* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 1 kwietnia 2026

Johan Klungel: Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem

Harperkids, Warszawa 2026.

Superbohaterowie

Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.

Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.

wtorek, 31 marca 2026

Anna Arno: Do pana kieruję moje milczenie

Znak, Kraków 2026.

Spotkania

Dla Anny Arno świat jest pełen słów. Te słowa mogą budować atmosferę i kontekst wydarzeń oraz niewydarzeń. Mogą stanowić wystarczający powód dla sięgnięcia do historii i opowiadania jej z innej perspektywy, dociekliwie, trochę plotkarsko, ale przede wszystkim – z zestawem pytań, na które nie znajdzie się odpowiedzi. „Do pana kieruję moje milczenie” to tom esejów poświęconych wielkim nazwiskom – i sytuacjom, które nie zostały dostatecznie wyeksponowane czy przeanalizowane, a czasami – które w ogóle nie zaistniały. Anna Arno przeprowadza czytelników przez gąszcz zbiegów okoliczności, wydarzeń nieoczywistych lub boleśnie dosłownych, uniemożliwia rozszyfrowywanie prawdy w obliczu potencjału literackiego i historycznoliterackiego. Zajmuje się przeglądaniem życiorysów przez lupę – tylko po to, żeby wyłuskiwać z nich to, co niedopowiedziane – i żeby sugerować czytelnikom alternatywną wersję narracji. Nieważne, czy bazującej wyłącznie na faktach, czy karmiącej się domysłami i nieistniejącymi dowodami. Liczy się siła rażenia kolejnych indywidualnych historii, sieć powiązań, która mówi wiele o wszystkich połączonych nią bohaterach – a jednocześnie nie mówi nic, bo każdy z tych bohaterów ma swoją własną opowieść, snuje relację w oderwaniu od tego, co chce widzieć Anna Arno. „Do pana kieruję moje milczenie” to książka, w której drobiazgowe analizy przeplatają się z poetyckim sposobem patrzenia na rzeczywistość oraz nierzeczywistość. Anna Arno z drobiazgów tworzy całe sceny, buduje historie spotkań i relacji, znajomości i nieznajomości – a wszystko po to, żeby uwieść czytelników, żeby wprowadzić ich w grę, która nie ma jednego rozwiązania i która wymusza skupienie oraz wyczulenie na prawdę. Kolejne scenki równie wiele mówią o ich historycznych bohaterach, co o samej autorce, dla której konkretne wydarzenia przybierają dużą rangę. Ten tom nie ma na celu uzupełniania biografii czy dziejopisarstwa – on jest po to, żeby odbiorcy mogli poczęstować się samymi historiami, gęstymi od znaczeń i przypadków. Sama autorka może dzięki temu dzielić się poglądami i podejściem do spraw uniwersalnych, wykorzystuje istniejących kiedyś ludzi do tworzenia literackich obrazków, nie zawsze zdradzających swoje cele w pierwszym odbiorze. Wszystko jest tutaj ulotne – chociaż i tak bazuje na tym, co rzeczowe i przyziemne. Być może autorka szuka przepisu na historyczne powtórzenia i inspiracje, być może zależy jej na zaszczepieniu czytelnikom w świadomości sieci powiązań, od której naprawdę dużo zależy – ale nie będzie tu żadnych jednoznacznych wyjaśnień ani podpowiedzi. Będą twórcy (i nie tylko), obserwowani z dystansu, zamienieni w obiekty analiz i ocen. Będą ludzie w chwilach kryzysów i przełomów, w chwilach, w których mogą udowodnić swoją wrażliwość i system wartości i w chwilach, które zmuszą ich do weryfikowania postaw. „Do pana kieruję moje milczenie” to zapiski wrażeń i trudnych zachwytów, próby zaakcentowania tego, co nieważne w perspektywie czasu, za to niezwykle istotne w jednym momencie. Anna Arno chce pytań, niepokojów i testowania znajomości. W końcu to ona podważa istotę międzyludzkich więzi - w mikroskali.

poniedziałek, 30 marca 2026

Rafał Witek: Doktor Ola

Harperkids, Warszawa 2026.

Ciężka praca

Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie pojawiło się urozmaicenie – Czytam sobie sylabami – w narracji poszczególne zgłoski są zaznaczane kontrastującymi kolorami, tak, żeby dzieciom łatwiej było ewentualnie objąć wzrokiem i czytać mniejsze zbitki literowe – i żeby łatwiej przyzwyczaiły się do dzielenia wyrazów na sylaby, zresztą na różne sposoby można ten motyw wykorzystywać, w zależności od potrzeb. Książeczka „Doktor Ola” przygotowana przez Rafała Witka i z ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełło to publikacja szczególnie trafiająca w gust najmłodszych. Autor proponuje tu bowiem opowieść o zabawie, która zamienia się w wielką pracę – przynajmniej dopóki odbiorcy nie mają pojęcia, że bohaterka jest tak naprawdę jedną z nich, małą dziewczynką, która musi jakoś wypełnić czas.

Doktor Ola ma mnóstwo do zrobienia. Przychodzą do niej rozmaici pacjenci, od tych zwyczajnych i ludzkich – Janek spadł z roweru i nabił sobie guza – po groźne drapieżniki (pomocy potrzebuje na przykład tygrys, o czym informuje zaniepokojona zebra). Ani na moment bohaterka nie może się zatrzymać, nie teraz, skoro tyle stworzeń wokół cierpi, a dla wszystkich trzeba mieć lekarstwo i dobre słowo. Doktor Ola pracuje zatem uważnie i szybko, rozwiązuje niekończące się problemy i przy okazji podpowiada dzieciom chcącym iść w jej ślady, jakie możliwości mają.

Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie dzieci nie dostaną wyrazów z dwuznakami czy ze zmiękczeniami, co oznacza dla autorów karkołomne czasami wyszukiwanie synonimów nieznanych odbiorcom tylko po to, żeby utrzymać się w ryzach cyklu. Stąd też obecność wyrazów znacznie dłuższych niż te standardowo kojarzone z czytankami dla najmłodszych, a czasami – dziwne nieco zastępniki. W tym wypadku telefon „drynda” (nie może dzwonić, przez zakazany dwuznak, a przecież wydawałoby się to bardziej na miejscu, nawet jeśli dzieci jeszcze nie wiedzą, jak czyta się dwuznaki – poznałyby całe słowo i skojarzyły z tym, co słyszą na co dzień), a na pigułki w gabinecie jest gablota a nie szafka czy szuflada. Będzie tu dużo balsamów (bo nie można przepisać maści) czy eukaliptus – ale to już mniejsze wyzwania niż zderzanie dzieci z synonimami, które nie wydają im się oczywiste. Liczy się dynamika i dobra zabawa bohaterki, a co za tym idzie – także odbiorców. Doktor Ola nie ma czasu na nudę i przekonuje do swoich rozrywek czytelników. Każdy, kto śledzi tekstowe wyjaśnienia, może odpocząć przy obrazkach – Ewa Poklewska-Koziełło proponuje tu dynamiczne scenki, które uwiarygodniają przeżycia Oli i jej pacjentów. Jest to książeczka, która zachęca do czytania zwłaszcza te dzieci, które same bawią się we właścicieli gabinetów lekarskich – nawiązanie do standardowej zabawy najmłodszych sprawdzi się jako lekturowy wabik.

niedziela, 29 marca 2026

Nazywam dźwięki. Na wsi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Hałasy

Kolejny tomik – malutki i kartonowy – ma zaangażować najmłodszych i przekonać ich do uważnego wsłuchiwania się w otoczenie oraz naśladowania dźwięków. Takie zadanie pozwoli nie tylko rozwijać umiejętność mówienia, ale też ucieszy najmłodszych. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to kwadratowa książeczka – o wielu stronach. Tym razem jednak poza onomatopejami pojawią się jeszcze inne zagadki, zaskakujące małych odbiorców. Sprawdzony system powtarza się i tutaj: na jednej części rozkładówki pojawia się pytanie, jak robi wybrane zwierzę albo przedmiot. Druga część rozkładówki to miejsce na obrazek – Adam Święcki dba o to, żeby ilustracje przykuwały wzrok i były atrakcyjne dla najmłodszych, a jednocześnie żeby nastrajały ich pozytywnie do korzystania z książki. Obok konkretnego przedmiotu czy zwierzęcia mamy tekstowy odpowiednik wydawanego przez bohatera dźwięku. To oznacza, że jeśli dzieci od razu nie skojarzą, kogo lub czego dotyczy pytanie, mogą zorientować się dzięki obrazkom, o co chodzi – i być może odpowiedzieć na zadane pytanie jeszcze przed rodzicami.

Cały tomik bazuje na zabawie, która często pojawia się podczas wspólnego czytania i ogólniej – poznawania świata przez najmłodszych. Rodzice maluchów, które dopiero zaczynają mówić, często wykorzystują system pytań i odpowiedzi onomatopeicznych, żeby zachęcić najmłodszych do wysiłku i do budowania skojarzeń, także tych dźwiękowych. Rodzice zwykle zadają pytania, dzieci udzielają odpowiedzi – nic więcej nie potrzeba, żeby miło spędzać razem czas. I z tego założenia wychodzą twórcy tej książeczki, po prostu wstrzeliwując się w standardową i wszystkim znaną zabawę. Mamy w tej części zwierzęta ze wsi – krowy, kozy, owce, świnki, pisklęta – ale zdarzy się też dzięcioł, zając czy żaba. Dodatkowo – traktor i kosiarka czy grabie. Dzieci mogą być zaskoczone pytaniem, jak robi jabłko, albo co robią one same, kiedy ugryzie je komar – na szczęście nie trzeba się zbyt długo zastanawiać, bo odpowiedź pojawia się błyskawicznie. Do tomiku zawitały też dwie bohaterki, które niekoniecznie wydają dźwięki, ale z czymś się kojarzą i z pewnością nie zostaną przez dzieci pominięte.

Kolorowe obrazki i przyjemne dla oka barwne tła, bohaterowie, którzy wywołują uśmiech, proste zagadki, które wymuszają interaktywność w odbiorze – i przekonają dzieci, że czytanie to duża przyjemność i sporo zabawy z najbliższymi. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to drugi tomik w udanej i bardzo sensownej serii dla najmłodszych dzieci – przygotowanie na rozpoznawanie świata i materiał do wspólnej zabawy. Przy takim tomiku aż chce się działać – wsłuchiwać się w otoczenie i następnie powtarzać wydawane przez poszczególne jego elementy dźwięki. To sporo uciechy i jednocześnie sposób na uczenie dziecka sztuki mówienia. I chociaż w tę grę można grać zawsze i bez materiałów, to z publikacją rodzice nie będą musieli się wysilać i myśleć o kolejnych pytaniach.

Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram

Harperkids, Warszawa 2026.

Łamigłówki na nowo

Duży zeszyt ze sztywnymi i śliskimi kartkami to zapowiedź kolejnej zabawy związanej z kreatywnymi działaniami najmłodszych, pod szyldem znanych z kreskówek postaci. Tym razem towarzyszyć maluchom będą bohaterki Kociego domku Gabi. Do tomiku został dołączony specjalny marker, pisak z gąbką na czubku – tak, żeby nie trzeba było szukać odpowiednich narzędzi, a można było od razu przystąpić do zabawy, i to zabawy recyklingowej – związanej z możliwością wielokrotnego poprawiania raz podjętych decyzji. „Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram” to kontynuacja sprawdzonej już na rynku serii zeszytów ćwiczeń – nie będzie zatem żadnych zaskoczeń co do treści, liczy się po prostu możliwość powiązania klasycznych łamigłówek z modnymi aktualnie bohaterami. Każda strona to osobne zadanie dla najmłodszych. Zadania czasami wymagają pisania – więc kierowane są do dzieci, które znają litery (albo właśnie próbują je poznać, będą miały motywację do nauki i trenowania umiejętności), często jednak zostały wybrane tak, żeby pozwalały dzieciom ćwiczyć sprawność motoryczną i logiczne myślenie jednocześnie. Pojawi się tu labirynt (żeby pomóc Pandusiowi dotrzeć do Gabi w celu przytulenia się, więc motywacja jest duża), wyszukiwanka czy kocie sudoku, będzie całkiem sporo motywów opartych na testach na inteligencję. Czasami trzeba uzupełnić wzór, innym razem łączyć cienie z właściwymi kształtami. Ale zdarzają się i prawdziwie kreatywne wyzwania, kiedy trzeba będzie coś napisać albo narysować bez wzoru. Żeby odbiorcy mogli sprawdzić swoje odpowiedzi, pojawia się tu klucz – ale będzie on zbędny, skoro można za każdym razem poprawiać swoje odpowiedzi.

Książka jest bardzo kolorowa – nie ma tu zadań w rodzaju pokoloruj obrazek, więc żeby dzieci nie poczuły rozczarowania tym faktem, nie ma w ogóle białych płaszczyzn. Każda rozkładówka to feeria barw, mocnych i nasyconych. Wszystko po to, żeby przyciągnąć do pracy i zaprosić do uzupełniania tomiku – nie dziwi też wtedy wybór pisaka, czarny marker bardzo się przyda, żeby coś zaznaczyć wyraźnie. Książka jest oczywiście reklamą serii Koci domek Gabi, w związku z tym od czasu do czasu na stronach pojawiają się drobne informacje na temat świata bohaterki i jej kotów – tak, żeby przyciągnąć fanów i żeby zapewnić im możliwość przebywania z postaciami znanymi z kreskówki. To zabieg standardowy dla całej serii i nikogo nie będzie zaskakiwał – tu chodzi przecież wyłącznie o zamaskowanie tradycyjnych zabaw przez nawiązania do lubianych bohaterów. Ten tomik jest zatem zapowiedzią miłych chwil, a dla dzieci też szansą na samorozwój. Każdy może wybrać sobie ćwiczenia z ulubionymi bajkowymi motywami – albo po prostu ignorować reklamę cyklu i postawić zwyczajnie na zabawę.

sobota, 28 marca 2026

Anna Mietelska: Królisia Isia tęskni za rodzicami

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Rozstanie

Królisia Isia jest malutka i naiwna, w wielu rzeczach potrzebuje pomocy, wielu rzeczy się boi i stanowi uosobienie tych nieśmiałych jeszcze maluchów, które najchętniej spędzałyby czas w towarzystwie mamy. Tylko że czasami mama musi coś załatwić i nie będzie jej w pobliżu – co wtedy? Isia ma naprawdę wiele wątpliwości i pytań. Dowiaduje się, że spędzi noc u babci i dziadka. Na szczęście może się sama spakować: w końcu to ona najlepiej wie, które zabawki bardzo się przydadzą i bez których nie wolno kłaść się spać. O drobiazgach w rodzaju piżamy przypomni tata. „Królisia Isia tęskni za rodzicami” to żaden dramat: rozstanie obejmuje zaledwie jedną dobę i szybko przedzierzgnie się w radosne powitanie, zwłaszcza że u dziadków nie można się nudzić. Babcia i dziadek mają świetne pomysły na wspólne zabawy i przepłoszą każdy smutek błyskawicznie – a co najważniejsze, od razu dostrzegają, kiedy królisi Isi psuje się humor i interweniują natychmiast, żeby zły nastrój nie rozwinął się w dłuższe przygnębienie i nie przeszkodził w zabawach. Przecież nawet jeśli ktoś tęskni za rodzicami, może przygotować im niespodziankę. Pozostaje jeszcze kwestia układania się do snu. W nowym miejscu wszystko zaskakuje – można się nieźle przestraszyć, ale Isia dowiaduje się dzięki dziadkom, jak wielu strażników ma w pobliżu. Skoro wszyscy – łącznie z gwiazdami na niebie – czuwają nad jej spokojem, może bez problemów iść spać. Rano spotka się z rodzicami – więc nie ma mowy o bezsenności i smutku.

Anna Mietelska rozwija przygody królisi Isi bardzo atrakcyjnie dla młodych odbiorców. Pisze tak, żeby dzieci mogły się utożsamiać z bohaterką, i żeby dorośli sprawdzili, jaki system będzie najlepszy w oswajaniu niepokojów i przekonywaniu do chwilowego rozstania. Klasyczne w duchu opowiadanie – nie picture book, mimo że jest tu mnóstwo ładnych ilustracji w starym stylu – zawiera całe mnóstwo podpowiedzi i wskazówek dla młodszych i starszych. Dzieci zostaną przez królisię Isię przekonane, że nie ma czego się bać, opiekunowie tymczasowi – zobaczą, jak dziadkowie radzą sobie z kryzysami zanim te naprawdę mogą nadejść. Wszyscy dzięki tej lekturze będą zatem usatysfakcjonowani.

„Królisia Isia tęskni za rodzicami” to książeczka, która pomoże przygotować dzieci na nocowanki u bliskich – a nawet je do tego zachęcać (na końcu tomiku pojawia się pytanie do małego odbiorcy, czy ma już taką przygodę na swoim koncie). Królisia nie jest przesadnie przebojowa, nie podejmuje niepotrzebnego ryzyka – i jej postawa może właśnie przekonać dzieci do działania w każdych okolicznościach. Anna Mietelska tworzy historyjki urzekające, proste i wyczulone na potrzeby najmłodszych, a do tego wartościowe i celnie puentowane. Jest to seria, która wygląda jak istniejąca na rynku od dekad – warto podsunąć ją najmłodszym.

piątek, 27 marca 2026

Alice Kellen: Mapa pragnień

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Odwaga

Grace nigdy nie kierowała się własnymi pragnieniami. Przyszła na świat po to, żeby uratować życie siostrze – jej komórki macierzyste miały pomóc w terapii. Niestety, Lucy zmarła młodo, a Grace z jej odejściem straciła nie tylko powierniczkę, ale i cały sens istnienia. Teraz wegetuje w świecie, którego nie stara się zrozumieć. Odrzuciła własne marzenia, nie zrobiła prawa jazdy, sypia z chłopakiem, do którego nic nie czuje i który nie daje szansy na prawdziwy związek. A do tego tęskni – chociaż wie, że czasu nie da się cofnąć. Ale bardzo nieoczekiwanie śmierć Lucy zmienia rozkład sił w rodzinie: znika spoiwo, które cementowało bliskich i teraz każdy może zająć się swoimi sprawami, pod warunkiem, że znajdzie na to siły. Mama na przykład popada w apatię, siedzi przed telewizorem i nie daje się pocieszyć. A dziadek wyjeżdża na pierwsze od dawna wakacje. I tak w codzienności Grace pojawia się gra, „Mapa pragnień”, stworzona dla niej przez Lucy w szpitalu.

Alice Kellen posługuje się tu prostym zabiegiem znanym przede wszystkim ze szkół kreatywnego pisania: wymyśla listę rzeczy, które bohaterka powinna zrobić – i zmusza ją do odhaczania kolejnych punktów. Tu motywacją jest chęć dotarcia do finałowego skarbu – niespodzianki przygotowanej przez Lucy, a także… Will Tucker, chłopak, który realizuje grę i wydziela Grace kolejne zadania, a w niektórych jej towarzyszy. Grace nie ma pojęcia, co ją czeka, może się tylko poddać losowi – i zaufać siostrze, która znała ją jak nikt inny. Sam Will Tucker jest człowiekiem tajemniczym: mieszka w przyczepie kempingowej, a wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w niej, wozi na tylnym siedzeniu samochodu. „Mapa pragnień” to książka young adult, stworzona po to, żeby opowiedzieć czytelnikom historię miłosną skrywającą Bildungsroman. Grace musi dojrzeć do dorosłości, musi się przekonać, że da sobie radę w życiu, znaleźć w sobie ochotę do snucia marzeń i osłabić lęk przed rzeczywistością. Musi też zrealizować te obowiązkowe punkty życiorysu, które porzuciła za sprawą choroby siostry – Lucy wie doskonale, na czym polegały kolejne wyrzeczenia – i teraz kieruje Grace w odpowiednią stronę. Ale sam Will też ma w swojej przeszłości sporo mroku – i żeby móc budować trwały związek, powinien się uporać z własnymi demonami. Na razie nie sprawia wrażenia, jakby takiej terapii potrzebował – a jednak nie będzie prawdziwym wsparciem, dopóki nie pozamyka pewnych spraw i nie dowie się, czego właściwie sam pragnie. Alice Kellen opowiada czytelnikom o tym, że warto żyć w zgodzie ze sobą - i że czasami trzeba porzucić wygodne życie, żeby dowiedzieć się czegoś na swój temat. Tylko praca nad własnym charakterem i nad przyszłością może przynieść konkretne i oczekiwane efekty – i tylko duży wysiłek zamieni się kiedyś w nagrodę. „Mapa pragnień” to książka, w której narracja długo prowadzona jest przez Grace, Will wkracza wtedy, kiedy trzeba poznać jego historię. Ta opowieść płynie zgodnie z oczekiwaniami, ale przynosi odbiorcom ważne prawdy.

czwartek, 26 marca 2026

Choi Eunyung: Przebudzona

Kropka, Warszawa 2026.

Zdrowie

Jest to książka wstrząsająca i to nie tylko dla dzieci. Co więcej: może zrobić ogromne wrażenie na dorosłych, bo Choi Eunyung stawia tu filozoficzne pytanie bazujące na społecznym lęku. „Przebudzona” to krótka i bardzo trafna powieść o samostanowieniu i o świecie z przyszłości. Bohaterka to Ihyon. Dziewczynka, która cierpi na przedziwną przypadłość, nieznaną medycynie. Czuje w głowie uderzenia gorąca i nie da się im zapobiec – cierpieniu nie można ulżyć, a żaden lekarz nie ma pomysłu, co to za choroba. Nawet ojciec dziewczynki – szanowany profesor medycyny – nie ma pojęcia, co zrobić. Istnieje tylko jedno, chociaż bardzo ryzykowne, wyjście. Można zahibernować dziecko i wybudzić je dopiero wtedy, kiedy uda się taki przypadek wyleczyć. O tym wszystkim Ihyon właściwie nie wie: orientuje się tylko, że przebywała w jakiejś dziwnej cieczy, że odzyskuje przytomność w szpitalu i że wszyscy naokoło dziwnie się zachowują. Mama i tata zabierają ją do domu, do siostry bliźniaczki (Ihyon nie pamięta, żeby miała siostrę bliźniaczkę, ale wszyscy mówią jej, że to problemy z pamięcią po zabiegu). Tylko że nic się nie zgadza: ludzie nie używają już telefonów komórkowych, dzieci mają roboty do nauki, a świat jest bardzo zanieczyszczony i trzeba specjalnych mechanizmów, żeby w ogóle móc na nim funkcjonować. Stopniowo Ihyon dowiaduje się, kim są jej bliscy i co się stało – i wtedy zaczyna zadawać bardzo niewygodne pytania. „Przebudzona” to powieść o poszukiwaniu przepisu na nieśmiertelność i o granicach ingerencji w zdrowie i tożsamość drugiego człowieka, choćby i najbardziej kochanego. Ihyon nie dostrzega plusów swojej sytuacji: pozbycie się uczucia płomieni w głowie to coś, za co zapłaciła zbyt wysoką cenę – zwłaszcza że to nie ona podjęła decyzję o tym, żeby żyć dalej i przeżyć dzieciństwo trzy dekady później, w zupełnie nowym otoczeniu. Dziewczynka jest samotna – a jej jedyne możliwe wsparcie, siostra bliźniaczka Iso, wydaje się dość poirytowana towarzystwem. Nic dziwnego, ona również musiała wyrzec się własnego szczęścia, żeby nie zaszokować Ihyon.

Choi Eunyung pisze książkę, która łamie panujące dzisiaj w literaturze czwartej reguły. Pokazuje dzieciom świat, w którym najmłodsi nie są specjalnie chronieni – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wprawdzie przenosi akcję do przyszłości, tak, żeby oddalić od czytelników potencjalny strach przed podobnymi doświadczeniami, jednak brak możliwości obrony jest uniwersalny i niezależny od roku. W dodatku odnosi się do bardzo trudnych kwestii – tu bohaterowie rozważają, czy warto przedłużać sobie życie, dawać się zahibernować i zostać wybudzonym po wielu latach, czy lepiej jest cieszyć się każdym dniem i nie skazywać na rzeczywistość bez najbliższych. Sporo pytań pojawi się po lekturze – i to nie tylko dzieciom. Jest Choi Eunyung wizjonerką, ale jest też w tej powieści nauczycielką etyki, uświadamia czytelnikom, co w życiu jest naprawdę ważne – i pokazuje, że nie każde marzenie trzeba za wszelką cenę spełniać. Nie jest to powieść wygodna, za to jest niezwykle ważna, przejmująca i wstrząsająca. Do tego stopnia, że z kanonu literatury dla dzieci powinna wyjść do świadomości powszechnej.

środa, 25 marca 2026

Overthinking. Jak radzić sobie z nadmiernym myśleniem. Inteligencja emocjonalna

Onepress, Gliwice 2026.

Pułapki

Przesadne rozpamiętywanie minionych wydarzeń lub najbardziej stresujących sytuacji nie służy samorozwojowi ani zdrowiu psychicznemu, istnieje więc już cały szereg ćwiczeń, które pozwalają wyjść z pułapki nadmiernego myślenia i przywrócić normalność. Malutka książka spod szyldu „Harvard Business Review” ma uświadamiać czytelnikom, że stresory spotykać będą w pracy (zwłaszcza w pracy w korporacji) na każdym kroku, ale nie powinno to być hamulcem w ich działaniach. „Overthinking. Jak radzić sobie z nadmiernym myśleniem” to kolejna bardzo udana publikacja, która zyska wielu zwolenników z racji skondensowania i niewielkich rozmiarów. Zamiast rozbudowanych psychologicznych analiz autorzy skupiają się bowiem na dostarczaniu odbiorcom – pierwotnie czytelnikom czasopism – esencję wiadomości i pozwalają zmierzyć się z problemami dzięki konkretnym zadaniom. Tym razem odbiorcy mają do czynienia z artykułami publikowanymi na stronie miesięcznika – albo z opracowaniami na podstawie tych artykułów. Kolejni autorzy przyglądają się najbardziej popularnym schematom związanym z nadmiernym myśleniem i podsuwają gotowe, sprawdzone rozwiązania, które wystarczy wcielić w życie, żeby móc poprawić jakość codziennej pracy. Łączą overthinking najczęściej ze stresem – tłumaczą, jaką przeszkodą w wykonywaniu obowiązków może być perfekcjonizm, pokazują, kiedy overthinking blokuje działania, zajmują się także kwestią podejmowania decyzji i jej następstw. I to może być dla czytelników przełomowe odkrycie: nie liczy się bowiem sam moment podejmowania decyzji, a to, co zrobi się później z jej konsekwencjami – co oznacza, że nie warto zwlekać czy rozważać w nieskończoność potencjalnych scenariuszy, a wybrać jeden z nich i sprawić, żeby wszystko poszło jak najlepiej. Sporo tu oczywistości (zamartwianie się dawnymi błędami do niczego nie doprowadzi), trochę powiązań między przeszłością i przyszłością – tak, żeby odbiorcy zauważyli, że dawne porażki to nie wszystko i naprawdę nie ma sensu poświęcać im zbyt dużo uwagi. Oczywiście nie jest łatwo zrezygnować z niszczących nawyków i wyzwolić się ze schematów, dlatego w tych artykułach nacisk kładzie się na uświadomienie odbiorcom sytuacji, w jakiej się znaleźli – i podsunięcie zestawu mechanizmów obronnych. Każdy, kto zaakceptuje przedstawioną strategię, będzie musiał wykonać pracę nad sobą – ale zyska podstawy i przekonanie, że warto podjąć wysiłek, żeby polepszyć pracę. Rozdziały w tym niewielkim tomie to powiedzenie tego, co najważniejsze, bez ozdobników i retoryki, liczy się skuteczność i tempo działań, a nie literackość – łatwo przyswaja się te teksty także dlatego, że napisane są niemal jak wystąpienia motywacyjne dla czytelników, prosto i rzeczowo. Wszyscy ci, którzy nie mają ochoty przedzierać się przez rozdmuchane poradniki z zakresu samorozwoju, tu zyskają wiedzę w pigułce – podpowiedź w sam raz do błyskawicznego zastosowania. „Overthinking” to książka, która odpowiada na charakterystyczny społeczny problem – ale nastawiona jest na życie zawodowe i na poprawianie produktywności.

wtorek, 24 marca 2026

Lena Anlauf, Vitali Konstantinov: Genialne nosy. Osobliwy atlas zwierząt

Ezop, Warszawa 2026.

Talenty

„Genialne nosy. Osobliwy atlas zwierząt” to tytuł, który przyciągnie uwagę. Zwłaszcza że kiedy myśli się o nosach – nawet tych zwierzęcych – to najczęściej przychodzi na myśl jedynie wąchanie, niezbyt malownicza czynność, która na pewno nie nadaje się do tego, żeby zapełnić nią całą książkę. Tymczasem Lena Anlauf i Vitali Konstantinov sięgają do co ciekawszych gatunków zwierząt, żeby przyjrzeć się ich umiejętnościom i nietypowemu wyglądowi i dzięki temu zapewnić nie tylko dzieciom bardzo atrakcyjną lekturę. Cały tomik utrzymany jest w konwencji picture booka edukacyjnego, co oznacza, że będzie tu co oglądać, ale obrazki niosą w sobie ważne treści i pozwalają lepiej poznać egzotyczne gatunki. Do ilustracji dodane zostały – akapitowe przeważnie – komentarze, dzięki którym mali odbiorcy nie tylko poznają część odkryć oraz niespodzianek ze świata przyrody, ale też zapamiętają co bardziej fantazyjne rozwiązania w zakresie nosów.

Autorzy dzielą swoich bohaterów na kilka kategorii – są tu zwierzęta fruwające i przebywające w wodzie, te, które najchętniej siedzą pod ziemią, te, które wiszą na drzewach i te, które żyją na ziemi. Dla dociekliwych lub mniej skoncentrowanych – pojawi się tu jeszcze słowniczek, dzięki któremu szybko da się rozszyfrować co bardziej fachowe pojęcia. Zwierzęta prezentowane są według charakterystycznego i bardzo wygodnego w lekturze schematu: najpierw mamy do czynienia z wielkoformatowym rysunkiem przedstawiającym bohatera, z nazwą i przedstawicielami danego rodzaju. Na drugiej stronie widnieją już mniejsze obrazki pokazujące bohatera w akcji, podczas jedzenia, kopania, walki, wydalania, ucieczki, a czasem – chociaż bardzo rzadko – podczas współpracy z ludźmi. To jest też miejsce na obrazkowe dopowiedzenia ciekawostek i porównania. Teksty zostały podzielone na drobne i rzeczowe akapity i porozmieszczane tak, by zasugerować dzieciom istnienie bardzo małych ich porcji – w sam raz na jednorazową lekturę. Szybkie przeczytanie pozwoli przejść do kolejnej ciekawostki, wydzielonej graficznie, wyodrębnionej od pozostałych treści – dzieci nie muszą się zatem mierzyć ze znienawidzonymi blokami tekstów, a mogą zaspokajać ciekawość i podążać tropami autorów według własnego uznania i zainteresowań. Taki system nie jest niczym nowym, bazuje na nim większość picture booków edukacyjnych – warto jednak podkreślać jego znaczenie, bo ułatwia korzystanie z książki także tym dzieciom, które niespecjalnie pasjonują się czytaniem, a powinny ćwiczyć swoje umiejętności w tej dziedzinie. Podzielenie tekstu na drobne porcje sprzyja też zapamiętywaniu przedstawianych treści. Warto tu zaznaczyć, że wybrane zwierzęta są na tyle dziwaczne i egzotyczne, że z rzadka dzieci będą mogły je samodzielnie rozpoznać (tak stanie się przy słoniu i przy koali, a także przy świni. Ale już suhaki, mirungi czy dikdiki dla maluchów będą całkiem pasjonującym odkryciem – i przypomną, ile zwierząt jeszcze czeka na pojawienie się w historiach dla najmłodszych. Jest to tomik bardzo udany, starannie opracowany i zestawiający ciekawostki, które faktycznie spodobają się najmłodszym odbiorcom – można zatem mieć pewność, że dziecko nie odłoży lektury zbyt szybko, a zechce wkraczać w świat zwierząt.

poniedziałek, 23 marca 2026

Tomasz Jastrun: Rok Szczura

Czytelnik, Warszawa 2026.

Dziennik z przeżycia

Takich dzienników już się dzisiaj nie pisze. A ten też nie powstał dzisiaj, a dekadę temu. Tomasz Jastrun w „Roku Szczura” dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem dotyczącym depresji i nieudanej próby samobójczej, a później – metod na powrót do normalności. Niewielki w gruncie rzeczy tom jest wstrząsającym studium bezradności i najtrudniejszych chwil. Jastrun opowiada o chorobie i związanych z nią zmaganiach z rzeczywistością od środka, z pełną szczerością i bez upiększeń. Prowadzi dziennik, którego nie cenzuruje. Pisze książki i spotyka się z odbiorcami, dzieli się swoimi przemyśleniami na temat depresji jako takiej, ale w tej publikacji przedstawia własne odczucia przetykane codziennością. Tomasz Jastrun – wzorem wielkich literatów z minionych epok – rejestruje odwiedziny ważnych gości, sprawdza, co dzieje się w kraju (szczególną irytację wywołują w nim prawicowe rządy), pisze o telefonach od znajomych i o pomysłach dzieci, a także o książce, którą przygotowuje (bez nadziei na dofinansowanie po tym, jak zmienia się dyrektor jednej z instytucji kultury). Miesza w dzienniku życie zawodowe, prywatne i uczestnictwo w świecie jako takim. I nad tym wszystkim stopniowo rozsnuwa się widmo depresji, na początku bez autodiagnoz i nazywania problemu. Jastrun daje się owładnąć negatywnym myślom, przestaje czerpać satysfakcję z egzystencji, dziwi się, że udaje mu się oddać na czas zamówione teksty – ale wszystko, co dzieje się wokół, przygniata go coraz bardziej i doprowadza do targnięcia się na własne życie. Autor fabularyzuje własną śmierć, pisze wiersz pożegnalny i łyka tabletki – ale publikacja w mediach społecznościowych nie pozostaje bez echa i znajomym udaje się zdążyć z pomocą. Stąd bierze się środkowa część książki, o pobycie w szpitalu. Tu Tomasz Jastrun zastanawia się nad znaczeniem ratowania samobójców, ale o wiele bardziej interesuje go wszystko, co na zewnątrz niego – stąd ciągłe obserwacje, prezentowanie kolejnych pacjentów przewijających się przez szpitalne korytarze, ich absurdalnych często zachowań i symbolicznych wręcz gestów – wszystko staje się tu tworzywem niemal literackim i odciąga myśli od chęci odejścia ze świata. Nawet jeśli w pobliżu pojawiają się inni odratowani, Jastrun tym razem dąży do wyleczenia się, do opanowania wewnętrznego mroku. Rozumie istotę choroby, wie, że przeplata się ona przez jego drzewo genealogiczne i szuka dla siebie ratunku. Po wyjściu ze szpitala odbywa dramatyczne walki – wie doskonale, jak blisko mu do poddania się czarnym myślom, czuje czającą się w pobliżu depresję – i nie chce wracać do tego, co już ledwo przetrwał. Podejmuje decyzje odważne, żeby tylko naprawić swój mózg. A jednocześnie przez cały czas jest bardzo wyczulony na literackość, na sztukę i na potencjał intelektualny czy twórczy kolejnych wydarzeń. Częstuje czytelników codziennością w wymiarze mikro – i buduje narrację, której dzisiaj na rynku się już nie spotyka. Dziennik klasyczny w duchu i mocno aktualny w treści sprawia, że odbiorcy mogą inaczej spojrzeć na dylematy twórców i zastanowić się nad udrękami ludzi cierpiących na depresję.

niedziela, 22 marca 2026

Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna

Onepress, Gliwice 2026.

Relacje

Niewielka to książka, ale sygnowana przez „Harvard Business Review”, co oznacza, że materiały w niej zawarte będą faktycznie przydatne i wysokiej jakości. Wybrano kilka artykułów, które pierwotnie pojawiły się w tym miesięczniku – i ułożono je w sposób, który zapewnia dostęp do najważniejszych informacji w skondensowanej formie. O ile tomy pokonferencyjne są przeważnie napuszone objętościowo i przegadane za sprawą konieczności powtarzania w artykułach naukowych tych samych wiadomości we wprowadzeniach czy podsumowaniach, o tyle w tym wypadku autorzy od razu przechodzą do sedna i pokazują czytelnikom, jak wygląda odpowiedź na postawione w tytule pytanie. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna” to zestaw artykułów, które naświetlają sytuację w pracy w korporacji – ale da się istniejące tu wskazówki rozszerzyć na inne obszary działalności i międzyludzkich kontaktów. Każdy artykuł ma innego autora (powtarza się tylko Amy Gallo), każdy dotyczy zagadnienia ważnego i wartościowego z perspektywy zwyczajnych czytelników, niekoniecznie uwikłanych w toksyczne relacje – ale świadomych ich istnienia w różnych okolicznościach. Ponieważ nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, liczy się stworzenie zbioru przydatnych podpowiedzi, książka może zostać bardzo skondensowana – stanowi rodzaj bryku w relacjach międzyludzkich i ułatwia reagowanie, przynajmniej w wersji modelowej – w okolicznościach, w których zwykle traci się umiejętności skutecznego działania.

I tak Mark Gerzon podpowie, jak rozwiązywać konflikty – nauczy czytelników oceniania temperatury sporu i w zależności od wyniku – odpowiedniego reagowania. Holly Weeks skupi się na stresujących rozmowach, tak, żeby uświadomić czytelnikom, kiedy nie mają szans na porozumienie i co powinni zrobić, jeśli zależy im na konkretnych efektach (tu wprawdzie porusza się po delikatnym terenie, a nie istnieją formułki, które nie brzmiałyby sztucznie w normalnych rozmowach, jednak warto zwrócić uwagę na jej propozycje, żeby poprawić jakość komunikacji i jednocześnie nie łamać reguł rządzących nią w firmie). Dalsza część książki to już konkretyzowanie rodzajów trudnych współpracowników (lub szefów): jedni mogą wprowadzać chaos, wszystko uważając za najpilniejsze, inni stosują pasywną agresję, jeszcze inni wprowadzają niepotrzebny stres albo zachowują się niezgodnie z regułami życia społecznego; na sam koniec wprowadzony zostaje temat nielubianego szefa.

Autorzy sięgają po opracowania psychologiczne, ale wydobywają ich esencję, żeby odbiorcom w krótkiej formie przedstawić najważniejsze odkrycia i przesłania. Muszą postawić na praktyczne umiejętności – i uruchomić w czytelnikach schematy reakcji w stresujących chwilach. Podpowiadają, kiedy odpuścić, a kiedy zdecydować się na radykalne kroki – wszystko w imię zachowania dobrej kondycji psychicznej. Wiadomo, że modelowe przykłady mocno różnią się od zwyczajnego życia, ale w tych artykułach poszukać można inspiracji i podpowiedzi, które dopiero po lekturze wydają się być oczywiste. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi” to publikacja niewielka objętościowo, za to niezmiernie ważna i przydatna w codziennym życiu zawodowym oraz prywatnym – pokazuje najczęściej spotykane problemy i sposoby zaradzenia im bez otoczki zbędnej dla potrzebujących błyskawicznej pomocy.

Gdzie są Bluey i Bingo? Szukaj i znajdź

Harperkids, Warszawa 2026.

Zabawa z Bingo

Takie książeczki do najmłodszych najszybciej docierają – gadżetowe publikacje będące naturalnym efektem medialnego zainteresowania nie potrzebują dodatkowej reklamy. Wszyscy fani niebieskich kwadratowych psów będą zachwyceni, mogąc przedłużyć sobie zabawę z tymi postaciami. „Gdzie są Bluey i Bingo” to tomik, który trafi do najmłodszych i przekona ich nie tylko do skupiania uwagi i wskazywania potrzebnych akurat przedmiotów lub bohaterów na bardzo kolorowych kreskówkowych ilustracjach – ale też do prób poznawania liter, żeby kojarzyć podpisy z odpowiednimi obrazkami. Każda rozkładówka to wielki obrazek i polecenie na marginesie książki. W ramach polecenia odbiorcy otrzymują jedno zdanie wyjaśnienia (nakreślające kontekst, przedstawiające bohaterów lub przypominające, co najbardziej lubią oni robić) – to zdanie dodatkowe, które umacnia więź odbiorców z postaciami z kreskówkowej serii, zbędne w procesie poszukiwań elementów obrazka, ale ważne dla kolorytu lokalnego. Do tego wyliczenie, w którym pojawiają się kolejne elementy dużego rysunku w wersji nazwanej i obrazkowej – małe piktogramy ułatwiają zadanie i pozwalają dzieciom rozwijać słownictwo, na przykład jeśli ktoś nie jest pewny, co to jest marakas, jak wygląda taśma miernicza albo schładzacze do puszek – może wykorzystać rysunkowe podpowiedzi, a przy okazji poszerzyć swój zasób leksykalny. „Gdzie są Bluey i Bingo” to zatem zaproszenie do zabawy na każdej rozkładówce. Blue, Bingo i ich rodzina czy przyjaciele bawią się w najlepsze, na każdym obrazku dzieje się coś innego – bardzo często to nawiązania do sytuacji z kreskówek i do zachowań doskonale znanych małym fanom, więc dzieci będą mogły przypominać sobie ulubione pomysły z kreskówek, albo nabierać ochoty na oglądanie kolejnych odcinków. Zanim to jednak nastąpi, będą działać, żeby odkryć i wskazać wszystkie potrzebne elementy na dużym rysunku. Oczywiście to tomik kierowany do najmłodszych, nie może zatem być tu zbyt wiele szczegółów, jednak dwuwymiarowość ilustracji sprawia, że dość trudno jest wychwycić od razu wszystkie pożądane fragmenty – dzieci będą się musiały skupić i wybrać oglądanie obrazków po kawałku, zwłaszcza że raczej nie zapamiętają wszystkich niezbędnych do wyszukiwania wskazówek i nie będą w stanie zrealizować rozbudowanego zadania za jednym razem. To sprawia, że tomik „Gdzie są Bluey i Bingo” wystarczy na dłużej i pozwoli najmłodszym na radosną zabawę z ulubionymi bohaterami. Gdyby ktoś mimo wszystko miał problemy ze wskazaniem konkretnego przedmiotu, będzie mógł wspomóc się kluczem odpowiedzi zamieszczonym na końcu tomu – najmłodsi jednak raczej zechcą bawić się razem z Blue i Bingo, a przy okazji wkraczać do ich świata i śledzić radosne pomysły. Tak przygotowany tomik stawia na jeden rodzaj łamigłówek, ale nie znudzi się dzieciom dzięki zaproszeniu do świata Bluey.

sobota, 21 marca 2026

Amanda Montell: Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności

Czarne, Wołowiec 2026.

Narracje

Czyta się Amandę Montell z zachwytem i przerażeniem równocześnie, a te reakcje wcale się nie wykluczają, bo autorka dokonuje wnikliwej analizy dzisiejszego świata – a właściwie jego obowiązujących powszechnie interpretacji – ale opisuje swoje wnioski językiem, który daleki jest od transparentności i będzie dostarczać czytelnikom mnóstwa satysfakcji. Oczywiście, jeśli ktoś potrafi zdobyć się na dystans i czasami przyznać, że mechanizmy uchwycone przez autorkę stanowią rzeczywisty problem lub źródło frustracji. „Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności” to książka, która obojętnym nikogo nie zostawi, nie ma na to szans – nie przy sporym ładunku emocjonalnym zgrabnie wtopionym w popularyzatorskie wyjaśnienia. Pojawia się tu momentami szalony misz-masz słów i dźwięków, z którego wyłoni się szereg błędów popełnianych najczęściej w ocenie rzeczywistości. Amanda Montell wie doskonale, że człowiek musi budować sobie narracje – inaczej nie poradzi sobie z nadmiarem danych i rozumieniem ich. Szuka zatem najbardziej szokujących czy dziwnych koncepcji, którymi ludzie usiłują zaprowadzić porządek w znanym sobie świecie, pyta o stosunek do ideałów, naświetla zjawiska, które pojawić się na szeroką skalę mogły tak naprawdę dopiero po upowszechnieniu się internetu. Sprawdza, jak ludzie próbują zaczarować swoją rzeczywistość, żeby była chociaż odrobinę mniej nieznośna, sięga po pseudonauki, teorie spiskowe i magiczne sposoby na poprawienie losu. Pyta o funkcjonowanie konsumentów i o układanie sobie relacji miłosnych – za każdym razem podchodzi do tematu tak, żeby zaakcentować najbardziej powszechne pułapki lub starannie maskowane wyzwania zamieniające się w drogi bez wyjścia. Podąża za internetowymi trendami lub clickbaitami, by nakreślić czytelnikom mechanizmy wabiące ich w rejony wcześniej niekoniecznie akceptowane. Żeby przeanalizować wirtualną rzeczywistość, Amanda Montell czasami sięga po tematy nośne, anegdotyczne lub po prostu zabawne same w sobie, a znacznie częściej decyduje się na ujawnienie swojego udziału w danej kwestii. „Wiek magicznego myślenia” to w sporej części książka autobiograficzna, wykorzystanie własnej codzienności jako przestrogi dla innych, równie naiwnych czy idealistycznie nastawionych. Amanda Montell dzieli się z czytelnikami i konsekwencjami swoich terapii, i doświadczeniami z życia wziętymi – dzięki temu może stać się bardziej wiarygodna w błyskawicznym tempie i przejść do sedna komentarzy już bez konieczności udowadniania swoich kompetencji. Zawiązuje z czytelnikami relację niepowtarzalną – sprowadzającą się do przewodnictwa i wytyczania szlaków – a jednocześnie osobistą i wypełnioną prywatnymi lękami. To wszystko sprawia, że autorka ma szansę odnieść duży sukces, a na pewno zyskać fanów wśród nowych czytelników. „Wiek magicznego myślenia” to zestaw esejów, które naświetlają czytelnikom zasady działania charakterystycznych dla czasów rozwiązań – i które nie poddają się prostym odczytaniom. Tu nie liczy się tylko wiedza wyniesiona z bezpośrednich wyjaśnień, tu olbrzymie znaczenie ma jakość warstwy tekstowej, humor i prywatność. Amanda Montell nie tylko pisze o zjawiskach – sama tworzy i wpisuje się w zestaw ludzi kreujących rzeczywistość, którą chce uchwycić. Warto.

piątek, 20 marca 2026

Jennifer Lynn Barnes: Love story tak i wspak

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Uzdrawianie

To zdecydowanie powieść young adult dla tych, którzy znają świat z The Inheritance Games, dodatek do głównego nurtu – drobna historia, która rozgrywa się zupełnie na marginesie wydarzeń, ale niesie z sobą wielkie pokłady emocji. Bohaterowie to Hannah i Toby, zwany Harrym. Oboje po przejściach, oboje z rodzin, które nie wybaczają. U Hannah to handlarze narkotyków, mafia trzymająca wszystkich w szachu. U Toby’ego – majętni i wpływowi rodzice. Ci dwoje nigdy by się ze sobą nie zetknęli, gdyby nie tragiczny wypadek na wyspie. Chociaż bogate dzieciaki chciały się zemścić i zniszczyć coś, co do nich nie należało, sprawiły, że życie stracił ktoś, kto nie powinien był ucierpieć. Teraz prawda nie może wyjść na jaw – a jedyny ocalały z katastrofy, Toby, trafia w ręce siostry zmarłej dziewczyny. Hannah jest pozbawiona sentymentów, nie lubi być od nikogo zależna, a do tego ma wszelkie powody, żeby trzymać się z daleka od Toby’ego. Jednak kiedy rybak wyławia go z wody i alarmuje Hannah, pewne jest jedno: nie można wzywać policji ani pogotowia, Hannah – ucząca się na pielęgniarkę i wiele razy opatrująca rany swoich krewnych – musi dać sobie radę bez pomocy. Opiekuje się Tobym, pielęgnuje go, opatruje mu rany i podejmuje grę, którą inauguruje zakochany w niej coraz bardziej mężczyzna.

Chociaż Jennifer Lynn Barnes opiera się na schemacie enemies to lovers, wybiera bardzo trudną drogę do chwilowego spełnienia, a w dodatku stosuje pewien skrót, który pozwoli poznać losy postaci już po ich najważniejszym spotkaniu. Żadnego „żyli długo i szczęśliwie” po tej historii spodziewać się nie można z prostego powodu: tu nie da się przezwyciężyć pewnych ograniczeń i barier. Opowieści są dwie: ta z perspektywy Hannah pozwala na zrozumienie stworzonych barier i rozwiązywanie zagadek (łamanie szyfrów). Ta z perspektywy Toby’ego naświetla relację między Hannah i starym rybakiem – buduje więc pomost między właściwym nurtem narracji – i dokłada wątek miłosny, chociaż trochę trudny do podchwycenia. Toby zakochuje się szybko, mocno i bez ważniejszych powodów, autorka lepsza jest w tworzeniu zagadek niż w psychologicznych aspektach związku. Dwie narracje umożliwiają także powiedzenie, co stanie się później – kiedy już nie będzie możliwe prowadzenie podwójnej opowieści.

„Love story tak i wspak” to książka, w której silne emocje mają zapewnić odbiorczyniom więcej wrażeń niż schematyczna relacja miłosna – ale Jennifer Lynn Barnes wie doskonale, że jej atutem jest tworzenie sensacyjnych fabuł i tego się na szczęście trzyma. Funduje bohaterom huśtawkę emocjonalną i mnóstwo niepewności, zmusza ich do przekraczania własnych barier i do pokonywania kolejnych trudności. Jest w tym bezkompromisowa – i dlatego może zwrócić na siebie uwagę szerokiego grona odbiorców. Ta powieść ma w sobie silną dramaturgię, a w dodatku toczy się dość nieprzewidywalnie – widać też kotwice, którymi autorka zapewnia sobie nawiązania do The Inheritance Games.

czwartek, 19 marca 2026

Dan Moore: Zbrodnia w Zatoce Enigmy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Śledztwa dla dzieci

Nie jest to książka dla ludzi, którzy lubią się nudzić, wręcz przeciwnie. Każdy rozdział to odrębna zagadka, która została złożona z kilku innych, mniejszych wyzwań dla spostrzegawczych. A ponieważ atmosfera jest wakacyjna, stanowi ona potężny kontrast z problemem. W Zatoce Enigmy nie da się odpocząć – chociaż to miejsce specjalnie do tego celu stworzone. Nie da się odpocząć, skoro morze wyrzuciło na plażę zwłoki. Czworo bohaterów – Ben, Emily i Harold wspomagani przez nową znajomą, Camille, ma do rozwiązania sporo spraw o większym lub mniejszym stopniu trudności. Muszą połączyć siły i przygotować się na spory intelektualny wysiłek – tylko tak uda im się rozwiązać zagadki i doprowadzić do złapania sprawcy. Dan Moore nie zamierza przed czasem odsłaniać kart – trzeba będzie podążać wskazaną przez niego drogą i cierpliwie podchodzić do kolejnych zadań. Oczywiście można traktować tę książkę po prostu jako zbiór łamigłówek, ale lepiej dać się poprowadzić enigmatycznej opowieści, narracji, która spaja zadania logiczne i nadaje im dodatkowy sens (a odbiorcom – motywację do rozwiązywania ich).

Wiele tu zagadek bazujących na ilustracjach, chociaż książka ma młodzieżowy charakter i wydana jest niemal jak powieść, a nie jak zbiór kreatywnych ćwiczeń. Liczy się jednak zestaw porównywanek, rebusów, szyfrów oraz testów na inteligencję, tak, żeby jak najpełniej wykorzystywać możliwości zapewniane przez gatunek. Im dalej w opowieści, tym częściej będą się pojawiać zagadki literowe i liczbowe, diagramy i plansze do gier a la sudoku – zwiększy się przez to stopień trudności i automatycznie zaawansowania. Dla czytelników wprawionych już w rozwiązywaniu łamigłówek nie będzie to straszne, raczej ucieszy – ale znów ze względu na rosnący poziom trudności warto przechodzić przez tę książkę linearnie. Za każdym razem mamy do czynienia z osobną opowieścią rozdzieloną na drobne części. Najpierw wprowadzenie, następnie – zagadka oparta o tekst przedstawiony odbiorcom. Kolejne części w ramach poszczególnych rozdziałów wiążą się ze sobą, więc warto podążać za autorem. Zdarza się, że uzyskane w pewnym momencie informacje mogą się przydać w kolejnym kroku. Fabularnie autor robi wiele, żeby skusić młodych odbiorców wizją uczestniczenia w prawdziwym śledztwie – będą tu zatem funkcjonariusze i prawdziwe niebezpieczeństwa, będą tematy rodem z powieści kryminalno-sensacyjnych dla dorosłych. Dzięki temu nawet najbardziej banalne z pozoru zadania zamienią się w wielką przygodę. Dzieci uczestniczą tu w wydarzeniach mrożących krew w żyłach, a ponieważ to od nich zależy schwytanie mordercy – będą musiały się mocno wysilić, żeby akcja nie spaliła na panewce. Dan Moore znalazł sposób na to, żeby zachęcić młodych czytelników do wysiłku umysłowego i żeby rozwijać ich umiejętności. Co ciekawe, forma pozwala tu na wykorzystanie zupełnie klasycznych rozrywek – tyle że nadaje im nowy ton, zmienia się przez to podejście do ćwiczeń i motywacja dla odbiorców. Teraz można się przyłączyć do akcji kryminalnej, a to znaczy, że warto podjąć wyzwanie.

środa, 18 marca 2026

Sandor Marai: Csutora. Psia powieść

Czytelnik, Warszawa 2026.

Inna perspektywa

Powraca na rynek ta powieść, która – zupełnie niesłusznie – jest w twórczości Sandora Maraiego odsuwana na margines. „Csutora. Psia powieść” nie ma w sobie bowiem nic naiwnego, a jej fabuła może wstrząsnąć czytelnikami. Na początku autor może przyciągnąć czytelników zmianą perspektywy. Narrator traktuje bowiem ludzkich bohaterów z niemal psiej perspektywy i to jeszcze zanim jakikolwiek czworonóg pojawi się na horyzoncie. Mamy „pana” i „panią” – a relacja między nimi wymusza wręcz określone reakcje czy zachowania. To pan wpada na pomysł, żeby zrobić pani prezent – chociaż wyrażona bezpośrednio umowa głosi, że święta mają przejść bez upominków, pan wie, że to tylko gra, że powinien wymyślić coś, co nie będzie odczytane jako lekceważenie (czy po prostu podporządkowanie się zasadom ustalonym w domu) – kierowany przedziwnym impulsem kieruje się do ulicznego sprzedawcy i nabywa od niego pudla (przynajmniej – według słów owego handlarza, bo żadnego dokumentu ani rodowodu nie jest on w stanie przedstawić). Tak Csutora trafia do domu, w którym jest traktowany trochę jako zabawka, a trochę jak kuriozum, zaskakuje swoich właścicieli kolejnymi zachowaniami i zmusza ich, by skoncentrowali się nie na własnych sprawach, a na rządach psiej osobowości. Csutora czasami budzi zachwyty, czasami jednak – i to już niepokojące – męczy swoją obecnością i instynktem. Tu nie będzie rozczulania się nad rozmaitymi pomysłami zwierzęcia. Jego inteligencja jest przedmiotem analiz, ale nie prowadzi do wylewu bezgranicznej miłości w narracji. Csutora to mimo wszystko indywidualista, który może i potrafi skupić na sobie uwagę właścicieli, ale nie zbuduje z nimi ostatecznej więzi charakterystycznej dla wszystkich rozpieszczanych nad miarę czworonogów. Autor prowadzi czytelników aż do szokującej sceny walki, w której dwa samce ścierają się ze sobą i omal nie pozbawiają życia – żeby naświetlić w finale konkretne uczucie żywione do psa.

„Csutora” to książka, która do dzisiaj może budzić żywe emocje, chociaż zapewne diametralnie inne niż w czasach, w których powstała – ale tu dystans czasowy pozwala tylko na naruszanie schematów społecznych i na przypominanie odbiorcom, jak obecnie traktuje się domowych pupili. Marai decyduje się na przedstawienie relacji pozbawionej stereotypowych naleciałości, szuka sposobu na wyrażenie podziwu i przywiązania – żeby nie stracić przy tym literackiego potencjału. „Csutora” to miniatura literacka, ale o wielkiej sile rażenia, książka, w której wielu czytelników będzie mogło odkryć ślady tęsknot i wzruszeń. Psia historia staje się punktem wyjścia do rozważań o człowieczeństwie – a samo zwierzę nie jest w stanie zinfantylizować tekstu. Sandor Marai zapewnia czytelnikom wyraziste przesłanie i prowadzi do refleksji nad losem zwierząt. Oczywiście czytelnicy otrzymują tu kawał klasyki w nowym przekładzie – będzie to zatem znakomita okazja do uzupełnienia biblioteczek o pozycję ważną i niepowtarzalną.

wtorek, 17 marca 2026

Kama Wojtkiewicz: Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej

Agora, Warszawa 2026.

Moda

Kama Wojtkiewicz zastanawia się nad tym, co dzisiejszemu społeczeństwu zapewnia moda na psychologię – oraz psychologia w wersji pop. „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” to książka, w której autorka przygląda się kolejnym zagadnieniom dotyczącym samorozwoju – po to, żeby wskazać najbardziej charakterystyczne wyzwania i niedociągnięcia pseudofachowców albo tych, którzy nie pogłębiają swojej wiedzy, a oferują usługi psychoterapeutyczne. Ubolewa nad faktem, że rynek nie reguluje kwalifikacyjnych wymogów i w efekcie psychoterapeutą może zostać niemal każdy – a to otwiera pole do nadużyć, na których cierpieć będą w ostateczności szukający pomocy. Z drugiej strony nadprodukcja poradników z zakresu psychologii i samorozwoju sprawia, że ludzie coraz chętniej stawiają sobie autodiagnozy, niekoniecznie zbliżone do prawdy. Czy poppsychologia jest nam dzisiaj potrzebna i co może oznaczać nadmierne zaufanie jej – autorka rozmawia z kolejnymi zaproszonymi do książki gośćmi. Zastanawia się razem z nimi nad kolejnymi wyborami i tematami. Książka podzielona została na trzy części, żeby uporządkować zgromadzone refleksje – w pierwszej nacisk kładziony jest na temat pracy nad sobą i poszukiwanie pomocy u specjalistów, w drugiej – na rozmaite praktyki duchowe i okołoduchowe, te, które otwierają choćby modę na medytację bez refleksji nad jej korzeniami i konsekwencjami. W trzeciej części odwołuje się już do motywu relacji z innymi, zwłaszcza do budowania związku w świecie nastawionym na konsumpcjonizm.

Zaproszeni do rozmowy goście mogą rzucić światło na aktualne trendy w psychologii i w rynku literatury samorozwojowej, uwrażliwić czytelników zwłaszcza na problemy wynikające z nadmiernego zaufania upraszczanym systemom – to kioskowe porady, które mają przyspieszyć proces poznawania siebie czy życia w zgodzie ze sobą podlegają tu krytyce, podobnie jak nie do końca uczciwe praktyki samozwańczych specjalistów. Rozmówcy bronią prawdziwych fachowców, ale uświadamiają czytelnikom, że nie każdy, kto potrafi się zareklamować, jest godny zaufania – a ponieważ porusza się w delikatnej sferze uczuć i psychiki pacjentów, warto sprawdzać, czy na pewno nie zrobi psychicznej krzywdy. „Sobą zajęci” to jednocześnie próba pokazania, że rośnie świadomość wagi higieny psychicznej – zarówno nadprodukcja psychoterapeutów w wersji pop, jak i popularność ich usług to efekt przyglądania się sobie i analizowania własnych problemów, niegdyś skrzętnie przed światem skrywanych. Kama Wojtkiewicz w procesie rozmowy wydobywa warte uwagi lektury, przywołuje nazwiska i teorie, które mogą czytelników zainspirować, a także analizuje dzisiejszy rynek usług. Chce, żeby czytelnicy zapamiętali fakt istnienia poppsychologii – i żeby nie ulegali zbyt łatwo jej podszeptom. Uwrażliwia, wyczula na to, co najważniejsze w kontekście troski o własne zdrowie psychiczne, a do tego zainteresowanym tematem może podsunąć całkiem sporo nie tylko lekturowych inspiracji. Rozmowy sprawiają wszystkim dużą przyjemność, są bowiem skoncentrowane nie na – jak do tej pory na rynku było – zdrowie pacjenta, a na samych psychoterapeutów i ich możliwości oraz ograniczenia. I to może stać się ciekawą przeciwwagą dla poradników psychologicznych.

poniedziałek, 16 marca 2026

Paulina Młynarska, Dorota Wellman: Afterparty

Znak, Kraków 2026.

Z perspektywy

Dwie dziennikarki, które świetnie się dogadywały w pracy. Dwie przyjaciółki, które uwielbiają ze sobą rozmawiać. W dobie mody na publikacje dialogowe – dlaczego nie? „Afterparty” Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman to książka o nieustającym poszukiwaniu siebie w zmieniającym się świecie. Publikacja, która trochę jest autobiografią, trochę – forum i prezentacją poglądów, trochę autopromocją, a trochę po prostu spotkaniem. Przygotowana w wersji pop, z mnóstwem zdjęć ze wspólnej specjalnej sesji, z kolorowymi podsumowaniami, ramkami i ciekawostkami, z miejscem na własne uwagi – ale ta forma tylko maskuje sporo poważnych treści. Paulina Młynarska i Dorota Wellman nie bawią się bowiem w plotki i banalne zagadnienia, za to przerzucają się ciekawymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszych mediów, funkcjonowania w przebodźcowanym świecie i zachowaniu dobrej kondycji przez długi czas. Doświadczone przez życie, bogate w przemyślenia i własne przykłady, wprowadzają do opowieści mnóstwo osobistych wątków – po to, żeby wytyczyć czytelniczkom drogę. Kierują się zwłaszcza do pań, które młodość mają już za sobą (albo do tych, które panicznie boją się zestarzeć), pokazując, jak wiele atutów daje metryka. Podpowiadają, jak cieszyć się życiem i radzić sobie z wyzwaniami. A przede wszystkim zarażają dystansem do siebie, poczuciem humoru, które zawsze pozwoli przetrwać kryzys.

Będzie tu trochę o ciele (akceptacji siebie lub walki z wyglądem), o związkach, o wykształceniu, o pracy w mediach, o przemijaniu, o przeprowadzkach, o jodze, o życiu w zgodzie ze sobą i o bezustannych poszukiwaniach. Będzie o charakterach każdej z rozmówczyń i o ich wizji domowości, o partnerach i o samotności. Będzie – o wszystkim. Bo chociaż tematy wiodące się tu pojawiają, to przecież nie da się okiełznać szczerej rozmowy dwóch indywidualności nadających na podobnych falach. Przeplatają się tu różne historie, mniej lub bardziej odbiorcom – fanom tego duetu – znane. Pojawiają się sposoby na radzenie sobie z przytłaczającą czasem codziennością i wskazówki dla tych, którzy chcieliby zmienić środowisko. Odrobina kulis pracy w stresujących warunkach, bezwzględność mediów. Ale obie autorki wrócą też do czasów, kiedy tworzyły wspólny program telewizyjny i decydowały o tym, co może się w nim znaleźć – z perspektywy oceniają swoje decyzje, wspominają najdziwniejsze sytuacje i dzielą się z czytelnikami konkretnymi wspomnieniami. To wszystko sprawia, że odbiorcy mają wrażenie wejścia w zamknięty, ale nie niedostępny świat: mogą zostać wtajemniczeni w to, co najbardziej angażuje lub inspiruje obie autorki. Mogą podejmować polemikę albo przyswajać sobie ich spojrzenie na rzeczywistość. Mogą wreszcie lepiej poznawać bohaterki kojarzone nie tylko z telewizji. Jest w „Afterparty” radość ze spotkania, jest chęć dzielenia się ważnymi przemyśleniami, jest rozmowa, która nie potrzebuje moderacji – bo potoczy się w kierunku, jaki akurat będzie potrzebny. I nawet jeśli czytelnicy chcieliby pogłębić konkretne zagadnienie, nie będą mieli z tym problemu – autorki zainspirują ich co do kierunku poszukiwań i zagadnień zasługujących na komentarz. „Afterparty” to książka o zrozumieniu siebie i o tym, co dzięki temu można zaoferować światu. Kolorowa, rozgadana i niepowtarzalna.

niedziela, 15 marca 2026

Marta Obuch: Na babski rozum

Filia, Poznań 2026.

Genealogia

Długo na tę książkę Marta Obuch kazała czekać swoim odbiorcom, a kiedy już ją stworzyła, wiedziała, że jest to coś innego niż proponowane zwykle komedie kryminalne – i uprzedza przed lekturą lojalnie. Ale „Na babski rozum” to nie wypadek przy pracy, raczej sposób na przezwyciężenie kryzysu twórczego i trochę na podzielenie się z czytelnikami tym, co autorkę zafascynowało – możliwościami prowadzenia genealogicznych poszukiwań za sprawą różnych internetowych portali. W takie poszukiwania autorka ubiera Tosię, poczciwą bohaterkę z „Ja tu tylko zabijam”. Tosia jak zwykle nie potrafi się uporać ze swoją codziennością: zaręczyny z Lulkiem po czasie stały się źródłem kolejnych pytań, a despotyzm matki przechodzi wszelkie granice. Bohaterka musi w dodatku uczestniczyć w rodzinnej imprezie na wsi – i niekoniecznie ma na to ochotę, zwłaszcza że pobyt w rodzinnych stronach przypomina jej o niechcianej, a odziedziczonej po babci starej chacie, przyczynie wielu sennych koszmarów. Tosia jest już dorosła i właściwie wie, że może pozbyć się problemu i spieniężyć posiadłość, jednak podczas przygotowań do imprezy dzieje się coś, co wybija ją z tego pomysłu.

I teraz Marta Obuch serwuje czytelnikom książkę, w której przez długi czas dzieje się bardzo mało. Oto bohaterka poznaje (albo przypomina sobie) o kolejnych ciotkach i krewnych, a na rodzinne spotkanie zaproszeni zostają też obcy dla niej ludzie – ale w końcu to pani Regina decyduje, z kim chce świętować. Tosia rozpisuje sobie koligacje rodzinne, zastanawia się nad charakterami i poznaje właściwy stan swojego posiadania (co trochę odciąża ją od myślenia o nierówności w relacji z Lulkiem). W końcu zostaje usunięta z pola widzenia przez niefortunny wypadek. Równolegle dzieją się sprawy kryminalne – ale raczej bez zapału. Akcja przyspiesza dopiero w finale tomu, tutaj powraca dawna Marta Obuch – można na ten moment poczekać i nabrać nadziei na kolejne już zwyczajne dla tej autorki narracje. „Na babski rozum” nie jest powieścią, która trzymałaby w napięciu i cieszyła ogromem nietypowych wydarzeń, już w samej swojej konstrukcji wyklucza takie rozwiązania. A jednak fani tej autorki poczekają – i przyjrzą się drobnym i większym zmianom w życiu Jadwigi czy komisarza Marchewki. Warto cierpliwie poczekać, a przy okazji – czasami – wykorzystywać wiedzę zdobytą przez autorkę i bohaterkę w zakresie poznawania dziejów własnych przodków. „Na babski rozum” to książka, która nowego grona fanów autorce nie zbuduje, ale starego nie odstraszy. A na pełnowartościową komedię kryminalną przyjdzie trochę poczekać – chociaż może krócej niż ostatnio. Marta Obuch walczyła z kryzysem twórczym, udało jej się ten kryzys przewalczyć i to najważniejsze. Gdyby nie to, że przyzwyczaiła odbiorców do pewnego stylu i rozkładu akcentów, nikogo by jej najnowsza powieść nie zdziwiła – tym razem jednak nawet sama autorka ostrzega, że będzie nieco inaczej.

Gdzie się schowała kaczuszka / Gdzie się schował wóz strażacki

Harperkids, Warszawa 2026.

Poszukiwania mikro

Te książeczki już były – już mogą być znane części maluchów, ale w większej wersji. Teraz, wygodne i kompaktowe, nadają się na gadżet do zabrania w podróż. Zmniejszone do faktycznie kieszonkowych kształtów mają specjalną zawieszkę na rękę – można sobie przypiąć do nadgarstka ulubiony tomik, żeby bohaterów mieć zawsze przy sobie i nie zgubić publikacji. „Gdzie się schowała kaczuszka” i „Gdzie się schował wóz strażacki” to książeczki, które zachęcają dzieci do rozwijania małej motoryki, do ćwiczenia zdolności manualnych i do testowania zmysłu dotyku. Nie ma wymyślnych fabuł, a cały pomysł opiera się na zadawaniu maluchowi pytań o kolejnych bohaterów – w przypadku wozu strażackiego to rozmaite pojazdy i maszyny, a w przypadku kaczuszki to zwierzęta, które można zobaczyć podczas spaceru. Pierwsza strona jest zawsze pytaniem „gdzie schował się…” – i nie ma tu podpowiedzi co do tożsamości bohatera, wprost przeciwnie, czasami można zobaczyć innego przedstawiciela środowiska charakterystycznego dla tytułowej postaci. Poszukiwania kończą się bardzo szybko: druga strona na rozkładówce zasłonięta jest kawałkiem kolorowego filcu wyciętego w konkretne kształty. Odchylenie materiału sprawia, że oczom odbiorców ukazują się pożądani bohaterowie – i to wystarczy, żeby zapewnić radość najmłodszym, przynajmniej na pewien czas. Prawdziwa niespodzianka czeka jednak odbiorców na samym końcu, kiedy trzeba odwołać się do samoświadomości i powiedzieć, gdzie się jest samodzielnie – a pod kawałkiem filcu tym razem skrywa się nie obrazek a lusterko. Ten prosty zabieg rozraduje najmłodsze dzieci – te, które nie potrafią samodzielnie czytać i dopiero zaczynają poznawać świat książek. Spodoba im się taka publikacja-zabawka, nawet jeśli powtarzalność pytań i odpowiedzi (oraz schowków) dorosłych by znudziła błyskawicznie. Tu chodzi przede wszystkim o wspólnie spędzony czas, o zabawę i rozrywkę, o uczestniczenie w lekturze. I chociaż nie ma tu ani wybitnych popisów tekstowych, ani zachwycającej grafiki – obrazki są stworzone komputerowo i cechują się dużą prostotą, chociaż komiksowe miny mają zapewnione dzięki charakterystycznym oczkom. Liczą się tu łatwe do objęcia wzrokiem scenerie, nic dzieci nie będzie rozpraszało. Nasycone kolory przykuwają uwagę, z kolei kontrast między tekturowymi stronami i materiałowymi zasłonkami może zachwycać dzieci. To dobry sposób na przygotowanie dzieci do późniejszego czytania dla rozrywki – metoda na to, żeby zająć czymś maluchy i żeby rozbudzać w nich ciekawość świata. Nieskomplikowane poszukiwania to tylko pretekst do rozmów i opowiadania, co widać na kolejnych rozkładówkach – a to znów krok w kierunku rozwijania naturalnych umiejętności dziecka. Taką książeczkę maluch może nosić ze sobą i zaglądać do niej, kiedy będzie się nudzić. Może zainspirować do poznawania liter. I to wystarczy, żeby zaangażować najmłodszych.

sobota, 14 marca 2026

Rufi Thorpe: Margo ma kłopoty

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Zwycięstwo

Ta książka ma poprawiać humor, ale jest mocno gorzka w swojej wymowie. Autorka jednak nie pozwala swojej bohaterce na złożenie broni i sugeruje, że z każdej porażki da się wyjść z podniesioną głową po to, żeby finalnie zawalczyć o spełnianie swoich marzeń. „Margo ma kłopoty” to powieść, która doczekała się serialowej wersji w gwiazdorskiej obsadzie i najprawdopodobniej właśnie fanki serialu będą najwierniejszymi czytelniczkami Rufi Thorpe. Bohaterką tomu jest dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w wyniku zauroczenia swoim żonatym wykładowcą zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić dziecko. Bohdi jest najlepszym, co mogło ją spotkać – były kochanek nie staje na wysokości zadania, a nawet rzuca Margo kłody pod nogi, walcząc o opiekę nad dzieckiem. Matka odwraca się od dziewczyny, zresztą ma swoje sprawy, skoro przygotowuje się do kolejnego ślubu z wyjątkowo religijnym mężczyzną. Bohaterka wie, że jest zdana na własne siły. I nawet powrót ojca, byłego zawodnika wrestlingu uzależnionego od narkotyków, stanie się tu pomocą. Żeby przetrwać, Margo musi zarabiać. Żeby zarabiać, musi znaleźć pracę, w której pozwolą jej na opiekę nad dzieckiem. Albo… wypracować sobie zajęcie dochodowe i o elastycznych godzinach pracy. I tak Margo trafia na Only Fans. Młoda kobieta bez perspektyw zawodowych odkrywa, że jeśli będzie sprzedawać zdjęcia swojego ciała – i dołączy do tego ciekawe dla fanów historie – uda jej się utrzymać i nie stracić dziecka (opiekę społeczną interesuje to, że matka zarabia, a nie – w jaki sposób, jeśli maluchowi nie dzieje się krzywda). I tak bohaterka wchodzi w te rejony internetu, których do tej pory nie eksplorowała, próbuje zrozumieć mechanizmy działania algorytmów i rozkręcić konto tak, żeby podreperować domowy budżet. Trafia na gwiazdy Only Fans, które pomagają jej w promocji i wkrótce staną się uczestniczkami nietypowego projektu.

„Margo ma kłopoty” to opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu niemal bez przerwy. Autorka nie daje bohaterce szansy na odpoczynek, Margo musi przez cały czas być czujna, a do tego budować swoje relacje z bliskimi i tymi, którzy się od niej nie odwrócili. W tle pojawia się ciekawa internetowa znajomość, ale przede wszystkim autorka kładzie nacisk na kreatywność Margo, jej umiejętność wykorzystywania wyobraźni zawsze wtedy, kiedy trzeba chronić siebie i bliskich. Ten nieszablonowy scenariusz uświadomi czytelniczkom, że z najtrudniejszych sytuacji istnieje wyjście, trzeba tylko zrezygnować z kopiowania tego, co sprawdzone i realnie oceniać własne możliwości. Temat stron pornograficznych ma dodawać pikanterii opowieści – sprawiać, że odbiorczynie będą chciały sięgać po tak poprowadzoną historię. Ta książka to odskocznia od codziennych problemów, a jednocześnie oderwanie się od typowych fabularnych rozwiązań w literaturze pop. Czytadło, które nawiązuje do chicklitów, ale w zupełnie inny sposób – pogłębiony i wypełniony odpowiedzialnością za drugiego człowieka.

piątek, 13 marca 2026

Mark Brzezinski, Olga Leonowicz w rozmowie z Anną Pamułą: Partnerstwo

Agora, Warszawa 2026.

Związek

Prawdopodobnie mało kto wyobraża sobie, jak wygląda praca ambasadora, tym bardziej – ambasadora USA w Polsce. I Mark Brzezinski też o wszystkim otwarcie opowiadać nie będzie, raczej dyplomatycznie poprześlizguje się przez kolejne zagadnienia, ale zrobi to przynajmniej z humorem i interesująco dla szerokiego grona odbiorców, dla tych, którzy nie chcą się wikłać w sprawy polityczne ani poznawać kulis spraw między państwami. Anna Pamuła rozmawia z parą funkcjonującą w niesformalizowanym związku, bo Mark Brzezinski do rozmowy zaprasza też Olgę Leonowicz, swoją partnerkę – trochę dla ocieplania wizerunku, a trochę, żeby pokazać różne aspekty bycia ambasadorem. „Partnerstwo” to książka wypełniona interesującymi fotograficznymi portretami i trochę przedstawiająca wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć dyplomaci.

Oczywiście nie na wszystkie pytania będzie bohater tomu odpowiadać oględnie: jest po prostu bardziej wylewny w jednych tematach, a inne nie pojawią się w książce, żeby nie pozostawiać czytelników w przekonaniu, że o czymś mówić nie wolno. A skoro nie da się zbyt wiele powiedzieć o części działań, Mark Brzezinski akcentuje te, które należały do wybieranych przez niego strategii: tłumaczy między innymi, dlaczego pojawił się z flagą mniejszości seksualnych – angażował się w kwestie równości płci czy walkę o prawa osób z niepełnosprawnościami. Zwraca uwagę na różnice w mentalności między Polakami i Amerykanami, opowiada też o współpracy z przedstawicielami różnych rządów – i różnych stron politycznych. Próbuje wyjść z cienia ojca – Anna Pamuła przyznaje, że dla jej pokolenia ten ojciec nie jest już postacią charakterystyczną czy istotną, ale starsi z pewnością będą wciąż dokonywać porównań. Zresztą nie da się inaczej, bo i sam Mark Brzezinski bardzo często zastanawia się nad prawdopodobnymi reakcjami rodzica. O mamie wypowiada się znacznie bardziej serdecznie – wciąż stara się podkreślać znaczenie bliskich w codziennych wyzwaniach, także tych zawodowych, ale jednocześnie bardzo chroni prywatność i o osobistej przeszłości nie opowiada, koncentrując się na Oldze. Olga Leonowicz funkcjonuje tu jako kobieta, która nie zamierza pozostawać w cieniu partnera, rozwija własną karierę i najbardziej zastanawia się nad prawami kobiet w Polsce – czy nad (nie)obecnością płci pięknej w dyplomacji. To ona będzie zwracać uwagę na małżonków ambasadorów – ludzi bezustannie ocenianych i prowadzących własne działania na rzecz wspierania partnera bez wynagrodzenia czy podstawowych świadczeń, to ona będzie podkreślać wyzwania, jakie czekają na osobę, która zdecyduje się funkcjonować w kulisach polityki. W „Partnerstwie” Olga Leonowicz sprawia wrażenie, jakby zawsze wiedziała, jakich wyznań się od niej oczekuje – i konsekwentnie je wprowadzała do opowieści. Ale może też podzielić się z czytelnikami wieloma wartościowymi spostrzeżeniami na temat obecności kobiet w życiu publicznym. Może stanowić wzór dla wielu – nauczyć jednocześnie przebojowości, wrażliwości i obecności na własnych warunkach, zupełnie jak w wywiadzie.

Jest to książka autoprezentacyjna, co do tego nie ma wątpliwości – ale stworzona została tak, żeby zapewnić czytelnikom trochę wzruszeń i trochę materiału do przemyśleń. To, co pod powierzchnią, jest równie ważne jak to, co wielokrotnie powtarzane. „Partnerstwo” to nie tylko kreacja, ale też ujawnienie – w granicach możliwości – przepisu na współczesny, nietradycyjny związek.

czwartek, 12 marca 2026

Feluś i Gucio poznają cyferki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Układanka

Z takim zestawem poznawanie cyfr już nikomu niestraszne. Drewniane pudełko, a w środku… 46 puzzli ze sklejki – to coś w sam raz dla maluchów, które muszą opanować sztukę liczenia i chcą w tym celu wykorzystywać ciekawe zabawki edukacyjne. Do tego Feluś i Gucio, czyli chłopiec i jego pluszowy miś – para, która już niejeden raz przedstawiała maluchom to wszystko, co w najbliższym otoczeniu ważne. Wykorzystanie lubianych bohaterów byłoby nawet niepotrzebne (chociaż sprawdzą się jako wabik dla fanów cyklu), bo największą radość zapewnią najmłodszym odbiorcom same puzzle.

Cyfry od 0 do 9 zostały tu przedstawione dzięki układankom. Kolejne puzzlowe cyfry mają swoje tematy: piłki, samochody czy klocki, w dodatku na tłach o konkretnym kolorze, tak, żeby nie było wątpliwości, który element należy do którego zestawu. Puzzle układają się w graficzne cyfry (każda złożona z tylu elementów, ile reprezentuje, można zatem odliczać poszczególne klocki). Jakby tego było mało, pojawia się jeszcze zróżnicowanie wielkości: od najmniejszej jedynki, do największej dziewiątki. To również temat, który da się wykorzystać we wprowadzaniu w tajniki matematyki.

Korzystać z tego zestawu można na wiele różnych sposobów. Z jednej strony to zwyczajne układanie puzzli – sięganie po odpowiednie kształty i dopasowywanie ich do siebie. Zabawa, jaką zna każdy maluch, do tego – zabezpieczona przed zniszczeniem, bo drewniane puzzle są bardziej trwałe niż tekturowe, a wielkość i kształt sprawia, że łatwiej się nimi posługiwać najmłodszym (ćwiczenie małej motoryki: kolejny atut zabawki). Z drugiej strony – można tu układać zbiory (wybierać wszystkie piłki czy klocki), kojarzyć tła albo kolory przedmiotów, wymyślać kolejne polecenia i zadania w oparciu o dostarczony zestaw. Ważne jest też to, że w zabawie może uczestniczyć jedno dziecko, ale równie dobrze zestaw sprawdzi się podzielony między kilka maluchów.

Jest to zabawka bardzo estetycznie wykonana, dobrze wymyślona i przygotowana tak, żeby nie znudziła się dzieciom zbyt szybko. Ponieważ ma wspierać naukę liczenia, nie rozprasza się tutaj dzieci za sprawą natłoku przedmiotów czy barw, za to tematy ilustracji odwołują się do tego, co ważne dla Felusia i Gucia – oraz ich odbiorców docelowych. Puzzle do nauki liczenia to strzał w dziesiątkę. „Feluś i Gucio poznają cyferki” to połączenie mnemotechnicznych zajęć z prostotą pomysłu – najskuteczniejszy sposób na przekonanie dzieci, że matematyka jest zabawą i nie będzie się kojarzyć z męczarniami. Takie wprowadzenie do nauki liczenia spodoba się najmłodszym i błyskawicznie wzbudzi zainteresowanie. Każdy przecież chce się pobawić klockami, które łączą się, tworząc ciekawe zestawy obrazków. W tych puzzlach cieszy jednak nie tylko aspekt edukacyjny, ale i sam stopień dbałości o szczegóły, przygotowanie, które nie pozostawia nic przypadkowi. A po skończonej zabawie wystarczy wszystko zamknąć z powrotem w pudełku z przesuwaną górą.

środa, 11 marca 2026

Reportaże z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB

Ringier Axel Springer, Warszawa 2026. Spojrzenia sąsiadów Każdy z autorów wybiera się za inną granicę, żeby poznać ludzi, którzy żyją tuż obok Polski, za to z dala od wielkiej polityki – i którzy mają swoje przemyślenia na temat sąsiadów, zwykle – odarte ze stereotypów i uproszczeń. „Reportaże z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB” to publikacja zbiorowa, złożona z gazetowych poszukiwań odbicia Polaków w oczach innych nacji. I przeważnie autorzy wybierają się za tą granicę, za którą wiedzą, czego się spodziewać – nie będzie tu zaskoczeń ani poszukiwania na siłę rozmówców czy ciekawostek. To raczej podporządkowanie się zastanym szansom, rejestrowanie ulotnych chwil i opowieści o sobie samych. Co ciekawe, każdy z reporterów stara się jednak nawiązywać do wielkiej historii i wielkiej polityki – ale przede wszystkim po to, żeby uświadomić czytelnikom, jak bardzo rozbieżne są często interesy państw i jednostek, albo żeby przypomnieć, że poza wiadomościami z podręczników do historii jest jeszcze zwyczajne życie i jego nie da się tak łatwo ująć w ramy. „Reportaże z widokiem na Polskę” to książka, w której bez przerwy trwają poszukiwania. I to nie poszukiwania polskiej tożsamości – Polacy w oczach innych stają się również inni, sami mogą się przejrzeć w spojrzeniach przedstawicieli różnych nacji, a czasami ten gest zamieni się w możliwość odkrycia czegoś niezwykłego. Niewiele tu sensacji – jeśli ktoś spodziewa się rozdrapywania traum lub podsycania konfliktów na bazie narodowościowej, nie ma czego w tej książce szukać. Tu liczy się bowiem porozumienie poza podziałami, możliwość wypracowania sobie kompromisu lub – ucieczka od tego, co najbardziej rozczarowujące. Od czasu do czasu zdarza się, że autorzy posiłkują się względami osobistymi: czyjś dziadek chce odwiedzić rodzinne strony – to wystarczy, żeby zabrać się z nim i ocalić przynajmniej część domowych opowieści. W tej publikacji liczy się przede wszystkim szczerość i podążanie za tropami, nawet jeśli miałyby one prowadzić donikąd. Tu króluje zwyczajność, która staje się niezwyczajna właśnie ze względu na wybory i poglądy bohaterów. „Reportaże z widokiem na Polskę” to opowieść niespieszna i nie zawsze walcząca po jednej lub drugiej stronie. A co do wielkich wydarzeń – owszem, istnieją w świadomości rozmówców autorów – ale istnieją na marginesie, nie utrudniają codzienności i na pewno nie zaprzątają myśli dłużej niż to konieczne. Bo przecież trzeba jakoś żyć, bez względu na traumy przodków i na wyzwania, jakie serwują politycy. Zwłaszcza przy granicach jest to widoczne i zwłaszcza tam, gdzie stereotypy rozwijają się w najlepsze – ludzie zawieszeni pomiędzy krajami wiedzą o tym najlepiej i próbują budować własne azyle bez oglądania się na większych i silniejszych sąsiadów. W ten kalejdoskop autorzy włączają Polskę.

wtorek, 10 marca 2026

Bajki z uśmiechem - część trzecia

Zapraszam do posłuchania.

czyta Ireneusz Załóg
muzyka: Klaudia Rabiega

Bajki z uśmiechem - odcinek marcowy: https://youtu.be/vF0dz0QaEqA

Maciej Falkowski: Nasi Niemcy

Czarne, Wołowiec 2026.

Pamięć

Zmieniają się czasy, zmieniają się pokolenia, a jednak wciąż w świadomości Polaków pokutuje pseudopamięć Niemca-wroga, tego, który podczas drugiej wojny światowej… Maciej Falkowski zatem prowokuje czytelników do refleksji i proponuje książkę „Nasi Niemcy” – podąża śladami Niemców mieszkających w granicach II Rzeczpospolitej i odkrywa to, co przetrwało po nich do dzisiaj. Od czasu do czasu może spotkać kogoś, kto ma niemieckie korzenie, znacznie częściej jednak trafia na ludzi chcących ratować przeszłość i pochylających się nad odmiennością kulturową w skali mikro. „Nasi Niemcy” to opowieść o ocalaniu – nawet wtedy, gdy wydaje się to nierealne. Maciej Falkowski trafia na zapomniane cmentarze, które miejscowi zaczynają na własną rękę odrestaurowywać z szacunku albo zwykłego ludzkiego odruchu – kontrastuje te krzepiące obrazy z dawnym brakiem poszanowania inności. Ale na skandalach się nie zatrzymuje, tu liczy się ocalanie przeszłości na poziomie zwykłych ludzi, społeczników, mieszkańców zwyczajnie zainteresowanych historią w wymiarze obyczajowym.

Falkowski wykorzystuje wiadomości podręcznikowe, żeby wyjaśniać czytelnikom, skąd ci Niemcy w ogóle się wzięli na terenach Polski – korepetycje z historii mogą się przydać zwłaszcza tym wrogo nastawionym do odmienności. Ale równie chętnie czerpie z informacji udzielanych mu na każdym kolejnym miejscu, które odwiedza: podróżuje po kraju i nawiązuje kontakty (między innymi dzięki mediom społecznościowym): tak trafia na ludzi, których pracę warto nagłośnić. Staje się ich megafonem, przekazuje odkrycia i zabiera czytelników do miejsc, w które sami nie mogliby trafić bez nietypowego przewodnika. Wyszukuje zrujnowane domy, charakterystyczne dla poniemieckiego pejzażu, dwujęzyczne tablice albo kościoły. Zależy mu na tym, żeby nadać ludzki charakter każdemu z odkryć, tu nie można pisać sucho i beznamiętnie o przeszłości – trzeba storytellingu, żeby zaintrygować jak najszersze grono odbiorców, żeby wyczulić czytelników na potrzebę działania na rzecz lokalnych społeczności. Wszystko po to, żeby „mniejszość niemiecka” przestała być straszakiem, a funkcjonowała jako szansa na rozwój i warta uwagi. Sam autor nie zawsze zdąża na czas: zdarza się, że trafia już tylko na „okruchy pamięci”, strzępki, z których musi pieczołowicie odtwarzać zestaw kiedyś oczywistych wiadomości. Stąd też dokładność: Falkowski tworzy wręcz narracyjne mapki, stara się nie pominąć żadnego szczegółu, zarejestrować absolutnie wszystko, do czego udało mu się dotrzeć. Wypytuje swoich rozmówców o detale, a dzięki spotkaniom może też pokazać czytelnikom, jak kształtowały się działania prowadzące do ocalenia historii. Próbuje ożywiać wykłady – wprowadza własne komentarze na temat rozmówców i pozwala czytelnikom błądzić razem z nim po bezdrożach. „Nasi Niemcy” to książka pozbawiona sentymentu, chociaż wyrosła na fascynacji. Autor przyznaje się do tego i konsekwentnie poszukuje klucza do rozczytania mniejszości niemieckiej w Polsce. Odwołuje się do delikatnych kwestii – relacji między Polakami i Niemcami, ale także do całego zestawu mniej oczywistych dla czytelników podziałów – rozróżnień w ramach samej mniejszości. Mierzy się autor z wieloma wyzwaniami, ale zdaje sobie sprawę, że te zależności trzeba uporządkować – żeby zaszczepić w kolejnym pokoleniu ciekawość i żeby nie dopuścić do bezpowrotnego znikania kolejnych lokalnych zwyczajów lub pamięci o przodkach.

poniedziałek, 9 marca 2026

Magda Skubisz: Nóż i piołun. Saga rodu Tyszkowskich

Media Rodzina, Poznań 2026.

Zielnik

To jest coś fantastycznego, jak Magda Skubisz prowadzi opowieść zawężaną do kilku osób już piąty tom – i jak w dalszym ciągu cieszy. „Nóż i piołun”, piąta część Sagi rodu Tyszkowskich, to prawdziwy popis humoru tej autorki – i książka, która łatwo może przekonać do lektury całości. Katja – zielarka, która potrafi wyleczyć każdą chorobę siłami natury – próbuje odzyskać zeszyt z przepisami odziedziczony po Batce. Ów zeszyt znajduje się teraz w posiadaniu zadufanego w sobie lekarza, tego, który gardzi medycyną ludową, ale w razie potrzeby mógłby skorzystać z kuracji, byle potajemnie i bez pomocy innych. Dla Katji to jedyna szansa na ocalenie rodzinnej pamiątki – jednej z dwóch po Batce. Ale do utraty drugiej, noża do ścinania ziół, przyczynia się matka zakochanego w niej Antoniego Tyszkowskiego.

Karuzela westchnień trwa: Katja przekonuje się boleśnie, że Sepek nie będzie nigdy dla niej partnerem w miłości. Cierpiący na depresję po stracie ukochanej (z ludu), próbuje na różne sposoby popełnić samobójstwo – chyba że znajdzie powód, żeby żyć. Antoni normalnie spędzałby czas na zbytkach, ale nie może, bo stale musi ratować Katję z kolejnych opresji. W końcu podkochuje się w niej od tak dawna, że służenie kobiecie z niższych sfer pomocą weszło mu już w nałóg. Ale trzeba będzie w końcu połączyć siły, skoro wszyscy potrzebują się nawzajem i to z różnych powodów. Dobrze przynajmniej, że dzieci są daleko i bezpieczne, można skoncentrować się na własnych potrzebach.

Magda Skubisz znowu wysyła bohaterów na kolejne misje i naraża na wielkie niebezpieczeństwa, każe uczestniczyć w brawurowych pogoniach i przeżywać ogromne emocjonalne wstrząsy. Ale posługuje się na ogromną skalę humorem na różnych płaszczyznach. Przede wszystkim lekko drwi sobie z Antoniego – wyraźnie ociepla jego wizerunek i sprawia, że jeśli do tej pory ktoś nie był do bohatera przekonany, teraz go polubi (chociaż Antoniego jako czarnej owcy w rodzinie nie dało się nie lubić od początku). Antoniemu w budowaniu grona wiernych fanów bardzo pomaga też sprytny koń, Asmodeusz, bohater wielu zabawnych wybryków. Do tego autorka bawi się jeszcze motywami z tła, między innymi romansem matki Sepa i Antoniego, a także… grą pozorów z balu wyższych sfer. Tu nie można się nudzić ani przez moment. Autorka sięga po całe zestawy słownych przepychanek i ironię ociekającą wręcz z komentarzy bohaterów, szlifuje riposty i pozwala na ujawnianie większego poczucia humoru niż pozwalałyby na to konwenanse. Do tego dodaje mnóstwo humoru sytuacyjnego, scenki, które znaczą zupełnie co innego niż mogłoby się wydawać. I tak uzbrojonych bohaterów wypuszcza po raz kolejny do czytelników. „Nóż i piołun” to jak do tej pory najlepsza książka w serii, widać wyraźnie, że chociaż moda na opowieści z kręgu zielarek przeminęła, to Magda Skubisz nie musi żałować takiego wyboru – radzi sobie świetnie z tematem i ma czym przyciągnąć czytelników do całego cyklu.

niedziela, 8 marca 2026

Cristina Losantos: Co oni robią

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Spostrzegawczość

Takich książek zawsze brakuje. Cristina Losantos pokazuje odbiorcom, że wyszukiwanki nie muszą być nudne, a mogą dostarczać mnóstwa emocji i mnóstwa pracy. „Co oni robią” to książka, w której nie ma słów: jedynie pierwsza rozkładówka zawiera polecenia i podpowiedzi dotyczące korzystania z kartonowego tomiku. Każda następna rozkładówka to już wielkoformatowy obrazek wypełniony szczegółami, działaniami i ruchem. Autorka zabiera odbiorców do miasteczka, w którym każdy zajęty jest swoimi sprawami. Wyliczenie na pierwszej stronie sugeruje, jakie zawody pojawią się w tomiku – i jakich fachowców szukać na kolejnych stronach. Poza kilkudziesięcioma zapracowanymi bohaterami będzie tu zawsze ktoś w czapce błazna (zawsze to ktoś inny), ktoś, kto chodzi w nieszablonowy sposób, ktoś, kto pojawia się na każdej rozkładówce i wymyka się schematom. Na kartkach spotkać można policjanta i złodzieja albo kierowcę tajemniczej furgonetki. I tak dalej – zabawa nie będzie mieć końca. Na obrazkach panuje pozorny chaos, nie da się na szybko znaleźć tematu wiodącego, trzeba się dokładniej przyjrzeć, żeby zrozumieć, co dzieje się w danym miejscu i w danym momencie. Czasami ktoś kręci film, czasami toczy się zupełnie zwyczajne życie – tyle że w tym gwarnym i barwnym ujęciu robi się ono bardzo ciekawe. Bohaterowie są komiksowi i bardzo często mają zabawne miny, każdy jest zaaferowany, ma swoją pracę, ale czasami robi coś wbrew oczekiwaniom. Warto zatem oglądać uważnie każdą jedną postać – bo te mogą zaskakiwać. I oczywiście że większość odbiorców będzie po prostu wypełniać polecenia i po kolei sprawdzać wskazywanych bohaterów – to przepis na korzystanie z tomiku przez wiele godzin. Ale dzieci mogą również ćwiczyć sztukę opowiadania, kiedy będą przedstawiać rodzicom, co dzieje się na kolejnych stronach. Potrenują spostrzegawczość i logiczne myślenie – bywa, że kolejne rozkładówki w mają jakiś punkt wspólny albo łączą się w wybranym motywie i wówczas warto zastanowić się nad związkiem między wydarzeniami. Ta książka jest bardzo inspirująca, nie pozostawia miejsca na nudę i zapewnia odbiorcom całkiem dużo wyzwań. Niby jest to wyszukiwanka – ale wcale nie prosta czy naiwna, więc dzieci, które nie przepadają za tą formą rozrywki, mogą zweryfikować swoje spostrzeżenia i dobrze się bawić przy korzystaniu z tej publikacji. Cristina Losantos nie rozczaruje nikogo – sprawi, że odbiorcy docenią tradycyjne formy rozrywki w nowej odsłonie. A kiedy skończą się już wyznaczone przez autorkę zadania i podpowiedzi (chociaż wydaje się to niemożliwe), da się korzystać z tomiku po swojemu, wymyślać do niego kolejne wyzwania i ciekawostki związane z codziennością w gwarnym mieście. Jest to tomik kolorowy i zabawny, nawet jeśli nie pojawia się w nim żaden komentarz – to od wyobraźni użytkowników zależeć będzie, w co ostatecznie się zamieni. Warto zatem dać się zaskoczyć.

Tomek i przyjaciele. Gwiazda nocnika!

Harperkids, Warszawa 2026.

Ćwiczenia

Właściwie trudno sobie wyobrazić ćwiczenia, które może zaproponować lokomotywa Tomek, żeby nakłonić maluchy do korzystania z nocnika. Ale wsparcie rodziców w pracy edukacyjnej pojawia się w ramach gadżetowej publikacji. „Gwiazda nocnika! Zabawy i zadania z naklejkami” to mocno motywacyjna książeczka, dzięki której dzieci przekonają się, jakie korzyści będą płynąć ze zmiany dotychczasowych zachowań. I tak po kolei dzieci mają się nauczyć, jak samodzielnie opuszczać i naciągać majtki, jak przerywać zabawę, żeby skorzystać z nocnika, jak na tym nocniku siedzieć (i po co), a także – jak wycierać pupę i jak myć ręce po wszystkim (można przy tym zrobić dużo piany, żeby było weselej). Nie ma tu wyjaśnień szczegółowych, raczej – wyznaczane są kolejne zadania. Jeśli dziecko będzie już miało opanowaną kolejną umiejętność, może w nagrodę uzyskać naklejkową gwiazdkę – umieszczenie jej w odpowiednim miejscu na stronie to jak odznaka, o którą warto powalczyć. Gdzie w tym wszystkim Tomek i przyjaciele? Pełnią rolę dyskretnych trenerów, którzy dopingują wszystkich. Wprawdzie lokomotywy nie muszą korzystać z toalety, ale już temat przyspieszania lub powstrzymywania czegoś jest im bliski i mogą podzielić się z odbiorcami tymi doświadczeniami. Lokomotywy pojawiają się także po to, żeby zapewnić najmłodszym szereg łamigłówkowych wyzwań – znajdą się w książeczce proste zadania dla kilkulatków, tak, żeby nie tylko koncentrować się na toaletowych i nocnikowych zachowaniach, ale też żeby pobawić się podczas lektury w coś nietypowego – to może być propozycja dla dzieci, które potrzebują wielu bodźców i szybko się nudzą. Zatrzymuje się ich uwagę raz zabawą w wybieranie najpiękniejszego nocnika, raz – szukaniem naklejek z konkretnymi minami dla bohaterów książki. Za to w tematach nocnikowych najwięcej jest sylwetek dzieci – zdjęcia maluchów na nocnikach – albo w triumfalnych pozach – mają zachęcać do aktywnego wprowadzania nowych zwyczajów.

Oczywiście, że jest to publikacja naiwna i kierowana do określonej grupy odbiorców, oczywiście wśród dorosłych może wyzwalać rozmaite emocje – ale liczy się efekt, a jeśli rodzice w ten sposób, dzięki bohaterom z lubianej przez dzieci bajki uzyskają wsparcie w dążeniu do odzwyczajania malucha od pieluch – to można się tylko cieszyć. Każde dziecko dzięki tej publikacji może poczuć się docenione, kiedy osiągnie kolejny poziom umiejętności, każde też może się dowiedzieć, do czego ma dążyć i czego się od niego oczekuje. Tu nie ma mowy o poszukiwaniu historyjek koncentrujących się wokół jasno określonego tematu, najważniejsze jest nagradzanie za postępy – i wzbudzanie chęci do czynienia tych postępów. „Gwiazda nocnika” to wykorzystywanie bohaterów znanych i lubianych powszechnie do celów wychowawczych – a to może się sprawdzić.

sobota, 7 marca 2026

Łukasz Dynowski: Atomowi. Testy nuklearne na ludziach

Agora, Warszawa 2026.

Broń

Przerażająca jest ta książka w swojej wymowie, a do tego Łukasz Dynowski trafia w czas, w którym przypomina się odbiorcom, jakie niebezpieczeństwa pociąga za sobą wyścig zbrojeń. „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” to opowieść o tym, co działo się w drugiej połowie XX wieku – a co swoje konsekwencje ma do tej pory. Łukasz Dynowski podąża za atomowymi weteranami – a właściwie ostatnimi żyjącymi z tych, którzy uczestniczyli w najbardziej koszmarnych eksperymentach w dziejach ludzkości. Sprawdza, jak wyglądają ich wspomnienia i zestawia dzisiejszy stan wiedzy na temat bomb atomowych czy wodorowych z tym, co dopiero było sprawdzane kilka dekad wcześniej. Zabiera autor odbiorców do miejsc, w których wybuchały bomby – te najgroźniejsze – żeby sprawdzić, jaki wpływ miały te wydarzenia na egzystencję normalnych ludzi, czasem prostych żołnierzy, a czasem miejscowych, których nikt w porę nie ostrzegł przed dalekosiężnymi zagrożeniami. I tak rozwija się przed oczami czytelników cały zestaw okropieństw powiązanych z ekspozycją na opady nuklearne. Coś, co dla starszego pokolenia było codziennością – świadomość toczącej się zimnej wojny i wyścigu zbrojeń – teraz przybiera o wiele bardziej ludzkie kształty.

Trochę autor opowiada o tym, jak wyglądało konstruowanie bomb atomowych i – jakie było tło polityczne takich działań. Wyjaśnia dążenie ludzi do stworzenia broni masowego rażenia, chociaż mniej interesuje go pęd w kierunku zagłady, a bardziej – konsekwencje niebezpiecznego wynalazku. Rozumie mechanizmy wojny w zestawieniu z prywatnymi reakcjami każdego człowieka – co nie zmienia faktu, że tu lista ofiar wydłuża się ze wzrostem świadomości na temat skutków użycia bomby atomowej. Z jednej strony są tu historyczne momenty – chwile, kiedy rządy skonfliktowanych państw zdecydowały się na wykorzystanie najpotężniejszej broni ze swojego arsenału – Hiroszima i Nagasaki pozostają tu punktem odniesienia. Z drugiej – istnieje cały wachlarz tajnych testów, wybuchów w warunkach teoretycznie kontrolowanych – a w praktyce przynoszących dopiero wiedzę na temat bomb atomowych. I Łukasz Dynowski sięga do opowieści tych, którzy jeszcze coś opowiedzieć mogą – wielu świadków wydarzeń tajemnicę zabrało do grobu, między innymi za sprawą polityki medialnej, która nakazywała tuszowanie działań i niewzbudzanie powszechnej paniki. Spotyka się z weteranami lub ich potomstwem, analizuje wspomnienia i zestawia je z obrazkami dla prasy. Będzie tu mowa o możliwości zobaczenia kości kolegi przez zamknięte oczy i mowa o skórze ściąganej jak rękawiczki, będzie mowa o całym zestawie raków atakujących organizm nawet po wielu latach i o chorobach, które dziedziczy kolejne pokolenie. Ale autor dociera też do tematów skrzętnie skrywanych: opowiada, z czego brały się błędy pomiarowe, jak wyznaczano granice niebezpieczeństwa i jakie miało to przełożenie na rzeczywistość. Podsuwa odbiorcom mnóstwo dowodów na to, że ludzie nie mogli ufać informacjom uzyskiwanym od rządu – i przedstawia dramat tych, którzy stracili bliskich w wyniku bezpośredniego kontaktu z testami nuklearnymi. Ta książka jest mocna. A jednak autor unika tanich sensacji, stara się po prostu tłumaczyć i pokazywać wydarzenia z przeszłości – jako ostrzeżenie. Trafi do odbiorców przez dynamikę narracji – ale wiele razy będzie ich szokował.

piątek, 6 marca 2026

Magdalena Parys: Floren

Agora, Warszawa 2026.

Sterowanie

Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.

czwartek, 5 marca 2026

Kształty

Harperkids, Warszawa 2026.

Układanka

Grube kartonowe strony to doskonałe miejsce do ćwiczeń motorycznych. W kolejnych rozkładówkach tomu „Kształty” zostały wycięte konkretne pola – proste figury geometryczne (czasem takie, które dziecko potrafi nazwać, jak koło czy trójkąt, czasem trochę bardziej skomplikowane, jak pięciokąt). Składnikiem książki jest także zestaw filcowych ilustracji – to znaczy ilustracji nadrukowanych na grubym kawałku filcu. Trzeba je powyciskać z „kartki”, na której się znajdują, a następnie dopasowywać do narracji na kolejnych stronach – wkładać w odpowiednie wycięcia. I można tu przyjąć dowolny system: albo kierować się tym, co ma się znaleźć na obrazku (a co zostało podpowiedziane w narracji), albo postawić na przypadek i wyszukiwać elementy wyłącznie po kształtach, żeby wprowadzić trochę niespodzianek i zaskoczeń do książeczki.

„Kształty” to książka, która przyzwyczaja najmłodszych do charakterystycznych figur – i pozwala dzieciom rozwinąć umiejętności w zakresie geometrii przez świetną zabawę. Wycięte w stronach figury mają pod spodem wypełnienie – filcowe i mocno barwne, tak, że charakterystyczny kształt łatwo zapadnie dziecku w pamięć i będzie się kojarzył z konkretną nazwą podaną bezpośrednio w tekście. Do tego dojdzie jeszcze mnemotechnika związana z umieszczaniem odpowiednich obrazków na odpowiednich miejscach – dzieci zbudują sieć skojarzeń przez prostą zabawę. „Kształty” to gra, która się nie kończy – po skończeniu pracy można pozbierać obrazki i schować w odpowiednim miejscu w książce, żeby następnego dnia przystąpić do wypełniania stron po raz kolejny. Filcowe elementy są bezpieczne i przyjemne w dotyku, zresztą podobnie jak zagłębienia o określonych kształtach w kolejnych rozkładówkach – dzieci wykorzystywać będą nie tylko wzrok, ale i zmysł dotyku. Ta książeczka aż prosi się o to, żeby wodzić palcami po jej krawędziach i po wycinanych figurach, a kontrast między tekturowymi stronami i filcowymi obrazkami będzie dla dzieci co najmniej zaskakujący. Każda strona to akapitowa scenka z życia zwierzęcych bohaterów: tygrysy i krokodyl robią ciasteczka, kot, msz i żyrafa budują wieżę z klocków – każdy jest czymś zajęty, a kształty odgrywają ważną rolę w jego działaniach. Ilustracja zajmuje większą część strony – można się jej przyjrzeć i wskazywać poszczególne przedmioty lub określać ich kształty. Pod ilustracją znajduje się informacja o tym, jak nazywa się wybrany kształt (i jakiemu przedmiotowi w domu odpowiada), a także proste ćwiczenie związane z rozpoznawaniem nowego kształtu. Jest tu oczywiście miejsce na wprowadzenie filcowych obrazków – a podpisy pod nimi przypominają dzieciom charakterystyczne i warte zapamiętania nazwy. Jest to zatem książeczka edukacyjna, która dostarcza najmłodszym całkiem sporo zabawy i dobrze przygotowuje dzieci na szkolne lekcje. Można wykorzystywać ją jako pomoc dydaktyczną, ale znacznie lepiej sprawdzi się po prostu jako zabawka.

środa, 4 marca 2026

Kamil Sipowicz: Kora i inne zwierzęta

Marginesy, Warszawa 2026.

Kojące Roztocze

„Kora i inne zwierzęta” to zestaw zapisków Kamila Sipowicza – a główną rolę w tych zapiskach odgrywają czworonożni przyjaciele i zwierzęta „przechodnie” – te, które krążą między domami i spędzają czas u rodzin, które sobie wybrały. Od czasu do czasu przewija się przez ten zwierzyniec Ola – już chora, ale wciąż troskliwie zajmująca się wszystkimi mieszkańcami domu. Dla Kory Kamil Sipowicz przygotowuje sok z brzozy albo z pokrzyw, wie, które rośliny mają dobry wpływ na zdrowie i skwapliwie korzysta z dobrodziejstw natury. Jednocześnie tworzy prawdziwą reklamę Roztocza – przedstawia miejsce ze wszystkimi jego zaletami i dziwactwami. Wprowadza do narracji przyjaciół i sąsiadów, nawet tych, którzy nie wsławili się zbyt dobrym podejściem do zwierząt – ale każdy znajdzie tu swój kąt. Kora szczególnie chce się opiekować tymi stworzeniami, które potrzebują pomocy, ale ma też swoich ulubieńców, między innymi Ramonę, która we wspomnieniach Sipowicza zajmuje sporo miejsca.

Roztocze w ujęciu Kamila Sipowicza praktycznie nie ma wad – to miejsce, które staje się ostoją, rajem, a przynajmniej odskocznią od codziennych zmartwień. Tu do rangi zmartwienia urasta to, że psy „zewnętrzne” weszły do domu albo wskoczyły na kanapę, chociaż im nie wolno – oczywiście że w tle przewija się poważna choroba, a do tego nie wszyscy ludzie spełniają pokładane w nich nadzieje. Ale znienacka można tu otrzymać bardzo cenną lekcję filozofii i poznać inne spojrzenie na świat. Na Roztoczu jest dobrze, wygodnie i gościnnie, nikogo nie dziwi, że można tu zapomnieć o stresach. „Kora i inne zwierzęta” to właśnie publikacja stresy oddalająca – Kamil Sipowicz skupia się na prezentowaniu kolejnych pomysłów domowych pupili. Czasami zabiera czytelników na wycieczkę – opowiada, jak Kora przemycała Ramonę w torbie podróżnej, żeby uniknąć problemów biurokratycznych (i co się działo, kiedy przewoziła psa ze wszystkimi koniecznymi dokumentami oficjalnie). Wplata anegdoty i wspomnienia, dzieli się z czytelnikami cząstką życia z Korą, ale nienachalnie. Nie zależy mu na uzyskiwaniu tanich wzruszeń, woli za to zająć się tym, co atrakcyjne, ale znacznie mniej przygnębiające. Przesuwa Korę do tła, tak, żeby jej obecność – dyskretna i krzepiąca – stała się dla czytelników oczywistością. Krótkie rozdziały to tematyczne opowieści, dla autora – związane ze zwyczajnymi dniami i z tematami bez większego znaczenia w globalnej skali, za to budującymi niepowtarzalną atmosferę. Jest tych rozdziałów sporo, tak, żeby czytelnicy mogli się odnaleźć w tym świecie, żeby zdążyli poczuć klimat i polubić się z bohaterami. To opowieść o kochaniu zwierząt – i o ludzkiej tęsknocie. Próba powrotu do wspólnych czasów, zatrzymania w drobnych i z pozoru nieważnych wspomnieniach codzienności. Od czasu do czasu Kamil Sipowicz zamienia się jeszcze w przewodnika, przedstawia wybrane elementy przeszłości albo sztuki – żeby pokazać odbiorcom różne oblicza Roztocza i żeby zaproponować im niezwykłą, indywidualizowaną podróż. Do tego zdjęcia i kolaże – tym razem już z Korą i zwierzętami. I tak ten tom może stać się dla czytelników azylem na długo.