Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.
W parze
Różne są poradniki dotyczące miłości i związków, Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk dołączają do tego zestawu z kolejną propozycją, ale zwracają baczną uwagę na zmiany społeczne i to, co dzisiaj warunkuje wchodzenie w kolejne relacje. „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania” to książka, w której nadrzędnym tematem staje się dobór partnerów dzięki internetowym portalom i aplikacjom randkowym – czyli coś, co jeszcze do niedawna było przez psychologów w najlepszym razie marginalizowane, jeśli nie w ogóle pomijane. Tymczasem możliwość szybkiego wyszukiwania osób spełniających określone kryteria i możliwość dopasowywania ich do własnych oczekiwań sprawia, że ludzie mniej troszczą się o budowanie pełnego i wartościowego związku, a bardziej postrzegają potencjalną drugą połówkę jak towar, który w każdej chwili można zwrócić do sklepu – zamiast postarać się o wypracowanie stabilizacji i rozmawiać o wizjach związku. Związek w „Epoce singli” to nie tylko małżeństwo, autorki unikają kategoryzowania i wolą skupiać się na sednie kontaktów międzyludzkich a nie na powracaniu do urzędowo zatwierdzanych relacji: tu każdy znajdzie coś dla siebie.
Książka została podzielona na dwie części, w pierwszej autorki zapraszają do dyskusji kolejnych badaczy i psychologów, którzy wybrali sobie konkretne zagadnienie i wnikliwie je analizują. Do tego stopnia, że nie boją się odpowiedzi na pytanie „czego pragną kobiety” i „czego pragną mężczyźni” – wnioski z tych wywiadów mogą być dla czytelników dość zaskakujące. Za każdym razem autorki wybierają nadrzędny temat, który nadaje ton i kierunek rozmowom, po to, żeby czytelnicy mogli przejrzeć się w tych opowieściach i umieć wskazać najbardziej palące punkty do poprawienia w swoim życiu. To nie jest historia o singlach – raczej bycie singlem to problem, który warto rozwiązać: autorki uznają, że single albo zostali w poprzednich relacjach pokrzywdzeni i teraz boją się podejmowania ryzyka, albo dla wygody są sami, bo nie potrafią się dopasowywać, albo nie chcą odrzucenia, świadomi, że dzisiejszy świat jest bezlitosny w kwestii stabilności w związkach. A skoro singiel z przekonania (i to przekonania wewnętrznego, a nie płynącego z poprzednich doświadczeń) to rzadkość, lepiej skupić się na tych, którzy są singlami, ale niekoniecznie o tym marzą. Autodiagnozy nie są niezbędne, ale stanowią ciekawą socjologiczną obserwację, która może sporo czytelnikom powiedzieć o ich samych albo o ich potencjalnych partnerach. W drugiej części książki autorki stawiają na swoje rozmowy – znowu forma wywiadu pozwala lepiej przyswajać informacje i pokonywać własne uprzedzenia: pojawi się tu między innymi rozdział o nieśmiałości czy o lęku przed pierwszym krokiem, a także o stereotypach dotyczących miłości – które przeszkadzają w budowaniu wartościowej relacji. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych spostrzeżeń i tez, to wygodne rozwiązanie dla leniwych i nieuważnych – w drugiej części tomu można też dostać zestawy zadań czy testy pomagające w autoanalizach. I wszystko to prowadzi do samoświadomości, a także do ewentualnej szansy na poprawienie jakości związków. Książka została przygotowana tak, żeby nie zarzucać czytelników przesadnie teoriami psychologicznymi, za to żeby zwrócić uwagę na konsekwencje aktualnego trybu życia.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 15 lutego 2026
sobota, 14 lutego 2026
Edyta Świętek: Łąki kwitnące purpurą
Mando, Kraków 2026.
Zwyczajność
W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.
Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.
Zwyczajność
W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.
Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.
piątek, 13 lutego 2026
Sabine Bohlmann: Jutro będę dzielny
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Samodzielność
Istnieje całkiem spore grono fanów – nie tylko małych odbiorców – duetu twórczego Sabine Bohlmann-Emilia Dziubak. Kolejny picture book edukacyjny dla najmłodszych – „Jutro będę dzielny” – cechuje się wspaniałymi obrazami ze świata przyrody i fabułą, która przypomina odbiorcom, że do wszystkiego trzeba dojrzeć i na wszystko przyjdzie czas. Sabine Bohlmann zabiera czytelników do codzienności ptasiej rodziny. Urocze stworzonka budują gniazdo, w którym wkrótce pojawiają się jajka. Ptasia mama cierpliwie je wysiaduje i już wkrótce może cieszyć się z potomstwa. Jedno jajko pozostaje jajkiem wyjątkowo długo, a kiedy wreszcie wykluwa się z niego pisklę, okazuje się mniej przebojowe niż rodzeństwo. Wszystkie ptaki dorastają i uczą się latać, jedynie ostatni maluch wszystkiego się boi i obiecuje rodzicom, że „jutro będzie dzielny”. Nikt nie mówi mu, że powinien się bardziej starać, nie zawstydza, stawiając za wzór starsze rodzeństwo, ani nie zauważa, że problem wziął się z późniejszego wyklucia się – mama po prostu czeka i pozwala, żeby ptaszek sam dojrzał i nabrał ochoty na wyfrunięcie z gniazda – oraz pewności siebie, która umożliwi mu wzbicie się w powietrze. Oczywiście wokół nie brakuje życzliwych, którzy dobrymi w swoim przekonaniu radami mogą doprowadzić do frustracji malucha albo jego rodziców – na szczęście ci postanawiają słuchać intuicji i zostawić sprawy własnemu biegowi. Dzięki temu ptaszek przekonuje się, że i on da sobie radę w dorosłym świecie – a kiedy już poczuje, że nadszedł moment na szybowanie w przestworzach, da mu to sporo satysfakcji.
U Sabine Bohlmann pojawia się motyw niezwykle istotny z perspektywy małych odbiorców. Każde dziecko ma jakiś obszar, w którym nie czuje się zbyt pewnie i w którym potrzebuje trochę więcej czasu niż rówieśnicy, żeby móc go tak jak oni realizować – w takim wypadku ponaglenia i wyszydzanie nie pomagają, najbardziej liczy się wyrozumiałość, cierpliwość i bezwarunkowa akceptacja. Ptasia rodzina uczy odbiorców (tych młodszych i tych starszych), że czasami wystarczy poczekać bez złośliwości – a to, co kiedyś było trudne, z czasem stanie się łatwiejsze. Wzruszająca i bardzo prosta historia o ptaszku, który bał się latać, pokazuje najmłodszym, że nie muszą na siłę pokonywać swoich lęków, a także że strach nigdy nie trwa wiecznie – za to pozwala niekiedy poczekać na odpowiedni moment. Sabine Bohlmann bez trudu trafi tą opowieścią do małych odbiorców. Z kolei Emilia Dziubak sprawia, że wszyscy fani jej ilustracji będą z zapartym tchem śledzić kolejne obrazki z korony drzewa. Tutaj przyroda gra główną rolę, precyzyjnie i bajkowo wyrysowywane liście i rozmaite elementy ptasiej codzienności uwiarygodniają opowieść w oczach najmłodszych. Dzieci dzięki takiej lekturze nabierają pewności siebie, śmiałości i fantazji, przekonują się też, że nie tylko one czasami czegoś się boją albo nie mają ochoty na robienie tego, co inni. Emilia Dziubak zaprasza do krainy fantazji bazującej na rzeczywistości – dobrze czuje się w przestrzeniach leśnych, i sprawia, że ilustrowane przez nią książki zamieniają się w wielką i fascynującą serię.
Samodzielność
Istnieje całkiem spore grono fanów – nie tylko małych odbiorców – duetu twórczego Sabine Bohlmann-Emilia Dziubak. Kolejny picture book edukacyjny dla najmłodszych – „Jutro będę dzielny” – cechuje się wspaniałymi obrazami ze świata przyrody i fabułą, która przypomina odbiorcom, że do wszystkiego trzeba dojrzeć i na wszystko przyjdzie czas. Sabine Bohlmann zabiera czytelników do codzienności ptasiej rodziny. Urocze stworzonka budują gniazdo, w którym wkrótce pojawiają się jajka. Ptasia mama cierpliwie je wysiaduje i już wkrótce może cieszyć się z potomstwa. Jedno jajko pozostaje jajkiem wyjątkowo długo, a kiedy wreszcie wykluwa się z niego pisklę, okazuje się mniej przebojowe niż rodzeństwo. Wszystkie ptaki dorastają i uczą się latać, jedynie ostatni maluch wszystkiego się boi i obiecuje rodzicom, że „jutro będzie dzielny”. Nikt nie mówi mu, że powinien się bardziej starać, nie zawstydza, stawiając za wzór starsze rodzeństwo, ani nie zauważa, że problem wziął się z późniejszego wyklucia się – mama po prostu czeka i pozwala, żeby ptaszek sam dojrzał i nabrał ochoty na wyfrunięcie z gniazda – oraz pewności siebie, która umożliwi mu wzbicie się w powietrze. Oczywiście wokół nie brakuje życzliwych, którzy dobrymi w swoim przekonaniu radami mogą doprowadzić do frustracji malucha albo jego rodziców – na szczęście ci postanawiają słuchać intuicji i zostawić sprawy własnemu biegowi. Dzięki temu ptaszek przekonuje się, że i on da sobie radę w dorosłym świecie – a kiedy już poczuje, że nadszedł moment na szybowanie w przestworzach, da mu to sporo satysfakcji.
U Sabine Bohlmann pojawia się motyw niezwykle istotny z perspektywy małych odbiorców. Każde dziecko ma jakiś obszar, w którym nie czuje się zbyt pewnie i w którym potrzebuje trochę więcej czasu niż rówieśnicy, żeby móc go tak jak oni realizować – w takim wypadku ponaglenia i wyszydzanie nie pomagają, najbardziej liczy się wyrozumiałość, cierpliwość i bezwarunkowa akceptacja. Ptasia rodzina uczy odbiorców (tych młodszych i tych starszych), że czasami wystarczy poczekać bez złośliwości – a to, co kiedyś było trudne, z czasem stanie się łatwiejsze. Wzruszająca i bardzo prosta historia o ptaszku, który bał się latać, pokazuje najmłodszym, że nie muszą na siłę pokonywać swoich lęków, a także że strach nigdy nie trwa wiecznie – za to pozwala niekiedy poczekać na odpowiedni moment. Sabine Bohlmann bez trudu trafi tą opowieścią do małych odbiorców. Z kolei Emilia Dziubak sprawia, że wszyscy fani jej ilustracji będą z zapartym tchem śledzić kolejne obrazki z korony drzewa. Tutaj przyroda gra główną rolę, precyzyjnie i bajkowo wyrysowywane liście i rozmaite elementy ptasiej codzienności uwiarygodniają opowieść w oczach najmłodszych. Dzieci dzięki takiej lekturze nabierają pewności siebie, śmiałości i fantazji, przekonują się też, że nie tylko one czasami czegoś się boją albo nie mają ochoty na robienie tego, co inni. Emilia Dziubak zaprasza do krainy fantazji bazującej na rzeczywistości – dobrze czuje się w przestrzeniach leśnych, i sprawia, że ilustrowane przez nią książki zamieniają się w wielką i fascynującą serię.
czwartek, 12 lutego 2026
Susan Napier: Miyazaki. Świat w animacji
bo.wiem, Kraków 2026.
Wyobraźnia
Wszyscy ci, którzy z wyższością podchodzą do anime, powinni sprawdzić, ile ta sztuka oferuje i jakie możliwości daje twórcom. Susan Napier przygląda się temu, co wyszło z wyobraźni najsłynniejszego artysty anime – Miyazakiego Hayao. Cały tom „Miyazaki. Świat w animacji” to książka będąca analizą dorobku – komentowaniem kolejnych produkcji i rozwiązań w zestawieniu ze znaczeniami oraz przesłaniami. Autorka tylko we wstępach do rozdziałów pozwala sobie na osobiste wstawki – powiązania z tą twórczością i zasadami odbioru – później przechodzi do rozczytywania kolejnych dzieł i do relacjonowania fabuł oraz przełomowych rozwiązań. Susan Napier koncentruje się na twórczości i całkowicie odrzuca opowiadanie o twórcy – Miyazaki funkcjonuje tu jako artysta i wizjoner, ale przemawia wyłącznie przez dokonania anime. I dzięki temu odbiorcy mogą uniknąć biografizowania w odczytywaniu filmowych odkryć.
Autorka stara się zaprezentować nie tylko przebieg fabuły, ale też cały zestaw informacji, które pomagają przy odbiorze i pozwalają właściwie ocenić przełomowość w dziedzinie anime. Kieruje się wprawdzie do odbiorców świadomych, do tych, którzy twórczość Miyazakiego znają, ale nie zaszkodzi przypomnieć im, jaki jest przebieg wydarzeń w kolejnych utworach. Analizie poddaje zwłaszcza charakterystyki bohaterek – chociaż zajmuje się również rolą wyobraźniowych wytworów i ich miejscem w kulturze popularnej oraz w tradycjach i wierzeniach. Miyazaki czerpie bowiem nie tylko ze społecznych dążeń, a Susan Napier skrupulatnie to odnotowuje. Pozwala dzięki temu czytelnikom na lepsze rozeznanie w tej twórczości, a do tego – bardziej świadomy odbiór i w konsekwencji docenienie kunsztu. Co ciekawe, nie czyta Miyazakiego przez pryzmat nagród i osiągnięć – jedyne osiągnięcia w tej narracji wiążą się z pomysłami na sztukę i na wykorzystywanie kolejnych motywów o pogłębionych znaczeniach. I niby takie przechodzenie od filmu do filmu mogłoby wypadać nieatrakcyjnie, ale autorka książki jest w stanie budować sieć nawiązań i niejako przy okazji wspominać o rozmaitych przesłaniach czy pomysłach zakodowanych w poszczególnych charakterach i scenach. I w ten sposób nie tyko przypomina czytelnikom najciekawsze i najbardziej wartościowe fragmenty dorobku bohatera tomu, ale też uwrażliwia ich na odzwierciedlane zagadnienia społeczne czy problemy środowiskowe. To, co aktualne, miesza się oczywiście z wytworami fantazji – sposobami na nieoczywiste prezentowanie poglądów i znaczeń – Susan Napier podkreśla w tomie „Świat w animacji” szeroki wachlarz możliwości wyrazu, artystycznych wyborów, które zaowocowały niezwykłymi filmami. Dokonuje dekonstrukcji dzieł po to, żeby odkryć przepis na sukces – i zaznaczyć specyfikę oglądu świata.
Ta praca – która jest popularyzatorską opowieścią – stanowi sposób na zaprezentowanie szerokiemu gronu odbiorców dorobku artysty niezwykle ważnego w rozwoju historii anime – Susan Napier chce, żeby czytelnicy wiedzieli o tym, jak kształtowała się wrażliwość twórcy, jak odzwierciedlały się w jego dziełach ważne kwestie okołospołeczne i jakie rozwiązania trafiły do anime dzięki Miyazakiemu. Starannie odnotowuje kolejne zagadnienia i tworzy strukturę pozwalającą na wygodne i pełne odczytywanie przesłań oraz znaczeń – a do tego nie zagłębia się w motywy osobiste czy relacje poza sztuką – tak, żeby nic nie przysłaniało treści przedstawianych w filmach animowanych. Kadry ze scen, które przeszły do historii, ozdabiają tę opowieść, ale są tylko drobnym dodatkiem do prezentowania wyobraźni.
Wyobraźnia
Wszyscy ci, którzy z wyższością podchodzą do anime, powinni sprawdzić, ile ta sztuka oferuje i jakie możliwości daje twórcom. Susan Napier przygląda się temu, co wyszło z wyobraźni najsłynniejszego artysty anime – Miyazakiego Hayao. Cały tom „Miyazaki. Świat w animacji” to książka będąca analizą dorobku – komentowaniem kolejnych produkcji i rozwiązań w zestawieniu ze znaczeniami oraz przesłaniami. Autorka tylko we wstępach do rozdziałów pozwala sobie na osobiste wstawki – powiązania z tą twórczością i zasadami odbioru – później przechodzi do rozczytywania kolejnych dzieł i do relacjonowania fabuł oraz przełomowych rozwiązań. Susan Napier koncentruje się na twórczości i całkowicie odrzuca opowiadanie o twórcy – Miyazaki funkcjonuje tu jako artysta i wizjoner, ale przemawia wyłącznie przez dokonania anime. I dzięki temu odbiorcy mogą uniknąć biografizowania w odczytywaniu filmowych odkryć.
Autorka stara się zaprezentować nie tylko przebieg fabuły, ale też cały zestaw informacji, które pomagają przy odbiorze i pozwalają właściwie ocenić przełomowość w dziedzinie anime. Kieruje się wprawdzie do odbiorców świadomych, do tych, którzy twórczość Miyazakiego znają, ale nie zaszkodzi przypomnieć im, jaki jest przebieg wydarzeń w kolejnych utworach. Analizie poddaje zwłaszcza charakterystyki bohaterek – chociaż zajmuje się również rolą wyobraźniowych wytworów i ich miejscem w kulturze popularnej oraz w tradycjach i wierzeniach. Miyazaki czerpie bowiem nie tylko ze społecznych dążeń, a Susan Napier skrupulatnie to odnotowuje. Pozwala dzięki temu czytelnikom na lepsze rozeznanie w tej twórczości, a do tego – bardziej świadomy odbiór i w konsekwencji docenienie kunsztu. Co ciekawe, nie czyta Miyazakiego przez pryzmat nagród i osiągnięć – jedyne osiągnięcia w tej narracji wiążą się z pomysłami na sztukę i na wykorzystywanie kolejnych motywów o pogłębionych znaczeniach. I niby takie przechodzenie od filmu do filmu mogłoby wypadać nieatrakcyjnie, ale autorka książki jest w stanie budować sieć nawiązań i niejako przy okazji wspominać o rozmaitych przesłaniach czy pomysłach zakodowanych w poszczególnych charakterach i scenach. I w ten sposób nie tyko przypomina czytelnikom najciekawsze i najbardziej wartościowe fragmenty dorobku bohatera tomu, ale też uwrażliwia ich na odzwierciedlane zagadnienia społeczne czy problemy środowiskowe. To, co aktualne, miesza się oczywiście z wytworami fantazji – sposobami na nieoczywiste prezentowanie poglądów i znaczeń – Susan Napier podkreśla w tomie „Świat w animacji” szeroki wachlarz możliwości wyrazu, artystycznych wyborów, które zaowocowały niezwykłymi filmami. Dokonuje dekonstrukcji dzieł po to, żeby odkryć przepis na sukces – i zaznaczyć specyfikę oglądu świata.
Ta praca – która jest popularyzatorską opowieścią – stanowi sposób na zaprezentowanie szerokiemu gronu odbiorców dorobku artysty niezwykle ważnego w rozwoju historii anime – Susan Napier chce, żeby czytelnicy wiedzieli o tym, jak kształtowała się wrażliwość twórcy, jak odzwierciedlały się w jego dziełach ważne kwestie okołospołeczne i jakie rozwiązania trafiły do anime dzięki Miyazakiemu. Starannie odnotowuje kolejne zagadnienia i tworzy strukturę pozwalającą na wygodne i pełne odczytywanie przesłań oraz znaczeń – a do tego nie zagłębia się w motywy osobiste czy relacje poza sztuką – tak, żeby nic nie przysłaniało treści przedstawianych w filmach animowanych. Kadry ze scen, które przeszły do historii, ozdabiają tę opowieść, ale są tylko drobnym dodatkiem do prezentowania wyobraźni.
środa, 11 lutego 2026
Bajki z uśmiechem - część druga
Druga, lutowa część Bajek z uśmiechem już jest na YT. Zapraszam do słuchania i komentowania.
https://youtu.be/QE9sXocKXUI
Czyta Janusz Góralczyk.
Muzyka Klaudia Rabiega
Teksty i montaż Izabela Mikrut
Bajki były publikowane w latach 2012-2025 na stronie www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
https://youtu.be/QE9sXocKXUI
Czyta Janusz Góralczyk.
Muzyka Klaudia Rabiega
Teksty i montaż Izabela Mikrut
Bajki były publikowane w latach 2012-2025 na stronie www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
Katarzyna Rzehak: Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne
Marginesy, Warszawa 2026.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
wtorek, 10 lutego 2026
Giles Milton: Sprawa Stalina
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Drugi plan
W „Sprawie Stalina”, publikacji historycznej o tworzeniu się sojuszu Wielkiej Trójki, Stalina – postaci bądź co bądź tytułowej – jest najmniej. Właściwie stanowi tło wydarzeń i to nie tych o charakterze politycznym a towarzyskim. Giles Milton koncentruje się na relacjach interpersonalnych, o których wielka historia milczała – po to, żeby przekonać do lektury i do zainteresowania się przeszłością tych czytelników, którzy na co dzień do książek o historii nie zaglądają. Bazuje na nieznanych szerzej dokumentach o charakterze prywatnym – na zapiskach mniej istotnych uczestników wydarzeń. Autorką części jest Kathy Harriman, córka amerykańskiego milionera, która przygotowywała się do pracy w mediach: to jej ojciec, wpływowy obywatel, z którego zdaniem Roosvelt bardzo się liczył, dostał zadanie wpłynięcia na Stalina i dopracowanie warunków sojuszu. Kathy jednak błyskawicznie stała się sensacją – atrakcyjną i barwną postacią, która przynosiła energię miejscu i fascynowała wszystkich wokół, dzięki czemu zyskała szansę dotarcia za zamknięte drzwi. Autorem innych notatek staje się Archi Clark Kerr, bliski towarzysz Churchilla, liberał i niebieski ptak, wyjątkowo ekscentryczny i bezkompromisowy biseksualista (co w całym procesie zjednywania sobie ludzi miało niemałe znaczenie). I tak Giles Milton podąża nie za Stalinem, a za Kathy i jej ojcem Averellem, a także za Kerrem i Churchillem – świadomy, że to właśnie ich spostrzeżenia umożliwią zbudowanie sensacyjnej fabuły.
Autor odnosi się tu w zasadzie do małego wycinka z historii, nie musi przedstawiać czytelnikom całego podręcznikowego kontekstu, może skupiać się na relacjach towarzyskich i na okołodyplomatycznych działaniach, ale najciekawsze wydaje mu się zderzenie kultur i to wszystko, co sprawiało, że bohaterowie opowieści otwierali się na inność. Odnotowuje kolejne zachowania sprzeczne z jakimikolwiek protokołami dyplomatycznymi, ale skuteczne – i ucieszy czytelników między innymi przedstawieniem prostego szkicu prezentującego jednego z przywódców bez bielizny. Ta książka, chociaż bazująca na faktach, napisana jest tak, żeby sprawiała wrażenie plotkarskiej i przez to fascynującej dla zwykłych czytelników – tu nie ma wielkiej polityki (a właściwie jest, ale odbiorcy widzą ją od drugiej strony, od strony dotarcia do człowieka, który ma wpływ na losy świata, ale nie może funkcjonować w oderwaniu od innych ludzi – i zanim zaufa komuś na tyle, żeby zawierać z nim polityczne sojusze, musi przekonać się, że może z nim miło spędzać czas). To ujęcie zaskakuje – „Sprawa Stalina” to nie analiza historyczna, a książka stworzona niemal jak powieść. Można tu krok po kroku prześledzić zachowania i starania prowadzące do porozumienia – bez obciążenia faktograficznymi analizami. Milton pokazuje o wiele bardziej ludzkie oblicze polityków – i chociaż wcale nie zamierza ocieplać niczyjego wizerunku, wciąż pozostaje świadomy, jak bohaterowie jego książki wpływali na losy świata – to jednak skoncentrowanie na towarzyskich działaniach zupełnie zmienia perspektywę i zapewnia czytelnikom lekturę, jakiej się nie spodziewali. „Sprawa Stalina” to wydobycie z mroku tych bardzo barwnych postaci, które nie miały siły przebicia ani możliwości zaistnienia w książkach do nauki historii – a pozostawiły po sobie ważny ślad, pozwalający lepiej zrozumieć, jak doszło do nawiązywania porozumienia między przywódcami.
Drugi plan
W „Sprawie Stalina”, publikacji historycznej o tworzeniu się sojuszu Wielkiej Trójki, Stalina – postaci bądź co bądź tytułowej – jest najmniej. Właściwie stanowi tło wydarzeń i to nie tych o charakterze politycznym a towarzyskim. Giles Milton koncentruje się na relacjach interpersonalnych, o których wielka historia milczała – po to, żeby przekonać do lektury i do zainteresowania się przeszłością tych czytelników, którzy na co dzień do książek o historii nie zaglądają. Bazuje na nieznanych szerzej dokumentach o charakterze prywatnym – na zapiskach mniej istotnych uczestników wydarzeń. Autorką części jest Kathy Harriman, córka amerykańskiego milionera, która przygotowywała się do pracy w mediach: to jej ojciec, wpływowy obywatel, z którego zdaniem Roosvelt bardzo się liczył, dostał zadanie wpłynięcia na Stalina i dopracowanie warunków sojuszu. Kathy jednak błyskawicznie stała się sensacją – atrakcyjną i barwną postacią, która przynosiła energię miejscu i fascynowała wszystkich wokół, dzięki czemu zyskała szansę dotarcia za zamknięte drzwi. Autorem innych notatek staje się Archi Clark Kerr, bliski towarzysz Churchilla, liberał i niebieski ptak, wyjątkowo ekscentryczny i bezkompromisowy biseksualista (co w całym procesie zjednywania sobie ludzi miało niemałe znaczenie). I tak Giles Milton podąża nie za Stalinem, a za Kathy i jej ojcem Averellem, a także za Kerrem i Churchillem – świadomy, że to właśnie ich spostrzeżenia umożliwią zbudowanie sensacyjnej fabuły.
Autor odnosi się tu w zasadzie do małego wycinka z historii, nie musi przedstawiać czytelnikom całego podręcznikowego kontekstu, może skupiać się na relacjach towarzyskich i na okołodyplomatycznych działaniach, ale najciekawsze wydaje mu się zderzenie kultur i to wszystko, co sprawiało, że bohaterowie opowieści otwierali się na inność. Odnotowuje kolejne zachowania sprzeczne z jakimikolwiek protokołami dyplomatycznymi, ale skuteczne – i ucieszy czytelników między innymi przedstawieniem prostego szkicu prezentującego jednego z przywódców bez bielizny. Ta książka, chociaż bazująca na faktach, napisana jest tak, żeby sprawiała wrażenie plotkarskiej i przez to fascynującej dla zwykłych czytelników – tu nie ma wielkiej polityki (a właściwie jest, ale odbiorcy widzą ją od drugiej strony, od strony dotarcia do człowieka, który ma wpływ na losy świata, ale nie może funkcjonować w oderwaniu od innych ludzi – i zanim zaufa komuś na tyle, żeby zawierać z nim polityczne sojusze, musi przekonać się, że może z nim miło spędzać czas). To ujęcie zaskakuje – „Sprawa Stalina” to nie analiza historyczna, a książka stworzona niemal jak powieść. Można tu krok po kroku prześledzić zachowania i starania prowadzące do porozumienia – bez obciążenia faktograficznymi analizami. Milton pokazuje o wiele bardziej ludzkie oblicze polityków – i chociaż wcale nie zamierza ocieplać niczyjego wizerunku, wciąż pozostaje świadomy, jak bohaterowie jego książki wpływali na losy świata – to jednak skoncentrowanie na towarzyskich działaniach zupełnie zmienia perspektywę i zapewnia czytelnikom lekturę, jakiej się nie spodziewali. „Sprawa Stalina” to wydobycie z mroku tych bardzo barwnych postaci, które nie miały siły przebicia ani możliwości zaistnienia w książkach do nauki historii – a pozostawiły po sobie ważny ślad, pozwalający lepiej zrozumieć, jak doszło do nawiązywania porozumienia między przywódcami.
poniedziałek, 9 lutego 2026
Dave Goulson: Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą
Marginesy, Warszawa 2026.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
niedziela, 8 lutego 2026
Lidia Branković: Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń
Kropka, Warszawa 2026.
Rozpoznawanie emocji
Po sukcesie publikacji „Hotel dla uczuć” przyszedł czas na wykorzystanie popularności książki i upewnienie się, że mali odbiorcy radzą sobie z nazywaniem (i odczytywaniem) podstawowych uczuć. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to książka dla wszystkich dzieci, które chciałyby utrwalić wiadomości (i dla rodziców, którzy marzą o sprawdzaniu postępów w rozwoju swoich pociech) – a wszystko na kanwie zabawy w prowadzenie hotelu. Lidia Branković wykorzystuje tę metaforę, żeby zaprosić do wymyślonego miejsca rozmaite emocje i nadać im kształty. Ale tym razem wezmą się za to dzieci. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to z jednej strony zabawa kreatywna, z drugiej – porządkowanie informacji. Żeby zostać dyrektorem hotelu trzeba nie tylko przygotować swój strój i paszport, ale też zaprojektować sam hotel. Później przyjdzie czas na projektowanie pierwszego pokoju. Jeśli dzieci uporają się z tym zadaniem, będzie im znacznie łatwiej poradzić sobie z pojawiającymi się tu gośćmi – chcianymi albo niekoniecznie chcianymi. Wszyscy są jednak w hotelu dla uczuć mile widziani, nikomu nie można odmówić gościny, warto zatem poznać zwyczaje i nadzieje, żeby nie zostać zaskoczonym. I tak kolejne wyzwania to na przemian odkrywanie specyfiki różnych uczuć – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych – a także ćwiczenia dotyczące empatii, rozpoznawania emocji, odkrywania rodzajów reakcji i wypracowywania odpowiednich mechanizmów działania. Wiele razy trzeba się będzie zastanawiać nad własnymi postawami wobec innych albo nad tym, jak określone zachowania wpływają na bliskich. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to nie książka, którą da się wypełnić przypadkowymi bazgrołami – tu wszystko musi być zgodne z poleceniami i przemyślane, zwłaszcza że zadania wymuszają wsłuchanie się w siebie i przetrawienie wyników autoanalizy. Nie będzie tu ani klucza z właściwymi odpowiedziami, ani wskazówek podczas czytania – a to oznacza, że kiedy przyjdzie do wypełniania konturów twarzy konkretnymi minami, dzieci będą musiały zastanowić się nad najbardziej charakterystycznymi elementami mimiki.
Nie jest to zbiór klasycznych łamigłówek, czasami autorka stawia na czytanie podpowiedzi albo podsuwa tematy do refleksji – żeby zatem uporać się z tą publikacją, trzeba już czytać samodzielnie, a do tego nie bać się abstrakcyjnego myślenia. Lidia Branković stawia dzieciom poprzeczkę wysoko, ale jednocześnie może być spokojna – nie ma tu zadań ponad siły kilkulatków. Każdy, kto potrzebuje wysłuchania albo chociaż chce się przekonać, że dobrze rozumie uczucia (swoje i innych), może po tę publikację sięgnąć i spróbować swoich sił. To książka, w której można się artystycznie wyżyć, albo dać upust wyobraźni w tworzeniu postaci odpowiadających niedookreślonym emocjom – ale pozwala na ważną pracę nad sobą, najmłodsi zostają tu potraktowani poważnie i zmuszeni do działania dla samorozwoju. Lidia Branković ma pomysł, który się sprawdzi – konkretyzuje uczucia i przybliża ich istotę małym odbiorcom, radzi sobie z doborem zadań i nie nudzi dzięki zmianie rytmów w kolejnych rozkładówkach. To książka, która łączy tradycyjne zabawy z odkrywaniem siebie.
Rozpoznawanie emocji
Po sukcesie publikacji „Hotel dla uczuć” przyszedł czas na wykorzystanie popularności książki i upewnienie się, że mali odbiorcy radzą sobie z nazywaniem (i odczytywaniem) podstawowych uczuć. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to książka dla wszystkich dzieci, które chciałyby utrwalić wiadomości (i dla rodziców, którzy marzą o sprawdzaniu postępów w rozwoju swoich pociech) – a wszystko na kanwie zabawy w prowadzenie hotelu. Lidia Branković wykorzystuje tę metaforę, żeby zaprosić do wymyślonego miejsca rozmaite emocje i nadać im kształty. Ale tym razem wezmą się za to dzieci. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to z jednej strony zabawa kreatywna, z drugiej – porządkowanie informacji. Żeby zostać dyrektorem hotelu trzeba nie tylko przygotować swój strój i paszport, ale też zaprojektować sam hotel. Później przyjdzie czas na projektowanie pierwszego pokoju. Jeśli dzieci uporają się z tym zadaniem, będzie im znacznie łatwiej poradzić sobie z pojawiającymi się tu gośćmi – chcianymi albo niekoniecznie chcianymi. Wszyscy są jednak w hotelu dla uczuć mile widziani, nikomu nie można odmówić gościny, warto zatem poznać zwyczaje i nadzieje, żeby nie zostać zaskoczonym. I tak kolejne wyzwania to na przemian odkrywanie specyfiki różnych uczuć – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych – a także ćwiczenia dotyczące empatii, rozpoznawania emocji, odkrywania rodzajów reakcji i wypracowywania odpowiednich mechanizmów działania. Wiele razy trzeba się będzie zastanawiać nad własnymi postawami wobec innych albo nad tym, jak określone zachowania wpływają na bliskich. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to nie książka, którą da się wypełnić przypadkowymi bazgrołami – tu wszystko musi być zgodne z poleceniami i przemyślane, zwłaszcza że zadania wymuszają wsłuchanie się w siebie i przetrawienie wyników autoanalizy. Nie będzie tu ani klucza z właściwymi odpowiedziami, ani wskazówek podczas czytania – a to oznacza, że kiedy przyjdzie do wypełniania konturów twarzy konkretnymi minami, dzieci będą musiały zastanowić się nad najbardziej charakterystycznymi elementami mimiki.
Nie jest to zbiór klasycznych łamigłówek, czasami autorka stawia na czytanie podpowiedzi albo podsuwa tematy do refleksji – żeby zatem uporać się z tą publikacją, trzeba już czytać samodzielnie, a do tego nie bać się abstrakcyjnego myślenia. Lidia Branković stawia dzieciom poprzeczkę wysoko, ale jednocześnie może być spokojna – nie ma tu zadań ponad siły kilkulatków. Każdy, kto potrzebuje wysłuchania albo chociaż chce się przekonać, że dobrze rozumie uczucia (swoje i innych), może po tę publikację sięgnąć i spróbować swoich sił. To książka, w której można się artystycznie wyżyć, albo dać upust wyobraźni w tworzeniu postaci odpowiadających niedookreślonym emocjom – ale pozwala na ważną pracę nad sobą, najmłodsi zostają tu potraktowani poważnie i zmuszeni do działania dla samorozwoju. Lidia Branković ma pomysł, który się sprawdzi – konkretyzuje uczucia i przybliża ich istotę małym odbiorcom, radzi sobie z doborem zadań i nie nudzi dzięki zmianie rytmów w kolejnych rozkładówkach. To książka, która łączy tradycyjne zabawy z odkrywaniem siebie.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
piątek, 6 lutego 2026
Yanek Świtała: Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki
Mando, WAM, Kraków 2026.
Ratowanie ludzi
Yanek, czyli Janek Świtała nie pierwszy raz zabiera głos, żeby uświadamiać społeczeństwo w kwestiach związanych ze służbą zdrowia – ale odnosi się nie tylko do wad systemu i przeciążenia publicznej opieki zdrowotnej, lecz również do zachowań samych pacjentów, którzy w pewnej części mogą ponosić odpowiedzialność za to, co się dzieje. „Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki” to lektura bezkompromisowa, pisana kolokwialnym językiem (bawi ostrzeżenie przed wulgaryzmami na okładce – ten zabieg przyjmuje się w publikacjach young adult, ale w książkach dla dorosłych nie wydaje się potrzebny: autor nie traktuje wulgaryzmów jak przecinków, ale czasami musi dać upust frustracji, albo dotrzeć do wybitnie opornych potencjalnych pacjentów i trudniej o lepszy pomysł). Na początku autor trochę oswaja czytelników z przejściami, jakie zaraz staną się ich pośrednim udziałem. Przedstawia swoich kolegów po fachu, z którymi połączyły go wyjątkowo trudne przeżycia. Bo za chwilę zacznie opowiadać o tym, czego przeciętni odbiorcy nie mają szansy poznać. Wymienia wyzwania i trudne przypadki, sytuacje, które przerastają: kiedy musi robić coś, czego nigdy wcześniej nie robił, albo kiedy nie ma czasu na wybieranie najlepszych działań, bo pacjent może zaraz umrzeć – i uruchamia się skomplikowane albo przynajmniej przerażające dla postronnych, a ratujące życie procedury. Ale im dalej w las, tym więcej problemów z samymi pacjentami albo ich roszczeniowymi bliskimi – i tu można się tylko cieszyć, że ludzie tacy jak Janek Świtała, praktycy w zawodzie ratownika medycznego, zabierają głos i naświetlają złe czy niewłaściwe reakcje. Wzywanie karetki bez powodu nie jest już tak częstym zjawiskiem jak dawniej, ale wzywanie karetki do pijanych zdarza się notorycznie – i blokuje sprzęt rzeczywiście cierpiącym. Autor stawia na wyraziste tematy – pijakom poświęca cały rozdział – ale nawet jeśli będzie powtarzał to, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, do bezpośrednio zainteresowanych nie dotrze. Podobnie jak z rozdziałem dotyczącym rodzin patologicznych. Inaczej rzecz się ma z rodzicami dzieci potrzebujących pomocy czy nieuleczalnie chorych – tu każdy wyjazd to wielkie emocje, a do tego konieczność reagowania na nieznane. Ważny temat poruszany przez Świtałę dotyczy męskiej depresji – a zwłaszcza jej konsekwencji, jeśli ktoś w porę nie zorientuje się, że potrzebna jest pomoc medyczna. Żeby nie tylko narzekać, ale dać czytelnikom znać, że coś od nich zależy, Janek Świtała tworzy rozdział poświęcony krwi – przekonuje, dlaczego grupy krwi nie warto sobie tatuować i odnotowuje, jakich procedur brak, żeby szybciej i skuteczniej ratować życie. Jest świadomy, jakie wady ma system i pod koniec książki zatrzymuje się właśnie na tym, co wymaga naprawy w służbie zdrowia – tu solidaryzuje się w pewnym sensie z czytelnikami, ale dopiero po tym, jak pokaże im cały szereg ich niedociągnięć. Ta książka może funkcjonować jako zwykła rozrywka – będzie wtedy pokazywać dalekie od serialowych sytuacje szarpiące nerwy i wymagające olbrzymiej wytrzymałości, ale znacznie lepsza okaże się, jeśli da odbiorcom do myślenia i pozwoli na właściwe reagowanie na polecenia i zachowania zespołów ratownictwa medycznego. Świtała uświadamia czytelnikom, że i oni – nawet jeśli pozornie nie mają sobie nic do zarzucenia – mogą coś poprawić i usprawnić działania w kryzysowej sytuacji.
Ratowanie ludzi
Yanek, czyli Janek Świtała nie pierwszy raz zabiera głos, żeby uświadamiać społeczeństwo w kwestiach związanych ze służbą zdrowia – ale odnosi się nie tylko do wad systemu i przeciążenia publicznej opieki zdrowotnej, lecz również do zachowań samych pacjentów, którzy w pewnej części mogą ponosić odpowiedzialność za to, co się dzieje. „Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki” to lektura bezkompromisowa, pisana kolokwialnym językiem (bawi ostrzeżenie przed wulgaryzmami na okładce – ten zabieg przyjmuje się w publikacjach young adult, ale w książkach dla dorosłych nie wydaje się potrzebny: autor nie traktuje wulgaryzmów jak przecinków, ale czasami musi dać upust frustracji, albo dotrzeć do wybitnie opornych potencjalnych pacjentów i trudniej o lepszy pomysł). Na początku autor trochę oswaja czytelników z przejściami, jakie zaraz staną się ich pośrednim udziałem. Przedstawia swoich kolegów po fachu, z którymi połączyły go wyjątkowo trudne przeżycia. Bo za chwilę zacznie opowiadać o tym, czego przeciętni odbiorcy nie mają szansy poznać. Wymienia wyzwania i trudne przypadki, sytuacje, które przerastają: kiedy musi robić coś, czego nigdy wcześniej nie robił, albo kiedy nie ma czasu na wybieranie najlepszych działań, bo pacjent może zaraz umrzeć – i uruchamia się skomplikowane albo przynajmniej przerażające dla postronnych, a ratujące życie procedury. Ale im dalej w las, tym więcej problemów z samymi pacjentami albo ich roszczeniowymi bliskimi – i tu można się tylko cieszyć, że ludzie tacy jak Janek Świtała, praktycy w zawodzie ratownika medycznego, zabierają głos i naświetlają złe czy niewłaściwe reakcje. Wzywanie karetki bez powodu nie jest już tak częstym zjawiskiem jak dawniej, ale wzywanie karetki do pijanych zdarza się notorycznie – i blokuje sprzęt rzeczywiście cierpiącym. Autor stawia na wyraziste tematy – pijakom poświęca cały rozdział – ale nawet jeśli będzie powtarzał to, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, do bezpośrednio zainteresowanych nie dotrze. Podobnie jak z rozdziałem dotyczącym rodzin patologicznych. Inaczej rzecz się ma z rodzicami dzieci potrzebujących pomocy czy nieuleczalnie chorych – tu każdy wyjazd to wielkie emocje, a do tego konieczność reagowania na nieznane. Ważny temat poruszany przez Świtałę dotyczy męskiej depresji – a zwłaszcza jej konsekwencji, jeśli ktoś w porę nie zorientuje się, że potrzebna jest pomoc medyczna. Żeby nie tylko narzekać, ale dać czytelnikom znać, że coś od nich zależy, Janek Świtała tworzy rozdział poświęcony krwi – przekonuje, dlaczego grupy krwi nie warto sobie tatuować i odnotowuje, jakich procedur brak, żeby szybciej i skuteczniej ratować życie. Jest świadomy, jakie wady ma system i pod koniec książki zatrzymuje się właśnie na tym, co wymaga naprawy w służbie zdrowia – tu solidaryzuje się w pewnym sensie z czytelnikami, ale dopiero po tym, jak pokaże im cały szereg ich niedociągnięć. Ta książka może funkcjonować jako zwykła rozrywka – będzie wtedy pokazywać dalekie od serialowych sytuacje szarpiące nerwy i wymagające olbrzymiej wytrzymałości, ale znacznie lepsza okaże się, jeśli da odbiorcom do myślenia i pozwoli na właściwe reagowanie na polecenia i zachowania zespołów ratownictwa medycznego. Świtała uświadamia czytelnikom, że i oni – nawet jeśli pozornie nie mają sobie nic do zarzucenia – mogą coś poprawić i usprawnić działania w kryzysowej sytuacji.
czwartek, 5 lutego 2026
Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawa
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla kolejnej kolorowanki gadżetowej – oczywiście że tak. „Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań” to książka, która ucieszy małe fanki serialu i sprawi, że będą chętnie ćwiczyć małą motorykę, spędzając czas z ulubionymi postaciami i przeuroczymi kotkami. Książka została wydrukowana na kredowym papierze – po to, żeby nadać naklejkom (100 elementów dołączonych do tomiku) charakter wielorazowości i umożliwić dzieciom poprawianie błędów lub zmianę zdania, jeśli uznają, że dany motyw będzie się lepiej prezentować gdzie indziej. Ale to oznacza też, że do kolorowania warto użyć innych narzędzi niż kredki – będzie się wygodniej rozprowadzało kolor po kartkach. Kolorowania będzie tu mnóstwo i co pewien czas pojawi się takie z kluczem – z sylwetką bohaterki w odpowiednim ubarwieniu i poleceniu dla najmłodszych, żeby powielili kolory z obrazka. To wskazówka dla tych, którzy jeszcze dobrze nie radzą sobie z doborem odpowiednich narzędzi. Ale jeśli dzieci będą chciały dać upust własnej kreatywności, znajdą tu całkiem sporo konturów na kolorowym tle i już bez podpowiedzi – i wtedy mają szansę rysować po swojemu. Warto tu zaznaczyć, że sylwetki przeniesione z kreskówki są bardzo szczegółowe, o dość wysokim stopniu skomplikowania, więc też i poziom trudności będzie odpowiednio duży. To raczej nie zniechęci dzieci przed obcowaniem z ulubionymi postaciami.
Kolorowanki są wesołym i sympatycznym przerywnikiem, tak, żeby odciążyć książeczkę i odwrócić uwagę najmłodszych od wysiłku intelektualnego podejmowanego w łamigłówkach – i tu do czynienia mamy z klasyką – pojawiają się dopasowania kształtów, labirynty czy porównywanki, wszystko to, co dzieci i tak doskonale znają z różnych zestawów łamigłówek – tu do czynienia mają po prostu z ulubioną bohaterką i takim wyborem tematów czy zagadnień, żeby jak najczęściej przypominać skojarzenia z serialem. To rozwiązanie, które zapewnia zainteresowanie publiczności literackiej – ale przy okazji jest też prostym sposobem na nakłonienie dzieci do pracy, która zaowocuje przy szkolnych obowiązkach. Można się doskonale bawić z bohaterką cyklu i jej podopiecznymi, a do tego testować własną wyobraźnię, skoro znajdzie się tu i miejsce na własne prace. To sposób na zapewnienie dzieciom rozrywki i przekonanie ich do ćwiczenia umysłu, a nie tylko wyobraźni. Na zadania z naklejkami również znalazło się tutaj miejsce, ale oczywiście wszystko będzie zależało od inwencji kilkuletnich odbiorców – to oni decydują, jaki kształt ostatecznie przyjmie praca i kiedy zatrzymać poprawki.
Kolejny bohater znany z innego medium, kolejny zestaw łamigłówek i naklejek – wyróżniać się będzie przede wszystkim dla fanów cyklu. Ale właśnie do nich jest kierowany ten tomik.
Zabawa
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla kolejnej kolorowanki gadżetowej – oczywiście że tak. „Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań” to książka, która ucieszy małe fanki serialu i sprawi, że będą chętnie ćwiczyć małą motorykę, spędzając czas z ulubionymi postaciami i przeuroczymi kotkami. Książka została wydrukowana na kredowym papierze – po to, żeby nadać naklejkom (100 elementów dołączonych do tomiku) charakter wielorazowości i umożliwić dzieciom poprawianie błędów lub zmianę zdania, jeśli uznają, że dany motyw będzie się lepiej prezentować gdzie indziej. Ale to oznacza też, że do kolorowania warto użyć innych narzędzi niż kredki – będzie się wygodniej rozprowadzało kolor po kartkach. Kolorowania będzie tu mnóstwo i co pewien czas pojawi się takie z kluczem – z sylwetką bohaterki w odpowiednim ubarwieniu i poleceniu dla najmłodszych, żeby powielili kolory z obrazka. To wskazówka dla tych, którzy jeszcze dobrze nie radzą sobie z doborem odpowiednich narzędzi. Ale jeśli dzieci będą chciały dać upust własnej kreatywności, znajdą tu całkiem sporo konturów na kolorowym tle i już bez podpowiedzi – i wtedy mają szansę rysować po swojemu. Warto tu zaznaczyć, że sylwetki przeniesione z kreskówki są bardzo szczegółowe, o dość wysokim stopniu skomplikowania, więc też i poziom trudności będzie odpowiednio duży. To raczej nie zniechęci dzieci przed obcowaniem z ulubionymi postaciami.
Kolorowanki są wesołym i sympatycznym przerywnikiem, tak, żeby odciążyć książeczkę i odwrócić uwagę najmłodszych od wysiłku intelektualnego podejmowanego w łamigłówkach – i tu do czynienia mamy z klasyką – pojawiają się dopasowania kształtów, labirynty czy porównywanki, wszystko to, co dzieci i tak doskonale znają z różnych zestawów łamigłówek – tu do czynienia mają po prostu z ulubioną bohaterką i takim wyborem tematów czy zagadnień, żeby jak najczęściej przypominać skojarzenia z serialem. To rozwiązanie, które zapewnia zainteresowanie publiczności literackiej – ale przy okazji jest też prostym sposobem na nakłonienie dzieci do pracy, która zaowocuje przy szkolnych obowiązkach. Można się doskonale bawić z bohaterką cyklu i jej podopiecznymi, a do tego testować własną wyobraźnię, skoro znajdzie się tu i miejsce na własne prace. To sposób na zapewnienie dzieciom rozrywki i przekonanie ich do ćwiczenia umysłu, a nie tylko wyobraźni. Na zadania z naklejkami również znalazło się tutaj miejsce, ale oczywiście wszystko będzie zależało od inwencji kilkuletnich odbiorców – to oni decydują, jaki kształt ostatecznie przyjmie praca i kiedy zatrzymać poprawki.
Kolejny bohater znany z innego medium, kolejny zestaw łamigłówek i naklejek – wyróżniać się będzie przede wszystkim dla fanów cyklu. Ale właśnie do nich jest kierowany ten tomik.
środa, 4 lutego 2026
Jennifer Croft: Wymieranie Ireny Rey
Pauza, Warszawa 2026.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
wtorek, 3 lutego 2026
Joel Jessup: Test na szpiega
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Przygotowanie
Joel Jessup kieruje się do wyrobionych odbiorców. „Test na szpiega” to książka wypełniona łamigłówkami i niespodziankami dla czytelników, którzy lubią wysilać mózg i stawiać przed sobą potężne wyzwania. Składa się z trzech części imitujących – przynajmniej w założeniu – przygotowanie do pracy tajnego agenta i ta nadrzędna konstrukcja stanowi świetne wyjaśnienie dla zawartości. Książka zbudowana jest z kolejnych wyzwań, szyfrów, zagadek logicznych, z zadań inspirowanych testami na inteligencję albo matematycznych łamigłówek. Nie ma w niej miejsca na przypadki czy naiwności – to tom kierowany do bardziej wyrobionych czytelników, raczej młodzieży niż dzieci – chyba że młodsi są wyjątkowo wprawieni w rozwiązywaniu zagadek i nudzą się przy klasycznych zestawach zadań. Jedyne, czego autor wymaga od czytelników, to przyjęcie konwencji – przechodzenie specyficznego kursu na szpiega.
Nie tylko same szyfry i zagadki stanowią całość książki – co pewien czas pojawiają się jeszcze drobne rozkładówki informacyjne z ciekawostkami dla zainteresowanych tematem – będzie tu między innymi Bletchley Park, ale i nawiązania do autorów powieści o agentach specjalnych, motyw szyfrów wojennych czy pierwszych komputerów, sztuczki szpiegów i specyfika pracy, a nawet – najbardziej znani przedstawiciele zawodu. Te wstawki pozwalają trochę wczuć się w klimat książki i zapewniają zaangażowanie czytelników, zachęcają ich też do bardziej wytężonej pracy przy kolejnych wyzwaniach. A tych nie zabraknie – „Test na szpiega” nie jest książką, którą da się rozwiązać w kilka chwil i która szybko się znudzi – różnorodność zadań oraz stosowanych rodzajów quizów umożliwia odbiorcom sprawdzenie swoich umiejętności – i otwiera ich na cały bogaty zbiór komplikacji i testów do rozszyfrowania. Nawet zabawa w szpiega nie wydaje się naiwna, kiedy w grę wchodzi wizyta w kasynie (i przewidywanie, na którym polu zatrzyma się kulka) – „dorosłość” tej książki wynosi ją z półki z publikacjami dla najmłodszych i kieruje w stronę młodzieży. Szpieg to już zawód, połączony ze stylem życia – i nawet gdyby liczyła się wyłącznie możliwość otworzenia wyobraźni na intrygi i pułapki, warto.
Chociaż grafiki odgrywają tu dość ważną rolę – nie tylko urozmaicają zadania – pozostają czarno-białe, żeby zapewnić odbiorcom odejście od lektur dla najmłodszych. Tak naprawdę często komputerowe zabawy służą jedynie odwracaniu uwagi albo budowaniu wiarygodności w kolejnych zadaniach, nie liczą się jako ozdobniki. Bez względu na formy i kształty – mnóstwo zadań nie potrzebuje dodatkowych upiększaczy, skoro najważniejsza staje się praca umysłowa, którą trzeba wykonać trochę poza stronami.
Tu trzeba myśleć, kombinować, zapamiętywać, kojarzyć, łączyć fakty, a czasami wykorzystywać wiedzę spoza lektury. Ale akurat rozwijanie zdolności umysłowych nie zaszkodzi nikomu. Zadania zostały przygotowane tak atrakcyjnie, że odbiorcy do klucza odpowiedzi będą zaglądać tylko po to, żeby sprawdzić, czy poprawnie przeprowadzili proces dedukcji – to kontrola umiejętności, a nie zastępowanie wysiłku intelektualnego drogą na skróty. Jest zatem „Test na szpiega” wyzwaniem, które młodzi odbiorcy mogą podjąć, żeby przekonać się, czy poradzą sobie w trudnym i wypełnionym sensacjami świecie.
Przygotowanie
Joel Jessup kieruje się do wyrobionych odbiorców. „Test na szpiega” to książka wypełniona łamigłówkami i niespodziankami dla czytelników, którzy lubią wysilać mózg i stawiać przed sobą potężne wyzwania. Składa się z trzech części imitujących – przynajmniej w założeniu – przygotowanie do pracy tajnego agenta i ta nadrzędna konstrukcja stanowi świetne wyjaśnienie dla zawartości. Książka zbudowana jest z kolejnych wyzwań, szyfrów, zagadek logicznych, z zadań inspirowanych testami na inteligencję albo matematycznych łamigłówek. Nie ma w niej miejsca na przypadki czy naiwności – to tom kierowany do bardziej wyrobionych czytelników, raczej młodzieży niż dzieci – chyba że młodsi są wyjątkowo wprawieni w rozwiązywaniu zagadek i nudzą się przy klasycznych zestawach zadań. Jedyne, czego autor wymaga od czytelników, to przyjęcie konwencji – przechodzenie specyficznego kursu na szpiega.
Nie tylko same szyfry i zagadki stanowią całość książki – co pewien czas pojawiają się jeszcze drobne rozkładówki informacyjne z ciekawostkami dla zainteresowanych tematem – będzie tu między innymi Bletchley Park, ale i nawiązania do autorów powieści o agentach specjalnych, motyw szyfrów wojennych czy pierwszych komputerów, sztuczki szpiegów i specyfika pracy, a nawet – najbardziej znani przedstawiciele zawodu. Te wstawki pozwalają trochę wczuć się w klimat książki i zapewniają zaangażowanie czytelników, zachęcają ich też do bardziej wytężonej pracy przy kolejnych wyzwaniach. A tych nie zabraknie – „Test na szpiega” nie jest książką, którą da się rozwiązać w kilka chwil i która szybko się znudzi – różnorodność zadań oraz stosowanych rodzajów quizów umożliwia odbiorcom sprawdzenie swoich umiejętności – i otwiera ich na cały bogaty zbiór komplikacji i testów do rozszyfrowania. Nawet zabawa w szpiega nie wydaje się naiwna, kiedy w grę wchodzi wizyta w kasynie (i przewidywanie, na którym polu zatrzyma się kulka) – „dorosłość” tej książki wynosi ją z półki z publikacjami dla najmłodszych i kieruje w stronę młodzieży. Szpieg to już zawód, połączony ze stylem życia – i nawet gdyby liczyła się wyłącznie możliwość otworzenia wyobraźni na intrygi i pułapki, warto.
Chociaż grafiki odgrywają tu dość ważną rolę – nie tylko urozmaicają zadania – pozostają czarno-białe, żeby zapewnić odbiorcom odejście od lektur dla najmłodszych. Tak naprawdę często komputerowe zabawy służą jedynie odwracaniu uwagi albo budowaniu wiarygodności w kolejnych zadaniach, nie liczą się jako ozdobniki. Bez względu na formy i kształty – mnóstwo zadań nie potrzebuje dodatkowych upiększaczy, skoro najważniejsza staje się praca umysłowa, którą trzeba wykonać trochę poza stronami.
Tu trzeba myśleć, kombinować, zapamiętywać, kojarzyć, łączyć fakty, a czasami wykorzystywać wiedzę spoza lektury. Ale akurat rozwijanie zdolności umysłowych nie zaszkodzi nikomu. Zadania zostały przygotowane tak atrakcyjnie, że odbiorcy do klucza odpowiedzi będą zaglądać tylko po to, żeby sprawdzić, czy poprawnie przeprowadzili proces dedukcji – to kontrola umiejętności, a nie zastępowanie wysiłku intelektualnego drogą na skróty. Jest zatem „Test na szpiega” wyzwaniem, które młodzi odbiorcy mogą podjąć, żeby przekonać się, czy poradzą sobie w trudnym i wypełnionym sensacjami świecie.
poniedziałek, 2 lutego 2026
Joana Jesus: Umiem rysować. Jeszcze więcej dinozaurów
Kropka, Warszawa 2026.
Prehistoria
Dinozaurów nigdy za wiele. Wie o tym świetnie Joana Jesus, autorka lubianych przez najmłodszych poradników do rysowania – na rynku pojawia się ponownie z uzupełnieniem serii Umiem rysować, tym razem o podtytule „Jeszcze więcej dinozaurów”. Co oznacza, że każdy maluch, który przechodzi fascynację prehistorycznymi gadami – a to zjawisko powszechne – musi do tego tomiku zajrzeć, żeby urozmaicić swoje rysunki. Trzydzieści dinozaurów, czasami o bardzo skomplikowanych nazwach (bo obok oswojonego już w świadomości publicznej ichtiozaura, tyranozaura czy brontozaura znalazły się tu między innymi archeopteryks, monolofozaur czy majazaura. Z jednej strony to zatem wskazówka, czego poszukiwać, z drugiej – podpowiedź, jak narysować to wszystko, co się znalazło i czym się fascynuje. Coś w sam raz dla małych fascynatów świata sprzed milionów lat – i dla tych, którzy nie wierzą w swoje umiejętności i talenty i potrzebują pokierowania, żeby wziąć się do pracy. A przecież umiejętność rysowania bardzo przydaje się później w sztuce pisania, jest ćwiczeniem nie do zastąpienia – warto więc do takiej aktywności dzieci nieustannie zachęcać. Maluchy wcale nie muszą czytać dziwnych i obcobrzmiących nazw (chociaż może to być wstęp do nauki poznawania liter i pierwszy krok w kierunku samodzielnego czytania, wystarczy, że rodzice wykażą się cierpliwością i będą powtarzać łamiące język nazwy na żądanie kilkulatka). Każda rozkładówka to bowiem przedstawienie trzech kroków w rysowaniu wybranego dinozaura (funkcjonującego w miniaturce na górnym marginesie, żeby odbiorcy wiedzieli, do czego dążyć i jaki efekt powinni uzyskać, a także – żeby bez konieczności czytania mogli wybrać dinozaura najlepiej pasującego do ich wyobraźniowej scenki do narysowania). Trzy kroki są bardzo proste i naiwne w duchu – końcowa wersja to przecież nie realistyczny rysunek, a komiksowe przedstawienie wybranego gatunku, dość humorystyczne, przyjemne i zachęcające do działania choćby przez uśmiechnięte miny bohaterów. Dinozaury w tym ujęciu nie są groźnymi drapieżnikami, a sympatycznymi stworami, które warto zaprosić na swoje rysunki. Tomik kończy się szybkim kursem rysowania drzewa palmowego, wulkanu i asteroidy (można zatem odtworzyć ostatnie chwile życia ulubionych stworów), a także kilkoma rozkładówkami z miejscem na wyrysowanie konkretnych bohaterów – i poćwiczenie swoich umiejętności w odpowiednim kontekście. Joana Jesus chce, żeby dzieci rysowały bez kompleksów i podpowiada, jak to zrobić – wcale nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby odtwarzać prehistoryczne gady, te wielkie i te nieduże. To okazja dla dzieci do poszerzania kręgu zainteresowań i do ćwiczenia małej motoryki, zadanie wyjątkowo przyjemne i niekojarzące się z ciężką pracą czy wielkim wysiłkiem – wystarczy podążać za wskazówkami, albo na miejscu w książce, albo na osobnych kartkach – nie jest to zatem jednorazowa zabawa. Nawet dorośli, którzy mają ochotę coś stworzyć po godzinach, mogą wykorzystać podpowiedzi tej autorki i urozmaicić swoje gryzmoły. Ta książka poprawia humor.
Prehistoria
Dinozaurów nigdy za wiele. Wie o tym świetnie Joana Jesus, autorka lubianych przez najmłodszych poradników do rysowania – na rynku pojawia się ponownie z uzupełnieniem serii Umiem rysować, tym razem o podtytule „Jeszcze więcej dinozaurów”. Co oznacza, że każdy maluch, który przechodzi fascynację prehistorycznymi gadami – a to zjawisko powszechne – musi do tego tomiku zajrzeć, żeby urozmaicić swoje rysunki. Trzydzieści dinozaurów, czasami o bardzo skomplikowanych nazwach (bo obok oswojonego już w świadomości publicznej ichtiozaura, tyranozaura czy brontozaura znalazły się tu między innymi archeopteryks, monolofozaur czy majazaura. Z jednej strony to zatem wskazówka, czego poszukiwać, z drugiej – podpowiedź, jak narysować to wszystko, co się znalazło i czym się fascynuje. Coś w sam raz dla małych fascynatów świata sprzed milionów lat – i dla tych, którzy nie wierzą w swoje umiejętności i talenty i potrzebują pokierowania, żeby wziąć się do pracy. A przecież umiejętność rysowania bardzo przydaje się później w sztuce pisania, jest ćwiczeniem nie do zastąpienia – warto więc do takiej aktywności dzieci nieustannie zachęcać. Maluchy wcale nie muszą czytać dziwnych i obcobrzmiących nazw (chociaż może to być wstęp do nauki poznawania liter i pierwszy krok w kierunku samodzielnego czytania, wystarczy, że rodzice wykażą się cierpliwością i będą powtarzać łamiące język nazwy na żądanie kilkulatka). Każda rozkładówka to bowiem przedstawienie trzech kroków w rysowaniu wybranego dinozaura (funkcjonującego w miniaturce na górnym marginesie, żeby odbiorcy wiedzieli, do czego dążyć i jaki efekt powinni uzyskać, a także – żeby bez konieczności czytania mogli wybrać dinozaura najlepiej pasującego do ich wyobraźniowej scenki do narysowania). Trzy kroki są bardzo proste i naiwne w duchu – końcowa wersja to przecież nie realistyczny rysunek, a komiksowe przedstawienie wybranego gatunku, dość humorystyczne, przyjemne i zachęcające do działania choćby przez uśmiechnięte miny bohaterów. Dinozaury w tym ujęciu nie są groźnymi drapieżnikami, a sympatycznymi stworami, które warto zaprosić na swoje rysunki. Tomik kończy się szybkim kursem rysowania drzewa palmowego, wulkanu i asteroidy (można zatem odtworzyć ostatnie chwile życia ulubionych stworów), a także kilkoma rozkładówkami z miejscem na wyrysowanie konkretnych bohaterów – i poćwiczenie swoich umiejętności w odpowiednim kontekście. Joana Jesus chce, żeby dzieci rysowały bez kompleksów i podpowiada, jak to zrobić – wcale nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby odtwarzać prehistoryczne gady, te wielkie i te nieduże. To okazja dla dzieci do poszerzania kręgu zainteresowań i do ćwiczenia małej motoryki, zadanie wyjątkowo przyjemne i niekojarzące się z ciężką pracą czy wielkim wysiłkiem – wystarczy podążać za wskazówkami, albo na miejscu w książce, albo na osobnych kartkach – nie jest to zatem jednorazowa zabawa. Nawet dorośli, którzy mają ochotę coś stworzyć po godzinach, mogą wykorzystać podpowiedzi tej autorki i urozmaicić swoje gryzmoły. Ta książka poprawia humor.
niedziela, 1 lutego 2026
Paulina Tondos: Grenlandia. Ulotny duch Północy
Bezdroża, Gliwice 2026.
Północ
Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.
Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.
Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.
Północ
Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.
Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.
Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.
sobota, 31 stycznia 2026
Sandra Grimm: Skąd się biorą uczucia?
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Lekcja z reakcjami
Sandra Grimm i Lena Ellermann nastawiają się na typową książkę edukacyjną dla najmłodszych – odwołują się do świata abstrakcyjnych dla dzieci pojęć, uczuć, żeby rozpisać je, rozbić na części pierwsze i wytłumaczyć, z jakimi reakcjami czy odruchami mogą się wiązać. „Skąd się biorą uczucia?” to mniej opowieść o genezie uczuć, a bardziej – o konsekwencjach dla relacji międzyludzkich. Sandra Grimm jest autorką tekstu, ale ten tekst nie mógłby w tym wypadku istnieć bez obrazków – wyjaśnień i skojarzeń, które łatwiej trafią do przekonania dzieciom. Małgorzata Słabicka-Turpeinen zajmuje się tłumaczeniem tej książki i ma bardzo ważne zadanie – bo często w wyjaśnianiu uczuć pomagać mają szeregi synonimów albo powiązanych równie abstrakcyjnych haseł. Oczywiście wszystko stanie się czytelne po lekturze, przećwiczeniu sytuacji i sprawdzeniu na własnej skórze, z czym wiążą się poszczególne uczucia, ale tomik – niezbyt obszerny, za to bardzo kolorowy – ma stać się pierwszym przewodnikiem po tym świecie i ma pozwolić odkrywać najmłodszym, dlaczego zachowują się w określony sposób w konkretnych sytuacjach. Samopoznanie jest dobrym krokiem w kierunku poprawiania i umacniania więzi społecznych, więc tomik „Skąd się biorą uczucia” można wykorzystywać nie tylko podczas domowych lektur, ale także podczas pracy z grupami maluchów.
Bywa trudno: i trudno bywa zwłaszcza wtedy, kiedy autorka podsuwa zestawy abstrakcyjnych dla dzieci pojęć. Na szczęście na tym nie poprzestaje, daje po prostu narzędzie do nazywania swoich stanów i reakcji – dzięki temu dzieci będą mogły precyzyjniej nazywać uczucia i rozwijać w sobie empatię. Autorka przedstawia kolejne motywy z szerokim kontekstem – otwarcie mówi o tym, kiedy może zrobić się nieprzyjemnie (i przed czym taka reakcja uchroni), a kiedy zyskuje się nieoczekiwanie dużo siły, co zrobić, gdy robi się smutno i jakiego pocieszenia (oraz w jaki sposób) szukać. Zaznajamia dzieci z wstydem, wstrętem, złością czy strachem i za każdym razem dokładnie prezentuje najbardziej charakterystyczne powiązania. Uświadamia dzieciom, czego robić absolutnie nie wolno (i co zniszczy więzi z innymi), albo – jak warto zareagować w kryzysowej sytuacji. Pokazuje też, że jedna sytuacja może wyzwolić różnorodne reakcje – i nie ma w tym niczego dziwnego.
Są tu rozkładówki wypełnione ciekawostkami (na przykład ta poświęcona uczuciom zwierząt) i rozkładówki, które są budowane na bazie zadań dla najmłodszych – trzeba będzie sprawdzić swoje siły w nazywaniu uczuć innych, oceniać po obrazkach stan emocjonalny bohaterów, dopasowywać komentarze do rysunków, autorka pozwala na samorozwój, prowadzi do lepszego zrozumienia siebie, odsuwa samooskarżanie i próby brania na siebie powodów złego humoru innych. Każda rozkładówka to osobne zagadnienie, przy czym jego wiodący temat pojawia się w zadawanym w charakterze tytułu pytaniu. Wiele razy dzieci będą się musiały zastanowić nad własnymi emocjami albo postawić w roli bohaterów – chodzi o to, żeby poćwiczyły mówienie o uczuciach, także własnych – i nastroiły się na pracę nad sobą. „Skąd się biorą uczucia” to książka starannie przygotowana z myślą o najmłodszych, prowadząca do minimalizowania konfliktów oraz niepożądanych zachowań – w ten sposób, żeby dzieci same zrozumiały, czego nie powinny robić i mówić, a co jest wskazane.
Lekcja z reakcjami
Sandra Grimm i Lena Ellermann nastawiają się na typową książkę edukacyjną dla najmłodszych – odwołują się do świata abstrakcyjnych dla dzieci pojęć, uczuć, żeby rozpisać je, rozbić na części pierwsze i wytłumaczyć, z jakimi reakcjami czy odruchami mogą się wiązać. „Skąd się biorą uczucia?” to mniej opowieść o genezie uczuć, a bardziej – o konsekwencjach dla relacji międzyludzkich. Sandra Grimm jest autorką tekstu, ale ten tekst nie mógłby w tym wypadku istnieć bez obrazków – wyjaśnień i skojarzeń, które łatwiej trafią do przekonania dzieciom. Małgorzata Słabicka-Turpeinen zajmuje się tłumaczeniem tej książki i ma bardzo ważne zadanie – bo często w wyjaśnianiu uczuć pomagać mają szeregi synonimów albo powiązanych równie abstrakcyjnych haseł. Oczywiście wszystko stanie się czytelne po lekturze, przećwiczeniu sytuacji i sprawdzeniu na własnej skórze, z czym wiążą się poszczególne uczucia, ale tomik – niezbyt obszerny, za to bardzo kolorowy – ma stać się pierwszym przewodnikiem po tym świecie i ma pozwolić odkrywać najmłodszym, dlaczego zachowują się w określony sposób w konkretnych sytuacjach. Samopoznanie jest dobrym krokiem w kierunku poprawiania i umacniania więzi społecznych, więc tomik „Skąd się biorą uczucia” można wykorzystywać nie tylko podczas domowych lektur, ale także podczas pracy z grupami maluchów.
Bywa trudno: i trudno bywa zwłaszcza wtedy, kiedy autorka podsuwa zestawy abstrakcyjnych dla dzieci pojęć. Na szczęście na tym nie poprzestaje, daje po prostu narzędzie do nazywania swoich stanów i reakcji – dzięki temu dzieci będą mogły precyzyjniej nazywać uczucia i rozwijać w sobie empatię. Autorka przedstawia kolejne motywy z szerokim kontekstem – otwarcie mówi o tym, kiedy może zrobić się nieprzyjemnie (i przed czym taka reakcja uchroni), a kiedy zyskuje się nieoczekiwanie dużo siły, co zrobić, gdy robi się smutno i jakiego pocieszenia (oraz w jaki sposób) szukać. Zaznajamia dzieci z wstydem, wstrętem, złością czy strachem i za każdym razem dokładnie prezentuje najbardziej charakterystyczne powiązania. Uświadamia dzieciom, czego robić absolutnie nie wolno (i co zniszczy więzi z innymi), albo – jak warto zareagować w kryzysowej sytuacji. Pokazuje też, że jedna sytuacja może wyzwolić różnorodne reakcje – i nie ma w tym niczego dziwnego.
Są tu rozkładówki wypełnione ciekawostkami (na przykład ta poświęcona uczuciom zwierząt) i rozkładówki, które są budowane na bazie zadań dla najmłodszych – trzeba będzie sprawdzić swoje siły w nazywaniu uczuć innych, oceniać po obrazkach stan emocjonalny bohaterów, dopasowywać komentarze do rysunków, autorka pozwala na samorozwój, prowadzi do lepszego zrozumienia siebie, odsuwa samooskarżanie i próby brania na siebie powodów złego humoru innych. Każda rozkładówka to osobne zagadnienie, przy czym jego wiodący temat pojawia się w zadawanym w charakterze tytułu pytaniu. Wiele razy dzieci będą się musiały zastanowić nad własnymi emocjami albo postawić w roli bohaterów – chodzi o to, żeby poćwiczyły mówienie o uczuciach, także własnych – i nastroiły się na pracę nad sobą. „Skąd się biorą uczucia” to książka starannie przygotowana z myślą o najmłodszych, prowadząca do minimalizowania konfliktów oraz niepożądanych zachowań – w ten sposób, żeby dzieci same zrozumiały, czego nie powinny robić i mówić, a co jest wskazane.
piątek, 30 stycznia 2026
Alasdair Beckett-King: Awantura na morzu
Kropka, Warszawa 2026.
Los kapitana
Bardzo ważna jest ta historia w procesie rozwoju Montgomery’ego Bonbona, czyli detektywa, który dziwnym trafem pojawia się wszędzie tam, gdzie jest Bonnie Montgomery (chociaż nigdy równocześnie) i ma strój wyglądający jak przebranie ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami. Nikt jednak nie jest w stanie odkryć prawdziwej tożsamości słynnego detektywa, nawet jego mama nie ma pojęcia, kim naprawdę ów przenikliwy bohater jest. Bonnie wprawdzie pojawia się wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą najpoważniejsze zbrodnie, ale ma swojego wiernego towarzysza, dziadka Banksa. Dziadek Banks zna swoją rolę: do detektywa zwraca się słowami „mój stary” (do Bonnie – „kochanie”) i dyskretnie pilnuje bezpieczeństwa. Notuje wprawdzie także rozmaite wykroczenia Bonbona, ale nie czyni z tego użytku. Liczy się to, że jest i że można na nim polegać – a kiedy śledztwo utknie w martwym punkcie, wie, jak pchnąć sprawę do przodu. Od czasu swojego debiutu Bonnie doczekała się jeszcze prawdziwej przyjaciółki – Dana również wie, jak zachowywać się w towarzystwie detektywa, a do tego jest jego ogromną fanką. Tym razem każde wsparcie się przyda, bo zwłoki, które pojawiają się na statku w tomie „Awantura na morzu” są wyjątkowo ruchliwe i nieprzewidywalne. A przecież zaczyna się tak niewinnie: pierwszy raz Bonnie i Dana mogą pomagać mamie Bonnie. Liz Montgomery jest odpowiedzialna za przygotowanie pokazu fajerwerków podczas uroczystych obchodów Nocy Kapitana Grimma – tylko że zamiast rozłożonego w czasie delektowania się widowiskiem ze sztucznych ogni, wszyscy zgromadzeni otrzymują jeden wielki wybuch i chaos. Bonnie – jako Bonbon – musi rozwiązać zagadkę, żeby ocalić dobre imię rodzicielki. Zanim jednak uda się jej dojść do właściwych wniosków, okazuje się, że nie obyło się bez ofiar – kapitan nie daje znaku życia. I tak zaczyna się kolejne rozłożyste śledztwo wypełnione dowcipami i metamorfozami, ale również wizytami w niezwykłych przybytkach. Bonnie może liczyć na swoich wspólników, tym razem jednak jej priorytetem jest ocalenie mamy – jednej z głównych podejrzanych w sprawie śmierci kapitana. Zbiera zatem wszelkie możliwe dowody, analizuje sytuacje i łączy fakty w sposób niezwykle przenikliwy – czytelnicy będą musieli się bardzo wysilić, żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Do tego Alasdair Beckett-King chętnie odwołuje się do żartów słownych i do motywów niekoniecznie kojarzonych przez dzieci, będzie więc stawiać wysoko poprzeczkę małym czytelnikom. Ale dzieci, które lubią powieści detektywistyczne i sensacyjne jednocześnie, tu znajdą wiele dla siebie – choćby z tego względu, że Beckett-King unika infantylności w konstruowaniu akcji. Jedyny „naiwny” motyw u niego to przekonywanie czytelników, że nikt nie rozpozna w wielkim detektywie małej dziewczynki w zabawnym przebraniu. Ale na tym polega konstrukcja świata przedstawionego – i konwencja, którą wszyscy czytający ten cykl akceptują bez zastrzeżeń. Montgomery Bonbon musi odnieść kolejny sukces, na który starannie sobie zapracuje – tu nie ma taryfy ulgowej ani uproszczeń w śledztwie, a skoro rzecz dotyczy morderstwa, trzeba porządnie wysilić szare komórki. Alasdair Becket-King nie zamierza wyręczać czytelników w myśleniu, zachęca za to do przeżycia wielkiej przygody.
Los kapitana
Bardzo ważna jest ta historia w procesie rozwoju Montgomery’ego Bonbona, czyli detektywa, który dziwnym trafem pojawia się wszędzie tam, gdzie jest Bonnie Montgomery (chociaż nigdy równocześnie) i ma strój wyglądający jak przebranie ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami. Nikt jednak nie jest w stanie odkryć prawdziwej tożsamości słynnego detektywa, nawet jego mama nie ma pojęcia, kim naprawdę ów przenikliwy bohater jest. Bonnie wprawdzie pojawia się wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą najpoważniejsze zbrodnie, ale ma swojego wiernego towarzysza, dziadka Banksa. Dziadek Banks zna swoją rolę: do detektywa zwraca się słowami „mój stary” (do Bonnie – „kochanie”) i dyskretnie pilnuje bezpieczeństwa. Notuje wprawdzie także rozmaite wykroczenia Bonbona, ale nie czyni z tego użytku. Liczy się to, że jest i że można na nim polegać – a kiedy śledztwo utknie w martwym punkcie, wie, jak pchnąć sprawę do przodu. Od czasu swojego debiutu Bonnie doczekała się jeszcze prawdziwej przyjaciółki – Dana również wie, jak zachowywać się w towarzystwie detektywa, a do tego jest jego ogromną fanką. Tym razem każde wsparcie się przyda, bo zwłoki, które pojawiają się na statku w tomie „Awantura na morzu” są wyjątkowo ruchliwe i nieprzewidywalne. A przecież zaczyna się tak niewinnie: pierwszy raz Bonnie i Dana mogą pomagać mamie Bonnie. Liz Montgomery jest odpowiedzialna za przygotowanie pokazu fajerwerków podczas uroczystych obchodów Nocy Kapitana Grimma – tylko że zamiast rozłożonego w czasie delektowania się widowiskiem ze sztucznych ogni, wszyscy zgromadzeni otrzymują jeden wielki wybuch i chaos. Bonnie – jako Bonbon – musi rozwiązać zagadkę, żeby ocalić dobre imię rodzicielki. Zanim jednak uda się jej dojść do właściwych wniosków, okazuje się, że nie obyło się bez ofiar – kapitan nie daje znaku życia. I tak zaczyna się kolejne rozłożyste śledztwo wypełnione dowcipami i metamorfozami, ale również wizytami w niezwykłych przybytkach. Bonnie może liczyć na swoich wspólników, tym razem jednak jej priorytetem jest ocalenie mamy – jednej z głównych podejrzanych w sprawie śmierci kapitana. Zbiera zatem wszelkie możliwe dowody, analizuje sytuacje i łączy fakty w sposób niezwykle przenikliwy – czytelnicy będą musieli się bardzo wysilić, żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Do tego Alasdair Beckett-King chętnie odwołuje się do żartów słownych i do motywów niekoniecznie kojarzonych przez dzieci, będzie więc stawiać wysoko poprzeczkę małym czytelnikom. Ale dzieci, które lubią powieści detektywistyczne i sensacyjne jednocześnie, tu znajdą wiele dla siebie – choćby z tego względu, że Beckett-King unika infantylności w konstruowaniu akcji. Jedyny „naiwny” motyw u niego to przekonywanie czytelników, że nikt nie rozpozna w wielkim detektywie małej dziewczynki w zabawnym przebraniu. Ale na tym polega konstrukcja świata przedstawionego – i konwencja, którą wszyscy czytający ten cykl akceptują bez zastrzeżeń. Montgomery Bonbon musi odnieść kolejny sukces, na który starannie sobie zapracuje – tu nie ma taryfy ulgowej ani uproszczeń w śledztwie, a skoro rzecz dotyczy morderstwa, trzeba porządnie wysilić szare komórki. Alasdair Becket-King nie zamierza wyręczać czytelników w myśleniu, zachęca za to do przeżycia wielkiej przygody.
czwartek, 29 stycznia 2026
Merijn van de Laar: Śpij jak jaskiniowiec. I wyśpij się dzięki mądrości sprzed wieków
Marginesy, Warszawa 2025.
Dobry sen
Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.
Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.
Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.
Dobry sen
Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.
Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.
Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.
środa, 28 stycznia 2026
Nazywam dźwięki. Moje ciało
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Onomatopeje
Pierwsze zabawy z dziećmi polegają często na wydawaniu i naśladowaniu charakterystycznych dla otoczenia dźwięków – jeszcze zanim najmłodsi nauczą się nazywać elementy otaczającego ich świata, mogą już posługiwać się prostymi hasłami bazującymi na onomatopejach. I z tego założenia wyszło wydawnictwo Nasza Księgarnia, proponując maleńki i uroczy kartonowy tomik „Nazywam dźwięki. Moje ciało” z ilustracjami Marianny Schoett, autorki kojarzonej z seriami dla kilkulatków i grami wydawanymi w Naszej Księgarni.
Rzuca się w pierwszej kolejności w oczy kształt publikacji: malutka kwadratowa kartonowa książka z zaokrąglonymi obowiązkowo rogami ma większą niż zwykle objętość, wydaje się wręcz ogromna – rzadko zdarza się w tomikach kartonowych, żeby dzieci do dyspozycji miały aż 33 „kartki”. Być może też stąd bierze się niewielki rozmiar – żeby książka nie była za ciężka dla najmłodszych użytkowników (i przez to – żeby nie stała się dla dzieci niebezpieczna). Na każdej lewej części rozkładówki pojawia się pytanie w charakterystycznym komiksowym dymku – oznacza to, że rolę narratorów i jednocześnie pytających mogą podjąć tu rodzice czytający swoim pociechom i nawiązujący z nimi dialog w ramach bajki. Ale książeczka wysyła odbiorców w rejony nieco bardziej abstrakcyjne, tylko raz zwraca się tu bezpośrednio do dzieci („jak robisz, kiedy jest ci zimno”, zwykle bohaterami i adresatami pytań są rozmaite przedmioty, stany, zachowania lub części ciała. Oczywiście najbardziej lubiany przez maluchy stanie się natychmiast rysunek z pytaniem „jak robi pupa” i psotną dziewczynką, która puszcza bąka, ale można się dowiedzieć „jak robi zdarte kolano”, „jak robi śmiech” albo „jak robią nożyczki obcinające paznokcie”. Czasami onomatopeje są oczywiste – jak w przypadku płaczu albo łaskotek, a czasami zaskakujące – przy du-du serca albo przy katarze. Prawa strona rozkładówki to już miejsce na pełnowymiarowy obrazek, przeważnie z dziecięcym bohaterem w akcji – i dopisek w postaci onomatopeicznych skojarzeń. Dzieci mogą zatem albo reagować na pytania zadawane przez rodziców, albo słuchać ich wersji dźwięków. Z pewnością taka zabawa nie skończy się szybko i nie będzie jednorazowym doświadczeniem. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że bohaterowie są tu przeważnie roześmiani i szczęśliwi, a to udzielać się będzie odbiorcom, co wszystkich nastroi do lektury pozytywnie. Nie ma tu jednego bohatera wiodącego, więc dzieci będą się koncentrować przede wszystkim na dźwiękach i na odwołaniach do własnych spostrzeżeń oraz przeżyć. Ponieważ Marianna Schoett odnosi się do ich codzienności, łatwo będzie trafić do przekonania maluchom.
Ta publikacja tylko z pozoru wydaje się infantylna – w praktyce pozwala dzieciom na obserwowanie rzeczywistości i wyciąganie wniosków, na zapamiętywanie odczuć i reakcji, na kojarzenie faktów. To tomik edukacyjny, chociaż dla najmłodszych i tak stanie się ulubionym źródłem rozrywki. Świetna propozycja pozwalająca uczyć dzieci skojarzeń dźwiękowych (i automatycznie poszerzać ich możliwości porozumiewania się), a do tego bardzo ładnie przygotowana, estetyczna i przyjemna w odbiorze.
Onomatopeje
Pierwsze zabawy z dziećmi polegają często na wydawaniu i naśladowaniu charakterystycznych dla otoczenia dźwięków – jeszcze zanim najmłodsi nauczą się nazywać elementy otaczającego ich świata, mogą już posługiwać się prostymi hasłami bazującymi na onomatopejach. I z tego założenia wyszło wydawnictwo Nasza Księgarnia, proponując maleńki i uroczy kartonowy tomik „Nazywam dźwięki. Moje ciało” z ilustracjami Marianny Schoett, autorki kojarzonej z seriami dla kilkulatków i grami wydawanymi w Naszej Księgarni.
Rzuca się w pierwszej kolejności w oczy kształt publikacji: malutka kwadratowa kartonowa książka z zaokrąglonymi obowiązkowo rogami ma większą niż zwykle objętość, wydaje się wręcz ogromna – rzadko zdarza się w tomikach kartonowych, żeby dzieci do dyspozycji miały aż 33 „kartki”. Być może też stąd bierze się niewielki rozmiar – żeby książka nie była za ciężka dla najmłodszych użytkowników (i przez to – żeby nie stała się dla dzieci niebezpieczna). Na każdej lewej części rozkładówki pojawia się pytanie w charakterystycznym komiksowym dymku – oznacza to, że rolę narratorów i jednocześnie pytających mogą podjąć tu rodzice czytający swoim pociechom i nawiązujący z nimi dialog w ramach bajki. Ale książeczka wysyła odbiorców w rejony nieco bardziej abstrakcyjne, tylko raz zwraca się tu bezpośrednio do dzieci („jak robisz, kiedy jest ci zimno”, zwykle bohaterami i adresatami pytań są rozmaite przedmioty, stany, zachowania lub części ciała. Oczywiście najbardziej lubiany przez maluchy stanie się natychmiast rysunek z pytaniem „jak robi pupa” i psotną dziewczynką, która puszcza bąka, ale można się dowiedzieć „jak robi zdarte kolano”, „jak robi śmiech” albo „jak robią nożyczki obcinające paznokcie”. Czasami onomatopeje są oczywiste – jak w przypadku płaczu albo łaskotek, a czasami zaskakujące – przy du-du serca albo przy katarze. Prawa strona rozkładówki to już miejsce na pełnowymiarowy obrazek, przeważnie z dziecięcym bohaterem w akcji – i dopisek w postaci onomatopeicznych skojarzeń. Dzieci mogą zatem albo reagować na pytania zadawane przez rodziców, albo słuchać ich wersji dźwięków. Z pewnością taka zabawa nie skończy się szybko i nie będzie jednorazowym doświadczeniem. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że bohaterowie są tu przeważnie roześmiani i szczęśliwi, a to udzielać się będzie odbiorcom, co wszystkich nastroi do lektury pozytywnie. Nie ma tu jednego bohatera wiodącego, więc dzieci będą się koncentrować przede wszystkim na dźwiękach i na odwołaniach do własnych spostrzeżeń oraz przeżyć. Ponieważ Marianna Schoett odnosi się do ich codzienności, łatwo będzie trafić do przekonania maluchom.
Ta publikacja tylko z pozoru wydaje się infantylna – w praktyce pozwala dzieciom na obserwowanie rzeczywistości i wyciąganie wniosków, na zapamiętywanie odczuć i reakcji, na kojarzenie faktów. To tomik edukacyjny, chociaż dla najmłodszych i tak stanie się ulubionym źródłem rozrywki. Świetna propozycja pozwalająca uczyć dzieci skojarzeń dźwiękowych (i automatycznie poszerzać ich możliwości porozumiewania się), a do tego bardzo ładnie przygotowana, estetyczna i przyjemna w odbiorze.
wtorek, 27 stycznia 2026
Reinhold Messner: Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu
Bezdroża, Gliwice 2026.
Samotnik
Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.
Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.
Samotnik
Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.
Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.
poniedziałek, 26 stycznia 2026
Koci domek Gabi. 1000 naklejek
Harperkids, Warszawa 2026.
Koty
Ta książka aż krzyczy obietnicą dobrej zabawy: w cyklu Koci domek Gabi pojawia się zeszyt ćwiczeń z labiryntami, łamigłówkami i zadaniami dla najmłodszych – ale najważniejszy element został mocno podkreślony na okładce: 1000 naklejek wyróżnia tę publikację. I to faktycznie do osiągnięcia, bo pierwsze cztery strony to po 180 miniaturowych naklejek z bohaterami cyklu oraz rozmaitymi ozdobnikami w najrozmaitszych pozach, ujęciach i zestawieniach kolorystycznych. Te maleńkie naklejki można wykorzystywać wszędzie, gdzie tylko chce się mieć przypomnienie o lubianej bajce – są urocze, dyskretne i do tego wielofunkcyjne. Z kolei naklejki do wykorzystania na poszczególnych stronach publikacji mieszczą się dalej, są znacznie większe i posegregowane na rozdziały, tak, żeby odbiorcy nie musieli się zastanawiać, której akurat użyć do jakiego zadania – i żeby nie popełniali błędów w kreatywnym wypełnianiu kolejnych stron.
Oczywiście „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to kolejna publikacja gadżetowa, która wykorzystuje dawniej popularne rozrywki, przekształcając je za sprawą cenionych postaci – to dodatek do historyjek, które zawładnęły wyobraźnią maluchów. Póki trwać będzie moda na Koci domek Gabi, ten tomik będzie się cieszył powodzeniem małych użytkowników i pozwalał im na kreatywną zabawę. Są tu kolorowanki, labirynty i porównania, są literowe diagramy i łączenie kropek, powiększanie dzięki systemowi kratek, kółko i krzyżyk (dostosowane do świata przedstawionego) czy liczenie poszczególnych elementów – wszystko mocno związane z bajką, ale nie trzeba wcale tej bajki znać, żeby wypełniać zadania – jedynie przy układaniu imion bohaterów z rozsypanych liter trzeba się będzie wykazać albo pomysłowością, albo znajomością Kociego domku Gabi – nawet tu niespecjalnie będzie przeszkadzać brak wiedzy na temat postaci. Za każdym razem oczywiście polecenie nawiązuje do serialu i sprawia, że dzieci chcą do bajek wracać – jest to przecież reklama cyklu i próba poszerzenia kręgu odbiorców albo zatrzymania ich przy serii – w ten sposób można zatem utrwalać sobie wiadomości na temat poszczególnych postaci. Najważniejsze będzie jednak wypełnianie poleceń, czyli ćwiczenie umysłu – i tutaj dzieje się to w przyjemny dla czytelników i rozrywkowy sposób, nie ma obaw, że dzieci znudzą się zadaniami, skoro oprócz tych oczywistych i dziecinnych (zwykłe kolorowanki z kluczem) pojawiają się często gry i wyzwania na kreatywność, polecenia, które nie mają jednego dobrego czy właściwego rozwiązania, a uzależniają efekt od pomysłowości i zmysłu artystycznego czytelników. „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to publikacja dla wszystkich maluchów, które lubią wyżywać się twórczo, które chcą wyzwań i ciekawych łamigłówek – i oczywiście dla tych, które kochają kocią serię i chcą jak najdłużej pozostać z bohaterami. To bardzo kolorowa książka, kojarząca się przez okładkę raczej z publikacją dla dziewczynek – ale nie ma tu zadań, które odstraszałyby kilkuletnich chłopców, można zatem przyjąć, że wydawnictwo postarało się o tomik uniwersalny i cieszący wszystkie kilkulatki.
Koty
Ta książka aż krzyczy obietnicą dobrej zabawy: w cyklu Koci domek Gabi pojawia się zeszyt ćwiczeń z labiryntami, łamigłówkami i zadaniami dla najmłodszych – ale najważniejszy element został mocno podkreślony na okładce: 1000 naklejek wyróżnia tę publikację. I to faktycznie do osiągnięcia, bo pierwsze cztery strony to po 180 miniaturowych naklejek z bohaterami cyklu oraz rozmaitymi ozdobnikami w najrozmaitszych pozach, ujęciach i zestawieniach kolorystycznych. Te maleńkie naklejki można wykorzystywać wszędzie, gdzie tylko chce się mieć przypomnienie o lubianej bajce – są urocze, dyskretne i do tego wielofunkcyjne. Z kolei naklejki do wykorzystania na poszczególnych stronach publikacji mieszczą się dalej, są znacznie większe i posegregowane na rozdziały, tak, żeby odbiorcy nie musieli się zastanawiać, której akurat użyć do jakiego zadania – i żeby nie popełniali błędów w kreatywnym wypełnianiu kolejnych stron.
Oczywiście „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to kolejna publikacja gadżetowa, która wykorzystuje dawniej popularne rozrywki, przekształcając je za sprawą cenionych postaci – to dodatek do historyjek, które zawładnęły wyobraźnią maluchów. Póki trwać będzie moda na Koci domek Gabi, ten tomik będzie się cieszył powodzeniem małych użytkowników i pozwalał im na kreatywną zabawę. Są tu kolorowanki, labirynty i porównania, są literowe diagramy i łączenie kropek, powiększanie dzięki systemowi kratek, kółko i krzyżyk (dostosowane do świata przedstawionego) czy liczenie poszczególnych elementów – wszystko mocno związane z bajką, ale nie trzeba wcale tej bajki znać, żeby wypełniać zadania – jedynie przy układaniu imion bohaterów z rozsypanych liter trzeba się będzie wykazać albo pomysłowością, albo znajomością Kociego domku Gabi – nawet tu niespecjalnie będzie przeszkadzać brak wiedzy na temat postaci. Za każdym razem oczywiście polecenie nawiązuje do serialu i sprawia, że dzieci chcą do bajek wracać – jest to przecież reklama cyklu i próba poszerzenia kręgu odbiorców albo zatrzymania ich przy serii – w ten sposób można zatem utrwalać sobie wiadomości na temat poszczególnych postaci. Najważniejsze będzie jednak wypełnianie poleceń, czyli ćwiczenie umysłu – i tutaj dzieje się to w przyjemny dla czytelników i rozrywkowy sposób, nie ma obaw, że dzieci znudzą się zadaniami, skoro oprócz tych oczywistych i dziecinnych (zwykłe kolorowanki z kluczem) pojawiają się często gry i wyzwania na kreatywność, polecenia, które nie mają jednego dobrego czy właściwego rozwiązania, a uzależniają efekt od pomysłowości i zmysłu artystycznego czytelników. „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to publikacja dla wszystkich maluchów, które lubią wyżywać się twórczo, które chcą wyzwań i ciekawych łamigłówek – i oczywiście dla tych, które kochają kocią serię i chcą jak najdłużej pozostać z bohaterami. To bardzo kolorowa książka, kojarząca się przez okładkę raczej z publikacją dla dziewczynek – ale nie ma tu zadań, które odstraszałyby kilkuletnich chłopców, można zatem przyjąć, że wydawnictwo postarało się o tomik uniwersalny i cieszący wszystkie kilkulatki.
niedziela, 25 stycznia 2026
Grzegorz Kasdepke: Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Kosmici wszędzie
Z różnych książek dla najmłodszych słynie Grzegorz Kasdepke, ale seria o Bodziu i Pulpecie jest jedną z bardziej lubianych – i teraz doczekała się zbiorczego wydania. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to książka, która ucieszy każdego kilkulatka – i przyda się zwłaszcza tym dzieciom, które zaczynają samodzielnie czytać dla rozrywki (duża czcionka ułatwi im zadanie). Siła tej opowieści tkwi w komizmie i absurdalnym humorze (autor marzył o napisaniu fantastycznej książki fantastycznej i ten zamiar udało mu się zrealizować idealnie) i w odejściu od pouczenia na rzecz rozbawiania. Owszem, co pewien czas pojawiają się w historyjkach motywy edukacyjne: jak przechodzić przez jezdnię, czym jest akcja Sprzątanie Świata – ale z reguły Bodzio i Pulpet zajęci są wpadaniem w tarapaty na różnych płaszczyznach: w domu, w szkole i we wszechświecie.
Grzegorz Kasdepke nie wysyła bohaterów w kosmos. Bodzio i Pulpet to uczniowie, którzy niespecjalnie przepadają za szkołą (zauważyli już, że droga do szkoły jest znacznie dłuższa niż ta powrotna), nauczycielka ma z nimi urwanie głowy – ale ich logika prowadzi do zaskakujących często wniosków i odkryć. W dodatku Bodzio i Pulpet mają ciekawą cechę: jak nikt inny przyciągają Obcych. To znaczy kosmitów. Jak się okazuje, przybyszy z innych planet jest wokół mnóstwo – niektórzy przybierają kształt zwykłej paprotki, inni są na tyle ogromni, żeby zaplątać się w kablach przed domem albo są w stanie wysyłać wiadomości do odczytania przez uczniów i orkiestry. Każdy kosmita charakteryzuje się czymś innym, każdy jest zaskakujący i każdy ubarwia codzienność – co szczególnie ważne, kiedy akurat panuje nuda. U Bodzia i Pulpeta nudy nie ma, właśnie dzięki odwiedzinom istot pozaziemskich i dzięki ich zamiarom. Przeważnie pokojowym, chociaż rozgniewany kosmita może być nieprzyjemny. Bodzio i Pulpet odgrywają rolę gospodarzy, rozwijają wyobraźnię i zaskakują czytelników kolejnymi przygodami. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to tomik, po który sięgać się będzie dla zabawy – po codzienną porcję zdrowego śmiechu i fantazji. Bo Grzegorz Kasdepke stawia tu na bardzo krótkie i bardzo dobrze puentowane opowiadania – historyjki z życia wzięte, stworzone dla śmiechu, wyjątkowe i niepowtarzalne. Przypomina dzieciom (i ich rodzicom czy nauczycielom), że dzieci też potrzebują rozrywki i zachęty do lektury w postaci humoru. Dostarcza go w wyjątkowo dużych dawkach, więc ci, którzy zdecydują się na samodzielne czytanie, będą po prostu przechodzić od opowiadania do opowiadania – i za każdym razem pozostanie im niedosyt oraz chęć dowiedzenia się, co jeszcze Bodzio i Pulpet wymyślili. Żeby nie trzeba było przeciążać wyobraźni – co przecież może się zdarzyć w przypadku wizyt Obcych – można posiłkować się warstwą graficzną. Daniel de Latour to idealny ilustrator komicznych opowieści – jego styl tworzenia pasuje do komizmu w narracji i czasami przypomina, jak mogą wyglądać tajemniczy kosmici z opowiadań. I autor, i ilustrator świetnie się tu bawią – ale na szczęście czytelnicy nie muszą im tego zazdrościć, bo sami będą się bawić jeszcze lepiej podczas czytania. Trzeba jak najwięcej takich publikacji dla najmłodszych – bo to najlepsza reklama czytania dla rozrywki.
Kosmici wszędzie
Z różnych książek dla najmłodszych słynie Grzegorz Kasdepke, ale seria o Bodziu i Pulpecie jest jedną z bardziej lubianych – i teraz doczekała się zbiorczego wydania. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to książka, która ucieszy każdego kilkulatka – i przyda się zwłaszcza tym dzieciom, które zaczynają samodzielnie czytać dla rozrywki (duża czcionka ułatwi im zadanie). Siła tej opowieści tkwi w komizmie i absurdalnym humorze (autor marzył o napisaniu fantastycznej książki fantastycznej i ten zamiar udało mu się zrealizować idealnie) i w odejściu od pouczenia na rzecz rozbawiania. Owszem, co pewien czas pojawiają się w historyjkach motywy edukacyjne: jak przechodzić przez jezdnię, czym jest akcja Sprzątanie Świata – ale z reguły Bodzio i Pulpet zajęci są wpadaniem w tarapaty na różnych płaszczyznach: w domu, w szkole i we wszechświecie.
Grzegorz Kasdepke nie wysyła bohaterów w kosmos. Bodzio i Pulpet to uczniowie, którzy niespecjalnie przepadają za szkołą (zauważyli już, że droga do szkoły jest znacznie dłuższa niż ta powrotna), nauczycielka ma z nimi urwanie głowy – ale ich logika prowadzi do zaskakujących często wniosków i odkryć. W dodatku Bodzio i Pulpet mają ciekawą cechę: jak nikt inny przyciągają Obcych. To znaczy kosmitów. Jak się okazuje, przybyszy z innych planet jest wokół mnóstwo – niektórzy przybierają kształt zwykłej paprotki, inni są na tyle ogromni, żeby zaplątać się w kablach przed domem albo są w stanie wysyłać wiadomości do odczytania przez uczniów i orkiestry. Każdy kosmita charakteryzuje się czymś innym, każdy jest zaskakujący i każdy ubarwia codzienność – co szczególnie ważne, kiedy akurat panuje nuda. U Bodzia i Pulpeta nudy nie ma, właśnie dzięki odwiedzinom istot pozaziemskich i dzięki ich zamiarom. Przeważnie pokojowym, chociaż rozgniewany kosmita może być nieprzyjemny. Bodzio i Pulpet odgrywają rolę gospodarzy, rozwijają wyobraźnię i zaskakują czytelników kolejnymi przygodami. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to tomik, po który sięgać się będzie dla zabawy – po codzienną porcję zdrowego śmiechu i fantazji. Bo Grzegorz Kasdepke stawia tu na bardzo krótkie i bardzo dobrze puentowane opowiadania – historyjki z życia wzięte, stworzone dla śmiechu, wyjątkowe i niepowtarzalne. Przypomina dzieciom (i ich rodzicom czy nauczycielom), że dzieci też potrzebują rozrywki i zachęty do lektury w postaci humoru. Dostarcza go w wyjątkowo dużych dawkach, więc ci, którzy zdecydują się na samodzielne czytanie, będą po prostu przechodzić od opowiadania do opowiadania – i za każdym razem pozostanie im niedosyt oraz chęć dowiedzenia się, co jeszcze Bodzio i Pulpet wymyślili. Żeby nie trzeba było przeciążać wyobraźni – co przecież może się zdarzyć w przypadku wizyt Obcych – można posiłkować się warstwą graficzną. Daniel de Latour to idealny ilustrator komicznych opowieści – jego styl tworzenia pasuje do komizmu w narracji i czasami przypomina, jak mogą wyglądać tajemniczy kosmici z opowiadań. I autor, i ilustrator świetnie się tu bawią – ale na szczęście czytelnicy nie muszą im tego zazdrościć, bo sami będą się bawić jeszcze lepiej podczas czytania. Trzeba jak najwięcej takich publikacji dla najmłodszych – bo to najlepsza reklama czytania dla rozrywki.
sobota, 24 stycznia 2026
Karolina Wójcicka: Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy
Mando, WAM, Kraków 2025.
Próba sił
W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.
W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.
I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.
Próba sił
W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.
W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.
I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.
piątek, 23 stycznia 2026
Umiem rysować przyrodę
Kropka, Warszawa 2026.
Na spacerze
Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.
Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.
Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.
Na spacerze
Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.
Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.
Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.
czwartek, 22 stycznia 2026
Monika Kwaśniewska-Mikuła: #MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
środa, 21 stycznia 2026
Hélène Delforge: Babcia i dziadek
Media Rodzina, Poznań 2026.
Przeżycia
Rynek wydawniczy bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje, które pozwolą na ułatwienie marketingowych zabiegów, nic więc dziwnego, że stawia często na wydawnictwa nawiązujące do konkretnych świąt lub tradycji. I problem nie polega na zalewie tematyzowanych publikacji – problem polega na tym, że w owym zalewie bardzo łatwo przeoczyć prawdziwe perły. A taką bez wątpienia jest tomik „Babcia i dziadek” autorstwa Hélène Delforge i z ilustracjami Quentina Grébana (ilustracje są bardzo ważne, czasami pozwalają na zrozumienie, o czym mowa w narracji), w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i Magdaleny Mikołajewskiej (na marginesie: o ile rymowane przekłady tej pary nie są najlepszej jakości, o tyle w prozie potrafią zrobić coś wyjątkowego.
Ta książka obala infantylne stereotypy i pokazuje babcię, dziadka oraz ich domowe i rodzinne relacje inaczej niż są do tego przyzwyczajeni najmłodsi. Nagle okazuje się, że babcia to kobieta, która może być zakochana (albo tęsknić za ukochanym i opowiadać o nim wnukom), albo – jest opiekunką starego leniwego kota. Owszem, ma na uwadze rozpieszczanie wnuków, ale równie ważny jest dla niej dobrostan córki i jej szczęście: chociaż ta córka ma teraz swoje dzieci, na zawsze pozostanie dzieckiem dla swojej matki. I kiedy sama zatęskni za dzieciństwem, będzie mogła wrócić – dzięki empatycznej już teraz babci – do najmilszych wspomnień. Dziadek ma pełno zmarszczek – a każda oznacza coś innego – i wie, jak zorganizować pogrzeb sikorki, żeby nie było zawsze smutno. Nawet jeśli nie ma pojęcia, jak opiekować się dziećmi, pamięta jeszcze, jak wychowywał swoje. Tylko że w tomiku „Babcia i dziadek” relacje dziadkowie – wnuki nie są jedyne. Każda rozkładówka to jedna wielkoformatowa ilustracja i jeden drobny rysunek – a do tego wyznanie w formie może nieco poetyckiej, z szatkowanymi frazami. Nigdy nie wiadomo, kto zabierze głos – może to być dziecko, dziadek, babcia, średnie pokolenie, albo... kot. Każdy ma do powiedzenia coś ważnego: czasem to przypomnienie, żeby rejestrować wspomnienia, rozmawiać jak najwięcej, dowiadywać się czegoś, co nie powinno bezpowrotnie zniknąć, innym razem – migawki z przeszłości z różnych ujęć. Opowiada się tu o emocjach i o uczuciach między pokoleniami albo między bliskimi – ale miłość dziadka i babci może zamienić się w romantyczną historię młodej i pełnej nadziei dziewczyny. I to inne spojrzenie na przedstawicieli starszego pokolenia będzie dla najmłodszych prawdopodobnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Jest tu delikatność i wyczulenie na drugiego człowieka, jest miłość bezwarunkowa – ale w różnych kierunkach. Nie zawsze wyznania są oczywiste na pierwszy rzut oka, czasami trzeba będzie się zastanowić nad ich znaczeniem, a czasami – wręcz rozszyfrować, o czym mowa. Jest tu sporo tematów, które mogą wywołać wzruszenie, doprowadzić do refleksji albo zaprosić do rozmowy z dziadkami i rodzicami. To zdecydowanie lektura wyjątkowa: na rynek wchodzi w czasie, w którym może być poszukiwana, ale przyda się przez cały rok i pozostawi niezapomniane wrażenia u czytających. Warto zaufać autorce i przyjrzeć się uważnie temu, co daje relacja z dziadkami – wszystkim pokoleniom. Autorka nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i oczywiste, stara się dotrzeć do bardzo ważnych treści i przywołać je dla najmłodszych – to, co wyniosą z lektury, pozostanie z nimi przez całe życie.
Przeżycia
Rynek wydawniczy bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje, które pozwolą na ułatwienie marketingowych zabiegów, nic więc dziwnego, że stawia często na wydawnictwa nawiązujące do konkretnych świąt lub tradycji. I problem nie polega na zalewie tematyzowanych publikacji – problem polega na tym, że w owym zalewie bardzo łatwo przeoczyć prawdziwe perły. A taką bez wątpienia jest tomik „Babcia i dziadek” autorstwa Hélène Delforge i z ilustracjami Quentina Grébana (ilustracje są bardzo ważne, czasami pozwalają na zrozumienie, o czym mowa w narracji), w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i Magdaleny Mikołajewskiej (na marginesie: o ile rymowane przekłady tej pary nie są najlepszej jakości, o tyle w prozie potrafią zrobić coś wyjątkowego.
Ta książka obala infantylne stereotypy i pokazuje babcię, dziadka oraz ich domowe i rodzinne relacje inaczej niż są do tego przyzwyczajeni najmłodsi. Nagle okazuje się, że babcia to kobieta, która może być zakochana (albo tęsknić za ukochanym i opowiadać o nim wnukom), albo – jest opiekunką starego leniwego kota. Owszem, ma na uwadze rozpieszczanie wnuków, ale równie ważny jest dla niej dobrostan córki i jej szczęście: chociaż ta córka ma teraz swoje dzieci, na zawsze pozostanie dzieckiem dla swojej matki. I kiedy sama zatęskni za dzieciństwem, będzie mogła wrócić – dzięki empatycznej już teraz babci – do najmilszych wspomnień. Dziadek ma pełno zmarszczek – a każda oznacza coś innego – i wie, jak zorganizować pogrzeb sikorki, żeby nie było zawsze smutno. Nawet jeśli nie ma pojęcia, jak opiekować się dziećmi, pamięta jeszcze, jak wychowywał swoje. Tylko że w tomiku „Babcia i dziadek” relacje dziadkowie – wnuki nie są jedyne. Każda rozkładówka to jedna wielkoformatowa ilustracja i jeden drobny rysunek – a do tego wyznanie w formie może nieco poetyckiej, z szatkowanymi frazami. Nigdy nie wiadomo, kto zabierze głos – może to być dziecko, dziadek, babcia, średnie pokolenie, albo... kot. Każdy ma do powiedzenia coś ważnego: czasem to przypomnienie, żeby rejestrować wspomnienia, rozmawiać jak najwięcej, dowiadywać się czegoś, co nie powinno bezpowrotnie zniknąć, innym razem – migawki z przeszłości z różnych ujęć. Opowiada się tu o emocjach i o uczuciach między pokoleniami albo między bliskimi – ale miłość dziadka i babci może zamienić się w romantyczną historię młodej i pełnej nadziei dziewczyny. I to inne spojrzenie na przedstawicieli starszego pokolenia będzie dla najmłodszych prawdopodobnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Jest tu delikatność i wyczulenie na drugiego człowieka, jest miłość bezwarunkowa – ale w różnych kierunkach. Nie zawsze wyznania są oczywiste na pierwszy rzut oka, czasami trzeba będzie się zastanowić nad ich znaczeniem, a czasami – wręcz rozszyfrować, o czym mowa. Jest tu sporo tematów, które mogą wywołać wzruszenie, doprowadzić do refleksji albo zaprosić do rozmowy z dziadkami i rodzicami. To zdecydowanie lektura wyjątkowa: na rynek wchodzi w czasie, w którym może być poszukiwana, ale przyda się przez cały rok i pozostawi niezapomniane wrażenia u czytających. Warto zaufać autorce i przyjrzeć się uważnie temu, co daje relacja z dziadkami – wszystkim pokoleniom. Autorka nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i oczywiste, stara się dotrzeć do bardzo ważnych treści i przywołać je dla najmłodszych – to, co wyniosą z lektury, pozostanie z nimi przez całe życie.
wtorek, 20 stycznia 2026
Zuzanna Kisielewska: O tańcu
Druganoga, Warszawa 2025.
Ruch
O tańcu można mówić na różne sposoby, Zuzanna Kisielewska zdecydowała się na opowieść międzykulturową i znaczeniową. Małgorzata Nowak i Agata Dudek dodają do jej narracji grafiki – karykaturalne postacie, które w ruchu wyginają swoje ciała – ta dynamika tańca pojawia się na kolejnych ilustracjach, mniej nawet pasujących do publikacji dla dzieci, bardziej – do dorosłych opracowań. Zuzanna Kisielewska zresztą też nie upraszcza specjalnie języka, którym się posługuje, pisze bez infantylizowania, przez co trafić może na przykład do młodzieży zainteresowanej historią tańca i możliwościami wyrażania emocji przez ruch.
Najpierw Zuzanna Kisielewska sięga daleko w przeszłość – stara się sprawdzić, jak dawno pojawił się taniec, ale ponieważ to nie do końca realne zadanie, odwołuje się do odkryć z różnych miejsc świata i różnych czasów. Ludy pierwotne taniec wykorzystywały jako sposób na wpływanie na wszystko, co nie do końca poznane, zrozumiane lub opanowane – między innymi do przywoływania deszczu albo zwiększania plonów. Ale taki punkt wyjścia prowokuje natychmiast do przywoływania choćby „Deszczowej piosenki” i dzisiejszych pomysłów na nawiązywanie do pradawnych rozwiązań. Dla czytelników oznacza to wskazówkę w kwestii doboru tematów – autorka decyduje się na rozdziały tematyczne, w ich ramach stawia na chronologię (przynajmniej w ramach wybranych zagadnień) i porządkuje wiadomości o tańcu za sprawą przesłań i kodów. Opowiada, jak można było taniec traktować jako rozmowę z bóstwami, bogami albo duchami, albo o tańcach, które służyły jako tajne szyfry. Przedstawia tańce charakterystyczne dla narodów albo tańce wykorzystywane w sporcie, odwołuje się też o tańców najbardziej kojarzonych – baletu, breaku czy kankana. Przytacza historie, które się wiążą z ich powstaniem, albo najbardziej rozpoznawalne elementy. Wszystko, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważną i wielowymiarową sztuką jest taniec – i jak wiele da się nim wyrazić. Za każdym razem wybiera osobną, zamkniętą historię, która łączy się wprawdzie z innymi, ale może być czytana bez zwracania uwagi na kolejność, linearność opowieści. Udało się dzięki temu Kisielewskiej odwzorować dynamikę, siłę ruchu i powszechność takiej rozrywki – która wykracza daleko poza rozrywkowość. Jeśli autorka chce kogoś zainteresować tańcem, wybrała najlepszą drogę – szeroka oferta zróżnicowane wymagania sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie i może próbować swoich sił w tym, co sprawi mu najwięcej satysfakcji. Taniec jednoczy – ale też daje wolność i to jeden z tematów powracających w opowieści – autorka przywołuje twórców łamiących zasady i kształtujących zupełnie nowe taneczne mody.
„O tańcu” to tom edukacyjny, starannie przygotowany – nie tylko z myślą o młodszych czytelnikach, bo wiadomości bywają bardziej zaawansowane. Każdy, kto interesuje się historią tańca, może tu znaleźć coś dla siebie – i przy okazji dowie się, jak można popularyzować wiadomości w przyjemny i atrakcyjny dla wielu grup czytelników sposób. To książka warta rozreklamowania – powinna trafić do głównego nurtu wydawniczego. Uświadamia odbiorcom, jak istotne jest tańczenie – nie tylko dla wyrażania emocji. Sporo ciekawostek, wiele atrakcji dla czytelników, dobrze prowadzona narracja – to wszystko można tu znaleźć bez większego wysiłku, dlatego nawet ci, którzy nie przepadają za poruszaniem się, mogą skorzystać na lekturze.
Ruch
O tańcu można mówić na różne sposoby, Zuzanna Kisielewska zdecydowała się na opowieść międzykulturową i znaczeniową. Małgorzata Nowak i Agata Dudek dodają do jej narracji grafiki – karykaturalne postacie, które w ruchu wyginają swoje ciała – ta dynamika tańca pojawia się na kolejnych ilustracjach, mniej nawet pasujących do publikacji dla dzieci, bardziej – do dorosłych opracowań. Zuzanna Kisielewska zresztą też nie upraszcza specjalnie języka, którym się posługuje, pisze bez infantylizowania, przez co trafić może na przykład do młodzieży zainteresowanej historią tańca i możliwościami wyrażania emocji przez ruch.
Najpierw Zuzanna Kisielewska sięga daleko w przeszłość – stara się sprawdzić, jak dawno pojawił się taniec, ale ponieważ to nie do końca realne zadanie, odwołuje się do odkryć z różnych miejsc świata i różnych czasów. Ludy pierwotne taniec wykorzystywały jako sposób na wpływanie na wszystko, co nie do końca poznane, zrozumiane lub opanowane – między innymi do przywoływania deszczu albo zwiększania plonów. Ale taki punkt wyjścia prowokuje natychmiast do przywoływania choćby „Deszczowej piosenki” i dzisiejszych pomysłów na nawiązywanie do pradawnych rozwiązań. Dla czytelników oznacza to wskazówkę w kwestii doboru tematów – autorka decyduje się na rozdziały tematyczne, w ich ramach stawia na chronologię (przynajmniej w ramach wybranych zagadnień) i porządkuje wiadomości o tańcu za sprawą przesłań i kodów. Opowiada, jak można było taniec traktować jako rozmowę z bóstwami, bogami albo duchami, albo o tańcach, które służyły jako tajne szyfry. Przedstawia tańce charakterystyczne dla narodów albo tańce wykorzystywane w sporcie, odwołuje się też o tańców najbardziej kojarzonych – baletu, breaku czy kankana. Przytacza historie, które się wiążą z ich powstaniem, albo najbardziej rozpoznawalne elementy. Wszystko, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważną i wielowymiarową sztuką jest taniec – i jak wiele da się nim wyrazić. Za każdym razem wybiera osobną, zamkniętą historię, która łączy się wprawdzie z innymi, ale może być czytana bez zwracania uwagi na kolejność, linearność opowieści. Udało się dzięki temu Kisielewskiej odwzorować dynamikę, siłę ruchu i powszechność takiej rozrywki – która wykracza daleko poza rozrywkowość. Jeśli autorka chce kogoś zainteresować tańcem, wybrała najlepszą drogę – szeroka oferta zróżnicowane wymagania sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie i może próbować swoich sił w tym, co sprawi mu najwięcej satysfakcji. Taniec jednoczy – ale też daje wolność i to jeden z tematów powracających w opowieści – autorka przywołuje twórców łamiących zasady i kształtujących zupełnie nowe taneczne mody.
„O tańcu” to tom edukacyjny, starannie przygotowany – nie tylko z myślą o młodszych czytelnikach, bo wiadomości bywają bardziej zaawansowane. Każdy, kto interesuje się historią tańca, może tu znaleźć coś dla siebie – i przy okazji dowie się, jak można popularyzować wiadomości w przyjemny i atrakcyjny dla wielu grup czytelników sposób. To książka warta rozreklamowania – powinna trafić do głównego nurtu wydawniczego. Uświadamia odbiorcom, jak istotne jest tańczenie – nie tylko dla wyrażania emocji. Sporo ciekawostek, wiele atrakcji dla czytelników, dobrze prowadzona narracja – to wszystko można tu znaleźć bez większego wysiłku, dlatego nawet ci, którzy nie przepadają za poruszaniem się, mogą skorzystać na lekturze.
poniedziałek, 19 stycznia 2026
Jørn Lier Horst: Operacja Gwiazda Zimowa
Media Rodzina, Poznań 2025.
W niebo
Seria detektywistyczna Operacja to dodatek, który pozwala zaintrygować dzieci lubiące łamigłówki serią o bohaterach z Biura Detektywistycznego nr 2. Tiril i Oliver to dwójka przedsiębiorczych i sprytnych dzieciaków, które rozwiązują kolejne zagadki i zadania, pomagając dorosłym w chwytaniu przestępców, a przynajmniej – w odkrywaniu tego, czego prawdziwi śledczy nie są w stanie wymyślić. W serii Operacja dzieci jednak zwykle zajmują się pomaganiem dziadkowi – ten nie jest zbyt spostrzegawczy i potrzebuje wsparcia, żeby rozwiązywać prywatne zagadki. „Operacja Gwiazda Zimowa” to jednak historia, która sięga aż do kosmosu. Przyjaciel dziadka z Klubu Odkrywców, zostawił dziadkowi klucz do swojego domu i zaprosił go tam dziesiątego grudnia (czyli za dwa dni). Jednak zapadł w śpiączkę i nie wyjaśnił do końca, co trzeba zrobić. Coś, co znajduje się w sejfie w zamkniętym domu ma mieć związek z Gwiazdą Zimową – kometą lub meteorytem. Pytań jest wiele, odpowiedzi żadnych, ale ponieważ zostało mało czasu do wyznaczonego dnia, Tiril – tym razem najbardziej ona – przejmuje dowodzenie. Dziadek pomaga tylko w kwestiach kontaktów z przedstawicielami Klubu Odkrywców i dodaje co pewien czas kolejne wskazówki lub informacje, które wygrzebuje z pamięci i pozwala Tiril rozwiązywać wszystko po kolei. Nagrodą są nie następne zagadki, a możliwość przejścia dalej – więc całość przypomina trochę grę komputerową, w której nie można liczyć na podpowiedzi głównego zainteresowanego.
Dziadek, Tiril i Oliver wyruszają na prawdziwą misję. Spieszą się, zwłaszcza że w domu chorego przyjaciela najwyraźniej ktoś już myszkował. Nie mają żadnych kodów do sejfu ani oczywistych wyjaśnień, muszą bazować na serii podpowiedzi. I to właśnie połączy bohaterów z małymi odbiorcami – bo podseria Operacja została pomyślana tak, żeby dzieci brały w niej aktywny udział. Każda rozkładówka to po prostu drobny fragment narracji, który prowadzi do kolejnego zadania na spostrzegawczość: tekst ozdobiony jest wielkoformatowym rysunkiem, na którym trzeba wskazać element naprowadzający na rozwiązanie. Jeśli ktoś nie poradzi sobie z wyzwaniem, na kolejnej stronie znajdzie na marginesie obrazkowe wyjaśnienie. Dzieci mogą w ten sposób kontrolować swoje odkrycia od razu i cieszyć się interaktywną lekturą. Ćwiczenie logicznego myślenia powiązane z treningiem spostrzegawczości jest tutaj ładnie wykorzystane. Jorn Lier Horst pomaga sobie okolicznościami: dzięki śnieżnej zimie łatwiej zauważyć, który dom nie był dawno odwiedzany, albo jaką ścieżkę wybrać – uczy dzieci wyczulenia na szczegóły, które pozwalają na rozwijanie wyobraźni i sprytu. „Operacja Gwiazda Zimowa” to tomik, w którym trzeba wyjść z własnego towarzystwa i poruszać się po obcym terenie, wymaga więc od bohaterów sporo samozaparcia i odwagi – za to odbiorcy będą mieli dodatkowe wyzwanie w postaci adrenaliny w narracji. Ten tomik przyda się wszystkim dzieciom, które lubią opowieści detektywistyczne i uczestniczenie w takich historiach, może też stać się reklamą serii Biuro Detektywistyczne nr 2.
W niebo
Seria detektywistyczna Operacja to dodatek, który pozwala zaintrygować dzieci lubiące łamigłówki serią o bohaterach z Biura Detektywistycznego nr 2. Tiril i Oliver to dwójka przedsiębiorczych i sprytnych dzieciaków, które rozwiązują kolejne zagadki i zadania, pomagając dorosłym w chwytaniu przestępców, a przynajmniej – w odkrywaniu tego, czego prawdziwi śledczy nie są w stanie wymyślić. W serii Operacja dzieci jednak zwykle zajmują się pomaganiem dziadkowi – ten nie jest zbyt spostrzegawczy i potrzebuje wsparcia, żeby rozwiązywać prywatne zagadki. „Operacja Gwiazda Zimowa” to jednak historia, która sięga aż do kosmosu. Przyjaciel dziadka z Klubu Odkrywców, zostawił dziadkowi klucz do swojego domu i zaprosił go tam dziesiątego grudnia (czyli za dwa dni). Jednak zapadł w śpiączkę i nie wyjaśnił do końca, co trzeba zrobić. Coś, co znajduje się w sejfie w zamkniętym domu ma mieć związek z Gwiazdą Zimową – kometą lub meteorytem. Pytań jest wiele, odpowiedzi żadnych, ale ponieważ zostało mało czasu do wyznaczonego dnia, Tiril – tym razem najbardziej ona – przejmuje dowodzenie. Dziadek pomaga tylko w kwestiach kontaktów z przedstawicielami Klubu Odkrywców i dodaje co pewien czas kolejne wskazówki lub informacje, które wygrzebuje z pamięci i pozwala Tiril rozwiązywać wszystko po kolei. Nagrodą są nie następne zagadki, a możliwość przejścia dalej – więc całość przypomina trochę grę komputerową, w której nie można liczyć na podpowiedzi głównego zainteresowanego.
Dziadek, Tiril i Oliver wyruszają na prawdziwą misję. Spieszą się, zwłaszcza że w domu chorego przyjaciela najwyraźniej ktoś już myszkował. Nie mają żadnych kodów do sejfu ani oczywistych wyjaśnień, muszą bazować na serii podpowiedzi. I to właśnie połączy bohaterów z małymi odbiorcami – bo podseria Operacja została pomyślana tak, żeby dzieci brały w niej aktywny udział. Każda rozkładówka to po prostu drobny fragment narracji, który prowadzi do kolejnego zadania na spostrzegawczość: tekst ozdobiony jest wielkoformatowym rysunkiem, na którym trzeba wskazać element naprowadzający na rozwiązanie. Jeśli ktoś nie poradzi sobie z wyzwaniem, na kolejnej stronie znajdzie na marginesie obrazkowe wyjaśnienie. Dzieci mogą w ten sposób kontrolować swoje odkrycia od razu i cieszyć się interaktywną lekturą. Ćwiczenie logicznego myślenia powiązane z treningiem spostrzegawczości jest tutaj ładnie wykorzystane. Jorn Lier Horst pomaga sobie okolicznościami: dzięki śnieżnej zimie łatwiej zauważyć, który dom nie był dawno odwiedzany, albo jaką ścieżkę wybrać – uczy dzieci wyczulenia na szczegóły, które pozwalają na rozwijanie wyobraźni i sprytu. „Operacja Gwiazda Zimowa” to tomik, w którym trzeba wyjść z własnego towarzystwa i poruszać się po obcym terenie, wymaga więc od bohaterów sporo samozaparcia i odwagi – za to odbiorcy będą mieli dodatkowe wyzwanie w postaci adrenaliny w narracji. Ten tomik przyda się wszystkim dzieciom, które lubią opowieści detektywistyczne i uczestniczenie w takich historiach, może też stać się reklamą serii Biuro Detektywistyczne nr 2.
niedziela, 18 stycznia 2026
Elizabeth Gilbert: Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie
Rebis, Poznań 2026.
Inspiracja
Gdyby Elizabeth Gilbert miała w jednym zdaniu i bez większych zahamowani streścić swoją książkę, zapewne padłyby słowa „rusz tyłek”. I byłoby to nadzwyczaj trafne streszczenie. „Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie” to bowiem publikacja trochę autobiograficzna, mocno motywacyjna, a trochę poradnikowa – dla tych, którzy utknęli w miejscu i chcieliby coś w swoim życiu zmienić, ale – jak to zwykle bywa po ugrzęźnięciu w marazmie – nie mają pojęcia ani siły, żeby to zrobić. Wprawdzie autorka odwołuje się bardzo często do zadań kreatywnych, a z racji swojego zawodu najwięcej ma do powiedzenia w temacie pisania, ale porady uogólnia tak, że skorzysta z tej książki absolutnie każdy, kto poczuł zniechęcenie w swoim życiu.
Cechą charakterystyczną tej książki jest rezygnacja z tonu poradników kioskowych i postawienie na osobistą narrację, z której odbiorcy mogą sobie wyciągać wnioski – potrzebne w danym momencie. Elizabeth Gilbert opowiada po prostu o sobie i o swoim procesie twórczym, o pracy na sukces i o działaniach, które doprowadziły ją do konkretnego miejsca w życiu. Żeby przekonać do siebie czytelników, tworzy ideę „wielkiej magii” – nadprzyrodzonej siły, którą da się poczuć w reakcjach organizmu i która pokazuje, że trafiło się na dobrą drogę – ale równie dobrze można pominąć te wyznania i zatrzymać się na konkretach, których tu nie brakuje. Wystarczy je wyłuskać z relacji i wyznań. Elizabeth Gilbert nie zmusza do ciężkiej pracy, ale pokazuje między innymi jak znaleźć coś dla siebie, jak się nie poddać, kiedy coś nie wychodzi, skąd wiadomo, że wybrało się dla siebie odpowiedni kierunek i co robić w chwili kryzysu. Nie odwołuje się do blokad twórczych ani do marazmu – ale wie, że to będzie się odbiorcom bez względu na umiejętności przytrafiać – i dlatego, służąc własnym przykładem, podpowiada, co najlepiej zrobić w takiej sytuacji. A że stawia na bardzo krótkie i treściwe – a przy tym ciekawe literacko – rozdziały, nie będą się tu odbiorcy nudzić podczas lektury. Warto tę książkę czytać i robić sobie notatki albo przynajmniej zaznaczać odpowiednie fragmenty, żeby w razie potrzeby mieć pod ręką sensowne porady. Elizabeth Gilbert paradoksalnie nie stara się zdobyć szerokiego grona czytelników – ale sposób, w który prezentuje swoje doświadczenia, zapewni jej uznanie i poczytność. Proponuje książkę, która znacznie bardziej inspiruje do pracy nad sobą niż większość poradników kreatywnych – i warto to docenić. Ten tom zdecydowanie wyróżnia się na rynku, chociaż niekoniecznie przyciągnie część odbiorców tytułem i okładką – tym bardziej warto o nim mówić i przekazywać kolejnym czytelnikom. Elizabeth Gilbert jest jedną z nielicznych autorek, którym udaje się uogólnić wiedzę na temat kreatywności w zwyczajnym życiu. Siłą tej publikacji jest możliwość dotarcia do wielu grup czytelników – skorzystają na niej wszyscy przedstawiciele zawodów artystycznych i tych, którzy sztukę traktują hobbystycznie, ale też zwyczajni zjadacze chleba, którzy po prostu czują, że utknęli w sytuacji bez wyjścia i potrzebują zmian, żeby przetrwać. Elizabeth Gilbert zamienia się w bardzo sensowną przewodniczkę po świecie, w którym trzeba działać, żeby istnieć – przypomina o tym odbiorcom i na różne sposoby motywuje ich do pracy nad sobą. A to tylko może zaprocentować.
Inspiracja
Gdyby Elizabeth Gilbert miała w jednym zdaniu i bez większych zahamowani streścić swoją książkę, zapewne padłyby słowa „rusz tyłek”. I byłoby to nadzwyczaj trafne streszczenie. „Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie” to bowiem publikacja trochę autobiograficzna, mocno motywacyjna, a trochę poradnikowa – dla tych, którzy utknęli w miejscu i chcieliby coś w swoim życiu zmienić, ale – jak to zwykle bywa po ugrzęźnięciu w marazmie – nie mają pojęcia ani siły, żeby to zrobić. Wprawdzie autorka odwołuje się bardzo często do zadań kreatywnych, a z racji swojego zawodu najwięcej ma do powiedzenia w temacie pisania, ale porady uogólnia tak, że skorzysta z tej książki absolutnie każdy, kto poczuł zniechęcenie w swoim życiu.
Cechą charakterystyczną tej książki jest rezygnacja z tonu poradników kioskowych i postawienie na osobistą narrację, z której odbiorcy mogą sobie wyciągać wnioski – potrzebne w danym momencie. Elizabeth Gilbert opowiada po prostu o sobie i o swoim procesie twórczym, o pracy na sukces i o działaniach, które doprowadziły ją do konkretnego miejsca w życiu. Żeby przekonać do siebie czytelników, tworzy ideę „wielkiej magii” – nadprzyrodzonej siły, którą da się poczuć w reakcjach organizmu i która pokazuje, że trafiło się na dobrą drogę – ale równie dobrze można pominąć te wyznania i zatrzymać się na konkretach, których tu nie brakuje. Wystarczy je wyłuskać z relacji i wyznań. Elizabeth Gilbert nie zmusza do ciężkiej pracy, ale pokazuje między innymi jak znaleźć coś dla siebie, jak się nie poddać, kiedy coś nie wychodzi, skąd wiadomo, że wybrało się dla siebie odpowiedni kierunek i co robić w chwili kryzysu. Nie odwołuje się do blokad twórczych ani do marazmu – ale wie, że to będzie się odbiorcom bez względu na umiejętności przytrafiać – i dlatego, służąc własnym przykładem, podpowiada, co najlepiej zrobić w takiej sytuacji. A że stawia na bardzo krótkie i treściwe – a przy tym ciekawe literacko – rozdziały, nie będą się tu odbiorcy nudzić podczas lektury. Warto tę książkę czytać i robić sobie notatki albo przynajmniej zaznaczać odpowiednie fragmenty, żeby w razie potrzeby mieć pod ręką sensowne porady. Elizabeth Gilbert paradoksalnie nie stara się zdobyć szerokiego grona czytelników – ale sposób, w który prezentuje swoje doświadczenia, zapewni jej uznanie i poczytność. Proponuje książkę, która znacznie bardziej inspiruje do pracy nad sobą niż większość poradników kreatywnych – i warto to docenić. Ten tom zdecydowanie wyróżnia się na rynku, chociaż niekoniecznie przyciągnie część odbiorców tytułem i okładką – tym bardziej warto o nim mówić i przekazywać kolejnym czytelnikom. Elizabeth Gilbert jest jedną z nielicznych autorek, którym udaje się uogólnić wiedzę na temat kreatywności w zwyczajnym życiu. Siłą tej publikacji jest możliwość dotarcia do wielu grup czytelników – skorzystają na niej wszyscy przedstawiciele zawodów artystycznych i tych, którzy sztukę traktują hobbystycznie, ale też zwyczajni zjadacze chleba, którzy po prostu czują, że utknęli w sytuacji bez wyjścia i potrzebują zmian, żeby przetrwać. Elizabeth Gilbert zamienia się w bardzo sensowną przewodniczkę po świecie, w którym trzeba działać, żeby istnieć – przypomina o tym odbiorcom i na różne sposoby motywuje ich do pracy nad sobą. A to tylko może zaprocentować.
ogłoszenie
Bajki, które wrzucam od 2012 roku na profil www.facebook.com/bajki.iza.mikrut powoli doczekują się przypominania, tym razem w formie audiobooków - odwiedzajcie i mówcie o tym znajomym, bo wszystko absolutnie za darmo: https://www.youtube.com/watch?v=uLw4P9H3UgU&t
A dzisiaj dodatkowo czternasty odcinek Mrówkacastu, czyli podkastu o tym, co czytać, kiedy nie ma co czytać: https://www.youtube.com/watch?v=yN3OOeRl9uc&t
Zapraszam!
A dzisiaj dodatkowo czternasty odcinek Mrówkacastu, czyli podkastu o tym, co czytać, kiedy nie ma co czytać: https://www.youtube.com/watch?v=yN3OOeRl9uc&t
Zapraszam!
sobota, 17 stycznia 2026
Jørn Lier Horst: Operacja Biały Orzeł
Media Rodzina, Poznań 2025.
Śledztwo
Tiril i Oliver są zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Mali detektywi z Biura Detektywistycznego numer 2 spieszą z pomocą wszystkim pokrzywdzonym, a czasami, jak w tym wypadku, rozwiązują zagadki sprzed lat. Okazja jest doskonała: dziadek pomaga swojej dawnej partnerce, właścicielce pensjonatu Górskie Zbocze, w ozdabianiu miejsca na święta. Wszyscy mogą przy tym dowiedzieć się o zaginionym przed dekadą klejnocie – biały orzeł, piękna ozdoba – zniknął bez śladu i nie ma szans na jego odnalezienie. Chyba że w śledztwo zaangażują się wyjątkowo przenikliwi mali detektywi. Warto tu zaznaczyć, że fabuła tym razem jest drugorzędna, bo to podseria, gadżetowy dodatek do właściwych narracji z Tiril i Oliverem – książka z wieloma zagadkami dla odbiorców. Za każdym razem – na każdej rozkładówce – narracja pełni rolę polecenia dla maluchów. Owszem, akcja jakoś się rozwija, ale nie ma większego znaczenia, składa się głównie z poszukiwań konkretnych przedmiotów. A ponieważ Jorn Lier Horst tylko część opowieści bierze na siebie, drugą dodaje Hans Jorgen Sandnes w ilustracjach – to właśnie na rysunkach odbiorcy będą poszukiwali rozwiązań. „Operacja Biały Orzeł” to picture book z zagadkami. Każda rozkładówka zawiera krótki tekst i duży rysunek – na tym rysunku dzieci będą poszukiwać odpowiedzi (gdyby ktoś nie wyłapał z narracji, co trzeba zrobić, odpowiednie pytania pojawiają się w skrótowej wersji na marginesie). Kto znajdzie wszystkie potrzebne przedmioty albo wskaże ten potrzebny do dalszej części śledztwa, może przejść na kolejną stronę. Kto sobie z wyzwaniem nie poradzi (bo bywają i bardziej skomplikowane wyszukiwanki), ten też może zajrzeć na kolejną rozkładówkę – bo tam, na miniaturce i już poza narracjami, znajduje się obrazek z zaznaczonymi miejscami, na które trzeba było zwrócić uwagę. To wskazówka subtelna i podpowiedź, ale też szansa na sprawdzanie własnych postępów przez dziecko.
Ale nie da się przechytrzyć autora i zrezygnować z lektury – tekst jest potrzebny choćby po to, żeby zrozumieć, dlaczego należy podjąć wysiłek umysłowy i razem z małymi detektywami przeszukiwać pensjonat. Zadania i łamigłówki logiczne zostały tu bardzo sprawnie wtopione w historię i pozwalają na relaks oraz rozrywkę w jednym. Dzieci, które lubią czytać książki detektywistyczne, tym razem mogą o wiele bardziej zaangażować się w akcję i cieszyć się z udanych odkryć. Przy okazji poćwiczą wyobraźnię i sztukę logicznego myślenia, spostrzegawczość i detektywistyczne kompetencje. Jeśli potrzebują wyzwań, tu znajdą ich w nadmiarze – a jeśli wciąż będzie im mało, wiedzą, jakiej podserii szukać.
„Operacja Biały Orzeł” to kontynuacja sprawdzonego pomysłu, gwarancja pracy pod pozorami dobrej zabawy – każdy, kto chce zamienić się w detektywa, będzie nad tym tomikiem spędzać sporo czasu. A przy okazji Horst zapewnia sobie reklamę właściwej serii o bohaterach z Biura Detektywistycznego numer 2.
Śledztwo
Tiril i Oliver są zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Mali detektywi z Biura Detektywistycznego numer 2 spieszą z pomocą wszystkim pokrzywdzonym, a czasami, jak w tym wypadku, rozwiązują zagadki sprzed lat. Okazja jest doskonała: dziadek pomaga swojej dawnej partnerce, właścicielce pensjonatu Górskie Zbocze, w ozdabianiu miejsca na święta. Wszyscy mogą przy tym dowiedzieć się o zaginionym przed dekadą klejnocie – biały orzeł, piękna ozdoba – zniknął bez śladu i nie ma szans na jego odnalezienie. Chyba że w śledztwo zaangażują się wyjątkowo przenikliwi mali detektywi. Warto tu zaznaczyć, że fabuła tym razem jest drugorzędna, bo to podseria, gadżetowy dodatek do właściwych narracji z Tiril i Oliverem – książka z wieloma zagadkami dla odbiorców. Za każdym razem – na każdej rozkładówce – narracja pełni rolę polecenia dla maluchów. Owszem, akcja jakoś się rozwija, ale nie ma większego znaczenia, składa się głównie z poszukiwań konkretnych przedmiotów. A ponieważ Jorn Lier Horst tylko część opowieści bierze na siebie, drugą dodaje Hans Jorgen Sandnes w ilustracjach – to właśnie na rysunkach odbiorcy będą poszukiwali rozwiązań. „Operacja Biały Orzeł” to picture book z zagadkami. Każda rozkładówka zawiera krótki tekst i duży rysunek – na tym rysunku dzieci będą poszukiwać odpowiedzi (gdyby ktoś nie wyłapał z narracji, co trzeba zrobić, odpowiednie pytania pojawiają się w skrótowej wersji na marginesie). Kto znajdzie wszystkie potrzebne przedmioty albo wskaże ten potrzebny do dalszej części śledztwa, może przejść na kolejną stronę. Kto sobie z wyzwaniem nie poradzi (bo bywają i bardziej skomplikowane wyszukiwanki), ten też może zajrzeć na kolejną rozkładówkę – bo tam, na miniaturce i już poza narracjami, znajduje się obrazek z zaznaczonymi miejscami, na które trzeba było zwrócić uwagę. To wskazówka subtelna i podpowiedź, ale też szansa na sprawdzanie własnych postępów przez dziecko.
Ale nie da się przechytrzyć autora i zrezygnować z lektury – tekst jest potrzebny choćby po to, żeby zrozumieć, dlaczego należy podjąć wysiłek umysłowy i razem z małymi detektywami przeszukiwać pensjonat. Zadania i łamigłówki logiczne zostały tu bardzo sprawnie wtopione w historię i pozwalają na relaks oraz rozrywkę w jednym. Dzieci, które lubią czytać książki detektywistyczne, tym razem mogą o wiele bardziej zaangażować się w akcję i cieszyć się z udanych odkryć. Przy okazji poćwiczą wyobraźnię i sztukę logicznego myślenia, spostrzegawczość i detektywistyczne kompetencje. Jeśli potrzebują wyzwań, tu znajdą ich w nadmiarze – a jeśli wciąż będzie im mało, wiedzą, jakiej podserii szukać.
„Operacja Biały Orzeł” to kontynuacja sprawdzonego pomysłu, gwarancja pracy pod pozorami dobrej zabawy – każdy, kto chce zamienić się w detektywa, będzie nad tym tomikiem spędzać sporo czasu. A przy okazji Horst zapewnia sobie reklamę właściwej serii o bohaterach z Biura Detektywistycznego numer 2.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






