Akapit Press, Łódź 2010
Czemu szkodzi złość
Przeważnie bohaterki powieści dla nastolatek budzą sympatię czytelniczek. W pophistoriach pojawiają się zwyczajne dziewczyny z problemami – odbiorczynie mają się zatem z kim utożsamiać. Ale Janette Rallison przełamuje tę konwencję i wybiera sobie postać, którą polubić trudno. Samantha prezentuje często spotykany typ wyniosłej piękności, przekonanej, że wszystko jej się należy. Wygórowane mniemanie o sobie wiąże się z ciągłymi złośliwościami, kierowanymi pod adresem innych. Nie ma w tym pozy, Samantha naprawdę wierzy we własną wyjątkowość i szczerze dziwi się, gdy ktoś nie podziela jej zdania. Dziewczyna myśli tylko o randkach i chłopakach, a ponieważ nie poświęca czasu na sprawy tak przyziemne jak nauka, oblewa egzaminy końcowe. Kreacja pustej idiotki to dość ryzykowne posunięcie: bezdyskusyjnie przyjmą ją z pewnością rozmiłowane w młodzieżowych serialach nastolatki i kopie sportretowanej tu postaci – tyle że one rzadziej sięgają po nieobowiązkowe lektury (nieczęsto sięgają i po obowiązkowe). Samantha natomiast przeczytała mnóstwo romansów, w każdym znalazła ideał faceta – jest więc przekonana, że „tacy faceci na pewno istnieją, bo w każdej takiej historii jest ziarno prawdy”.
Żeby oswoić bohaterkę, Janette Rallison traktuje ją od samego początku bezlitośnie. Dziewczyna oblewa egzaminy, a wyniki ukrywa przed rodzicami (to zachowanie, które wymownie świadczy o braku dojrzałości, chociaż egzaminy są przez tłumaczkę określane jako matura). Zasadniczym problemem Samanthy staje się brak partnera na bal – dziewczyna postanawia więc oczarować jednego ze swoich byłych. Tymczasem musi się jeszcze na dwa tygodnie wyrzec złośliwych komentarzy – ze względu na zakład, jaki zawarła z Loganem – dawnym, dalekim od ideału chłopakiem. Nie koniec na tym: by zwiększyć szansę dostania się na studia, Samantha ni z tego ni z owego wymyśla, że wystartuje w wyborach do samorządu (uznając, że jest na tyle znana i lubiana, że bez trudu prześcignie konkurencję). Chce udowodnić wszystkim, że nie jest głupiutką cheerleaderką, lecz im bardziej się stara, tym trudniej w jej deklaracje uwierzyć.
Janette Rallison postanowiła napisać książkę o tych dziewczynach, które do tej pory w literaturze czwartej pojawiały się jedynie w drugoplanowych rolach czarnych charakterów, nie budziły sympatii i przeszkadzały głównym – miłym bohaterkom w osiągnięciu celu. Pouczenie dla młodych czytelniczek ma tu stanowić nie – jak w klasycznych publikacjach – opozycja dobro-zło, a niedokończona (zapewne dla uniknięcia oskarżeń o tendencyjność) metamorfoza postaci, która musi zrozumieć niewłaściwość swojego postępowania. „Wszystkie chwyty dozwolone” to książka wymagająca – ironia polega tu na przerysowaniu cech charakteru Samanthy i może się tak zdarzyć, że nie zostanie przez część odbiorczyń wyłapana.
Mamy tu do czynienia z poppowieścią o wielowątkowej fabule. Kreacja głównej bohaterki nie została przesadnie skomplikowana, za to ilość poruszanych w książce zagadnień wynagradza czytelniczkom obecność „płaskiej” postaci. Rallison prowadzi równolegle kilka motywów, z których każdy ma spore znaczenie dla egzystencji Samanthy – i znajdzie też proste przełożenie na porady dla małych odbiorczyń. Dla nastolatek atutem powinien być w tej książce język – kolokwialny, młodzieżowy, emocjonalny i przesadzony; autorka stara się mówić do odbiorczyń w ich stylu, by łatwiej było do nich dotrzeć.
„Wszystkie chwyty dozwolone” to powieść, która – chociaż wpisuje się w nurt młodzieżowych prostych opowiastek w rytmie pop – nie powiela najbardziej charakterystycznych rozwiązań konstrukcyjnych. Mimo dość optymistycznego zakończenia, Janette Rallison nie cukruje świata młodych dziewczyn i nie udaje, że życie nastolatek – nawet tych przesadnie złośliwych – jest łatwe.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 7 maja 2010
czwartek, 6 maja 2010
Joanna Laskowska: Córka i córuchna. Tululu
Skrzat, Kraków 2010.
Kopie baśni
Niby baśnie są wspólnym dobrem, własnością zbiorową i nie mogą być – jeśli płyną z ludowych podań i wierzeń – zawłaszczane i przypisywane do jednego autora, ale w sytuacji, w której powtarza się czyjąś historię pod własnym nazwiskiem i bez jakiegokolwiek sygnału zapożyczenia rodzi się czasem w czytelnikach niesmak.
Skrzat przypomina rozmaite baśnie – w pięknie wydanej serii Joanna Laskowska wprowadza małych odbiorców w świat nieco cepeliowski, świat, który ludzie w moim wieku pamiętać mogą z dobranockowych opowieści o Pyzie czy Filemonie i Bonifacym. Baśniowo-ludowy klimat podsyca zarówno słownictwo jak i siermiężna rzeczywistość przedstawiona w historiach. Egzotyczny obecnie koloryt lokalny w połączeniu z przekładaną na tekst quasi-oralnością (powtórzenia, lekkie rymy od czasu do czasu, proste zdania) miałyby oryginalny posmak, gdyby nie to, że „Córka i córuchna” to wierne powtórzenie bajki z wersji „Dwie Dorotki” Janiny Porazińskiej.
Wdowiec z córką żeni się z wdową z córką. Macocha pozwala swemu dziecku na lenistwo, a pasierbicy każe wykonywać najgorsze zadania. Pewnego dnia dobra dziewczyna wpada do studni, znajduje tam tajemne przejście, a za nim cierpiące istoty – jabłonkę, uginającą się pod ciężarem owoców czy piec pełen chleba. Pomaga im, opiekuje się też napotkaną staruszką – a za dobre serce zostaje nagrodzona. Zła córka podąża tą samą drogą, reagując na wszystkie prośby złością, za co spotyka ją kara. Różnice między wersją Porazińskiej i Laskowskiej są trzy. Pierwsza to tytuł – „Dwie Dorotki” zastąpione zostały „Córką i córuchną”. Imiona bohaterek zmieniła Laskowska na Tereskę i Terenię. Trzecią i ostatnią zmianę stanowią wierszyki – Porazińska poradziła sobie z nimi rewelacyjnie, włączając do tekstu elementy ludowości i niby leśmianowskiej rytmizacji. Laskowska rymuje raczej średnio, a jej rymowanki, delikatnie mówiąc, nie muszą budzić zachwytu – są infantylne, mogłyby imitować ludowość, ale nie o taką ludowość przecież w baśni chodzi.
Przejmując historię, Laskowska nie postarała się o jakiekolwiek modyfikacje. O ile niektóre baśnie funkcjonują w zbiorowej świadomości bez przypisania do autora, o tyle „Dwie Dorotki” są chyba silnie kojarzone z wersją Porazińskiej. Wystarczyłoby chociaż pozastępować zaczarowane elementy innymi, nie oddaliłoby to oczywiście oskarżenia o plagiat, ale wniosłoby powiew świeżości. Laskowska skopiowała przestrzeń, literackie środowisko – konsekwentnie utrzymując bohaterki w rzeczywistości, której współczesne maluchy nie mają prawa znać, skopiowała język – bo wymusiły to poprzednie decyzje. Podpisała się pod tą bajką jak pod swoim dziełem.
Druga, króciutka już historyjka, zamieszczona w tym tomie, to wyrazista opowieść o chlebku, który toczył się drogą i umykał przed zwierzętami, które chciały się nim pożywić – aż wpadł w pułapkę zastawioną przez sprytnego lisa, dał się nabrać na miłe słówka i zginął marnie. „Tululu” nie należy do bajek znanych – za to można przewidzieć jej finał.
Marta Ostrowska dostosowała się z ilustracjami do ogólnego brzmienia obu historii, postawiła na rysunki proste i naiwne w kresce, a przy tym mocno ludowe – chociaż stara się je odrobinę ożywić – i to już będzie nagrodą dla wnikliwych obserwatorów. Ostrowska obrysowuje kontury postaci w ludowych strojach, mężczyźni przypominają tu sarmatów, dziewczyny to wiejskie dziewki – ale dochodzą do tego elementy kolażu, nietypowe i niespodziewane komputerowe wstawki, na przykład w programie graficznym dodana „koronka”, która udaje frywolitkę przy fartuszku. Jest na tych obrazkach dziwna perspektywa, jest i atmosfera staroświeckości, połączona z bajkowością (uśmiechnięte zwierzęta, twarze drzew itp.).
Kopie baśni
Niby baśnie są wspólnym dobrem, własnością zbiorową i nie mogą być – jeśli płyną z ludowych podań i wierzeń – zawłaszczane i przypisywane do jednego autora, ale w sytuacji, w której powtarza się czyjąś historię pod własnym nazwiskiem i bez jakiegokolwiek sygnału zapożyczenia rodzi się czasem w czytelnikach niesmak.
Skrzat przypomina rozmaite baśnie – w pięknie wydanej serii Joanna Laskowska wprowadza małych odbiorców w świat nieco cepeliowski, świat, który ludzie w moim wieku pamiętać mogą z dobranockowych opowieści o Pyzie czy Filemonie i Bonifacym. Baśniowo-ludowy klimat podsyca zarówno słownictwo jak i siermiężna rzeczywistość przedstawiona w historiach. Egzotyczny obecnie koloryt lokalny w połączeniu z przekładaną na tekst quasi-oralnością (powtórzenia, lekkie rymy od czasu do czasu, proste zdania) miałyby oryginalny posmak, gdyby nie to, że „Córka i córuchna” to wierne powtórzenie bajki z wersji „Dwie Dorotki” Janiny Porazińskiej.
Wdowiec z córką żeni się z wdową z córką. Macocha pozwala swemu dziecku na lenistwo, a pasierbicy każe wykonywać najgorsze zadania. Pewnego dnia dobra dziewczyna wpada do studni, znajduje tam tajemne przejście, a za nim cierpiące istoty – jabłonkę, uginającą się pod ciężarem owoców czy piec pełen chleba. Pomaga im, opiekuje się też napotkaną staruszką – a za dobre serce zostaje nagrodzona. Zła córka podąża tą samą drogą, reagując na wszystkie prośby złością, za co spotyka ją kara. Różnice między wersją Porazińskiej i Laskowskiej są trzy. Pierwsza to tytuł – „Dwie Dorotki” zastąpione zostały „Córką i córuchną”. Imiona bohaterek zmieniła Laskowska na Tereskę i Terenię. Trzecią i ostatnią zmianę stanowią wierszyki – Porazińska poradziła sobie z nimi rewelacyjnie, włączając do tekstu elementy ludowości i niby leśmianowskiej rytmizacji. Laskowska rymuje raczej średnio, a jej rymowanki, delikatnie mówiąc, nie muszą budzić zachwytu – są infantylne, mogłyby imitować ludowość, ale nie o taką ludowość przecież w baśni chodzi.
Przejmując historię, Laskowska nie postarała się o jakiekolwiek modyfikacje. O ile niektóre baśnie funkcjonują w zbiorowej świadomości bez przypisania do autora, o tyle „Dwie Dorotki” są chyba silnie kojarzone z wersją Porazińskiej. Wystarczyłoby chociaż pozastępować zaczarowane elementy innymi, nie oddaliłoby to oczywiście oskarżenia o plagiat, ale wniosłoby powiew świeżości. Laskowska skopiowała przestrzeń, literackie środowisko – konsekwentnie utrzymując bohaterki w rzeczywistości, której współczesne maluchy nie mają prawa znać, skopiowała język – bo wymusiły to poprzednie decyzje. Podpisała się pod tą bajką jak pod swoim dziełem.
Druga, króciutka już historyjka, zamieszczona w tym tomie, to wyrazista opowieść o chlebku, który toczył się drogą i umykał przed zwierzętami, które chciały się nim pożywić – aż wpadł w pułapkę zastawioną przez sprytnego lisa, dał się nabrać na miłe słówka i zginął marnie. „Tululu” nie należy do bajek znanych – za to można przewidzieć jej finał.
Marta Ostrowska dostosowała się z ilustracjami do ogólnego brzmienia obu historii, postawiła na rysunki proste i naiwne w kresce, a przy tym mocno ludowe – chociaż stara się je odrobinę ożywić – i to już będzie nagrodą dla wnikliwych obserwatorów. Ostrowska obrysowuje kontury postaci w ludowych strojach, mężczyźni przypominają tu sarmatów, dziewczyny to wiejskie dziewki – ale dochodzą do tego elementy kolażu, nietypowe i niespodziewane komputerowe wstawki, na przykład w programie graficznym dodana „koronka”, która udaje frywolitkę przy fartuszku. Jest na tych obrazkach dziwna perspektywa, jest i atmosfera staroświeckości, połączona z bajkowością (uśmiechnięte zwierzęta, twarze drzew itp.).
środa, 5 maja 2010
Lewis Carroll: Przygody Alicji w Krainie Czarów. Po Tamtej Stronie Lustra i co Alicja tam znalazła
Czytelnik, Warszawa 2010.
Istnieje kilkanaście (a może kilkadziesiąt) tytułów ze ścisłego kanonu literatury pięknej, które budzą zachwyt kolejnych pokoleń i równie silnie oddziałują na wyobraźnię dzieci jak i ich rodziców. Istnieją książki, które nie mają szansy się zestarzeć i historie, które nigdy się nie znudzą, bo każda ich lektura przynosi nowe odkrycia. Istnieją dzieła, które po prostu trzeba mieć na półce, by móc przenieść się w tworzony przez nie świat w każdej chwili. Do takich opowieści bez wątpienia należą przygody siedmioletniej Alicji, bohaterki wykreowanej przez Lewisa Carrolla. Dla dzieci – naturalna rzeczywistość płynąca z nieobjętej zakazami wyobraźni. Dla dorosłych kraina Alicji to przestrzeń, którą rządzi absurd. Lewis Carroll, zdaniem Waltera Besanta, „wprowadza nas w świat, który dopóki on o nim nie napisał, był nie tylko nie zbadany, ale i nie odkryty”.
Historie o Alicji doczekały się już nie tylko licznych przekładów oraz licznych interpretacji – ale nawet interpretacji dotyczących przekładów. Każdy ma szansę znaleźć tłumaczenie, które najbardziej przypadnie mu do gustu i nie byłoby sensu rozwodzić się nad tym, która wersja jest lepsza i cenniejsza. Czytelnik proponuje teraz nowe, łączone wydanie obu książek o Alicji w przekładzie Jolanty Kozak. „Przygody Alicji w Krainie Czarów” raz „Po Tamtej Stronie Lustra i co Alicja tam znalazła” opublikowane razem i ozdobione ilustracjami Johna Tenniela według pierwszego wydania angielskiego, to szansa na uzupełnienie biblioteczki pięknie wydanym egzemplarzem. Ale przecież nie tylko – bo liczą się przede wszystkim wartości translacji.
Maciej Słomczyński we wstępie do swojego przekładu „Przygód Alicji w Krainie Czarów” zaznaczał, że chciał, by ta książka „byłą napisana językiem snu, gramatyką snu, prześnionego w wiktoriańskiej Anglii”. Tę nadzieję rzeczywiście widać było w narracji, onirycznej, płynnej, ale miejscami trudnej, zwłaszcza dla najmłodszych odbiorców. Jolanta Kozak stawia natomiast na język uwspółcześniony, a i niezbyt skomplikowany – nie decyduje się na baśniowy, zrytmizowany i urzekający styl, styl, który nie byłby przezroczysty, a zatrzymywałby uwagę czytelników. Tłumaczka wybrała narrację dzisiejszą, pozbawioną zbędnych ozdobników i efektów, które oddawałyby atmosferę snu. Takie podejście nie zubaża tekstu, bo nawet kiedy Jolanta Kozak rezygnuje z gier lingwistycznych, które, gdy nie są wyodrębnione kursywą, nie zatrzymują na dłużej uwagi odbiorców, a przyjmowane bywają jako naturalna konsekwencja absurdu, humor przenika utwór. Rezygnuje autorka przekładu z niektórych mało czytelnych zabaw słownych, ale wprowadza w ich miejsce bardziej wyraźne, współczesne i nieekwilibrystyczne, nie tak bardzo wyszukane zestawienia. Zachowuje tym samym spójną i wartką narrację – odszyfrowywanie z kolei ukrytych dowcipów tego rodzaju przyniesie czytelnikom dodatkową satysfakcję.
Do tej pory przekładami wierszy z „Alicji” zajmowali się przede wszystkim lingwiści i satyrycy – Jolanta Kozak nie ustępuje im, widać w jej wersjach tekstów znajomość rymotwórczego warsztatu i wyczucie językowe – chociaż w „Jabberwocky” mogła pokusić się o jeszcze odważniejsze słowotwórcze eksperymenty. Poza tym rymowanki powielają schemat narracyjny, nie ma w nich stylizacji na poetykę snu, pojawiają się za to naturalne rozwiązania. Decyzja o porzuceniu nastrojowości w warstwie tekstu prowadzi w publikacji Czytelnika do uwypuklania absurdów – a to chyba najważniejsza płaszczyzna przygód Alicji. Najbardziej charakterystyczne cytaty zostały zachowane w niezmienionej formie. Jolanta Kozak zdecydowała się za to na przykład na zmiany nazw bohaterów: Kot z Cheshire w jej przekładzie oznaczony został jako Szczere Kocisko, Kapelusznik zniknął, na jego miejscu pojawił się Bezdenny Kapelusznik, Marcowy Zając stał się Postrzelonym Zajączkiem. Niektóre zmiany są naprawdę udane (A la Żółw zamiast Żółwiciela, szkolne przedmioty tegoż): lektura będzie naprawdę przyjemna.
Lewis Carroll wykreował świat uwolniony od realistycznych prawideł, ale skonstruowany zgodnie z logiką wyobraźni. Oniryczne doświadczenia małej Alicji śmieszą, a oprócz tego ciągle zachwycają ze względu na ich oryginalność.
Istnieje kilkanaście (a może kilkadziesiąt) tytułów ze ścisłego kanonu literatury pięknej, które budzą zachwyt kolejnych pokoleń i równie silnie oddziałują na wyobraźnię dzieci jak i ich rodziców. Istnieją książki, które nie mają szansy się zestarzeć i historie, które nigdy się nie znudzą, bo każda ich lektura przynosi nowe odkrycia. Istnieją dzieła, które po prostu trzeba mieć na półce, by móc przenieść się w tworzony przez nie świat w każdej chwili. Do takich opowieści bez wątpienia należą przygody siedmioletniej Alicji, bohaterki wykreowanej przez Lewisa Carrolla. Dla dzieci – naturalna rzeczywistość płynąca z nieobjętej zakazami wyobraźni. Dla dorosłych kraina Alicji to przestrzeń, którą rządzi absurd. Lewis Carroll, zdaniem Waltera Besanta, „wprowadza nas w świat, który dopóki on o nim nie napisał, był nie tylko nie zbadany, ale i nie odkryty”.
Historie o Alicji doczekały się już nie tylko licznych przekładów oraz licznych interpretacji – ale nawet interpretacji dotyczących przekładów. Każdy ma szansę znaleźć tłumaczenie, które najbardziej przypadnie mu do gustu i nie byłoby sensu rozwodzić się nad tym, która wersja jest lepsza i cenniejsza. Czytelnik proponuje teraz nowe, łączone wydanie obu książek o Alicji w przekładzie Jolanty Kozak. „Przygody Alicji w Krainie Czarów” raz „Po Tamtej Stronie Lustra i co Alicja tam znalazła” opublikowane razem i ozdobione ilustracjami Johna Tenniela według pierwszego wydania angielskiego, to szansa na uzupełnienie biblioteczki pięknie wydanym egzemplarzem. Ale przecież nie tylko – bo liczą się przede wszystkim wartości translacji.
Maciej Słomczyński we wstępie do swojego przekładu „Przygód Alicji w Krainie Czarów” zaznaczał, że chciał, by ta książka „byłą napisana językiem snu, gramatyką snu, prześnionego w wiktoriańskiej Anglii”. Tę nadzieję rzeczywiście widać było w narracji, onirycznej, płynnej, ale miejscami trudnej, zwłaszcza dla najmłodszych odbiorców. Jolanta Kozak stawia natomiast na język uwspółcześniony, a i niezbyt skomplikowany – nie decyduje się na baśniowy, zrytmizowany i urzekający styl, styl, który nie byłby przezroczysty, a zatrzymywałby uwagę czytelników. Tłumaczka wybrała narrację dzisiejszą, pozbawioną zbędnych ozdobników i efektów, które oddawałyby atmosferę snu. Takie podejście nie zubaża tekstu, bo nawet kiedy Jolanta Kozak rezygnuje z gier lingwistycznych, które, gdy nie są wyodrębnione kursywą, nie zatrzymują na dłużej uwagi odbiorców, a przyjmowane bywają jako naturalna konsekwencja absurdu, humor przenika utwór. Rezygnuje autorka przekładu z niektórych mało czytelnych zabaw słownych, ale wprowadza w ich miejsce bardziej wyraźne, współczesne i nieekwilibrystyczne, nie tak bardzo wyszukane zestawienia. Zachowuje tym samym spójną i wartką narrację – odszyfrowywanie z kolei ukrytych dowcipów tego rodzaju przyniesie czytelnikom dodatkową satysfakcję.
Do tej pory przekładami wierszy z „Alicji” zajmowali się przede wszystkim lingwiści i satyrycy – Jolanta Kozak nie ustępuje im, widać w jej wersjach tekstów znajomość rymotwórczego warsztatu i wyczucie językowe – chociaż w „Jabberwocky” mogła pokusić się o jeszcze odważniejsze słowotwórcze eksperymenty. Poza tym rymowanki powielają schemat narracyjny, nie ma w nich stylizacji na poetykę snu, pojawiają się za to naturalne rozwiązania. Decyzja o porzuceniu nastrojowości w warstwie tekstu prowadzi w publikacji Czytelnika do uwypuklania absurdów – a to chyba najważniejsza płaszczyzna przygód Alicji. Najbardziej charakterystyczne cytaty zostały zachowane w niezmienionej formie. Jolanta Kozak zdecydowała się za to na przykład na zmiany nazw bohaterów: Kot z Cheshire w jej przekładzie oznaczony został jako Szczere Kocisko, Kapelusznik zniknął, na jego miejscu pojawił się Bezdenny Kapelusznik, Marcowy Zając stał się Postrzelonym Zajączkiem. Niektóre zmiany są naprawdę udane (A la Żółw zamiast Żółwiciela, szkolne przedmioty tegoż): lektura będzie naprawdę przyjemna.
Lewis Carroll wykreował świat uwolniony od realistycznych prawideł, ale skonstruowany zgodnie z logiką wyobraźni. Oniryczne doświadczenia małej Alicji śmieszą, a oprócz tego ciągle zachwycają ze względu na ich oryginalność.
wtorek, 4 maja 2010
Marek Majewski: Pies też człowiek czyli wiersze psubrata
Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Cztery łapy
Choć zabrzmi to może niewiarygodnie, satyrycy wystrzegają się na ogół tworzenia cykli tematycznych. Uporczywe trzymanie się jednego zagadnienia w kolejnych tekstach doprowadza zwykle do rozrzedzenia dowcipu – i do zamiany wartości artystycznych publicystyką. Niewielu autorów pozwala sobie na powroty do jednego problemu (humorolodzy zapewne bez wahania wskażą Antoniego Marianowicza i Ludwika Jerzego Kerna jako satyryków, którzy od czasu do czasu decydowali się na mikroserie). W wierszach o powtarzającym się haśle przewodnim nie chodzi bowiem o rozbawienie odbiorców – funkcja komizmotwórcza oddala się z zaskoczeniem – a o względy sentymentalne.
Ukazała się właśnie książeczka Marka Majewskiego „Pies też człowiek czyli wiersze psubrata” – na dzisiejszym rynku wydawniczym niemal ewenement, bo nowych tomików satyrycznych aktualnie się nie publikuje. Majewski postawił jednak nie na kapryśną i wybredną publiczność satyryczną, która, rozleniwiona produkcjami medialnych kabaretów, nie podjęłaby raczej wysiłku i nie zdecydowałaby się na lekturę – a na odbiorców rekrutujących się z miłośników zwierząt. Taki target musi zapewnić powodzenie publikacji – w końcu podobnych działań w polskiej satyrze do tej pory nie było (jeden Marian Hemar stworzył kilkuwierszowy cykl o psach, ale nie rozszerzyłby tematu na całą książkę), a i wielbicielom czworonogów przyda się, choćby jako sympatyczny prezent, książka inna niż wydawnictwo albumowe.
Na szczęście nie jest to zbiorek tworzony pod kątem szybkiego wydania w jednym tomie – Majewski układał swoje psie wierszyki przez kilkanaście lat, a ogłaszał je drukiem na łamach miesięcznika „Mój Pies” – to sprawiło, że czytelnicy dzisiaj otrzymają zestaw dobrych tekstów, czasem przewidywalnych, czasem melancholijnych, czasem zabawnych a czasem stanowiących głos w dyskusji na temat psów – ale zawsze dobrych. Nie ma tu upychanych na siłę, niedopracowanych czy wymuszonych tekstów (w wieloletniej karierze tekściarskiej zdarzało się przecież autorowi iść na łatwiznę, ale przyzwyczajeń estradowych pokazuje w tomiku niewiele), nie ma utworów, przez które chciałoby się odłożyć zbiorek na półkę przed zakończeniem lektury.
Oczywiście jeden temat powoduje rozmycie się żartów: Majewski zostawia sobie wybrane przesłania na puenty, do których dąży, nie ma w utworach przewrotek: kolejne wiersze są utrzymane w tonie żartobliwym i ciepłym, ale nie mogą wywoływać salw śmiechu odbiorców. Sporo tu także wpisanej w rym i rytm polemiki, dyskusje ze stereotypami czy przesądami ubiera Marek Majewski w tradycyjną satyryczną formę, tworząc rymowane traktaciki – wówczas rymotwórczy popis (nie ma tu współbrzmień wybitnych i zaskakujących, ale niewiele też jest tych oklepanych) staje się jedynym celem estetycznym książki.
Autor zmienia rytm poszczególnych wierszy, nie popada w rutynę, w zależności od potrzeb modyfikuje konstrukcję rymowanek, sposób rozmieszczenia w nich informacji o czworonogach. Fakt, że jego celem nie było napisanie książki dla publiczności satyrycznej, potwierdza się, gdy do tekstów wprowadzone zostają zwierzęta autora: Majewski nie wypiera się zaangażowania emocjonalnego, zresztą większość pomysłów właśnie z braku dystansu do tematu wyrasta: bez trudu zrozumieją to właściciele psów i kotów, dla miłośników futrzaków bowiem spostrzeżenia Majewskiego okażą się najzupełniej naturalne i oczywiste. Zresztą – czy można zdobyć się na emocjonalny chłód, gdy w grę wchodzi miłość do zwierzęcia? Autor doskonale wie, że to niemożliwe – stąd też charakterystyczny klimat jego wierszyków, w których czasem uczucia biorą górę nad troską o treść.
Nie da się ukryć, że ogromnym atutem tej publikacji, już nie tylko dla przyjaciół czworonogów, są ilustracje Edwarda Lutczyna. „Ilustracje” – czyli czasem grafiki, a czasem drobne rysunki satyryczne, które nie tylko cieszą oko, ale i dostarczają rozrywki. Dzięki Lutczynowi nawet spostrzeżenia czerpiące ze stereotypów, więc momentami banalne i znane, mogą bawić, jeśli towarzyszy im rysunek bazujący na świeżym i odkrywczym pomyśle.
Cztery łapy
Choć zabrzmi to może niewiarygodnie, satyrycy wystrzegają się na ogół tworzenia cykli tematycznych. Uporczywe trzymanie się jednego zagadnienia w kolejnych tekstach doprowadza zwykle do rozrzedzenia dowcipu – i do zamiany wartości artystycznych publicystyką. Niewielu autorów pozwala sobie na powroty do jednego problemu (humorolodzy zapewne bez wahania wskażą Antoniego Marianowicza i Ludwika Jerzego Kerna jako satyryków, którzy od czasu do czasu decydowali się na mikroserie). W wierszach o powtarzającym się haśle przewodnim nie chodzi bowiem o rozbawienie odbiorców – funkcja komizmotwórcza oddala się z zaskoczeniem – a o względy sentymentalne.
Ukazała się właśnie książeczka Marka Majewskiego „Pies też człowiek czyli wiersze psubrata” – na dzisiejszym rynku wydawniczym niemal ewenement, bo nowych tomików satyrycznych aktualnie się nie publikuje. Majewski postawił jednak nie na kapryśną i wybredną publiczność satyryczną, która, rozleniwiona produkcjami medialnych kabaretów, nie podjęłaby raczej wysiłku i nie zdecydowałaby się na lekturę – a na odbiorców rekrutujących się z miłośników zwierząt. Taki target musi zapewnić powodzenie publikacji – w końcu podobnych działań w polskiej satyrze do tej pory nie było (jeden Marian Hemar stworzył kilkuwierszowy cykl o psach, ale nie rozszerzyłby tematu na całą książkę), a i wielbicielom czworonogów przyda się, choćby jako sympatyczny prezent, książka inna niż wydawnictwo albumowe.
Na szczęście nie jest to zbiorek tworzony pod kątem szybkiego wydania w jednym tomie – Majewski układał swoje psie wierszyki przez kilkanaście lat, a ogłaszał je drukiem na łamach miesięcznika „Mój Pies” – to sprawiło, że czytelnicy dzisiaj otrzymają zestaw dobrych tekstów, czasem przewidywalnych, czasem melancholijnych, czasem zabawnych a czasem stanowiących głos w dyskusji na temat psów – ale zawsze dobrych. Nie ma tu upychanych na siłę, niedopracowanych czy wymuszonych tekstów (w wieloletniej karierze tekściarskiej zdarzało się przecież autorowi iść na łatwiznę, ale przyzwyczajeń estradowych pokazuje w tomiku niewiele), nie ma utworów, przez które chciałoby się odłożyć zbiorek na półkę przed zakończeniem lektury.
Oczywiście jeden temat powoduje rozmycie się żartów: Majewski zostawia sobie wybrane przesłania na puenty, do których dąży, nie ma w utworach przewrotek: kolejne wiersze są utrzymane w tonie żartobliwym i ciepłym, ale nie mogą wywoływać salw śmiechu odbiorców. Sporo tu także wpisanej w rym i rytm polemiki, dyskusje ze stereotypami czy przesądami ubiera Marek Majewski w tradycyjną satyryczną formę, tworząc rymowane traktaciki – wówczas rymotwórczy popis (nie ma tu współbrzmień wybitnych i zaskakujących, ale niewiele też jest tych oklepanych) staje się jedynym celem estetycznym książki.
Autor zmienia rytm poszczególnych wierszy, nie popada w rutynę, w zależności od potrzeb modyfikuje konstrukcję rymowanek, sposób rozmieszczenia w nich informacji o czworonogach. Fakt, że jego celem nie było napisanie książki dla publiczności satyrycznej, potwierdza się, gdy do tekstów wprowadzone zostają zwierzęta autora: Majewski nie wypiera się zaangażowania emocjonalnego, zresztą większość pomysłów właśnie z braku dystansu do tematu wyrasta: bez trudu zrozumieją to właściciele psów i kotów, dla miłośników futrzaków bowiem spostrzeżenia Majewskiego okażą się najzupełniej naturalne i oczywiste. Zresztą – czy można zdobyć się na emocjonalny chłód, gdy w grę wchodzi miłość do zwierzęcia? Autor doskonale wie, że to niemożliwe – stąd też charakterystyczny klimat jego wierszyków, w których czasem uczucia biorą górę nad troską o treść.
Nie da się ukryć, że ogromnym atutem tej publikacji, już nie tylko dla przyjaciół czworonogów, są ilustracje Edwarda Lutczyna. „Ilustracje” – czyli czasem grafiki, a czasem drobne rysunki satyryczne, które nie tylko cieszą oko, ale i dostarczają rozrywki. Dzięki Lutczynowi nawet spostrzeżenia czerpiące ze stereotypów, więc momentami banalne i znane, mogą bawić, jeśli towarzyszy im rysunek bazujący na świeżym i odkrywczym pomyśle.
poniedziałek, 3 maja 2010
Joanna Laskowska: Szewczyk Dratewka i inne baśnie
Skrzat, Kraków 2010.
Historie powtórzone
W książce „Szewczyk Dratewka i inne baśnie” Joanna Laskowska nie udaje, że przedstawia swoje opowiastki – sięga po prostu do skarbnicy ludowych podań i prezentuje je młodym odbiorcom powtórnie, a ponieważ w tego rodzaju historiach ważniejsze od sposobu opowiedzenia jest uniwersalne przesłanie i wyraźny morał – nie zwraca się uwagi na postawy mało twórczych autorów.
Pierwsza z historii oparta na prostym, ale dowcipnym pomyśle, przedstawia sprytnego Cygana, który potrafi ugotować cały sagan kaszy z sęka. W bajce „Dom” korzysta się ze starego motywu mieszkania pod wspólnym dachem, a puentę opowieści stanowi znane powiedzenie. W „Szewczyku Dratewce”, baśni, która stanowi najobszerniejszą część książki, mieszają się z kolei konwencje i wątki z różnych przekazów – tym razem dzielny Dratewka nie pokonuje smoka, a musi uporać się ze złośliwą wiedźmą, strzegącą dostępu do pięknej królewny. Wiedźma zadaje Dratewce najpierw zagadkę Sfinksa, potem wymyśla zadanie przeznaczone dla Kopciuszka. Bohaterowie – ponieważ do czynienia mamy tu z klasycznymi baśniami – zawsze przekonują się, że zło nie popłaca, a dobro obowiązkowo zostaje nagrodzone.
Joanna Laskowska stara się zachować styl gawędziarski, udaje, że opowiada baśnie językiem, który od wieków się nie zmienia. Archaizuje pewne elementy, nie próbuje nawet przekształcać tradycyjnych historii. Jej rola polega tu wyłącznie na powtórzeniu gotowej opowieści – tak, jak czasem prezentuje się baśń dziecku – nie przez lekturę, a własnymi słowami. Szkoda tylko, że „własne słowa” Laskowskiej do złudzenia przypominają istniejące już wersje historii. Laskowska przerywa co pewien czas relację krótkimi rymowankami, lecz i w nich nie zachwyca błyskotliwością ani rytmem – po prostu w tych wierszykach nie potrafi oddać klimatu baśniowości, tej specyficznej aury, która powinna cechować dobre realizacje baśniopodobnych gatunków.
W narracji tym razem dają się zauważyć próby modyfikowania stylu, przynajmniej – w różnych bajkach. Laskowska raz przenosi czasowniki na koniec zdań składowych, raz szuka rymów wewnętrznych. Stosuje też typowe dla oralności mechanizmy – ogranicza istnienie zdań złożonych, mnoży spójniki, powtarza frazy, powraca do raz powiedzianych kwestii, wprowadza sygnały emocjonalności. Wszystko to ma sprawiać złudzenie tekstu mówionego. A jednocześnie dla dzisiejszych maluchów sporym utrudnieniem mogą okazać się archaizmy.
Trudno się dziwić Joannie Laskowskiej, trudno się dziwić wydawnictwu: zwłaszcza w dobie kryzysu lepiej stawiać na literackie pewniaki, od zawsze obecne w świadomości dorosłych odbiorców – zastanawiam się jednak, jaki jest sens podpisywania na okładce autorki, której wkład w powstanie dzieła był znikomy.
Warto natomiast pochwalić Martę Ostrowską za ilustracje, którymi ozdobiła książkę. To rysunki mocno infantylne i na tym właśnie polega ich urok. Ostrowska proponuje sylwetki postaci jakby przeniesionych z dwuwymiarowych kreskówek, spłaszcza przestrzeń, rezygnuje z sensownej i realistycznej perspektywy. Tworzy obrazki bajkowe – w dziecięcym rozumieniu tego słowa. Na każdej ilustracji, a jest ich w tomie dość dużo, aż roi się od nadprogramowych postaci – zwierząt z uśmiechniętymi pyszczkami, podziwiających ludzkich bohaterów. Marta Ostrowska rysuje tak, jak rysowałyby dzieci, gdyby do ich sposobu postrzegania świata dodać wprawną i pewną rękę – warstwa graficzna stanowi w „Szewczyku” jasny punkt, ilustracje Ostrowskiej mają swój charakter i znakomicie pasują do przedstawionych opowieści – będą cieszyć oko nie tylko dzieci, ale i ich rodziców.
Skrzat wypuszcza na rynek publikację – a właściwie serię – która się nie starzeje. Warto więc podkreślić jeszcze wysoką jakość wydania tomiku.
Historie powtórzone
W książce „Szewczyk Dratewka i inne baśnie” Joanna Laskowska nie udaje, że przedstawia swoje opowiastki – sięga po prostu do skarbnicy ludowych podań i prezentuje je młodym odbiorcom powtórnie, a ponieważ w tego rodzaju historiach ważniejsze od sposobu opowiedzenia jest uniwersalne przesłanie i wyraźny morał – nie zwraca się uwagi na postawy mało twórczych autorów.
Pierwsza z historii oparta na prostym, ale dowcipnym pomyśle, przedstawia sprytnego Cygana, który potrafi ugotować cały sagan kaszy z sęka. W bajce „Dom” korzysta się ze starego motywu mieszkania pod wspólnym dachem, a puentę opowieści stanowi znane powiedzenie. W „Szewczyku Dratewce”, baśni, która stanowi najobszerniejszą część książki, mieszają się z kolei konwencje i wątki z różnych przekazów – tym razem dzielny Dratewka nie pokonuje smoka, a musi uporać się ze złośliwą wiedźmą, strzegącą dostępu do pięknej królewny. Wiedźma zadaje Dratewce najpierw zagadkę Sfinksa, potem wymyśla zadanie przeznaczone dla Kopciuszka. Bohaterowie – ponieważ do czynienia mamy tu z klasycznymi baśniami – zawsze przekonują się, że zło nie popłaca, a dobro obowiązkowo zostaje nagrodzone.
Joanna Laskowska stara się zachować styl gawędziarski, udaje, że opowiada baśnie językiem, który od wieków się nie zmienia. Archaizuje pewne elementy, nie próbuje nawet przekształcać tradycyjnych historii. Jej rola polega tu wyłącznie na powtórzeniu gotowej opowieści – tak, jak czasem prezentuje się baśń dziecku – nie przez lekturę, a własnymi słowami. Szkoda tylko, że „własne słowa” Laskowskiej do złudzenia przypominają istniejące już wersje historii. Laskowska przerywa co pewien czas relację krótkimi rymowankami, lecz i w nich nie zachwyca błyskotliwością ani rytmem – po prostu w tych wierszykach nie potrafi oddać klimatu baśniowości, tej specyficznej aury, która powinna cechować dobre realizacje baśniopodobnych gatunków.
W narracji tym razem dają się zauważyć próby modyfikowania stylu, przynajmniej – w różnych bajkach. Laskowska raz przenosi czasowniki na koniec zdań składowych, raz szuka rymów wewnętrznych. Stosuje też typowe dla oralności mechanizmy – ogranicza istnienie zdań złożonych, mnoży spójniki, powtarza frazy, powraca do raz powiedzianych kwestii, wprowadza sygnały emocjonalności. Wszystko to ma sprawiać złudzenie tekstu mówionego. A jednocześnie dla dzisiejszych maluchów sporym utrudnieniem mogą okazać się archaizmy.
Trudno się dziwić Joannie Laskowskiej, trudno się dziwić wydawnictwu: zwłaszcza w dobie kryzysu lepiej stawiać na literackie pewniaki, od zawsze obecne w świadomości dorosłych odbiorców – zastanawiam się jednak, jaki jest sens podpisywania na okładce autorki, której wkład w powstanie dzieła był znikomy.
Warto natomiast pochwalić Martę Ostrowską za ilustracje, którymi ozdobiła książkę. To rysunki mocno infantylne i na tym właśnie polega ich urok. Ostrowska proponuje sylwetki postaci jakby przeniesionych z dwuwymiarowych kreskówek, spłaszcza przestrzeń, rezygnuje z sensownej i realistycznej perspektywy. Tworzy obrazki bajkowe – w dziecięcym rozumieniu tego słowa. Na każdej ilustracji, a jest ich w tomie dość dużo, aż roi się od nadprogramowych postaci – zwierząt z uśmiechniętymi pyszczkami, podziwiających ludzkich bohaterów. Marta Ostrowska rysuje tak, jak rysowałyby dzieci, gdyby do ich sposobu postrzegania świata dodać wprawną i pewną rękę – warstwa graficzna stanowi w „Szewczyku” jasny punkt, ilustracje Ostrowskiej mają swój charakter i znakomicie pasują do przedstawionych opowieści – będą cieszyć oko nie tylko dzieci, ale i ich rodziców.
Skrzat wypuszcza na rynek publikację – a właściwie serię – która się nie starzeje. Warto więc podkreślić jeszcze wysoką jakość wydania tomiku.
niedziela, 2 maja 2010
Haruki Murakami: O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu
Muza SA, Warszawa 2010.
Maratony pisarza
Chociaż książka „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” nosi podtytuł „pamiętnik”, pamiętnikiem tak naprawdę nie jest. Jest zbiorem autobiograficznych esejów, opowieści i wyznań, przemyśleń i refleksji, koncentrujących się wokół dwóch wielkich tematów: biegania i pisania.
Haruki Murakami proponuje swoim czytelnikom publikację niebanalną, zrodzoną z hobby i sposobu na życie. „Zauważyłem, że uczciwe pisanie o bieganiu i uczciwe pisanie o samym sobie jest niemal jednym i tym samym. Myślę więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby czytać tę książkę jako swego rodzaju wspomnienia obracające się wokół czynności biegania” – tłumaczy autor w krótkim wstępie, a zapiski, które pojawiają się w dalszej części tej pozycji, mają potwierdzać to spostrzeżenie. Murakami skupia się przede wszystkim na prezentowaniu siebie – zwykłego człowieka, który rozpoczął treningi w trosce o zdrowie i kondycję. Analizuje przygotowania do kolejnych maratonów, notuje obserwacje z biegów – i dopiero od tak przedstawionego tematu przechodzi do kwestii autotematycznych. Analogie do pracy pisarza pojawiają się jakby mimochodem, lecz dwie – wydawałoby się, niemające ze sobą nic wspólnego – dziedziny życia wykazują zadziwiająco wiele punktów zbieżnych, zwłaszcza że Haruki Murakami chce prezentować twórcę jako rzemieślnika, który – jak maratończyk – do sukcesów dochodzić musi ciężką pracą i wytrwałością.
Autor opowiada o swojej pasji, próbuje zareklamować bieganie, zajmuje się dobrymi stronami uprawiania tego sportu i zastanawia się, jak przełożyły się one na podejście do pisania. Szczegółowo omawia czynione przez siebie postępy (sprawdza między innymi, ile kilometrów przebiegł w miesiącach poprzedzających maraton), a bieganie staje się punktem wyjścia do osobistych rozważań – na temat samotności, relacji z innymi ludźmi, starzenia się. Ktoś mógłby pomyśleć, że plan dnia pisarza-biegacza, nawet w dobie mody na voyeuryzm, nie będzie atrakcyjnym tematem do lektury – ale Haruki Murakami potrafi tonacji zwierzenia nadać zabarwienie humorystyczne. Mało tego: nigdy nie wiadomo, który moment stanie się bodźcem do przeskoczenia na poziom autotematyzmu czy przedstawienia prywatnych akcentów codzienności. Świadomy swojego warsztatu twórca udziela w tym tomie odpowiedzi na najczęściej nasuwające się szerokim rzeszom czytelników pytania.
Sporo jest obecnie na rynkach wydawniczych poradników dla amatorów, którzy chcieliby nadać własnej przygodzie ze sztuką cechy profesjonalizmu. I Haruki Murakami co pewien czas zmienia się w przewodnika, który prezentuje techniczną stronę pisania – oraz biegania. Jednak o ile w przypadku sportu jego uwagi mogą pomóc każdemu, o tyle już przy próbach konstruowania powieści podpowiedzi przydadzą się wyłącznie utalentowanym. Złudzenie, że każdy może pisać, tak samo jak każdy może biegać, jest w tej książce konsekwentnie podtrzymywane.
„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” to opowieść o walce z samym sobą, o bezustannym pokonywaniu kolejnych trudności i o przekraczaniu granic, jakie stawia organizm. Ta warstwa stanowi o uniwersalności historii, przenosi ją ze sfery jednostkowych doznań w rejony dostępne wszystkim czytelnikom: publikacja Muzy nie ma być świadectwem treningów znanego pisarza, czy też zbiorem szkiców dla pasjonatów biegania. Przełożenie doznań z maratonów na życie i pracę zawodową doskonale się Murakamiemu udało.
Zalety szczupłego tomu to przede wszystkim lekki styl i dystans do tematu przy jednoczesnym ogromnym zaangażowaniu. To seria celnych obserwacji i komentarzy pozornie niezwiązanych z wiodącym zagadnieniem, to także rzetelny i uczciwy przegląd zadań, jakie czekają przyszłych biegaczy i przyszłych pisarzy. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” to zestaw zapisków tworzonych na marginesie codziennej pracy, zbiór refleksji, które nie zmieściłyby się w zwykłych powieściach. Murakami nie mówi o bieganiu – mówi o życiu i o samopoznaniu. „Znacznej części tego, co wiem o pisaniu, dowiedziałem się, biegając każdego dnia. W sposób naturalny pobierałem praktyczne i fizyczne lekcje (…). Wiem, że gdybym, rozpoczynając karierę pisarską, nie zaczął biegać na długich dystansach, moje książki byłyby zupełnie inne” – wyznaje autor w tomie innym niż wszystkie.
Maratony pisarza
Chociaż książka „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” nosi podtytuł „pamiętnik”, pamiętnikiem tak naprawdę nie jest. Jest zbiorem autobiograficznych esejów, opowieści i wyznań, przemyśleń i refleksji, koncentrujących się wokół dwóch wielkich tematów: biegania i pisania.
Haruki Murakami proponuje swoim czytelnikom publikację niebanalną, zrodzoną z hobby i sposobu na życie. „Zauważyłem, że uczciwe pisanie o bieganiu i uczciwe pisanie o samym sobie jest niemal jednym i tym samym. Myślę więc, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby czytać tę książkę jako swego rodzaju wspomnienia obracające się wokół czynności biegania” – tłumaczy autor w krótkim wstępie, a zapiski, które pojawiają się w dalszej części tej pozycji, mają potwierdzać to spostrzeżenie. Murakami skupia się przede wszystkim na prezentowaniu siebie – zwykłego człowieka, który rozpoczął treningi w trosce o zdrowie i kondycję. Analizuje przygotowania do kolejnych maratonów, notuje obserwacje z biegów – i dopiero od tak przedstawionego tematu przechodzi do kwestii autotematycznych. Analogie do pracy pisarza pojawiają się jakby mimochodem, lecz dwie – wydawałoby się, niemające ze sobą nic wspólnego – dziedziny życia wykazują zadziwiająco wiele punktów zbieżnych, zwłaszcza że Haruki Murakami chce prezentować twórcę jako rzemieślnika, który – jak maratończyk – do sukcesów dochodzić musi ciężką pracą i wytrwałością.
Autor opowiada o swojej pasji, próbuje zareklamować bieganie, zajmuje się dobrymi stronami uprawiania tego sportu i zastanawia się, jak przełożyły się one na podejście do pisania. Szczegółowo omawia czynione przez siebie postępy (sprawdza między innymi, ile kilometrów przebiegł w miesiącach poprzedzających maraton), a bieganie staje się punktem wyjścia do osobistych rozważań – na temat samotności, relacji z innymi ludźmi, starzenia się. Ktoś mógłby pomyśleć, że plan dnia pisarza-biegacza, nawet w dobie mody na voyeuryzm, nie będzie atrakcyjnym tematem do lektury – ale Haruki Murakami potrafi tonacji zwierzenia nadać zabarwienie humorystyczne. Mało tego: nigdy nie wiadomo, który moment stanie się bodźcem do przeskoczenia na poziom autotematyzmu czy przedstawienia prywatnych akcentów codzienności. Świadomy swojego warsztatu twórca udziela w tym tomie odpowiedzi na najczęściej nasuwające się szerokim rzeszom czytelników pytania.
Sporo jest obecnie na rynkach wydawniczych poradników dla amatorów, którzy chcieliby nadać własnej przygodzie ze sztuką cechy profesjonalizmu. I Haruki Murakami co pewien czas zmienia się w przewodnika, który prezentuje techniczną stronę pisania – oraz biegania. Jednak o ile w przypadku sportu jego uwagi mogą pomóc każdemu, o tyle już przy próbach konstruowania powieści podpowiedzi przydadzą się wyłącznie utalentowanym. Złudzenie, że każdy może pisać, tak samo jak każdy może biegać, jest w tej książce konsekwentnie podtrzymywane.
„O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” to opowieść o walce z samym sobą, o bezustannym pokonywaniu kolejnych trudności i o przekraczaniu granic, jakie stawia organizm. Ta warstwa stanowi o uniwersalności historii, przenosi ją ze sfery jednostkowych doznań w rejony dostępne wszystkim czytelnikom: publikacja Muzy nie ma być świadectwem treningów znanego pisarza, czy też zbiorem szkiców dla pasjonatów biegania. Przełożenie doznań z maratonów na życie i pracę zawodową doskonale się Murakamiemu udało.
Zalety szczupłego tomu to przede wszystkim lekki styl i dystans do tematu przy jednoczesnym ogromnym zaangażowaniu. To seria celnych obserwacji i komentarzy pozornie niezwiązanych z wiodącym zagadnieniem, to także rzetelny i uczciwy przegląd zadań, jakie czekają przyszłych biegaczy i przyszłych pisarzy. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” to zestaw zapisków tworzonych na marginesie codziennej pracy, zbiór refleksji, które nie zmieściłyby się w zwykłych powieściach. Murakami nie mówi o bieganiu – mówi o życiu i o samopoznaniu. „Znacznej części tego, co wiem o pisaniu, dowiedziałem się, biegając każdego dnia. W sposób naturalny pobierałem praktyczne i fizyczne lekcje (…). Wiem, że gdybym, rozpoczynając karierę pisarską, nie zaczął biegać na długich dystansach, moje książki byłyby zupełnie inne” – wyznaje autor w tomie innym niż wszystkie.
sobota, 1 maja 2010
Liz Elwes: Pomysł na przyjaźń
Akapit Press, Łódź 2010.
Moda i przyjaźń
Pozory mylą. Tak brzmieć powinno główne przesłanie książki „Pomysł na przyjaźń”, wydanej w serii „Dziewczyny z klasą”. Trzy bohaterki to typowe nastolatki, których zainteresowania koncentrują się wokół spraw mody i urody – Chloe wie, jak dobierać ubrania, by zawsze wyglądać olśniewająco, a Rani umie robić makijaż perfekcyjny. Carrie, narratorka tego tomu (w wersji powieściowej – prowadząca dziennik) zna się na dekorowaniu wnętrz – potrafi ozdabiać salę przed dyskoteką, ale i upiększyć pokój. Dziewczyny trzymają się razem i mogą zawsze na siebie liczyć. Silne swoją przyjaźnią postanawiają ułatwić nowej szkolnej koleżance, Maddy, odnalezienie się w obcej przestrzeni. Tyle że Maddy na wszystko i wszystkich reaguje złością – poczynając od własnej matki, a kończąc na życzliwych bohaterkach. Carrie, Chloe i Rani nie zrażają się łatwo i opracowują sprytny plan oswojenia Maddy. Kwestia wydawanych pochopnie sądów i szybkich ocen staje się tu osią napędową fabuły a problem dotyczy obu stron - trzy przyjaciółki uprzedzają się do nowej koleżanki, nowa postrzega je jako nieciekawe i próżne dziewczyny. Liz Elwes próbuje wytłumaczyć młodym odbiorczyniom, jak łatwo skrzywdzić kogoś, szufladkując go na podstawie pierwszego wrażenia.
Drugim tematem w „Pomyśle na przyjaźń” dość mocno akcentowanym staje się kwestia pocałunków. Tylko Chloe ma stałego chłopaka – i dla przyjaciółek jest prawdziwą wyrocznią. Carrie naiwnie sądzi, że uda się jej rola swatki. Pojawi się tu zazdrość, miłość odrzucana i w końcu – odwzajemniona. To rodzaj wabika dla młodych czytelniczek, ukłon w stronę zainteresowań nastolatek. Oprócz tego Liz Elwes zamieszcza tu i przestrogi – pokazuje między innymi, jak żałosne okazują się dziewczyny, które nie umieją bawić się bez alkoholu na imprezach.
Książka utrzymana jest w formie dziennika, Carrie czasem zwyczajnie opisuje to wszystko, co wydarzyło się ostatnio, czasem natomiast snuje relację równoległą do wydarzeń – prowadzi wtedy na przykład dowcipne dialogi z siedzącą obok i czytającą jej przez ramię Rani. Wprowadza takie rozwiązanie akcent humorystyczny i ożywia powieść. Każdy rozdział natomiast kończy się wyodrębnioną (graficznie i krojem czcionki) poradą jednej z przyjaciółek. W ten sposób Liz Elwes tworzy miniporadnik mody, urody i stylu, zwykłe rady z kolorowych magazynów brzmią bardziej przekonująco, gdy zaprezentowane są jako życzliwe podpowiedzi bliskich czytelniczkom bohaterek.
„Pomysł na przyjaźń” to zwierzenia normalnej nastolatki, raczej serialowej postaci lub dziewczyny z krwi i kości niż papierowej bohaterki. U Liz Elwes sprawdzają się wszystkie rozterki młodzieży – złośliwe koleżanki skutecznie uprzykrzają życie, obecność najprzystojniejszego chłopaka w szkole sprawia, że zapatrzona w niego Carrie popełnia beznadziejne gafy. Mama – wicedyrektorka szkoły – nic nie rozumie i zawsze przesadza. Podobnych, mało ważnych spraw, które w wieku dojrzewania przesłaniają świat, jest w „Pomyśle na przyjaźń” bardzo dużo. Powieść nie zwraca uwagi warstwą tekstową (utrzymana w nastolatkowym stylu narracja wyda się odbiorczyniom przezroczysta), fabuła będzie w niej na pierwszym planie.
Carrie, Rani i Chloe, chociaż mają przeciętne problemy i przeciętne – dla nich samych – życie – wyróżniają się z tłumu bohaterek rozmaitych poppowieści kreatywnością. Dziewczyny w niebanalny sposób rozstrzygają problem ze zbuntowaną Maddy i wpadają na pomysł prezentu urodzinowego dla Chloe – odważne, lekko szalone, energiczne bohaterki sugerują tym samym, że warto czasem skorzystać z podpowiedzi wyobraźni. Dziewczyny z książki Liz Elwes nie boją się spełniania marzeń i mimo rozmaitych drobnych przykrości wiedzą, jak dążyć do szczęścia.

Moda i przyjaźń
Pozory mylą. Tak brzmieć powinno główne przesłanie książki „Pomysł na przyjaźń”, wydanej w serii „Dziewczyny z klasą”. Trzy bohaterki to typowe nastolatki, których zainteresowania koncentrują się wokół spraw mody i urody – Chloe wie, jak dobierać ubrania, by zawsze wyglądać olśniewająco, a Rani umie robić makijaż perfekcyjny. Carrie, narratorka tego tomu (w wersji powieściowej – prowadząca dziennik) zna się na dekorowaniu wnętrz – potrafi ozdabiać salę przed dyskoteką, ale i upiększyć pokój. Dziewczyny trzymają się razem i mogą zawsze na siebie liczyć. Silne swoją przyjaźnią postanawiają ułatwić nowej szkolnej koleżance, Maddy, odnalezienie się w obcej przestrzeni. Tyle że Maddy na wszystko i wszystkich reaguje złością – poczynając od własnej matki, a kończąc na życzliwych bohaterkach. Carrie, Chloe i Rani nie zrażają się łatwo i opracowują sprytny plan oswojenia Maddy. Kwestia wydawanych pochopnie sądów i szybkich ocen staje się tu osią napędową fabuły a problem dotyczy obu stron - trzy przyjaciółki uprzedzają się do nowej koleżanki, nowa postrzega je jako nieciekawe i próżne dziewczyny. Liz Elwes próbuje wytłumaczyć młodym odbiorczyniom, jak łatwo skrzywdzić kogoś, szufladkując go na podstawie pierwszego wrażenia.
Drugim tematem w „Pomyśle na przyjaźń” dość mocno akcentowanym staje się kwestia pocałunków. Tylko Chloe ma stałego chłopaka – i dla przyjaciółek jest prawdziwą wyrocznią. Carrie naiwnie sądzi, że uda się jej rola swatki. Pojawi się tu zazdrość, miłość odrzucana i w końcu – odwzajemniona. To rodzaj wabika dla młodych czytelniczek, ukłon w stronę zainteresowań nastolatek. Oprócz tego Liz Elwes zamieszcza tu i przestrogi – pokazuje między innymi, jak żałosne okazują się dziewczyny, które nie umieją bawić się bez alkoholu na imprezach.
Książka utrzymana jest w formie dziennika, Carrie czasem zwyczajnie opisuje to wszystko, co wydarzyło się ostatnio, czasem natomiast snuje relację równoległą do wydarzeń – prowadzi wtedy na przykład dowcipne dialogi z siedzącą obok i czytającą jej przez ramię Rani. Wprowadza takie rozwiązanie akcent humorystyczny i ożywia powieść. Każdy rozdział natomiast kończy się wyodrębnioną (graficznie i krojem czcionki) poradą jednej z przyjaciółek. W ten sposób Liz Elwes tworzy miniporadnik mody, urody i stylu, zwykłe rady z kolorowych magazynów brzmią bardziej przekonująco, gdy zaprezentowane są jako życzliwe podpowiedzi bliskich czytelniczkom bohaterek.
„Pomysł na przyjaźń” to zwierzenia normalnej nastolatki, raczej serialowej postaci lub dziewczyny z krwi i kości niż papierowej bohaterki. U Liz Elwes sprawdzają się wszystkie rozterki młodzieży – złośliwe koleżanki skutecznie uprzykrzają życie, obecność najprzystojniejszego chłopaka w szkole sprawia, że zapatrzona w niego Carrie popełnia beznadziejne gafy. Mama – wicedyrektorka szkoły – nic nie rozumie i zawsze przesadza. Podobnych, mało ważnych spraw, które w wieku dojrzewania przesłaniają świat, jest w „Pomyśle na przyjaźń” bardzo dużo. Powieść nie zwraca uwagi warstwą tekstową (utrzymana w nastolatkowym stylu narracja wyda się odbiorczyniom przezroczysta), fabuła będzie w niej na pierwszym planie.
Carrie, Rani i Chloe, chociaż mają przeciętne problemy i przeciętne – dla nich samych – życie – wyróżniają się z tłumu bohaterek rozmaitych poppowieści kreatywnością. Dziewczyny w niebanalny sposób rozstrzygają problem ze zbuntowaną Maddy i wpadają na pomysł prezentu urodzinowego dla Chloe – odważne, lekko szalone, energiczne bohaterki sugerują tym samym, że warto czasem skorzystać z podpowiedzi wyobraźni. Dziewczyny z książki Liz Elwes nie boją się spełniania marzeń i mimo rozmaitych drobnych przykrości wiedzą, jak dążyć do szczęścia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






