Galaktyka, Łódź 2014.
Sukcesy życiowe
Sportowa seria Galaktyki w dalszym ciągu prężnie się rozwija, a że bieganie stało się ostatnio modne – ma szansę zdobyć większe grono czytelników. Kolejnym tomem w cyklu jest „Siła ambicji”. Mo Farah (czy jego ghost, T. J. Andrew) prezentuje tu swoją drogę do międzynarodowej kariery i bardzo szczegółowo omawia swoje życie. Urodzony w Somalii biegacz poważnie podchodzi do zadania, jakim jest stworzenie autobiografii – wyczerpująco omawia kolejne etapy życia oraz kariery, zasypuje odbiorców faktami z życia prywatnego i pracy. Pisze o swojej rodzinie, o dzieciństwie w Afryce, o wieloletnim rozstaniu z bratem bliźniakiem – i o treningach. Nie zapomina o pierwszych biegach i o trudnym wyborze między lekkoatletyką a piłką nożną. Bardzo dużo miejsca poświęca swojemu nauczycielowi w-fu, który dostrzegł w nim talent do biegania i wskazał drogę rozwoju. W dalszej pracy pojawia się między innymi trener Alberto Salazar, ale zanim do niego Mo Farah dotrze w opowieści, minie wiele czasu.
Bo Mo Farah ma do powiedzenia wiele, i to jeszcze zanim na dobre rozpocznie prawdziwe treningi. Stara się przedstawić absolutnie wszystko, przywołuje nawet drobne żarty z żoną – całą tę spowiedź można by mocno skrócić, tyle że wtedy pewnie czytelnicy czuliby pewien niedosyt. Tak – nie mogą narzekać na przesadną selekcję informacji. Zwłaszcza że autobiografie biegaczy to lektury o specyficznym szkielecie konstrukcyjnym. Farah może zyskać uznanie dzięki przebijającej się przez tekst skromności i zwyczajności. Zawsze podkreśla, komu i czemu zawdzięcza sukcesy, nie kreuje się tu na gwiazdę. Co ciekawe, mimo afrykańskiego pochodzenia czuje się Brytyjczykiem – dziwnie więc brzmi, gdy dystansuje się choćby od kenijskich biegaczy, a przedstawia siebie jako Europejczyka, który wygrał wyścig. To manifestacja przywiązania do drugiej ojczyzny – ale nie do końca przekonująca przez zbyt łatwe przekreślenie przeszłości. A przecież na początku Farah sporo opowiada o problemach z przyswojeniem nowego języka – a nawet o bójkach z powodu koloru skóry.
Farah sporo uwagi poświęca też pozatreningowej pracy nad sobą. Analizuje przyczyny porażek, przedstawia wnioski, do jakich doszedł, opowiada o umowach sponsorskich (które czasem też stają się czynnikiem motywującym do pracy), wylicza zmiany pomagające osiągnąć lepsze wyniki. Udowadnia, że sam talent nie wystarcza, potrzebna jest jeszcze ciężka praca na treningach i – kwestia psychiki. Nie zawsze proponuje czytelnikom gotowe wnioski, czasami zostawia ich z materiałem do przemyśleń i nie wyręcza w konstruowaniu pełnego obrazu sportowca. A że wyniki sportowe autora są powszechnie znane – część finału tej historii zna niemal każdy odbiorca. Dlatego też łatwiej jest śledzić drobiazgowe zwierzenia, a i sam Farah nie musi budować napięcia w książce, wystarczy, że będzie spokojnie zmierzał do celu.
Pomysł na okładkę przykuwa wzrok. Artystyczne fotografie (i złoty grzbiet z wytłoczonymi literami) to oprawa godna olimpijskiego mistrza. I w środku znajduje się kilkadziesiąt zdjęć, dzięki którym czytelnicy poznają bohaterów tej opowieści. Mo Farah daje się w ten sposób polubić, zaprasza do swojego życia i niewiele chce ukryć. To jeszcze przysporzy mu fanów. Książka, która ukazuje się niedługo po ogromnym sukcesie nie jest publikacją przygotowywaną pospiesznie ze względu na oczekiwania odbiorców – to opowieść rzeczowa, staranna i bardzo długa – w sam raz dla tych, którzy sportową serię Galaktyki cenią za prywatne opowieści znakomitych sportowców.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 6 czerwca 2014
czwartek, 5 czerwca 2014
Katarina Mazetti: Grób rodzinny
Czarna Owca, Warszawa 2014.
Komplikacja po finale
Facet z grobu obok to samiec. Prosty rolnik, który zna się na prowadzeniu gospodarstwa i hodowli krów, niezbyt inteligentny pod względem emocjonalnym, za to fascynująco męski dla eterycznej bibliotekarki. Desirée i Benny to przedstawiciele dwóch odrębnych światów, nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale zegar biologiczny kobiety tyka – bohaterka pragnie mieć dziecko i do tego celu chce wykorzystać rolnika. Wie, że ich związek nie miałby szans powodzenia, dlatego decyduje się tylko na trzy łóżkowe randki, po których ma nastąpić definitywne rozstanie. Tyle że sercu nie można nic nakazać. Prokreacja zamienia się w bycie razem mimo wszystko.
Bohaterowie „Faceta z grobu obok” powracają teraz w tomie „Grób rodzinny”. Katarina Mazetti na początku wprowadza trzy narracje – do znanej już pary dołącza się Anita, była partnerka mężczyzny – z czasem znika z relacji. Desirée zostaje panią domu, którego zupełnie nie rozumie. Nie może też oczekiwać zrozumienia własnych potrzeb – Benny nie dostrzega wartości duchowych, uznając je za fanaberie. Nie pojmuje też, jak może być zmęczona kobieta, która całymi dniami siedzi w domu z dziećmi i nic nie robi. A mogłaby od czasu do czasu wstać wcześniej i wydoić krowy… Różnice poglądów rzutują na związek, a z czasem mogą też doprowadzić do tragedii – ale tak nietypowa para jest Katarinie Mazetti potrzebna do budowania trudnego komizmu.
Żart oparty na sprzecznościach szybko się przejada, potem zostaje tylko – albo aż – kreacja niezwykłego związku i próba wyszukiwania najlepszych dróg dla bohaterów. Nikt nie chce do końca rezygnować ze swoich przywilejów i przyzwyczajeń, więc rodzina staje się niemal poligonem, a mimo to bohaterowie próbują ocalić związek i siebie nawzajem. Mazetti pokazuje, jak kończą się niedopasowane relacje – tu nie chodzi o proste konflikty, jakich wiele zna każda para. Tu nie ma zupełnie chęci zrozumienia drugiej strony – ani też możliwości takiego zrozumienia. Bibliotekarce zależy na czytaniu wierszy w deszczu, rolnik wie, że musi ciężko pracować przez całe lato, żeby krowy miały co jeść zimą. Obie sfery są tu wyostrzane i celowo ze sobą kontrastowane, Mazetti w ten sposób unika tendencyjnych scenariuszy i łatwych ocen. Bo naprawdę nie da się sympatyzować tylko z jedną stroną, ignorując sensowne często argumenty drugiej.
Desirée i Benny nie potrafią ze sobą rozmawiać, więc narracja dzieli się na dwa tory. Na przemian raz jedno, raz drugie z nietypowego związku dzieli się swoimi spostrzeżeniami i uwagami. Ten sposób opowiadania jeszcze pogłębia konflikty i ukazuje brak perspektyw dla pary. „Grób rodzinny” to przewrotne ukazanie, co może się stać po baśniowym zakończeniu, gdy początkowa fascynacja przestanie przesłaniać rzeczywistość. Po lekturze tej pozornie zabawnej powieści nasuwa się wiele pytań o sens bycia w związku, który ogranicza – i o stopień poświęcenia dla drugiej osoby. Katarina Mazetti udaje, że dobrze się bawi, śledząc komplikacje niedobranej pary – „Grób rodzinny” to w rzeczywistości powieść bardzo gorzka, nie przygnębiająca, ale też nie cukierkowo optymistyczna. Mazetti dzieli opowieść na krótkie rozdziały i każdą sytuację obserwuje z dwóch perspektyw – w ten sposób próbuje też zachęcić odbiorców do niejednowymiarowego oceniania wzajemnych relacji.
Komplikacja po finale
Facet z grobu obok to samiec. Prosty rolnik, który zna się na prowadzeniu gospodarstwa i hodowli krów, niezbyt inteligentny pod względem emocjonalnym, za to fascynująco męski dla eterycznej bibliotekarki. Desirée i Benny to przedstawiciele dwóch odrębnych światów, nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale zegar biologiczny kobiety tyka – bohaterka pragnie mieć dziecko i do tego celu chce wykorzystać rolnika. Wie, że ich związek nie miałby szans powodzenia, dlatego decyduje się tylko na trzy łóżkowe randki, po których ma nastąpić definitywne rozstanie. Tyle że sercu nie można nic nakazać. Prokreacja zamienia się w bycie razem mimo wszystko.
Bohaterowie „Faceta z grobu obok” powracają teraz w tomie „Grób rodzinny”. Katarina Mazetti na początku wprowadza trzy narracje – do znanej już pary dołącza się Anita, była partnerka mężczyzny – z czasem znika z relacji. Desirée zostaje panią domu, którego zupełnie nie rozumie. Nie może też oczekiwać zrozumienia własnych potrzeb – Benny nie dostrzega wartości duchowych, uznając je za fanaberie. Nie pojmuje też, jak może być zmęczona kobieta, która całymi dniami siedzi w domu z dziećmi i nic nie robi. A mogłaby od czasu do czasu wstać wcześniej i wydoić krowy… Różnice poglądów rzutują na związek, a z czasem mogą też doprowadzić do tragedii – ale tak nietypowa para jest Katarinie Mazetti potrzebna do budowania trudnego komizmu.
Żart oparty na sprzecznościach szybko się przejada, potem zostaje tylko – albo aż – kreacja niezwykłego związku i próba wyszukiwania najlepszych dróg dla bohaterów. Nikt nie chce do końca rezygnować ze swoich przywilejów i przyzwyczajeń, więc rodzina staje się niemal poligonem, a mimo to bohaterowie próbują ocalić związek i siebie nawzajem. Mazetti pokazuje, jak kończą się niedopasowane relacje – tu nie chodzi o proste konflikty, jakich wiele zna każda para. Tu nie ma zupełnie chęci zrozumienia drugiej strony – ani też możliwości takiego zrozumienia. Bibliotekarce zależy na czytaniu wierszy w deszczu, rolnik wie, że musi ciężko pracować przez całe lato, żeby krowy miały co jeść zimą. Obie sfery są tu wyostrzane i celowo ze sobą kontrastowane, Mazetti w ten sposób unika tendencyjnych scenariuszy i łatwych ocen. Bo naprawdę nie da się sympatyzować tylko z jedną stroną, ignorując sensowne często argumenty drugiej.
Desirée i Benny nie potrafią ze sobą rozmawiać, więc narracja dzieli się na dwa tory. Na przemian raz jedno, raz drugie z nietypowego związku dzieli się swoimi spostrzeżeniami i uwagami. Ten sposób opowiadania jeszcze pogłębia konflikty i ukazuje brak perspektyw dla pary. „Grób rodzinny” to przewrotne ukazanie, co może się stać po baśniowym zakończeniu, gdy początkowa fascynacja przestanie przesłaniać rzeczywistość. Po lekturze tej pozornie zabawnej powieści nasuwa się wiele pytań o sens bycia w związku, który ogranicza – i o stopień poświęcenia dla drugiej osoby. Katarina Mazetti udaje, że dobrze się bawi, śledząc komplikacje niedobranej pary – „Grób rodzinny” to w rzeczywistości powieść bardzo gorzka, nie przygnębiająca, ale też nie cukierkowo optymistyczna. Mazetti dzieli opowieść na krótkie rozdziały i każdą sytuację obserwuje z dwóch perspektyw – w ten sposób próbuje też zachęcić odbiorców do niejednowymiarowego oceniania wzajemnych relacji.
środa, 4 czerwca 2014
Agnieszka Tyszka: August
Egmont, Warszawa 2014.
Kucyki
Klara z rodzicami i zbuntowaną siostrą mieszka w Szuminie, z dala od wielkich miast. Rodzice dziewczynki prowadzą stajnię – konie i kucyki, które imiona dostają od nazw miesięcy urzekną każdego małego czytelnika. W serii Koniki z Szumińskich Łąk Agnieszka Tyszka stawia na wartości stale obecne w literaturze czwartej – między innymi na przyjaźń czy pomysłowość dziecięcych bohaterów – ale podąża też za fabularnymi modami. Przechwytuje pewne elementy z kultury popularnej i nadaje im nowy wymiar w swoim cyklu.
Konie i kucyki to wabik, prosty sposób na zachęcenie do czytania. Ciekawy dla dzieci (marzących o własnym koniu lub kucyku) motyw buduje w powieści koloryt lokalny, ale jest też ważny przy prezentowaniu uczuć postaci. Bo do Szumina przeprowadza się z mamą Paulina, której sytuacja finansowa nie pozwoliła na trzymanie ukochanego kuca. Przyjaciółki ze szkoły obmyślają zatem plan, dzięki któremu nowa znajoma zyska szansę na sprowadzenie zwierzęcia do Szumińskich Łąk. W tym oddalonym od cywilizacji miejscu spełniają się przecież marzenia. Agnieszka Tyszka pisze tę serię dla młodszych nastolatków, tu problemem nie są jeszcze rozterki sercowe, a niespodziewanie – trudna codzienność. Paulina wstydzi się oryginalnych zachowań mamy i nie wie, jak jej dziwactwa przyjmą nowe koleżanki. Potrzebuje akceptacji, ale ponieważ jednocześnie bardzo boi się odrzucenia, nie ułatwia innym kontaktu. Mimo życzliwości i serdeczności miejscowych, trudno jej się przełamać – i tu przyda się pomoc zwierząt.
August, bohater tego tomiku, to kucyk islandzki. Pełni tu ważną rolę, bo pomaga w aklimatyzacji Paulinie – kojąc jej tęsknotę za Rokim. August zwany Guciem jest też oczywiście bardzo mądry – czasami zresztą przejmuje narrację i sam opowiada o wydarzeniach ze stajni i okolic. Tyszka nie zajmuje się tutaj przekuwaniem opowieści na perspektywę zwierzęcia, Gucio postrzega świat tak samo jak ludzie, a przy okazji może trochę opowiedzieć o ulubionych przysmakach czy własnych potrzebach. Jawi się też jako zwierzę wrażliwe i rozsądne, ma dostęp do świata ludzi – w drugą stronę ta relacja nie działa. Obecność Augusta w toku narracji sprawia, że dzieci szybciej przekonają się do całej serii.
Agnieszka Tyszka nie oszczędza małym bohaterom trosk. Paulina pochodzi z rozbitej rodziny, kiedyś była córką bizneswoman, która dla dziecka nie miała czasu. Teraz jej mama rzuca się w wir innych mód i wciąż nie daje dziewczynce wsparcia, co więcej – sama go potrzebuje. Paulina zna gorycz rozstania z bliskimi i wie już, co znaczy bieda. Klara za to prezentuje energię i pomysłowość przebijającą nawet wizje dorosłych. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych, z każdej sytuacji da się wybrnąć przy odrobinie zaangażowania. Ta dziewczynka pokazuje, że nigdy nie należy się poddawać – ani załamywać rąk – bo wystarczy wyobraźnia i przedsiębiorczość, żeby pomóc. W ten sposób „August” zamienia się niemal w zachętę do działania, w zestaw ciekawych przygód, jakich nikt by się nie spodziewał w małej wiosce.
„August” to historia, w której dorosłe problemy przenikają do świata dzieci, a dzieci najlepiej zapobiegają katastrofom – biorą sprawy w swoje ręce i nadają im pożądany kierunek. Tu można liczyć na innych i żadna sytuacja nie wyprowadzi z równowagi – zwłaszcza że spokój przynosi już sama obecność koni i kucyków, kojąca oraz potrzebna – i to każdemu. Tyszka proponuje dzieciom atrakcyjną wakacyjną powieść.
Kucyki
Klara z rodzicami i zbuntowaną siostrą mieszka w Szuminie, z dala od wielkich miast. Rodzice dziewczynki prowadzą stajnię – konie i kucyki, które imiona dostają od nazw miesięcy urzekną każdego małego czytelnika. W serii Koniki z Szumińskich Łąk Agnieszka Tyszka stawia na wartości stale obecne w literaturze czwartej – między innymi na przyjaźń czy pomysłowość dziecięcych bohaterów – ale podąża też za fabularnymi modami. Przechwytuje pewne elementy z kultury popularnej i nadaje im nowy wymiar w swoim cyklu.
Konie i kucyki to wabik, prosty sposób na zachęcenie do czytania. Ciekawy dla dzieci (marzących o własnym koniu lub kucyku) motyw buduje w powieści koloryt lokalny, ale jest też ważny przy prezentowaniu uczuć postaci. Bo do Szumina przeprowadza się z mamą Paulina, której sytuacja finansowa nie pozwoliła na trzymanie ukochanego kuca. Przyjaciółki ze szkoły obmyślają zatem plan, dzięki któremu nowa znajoma zyska szansę na sprowadzenie zwierzęcia do Szumińskich Łąk. W tym oddalonym od cywilizacji miejscu spełniają się przecież marzenia. Agnieszka Tyszka pisze tę serię dla młodszych nastolatków, tu problemem nie są jeszcze rozterki sercowe, a niespodziewanie – trudna codzienność. Paulina wstydzi się oryginalnych zachowań mamy i nie wie, jak jej dziwactwa przyjmą nowe koleżanki. Potrzebuje akceptacji, ale ponieważ jednocześnie bardzo boi się odrzucenia, nie ułatwia innym kontaktu. Mimo życzliwości i serdeczności miejscowych, trudno jej się przełamać – i tu przyda się pomoc zwierząt.
August, bohater tego tomiku, to kucyk islandzki. Pełni tu ważną rolę, bo pomaga w aklimatyzacji Paulinie – kojąc jej tęsknotę za Rokim. August zwany Guciem jest też oczywiście bardzo mądry – czasami zresztą przejmuje narrację i sam opowiada o wydarzeniach ze stajni i okolic. Tyszka nie zajmuje się tutaj przekuwaniem opowieści na perspektywę zwierzęcia, Gucio postrzega świat tak samo jak ludzie, a przy okazji może trochę opowiedzieć o ulubionych przysmakach czy własnych potrzebach. Jawi się też jako zwierzę wrażliwe i rozsądne, ma dostęp do świata ludzi – w drugą stronę ta relacja nie działa. Obecność Augusta w toku narracji sprawia, że dzieci szybciej przekonają się do całej serii.
Agnieszka Tyszka nie oszczędza małym bohaterom trosk. Paulina pochodzi z rozbitej rodziny, kiedyś była córką bizneswoman, która dla dziecka nie miała czasu. Teraz jej mama rzuca się w wir innych mód i wciąż nie daje dziewczynce wsparcia, co więcej – sama go potrzebuje. Paulina zna gorycz rozstania z bliskimi i wie już, co znaczy bieda. Klara za to prezentuje energię i pomysłowość przebijającą nawet wizje dorosłych. Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych, z każdej sytuacji da się wybrnąć przy odrobinie zaangażowania. Ta dziewczynka pokazuje, że nigdy nie należy się poddawać – ani załamywać rąk – bo wystarczy wyobraźnia i przedsiębiorczość, żeby pomóc. W ten sposób „August” zamienia się niemal w zachętę do działania, w zestaw ciekawych przygód, jakich nikt by się nie spodziewał w małej wiosce.
„August” to historia, w której dorosłe problemy przenikają do świata dzieci, a dzieci najlepiej zapobiegają katastrofom – biorą sprawy w swoje ręce i nadają im pożądany kierunek. Tu można liczyć na innych i żadna sytuacja nie wyprowadzi z równowagi – zwłaszcza że spokój przynosi już sama obecność koni i kucyków, kojąca oraz potrzebna – i to każdemu. Tyszka proponuje dzieciom atrakcyjną wakacyjną powieść.
wtorek, 3 czerwca 2014
Elin Hilderbrand: Piękny dzień
Między Słowami, Kraków 2014.
Akcja w sercach
Elin Hilderbrand decyduje się na statyczną scenerię swojej powieści wakacyjno-romansowo-obyczajowej. W „Pięknym dniu” wszyscy przygotowują się do ślubu Jenny, który lada dzień odbędzie się na wyspie. Matka panny młodej zmarła na raka, ale zostawiła po sobie notatnik, w którym szczegółowo opisała dla córki kolejne etapy ślubnych przygotowań i podzieliła się własnymi doświadczeniami – dzięki temu bohaterka mniej odczuwa jej brak, a do tego unika niepotrzebnych dylematów. Ale uporządkowanie jednych spraw wcale nie oznacza spokoju we wszystkich dziedzinach. Jenna w przeddzień ślubu dokonuje odkryć, które zmienią jej poglądy na wspólne szczęście. I nie chodzi tu wcale o banalną zdradę, Hilderbrand nie wykorzystuje tak prostych środków.
Na ślub zjeżdża się rodzina Jenny – a każdy z bliskich ma inne życiowe doświadczenia i inne potrzeby, które mogą się zintensyfikować za sprawą stresu przed ceremonią. Święto Jenny to bowiem również okazja do przewartościowania decyzji i wyborów dla wielu osób. Pozorna sielanka stopniowo odsłania coraz więcej komplikacji. Autorka w opowieści przenosi się od ojca Jenny do jej starszej siostry, do przyjaciółki czy do matki pana młodego. Ślub dla części gości staje się okazją do wprowadzania radykalnych czasem zmian w życiu – nie obejdzie się więc bez wielkich emocji. Jednak Hilderbrand silnych wzruszeń u odbiorczyń zgrabnie unika – stawia za to na problemy i zmartwienia jednostkowe. Wszystko rozgrywa się tu na płaszczyźnie uczuciowej i relacjach przede wszystkim damsko-męskich. Autorka odnosi się do tematu dawnych krzywd i do niezrozumiałych reakcji po latach. Sprawdza, czy silniejsze są idealizowane uczucia, uświęcone związki czy proste pożądanie. Opowiada o tym, co łączy i dzieli zakochanych oraz kochających. Tu wielu bohaterów ma mocno pogmatwaną przeszłość, a życiowe doświadczenia nakazują im inaczej oceniać codzienność. W „Pięknym dniu” miłość to dodatek do życiowych zmagań – dzięki czemu powieść nie staje się nieznośnie sentymentalna czy kiczowata.
Historia podzielona została na części – kolejne dni w okolicach ślubu Jenny. Dodatkowo autorka wprowadza „osobowe” rozdziały – w każdym zajmuje się inną postacią – widzi rzeczywistość przez pryzmat jej emocji. To pozwala lepiej poznać dylematy i rozterki postaci – a także przemyśleć różne punkty widzenia na te same sprawy. Autorka mnoży tu sercowe perypetie, zmusza do podejmowania istotnych i niełatwych decyzji, ale nie przez pryzmat romansu, a psychologii. Tym, co w „Pięknym dniu” zasługuje na uznanie, są naprawdę dobrze umotywowane działania i decyzje. Nie dość, że wszystko jest po coś, to jeszcze – wszystko z czegoś wynika, w sposób zrozumiały dla odbiorczyń. Ten świat, chociaż w wersji mikro i wyizolowany od zwykłej codzienności, jest do bólu prawdziwy. Nawet zintensyfikowanie uczuć postaci nie przeszkadza, bo znajduje wytłumaczenie w atmosferze przygotowań. „Piękny dzień” to zestaw trudności, z jakimi musi się zmierzyć każdy, kto nie decyduje się na samotną egzystencję. A że Elin Hilderbrand nie posługuje się ani banałami, ani prostymi scenariuszami, przekona do siebie czytelniczki, które cenią sobie dobre romansowe i wakacyjne powieści. „Piękny dzień” dobrze się czyta – to powieść rozrywkowa, ale dokładnie przemyślana i dopracowana w szczegółach, a do tego pozbawiona tanich i łzawych rozwiązań. Zaangażuje odbiorczynie w troski bohaterów, a do tego pozwoli im uczestniczyć w przygotowaniach do ślubnej ceremonii. Dostarczy dawki emocjonalnych wrażeń – od dramatów i załamań po pełną radość i szczęście. A to wszystko bez konieczności przemieszczania się za postaciami. Tu akcja rozgrywa się w głowach i sercach.
Akcja w sercach
Elin Hilderbrand decyduje się na statyczną scenerię swojej powieści wakacyjno-romansowo-obyczajowej. W „Pięknym dniu” wszyscy przygotowują się do ślubu Jenny, który lada dzień odbędzie się na wyspie. Matka panny młodej zmarła na raka, ale zostawiła po sobie notatnik, w którym szczegółowo opisała dla córki kolejne etapy ślubnych przygotowań i podzieliła się własnymi doświadczeniami – dzięki temu bohaterka mniej odczuwa jej brak, a do tego unika niepotrzebnych dylematów. Ale uporządkowanie jednych spraw wcale nie oznacza spokoju we wszystkich dziedzinach. Jenna w przeddzień ślubu dokonuje odkryć, które zmienią jej poglądy na wspólne szczęście. I nie chodzi tu wcale o banalną zdradę, Hilderbrand nie wykorzystuje tak prostych środków.
Na ślub zjeżdża się rodzina Jenny – a każdy z bliskich ma inne życiowe doświadczenia i inne potrzeby, które mogą się zintensyfikować za sprawą stresu przed ceremonią. Święto Jenny to bowiem również okazja do przewartościowania decyzji i wyborów dla wielu osób. Pozorna sielanka stopniowo odsłania coraz więcej komplikacji. Autorka w opowieści przenosi się od ojca Jenny do jej starszej siostry, do przyjaciółki czy do matki pana młodego. Ślub dla części gości staje się okazją do wprowadzania radykalnych czasem zmian w życiu – nie obejdzie się więc bez wielkich emocji. Jednak Hilderbrand silnych wzruszeń u odbiorczyń zgrabnie unika – stawia za to na problemy i zmartwienia jednostkowe. Wszystko rozgrywa się tu na płaszczyźnie uczuciowej i relacjach przede wszystkim damsko-męskich. Autorka odnosi się do tematu dawnych krzywd i do niezrozumiałych reakcji po latach. Sprawdza, czy silniejsze są idealizowane uczucia, uświęcone związki czy proste pożądanie. Opowiada o tym, co łączy i dzieli zakochanych oraz kochających. Tu wielu bohaterów ma mocno pogmatwaną przeszłość, a życiowe doświadczenia nakazują im inaczej oceniać codzienność. W „Pięknym dniu” miłość to dodatek do życiowych zmagań – dzięki czemu powieść nie staje się nieznośnie sentymentalna czy kiczowata.
Historia podzielona została na części – kolejne dni w okolicach ślubu Jenny. Dodatkowo autorka wprowadza „osobowe” rozdziały – w każdym zajmuje się inną postacią – widzi rzeczywistość przez pryzmat jej emocji. To pozwala lepiej poznać dylematy i rozterki postaci – a także przemyśleć różne punkty widzenia na te same sprawy. Autorka mnoży tu sercowe perypetie, zmusza do podejmowania istotnych i niełatwych decyzji, ale nie przez pryzmat romansu, a psychologii. Tym, co w „Pięknym dniu” zasługuje na uznanie, są naprawdę dobrze umotywowane działania i decyzje. Nie dość, że wszystko jest po coś, to jeszcze – wszystko z czegoś wynika, w sposób zrozumiały dla odbiorczyń. Ten świat, chociaż w wersji mikro i wyizolowany od zwykłej codzienności, jest do bólu prawdziwy. Nawet zintensyfikowanie uczuć postaci nie przeszkadza, bo znajduje wytłumaczenie w atmosferze przygotowań. „Piękny dzień” to zestaw trudności, z jakimi musi się zmierzyć każdy, kto nie decyduje się na samotną egzystencję. A że Elin Hilderbrand nie posługuje się ani banałami, ani prostymi scenariuszami, przekona do siebie czytelniczki, które cenią sobie dobre romansowe i wakacyjne powieści. „Piękny dzień” dobrze się czyta – to powieść rozrywkowa, ale dokładnie przemyślana i dopracowana w szczegółach, a do tego pozbawiona tanich i łzawych rozwiązań. Zaangażuje odbiorczynie w troski bohaterów, a do tego pozwoli im uczestniczyć w przygotowaniach do ślubnej ceremonii. Dostarczy dawki emocjonalnych wrażeń – od dramatów i załamań po pełną radość i szczęście. A to wszystko bez konieczności przemieszczania się za postaciami. Tu akcja rozgrywa się w głowach i sercach.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Marek Nowakowski: Dziennik podróży w przeszłość
Iskry, Warszawa 2014.
Esencja
W świecie Marka Nowakowskiego sceny i wspomnienia ożywają za sprawą odpowiedniej stylizacji. Tu prawdziwym bohaterem opowieści staje się słowo, nic innego nie przynosi tak wielu wrażeń. W „Dzienniku podróży w przeszłość” pisarz przenosi czytelników do połowy XX wieku – i buduje nowy obraz siebie jako twórcy. Jest tu nie tyle kronikarzem co kreatorem wydarzeń, wszystkim wspomnieniom nadaje niemal powieściowy kształt. To już nie rejestr fragmentów przeszłości – to zaproszenie do niebanalnych obserwacji i ocen. Marek Nowakowski patrzy na siebie sprzed lat z nutą sentymentu, ale też z ogromnym dystansem. Zna swojego bohatera – siebie – rozumie jego problemy i rozterki, kibicuje mu w najtrudniejszych chwilach, ale jednocześnie bardzo chętnie skrywa go za fasadą narracyjności, tak, by ocenie podlegało nie życie, a sposób jego prezentowania.
Burzliwa to młodość. Autor odnosi się do fascynacji miejskim półświatkiem, zaprasza do zwiedzania mrocznej strony miejskiego pejzażu. Pokazuje zarówno poddawanie się ideologicznym manipulacjom, jak i narodziny pisarskich zainteresowań. Trochę społecznego marginesu, a trochę studiów składa się na obraz po latach. Nowakowski ocenia całość po latach, jego dziennik przybiera formę wspomnieniowych szkiców, tematycznych analiz określonych sytuacji. Ale zamiast czystych opisów, autor proponuje całkowite zanurzenie się w przedstawianej rzeczywistości, bez możliwości ucieczki. Tu życie staje się literaturą, w dodatku literaturą gęstą od nie do końca zrozumiałych wrażeń, wyzwań i fascynacji. Każde słowo musi zostać obudowane serią określeń zmysłowych, opatrzone ironicznym komentarzem, wplatane w wyraziste dialogi. Wartość słowa poznaje się właśnie po tym, gdy udaje się włączyć je w kształt doznań. Świat Nowakowskiego nigdy nie jest tutaj światem, który pozostawia po sobie obojętność. Nie ma w nim nic z tendencyjnych wzruszeń czy literackich schematów. Na każdej stronie pojawia się za to nowy pomysł na rozjątrzenie rzeczywistości. Podróż w przeszłość daleka jest od sentymentów, ale urzeka mrokiem, atmosferą konfesyjnego przeglądu błędów i nadużyć. Nowakowski z siebie jako bohatera opowieści czyni niemal królika doświadczalnego.
Kolejne historie akcentują dokładnie każde odczucie i każdą zmianę nastroju postaci. Klimat tworzy się tu przez detal, odtwarzany z filmową precyzją. Każdy szczegół znajduje się na swoim miejscu, a przecież odbiorcy poznają tylko tyle informacji, ile Nowakowski im dostarczy – tak subiektywnych przeżyć nie uzupełnią już nigdzie indziej. Opowiadając o swojej młodości, autor naprawdę opowiada o pisaniu, jakby dawniej nie przeżywał, a tylko gromadził materiały do zapisków. To ciekawa perspektywa – zabranie czytelników w podróż, która odbywa się dopiero teraz, po zdezaktualizowaniu społecznego i kulturowego kontekstu. Ta opowieść to droga do wolności. A zamyka ją bardzo krótkie posłowie, komentarz najmłodszy – i ostatni. Jako puenta sprawdza się w tomie idealnie.
W „Dzienniku podróży w przeszłość” kreacje pisarskie zderzają się z formą – i z siłą prawdziwych przeżyć. Markowi Nowakowskiemu udaje się pogodzić doświadczenia dla części dzisiejszych odbiorców mocno egzotyczne z urokiem literatury. Zapada się w tekst, a pisze także dla popisu, nie tylko dla pamięci. „Dziennik podróży w przeszłość” to również pytanie o miejsce literatury w życiu – i o cenę pewnych wyborów. To przegląd burzliwych doznań zapisywanych tak, by wydobywać z nich całą esencję przeżyć.
Esencja
W świecie Marka Nowakowskiego sceny i wspomnienia ożywają za sprawą odpowiedniej stylizacji. Tu prawdziwym bohaterem opowieści staje się słowo, nic innego nie przynosi tak wielu wrażeń. W „Dzienniku podróży w przeszłość” pisarz przenosi czytelników do połowy XX wieku – i buduje nowy obraz siebie jako twórcy. Jest tu nie tyle kronikarzem co kreatorem wydarzeń, wszystkim wspomnieniom nadaje niemal powieściowy kształt. To już nie rejestr fragmentów przeszłości – to zaproszenie do niebanalnych obserwacji i ocen. Marek Nowakowski patrzy na siebie sprzed lat z nutą sentymentu, ale też z ogromnym dystansem. Zna swojego bohatera – siebie – rozumie jego problemy i rozterki, kibicuje mu w najtrudniejszych chwilach, ale jednocześnie bardzo chętnie skrywa go za fasadą narracyjności, tak, by ocenie podlegało nie życie, a sposób jego prezentowania.
Burzliwa to młodość. Autor odnosi się do fascynacji miejskim półświatkiem, zaprasza do zwiedzania mrocznej strony miejskiego pejzażu. Pokazuje zarówno poddawanie się ideologicznym manipulacjom, jak i narodziny pisarskich zainteresowań. Trochę społecznego marginesu, a trochę studiów składa się na obraz po latach. Nowakowski ocenia całość po latach, jego dziennik przybiera formę wspomnieniowych szkiców, tematycznych analiz określonych sytuacji. Ale zamiast czystych opisów, autor proponuje całkowite zanurzenie się w przedstawianej rzeczywistości, bez możliwości ucieczki. Tu życie staje się literaturą, w dodatku literaturą gęstą od nie do końca zrozumiałych wrażeń, wyzwań i fascynacji. Każde słowo musi zostać obudowane serią określeń zmysłowych, opatrzone ironicznym komentarzem, wplatane w wyraziste dialogi. Wartość słowa poznaje się właśnie po tym, gdy udaje się włączyć je w kształt doznań. Świat Nowakowskiego nigdy nie jest tutaj światem, który pozostawia po sobie obojętność. Nie ma w nim nic z tendencyjnych wzruszeń czy literackich schematów. Na każdej stronie pojawia się za to nowy pomysł na rozjątrzenie rzeczywistości. Podróż w przeszłość daleka jest od sentymentów, ale urzeka mrokiem, atmosferą konfesyjnego przeglądu błędów i nadużyć. Nowakowski z siebie jako bohatera opowieści czyni niemal królika doświadczalnego.
Kolejne historie akcentują dokładnie każde odczucie i każdą zmianę nastroju postaci. Klimat tworzy się tu przez detal, odtwarzany z filmową precyzją. Każdy szczegół znajduje się na swoim miejscu, a przecież odbiorcy poznają tylko tyle informacji, ile Nowakowski im dostarczy – tak subiektywnych przeżyć nie uzupełnią już nigdzie indziej. Opowiadając o swojej młodości, autor naprawdę opowiada o pisaniu, jakby dawniej nie przeżywał, a tylko gromadził materiały do zapisków. To ciekawa perspektywa – zabranie czytelników w podróż, która odbywa się dopiero teraz, po zdezaktualizowaniu społecznego i kulturowego kontekstu. Ta opowieść to droga do wolności. A zamyka ją bardzo krótkie posłowie, komentarz najmłodszy – i ostatni. Jako puenta sprawdza się w tomie idealnie.
W „Dzienniku podróży w przeszłość” kreacje pisarskie zderzają się z formą – i z siłą prawdziwych przeżyć. Markowi Nowakowskiemu udaje się pogodzić doświadczenia dla części dzisiejszych odbiorców mocno egzotyczne z urokiem literatury. Zapada się w tekst, a pisze także dla popisu, nie tylko dla pamięci. „Dziennik podróży w przeszłość” to również pytanie o miejsce literatury w życiu – i o cenę pewnych wyborów. To przegląd burzliwych doznań zapisywanych tak, by wydobywać z nich całą esencję przeżyć.
niedziela, 1 czerwca 2014
Opowieści biblijne
Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.
Znane i oswojone
Znajomość Biblii nie jest tylko i wyłącznie sprawą wiary – nawiązania do Starego i Nowego Testamentu stanowią bowiem bardzo ważną część kultury, pojawiają się w sztuce i w języku potocznym. To podstawa, bez której trudno sobie wyobrazić zrozumienie wielu dzieł. W przepięknej serii Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia ukazał się tom „Opowieści biblijne” – sposób na lekturowe oswojenie najmłodszych z tematami, które poznać mogą także na religii i w kościele.
Ośmioro autorów znanych już małym odbiorcom z wielu historii zmierzyło się tym razem z tematami i fabułami stale obecnymi w kulturze. Opowieści biblijne w nowej oprawie zyskują status opowiadań (lub niemal baśni) i mają przynieść maluchom wiedzę na temat Biblii. Tym razem w opracowaniach (w końcu literackie opowieści o zjawiskach zapisanych w Ewangeliach nie są niczym nowym) nie chodzi jednak o szerzenie wiary czy ułatwianie kilkulatkom przyjmowania religijnych dogmatów, a o przeniesienie podstaw wiary chrześcijańskiej do literackich czy niepojmowalnych na drodze rozumowej zjawisk: liczy się tu fabuła, przeżycie, silne doznanie, na podstawie którego łatwiej pojąć istotę wiary.
Wszyscy autorzy zrezygnowali z powtarzania typowego dla Biblii stylu. Nie wykorzystują rytmów oralności właściwych Pismu Świętemu i… między innymi dawnym bajkom – uwspółcześniają język, by lepiej dotrzeć do dzieci. Niektórzy, jak Marcin Wroński, malują słowami to, co w oryginale nie zajmuje tak wiele miejsca. Wroński zamienia się w tłumacza, który objaśnia maluchom, przez czytelne dla nich porównania, kolejne tematy. Grzegorz Gortat woli wcielać się kolejnych bohaterów – biblijne zagadnienia przedstawia wówczas z perspektywy uczestników, przez co zyskuje zaangażowanie emocjonalne i automatycznie zwraca na siebie uwagę odbiorców. Inni wybierają bardziej uniwersalne rozwiązania, nie eksperymentują z formą, ani, tym bardziej, z treścią. Starają się przybliżyć dzieciom poszczególne historie ciekawie od strony wyobraźniowo-plastycznej, zrozumiale (jeśli pojawi się coś, czego dzisiejsi odbiorcy nie odszyfrują samodzielnie, natychmiast otrzymują proste wyjaśnienie), za to z mniejszym naciskiem kładzionym na sprawy emocjonalne. Chodzi przede wszystkim o to, żeby nie przestraszyć albo nie zniechęcić do lektury najmłodszych – skoro autorzy opowiadań nie mogą wpływać na przebieg wydarzeń, czasem muszą osłabić ich wydźwięk – a to przecież potrafią: kiedy trzeba, negatywne doznania oswajają lub wprowadzają odpowiedni komentarz do finału. Wszyscy bez wyjątku prowadzą swoje narracje z wprawą – tym autorom można zaufać. Tym bardziej, że nie stosują tu żadnej perswazji ani nie uprawiają kaznodziejstwa, Biblię traktują jak ważny element kultury – łączący ludzi bez względu na stosunek do wiary.
Anna Gensler to kolejny ilustratorski strzał w dziesiątkę. Dzięki bardzo charakterystycznej zamaszystej kresce znalazła ciekawy sposób na przedstawianie postaci oraz czytelnych symboli. Ilustratorka prezentuje bohaterów trochę bajkowo i w tej konwencji – naturalnie. Ale na uwagę zasługują też proponowane przez nią tła – nimi podkreśla jeszcze treść opowiadań, uwypukla niedostrzegane wcześniej partie tekstu lub nadaje lekturze charakter zgodny z przesłaniem dawnego wątku. „Opowieści biblijne” są więc książką przemyślaną pod kątem kompozycji (wyboru tematów, których biblijne „adresy” podawane są w nagłówkach), pomysłu na przeznaczenie (i realizację) historii oraz ze względu na opracowanie graficzne i ideę – tak przygotowana propozycja wpisuje się w serię znakomicie.
Znane i oswojone
Znajomość Biblii nie jest tylko i wyłącznie sprawą wiary – nawiązania do Starego i Nowego Testamentu stanowią bowiem bardzo ważną część kultury, pojawiają się w sztuce i w języku potocznym. To podstawa, bez której trudno sobie wyobrazić zrozumienie wielu dzieł. W przepięknej serii Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia ukazał się tom „Opowieści biblijne” – sposób na lekturowe oswojenie najmłodszych z tematami, które poznać mogą także na religii i w kościele.
Ośmioro autorów znanych już małym odbiorcom z wielu historii zmierzyło się tym razem z tematami i fabułami stale obecnymi w kulturze. Opowieści biblijne w nowej oprawie zyskują status opowiadań (lub niemal baśni) i mają przynieść maluchom wiedzę na temat Biblii. Tym razem w opracowaniach (w końcu literackie opowieści o zjawiskach zapisanych w Ewangeliach nie są niczym nowym) nie chodzi jednak o szerzenie wiary czy ułatwianie kilkulatkom przyjmowania religijnych dogmatów, a o przeniesienie podstaw wiary chrześcijańskiej do literackich czy niepojmowalnych na drodze rozumowej zjawisk: liczy się tu fabuła, przeżycie, silne doznanie, na podstawie którego łatwiej pojąć istotę wiary.
Wszyscy autorzy zrezygnowali z powtarzania typowego dla Biblii stylu. Nie wykorzystują rytmów oralności właściwych Pismu Świętemu i… między innymi dawnym bajkom – uwspółcześniają język, by lepiej dotrzeć do dzieci. Niektórzy, jak Marcin Wroński, malują słowami to, co w oryginale nie zajmuje tak wiele miejsca. Wroński zamienia się w tłumacza, który objaśnia maluchom, przez czytelne dla nich porównania, kolejne tematy. Grzegorz Gortat woli wcielać się kolejnych bohaterów – biblijne zagadnienia przedstawia wówczas z perspektywy uczestników, przez co zyskuje zaangażowanie emocjonalne i automatycznie zwraca na siebie uwagę odbiorców. Inni wybierają bardziej uniwersalne rozwiązania, nie eksperymentują z formą, ani, tym bardziej, z treścią. Starają się przybliżyć dzieciom poszczególne historie ciekawie od strony wyobraźniowo-plastycznej, zrozumiale (jeśli pojawi się coś, czego dzisiejsi odbiorcy nie odszyfrują samodzielnie, natychmiast otrzymują proste wyjaśnienie), za to z mniejszym naciskiem kładzionym na sprawy emocjonalne. Chodzi przede wszystkim o to, żeby nie przestraszyć albo nie zniechęcić do lektury najmłodszych – skoro autorzy opowiadań nie mogą wpływać na przebieg wydarzeń, czasem muszą osłabić ich wydźwięk – a to przecież potrafią: kiedy trzeba, negatywne doznania oswajają lub wprowadzają odpowiedni komentarz do finału. Wszyscy bez wyjątku prowadzą swoje narracje z wprawą – tym autorom można zaufać. Tym bardziej, że nie stosują tu żadnej perswazji ani nie uprawiają kaznodziejstwa, Biblię traktują jak ważny element kultury – łączący ludzi bez względu na stosunek do wiary.
Anna Gensler to kolejny ilustratorski strzał w dziesiątkę. Dzięki bardzo charakterystycznej zamaszystej kresce znalazła ciekawy sposób na przedstawianie postaci oraz czytelnych symboli. Ilustratorka prezentuje bohaterów trochę bajkowo i w tej konwencji – naturalnie. Ale na uwagę zasługują też proponowane przez nią tła – nimi podkreśla jeszcze treść opowiadań, uwypukla niedostrzegane wcześniej partie tekstu lub nadaje lekturze charakter zgodny z przesłaniem dawnego wątku. „Opowieści biblijne” są więc książką przemyślaną pod kątem kompozycji (wyboru tematów, których biblijne „adresy” podawane są w nagłówkach), pomysłu na przeznaczenie (i realizację) historii oraz ze względu na opracowanie graficzne i ideę – tak przygotowana propozycja wpisuje się w serię znakomicie.
Kerstin Gier: Zieleń szmaragdu
Egmont, Warszawa 2012.
Rozwiązania
Po raz ostatni w Trylogii czasu Kerstin Gier zabiera swoje czytelniczki w podróż w czasie. „Zieleń szmaragdu” znów przynosi serię niespodzianek, ale tym razem dla autorki oraz bohaterki ważniejsza jest teraźniejszość. Gwendolyn cierpi z powodu Gideona, wypłakuje swoje rozczarowania i tym bardziej angażuje się w sprawy poprzednich pokoleń. Odwiedza – ponownie – swojego dziadka, zajmuje się też tajemnicą kradzieży chronografu. Przy okazji przeżywa ogromny szok. Kerstin Gier odważnie prowadzi tę opowieść – pierwsze zaskoczenie związane z podróżami w czasie Gwendolyn dawno już minęło, teraz autorka musi podjąć spory wysiłek, by ponownie zaangażować odbiorczynie w lekturę. W „Zieleni szmaragdu” wiele tajemnic zyska rozwiązanie – ostatnia część Trylogii czasu jest jednocześnie najlepszym tomem cyklu. Gier ustabilizowała rzeczywistość bohaterki, wprowadziła do zwykłej egzystencji potrzebne zmiany i zaprezentowała cały kontekst opowieści – teraz może wreszcie zatrzymać się nad uczuciami postaci.
Rozczarowania miłosne to nieodłączny motyw historii o dojrzewaniu. Gwendolyn idealizuje związki – stąd bierze się jej silne rozczarowanie chłopakiem, z którym odbywa podróże w czasie. Odkrywanie jego motywacji nie będzie przyjemne dla naiwnej mimo doświadczeń dziewczyny. Tyle że Kerstin Gier wcale nie zależy na prostym romansie – znów wątek miłosny spycha na margines i przyćmiewa go ironią. Tu przydaje się jej postać zabawnego demona-gargulca oraz kilku zwyczajnych ludzi z kręgu Gwen. Każdy ma swoją rolę – a część problemów autorka przykrywa śmiechem. Decyduje się na to, bo ma do przekazania jeszcze kilka wstrząsających odkryć. Teraz już Gwendolyn ostatecznie przekroczy granicę między zwyczajnością i światem fantastyki, opuści krąg nastolatek. To rozwiązanie ułatwi rozstanie z bohaterką – zwłaszcza że Kerstin Gier robiła na początku wszystko, by czytelniczki do niej przywiązać.
Autorka wybrała tu motywy klasyczne, obecne niemal w każdej rozrywkowej fabule. Gwendolyn musi pojąć, kim naprawdę jest, zrealizować własne cele i uniezależnić się od dorosłych sterujących korzystaniem z chronografu. Ponadto uczy się radzenia sobie z kryzysami w związku. Tylko przyjaźni i miłości siostrzanej nie musi się uczyć – to wartości stale w jej życiu obecne. Tak przygotowana bohaterka poradzi już sobie z rewelacjami, które w końcu i bez żadnych zapowiedzi zostaną odkryte.
W „Zieleni szmaragdu” historia – czyli sama opowieść – i jej ładunek emocjonalny liczą się znacznie bardziej niż kolejne wynalazki z dziedziny fantastyki. Gatunek pozwala autorce na wplątanie do relacji, bez szkody dla całości, zawsze sprawdzających się zagadnień- obok spraw sercowych poruszy też Gier temat zdrady, zbrodni, poświęcenia, tęsknoty, a nawet próby przechytrzenia śmierci. Panowanie nad czasem jest tutaj obwarowane wieloma przepisami – to umiejętność dostępna jedynie wybranym, a i niosąca ze sobą spore ryzyko. Kerstin Gier zapewnia więc czytelniczkom powieść nasyconą przygodami i tajemnicami. Panuje nad przedstawianym światem i pisze z myślą o nastoletnich odbiorczyniach, którym do szczęścia potrzebne są wielkie uczucia. W „Zieleni szmaragdu” podobnie jak w całej serii uaktywnia się też ironiczne poczucie humoru autorki. Gier pozwala Gwendolyn na drobne złośliwości – to szansa na łatwiejsze pogodzenie się z niełatwymi sytuacjami, a dla czytelniczek dodatkowy argument, by po ten tom sięgnąć.
Rozwiązania
Po raz ostatni w Trylogii czasu Kerstin Gier zabiera swoje czytelniczki w podróż w czasie. „Zieleń szmaragdu” znów przynosi serię niespodzianek, ale tym razem dla autorki oraz bohaterki ważniejsza jest teraźniejszość. Gwendolyn cierpi z powodu Gideona, wypłakuje swoje rozczarowania i tym bardziej angażuje się w sprawy poprzednich pokoleń. Odwiedza – ponownie – swojego dziadka, zajmuje się też tajemnicą kradzieży chronografu. Przy okazji przeżywa ogromny szok. Kerstin Gier odważnie prowadzi tę opowieść – pierwsze zaskoczenie związane z podróżami w czasie Gwendolyn dawno już minęło, teraz autorka musi podjąć spory wysiłek, by ponownie zaangażować odbiorczynie w lekturę. W „Zieleni szmaragdu” wiele tajemnic zyska rozwiązanie – ostatnia część Trylogii czasu jest jednocześnie najlepszym tomem cyklu. Gier ustabilizowała rzeczywistość bohaterki, wprowadziła do zwykłej egzystencji potrzebne zmiany i zaprezentowała cały kontekst opowieści – teraz może wreszcie zatrzymać się nad uczuciami postaci.
Rozczarowania miłosne to nieodłączny motyw historii o dojrzewaniu. Gwendolyn idealizuje związki – stąd bierze się jej silne rozczarowanie chłopakiem, z którym odbywa podróże w czasie. Odkrywanie jego motywacji nie będzie przyjemne dla naiwnej mimo doświadczeń dziewczyny. Tyle że Kerstin Gier wcale nie zależy na prostym romansie – znów wątek miłosny spycha na margines i przyćmiewa go ironią. Tu przydaje się jej postać zabawnego demona-gargulca oraz kilku zwyczajnych ludzi z kręgu Gwen. Każdy ma swoją rolę – a część problemów autorka przykrywa śmiechem. Decyduje się na to, bo ma do przekazania jeszcze kilka wstrząsających odkryć. Teraz już Gwendolyn ostatecznie przekroczy granicę między zwyczajnością i światem fantastyki, opuści krąg nastolatek. To rozwiązanie ułatwi rozstanie z bohaterką – zwłaszcza że Kerstin Gier robiła na początku wszystko, by czytelniczki do niej przywiązać.
Autorka wybrała tu motywy klasyczne, obecne niemal w każdej rozrywkowej fabule. Gwendolyn musi pojąć, kim naprawdę jest, zrealizować własne cele i uniezależnić się od dorosłych sterujących korzystaniem z chronografu. Ponadto uczy się radzenia sobie z kryzysami w związku. Tylko przyjaźni i miłości siostrzanej nie musi się uczyć – to wartości stale w jej życiu obecne. Tak przygotowana bohaterka poradzi już sobie z rewelacjami, które w końcu i bez żadnych zapowiedzi zostaną odkryte.
W „Zieleni szmaragdu” historia – czyli sama opowieść – i jej ładunek emocjonalny liczą się znacznie bardziej niż kolejne wynalazki z dziedziny fantastyki. Gatunek pozwala autorce na wplątanie do relacji, bez szkody dla całości, zawsze sprawdzających się zagadnień- obok spraw sercowych poruszy też Gier temat zdrady, zbrodni, poświęcenia, tęsknoty, a nawet próby przechytrzenia śmierci. Panowanie nad czasem jest tutaj obwarowane wieloma przepisami – to umiejętność dostępna jedynie wybranym, a i niosąca ze sobą spore ryzyko. Kerstin Gier zapewnia więc czytelniczkom powieść nasyconą przygodami i tajemnicami. Panuje nad przedstawianym światem i pisze z myślą o nastoletnich odbiorczyniach, którym do szczęścia potrzebne są wielkie uczucia. W „Zieleni szmaragdu” podobnie jak w całej serii uaktywnia się też ironiczne poczucie humoru autorki. Gier pozwala Gwendolyn na drobne złośliwości – to szansa na łatwiejsze pogodzenie się z niełatwymi sytuacjami, a dla czytelniczek dodatkowy argument, by po ten tom sięgnąć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






