Koncert pokoleń
Zegarmistrzowi światła - Tadeusz Woźniak i Piotr Woźniak
Kiedy na scenę wyszedł jeden facet z gitarą, zrobiło się magicznie. Piotr Woźniak za sprawą połączenia trzech składników: głosu, gitarowych aranżacji i tekstów jest w stanie zaczarować każdego. Po pierwszych dźwiękach w Magazynie Ciekłego Powietrza stało się oczywiste, że koncert Zegarmistrzowi światła inaugurujący 9. sezon ChTO powinien trwać jak najdłużej. Bo liryczna wyprawa do zbioru ogólnoludzkich tęsknot w połączeniu z prywatnym mikrokosmosem (zwyczajnym, czasem zabawnym i często… kocim) gwarantuje głębokie, nie tylko estetyczne przeżycia. Kiedy do Piotra Woźniaka dołączyła wiolonczelistka, Anna Papierz, nikt już nie miał wątpliwości, że da się za pomocą ascetycznych środków uzyskać piorunujący efekt. Każdy dźwięk zyskiwał tu znaczenie, każdy też podkreślał wagę tekstów nie tylko z płyty Tata Adama. Pierwsza część koncertu podwójnego polegała przede wszystkim na przeżywaniu, na odkrywaniu uniwersalnych prawd ujętych w zadziwiająco prostych celnych frazach. I, rzecz jasna, na czystym zachwycie samymi kompozycjami.
Publiczność nie chciała, żeby Piotr Woźniak zszedł ze sceny, a pamiętać trzeba, że na jego występie wieczór się nie kończył. Tadeusz Woźniak żartobliwie, ale i z ojcowską dumą nawiązał do sukcesu Piotra: „mam do przełknięcia dwie pigułki. To, jak wystąpił Piotrek, to dobra pigułka. A zła to ta, że ja mam teraz po nim wyjść na scenę i śpiewać”. I tak zaczęła się druga odsłona koncertu. Tadeusz Woźniak w kolejnych utworach włączał do wspólnego muzykowania Jolantę Majchrzak-Woźniak (śpiew, pianino elektryczne), Mariusza Jagodę (skrzypce) i Piotra Woźniaka (wiadomo), w finale zespół Tadeusz Woźniak Projekt uzupełniła Anna Papierz („nasze kolejne muzyczne dziecko”, jak serdecznie zapowiedziała wiolonczelistkę Jolanta Majchrzak-Woźniak). Pojawiły się tu przeboje pokoleń (Smak i zapach pomarańczy, Włóczykije czy Pośrodku świata), żarty („leżę po obu swoich bokach” z tekstem Chorążuka) czy „staroangielska ballada ukradziona z szuflady Brylla”. Tadeusz Woźniak narrację między utworami prowadził trochę w stylu Andrzeja Poniedzielskiego, z lekkim dystansem i ironią, bez podlizywania się publiczności (Naczelny Ogrodnik, będący realizatorem dźwięku i, siłą rzeczy, głosem z offu zyskał miano „Wielkiego Brata”). Było też lekko onirycznie („nie istnieje wszak to, co się nie śni”) i bardzo kameralnie. Koncert przepajała atmosfera serdeczności, co zresztą znalazło filozoficzne odzwierciedlenie we frazie jednej z piosenek: „dobre niechaj się pamięta, zapomnij niemiłe”. Rodzinnie, wesoło i przyjemnie było nie tylko na scenie. „Nie ma co gadać, fajnie tu jest. A na dodatek jest tu klimatyzacja”, skwitował Tadeusz Woźniak. Bo przecież o muzycznej jakości koncertu podwójnego Zegarmistrzowi światła nie ma potrzeby wspominać…
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja koncertu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja koncertu. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 sierpnia 2015
piątek, 1 sierpnia 2014
Piotr Bukartyk: 12 godzin po Mannie
Baśń na miarę
Piotr Bukartyk twierdzi, że miarą sukcesu jest dla niego możliwość opłacania dzięki koncertom rachunków za gaz i światło. Ale też z pewnością reakcje publiczności: nie tylko dośpiewywanie refrenów i spontaniczne dialogi z artystą, brawa wywoływane padającymi ze sceny prawdami czy fale śmiechu. Na koncercie inaugurującym ósmy sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego tego nie zabrakło. Bo Piotr Bukartyk ma dar trafiania do słuchaczy przekuwanymi na liryczne opowieściami o ludziach, którym w życiu się nie ułożyło.
Bukartyk jest bardem nietypowym. Zwraca uwagę na pogmatwane losy najmniej dostrzeganych przedstawicieli społeczeństwa. Daje nadzieję tym, którzy przestali już wierzyć w szczęście. Miłość skleja u niego połamane życiorysy na przekór wszystkiemu, zwłaszcza opiniom nieżyczliwych. Samotna matka znajdzie jeszcze faceta, który „ją i dzieciaka pokocha tak jak swoje”, filozoficzne rozważania spod budki z piwem mogą powrócić jako prawdziwe historie o przyziemnych i nieskomplikowanych marzeniach. Bukartyk bardzo chętnie zatrzymuje się nad kontrastem między światem idealnym, bogatym i pięknym, a szarą codziennością ludzi prostych. Dostrzega dysonanse, jak we wstrząsającej Reszcie dla pana: z jednej strony strzeżone osiedla, nowoczesne apartamentowce i niemal bajkowa rzeczywistość, z drugiej stary praski cwaniaczek, który doskonale wie, że do tego otoczenia już nie pasuje. Nad jego rozczarowaniem umie się w piosenkach pochylić tylko Bukartyk. Ten autor zresztą unika wielkich słów i spostrzeżenia odziera z patosu. Nie chce idealizować teorii, woli za to zastanowić się nad trudnym do uchwycenia (ale przecież jednak obecnym!) urokiem ponurej zwyczajności. Przeciętni ludzie zyskują u niego drugą szansę na odwrócenie losu. Nie jest to nigdy szansa rodem z baśni, Piotr Bukartyk wie, że baśnie w prawdziwym życiu się nie zdarzają. Proponuje zatem baśnie na miarę możliwości swoich bohaterów. Dzięki temu uruchamia tony nostalgiczne z nutą optymizmu, daje do myślenia i wprowadza do piosenek tych, którzy nie mieli prawa się tam znaleźć, bo nie pasują do kolorowego świata ułudy.
Relacje między kobietami z przeszłością i mężczyznami po przejściach, drobne tęsknoty i niepowodzenia oraz zadziwiająco trafne uwagi przypominające ludziom o rzeczywistym kształcie szczęścia to jeden rodzaj utworów prezentowanych na koncercie w Magazynie Ciekłego Powietrza. Drugim rodzajem były piosenki satyryczne, lekkie i prześmiewcze, piosenki-dowcipy powiązane z kabaretową wręcz konferansjerką. Tu znalazły się choćby Wino proste musi być (jak skomentował autor: „połączenie francuskiej tradycji picia wina z byle powodu z polską tradycją robienia wina z byle czego”), Sznurek („gdyby pod szybem założyć taką plantację… ile to radości”), Kaszana czy Kinematograf. Piotr Bukartyk zresztą program koncertu układał na oczach publiczności, decydując się, w zależności od klimatu, na „dalsze smęcenie” lub zmianę nastroju. W zasadzie był to koncert życzeń: przy takim repertuarze nikt nie mógł wyjść z niego rozczarowany. Bukartyk proponował utwory doskonale wszystkim znane (Małgocha) i przygotowywane na nową płytę (Piasku ziarenka, Kup sobie psa), starsze (Dokąd się wybierasz) i nowsze (7 rano w sklepie). Zmiany rytmu pozwalały w pełni docenić celność spostrzeżeń, a i warsztatową zręczność, bo przecież Bukartyk jest znakomitym rzemieślnikiem słowa, urzeka nie tylko umiejętnością nazywania rzeczy zwyczajnych. Swoje piosenki przeplatał artysta barwnymi komentarzami (czasem były to całe historie o dobrze przemyślanych konstrukcjach) i żartami. Tak, że chociaż całą choreografię koncertu przedstawił w pierwszym numerze, nie mógł się widzom znudzić. Ze względu na rozkład akcentów, sposób opowiadania o ludzkich losach i energię, zamienił Bukartyk swój występ w miniaturowy muzyczny teatr. Zresztą od strony muzycznej koncert też mógł cieszyć: gitarowe brzmienia były ucztą dla uszu. Odpowiadał za to również Krzysztof Kawałko („siedząca po mojej prawej stronie moja lewa ręka” – Bukartyk), którego kunszt gry zasługiwałby na osobny tekst… gdyby Piotr Bukartyk nie zabronił go wychwalać („bo chciałbym tu pozostać szefem, żeby mu się w głowie nie przewróciło”).
Było wesoło.
tekst z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung".
Piotr Bukartyk twierdzi, że miarą sukcesu jest dla niego możliwość opłacania dzięki koncertom rachunków za gaz i światło. Ale też z pewnością reakcje publiczności: nie tylko dośpiewywanie refrenów i spontaniczne dialogi z artystą, brawa wywoływane padającymi ze sceny prawdami czy fale śmiechu. Na koncercie inaugurującym ósmy sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego tego nie zabrakło. Bo Piotr Bukartyk ma dar trafiania do słuchaczy przekuwanymi na liryczne opowieściami o ludziach, którym w życiu się nie ułożyło.
Bukartyk jest bardem nietypowym. Zwraca uwagę na pogmatwane losy najmniej dostrzeganych przedstawicieli społeczeństwa. Daje nadzieję tym, którzy przestali już wierzyć w szczęście. Miłość skleja u niego połamane życiorysy na przekór wszystkiemu, zwłaszcza opiniom nieżyczliwych. Samotna matka znajdzie jeszcze faceta, który „ją i dzieciaka pokocha tak jak swoje”, filozoficzne rozważania spod budki z piwem mogą powrócić jako prawdziwe historie o przyziemnych i nieskomplikowanych marzeniach. Bukartyk bardzo chętnie zatrzymuje się nad kontrastem między światem idealnym, bogatym i pięknym, a szarą codziennością ludzi prostych. Dostrzega dysonanse, jak we wstrząsającej Reszcie dla pana: z jednej strony strzeżone osiedla, nowoczesne apartamentowce i niemal bajkowa rzeczywistość, z drugiej stary praski cwaniaczek, który doskonale wie, że do tego otoczenia już nie pasuje. Nad jego rozczarowaniem umie się w piosenkach pochylić tylko Bukartyk. Ten autor zresztą unika wielkich słów i spostrzeżenia odziera z patosu. Nie chce idealizować teorii, woli za to zastanowić się nad trudnym do uchwycenia (ale przecież jednak obecnym!) urokiem ponurej zwyczajności. Przeciętni ludzie zyskują u niego drugą szansę na odwrócenie losu. Nie jest to nigdy szansa rodem z baśni, Piotr Bukartyk wie, że baśnie w prawdziwym życiu się nie zdarzają. Proponuje zatem baśnie na miarę możliwości swoich bohaterów. Dzięki temu uruchamia tony nostalgiczne z nutą optymizmu, daje do myślenia i wprowadza do piosenek tych, którzy nie mieli prawa się tam znaleźć, bo nie pasują do kolorowego świata ułudy.
Relacje między kobietami z przeszłością i mężczyznami po przejściach, drobne tęsknoty i niepowodzenia oraz zadziwiająco trafne uwagi przypominające ludziom o rzeczywistym kształcie szczęścia to jeden rodzaj utworów prezentowanych na koncercie w Magazynie Ciekłego Powietrza. Drugim rodzajem były piosenki satyryczne, lekkie i prześmiewcze, piosenki-dowcipy powiązane z kabaretową wręcz konferansjerką. Tu znalazły się choćby Wino proste musi być (jak skomentował autor: „połączenie francuskiej tradycji picia wina z byle powodu z polską tradycją robienia wina z byle czego”), Sznurek („gdyby pod szybem założyć taką plantację… ile to radości”), Kaszana czy Kinematograf. Piotr Bukartyk zresztą program koncertu układał na oczach publiczności, decydując się, w zależności od klimatu, na „dalsze smęcenie” lub zmianę nastroju. W zasadzie był to koncert życzeń: przy takim repertuarze nikt nie mógł wyjść z niego rozczarowany. Bukartyk proponował utwory doskonale wszystkim znane (Małgocha) i przygotowywane na nową płytę (Piasku ziarenka, Kup sobie psa), starsze (Dokąd się wybierasz) i nowsze (7 rano w sklepie). Zmiany rytmu pozwalały w pełni docenić celność spostrzeżeń, a i warsztatową zręczność, bo przecież Bukartyk jest znakomitym rzemieślnikiem słowa, urzeka nie tylko umiejętnością nazywania rzeczy zwyczajnych. Swoje piosenki przeplatał artysta barwnymi komentarzami (czasem były to całe historie o dobrze przemyślanych konstrukcjach) i żartami. Tak, że chociaż całą choreografię koncertu przedstawił w pierwszym numerze, nie mógł się widzom znudzić. Ze względu na rozkład akcentów, sposób opowiadania o ludzkich losach i energię, zamienił Bukartyk swój występ w miniaturowy muzyczny teatr. Zresztą od strony muzycznej koncert też mógł cieszyć: gitarowe brzmienia były ucztą dla uszu. Odpowiadał za to również Krzysztof Kawałko („siedząca po mojej prawej stronie moja lewa ręka” – Bukartyk), którego kunszt gry zasługiwałby na osobny tekst… gdyby Piotr Bukartyk nie zabronił go wychwalać („bo chciałbym tu pozostać szefem, żeby mu się w głowie nie przewróciło”).
Było wesoło.
tekst z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung".
środa, 7 sierpnia 2013
Koncert Jaromira Nohavicy (Katowice, 4 sierpnia 2013)
Przyjaciel
„Ja chcę śpiewać dla pani, a nie dla pani telefonu” – powiedział Jaromir Nohavica do nagrywającej go podczas koncertu fanki. Nie ma problemów ze znalezieniem utworów czeskiego barda na płytach czy w internecie – a atmosfery z koncertu, czyli wspólnego święta, i tak nie da się utrwalić na żadnym nośniku… poza pamięcią. Moda na Nohavicę nie przemija: ludzie spragnieni są pieśni o głębokich przesłaniach, lirycznej zadumy nad życiem i miłością oraz mądrego żartu. A może spragnieni są samego Nohavicy, swojskiego i sympatycznego Czecha. Filozoficzne refleksje i ciekawe dowcipy funkcjonują w jego tekstach, a że autor stale sięga po niebanalne (i niewyeksploatowane) skojarzenia, wciąż imponuje słuchaczom. Zestawia ulotną chwilę z życia jednostki z kosmosem i wiecznością, pokazuje przekleństwa i atuty najbardziej pożądanych emocji, w piosenkowych zwierzeniach znajduje miejsce na zaskoczenie, smutek, zabawę i szczerość uczuć. Fenomen Nohavicy trwa – a każdy fan musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, co najbardziej w utworach Czecha ceni.
Nohavica zdobywa rzesze wielbicieli jako artysta i jako człowiek. Na scenie umiejętnie łączy obie te role. Charyzmę podbudowuje nieprzystającym do wizerunku gwiazdy skromnym sposobem bycia. Istnieje nie jako niedostępny mistrz, a jako przyjaciel każdego widza z osobna, zwyczajny facet z sąsiedztwa, który w świetle reflektorów pozostaje sobą. Nie ma w jego postawie pozowania na idola, nie ma żadnego poczucia wyższości w stosunku do innych ludzi. Zna swoje słabości, z szacunkiem odnosi się do tradycji (część publiczności kupił między innymi wyznaniem, że jego biała koszula to ukłon w stronę dziadków, którzy w ten właśnie sposób ubierali się w święto). Prosty styl bycia dobrze koresponduje z naturalnymi przesłaniami pieśni – i porywa miliony słuchaczy. Nohavica nie kłamie, śpiewa o tym, co najważniejsze dla niego – jako człowieka, obywatela, a także małej cząstki wszechświata, może nieco bardziej niż inni świadomej przemijalności.
Ale nie jest to twórca anonimowy. Zdaje sobie sprawę z wrażenia, jakie wywołuje na odbiorcach – i bez wahania wychodzi naprzeciw oczekiwaniom. Zdarza się, że wchodzi w dialog z publicznością, rzuca autoironiczne komentarze, żartuje z fotografów. W piosenkach osiąga maksimum tonów konfesyjnych – więc w niby-konferansjerce może sobie pozwolić na każde wyznanie. Tym razem oświadczył, że chce przede wszystkim śpiewać a nie mówić: chociaż i tak nie zabrakło zabawnych łączników między piosenkami. Rzekome ograniczenie międzypiosenkowych wynurzeń spowodowane było także obecnością akompaniatora, Roberta Kuśmierskiego. Nohavica starał się nie dominować na scenie i nie przysłaniać swoją sławą znakomitego muzyka. Kuśmierski dyskretnie towarzyszył czeskiemu bardowi, jakby dla odbiorców miał być tylko dodatkiem do Nohavicy – ale gdy zaczynał grać, ujawniała się także muzyczna maestria utworów, doskonale znane wszystkim piosenki wybrzmiewały zupełnie inaczej. Dotąd bardziej interesowały słuchaczy tekstowe przesłania i uwagi wplatane w zwykłe-niezwykłe historie. Robert Kuśmierski pomaga jednak zwrócić uwagę na piękno samych kompozycji. Świetnie dopełniał pomysły Jaromira Nohavicy. Wystarczy go posłuchać, by przekonać się, że idealnie sprawdza się w tym repertuarze, jako akompaniator i przyjaciel.
Tym razem nie było zbyt wiele improwizacji w dobieraniu piosenek: Nohavica ułożył koncert z evergreenów, utworów z ostatniej płyty oraz drobnych żartów muzyczno-tekstowych, lekko tylko modyfikując założenia podczas występu. "Po czymś smutnym pora na coś mniej smutnego" - tłumaczył. - "Jak w życiu". Wiele było zatem pieśni, które publiczność zna na pamięć, kilka takich, które ma szansę poznać za sprawą mediów. Nohavica większość utworów zaśpiewał po czesku – co zupełnie nie przeszkadzało jego fanom, spragnionym raczej spotkania z artystą-przyjacielem niż konkretnych pieśni. I chociaż był to koncert bardziej oficjalny niż kameralny (w przypadku Jarka Nohavicy kameralny koncert na 700 widzów to norma), nikt nie wyszedł z niego zawiedziony.
„Ja chcę śpiewać dla pani, a nie dla pani telefonu” – powiedział Jaromir Nohavica do nagrywającej go podczas koncertu fanki. Nie ma problemów ze znalezieniem utworów czeskiego barda na płytach czy w internecie – a atmosfery z koncertu, czyli wspólnego święta, i tak nie da się utrwalić na żadnym nośniku… poza pamięcią. Moda na Nohavicę nie przemija: ludzie spragnieni są pieśni o głębokich przesłaniach, lirycznej zadumy nad życiem i miłością oraz mądrego żartu. A może spragnieni są samego Nohavicy, swojskiego i sympatycznego Czecha. Filozoficzne refleksje i ciekawe dowcipy funkcjonują w jego tekstach, a że autor stale sięga po niebanalne (i niewyeksploatowane) skojarzenia, wciąż imponuje słuchaczom. Zestawia ulotną chwilę z życia jednostki z kosmosem i wiecznością, pokazuje przekleństwa i atuty najbardziej pożądanych emocji, w piosenkowych zwierzeniach znajduje miejsce na zaskoczenie, smutek, zabawę i szczerość uczuć. Fenomen Nohavicy trwa – a każdy fan musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, co najbardziej w utworach Czecha ceni.
Nohavica zdobywa rzesze wielbicieli jako artysta i jako człowiek. Na scenie umiejętnie łączy obie te role. Charyzmę podbudowuje nieprzystającym do wizerunku gwiazdy skromnym sposobem bycia. Istnieje nie jako niedostępny mistrz, a jako przyjaciel każdego widza z osobna, zwyczajny facet z sąsiedztwa, który w świetle reflektorów pozostaje sobą. Nie ma w jego postawie pozowania na idola, nie ma żadnego poczucia wyższości w stosunku do innych ludzi. Zna swoje słabości, z szacunkiem odnosi się do tradycji (część publiczności kupił między innymi wyznaniem, że jego biała koszula to ukłon w stronę dziadków, którzy w ten właśnie sposób ubierali się w święto). Prosty styl bycia dobrze koresponduje z naturalnymi przesłaniami pieśni – i porywa miliony słuchaczy. Nohavica nie kłamie, śpiewa o tym, co najważniejsze dla niego – jako człowieka, obywatela, a także małej cząstki wszechświata, może nieco bardziej niż inni świadomej przemijalności.
Ale nie jest to twórca anonimowy. Zdaje sobie sprawę z wrażenia, jakie wywołuje na odbiorcach – i bez wahania wychodzi naprzeciw oczekiwaniom. Zdarza się, że wchodzi w dialog z publicznością, rzuca autoironiczne komentarze, żartuje z fotografów. W piosenkach osiąga maksimum tonów konfesyjnych – więc w niby-konferansjerce może sobie pozwolić na każde wyznanie. Tym razem oświadczył, że chce przede wszystkim śpiewać a nie mówić: chociaż i tak nie zabrakło zabawnych łączników między piosenkami. Rzekome ograniczenie międzypiosenkowych wynurzeń spowodowane było także obecnością akompaniatora, Roberta Kuśmierskiego. Nohavica starał się nie dominować na scenie i nie przysłaniać swoją sławą znakomitego muzyka. Kuśmierski dyskretnie towarzyszył czeskiemu bardowi, jakby dla odbiorców miał być tylko dodatkiem do Nohavicy – ale gdy zaczynał grać, ujawniała się także muzyczna maestria utworów, doskonale znane wszystkim piosenki wybrzmiewały zupełnie inaczej. Dotąd bardziej interesowały słuchaczy tekstowe przesłania i uwagi wplatane w zwykłe-niezwykłe historie. Robert Kuśmierski pomaga jednak zwrócić uwagę na piękno samych kompozycji. Świetnie dopełniał pomysły Jaromira Nohavicy. Wystarczy go posłuchać, by przekonać się, że idealnie sprawdza się w tym repertuarze, jako akompaniator i przyjaciel.
Tym razem nie było zbyt wiele improwizacji w dobieraniu piosenek: Nohavica ułożył koncert z evergreenów, utworów z ostatniej płyty oraz drobnych żartów muzyczno-tekstowych, lekko tylko modyfikując założenia podczas występu. "Po czymś smutnym pora na coś mniej smutnego" - tłumaczył. - "Jak w życiu". Wiele było zatem pieśni, które publiczność zna na pamięć, kilka takich, które ma szansę poznać za sprawą mediów. Nohavica większość utworów zaśpiewał po czesku – co zupełnie nie przeszkadzało jego fanom, spragnionym raczej spotkania z artystą-przyjacielem niż konkretnych pieśni. I chociaż był to koncert bardziej oficjalny niż kameralny (w przypadku Jarka Nohavicy kameralny koncert na 700 widzów to norma), nikt nie wyszedł z niego zawiedziony.
piątek, 27 lipca 2012
Andrzej Poniedzielski: Jednocześnie (recital)
Inauguracja szóstego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego
Nienachalne przebywanie na scenie
Gdyby nie Andrzej Poniedzielski, niewielu miłośników satyry wierzyłoby, że jest dzisiaj możliwe rozśmieszanie bez ludycznych gagów, głośnych jingli czy prymitywnych a krzykliwych kabaretowych scenek. Poniedzielski dystansuje się od medialnych (i coraz rzadziej zabawnych) kabaretów i programów rozrywkowych tworzonych pod publiczkę, dystansuje się od nośnych tematów, ba, nawet od samego siebie się dystansuje, sięgając po autoironię. Ubrany na czarno, wpatrzony w podłogę, melancholijnie zamyślony jest w stanie za sprawą niepowtarzalnych i błyskotliwych skojarzeń bawić do łez, czego dowiódł podczas recitalu inaugurującego szósty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Podczas dwugodzinnego spotkania dał popis inteligentnego humoru, a i improwizacyjnego talentu, a odbiorcy mieli okazję podziwiać potęgę skojarzeń artysty w trzyczęściowym recitalu. Obok zapowiadanego „Jednocześnie” pojawiły się bowiem jednocześnie fragmenty z monodramowego „Chyba już można…”, a także namiastka spotkania autorskiego z pytaniami od publiczności. Inauguracja połączona została z promocją wydawnictw Andrzeja Poniedzielskiego, książek „Jednocześnie” oraz „Szumi czas”, a sporą część zapowiadanego recitalu tworzyły autotematyczne (i autosatyryczne) zwierzenia. Poniedzielski znakomicie wykorzystał marketingowe zagrania, by ośmieszyć ich mechanizmy, a przy tym z przymrużeniem oka zareklamować swoje poetyckie zbiorki (które, tak naprawdę, reklamy nie powinny potrzebować). Satyrycznym tworzywem okazało się za to zjawisko aktualne i społeczne, a przecież uniwersalnego humoru barda nie da się zaklasyfikować jako żartu zaangażowanego. Postawa poety zmuszonego do przekonywania, że warto nabyć jego dzieło, stała się punktem wyjścia do całej serii śmiechotwórczych spostrzeżeń, które, rzecz jasna, wygłaszał artysta, jakby lekko nimi zdziwiony, a już na pewno daleki od chęci podporządkowania się wymogom rynku. Zresztą w jego nienachalnym przebywaniu na scenie (określenie to pada w recitalu) nie byłoby miejsca na agresywną autopromocję, festiwal ironicznych zdziwień sprawdził się za to świetnie. Poza motywami autotematycznymi znalazło się w spotkaniu miejsce na refleksję nad upływającym czasem (pokolenie kiwi), czy opowieści zakorzenione w Kielecczyźnie.
Recital „Jednocześnie” to również piosenki Andrzeja Poniedzielskiego, choć może śpiewane przez autora wiersze takie określenie zbytnio spłyca. Pełne filozoficznych refleksji i lekko nostalgiczne, a przy tym i dowcipne, zwracały uwagę celnymi puentami i skrzyły się sformułowaniami, których można twórcy jedynie pozazdrościć. W nich Andrzej Poniedzielski mistrzowsko stosuje skrót, nie zapominając o humorze, proponując odbiorcom piosenki-uśmiechy, liryczne drobiazgi i opowieści o przemijaniu, lekkie i nieprzygnębiające. Tworzy piosenki z tekstem: głębokie, o wyraźnie zaznaczanej hierarchii wartości i nieprzypadkowym doborze fraz. Na przykładach piosenek, które wybrzmiały podczas wieczoru inauguracyjnego w Sztygarce, można pokazywać powrót do eleganckiej, wysmakowanej, kabaretowo-poetyckiej twórczości. Na ten powrót zdobędą się nieliczni. W recitalu „Jednocześnie” akompaniował Andrzej Pawlukiewicz, w trakcie monologów dyskretnie usuwający się w cień.
Andrzej Poniedzielski na scenie imponuje stoickim spokojem kontrastującym z kaskadami żartów w monologach. Nie musi podążać za estradowymi modami, ani stosować tanich sztuczek, by przypodobać się odbiorcom. Zachowuje się jak (według określenia Artura Andrusa) Logo Listopada: jest to jednak najweselsze Logo Listopada, jakie można sobie wyobrazić.
tekst opublikowany w "Sztajgerowym Cajtungu", gazetce festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego
Nienachalne przebywanie na scenie
Gdyby nie Andrzej Poniedzielski, niewielu miłośników satyry wierzyłoby, że jest dzisiaj możliwe rozśmieszanie bez ludycznych gagów, głośnych jingli czy prymitywnych a krzykliwych kabaretowych scenek. Poniedzielski dystansuje się od medialnych (i coraz rzadziej zabawnych) kabaretów i programów rozrywkowych tworzonych pod publiczkę, dystansuje się od nośnych tematów, ba, nawet od samego siebie się dystansuje, sięgając po autoironię. Ubrany na czarno, wpatrzony w podłogę, melancholijnie zamyślony jest w stanie za sprawą niepowtarzalnych i błyskotliwych skojarzeń bawić do łez, czego dowiódł podczas recitalu inaugurującego szósty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego. Podczas dwugodzinnego spotkania dał popis inteligentnego humoru, a i improwizacyjnego talentu, a odbiorcy mieli okazję podziwiać potęgę skojarzeń artysty w trzyczęściowym recitalu. Obok zapowiadanego „Jednocześnie” pojawiły się bowiem jednocześnie fragmenty z monodramowego „Chyba już można…”, a także namiastka spotkania autorskiego z pytaniami od publiczności. Inauguracja połączona została z promocją wydawnictw Andrzeja Poniedzielskiego, książek „Jednocześnie” oraz „Szumi czas”, a sporą część zapowiadanego recitalu tworzyły autotematyczne (i autosatyryczne) zwierzenia. Poniedzielski znakomicie wykorzystał marketingowe zagrania, by ośmieszyć ich mechanizmy, a przy tym z przymrużeniem oka zareklamować swoje poetyckie zbiorki (które, tak naprawdę, reklamy nie powinny potrzebować). Satyrycznym tworzywem okazało się za to zjawisko aktualne i społeczne, a przecież uniwersalnego humoru barda nie da się zaklasyfikować jako żartu zaangażowanego. Postawa poety zmuszonego do przekonywania, że warto nabyć jego dzieło, stała się punktem wyjścia do całej serii śmiechotwórczych spostrzeżeń, które, rzecz jasna, wygłaszał artysta, jakby lekko nimi zdziwiony, a już na pewno daleki od chęci podporządkowania się wymogom rynku. Zresztą w jego nienachalnym przebywaniu na scenie (określenie to pada w recitalu) nie byłoby miejsca na agresywną autopromocję, festiwal ironicznych zdziwień sprawdził się za to świetnie. Poza motywami autotematycznymi znalazło się w spotkaniu miejsce na refleksję nad upływającym czasem (pokolenie kiwi), czy opowieści zakorzenione w Kielecczyźnie.
Recital „Jednocześnie” to również piosenki Andrzeja Poniedzielskiego, choć może śpiewane przez autora wiersze takie określenie zbytnio spłyca. Pełne filozoficznych refleksji i lekko nostalgiczne, a przy tym i dowcipne, zwracały uwagę celnymi puentami i skrzyły się sformułowaniami, których można twórcy jedynie pozazdrościć. W nich Andrzej Poniedzielski mistrzowsko stosuje skrót, nie zapominając o humorze, proponując odbiorcom piosenki-uśmiechy, liryczne drobiazgi i opowieści o przemijaniu, lekkie i nieprzygnębiające. Tworzy piosenki z tekstem: głębokie, o wyraźnie zaznaczanej hierarchii wartości i nieprzypadkowym doborze fraz. Na przykładach piosenek, które wybrzmiały podczas wieczoru inauguracyjnego w Sztygarce, można pokazywać powrót do eleganckiej, wysmakowanej, kabaretowo-poetyckiej twórczości. Na ten powrót zdobędą się nieliczni. W recitalu „Jednocześnie” akompaniował Andrzej Pawlukiewicz, w trakcie monologów dyskretnie usuwający się w cień.
Andrzej Poniedzielski na scenie imponuje stoickim spokojem kontrastującym z kaskadami żartów w monologach. Nie musi podążać za estradowymi modami, ani stosować tanich sztuczek, by przypodobać się odbiorcom. Zachowuje się jak (według określenia Artura Andrusa) Logo Listopada: jest to jednak najweselsze Logo Listopada, jakie można sobie wyobrazić.
tekst opublikowany w "Sztajgerowym Cajtungu", gazetce festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego
Subskrybuj:
Posty (Atom)






