereg pozycji, które można podsuwać maluchom uczącym się składać litery w słowa, ale i tym, które tę sztukę już opanowały, a teraz muszą trochę poćwiczyć zanim przejdą do świata prawdziwych książek. Ale to nie jedyne jej przeznaczenie. Historie z drobnych tomików równie dobrze posłużyć mogą jako lektury przed snem czy opowiastki, które rodzice będą przedstawiać pociechom podczas wspólnych wieczorów. Nie ma tu treści nieodpowiednich dla maluchów, nie ma też trudnych słów (chociaż trudne tematy się zdarzają, jednak w dobrej realizacji). Autorzy zwracają uwagę na kształt tych historyjek i na formę. W prostych fabułkach pamiętają o małych czytelnikach.
„Nadchodzi Słoniątko” Magdaleny Zarębskiej to przedziwna opowieść o cudzie narodzin, tomik, który z pewnością zyska aprobatę matek i pomoże w tłumaczeniu dziecku, co się z nim działo, zanim przyszło na świat. W brzuchu mamy rośnie małe słoniątko. Jeszcze nie wie, jak wygląda prawdziwy świat, rzeczywistość jest dla niego połączeniem dźwięków i dotyków oraz fragmentów emocji mamy. Maluch wie, kiedy jego rodzeństwo bawi się nad wodą, kiedy inne słonice w stadzie delikatnie głaszczą trąbami brzuch mamy i kiedy mama pożywia się pysznymi liśćmi. Gdy już przyjdzie na świat, wszystko to pozna raz jeszcze, z innej perspektywy. Teraz będzie prawdziwym uczestnikiem wydarzeń. Zarębska stawia na zmysłowość w opowiadaniu: gra brzmieniem, pisze z typowym dla matek rozczuleniem. Tomik „Nadchodzi Słoniątko” przepełnia matczyna duma i miłość – to uczucia, które we wspólnej lekturze połączą mamy z kilkulatkami. Historia słoniątka to również dobry wstęp do rozmowy o tym, skąd się biorą dzieci. Niekoniecznie natomiast to fabuła, która samodzielnych czytaczy skusi – jednak jeśli to nastąpi, dzieci poszerzą swoje słownictwo i wypracują zwiększoną wrażliwość.
Na Agnieszkę Frączek zawsze można liczyć. Jej „Kaczka w berecie i inne historie” to tomik zawierający trzy dynamiczne opowiadania, a każde z innej perspektywy poruszające temat obecności zwierząt w domu. Jest to więc podwójny wabik dla dzieci – obok takich zagadnień nie sposób przejść obojętnie, zwłaszcza że Frączek ma zawsze ciekawe pomysły i realizuje je z humorem. Najpierw wprowadza do tomiku gadający worek żeglarski. Zawartość worka (a właściwie pasażera na gapę) trzeba wypuścić, jednak przy okazji udaje się spełnić marzenie dzieci i zapobiec lękom mamy. Poza początkową tajemnicą Agnieszka Frączek wprowadza zatem scenariusz, który maluchom bardzo się spodoba. W drugim opowiadaniu gadająca papuga staje się atrakcją okolicy i pomaga samotnemu człowiekowi zdobyć przyjaciół. Co do kaczki w berecie natomiast… tytułowa bohaterka w ogóle nie zachowuje się jak kaczka, ale to już nie dziwi u autorki, która nieszablonowe pomysły bardzo chętnie przekuwa na opowiadania. „Kaczka w berecie” nie męczy długością, to tomik z opowiadaniami przystosowanymi do dziecięcych możliwości. Ponadto komiksowe ilustracje Artura Nowickiego ubarwiają lekturę.
Czytamy bez mamy to seria, w której nie akcentuje się przesadnie różnic i umiejętności dzieci. Można wybierać sobie najbardziej interesujące tytuły z różnych poziomów i ćwiczyć czytanie na dowolnych historiach, oznaczenia poziomu odnoszą się przede wszystkim do długości tekstu. To odróżnia tę serię od podobnych cykli edukacyjnych. Tu nie chodzi o monitorowanie postępów, a o przekonanie najmłodszych, żeby sięgali po książki dla rozrywki czy ładunku emocjonalnego. Dzięki ciekawym fabułom, humorowi i nastawieniu na niespodzianki łatwo taki efekt uzyskać – dlatego też cykl Debitu powinien się pojawiać w procesie edukacji najmłodszych.
Czytanki
Seri Czytamy bez mamy w Debicie to szereg pozycji, które można podsuwać maluchom uczącym się składać litery w słowa, ale i tym, które tę sztukę już opanowały, a teraz muszą trochę poćwiczyć zanim przejdą do świata prawdziwych książek. Ale to nie jedyne jej przeznaczenie. Historie z drobnych tomików równie dobrze posłużyć mogą jako lektury przed snem czy opowiastki, które rodzice będą przedstawiać pociechom podczas wspólnych wieczorów. Nie ma tu treści nieodpowiednich dla maluchów, nie ma też trudnych słów (chociaż trudne tematy się zdarzają, jednak w dobrej realizacji). Autorzy zwracają uwagę na kształt tych historyjek i na formę. W prostych fabułkach pamiętają o małych czytelnikach.
„Nadchodzi Słoniątko” Magdaleny Zarębskiej to przedziwna opowieść o cudzie narodzin, tomik, który z pewnością zyska aprobatę matek i pomoże w tłumaczeniu dziecku, co się z nim działo, zanim przyszło na świat. W brzuchu mamy rośnie małe słoniątko. Jeszcze nie wie, jak wygląda prawdziwy świat, rzeczywistość jest dla niego połączeniem dźwięków i dotyków oraz fragmentów emocji mamy. Maluch wie, kiedy jego rodzeństwo bawi się nad wodą, kiedy inne słonice w stadzie delikatnie głaszczą trąbami brzuch mamy i kiedy mama pożywia się pysznymi liśćmi. Gdy już przyjdzie na świat, wszystko to pozna raz jeszcze, z innej perspektywy. Teraz będzie prawdziwym uczestnikiem wydarzeń. Zarębska stawia na zmysłowość w opowiadaniu: gra brzmieniem, pisze z typowym dla matek rozczuleniem. Tomik „Nadchodzi Słoniątko” przepełnia matczyna duma i miłość – to uczucia, które we wspólnej lekturze połączą mamy z kilkulatkami. Historia słoniątka to również dobry wstęp do rozmowy o tym, skąd się biorą dzieci. Niekoniecznie natomiast to fabuła, która samodzielnych czytaczy skusi – jednak jeśli to nastąpi, dzieci poszerzą swoje słownictwo i wypracują zwiększoną wrażliwość.
Na Agnieszkę Frączek zawsze można liczyć. Jej „Kaczka w berecie i inne historie” to tomik zawierający trzy dynamiczne opowiadania, a każde z innej perspektywy poruszające temat obecności zwierząt w domu. Jest to więc podwójny wabik dla dzieci – obok takich zagadnień nie sposób przejść obojętnie, zwłaszcza że Frączek ma zawsze ciekawe pomysły i realizuje je z humorem. Najpierw wprowadza do tomiku gadający worek żeglarski. Zawartość worka (a właściwie pasażera na gapę) trzeba wypuścić, jednak przy okazji udaje się spełnić marzenie dzieci i zapobiec lękom mamy. Poza początkową tajemnicą Agnieszka Frączek wprowadza zatem scenariusz, który maluchom bardzo się spodoba. W drugim opowiadaniu gadająca papuga staje się atrakcją okolicy i pomaga samotnemu człowiekowi zdobyć przyjaciół. Co do kaczki w berecie natomiast… tytułowa bohaterka w ogóle nie zachowuje się jak kaczka, ale to już nie dziwi u autorki, która nieszablonowe pomysły bardzo chętnie przekuwa na opowiadania. „Kaczka w berecie” nie męczy długością, to tomik z opowiadaniami przystosowanymi do dziecięcych możliwości. Ponadto komiksowe ilustracje Artura Nowickiego ubarwiają lekturę.
Czytamy bez mamy to seria, w której nie akcentuje się przesadnie różnic i umiejętności dzieci. Można wybierać sobie najbardziej interesujące tytuły z różnych poziomów i ćwiczyć czytanie na dowolnych historiach, oznaczenia poziomu odnoszą się przede wszystkim do długości tekstu. To odróżnia tę serię od podobnych cykli edukacyjnych. Tu nie chodzi o monitorowanie postępów, a o przekonanie najmłodszych, żeby sięgali po książki dla rozrywki czy ładunku emocjonalnego. Dzięki ciekawym fabułom, humorowi i nastawieniu na niespodzianki łatwo taki efekt uzyskać – dlatego też cykl Debitu powinien się pojawiać w procesie edukacji najmłodszych.
sobota, 1 sierpnia 2015
Lincoln Peirce: Zapiski Luzaka. Trefna strefa
Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.
Szkoła na głowie
Natan jest od tego, żeby wpadać w kłopoty po uszy i później szukać wyjść ze skomplikowanych sytuacji. Ten dzieciak nie należy do szkolnej elity, jest przeciętny zarówno w temacie ocen, jak i w sprawach towarzyskich. Sporo czasu spędza w kozie. I ma spore poczucie humoru oraz talent do rysowania prostych komiksów. Takiego bohatera Lincoln Peirce wykorzystuje, żeby zachęcić dzieci do książek – i znakomicie mu to wychodzi, bo Natan dostarcza sporo rozrywki, a do tego mimo wad daje się lubić. W kolejnych tomach serii Zapiski Luzaka Natan relacjonuje swoje szkolne doświadczenia i rysuje komiksowe opowiastki. Wszystko z wielkim nasyceniem żartem.
„Trefna strefa” to jak zwykle u tego autora opowieść wielopoziomowa. Jedną płaszczyznę stanowi tu zespół Ujarzmij Małża i spór Natana z wokalistą oraz odwiecznym rywalem, Arturem. W efekcie kłótni Natan musi sam wystąpić na szkolnym apelu i omal nie przekreśla kariery grupy rockowej. Drugim tematem jest zauroczenie Chada: przyjaciel Natana zwraca uwagę na nieśmiałą Mayę i chciałby doprowadzić do spotkania z koleżanką. Do tego Peirce dokłada jeszcze szkolne zawody sportowe i siódmoklasistę, który wyznacza trendy w szkole. Nad wszystkim rozsnuwa motyw pecha Natana: tym razem bohater otrzyma nawet amulet zapewniający powodzenie. Jednak kilka spraw będzie musiał naprawić bez uciekania się do wiary w zaczarowane przedmioty. A należy pamiętać, że przez cały czas trwania opowieści szkolne życie toczy się tu swoim trybem – pojawiają się groźni nauczyciele i złośliwi koledzy – okazji do śmiechu nie zabraknie.
Natan ma pecha, ale nie jest nieudacznikiem. Sam może wpływać na los i na relacje z innymi ludźmi. Jeśli coś zepsuje przez własną bezmyślność, sam będzie musiał przyznać się do błędu, przeprosić i naprawić winy. Peirce pokazuje między innymi, jak działają zasady życia społecznego, jak rozwiązywać konflikty i jak wygrywać z lepszymi. Natan nie zyska może statusu najbardziej podziwianego chłopaka w szkole – ale wie, co zrobić, żeby nie dać się ważniejszym w tej społeczności. Nie ma zadatków na ofiarę, podpowiada przy okazji kilku przygód swoje sposoby na wybrnięcie z niezręcznej sytuacji.
Ten bohater uwielbia rysować komiksy, więc w narracji często pojawiają się upraszczane rysunki w miejsce opowieści. Natan bardzo dba o to, żeby puentować każdą scenkę w sposób niespodziewany dla odbiorców. Bez względu na to, czy odwołuje się do wyobraźni i zamienia przyjaciół w superbohaterów, czy w retrospekcji pokazuje nauczycieli w karykaturze, cały czas jest zabawny i pomysłowy. To ten element kreacji Natana sprawia, że w Zapiski Luzaka łatwiej jest dzieciom uwierzyć – i oswoić się ze szkolną społecznością.
Peirce przeplata ze sobą różne wątki, nigdy nie pozostaje przesadnie długo przy jednym temacie. Dba o to, żeby u Natana bez przerwy coś się działo – i unika spraw oczywistych lub oczywistych ocen. Nawet rodzice i nauczyciele potrafią zaskoczyć swoimi pomysłami i poglądami. A Natan wykorzystuje swój spryt i kreatywność, żeby pomagać kolegom w osiągnięciu upragnionych celów. Ta historyjka przygotowana została dla rozrywki (i w paru miejscach na marginesach wykorzystuje nawet specjalny szyfr Natana), ale można kilka podpowiedzi z niej zastosować i w prawdziwym życiu, do rozwiązywania niechcianych konfliktów. Seria o Natanie to książki, którym młodzi odbiorcy się nie oprą – jedna z lepszych powieści komiksowych, na jakie można dzisiaj trafić. Sprawdza się tu i humor autora oraz postaci, i dobrze przemyślany mariaż rysunków oraz dynamicznego tekstu.

Szkoła na głowie
Natan jest od tego, żeby wpadać w kłopoty po uszy i później szukać wyjść ze skomplikowanych sytuacji. Ten dzieciak nie należy do szkolnej elity, jest przeciętny zarówno w temacie ocen, jak i w sprawach towarzyskich. Sporo czasu spędza w kozie. I ma spore poczucie humoru oraz talent do rysowania prostych komiksów. Takiego bohatera Lincoln Peirce wykorzystuje, żeby zachęcić dzieci do książek – i znakomicie mu to wychodzi, bo Natan dostarcza sporo rozrywki, a do tego mimo wad daje się lubić. W kolejnych tomach serii Zapiski Luzaka Natan relacjonuje swoje szkolne doświadczenia i rysuje komiksowe opowiastki. Wszystko z wielkim nasyceniem żartem.
„Trefna strefa” to jak zwykle u tego autora opowieść wielopoziomowa. Jedną płaszczyznę stanowi tu zespół Ujarzmij Małża i spór Natana z wokalistą oraz odwiecznym rywalem, Arturem. W efekcie kłótni Natan musi sam wystąpić na szkolnym apelu i omal nie przekreśla kariery grupy rockowej. Drugim tematem jest zauroczenie Chada: przyjaciel Natana zwraca uwagę na nieśmiałą Mayę i chciałby doprowadzić do spotkania z koleżanką. Do tego Peirce dokłada jeszcze szkolne zawody sportowe i siódmoklasistę, który wyznacza trendy w szkole. Nad wszystkim rozsnuwa motyw pecha Natana: tym razem bohater otrzyma nawet amulet zapewniający powodzenie. Jednak kilka spraw będzie musiał naprawić bez uciekania się do wiary w zaczarowane przedmioty. A należy pamiętać, że przez cały czas trwania opowieści szkolne życie toczy się tu swoim trybem – pojawiają się groźni nauczyciele i złośliwi koledzy – okazji do śmiechu nie zabraknie.
Natan ma pecha, ale nie jest nieudacznikiem. Sam może wpływać na los i na relacje z innymi ludźmi. Jeśli coś zepsuje przez własną bezmyślność, sam będzie musiał przyznać się do błędu, przeprosić i naprawić winy. Peirce pokazuje między innymi, jak działają zasady życia społecznego, jak rozwiązywać konflikty i jak wygrywać z lepszymi. Natan nie zyska może statusu najbardziej podziwianego chłopaka w szkole – ale wie, co zrobić, żeby nie dać się ważniejszym w tej społeczności. Nie ma zadatków na ofiarę, podpowiada przy okazji kilku przygód swoje sposoby na wybrnięcie z niezręcznej sytuacji.
Ten bohater uwielbia rysować komiksy, więc w narracji często pojawiają się upraszczane rysunki w miejsce opowieści. Natan bardzo dba o to, żeby puentować każdą scenkę w sposób niespodziewany dla odbiorców. Bez względu na to, czy odwołuje się do wyobraźni i zamienia przyjaciół w superbohaterów, czy w retrospekcji pokazuje nauczycieli w karykaturze, cały czas jest zabawny i pomysłowy. To ten element kreacji Natana sprawia, że w Zapiski Luzaka łatwiej jest dzieciom uwierzyć – i oswoić się ze szkolną społecznością.
Peirce przeplata ze sobą różne wątki, nigdy nie pozostaje przesadnie długo przy jednym temacie. Dba o to, żeby u Natana bez przerwy coś się działo – i unika spraw oczywistych lub oczywistych ocen. Nawet rodzice i nauczyciele potrafią zaskoczyć swoimi pomysłami i poglądami. A Natan wykorzystuje swój spryt i kreatywność, żeby pomagać kolegom w osiągnięciu upragnionych celów. Ta historyjka przygotowana została dla rozrywki (i w paru miejscach na marginesach wykorzystuje nawet specjalny szyfr Natana), ale można kilka podpowiedzi z niej zastosować i w prawdziwym życiu, do rozwiązywania niechcianych konfliktów. Seria o Natanie to książki, którym młodzi odbiorcy się nie oprą – jedna z lepszych powieści komiksowych, na jakie można dzisiaj trafić. Sprawdza się tu i humor autora oraz postaci, i dobrze przemyślany mariaż rysunków oraz dynamicznego tekstu.

Piotr Woźniak: Tata Adama
MJM, Warszawa 2015.
Życie
Tata Adama jest schronieniem albo sposobem na odcięcie się od nieważnych codziennych spraw zajmujących myśli i szarpiących nerwy. Piotr Woźniak (tekstowo przy ogromnym wsparciu Agnieszki Łomnickiej) przywraca rzeczywistości bardziej duchowy wymiar. Na ludzkie sprawy Woźniak i Łomnicka spoglądają przez pryzmat uniwersalności, egzystencjalne refleksje raz zamieniają w poetycką filozofię, raz w żart. Tata Adama to krążek bardzo gościnny: tu można usiąść na ławce obok wygrzewającego się w słońcu kota, znaleźć swojego anielskiego przewodnika-pocieszyciela lub zjednoczyć się w poglądzie, że „ten ma rację, kto głośniej wrzaśnie”. Tata Adama wrzasku unika, tak samo jak unika wielkich słów. Tu o miłości mówi się najprościej, sporą rolę odgrywa cisza: nie jako brak dźwięków, a jako wyciszenie sprzyjające przemyśleniom. U Piotra Woźniaka bez przerwy spostrzeżenia natury ogólnoludzkiej splatają się z rzeczywistością odartą z patosu. Z jednej strony „szukamy siebie pogubieni w świecie”, z drugiej pojawia się świadomość, że „życie / wstaje o świcie / po krótkiej nocy / odsłania okno / nastawia kawę / przeciera oczy”. Piotr Woźniak i Agnieszka Łomnicka odkrywają prawdy oczywiste, a przecież niedostępne w codziennym chaosie. Ich uwagi, jakby notatki z podróży w głąb siebie, stanowią szereg ważnych olśnień dla odbiorców. Nie ma w tekstach na płycie kiczu, jest delikatność, nienachalny liryzm i przekonanie, że w prostych słowach kryją się najgłębsze prawdy. Kolejne frazy trafiają w sedno i sprawiają, że chce się tych piosenek słuchać wiele razy.
Dwoje autorów tekstów, jeden kompozytor (Piotr Woźniak). Do muzycznych aranżacji i Woźniaka prawie zawsze z gitarą dochodzi wiolonczelistka Anna Papierz i… dwóch muzyków w dwóch utworach (Janusz Tytman i Wojciech Czemplik). Wydawałoby się, że taki zestaw musi skończyć się powtarzalnością pomysłów i monotonią, tymczasem na płycie nie ma o tym mowy. Piotr Woźniak proponuje słuchaczom jedenaście utworów, a każdy utrzymany w innej stylistyce i w innym klimacie. Gitara i wiolonczela świetnie się ze sobą uzupełniają, prowadząc muzyczny dialog. Instrumentem staje się tu też głos Piotra Woźniaka: nie tylko nośnik szczerych emocji, ale i narzędzie interpretacji. Nie trzeba osobno analizować słów i melodii: stapiają się one w jedno i potęgują wrażenia odbiorców. Woźniak za każdym razem jest inny, zamienia się w przedstawiciela poezji śpiewanej, barda, artystę folkowego, ale i autora piosenek, które z powodzeniem mogłyby utrzymywać się na listach przebojów. Przede wszystkim jednak Piotr Woźniak bardzo umiejętnie eksponuje uczucia istotne w kolejnych utworach. Nie boi się też muzycznych i tekstowych dowcipów: kiedy śpiewa z uśmiechem, nastrój udziela się słuchaczom.
Tata Adama jest płytą modelowo wręcz skomponowaną, przemyślaną także pod kątem kolejności utworów. Piosenki refleksyjne przeplatają się z dowcipnymi, rytmy przygotowują na tekstowe prawdy do przemyślenia. Nie ulega wątpliwości, że to krążek przygotowany z sercem, nie w pośpiechu i z przymusu publikowania. Dlatego też ma tak ogromną siłę działania i dla odbiorców będzie swoistym drogowskazem.
Ale analizowanie poszczególnych składników płyty Tata Adama niewiele w gruncie rzeczy daje. Nie przekaże bowiem tego, co najważniejsze: pełnego artystycznego przeżycia, jakie te utwory zapewniają. Piotra Woźniaka po prostu chce się słuchać i ten, kto nie interesuje się nurtem krainy łagodności, a na Tatę Adama przypadkiem trafi, będzie mógł mówić o wielkim szczęściu. Banału (również muzycznego) tu nie ma.
Zresztą wszystko, co zostało już tu opisane, nie ma większego znaczenia. Na płycie Tata Adama rządzi, całkiem zresztą słusznie, kot. Gdyby nie było kota, nie mogłaby zaistnieć ta płyta, a wszystkie życia, ołówkowe i prawdziwe, straciłyby wartość. „Albo” w tytule piosenki Kot albo życie to po prostu słowny znak równości.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
Życie
Tata Adama jest schronieniem albo sposobem na odcięcie się od nieważnych codziennych spraw zajmujących myśli i szarpiących nerwy. Piotr Woźniak (tekstowo przy ogromnym wsparciu Agnieszki Łomnickiej) przywraca rzeczywistości bardziej duchowy wymiar. Na ludzkie sprawy Woźniak i Łomnicka spoglądają przez pryzmat uniwersalności, egzystencjalne refleksje raz zamieniają w poetycką filozofię, raz w żart. Tata Adama to krążek bardzo gościnny: tu można usiąść na ławce obok wygrzewającego się w słońcu kota, znaleźć swojego anielskiego przewodnika-pocieszyciela lub zjednoczyć się w poglądzie, że „ten ma rację, kto głośniej wrzaśnie”. Tata Adama wrzasku unika, tak samo jak unika wielkich słów. Tu o miłości mówi się najprościej, sporą rolę odgrywa cisza: nie jako brak dźwięków, a jako wyciszenie sprzyjające przemyśleniom. U Piotra Woźniaka bez przerwy spostrzeżenia natury ogólnoludzkiej splatają się z rzeczywistością odartą z patosu. Z jednej strony „szukamy siebie pogubieni w świecie”, z drugiej pojawia się świadomość, że „życie / wstaje o świcie / po krótkiej nocy / odsłania okno / nastawia kawę / przeciera oczy”. Piotr Woźniak i Agnieszka Łomnicka odkrywają prawdy oczywiste, a przecież niedostępne w codziennym chaosie. Ich uwagi, jakby notatki z podróży w głąb siebie, stanowią szereg ważnych olśnień dla odbiorców. Nie ma w tekstach na płycie kiczu, jest delikatność, nienachalny liryzm i przekonanie, że w prostych słowach kryją się najgłębsze prawdy. Kolejne frazy trafiają w sedno i sprawiają, że chce się tych piosenek słuchać wiele razy.
Dwoje autorów tekstów, jeden kompozytor (Piotr Woźniak). Do muzycznych aranżacji i Woźniaka prawie zawsze z gitarą dochodzi wiolonczelistka Anna Papierz i… dwóch muzyków w dwóch utworach (Janusz Tytman i Wojciech Czemplik). Wydawałoby się, że taki zestaw musi skończyć się powtarzalnością pomysłów i monotonią, tymczasem na płycie nie ma o tym mowy. Piotr Woźniak proponuje słuchaczom jedenaście utworów, a każdy utrzymany w innej stylistyce i w innym klimacie. Gitara i wiolonczela świetnie się ze sobą uzupełniają, prowadząc muzyczny dialog. Instrumentem staje się tu też głos Piotra Woźniaka: nie tylko nośnik szczerych emocji, ale i narzędzie interpretacji. Nie trzeba osobno analizować słów i melodii: stapiają się one w jedno i potęgują wrażenia odbiorców. Woźniak za każdym razem jest inny, zamienia się w przedstawiciela poezji śpiewanej, barda, artystę folkowego, ale i autora piosenek, które z powodzeniem mogłyby utrzymywać się na listach przebojów. Przede wszystkim jednak Piotr Woźniak bardzo umiejętnie eksponuje uczucia istotne w kolejnych utworach. Nie boi się też muzycznych i tekstowych dowcipów: kiedy śpiewa z uśmiechem, nastrój udziela się słuchaczom.
Tata Adama jest płytą modelowo wręcz skomponowaną, przemyślaną także pod kątem kolejności utworów. Piosenki refleksyjne przeplatają się z dowcipnymi, rytmy przygotowują na tekstowe prawdy do przemyślenia. Nie ulega wątpliwości, że to krążek przygotowany z sercem, nie w pośpiechu i z przymusu publikowania. Dlatego też ma tak ogromną siłę działania i dla odbiorców będzie swoistym drogowskazem.
Ale analizowanie poszczególnych składników płyty Tata Adama niewiele w gruncie rzeczy daje. Nie przekaże bowiem tego, co najważniejsze: pełnego artystycznego przeżycia, jakie te utwory zapewniają. Piotra Woźniaka po prostu chce się słuchać i ten, kto nie interesuje się nurtem krainy łagodności, a na Tatę Adama przypadkiem trafi, będzie mógł mówić o wielkim szczęściu. Banału (również muzycznego) tu nie ma.
Zresztą wszystko, co zostało już tu opisane, nie ma większego znaczenia. Na płycie Tata Adama rządzi, całkiem zresztą słusznie, kot. Gdyby nie było kota, nie mogłaby zaistnieć ta płyta, a wszystkie życia, ołówkowe i prawdziwe, straciłyby wartość. „Albo” w tytule piosenki Kot albo życie to po prostu słowny znak równości.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
Subskrybuj:
Posty (Atom)






