* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 1 lutego 2014

Richelle Mead: Magia indygo

Nasza Księgarnia, Warszawa 2013.

Dla siebie

Przez dwa tomy Kronik krwi Richelle Mead przedstawiała Sydney jako dziewczynę, która dobro innych i służbowe obowiązki przedkłada nad własne potrzeby. Sydney rezygnowała z marzeń i walczyła ze swoimi uczuciami, robiła to, czego oczekiwali od niej inni. W „Magii indygo” dochodzi do pewnego przełomu w tej kwestii – bohaterka nareszcie ma czas, żeby zająć się sobą. A wszystko za sprawą czarodziejskich praktyk pod okiem panny Terwiliger. Sydney wbrew sobie uczy się magii i jest coraz lepsza w rzucaniu zaklęć. Tym razem niebezpieczeństwo nie grozi chronionym przez nią wampirom, ale… roztrzepanej nauczycielce i nastolatkom, które również uczą się czarów. Sydney, ratując nieznajome dziewczyny i irytującą, ale zadziwiająco bliską mentorkę, ratuje również siebie. Po pierwsze – mogłaby podzielić los zaatakowanych czarownic. Po drugie – zaczyna zauważać siebie. Mead nie obiecuje zwycięstwa, ale na początku tomu nakreśla przełom w zachowaniu tej postaci. To dobry moment na charakterologiczną zmianę – pozwala uniknąć rutyny i monotonii w samej opowieści.

Także czytelnicy mogą teraz bardziej skupić się na Sydney. Do tej pory Kroniki krwi były miejscami próbą osłodzenia końca Akademii wampirów – stąd obserwowanie dawnych bohaterów z nowej perspektywy. Teraz Sydney nieco oddala się od tego towarzystwa – a także od całego konsekwentnie przez autorkę budowanego konfliktu między dampirami i strzygami. Tu walka toczy się w środowisku alchemików i czarownic i po raz pierwszy nie pojawia się żadna groźna strzyga. Obecność jednoznacznie złych istot osłabiłaby wewnętrzne przełomy bohaterki, ale też byłaby zbyt dużym uproszczeniem. Richelle Mead pisarsko (i wyobraźniowo) się rozwija, widać to w „Magii indygo” dobrze.

Przez dwa tomy autorka dawała też czytelniczkom trochę odpocząć od miłosnych perypetii na pierwszym planie, doskonale wiedząc, że po Akademii wampirów trochę oddechu po ckliwych i idealizowanych obrazkach wszystkim się przyda. Racjonalna do bólu Sydney potrafiła tłumić w zarodku wszelkie poważne emocjonalne wahania i unikała romantyzmu. W „Magii indygo” zaczyna odkrywać jego urok – nie zastanawia się nad metodami flirtu, nie ma problemu ze sztuką uwodzenia i wreszcie nie zastanawia się nad przyszłością – to powinno się odbiorczyniom bardzo spodobać, bo nie tylko uczłowiecza postać, ale dodaje dreszczyku samej narracji.

A narracja, jak zawsze u Mead, jest niezawodna. Nawet jeśli komuś przejadły się romanse z wampirami w tle i motywy pierwszych miłości nastolatków, usatysfakcjonowany będzie samym sposobem prowadzenia historii. Mead proponuje relację żywą i barwną, a przy tym trochę staroświecką, mniej kolokwialną a bardziej literacką. Swobodnie kształtuje opowieść, chociaż przesyca ją szczegółami z wymyślanego przez siebie świata. Jest dokładna, uważna w prezentowaniu przemyśleń i zachowań – a mimo to nie przytłacza, zachowuje rozrywkową lekkość tekstu. Po kilku tomach można wychwytywać konstrukcyjne schematy stosowane przez autorkę – ale tę powtarzalność dobra narracja bez problemu rekompensuje: Kroniki krwi po prostu dobrze się czyta. To nie seria pop (choć do tego nurtu nawiązuje między innymi rzeczywistością paranormal) – ale ciekawa propozycja dla nastolatek rozmiłowanych w romansowych wątkach. Richelle Mead wie, jak operować w tekście uczuciami, żeby wpływać na czytelniczki. Z tej wiedzy korzysta przy tworzeniu nastroju historii i przy prezentowaniu niebanalnej fabuły. Mead nie musi się martwić o publiczność – kto raz wpadł w świat dampirów i morojów, nie będzie chciał go opuszczać.

piątek, 31 stycznia 2014

Katarina Mazetti: Facet z grobu obok

Czarna Owca, Warszawa 2014.

Sprzeczności

Ona spotyka jego, a potem próbują być razem, aż wreszcie dociera się do zakończenia, które obiecuje dla pary życie długie i szczęśliwe, chociaż rzadko w baśniowy sposób. I część schematów u Katariny Mazetti się zgadza. Ona spotyka jego – trafia na niego na cmentarzu, dokąd chodzi od śmierci męża. On za to zajmuje się grobem rodziców i zamienia go w dosyć kiczowate miejsce. Asceza na grobie, którym opiekuje się ona, przepych na grobie, którym zajmuje się on. Od początku widać, że wiele ich dzieli. Ale przeciwieństwa mogą się przyciągać, zwłaszcza gdy chce tego lekko ironicznie nastawiona autorka.

W dzisiejszej literaturze rozrywkowej nie ma mowy o mezaliansach wśród bohaterów, a jednam Mazetti trochę próbuje czerpać z dawnych obyczajów, żeby stworzyć obraz nietypowego związku. Mnoży płaszczyzny nieporozumień i rozczarowań, bohaterów zderza z innymi niż wybrane sposobami na życie. Ona pracuje w bibliotece, lubi chodzić do teatru i do kina na co ambitniejsze produkcje, czytuje filozofów. Jest delikatna i wrażliwa. On zajmuje się rolnictwem, lubi proste rozrywki i potrzebuje żony, która pomogłaby mu w gospodarstwie. Nudzą go elitarne wydarzenia i snobistyczne spotkania. Wie sporo – ale to wiedza praktyczna, z uczestniczenia w zwykłym życiu na wsi. Taki związek to zapowiedź kłopotów, ale też i złośliwości autorki, która będzie mogła grać z czytelniczkami. Musi przecież przekonać je do namiętności, która połączyła młodą wdowę i faceta z grobu obok, a nie przestraszyć trudnościami do pokonania. Bohaterowie zmuszani są do kolejnych ustępstw, wciąż robią coś wbrew sobie, a ich związek zamienia się w serię wyrzutów. To, co na początku fascynowało lub rozczulało, z czasem zaczyna denerwować. Mazetti dobrze zna mechanizmy psujące najlepsze nawet relacje – celowo wyostrza obraz, żeby czytelniczki te problemy ujrzały jeszcze wyraźniej. „Facet z grobu obok” może przedstawić cenę za pozorną normalność w związku – ale uświadamia również, do czego prowadzi postępowanie wbrew sobie.

Zapowiada się na książkę wesołą i lekką. Tymczasem Mazetti zamiast prostych żartów wybiera bardziej skomplikowany (i inteligentny) sarkazm, nie lukruje egzystencji postaci i unika zbanalizowanych tematów. Naświetla drobne konflikty lub ich zalążki, prezentując kolejne fazy bycia razem. W miarę upływu czasu zgrabnie zmienia priorytety bohaterowi i naświetla przemiany w ich podejściu do wspólnej teraźniejszości. Zależy jej, by skupić się na zwyczajności, nie na ekstremalnych sytuacjach, dlatego też w fabule daje się zauważyć stały poziom napięcia.

Narrację prowadzą na przemian, raz ona, raz on. To jedyny sposób, żeby przekonać odbiorczynie do różnic w spojrzeniach na świat. Krótkie rozdziały stanowią wypunktowanie wad drugiej strony – to podkreśla jeszcze brak harmonii między dorosłymi ludźmi, którzy mimo różnic w wychowaniu i obyciu decydują się pozostać ze sobą. Komizm kryje się natomiast w wierzchniej warstwie samego pomysłu na książkę, w nietypowym miejscu pierwszego spotkania i w pobudkach podejmowanych decyzji. Podsycany przez kontrast, nie daje o sobie zapomnieć, mimo że „Facet z grobu obok” nie jest lekturą obliczoną na śmiech bez przerwy. Katarina Mazetti chce zobaczyć, co by się stało, gdyby zetknęła ze sobą przedstawicieli różnych środowisk i utrudniłaby im jedyną sensowną decyzję o rozejściu się w różne strony. Nieco harlequinowy motyw wykorzystała do zbudowania krótkiej powieści, w której znalazło się miejsce na opisy zachowań, ale już nie na opisy psychiki bohaterów. Z takimi analizami jednak czytelniczki nie będą mieć problemu.

czwartek, 30 stycznia 2014

Michael Ende: Momo, albo osobliwa historia o złodziejach czasu i dziewczynce, która odzyskała dla ludzi skradziony im czas

Znak, Kraków 2014.

Czas w bajce

Taka bohaterka jak Momo nie mogłaby pojawić się dzisiaj w literaturze czwartej – natychmiast wywołałaby sprzeciw psychologów i tych wszystkich dorosłych, którzy nie przyznają racji bytu samodzielnym i zaradnym małym bohaterom. Momo w spódnicy z łatek i zbyt dużej potarganej męskiej marynarce, Momo zawsze bosa, Momo bezdomna – to nie postać, która znalazłaby drogę do powieści. Nawet nie dlatego, że dzieci w książkach zawsze są chronione i bezpieczne – a dlatego, że dzisiaj Momo zbyt przypominałaby o społecznych lękach. Ta bohaterka wyłamuje się z klasyfikacji – zresztą Michael Ende bardzo lubił podobne eksperymenty fabularne. Czterdzieści lat temu powołał do istnienia dziewczynkę, która pomaga zrozumieć, czym jest czas.

Znak Emotikon proponuje dzieciom elegancką serię klasyki literatury czwartej – „Momo” ukazuje się właśnie w tym cyklu: w niewielkim, wygodnym formacie, w twardych okładkach i z wszytą tasiemkową zakładką. Zanim jednak tom stanie się ozdobą biblioteczki, będzie poruszać wyobraźnię małych odbiorców – i uczyć ich filozoficznej kontemplacji życia. Momo to bohaterka bardzo spokojna, niemal nie dziecięca w swojej refleksyjności. Rzadko się odzywa, rzadko zdradza się ze swoimi uczuciami, nie angażuje się w kłótnie i spory. Przez pierwszą część tomu zachowuje bierną postawę, przynajmniej pozornie. Bo Momo ma pewien talent: potrafi słuchać. Potrafi słuchać tak, że ludzie stają się przy niej bardzo otwarci i twórczy. Skłóceni dawni przyjaciele odnajdą drogę do porozumienia przy milczącym udziale Momo, opowiadaczowi przyjdą na myśl najpiękniejsze baśnie, a dzieci odkryją fantastyczne zastosowania dla zwykłych przedmiotów, znalezionych „skarbów” – będą bawić się śmieciami lepiej niż najpiękniejszymi zabawkami. To wszystko sprawia Momo, mała tajemnicza dziewczynka. Momo przyjaźni się z różnymi mieszkańcami, starymi i młodymi, i dla dorosłych również staje się wyrocznią w kłótniach – mimo że nigdy nie odrzuca stoicyzmu. Lecz kiedy w miasteczku pojawiają się złodzieje czasu, Momo musi zacząć działać, by naprawdę uratować ludzi.

Zabawny może się wydać fakt, że Ende sportretował w powieści dla dzieci korporacyjno-marketingowe zwyczaje. Złodzieje czasu, szarzy identyczni panowie, przekonują ludzi do oszczędzania czasu, odbierając im szczęście i radość (a także sam czas). Momo intuicyjnie pojmuje ich faktyczne intencje, co sprawia, że przed odbiorcami odsłonić może pułapki konsumpcjonizmu: supernowoczesna mówiąca lalka nie dostarczy przyjemności, bo jedyną „zabawą” jest przynoszenie jej coraz to nowych zbędnych przedmiotów – wyobraźnia nie przydaje się tu tak jak przy zwykłych zabawkach. Momo zorientuje się w podstępie bardzo szybko – i może przekonać do swoich spostrzeżeń także dzieci. A że jest to postać od początku historii emanująca ogromnym autorytetem, odbiorcy powinni przejąć część jej przekonań. W drugiej części Ende proponuje już konwencję literatury przygodowej (mocno podlanej fantastyką): Momo zaczyna działać i staje się prawdziwym dzieckiem, aktywnym, pomysłowym i ciekawym świata. I to wcielenie Momo bardzo dobrze uzupełnia poprzednie, tak, że czytelnicy przekonają się co do kreacji niezwykłej postaci.

„Momo” to powieść o czasie, o przemijaniu i o prawdzie. Nieprzypadkowo utrzymana jest w filozoficzno-poetyckim tonie – taki styl narracji najlepiej pasuje do ulotnego tematu książki. Ende unika dosłowności, ale nie zarzuca odbiorców problemami bez wyjaśnień, wszystkie wątpliwości stara się przedstawiać dzięki metaforom – w ten sposób trafi do wyobraźni dzieci i zostanie przez nie zrozumiany, przyczyni się również do zwrócenia uwagi na ważne dzisiaj kwestie – wartość czasu i bogatej osobowości zestawianą z pieniędzmi, chciwością i bezwzględnością w dorosłym świecie. Niełatwo napisać książkę dla dzieci o czasie – Ende dokonał tego bez wpadania w banał.

środa, 29 stycznia 2014

Katarzyna Michalak: Sklepik z Niespodzianką. Lidka

WNK, Warszawa 2013, Merlin.

Akcja w mieścinie

Trzecia przyjaciółka aż do zakończenia tomu „Adela” wydawała się być wcieleniem rozsądku. Jednak i Lidce Katarzyna Michalak przypisała rozmaite demony, a wśród nich – obsesyjne pragnienie posiadania dziecka. I w ostatniej części historii autorka wyjaśnia źródła obłąkanych zachowań, które zakończyły drugi tom, a także sekrety, o których nawet najlepsze przyjaciółki nie miały pojęcia. Czytelniczki poznają przeszłość Lidki – i jej aktualnie bardzo burzliwe życie. Przyjaźń kobiet z Pogodnej zostanie wystawiona na prawdziwą próbę, bo każda z bohaterek na co dzień musi mierzyć się z kłopotami przerastającymi ich najbliższych. Na szczęście nie zabraknie tu i mądrych wskazówek.

Katarzyna Michalak musi ostatecznie uporządkować rozgrzebane w poprzednich tomach tematy i trzymać się konwencji krzepiącej obyczajówki. Swoją popularność po raz kolejny wykorzystuje do zwrócenia uwagi na sprawy ważniejsze niż idealizowana miłość bohaterek: poprzednio zajęła się motywem profilaktyki pozwalającej wykryć raka piersi, teraz nakreśla ciężki los dzieci w ogarniętych wojną krajach – i przekonuje o wadze najdrobniejszych gestów pomocy. Zanim jednak do tego dojdzie, może przyjrzeć się egzystencji Bogusi, Lidki i Adeli po raz ostatni. Początek tomu stanowi prostą konsekwencję niepoczytalnego zachowania Lidki – Michalak nieco bawi się w tworzenie w stylu kryminału, ale zapewnia sobie też taryfę ulgową: rzecz dzieje się przecież w miejscu, w którym radykalne rozwiązania wcale nie są potrzebne, a wszystkiemu da się zaradzić przy odrobinie kreatywności. W normalnym świecie konsekwencje podobnych postaw wiązałyby się z wieloma przykrościami – u Michalak wszystko sprowadza się do rejestrowania zmiennych stanów emocjonalnych. Nie interesuje autorki bliskość prawdziwego życia, a psychika postaci – stąd naginanie faktów pod przebieg opowieści.

Zmieniają się portrety charakterologiczne, co wynika z przyjmowania innych perspektyw. Bogusia, Lidka i Adela znów są opisywane przez pryzmat doświadczeń z przeszłości – a każde trudne przeżycie każe na nowo interpretować postawy i przekonania każdej z kobiet. Sercowe problemy da się trochę wytłumić dzięki licznym tematom pobocznym – im więcej odbiorczynie wiedzą o bohaterkach, tym więcej można im zdradzać na marginesie komentarzy do burzliwej codzienności w Pogodnej.

Katarzyna Michalak przeplata narrację przepisami na ziołowe napary czy herbatki oraz przemyśleniami Lidki. Kiedy trzeba ujawnić fragment bliskiej lub dalszej przeszłości, odwołuje się do kompozycji szkatułkowej, przypominając opowieści z pierwszego tomu: ta forma wypada nieco egzaltowanie, ale też pasuje klimatem do książki. Autorka lubi silne wzruszenia, a raczej wie, że tego będą u niej szukać czytelniczki – i tym razem pozwala sobie na sceny rodem z sentymentalnych filmów familijnych. Niewyobrażalne zagrożenia oraz poświęcenia chętnie miesza z baśnią, coraz mniej cała seria przypomina codzienność odbiorczyń, ale nie przestaje im dostarczać rozrywki. W Pogodnej życie gna swoim dziwnym trybem – dzięki czemu nie ma powtórzeń pobocznych tematów z rozwiązaniami z popularnych czytadeł, ale też Michalak może się części czytelniczek narazić na nadmierne komplikowanie uczuć bohaterek. Zabawa polega tu jednak nie na znalezieniu azylu w bezpiecznej małej mieścinie, a na uzyskaniu spokoju pomimo niewiarygodnych i często przykrych doświadczeń zaprzyjaźnionych ze sobą kobiet. Na brak akcji w tej obyczajówce narzekać się nie da- „Lidka” stanowi takie zamknięcie „Sklepiku z Niespodzianką”, by nikt nie mówił, że Michalak straciła pomysły na rozwój akcji.

wtorek, 28 stycznia 2014

Katharina Hagena: Smak pestek jabłek

Świat Książki, Warszawa 2014.

Oniryczność wspomnień

Znalazła się książka „Smak pestek jabłek” w serii Leniwa Niedziela, chociaż zupełnie nie przypomina dotychczasowych publikacji wydanych pod tym szyldem. Chyba żeby za wyznacznik wziąć rodzaj uczuć między bohaterami. Konstrukcja tomu, język narracji i sam pomysł na przedstawianie egzystencji postaci to czynniki, które wyróżniają książkę nie tylko pośród innych tytułów w serii, ale nawet wśród powieści obyczajowych. Katharina Hagena zbliża się raczej do literatury środka, do mitotwórczych schematów i nadziei na zdobycie uwagi odbiorców magicznym nastrojem. To literatura, która ma przede wszystkim uwodzić stylem – do zaoferowania ma właśnie zmysłowość opisów, a nie pomysł na fabułę. Tu warstwa tekstowa zatrzymuje odbiorców, i to zatrzymuje na długo. Hagena opowiada dla samej przyjemności opowiadania i mniej interesuje ją, co stanie się z bohaterami.

Do tego autorka dodaje elementy oniryczne w kreacjach postaci. Wszystko zaczyna się z chwilą, gdy Iris dziedziczy dom babci, przyjeżdża na miejsce i zanurza się we wspomnieniach. Przez tydzień bohaterka przypomina sobie, czym wyróżniali się poszczególni członkowie rodziny, a każdemu odkryciu nadaje nierealistyczny kształt w opowieści. Pojawia się tu między innymi kobieta, która krzesze palcami iskry i inna, cierpiąca na chorobę Parkinsona.- oba zjawiska funkcjonują w tomie niemal na prawach magii, pokazują odkształcenie świata i nie zyskują prawdziwego wyjaśnienia, bo takie nie jest potrzebne, zniszczyłoby tylko konstrukcję tomu.

W „Smaku pestek jabłek” historia rodziny zawężana jest do najbardziej niezwykłych momentów, istotnych albo w budowaniu międzyludzkich relacji, albo też w sygnalizowaniu przełomowych chwil. Po latach Iris spotyka się właśnie w tym miejscu z bratem dawnej przyjaciółki: zna go wprawdzie jako prawnika, ale dopiero sytuacja w rodzinnym domu, samotność i podróże w przeszłość umożliwiają bohaterce zmianę spojrzenia na mężczyznę. Trzeba przyznać, że to wątek akurat dosyć naiwny, jakby Hagena mimo wszystko nie chciała się odrywać do końca od konwencji obyczajowych – a jednak dobrze umotywowała obecność zapowiedzi romansu. W końcu Iris może też dowiedzieć się czegoś o losach przyjaciółki – kolejnej bardzo dziwnej postaci.

Katharina Hagena nie lubi dosłowności ani scenek szkicujących zależność między bohaterami. Unika ulotnych rozmów oraz niepotrzebnych gestów, nie chce przyglądać się teraźniejszości. Zanurza się we wspomnieniach przefiltrowanych już przez analityczne przemyślenia, proponuje odbiorcom nie tyle sytuacje co obrazy sytuacji, już zinterpretowane. Stawia na długie opisy, brzmiące zawsze bardziej poetycko niż przyziemne dialogi – zresztą w wymyślaniu rozmów nie czuje się najpewniej, tu musiałyby pojawić się konkrety, które przeszkadzają w dopracowaniu klimatu. Hagena stawia na malowniczość i na nastrojowość, a uzyskuje to również przez akcentowanie samotności w rodzinnym domu. Iris milczy, bo nie ma się do kogo odzywać. Jej przodkinie milczą, żeby nie zagłuszać języka znaków. Hagena wie, że czytelnicy znajdą realistyczne wyjaśnienia nawet najdziwniejszych postaw bohaterów, więc sama nie męczy się niepotrzebnie wprowadzaniem racjonalizmu. Rzeczowość to jej największy wróg – nie pasuje do sennej aury opowieści. „Smak pestek jabłek” do samego końca będzie konsekwentnie prowadzony w kierunku, na który nie mogą sobie pozwolić autorki naśladujących zwykłe życie obyczajówek.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Agnieszka Pietrzyk: Urlop nad morzem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Bez odpoczynku

„Urlop nad morzem” tylko tytuł ma spokojny. Agnieszka Pietrzyk zaczyna bowiem od formy standardowej obyczajówki, przechodzi przez prosty kryminał, by skończyć na thrillerze – a wszystko rozgrywa się podczas zwyczajnego urlopu – tyle że listopadowego, bo Beata i Marcin nie mają nic przeciwko złej pogodzie. Zwłaszcza Beata jest zachwycona, bo w starym domu przyjaciółki może odnaleźć prawdziwe skarby. Podczas przeszukiwania strychu wpada jej w ręce list małego dziecka, które twierdzi, że zabita przez męża mama została zakopana w piwnicy – i że chłopca czeka taki sam los. Leniwe wakacje natychmiast zamieniają się w śledztwo, a w egzystencji bohaterów zmieni się bardzo dużo.

Agnieszka Pietrzyk tworzy ciekawe osobowości i takie też relacje między postaciami. Beata poznała swojego drugiego męża, gdy ten był jeszcze chłopakiem jej najlepszej przyjaciółki, teraz z lekkim niepokojem obserwuje zażyłość między nimi. Przyjaciółka, Kaśka, zamierza korzystać z życia bez wyrzutów sumienia. Beata ma jeszcze dorosłą córkę – mądrą, odpowiedzialną i dowcipną. I przeszłość, do której nie każdemu może się przyznać. Teraz, przejęta losem nieznanego dziecka, nie bacząc na fakt, że od napisania listu upłynęło kilka dekad, angażuje się w poszukiwania. W małej i nadmorskiej miejscowości wszyscy wszystko o sobie wiedzą – a to, czego nie wiedzą, uzupełniają plotkami. Beata będzie musiała wyłuskać prawdę z kolejnych odkryć, aby poznać tożsamość zwłok ukrytych naprawdę w piwnicy starego domu. A to dopiero początek problemów.

„Urlop nad morzem” otwarty został wstrząsającym listem – informacją o potwornej zbrodni. Nieprzypadkowo postać Raskolnikowa przewija się przez całą książkę: w samej zbrodni nie będzie finezji ani pomysłowości. Także śledztwo nie przypomina skomplikowanych kryminalnych intryg – tyle że bohaterka musi spotykać się z kolejnymi osobami, które mogą rzucić nowe światło na to, co zdarzyło się w przeszłości. Na pozorny spokój akcji wpływ ma między innymi czasowe oddalenie – ofiara zginęła prawie w połowie ubiegłego wieku, jej morderca już nie zagraża tym, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś o historii rozgrywającej się w domu nad morzem. Beata nie boi się, że ktoś skutecznie zamknie usta jej informatorom, a do tego przekonuje się, jak trudno dojść do prawdy dzięki amatorskim poszukiwaniom. Wiadomości gromadzi, ale nie ma potrzeby ich analizowania – dzięki rozsądnie myślącemu mężowi zyskuje możliwość odrzucenia fałszywych przesłanek. Dość długo tworzy w konwencji obyczajówki podpartej kryminałem.

Jest w tej książce również odrobina humoru wprowadzana za sprawą obecności córki Beaty. Samej autorce zależy jednak bardziej na uzyskaniu lekko tajemniczej atmosfery, która ukryje sposób zdobywania danych. Celowe jest tu między innymi rezygnowanie z wakacyjnego klimatu i beztroski. Pietrzyk mogła w różnych kierunkach rozwinąć swoją historię, wybrała ten najmniej przewidywalny – więc lektura usatysfakcjonuje tych odbiorców, którzy nie lubią powtarzalności w powieściach. W „Urlopie nad morzem” zagadkowość stopniowo powinna zamienić się w grozę, a cukierkowe scenariusze nie mają tu racji bytu. Agnieszka Pietrzyk do bohaterów zagląda tylko na chwilę, wyposażając ich w barwne życiorysy i w pogmatwaną przyszłość – tyle że o tym w momencie wyjazdu na urlop postacie jeszcze nie wiedzą. To powieść z dreszczykiem – a finał na przekór rozrywkowym czytadłom obudzi sporo wątpliwości.

niedziela, 26 stycznia 2014

Ulrich Schnabel: Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia

Muza SA, Warszawa 2014.

Pułapki codzienności

„Dietetyczny poradnik dla sfery psychiki” – tak Urlich Schnabel chce określać swoją książkę „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia”. Publikacja wydana w bardzo ciekawym cyklu Spectrum stanowi kolejny głos przeciwko pośpiechowi, wyścigom szczurów i chorobom cywilizacyjnym. Przypomina o korzyściach płynących ze zwolnienia tempa życia, pokazuje znaczenie odpoczynku w kreatywności i przekonuje, że organizm potrzebuje także relaksu, wolnych od wyrzutów sumienia przerw w zabieganiu. Właściwie teorie prezentowane przez Schnabela nie są niczym nowym, ale autor stara się je nagłośnić, upowszechnić i tym samym uratować choć kilka osób przed nieuświadamianymi zagrożeniami.

„Sztuka leniuchowania” to książka popularnonaukowa napisana z humorem – na samym jej końcu znajduje się streszczenie zawartości rozdziałów dla leniwych (lub przeciwnie, dla tych, którzy mimo wszystko wybierają pośpiech i nie mają czasu na lekturę). Schnabel udowadnia, że umiejętności w dziedzinie zarządzania czasem nie doprowadzą do wygospodarowania chwil na odpoczynek, naświetla paradoks wyjeżdżania na urlop w dalekie kraje. Porusza tematy ważne, na przykład uzależnienie od przeglądania poczty e-mailowej czy współczesny szum informacyjny. Zachęca do zdrowego (i uzdrawiającego) lenistwa – drzemek w ciągu dnia, medytacji czy zwykłego, wolnego od stresu nicnierobienia. Na dowód skuteczności takiego podejścia przywołuje sławne postacie z ochotą leniuchujące, a i tak odnoszące sukcesy w różnych dziedzinach.

Ulrich Schnabel próbuje zmodyfikować sposób myślenia o wolnym czasie, wyjaśnia mechanizmy konsumpcjonizmu i niebezpieczeństwa płynące z przyjętego ogólnie modelu szczęścia i szczęśliwości. Odwołuje się do zgrabnych historyjek i anegdot, przytacza barwne przykłady, przywraca pojęcie nudy. Uczy, jak odpoczywać – bo to sztuka coraz bardziej zapominana. Jednocześnie Schnabel nie zamierza toczyć boju na argumenty z tymi, którzy marzą o wielkich karierach i osiąganiu takich celów przez serie wyrzeczeń. Obrazy wypalenia zawodowego (zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej) pojawiają się tu z rzadka, bo trudno byłoby przekonać do przyjemności metodą zastraszania. „Sztuka leniuchowania” ma przypominać o jednej z możliwych dróg do uzyskania wewnętrznego spokoju, zadowolenia i spełnienia – autor natomiast rezygnuje z formy poradnika, wnioski pozostawiając odbiorcom. Czasem tylko, dla wygody, tworzy zgrabne tabelki z wyliczeniami.

„Sztuka leniuchowania” napisana jest lekko i budzi ciekawość. Zapewnia lekturowy relaks, ale nie rozleniwia, podsuwając czytelnikom sporo tematów wartych przeanalizowania. Autor jawi się jako dobry obserwator rzeczywistości i zarazem przewodnik po niej. To, że porzuca tony katastroficzne na rzecz poczucia humoru, świadczy o jego gawędziarskim wyczuciu – i po raz kolejny usatysfakcjonuje wielbicieli całej serii Spectrum. Ważne jest również w tomie sygnalizowanie wyników badań z różnych dziedzin – znajdą się tu migawki z faz snu i obserwacje socjologiczne, rola marzeń, pamięć robocza i… skecze, elementy psychologii oraz filozofii. Schnabel pomaga zrozumieć dzisiejsze zagrożenia i pokazuje, jak się przed nimi obronić. Nie bez znaczenia, zwłaszcza dla tych, którzy muszą wykazywać się w pracy bogatą wyobraźnią, stają się fragmenty poświęcone kreatywności i przełamywaniu twórczych barier. „Sztuka leniuchowania” nie jest prostą pochwałą lenistwa – to próba zwrócenia uwagi na alternatywę dla codziennego pośpiechu, ratunek dla zagubionych pracusiów. Jednocześnie to interesująca diagnoza społeczeństw i czasów – diagnoza, która ma prowadzić odbiorców do uważniejszego oddzielania obowiązków od przyjemności.