* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 10 grudnia 2024

Aaron Fisher: Droga Herbaty. Zdrowie, harmonia i wewnętrzny spokój

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024.

Rytuał

Seria Bona vita wpisuje się w nurt slow life i pokazuje, jak znaleźć czas na wyciszenie się i uspokojenie w codziennym zabieganiu. „Droga herbaty. Zdrowie, harmonia i wewnętrzny spokój” to propozycja, którą Aaron Fisher kieruje do wszystkich zainteresowanych filozofią czerpania energii z aromatycznego naparu. Nie mają tu znaczenia historyczne odkrycia, reportaże ani poszukiwania smaków, nie liczą się kulinarne pomysły – herbata jawi się za to jako sposób na kojącą i satysfakcjonującą egzystencję. W tym autor znajdzie porozumienie z czytelnikami pragnącymi zwolnienia tempa. Aaron Fisher koncentruje się przede wszystkim na znaczeniach picia (i parzenia) herbaty, na związanych z tym kulturowych osiągnięciach, na opowieściach i na symbolach. Nie zamierza przekazywać wiedzy, znacznie bardziej interesują go emocje i uroki związane z sączeniem dobrej herbaty. Odwołuje się do chińskich tradycji, przedstawia to, co przy codziennych i zwykłych posiłkach przeważnie umyka. Ale jest skłonny też podkreślić wartość wyciszenia związanego ze zwyczajną zaparzaną z torebki ekspresówką – pod warunkiem, że ktoś obudowuje to sobie w cały rytuał odcięcia się od zewnętrznych bodźców. Jest w tej książce zachwyt. Jest próba zarażania innych sposobem na funkcjonowanie z dala od wyścigu szczurów. Nie każdy może podzielać emocje autora, nie każdy da się przekonać do tak poprowadzonej opowieści – opowieści, w której liczy się przede wszystkim rytm i odejście od konkretów na rzecz przeżyć. Autor uczy, jak pracować nad swoją duchowością (w kontekście herbaty) i jak postępować, kiedy chce się nauczyć medytacji w wersji pop. Bo chociaż tworzy relację silnie zakorzenioną w przeszłości kulturowej Dalekiego Wschodu, zależy mu też na znalezieniu wspólnego języka z czytelnikami. Właśnie dlatego chętnie przekazuje własne odczucia i zapewnia czytelników, że warto wybrać się w taką podróż. Herbata momentami jest tylko pretekstem do analizowania zwyczajów i gestów, tyle że cały zestaw tradycji powiązany z rytuałami może ulegać zmianom w zależności od kontekstu i możliwości, w których funkcjonują akurat odbiorcy. Zatem – wszystko zależy od interpretacji i wszystko jest płynne. W związku z tym może dziwić fakt, jak dużo materiałów do opowieści autor zdobył – częstuje czytelników nie tylko herbatami, ale i wszystkim, co związane z rytuałem ich picia i co wpływa na postrzeganie herbaty w dzisiejszym świecie.

„Droga herbaty” to książka nietypowa: nie można się po niej spodziewać zbioru uporządkowanych wiadomości, to raczej esej związany z dokonaniami społeczeństw w zakresie poszukiwania azylu. Herbata stanowić może ucieczkę – i to ucieczkę skuteczną, wypełnioną zbiorem silnych doznań zmysłowych. Ekscytacja najmniejszą filiżanką boskiego naparu jest tu obecna na każdej stronie – „Droga herbaty” to znakomity pomysł na prezent dla tych, którzy lubią zastanawiać się nad głębią zwyczajów. Może szkoda, że Aaron Fisher nie pokusił się o zebranie i uporządkowanie wiadomości na temat picia herbaty – ale wtedy jego książka byłaby tylko jedną z wielu na rynku. Autor nie ustaje w wysiłkach, żeby uświadomić odbiorcom, jak ważne jest znalezienie sobie sposobu na wyciszenie. Proponuje herbatę.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

Kora Tea Kowalska: Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy

Karakter, Kraków 2024.

Znaleziska

Kora Tea Kowalska Gdańsk traktuje jak raj dla zbieraczy i kolekcjonerów. Wygrzebuje z ziemi rozmaite skarby (dla innych – śmieci), przeszukuje stoiska handlarzy starociami, zbiera i porządkuje. Przygotowuje całe wystawy z rzeczy pozbawionych wartości – na nowo nadaje im sens istnienia i swoistą cenę. Zachwyca się tym, na co wielu odbiorców nawet by nie spojrzało: połamanymi lalkami, guzikami, tanimi broszkami produkowanymi masowo, opakowaniami… W zasadzie można się zastanawiać, gdzie są granice kulturoznawczych radości i atrakcji – absolutnie wszystko staje się obiektem badań, jeśli tylko da się sprowadzić do zaczątków kolekcji. A przecież autorka lubuje się w powtarzalności przedmiotów, wybiera te, które układają się w całe serie, napawa się ich mnogością. Sięga po to, co oddaje ziemia, świadoma faktu, że funkcjonuje na olbrzymim wysypisku lub cmentarzysku: że pod nogami ma kolejne pokłady takich nikomu niepotrzebnych przedmiotów czekających na wydobycie i ocalenie.

Nie będzie w książce „Patrz pod nogi” żadnych olśnień ani przedmiotów o faktycznej wartości materialnej, więc jeśli ktoś liczy na opowieści o wykopywaniu złotych monet lub klejnotów – a przynajmniej przedmiotów o sporej wartości – może się rozczarować. Kora Tea Kowalska lubuje się w tym, co według słownika domowego nazywa „gównidłami” – drobiazgów z pogranicza śmieci. To rzeczy, które mogą ucieszyć wyłącznie dzieci (w czasach swojej świetności), a odkryte po latach – zbieraczy i kolekcjonerów. Autorka zdaje sobie sprawę z tego, że cienka jest granica między kolekcjonerstwem a zasypywaniem się śmieciami – podaje dość dramatyczny przykład ludzi, którzy zginęli przez tendencje do zbieractwa – jednak sama wykorzystuje przedmioty do opowiadania historii. Historii albo zakorzenionej w osobistych doświadczeniach – tu odnosi się do scenek z domu rodzinnego i z przetrząsania oferty handlarzy – albo zatrzymanej w samych przedmiotach, jeśli da się powiedzieć, do czego coś mogło służyć, jak funkcjonowało i co mówiło o kondycji (także finansowej) społeczeństwa czy o stosunku do dzieci. Gdańsk odkrywa swoje tajemnice za sprawą oddawania zagubionych, zapomnianych i zakopanych przedmiotów. W tym zachwycie badacza nie ma pragmatyzmu – liczy się wyłącznie ekscytacja nowymi znaleziskami i rozmowa z nimi, zbieranie danych i informacji o przedmiotach, budowanie całych narracji poświęconych im – Kora Tea Kowalska nie tylko proponuje opowieści bliskie mieszkańcom Gdańska. Przechodzi w kulturoznawczy dyskurs, przekazuje całe podejście do drobiazgów, przygląda się im i delektuje dzięki zmysłowemu poznawaniu: sprawdza faktury, zapachy i smaki, a wszystkimi tymi odkryciami dzieli się z czytelnikami. Oczywiście ten zachwyt jest dla wielu niezrozumiały – ale autorka wprowadza także cały rytm odczytywania informacji, które niosą ze sobą kolejne odkrycia. I w tym największa siła książki „Patrz pod nogi” – w konieczności zatrzymania się i podjęcia refleksji nad zwykłymi, pozornie bezwartościowymi przedmiotami. Kora Tea Kowalska uczy spojrzenia na świat w skali mikro, dzieli się własnymi zachwytami, nawet tymi najmniej oczywistymi. Ocala historię w wymiarze, który wydaje się nieznaczący – pokazuje, jak wiele o minionych pokoleniach mówią najzwyklejsze rzeczy.

niedziela, 8 grudnia 2024

Stanisław Jerzy Lec: Fraszki

Noir sur Blanc, Kraków 2024.

Skróty

Stanisław Jerzy Lec jest kojarzony przez szerokie grono odbiorców przede wszystkim za sprawą myśli nieuczesanych – aforyzmów, które w najbardziej lapidarny sposób ujmowały prawdy o życiu, człowieku i świecie. Jednak niewielu pamięta, że Lec próbował też swoich sił we fraszkach – i Noir sur Blanc wypuszcza na rynek uzupełnienie jego twórczości w postaci tomiku z fraszkami właśnie. I od razu staje się jasne, dlaczego nie jest to zbiorek, który zapadł w pamięć kolejnym pokoleniom. Lec, który w wymyślaniu paradoksów i celnych uwag na temat otoczenia osiągnął mistrzostwo, kiedy rymuje, nie zachwyca tak bardzo. W zasadzie lektura fraszek polegać będzie przede wszystkim na wyłuskiwaniu z formy tych spostrzeżeń, które w ograniczonej do tekstowego minimum formie cieszą najbardziej – czyli na wychwytywaniu tego, co działa bez oprawy z rymów. Faktycznie nie zawsze Lec może imponować współbrzmieniami – zdarzają mu się rymy wymuszone albo niekoniecznie podkreślające przesłania utworów. Jednak wciąż liczy się lapidarność i trafność uwag.

„Fraszki” to tomik, który jest znakomitym uzupełnieniem biblioteczek – i uświadamia czytelnikom, że Stanisław Jerzy Lec sięgał po różne formy wyrazu, żeby utrwalać codzienne olśnienia. Te teksty nie potrzebują komentarzy i przypisów – chociaż zdarza się, że do ich zrozumienia przyda się świadomość kontekstu. Lec, który w aforyzmach stawiał bardziej na uniwersalność i na czytelność nawiązań, we fraszkach czasami odnosi się do spraw aktualnych, niekoniecznie dzisiaj zawsze oczywistych dla odbiorców. Szuka rymów – widać, że pracuje nad warsztatem zwłaszcza we współbrzmieniach niedokładnych, nie zwraca jednak uwagi na to, jak owe rymy (albo w ogóle pozycja słowa w wersie) wpływają na komizm. Bo też i nie stara się być śmieszny, raczej – usiłuje zaskakiwać czytelników i wprowadzać do ich świadomości nowe skojarzenia.

Nie da się tu uniknąć porównań do myśli nieuczesanych – zresztą fanów twórczości Leca fraszki przecież nie zdziwią. W tej publikacji pojawiają się bardzo często pomysły warte oszlifowania, inspirujące i wyjątkowe – ale niekoniecznie pasujące do formy. Można dzięki temu sprawdzić, jak gatunek wpływa na sposób odbioru, jak go kształtuje i jak modyfikuje coś, co czeka na swoje właściwe ujęcie. Bez względu na genologiczne pułapki i wyzwania Stanisław Jerzy Lec udowadnia tutaj, jak bardzo precyzyjnie można uchwycić rzeczywistość i jak największe tajemnice świata wpasowują się w kilka fraz. Uczy dyscypliny myślowej i skrótu. I znowu – wydawnictwo proponuje tomik, którego nie da się przeczytać szybko i bez refleksji. Chociaż Stanisław Jerzy Lec może bawić i rozśmieszać, równie często zachęca do zastanowienia się nad kondycją człowieka i nad jego miejscem we wszechświecie, nad dylematami, polityką i relacjami z innymi. Mówi ważne rzeczy w niepoważnej formie.

Grzegorz Kasdepke: Wielka księga uczuć

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024. (wznowienie)

Emocje

Grzegorz Kasdepke przed laty znalazł sposób na opowiedzenie dzieciom o tym, co odczuwają i jak reagują w różnych sytuacjach. Przedszkolne scenki sprawdziły się na tyle dobrze, że grupa pani Miłki zamieniła się w przewodników po uczuciach i doczekała się aż czterech różnych ujęć – Grzegorz Kasdepke dokładał kolejne trudne tematy (między innymi ten, skąd się biorą dzieci), analizuje też świat wartości – w ostatnim tomiku opowiada o odwadze, uczciwości czy szacunku – wchodzi zatem w pojęcia jeszcze bardziej abstrakcyjne dla małych odbiorców, ale tłumaczy je przez nawiązania do drużyny piłkarskiej. Może trochę dziwnej, bo złożonej z dzieci i z lalek lub przedmiotów, które znalazły się w przedszkolnej Sali – jednak przydatnej przy wyjaśnianiu złożoności odczuć i reakcji.

„Wielka księga uczuć” to rzeczywiście pokaźny tom, składający się z czterech części: „Tylko bez całowania”, „Kocha, lubi, szanuje”, „Horror, czyli skąd się biorą dzieci” i „Drużyna pani Miłki” – od pierwszej chwili trochę onieśmielonej przedszkolanki tuż po studiach aż do jej szczęśliwego związku i ciąży. Przedszkolna grupa zżywa się ze sobą i daje się też poznać samym odbiorcom – tak, że wszyscy wiedzą, czego i po kim oczekiwać (dzieciaki mają specjalnie wyraziste charaktery, żeby nie trzeba było ich zbyt długo przedstawiać). Dochodzą też dalszoplanowi bohaterowie, którzy mają wpływ na przedszkolną codzienność, ale nie wchodzą w sam świat uczuć. Wszystkie te części – wcześniej pojedyncze książki, połączone w serię – wiążą się ze sobą ze względu na formę. Grzegorz Kasdepke wprowadza odbiorców szybko w rzeczywistość bohaterów: dynamiczne dialogi lub scenki natychmiast mają rozbudzić ciekawość czytelników. Są potrzebne – bo same uczucia nie są dla maluchów atrakcyjne. Dopiero oprawa zabawy pozwala na ich wydobywanie i, co ważniejsze, zrozumienie. Bohaterowie na własnej skórze przekonują się, jak ma wyglądać reakcja na konkretne zdarzenia, a to przełożenie abstrakcji na rzeczywistość pomoże odbiorcom w zrozumieniu, o czym w ogóle jest mowa. Jednak Grzegorz Kasdepke na tym nie poprzestaje. Wprawdzie dzieci z opowiadań otrzymują na bieżąco komentarz dotyczący ich przeżyć, jednak to nie wystarcza. Autor dokłada jeszcze pozabajkowy, pozafabularny komentarz dla odbiorców – i to dla odbiorców w różnym wieku. Osobno zwraca się do dzieci, którym tłumaczy, co zrobić, kiedy same coś odczuwają albo kiedy są świadkami podobnych reakcji kolegów. Osobno kieruje się też do rodziców – im proponuje szerszy ogląd sytuacji, wskazówki dotyczące postępowania i uwagi. Wszystko razem dopiero składa się na pełny obraz danego uczucia, emocji, reakcji czy wartości – dzięki temu odbiorcy będą mogli zrozumieć wszystko i zapamiętać charakterystyczne zachowania, a nawet skojarzyć je z własnymi doświadczeniami. I to największa wartość książki, która na rynek powraca co pewien czas. Ma już swoje stałe miejsce w kanonie lektur młodych odbiorców – chociaż Grzegorzowi Kasdepke nie chodzi wyłącznie o pisanie dla rozrywki, jest w stanie zaangażować czytelników emocjonalnie i przyczynić się do lepszego poznawania siebie przez odbiorców. A ponieważ to nie tylko wielka księga uczuć – ale jeszcze wielka ilustrowana księga – dzieci będą z przyjemnością do niej zaglądać. Takie publikacje się nie starzeją, trafiają do grupy docelowej, ale też i do ich wychowawców czy animatorów, którym mogą pomóc w opanowaniu sytuacji wśród maluchów.

sobota, 7 grudnia 2024

Rupert Holmes: Akademia zbrodni. Jak zamordować swojego szefa

Mova, Białystok 2024.

Lekcje zabijania

Rupert Holmes rzuca wyzwanie wszystkim przypadkowym autorom kryminałów – postanawia nauczyć ich zawodu, a przynajmniej budowania przekonujących wyjaśnień dotyczących samych zbrodni. „Akademia zbrodni. Jak zamordować swojego szefa” to prawdziwy popis w kreowaniu wielopłaszczyznowych planów – doprawiony sporą dozą ironii. Świetna pozycja dla wszystkich tych, którym znudziła się powtarzalność masowo produkowanych thrillerów i kryminałów – tu zyskają odświeżające spojrzenie i nie mniej zbrodniczych intencji. W zasadzie Rupert Holmes wziął z rynku dwa nurty: po pierwsze modę na kryminały, nieodłączny składnik literatury rozrywkowej – a po drugie – i to już, o dziwo, z rynku literatury młodzieżowej – trend związany z tworzeniem środowisk zamkniętych, szkół i uczelni, które automatycznie wpływają na dobór przyjaciół i wrogów. Oba te trendy jednak zyskują tu zupełnie nowy wymiar, inny niż wyjściowe możliwości. Rupert Holmes bowiem bardzo poważnie traktuje temat, który wykorzysta w celach satyrycznych. Oto Cliff Iverson zostaje złapany w momencie, gdy próbuje radykalnie rozwiązać problem z koszmarnym szefem. Wydaje się, że nie uda mu się wybronić: sytuacja jest jednoznaczna, a śledczy przyłapali Cliffa na gorącym uczynku – usiłowanie zabójstwa to wystarczający powód utraty wolności. Tyle tylko, że funkcjonariusze wcale nie zamierzają oddać Iversona w ręce wymiaru sprawiedliwości, zależy im natomiast na zwerbowaniu kolejnego adepta Akademii zbrodni.

Akademia zbrodni to miejsce ściśle tajne. Ale poza tym, że nie można do niej trafić przypadkowo, jest jeszcze cały szereg warunków i zasad tu obowiązujących. Każdy, kto zamierza zrealizować swoją pracę magisterską – to znaczy zlikwidować cel – czyli zamordować kogoś, musi przyswoić sobie kilka reguł, których ma przestrzegać. Wiadomo, że nie uniknie potem wyrzutów sumienia – jednak gdyby się okazało, że można uniknąć morderstwa, warto z niego zrezygnować. I do kontrolowania tego typu sytuacji potrzebny jest regulamin. Tu nic nie wolno zostawić przypadkowi. A każdy moment do trenowania mordowania innych jest dobry. Co oznacza, że w Akademii cały czas trzeba się mieć na baczności – każdy może okazać się wrogiem, nawet jeśli tylko ćwiczy swoje umiejętności.

Cliff Iverson do Akademii zbrodni trafia dzięki sponsorowi: komuś zależy na tym, żeby bohater zrealizował swoje zamiary. Cliff zatem składa sprawozdania swojemu – nieznanemu – darczyńcy, co pozwala na sprawdzanie, co dzieje się za murami Akademii. Ale nie jest to jedyna osoba, która studiuje, żeby rozwiązać swoje problemy. Jest tu między innymi także Dulcie – sympatyczna i doprowadzona do skrajności aktorka mobbingowana przez reżysera. Torpedowanie kariery gwiazdy (i proponowanie jej w zamian dubbingowania świnki niekoniecznie zaspokoi ambicje zawodowe. Rupert Holmes pozwala na sprawdzanie, jak kolejni uczniowie przygotowują się do zbrodni – jak opracowują wielopoziomowe plany (chociaż nikt nie zna ich pośrednich celów), jak poszukują najlepszej metody na likwidację przeciwnika. Przeskakuje między bohaterami i formami, ale najlepiej wypadają tutaj kolejne skomplikowane pomysły. To, że autor przedstawia rozmaite sposoby popełnienia zbrodni w detalach ucieszy fanów kryminałów – pokaże im, jak precyzyjnie można planować morderstwo idealne. Jest to powieść gęsta i przesycona humorem – śmiech odgrywa tu ważną rolę, pozwala bowiem osłabić lęk przed ostatecznością i odrobinę odciążyć struktury zbrodniczych rozwiązań. Jest tu sporo ironii i czarnego humoru w najlepszym wydaniu. Rupert Holmes pisze w sposób sycący, jego narracja jest wypełniona detalami, ale dzięki śmiechowi – nie męczy.

Ruchome bajki. Trzy małe świnki

Harperkids, Warszawa 2024.

Domki

W powtarzaniu bajek, które wszyscy znają na pamięć, nie chodzi o chwalenie się nowym tłumaczeniem (chociaż tutaj autorką przekładu jest Emilia Kiereś), ani o przypominanie fabuł doskonale utrwalonych nawet u najmłodszych odbiorców. Chodzi o interaktywną zabawę i nowe pomysły wydawnicze na publikacje. W przypadku „Trzech małych świnek”, książki wydanej w cyklu Ruchome bajki, liczy się urozmaicanie ilustracji przez działania, które prowadzą do dynamizowania opowieści. Kartonowy niewielki picture book ma zaledwie kilka ruchomych elementów – przesuwanych elementów (raz jest to koło, które jednak pozwala „tylko” ustawić bohaterów na właściwych do wymarszu pozycjach).

Mama trzech małych świnek zleca pociechom wybudowanie sobie własnych domów, domek ze słomy wilk zdmuchuje w okamgnieniu, podobnie jak domek z drewna – przy domku z cegieł nie jest tak łatwo, w dodatku wilk, który chce przejść do domu inaczej, dotkliwie parzy sobie pewną część ciała, co jest elementem humorystycznym i wręcz zachwycającym kilkulatki. Dzięki takim zabiegom można albo przekonać dzieci do czytania i do książek jako źródła rozrywki, albo zaprosić do nauki liter, albo - trenować umiejętność opowiadania, bo przecież na podstawie wiedzy własnej i obrazków da się bez trudu przedstawiać historię świnek po swojemu.

Ruchomy element z okładki powtarza się w treści książki, ale nie do końca: zamiast prezentacji bohaterów jest tu bowiem prezentacja rodzaju budulca domków. Jest też dmuchający na domek wilk – i tu zastosowane zostało ciekawe rozwiązanie, bo kiedy bohater nabiera powietrza, pęcznieje mu brzuch, za to wydech sprawia, że brzuch klęśnie, za to pojawiają się ilustracyjnie zaakcentowane podmuchy. Można jeszcze zajrzeć, kto kryje się za drzwiami ceglanego domku albo wielokrotnie wrzucać wilka w palenisko. Niewiele jest tych zabaw, ale ponieważ tomik jest przeznaczony dla najmłodszych dzieci – wystarczy, żeby nie zmęczyć ich nadmiarem wrażeń. Książka została przygotowana tak, żeby jej treść zapadała w pamięć i żeby odbiorcom chciało się ingerować w obrazki. „Trzy małe świnki” w takim ujęciu oznaczają nie tyle poznawanie przeżyć i przygód bohaterek, które uczą się, jak zapewnić sobie bezpieczeństwo – a zabawę ilustracjami. Za każdym razem bowiem ruszanie elementami książki pomaga w uzyskaniu nowej scenki, albo w nadaniu tempa starej – to bodziec, który przykuwa uwagę dzieci. Jest tu sporo kolorów, a obrazki mają humorystyczny charakter przede wszystkim dzięki minom postaci – to sprawia, że chce się oglądać strony, ale też i wyszukiwać niespodzianki. Z odnalezieniem elementów do przesuwania odbiorcy na pewno sobie poradzą – nawet jeśli są to starannie ukrywane w grafikach punkty. „Trzy małe świnki” to książka zabawka, ale w tym wypadku z niebanalnym tłumaczeniem i pozwalająca na modyfikowanie wyglądu kolejnych kartonowych stron. To coś dla dzieci, które lubią sprawczość i poczucie odpowiedzialności za realizacje historii: w końcu trzeba dopasowywać obrazki do narracji, także po to, żeby bohaterowie mogli swoje zadania wykonać odpowiednio.

piątek, 6 grudnia 2024

Chris Badura: Azymut na AI. Jak obrać najlepszy kierunek?

Helion, Gliwice 2024.

Perspektywy

Chris Badura zamierza oswajać odbiorców z tematyką związaną z AI: sztuczna inteligencja w ujęciu humanistycznym wybrzmiewa w tomie „Azymut na AI” i ma przekonać czytelników, że nie wolno bać się nowości, trzeba je za to kreatywnie wykorzystywać, dostrzegać i doceniać potencjał sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. „Azymut na AI” to publikacja dla wszystkich tych, którzy poszukują podstaw absolutnych, a jednocześnie chcą podjąć dyskusję na temat kierunków rozwoju AI i jej roli w życiu człowieka. Mało tu będzie szczegółów technicznych: na początku autor sięga po terminy w rodzaju „supremacja kwantowa” czy „kubit” – ale w dalszej części lektury nie są mu one do niczego potrzebne, koncentruje się za to na wykorzystywaniu sztucznej inteligencji w bardzo bliskiej przyszłości (lub codzienności). Chce nakłonić czytelników do refleksji nad zjawiskami, które wyzwalają silne emocje – tylko tak może zaangażować w temat.

Autor dąży do porządkowania wiadomości i do utrwalania ich przez powtarzanie. Wprowadza kierunki, w których AI może się przydać – uświadamia odbiorcom, jak funkcjonuje w medycynie, szkolnictwie, w zarządzaniu finansami, w rozrywce, transporcie, obsłudze klienta, bezpieczeństwie publicznym itd. W każdym sektorze wyszukuje motywy, które mogą zostać przejęte albo udoskonalone przez AI. Pokazuje Chris Badura, że ludzie będą mogli część obowiązków oddać maszynom – a sami zajmą się wówczas bardziej kreatywnymi i satysfakcjonującymi zadaniami. Badura zdaje sobie sprawę, że część ludzi przez AI straci swoje stanowiska – ale próbuje przekonać, że to pozytywny aspekt rozwoju technologii. Koncentruje się zwłaszcza na zjawiskach, które faktycznie zyskają na unikaniu ludzkich błędów – prowadzi subtelną agitację za AI. Podaje nawet przykłady, według których odbiorcy mają wyrobić sobie zdanie na temat przydatności sztucznej inteligencji w różnych aspektach życia. Co dziwne, część dialogów podejmowanych na linii człowiek – maszyna wybrzmiewa niemal jak wyjętych z poradników coachingowych – nie wszystkich takie argumenty przekonają. Chris Badura przytacza charakterystyczne zawody przyszłości – które mogą stać się pożądane w momencie ekspansji AI, ale też wyjaśnia, czym są prompty i jak je stosować. Upatruje perspektyw w rozwoju inteligencji emocjonalnej u AI – to znowu przejście do czegoś znanego i ludzkiego, tak, żeby oswoić rzeczywistość i sprawić, że sztuczna inteligencja ma stać się bardziej zrozumiała. „Azymut na AI” to próba wskazania, jaką postawę przyjąć wobec zmieniających się czasów i rozwoju technologii, żeby nie zostać w tyle – i żeby dobrze rozumieć to, co dzieje się w informatyce. Dla autora kwestie techniczne nie mają żadnego znaczenia, więc jeśli komuś zależy na informacjach a nie dywagacjach, powinien sięgnąć po inną lekturę – tu trafić mogą zainteresowani filozofią AI i możliwościami, jakie już wkrótce będzie zapewniać.

To publikacja przeznaczona dla tych, którzy boją się nowych technologii i potrzebują inspiracji, żeby dostrzec ich potencjał i szanse wykorzystania w normalnym świecie. Chris Badura przekłada dokonania informatyki na język filozofów – niekoniecznie przyczynia się zatem do zrozumienia istoty rzeczy, ale przynajmniej wprowadza do świadomości laików pewne terminy i zakresy działań AI.