* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 31 maja 2010

Ryszard Makowski: Miłość czy sport

Grasshopper, Lublin 2010.

Baba - szefem

Po „Miłość czy sport” sięgną (sięgnęły, w końcu książka ukazała się pół roku temu) czytelniczki rozmiłowane w obyczajówkach i powieściach dla kobiet – nieprzypadkowo książkowy debiut Ryszarda Makowskiego nosi podtytuł „czytadło”. Ale grono odbiorców rozszerzyć się powinno o tych, którzy znają satyryczną twórczość Makowskiego i ciekawi są nowego kierunku pisarskiej działalności tego autora. „Miłość czy sport” to jednak książka osobna – nie ma nic wspólnego z estradą, choć dosyć ludyczne poczucie humoru bohatera nie opuszcza i kilka kawałów spod budki z piwem się tu pojawi.

Ryszard, bohater i narrator, ma ponad trzydzieści lat. To zatwardziały kawaler, dziennikarz sportowy, lubiący spędzać czas przy piwie. Zmysł autoironii nie pozwala mu frustrować się robiącymi kariery naukowe bliskimi – zwłaszcza że problemów w innych dziedzinach życia nie brakuje. W ulubionym pubie kelner Czesiek znakomicie udaje idiotę i bez przerwy szkodzi bohaterowi. A w redakcji niespodziewanie zostaje zatrudniona – w dodatku na kierowniczym stanowisku – kobieta. „Baba jest moim szefem” – powtarza jak mantrę sfrustrowany Rysiek. Tyle że niespodziewanie dla siebie samego odkrywa, że szefowa Malwina jest bardzo atrakcyjną kobietą… W krnąbrnym pracowniku znienacka rodzi się uczucie – lecz o Malwinę trzeba będzie rywalizować ze zwierzchnikiem.

Rysiek pisze dziennik, zdaje relację z codziennych wydarzeń, nie antycypuje najbliższej przyszłości, nie analizuje tego, co już się stało – robi raczej notatki dla uspokojenia i uporządkowania myśli. Ten styl przekłada się na sposób prowadzenia narracji – Makowski na przykład często po prostu podpisuje autorów wypowiedzi w dialogach, skraca do minimum opis, prowadzi opowieść bardzo szybko. Nie ma tu literackich fajerwerków, jest – prostota i dynamika: Makowski nie tworzy literatury pięknej a czytadło – i jest tego świadomy.

Ciekawą odmianą od typowych powieści dla pań może być perspektywa spojrzenia. Rysiek przedstawia bowiem rozkwit uczucia z męskiego punktu widzenia – nad roztrząsanie stanów emocjonalnych przedkłada fakty, woli jasne sygnały i wydarzenia od niedopowiedzeń i interpretacji pozbawionych podstawy. Ta sama historia, opowiedziana przez kobietę, wyglądałaby zupełnie inaczej. Tu ciężar akcji spoczywa często na dialogach, a autor kładzie nacisk przede wszystkim na rozwój fabuły. Nie należy się spodziewać ładnych traktatów o miłości, a sekwencji scenek. Zwłaszcza że nie sprawdziła się korekta – mnóstwo tu potknięć stylistycznych czy błędnych dopełnień.

U Ryszarda Makowskiego dzieje się dosyć dużo – i to odwraca uwagę od prostej narracji. Zresztą sposób prezentowania wydarzeń komponuje się nieźle z treścią książki i z kreacją głównego bohatera. Krótkie frazy, uruchamianie stereotypów i ich przeciwieństw – czyli banalizowany przekaz – najbardziej pasują do postaci Ryśka, zwykłego faceta.

Makowski w książce „Miłość czy pieniądze”, drugiej części opowieści, przedstawia ciąg dalszy życiowej historii – ale w tomie „Miłość czy sport” zakończenie jest satysfakcjonujące, nie pozostawia wrażenia niedosytu czy braku dopracowania.
„Miłość czy sport” nadaje się na lekturę dla zabicia czasu, to książka nieambitna (w końcu nie o ambicję w czytadłach chodzi), lekka i przyjemna – do przeczytania z nudów czy z ciekawości. Spokojna, nienużąca i przeznaczona przede wszystkim dla kobiet – chociaż pozbawiona ckliwości, cechującej zwykle romantyczne obyczajówki.


niedziela, 30 maja 2010

Ewa Ostrowska: Grześ, tatuś i dalekie wędrówki

Skrzat, Kraków 2010.

Przydomowe odkrycia

Ewa Ostrowska ma pomysły na fabułki dla najmłodszych, tego jej odmówić nie można. Ale ma też przyzwyczajenia, od których dorośli czytelnicy zaczną zgrzytać zębami i przestaną zwracać uwagę na treść przekazywanych dziecku bajek, całkowicie zajęci śledzeniem potknięć stylistycznych.
Będę o tym pisać tak długo, jak długo będzie istniał problem. Czyli pewnie już nigdy nie odczepię się od tematu. Do kilkulatków nie trzeba zwracać się jak do imbecyli. Szczebiotanie do niemowlaków nad łóżeczkiem nie może przenosić się na szczebiotanie do dzieci w wieku przedszkolnym. Maluchy naprawdę poradzą sobie ze zrozumieniem wyrazów o niezdrobniałej formie. Wbrew pozorom nadużywanie deminutiwów i spieszczanie (dodam, że nieuzasadnione) stylu to nie jest dobry sposób na snucie opowieści, zwłaszcza opowieści przygodowych, a takie miały się składać na tomik „Grześ, tatuś i dalekie wędrówki”. Zgoda na określenia „tatuś” i „mamusia”, chociaż do matki bohatera, o czym zaraz, nie pasuje to w najmniejszym stopniu. Ale, litości – w lesie mogą być polany i trawy zamiast polanek i trawek, w ZOO bywają zwierzęta, a nie tylko zwierzątka, a już na pewno mały rozsądny chłopiec nie powie o swoich spodniach „spodenki”, a o zębach „ząbki”. Tendencja do zdrabniania wszystkiego wokół sprawia, że odbiorców zwyczajnie zemdli.

Drugim irytującym składnikiem stylu są monotonne sygnały emocjonalności. Ostrowska lubuje się w zdaniach rozpoczynanych od „ojej” lub „o rany”, zwykle łączy je w pary, a w wypowiedziach chłopca wykorzystuje niemal bez przerwy. Z inteligentnego dzieciaka robi w ten sposób… zresztą nieważne. Dziwić się światu można na wiele sposobów, autorka wybrała akurat najgorszy.

Ostrowska nie potrafi przekonująco zaprezentować Grzesia, który w pierwszej historii jest czterolatkiem. Nie potrafi – bo w wypowiedziach bohatera przenikają się dorosłe spostrzeżenia i frazy z dziecinnym paplaniem. Wypada to sztucznie i mało atrakcyjnie, niekonsekwencja w kreowaniu postaci odbija się na jej recepcji. W ogóle dziwna jest rodzina Grzesia: tatuś to wykładowca akademicki, uczy matematyki i chodzi z głową w chmurach, co oznacza w tej książce po prostu – że myśli. Mamusia natomiast… cóż, mamusia jest karykaturą macoch z baśni i współczesnych pań domu. Despotyczna, zrzędliwa i „praktyczna” (inni powiedzieliby, że zwyczajnie bez wyobraźni) – interesuje ją tylko karanie własnego dziecka, krytykowanie męża i oglądanie telenowel, przy których płacze. Odbiera synowi zabawki, zabrania odkrywania świata – i okazuje się bardzo, ale to bardzo toksyczna. Mogłaby śmieszyć, ale nie wiem, czy dzieci raczej nie przerazi.

Książka „Grześ, tatuś i dalekie wędrówki” składa się z serii krótkich, powiązanych ze sobą opowiadań o przygodach, jakie można przeżyć w najbliższym otoczeniu. Dzięki prezentom urodzinowym od taty (które mama konfiskuje po pewnym czasie) Grześ nauczy się, że świat jest fascynujący i skrywa wiele tajemnic. Autorka pozwala sobie na odrobinę przyjemnego absurdu tylko przy przedstawianiu siedmiu cioć i siedmiu wujków oraz ich prezentów – szkoda, gdyby zdecydowała się na więcej takich akcentów, publikacja byłaby żywsza.

Duży druk sprawia, że na „Grzesiu, tatusiu i dalekich wędrówkach” maluchy mogą się uczyć czytania. Obrazki Agnieszki Kłos – jednej z lepszych ilustratorek Skrzata – jak zwykle cieszą oko i znakomicie komponują się z tekstem, to dzięki nim książka budzi ciekawość i przyciąga uwagę.
Ewa Ostrowska nie jest przecież debiutantką w pisaniu dla najmłodszych – tym bardziej szkoda, że ciągle powtarza rozwiązania, które – nawet jeśli w życiu naturalne – w publikacjach dla dzieci brzmią źle.

sobota, 29 maja 2010

Sophie McKenzie: Zaginiona

Akapit Press, Łódź 2010.

Poznać przeszłość

Kolejna granica w literaturze czwartej została przekroczona: w „Zaginionej” Sophie McKenzie porusza temat adopcji i potrzeby poznawania przez dziecko własnej przeszłości. Tyle że to, co w powieściach młodzieżowych funkcjonowało od dawna, w „Zaginionej” przybiera inną formę – staje się podstawą sensacyjno-kryminalnej fabuły o dość niskim stopniu prawdopodobieństwa. Nie zmienia to faktu, że książkę Sophie McKenzie będą odbiorcy czytać z zapartym tchem, bo dzieje się tu naprawdę wiele.

Czternastoletnia Lauren przechodzi typowy dla nastolatków okres buntu. Nie może dogadać się z Mamą i Tatą – sytuację komplikuje wiadomość, że to nie są jej prawdziwi rodzice. Adoptowana jako trzylatka Lauren coraz bardziej chce poznać swoją biologiczną rodzinę, niestety Mama odmawia udzielania jej jakichkolwiek informacji na ten temat, uznając, że bohaterka nie jest gotowa na podobne rozmowy. Dziewczyna na własną rękę rozpoczyna śledztwo – na podstawie strzępków wiadomości dociera do szokującej prawdy: nie została adoptowana zgodnie z prawem, a wydarzenia sprzed jedenastu lat mogą dalej rzutować na teraźniejszość. Życie Lauren wiele razy będzie zagrożone – i bardzo się zmieni. Lauren w rozpaczliwej walce o odzyskanie tożsamości nie jest sama – towarzyszy jej wierny i oddany przyjaciel, Jam, skłonny do popełniania rozmaitych szaleństw. Ucieczka z domu, kradzież pieniędzy (które potem się zwróci) i podróż samolotem – to dla nastoletnich bohaterów „Zaginionej” codzienność. Lauren i Jam mogą mówić o szczęściu – udaje im się wielokrotnie cudem ujść z życiem, a wszelkie kłótnie kończą się zwykle po myśli dziewczyny.

Książka przeznaczona jest dla czytelników od czternastego roku życia – i nic dziwnego, nie tylko ze względu na brutalne niekiedy (choć niełamiące konwencji współczesnych powieści) sceny – raczej z uwagi na sensacyjny scenariusz, który mógłby rozbudzić wyobraźnię młodszych odbiorców i podsunąć im ryzykowne pomysły. Sophie McKenzie porusza w tej publikacji temat drażliwy: pisze przecież o porywaniu dzieci i handlowaniu nimi. Nastolatki, które lubią mrożące krew w żyłach historie będą zatem usatysfakcjonowane, mam tylko nadzieję, że dzieciom adoptowanym nie przyjdzie po lekturze do głowy konstruowanie podobnych bajek na swój temat.

Sophie McKenzie nie troszczy się o prawdopodobieństwo, śledztwa nadzwyczaj upraszcza, koncentruje się na ilości wydarzeń, nie na ich umotywowaniu. Tak na przykład konflikt bohaterki z przybranymi rodzicami nie zdąży w oczach czytelników urosnąć do rozmiarów, które usprawiedliwiałyby późniejsze zachowania Lauren, rozstanie z Mamą i Tatą, dla dziewczyny bolesne, zostało w powieści rozegrane dość szybko, więc uczucia nie do końca są tutaj ważne. Jedynym mocnym punktem, jeśli chodzi o rozkład emocji, stają się relacje Lauren z Jamem – to, standardowo, przyjaźń idealizowana, przeradzająca się w coś więcej – i stosunek bohaterki do małej siostrzyczki (wątek dość oryginalny). W zasadzie wszystkie inne doświadczenia i uczucia ustępują tym sercowo-przyjacielskim, co powinno się spodobać odbiorczyniom.

„Zaginioną” pochłania się z przyjemnością i dreszczykiem emocji. To połączenie klasycznych wzorców, wedle których bohater powinien być przez autora chroniony, a groza wydarzeń nie może naprawdę czytelników przerażać (Sophie McKenzie uzyskuje to właśnie przez lekkie odejście od realizmu) – ze współczesnymi historiami o żywej, niemal dorosłej fabule, rozbudowanej akcji i odważnych pomysłach. Książka porusza w dodatku temat do niedawna stanowiący tabu w literaturze czwartej, wnosi więc do młodzieżowych lektur oryginalność i świeżość. Podobała mi się ta powieść, zdecydowanie nie wypada ona blado przy innych historiach sensacyjnych dla młodych ludzi. Minus dla korektorki. Przepuściła parę literówek, „stróżka” potu spływa bohaterom z karku, co daje absurdalny dość efekt – i kolejne partie wypowiedzi jednej osoby z uporem umieszcza ona w nowych wierszach. Ale to tak na marginesie lektury.


piątek, 28 maja 2010

Ryszard Marek Groński: Szlemiel

Nowy Świat, Warszawa 2010.


Psia perspektywa

Kiedy Ryszard Marek Groński jest satyrykiem czy publicystą, czyta się go dobrze. Kiedy jednak podejmuje tematy żydowskie, staje się pisarzem zaangażowanym i przez to bardzo hermetycznym – osobom nieznającym kultury żydowskiej ciężko jest przebić się przez warstwy dla autora naturalne. Wydaje się, że pisze wówczas bardziej dla Żydów niż dla nieżydowskich odbiorców – chociaż zapewne nie takie były jego zamierzenia.

Tym razem Ryszard Marek Groński zdecydował się na rezygnację z zamkniętej opowieści i stworzył historię niezwykłą, a przy tym poruszającą. Postanowił przybliżyć tematykę Holokaustu najmłodszym i „Szlemiel” to właśnie zbudowana na nietypowym pomyśle książka dla dzieci. Szlemiel jest buldogiem angielskim – i jednocześnie narratorem powieści. Należy do Joasi – małej żydowskiej dziewczynki, córki lekarza i pieśniarki – gwiazdy programów rewiowych. Wybucha wojna i nasilają się nastroje antysemickie – wkrótce rodzina wyprowadzi się do getta (w książce Grońskiego – za Mur), pies zostanie u dawnej służącej i będzie obserwował tragiczne losy Joasi, wykupionej z getta, oraz jej opiekuna – profesora. Uratuje bohaterkę przed szmalcownikami, będzie uczestniczył w „aktorskich” lekcjach zachowania się na ulicy – aż po aresztowania i próbę powrotu dziewczynki do rodziców. Szlemiel jest bardzo mądrym psem, ale wojenne realia nie zawsze może pojąć – z jednej strony staje się dla małych odbiorców przewodnikiem, kiedy wyjaśnia, czego sam się nauczył, z drugiej – porusza się po świecie, który traktuje jako znany wszystkim, nie tłumaczy od podstaw kolejnych wydarzeń. Jak na świat książkowy, powieściowy – jest to rozwiązanie spójne i sensowne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba nałożyć historię na rzeczywistość. Nie zawsze będzie to proste za sprawą nietypowej perspektywy oraz zaangażowania emocjonalnego. Psi ogląd wojennej codzienności nie może przecież przypominać zwykłych opowieści.

Groński nie stroni od pogardliwych określeń hitlerowców – pojawiają się tu „szkopy”, „bandyta z wąsikiem i jego banda” czy – w kontekście psa-narratora pasujący „Hycler” – pod tym względem „Szlemiel” przypomina powieści pisane tuż po wojnie, nie ma w nim dystansu ani spokoju, także dlatego, że bohaterowie są bezpośrednio dotknięci wydarzeniami. Autor pokazuje nienawiść, odwołując się do obrazów groźnych, należących do Niemców wilczurów. W oczach Szlemiela to one uosabiają zło okupantów.

Szlemiel uczestniczy w codziennych wydarzeniach i przejmuje uczucia swoich właścicieli – obserwuje ich nastroje i przekłada na psie relacje – obszczekuje na przykład pudla, który znalazł się w wagonie tylko dla Niemców. Ale poza tymi próbami łączenia wrażliwości bohater skupia się na obserwacjach i dźwiękach. Ryszard Marek Groński wykorzystał do budowania atmosfery skrót – „Szurgot kroków, nawoływania, przekleństwa, bieganina, rozpryskujące się kałuże błota, nagła panika”. Wydaje się że w takich momentach autor wychodzi poza standardy literatury czwartej i kieruje się w stronę poetyckiej baśniowości.

Powieść opublikowana przez Nowy Świat zwraca uwagę przede wszystkim oryginalnym ujęciem tematu – i nastawieniem na najmłodszych czytelników (świadczy o tym perspektywa, wybór młodej bohaterki, ale też między innymi duży druk i zwiększone światło między wersami). Groński nie stosuje wobec postaci taryfy ulgowej, jedynym ustępstwem z jego strony – i złagodzeniem opowieści – jest przemilczanie przyczyn cierpienia (Joasia po wyjściu z getta jest wychudzona i smutna, ale nie ma mowy o tym, co działo się za Murem) – po ten zabieg autor sięga dość często – dlatego też „Szlemiel” jest odpowiedni dla tych dzieci, które wiedzą, co działo się podczas drugiej wojny światowej. Będzie to też dobra propozycja dla tych, którzy chcieliby z dziećmi o historii porozmawiać.

czwartek, 27 maja 2010

Tiziano Terzani: Koniec jest moim początkiem

Zysk i S-ka, Poznań 2010.


Testament


Śmierć staje się obecnie tematem tabu. W medialnej pogoni za sensacją i skandalem odchodzenie jednostek nie ma racji bytu, jeśli nie funkcjonuje na prawach wstrząsającego newsa. Ostatnia, przygotowana do druku po śmierci autora, książka Tiziana Terzaniego, jest przewodnikiem po przygotowaniu się do śmierci, ale też szkołą dziennikarstwa. Ten obszerny tom stanowi zapis rozmów, jakie reportażysta przeprowadzał pod koniec życia ze swoim synem, Folco.

Nieuleczalnie chory Tiziano Terzani w samotni w Himalajach pogodził się ze zbliżającym się kresem ziemskiej egzystencji. Odrzucił niemal wszystko, co łączyło go ze zwyczajnym życiem, nie zrezygnował tylko z rodziny. Zdecydował się za to na ostatnią podróż do przeszłości. Pozwolił synowi na zadawanie wszystkich pytań, jakie przyjdą mu do głowy – i postarał się szczerze na nie odpowiedzieć. Poza dopowiedzeniami do kolejnych książek stworzył w ten sposób coś w rodzaju pamiętnika mówionego. Postawił jednak nie tylko na wątki autobiograficzne: wciąż walczy w tomie o dziennikarskie idee, poucza i doradza – z prywatnych rozmów da się bez trudu wyłuskać wskazówki dla uczących się zawodu – podpowiedzi, na jakie decyduje się Terzani, są precyzyjne i stanowcze. To również mała wojna z dziennikarzami nierzetelnymi, ugrzecznionymi, podporządkowanymi władzy, goniącymi za sensacją bez chęci zgłębienia tematu – książka „Koniec jest moim początkiem” powinna być lekturą obowiązkową dla ludzi mediów.

Folco staje się w tej publikacji słuchaczem – nie jest moderatorem dyskusji, to Tiziano Terzani nadaje kierunek rozmowom i zwierzeniom. Folco raczej dopytuje, prosi o szczegóły, podtrzymuje monologi ojca i pozwala mu na powiedzenie wszystkiego, na co ten ma ochotę. Na Folco spada też odpowiedzialność za podawanie rzetelnych informacji i weryfikowanie słów ojca. Umożliwia się tutaj czytelnikom uczestniczenie w spotkaniach: rejestr dialogów obejmuje nawet fragmenty prywatne, miejscami niewnoszące nic do lektury – a i komentarze syna autora. Folco decyduje się także na wprowadzanie didaskaliów, przedstawia stany, w jakich znajduje się Tiziano, zaznaczając nawet kilka jego gwałtownych wdechów. Przez takie rozwiązania odbiorcy będą mieli wrażenie, że śledzą nagrania spotkań.

Dużo miejsca, zwłaszcza w pierwszej części książki, zajmują kwestie polityczne – Terzani analizuje rozmaite ideologie, z jakimi w swojej pracy dziennikarskiej się zetknął, sporo uwagi poświęca ocenom komunizmu. Autor zdaje relację ze swoich podróży po Azji – z pobytu w Chinach czy rozczarowania Japonią. Wietnam, Singapur, Kambodża – te miejsca ponownie odżywają w pamięci Terzaniego, liczą się jednak nie wspomnienia a nauki wyniesione z kolejnych doświadczeń. Czasami i w rozmowach stosuje techniki zapożyczone z warsztatu reportera, skupia się na detalu, który pozwala zrozumieć kulturę czy zwyczaje mieszkańców egzotycznych krajów.

Wywiady przedzielane są prywatnymi wynurzeniami na rozmaite życiowe tematy – Tiziano Terzani uczciwie opowiada synowi o swoim trudnym dzieciństwie, o marzeniach i trwającym ponad czterdzieści lat małżeństwie. Dzieli się refleksjami o historii zatrzymanej w książkach oraz… o walkach świerszczy. Motywów oryginalnych i niespodziewanych tu nie zabraknie – a zawartości tomu nie da się w prosty sposób streścić: Terzani jedne wątki rozwija, o innych tylko napomyka, rozbudzając ciekawość odbiorców. Rozmowę z synem traktuje jako swoistą inwestycję, chce przekazać to, czego się dowiedział, swoim następcom, pragnie, by z jego opowieści wnuk poznał świat, jakiego już nie ma.

Magnetyczną funkcję zawdzięcza ta publikacja łagodnemu spokojowi, przenikającemu kolejne strony. O przeszłości Tiziano Terzani opowiada emocjonalnie, często pojawiają się wówczas wykrzyknienia i kategoryczne oceny. Tam, gdzie chodzi o przyszłość, autor proponuje pogodę ducha. W miejsce lęku wprowadza ukojenie, oczekiwanie na śmierć wypełnione jest wartką opowieścią o życiu, w którym osiągnęło się już wszystko. Tomu „Koniec jest moim początkiem” nie da się czytać w pośpiechu – lektura wymaga skupienia i czasu, by wyczytać z książki to wszystko, co autor chciał przekazać.


środa, 26 maja 2010

Alan Alexander Milne: Kubuś Puchatek

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

Raz jeszcze o Puchatku


„Kubuś Puchatek” to jedna z tych książek, które należą do ścisłego kanonu literatury czwartej, pozycja obowiązkowa w biblioteczce każdego malucha, opowieść znana niemal od wieku – i niestarzejąca się. Ale jeśli po przygody Alicji w Krainie Czarów chętnie sięgają również dorośli, znajdując w onirycznych przestrzeniach Carrolla odbicie uwolnionej wyobraźni i absurdu w dobrym gatunku, o tyle „Kubuś Puchatek” funkcjonuje raczej na prawach lektury z dzieciństwa, opowieści, którą się pamięta, ale której nie ma sensu już czytać ponownie po przekroczeniu –nastego roku życia. Wznowienie „Kubusia Puchatka” w znakomitym tłumaczeniu Ireny Tuwim i z klasycznymi ilustracjami Ernesta H. Sheparda będzie dobrą okazją do tego, by sprawić radość maluchom – ale też i odświeżyć sobie historie dotyczące Misia o Bardzo Małym Rozumku. Eleganckie wydanie (twarda oprawa, dobrej jakości papier i kolorowe rysunki) ucieszy zapewne tych, którzy wychowali się na edycji z czasów PRL-u – dzieciom natomiast, przyzwyczajonym do disneyowskiego Puchatka, pokaże inny, urzekający świat zamknięty w Stumilowym Lesie.

W książkę wprowadza odbiorców przygotowana na wyklejce mapa lasu z zaznaczonymi – ważnymi w poszczególnych historiach – miejscami, to pierwsza obietnica wspaniałej przygody, a przy tym zapowiedź przeniesienia czytelników do pięknej krainy. Tylko wprowadzające rozdziały burzą wizję spójnej książkowej rzeczywistości – skoro jest narrator i jest Krzyś, który słucha bajek – to dalsze opowieści muszą być opatrzone cudzysłowem. Tyle że lektura po latach pozwala zrozumieć ów zabieg: Milne zaprosił w taki sposób do czytania także dorosłych, którzy mogli towarzyszyć swoim pociechom przy lekturze.

Dlaczego dzieci sięgać po „Kubusia Puchatka” muszą – to chyba oczywiste, nie ma sensu tego wyjaśniać, ani, tym bardziej, zachęcać do poznawania przygód mieszkańców Stumilowego Lasu. Pozbawione celu byłoby również streszczanie pomysłów Puchatka i jego przyjaciół. Znacznie bardziej interesujące wydaje mi się to, czym dziś cieszyć się mogą podczas lektury dorośli odbiorcy, kiedy tylko zdecydują się na powrót do krainy wyobraźni. „Kubuś Puchatek” może wielu „poważnym” czytelnikom kojarzyć się z historią naiwną czy infantylną – stąd wśród zwolenników racjonalizmu popularność twierdzenia, że każdy z bohaterów tej książki nadawałby się na pacjenta psychiatry bądź psychoanalityka. Kiedy jednak podobne zastrzeżenia zejdą na dalszy plan, okaże się, jak wielkim zmysłem obserwacji popisał się autor. Krzyś – jak każde dziecko – udaje rozsądnego i poważniejszego, niż jest naprawdę: jeśli prosi o wyjaśnienie niezrozumiałych określeń, tłumaczy to niewiedzą ulubionego Misia, kiedy ma ochotę posłuchać bajki – motywuje to również pragnieniami Puchatka, a w samym Stumilowym Lesie staje się największą wyrocznią. Puchatek, jak przystało na Misia o Bardzo Małym Rozumku zadziwia logiką myślenia – prostota jego rozwiązań i pomysłów może naprawdę urzekać.

Alan Alexander Milne uwodzi czytelników – tych młodych i tych starszych – humorem. Sytuacyjnym (na przykład kiedy Puchatek próbuje nabrać pszczoły, by wykraść im trochę miodu) i słownym (Prosiaczek, który pękł balonik). W „Kubusiu Puchatku” mnóstwo będzie zabawnych drobiazgów do wytropienia – część pomysłów zaszczepił autor z codziennego życia, kpiąc sobie z konwencji i wyśmiewając ludzkie przywary, część wykreował, pozwalając swoim postaciom na beztroskę i radość. Milne bawi się opisami (upomniane, by nie rozmawiało podczas picia mleczka Maleństwo „powiedziało, że ono może robić i jedno, i drugie naraz… i trzeba je było potem przewrócić na grzbiecik i dość długo suszyć”) i samym stylem – lekko zadziwionym, prostym, nieprzegadanym. Stylem, w którym błahostki wypadają czasem jak Bardzo Ważne Sprawy i w którym nie ma nic ważniejszego i trudniejszego zarazem niż zabawa.


wtorek, 25 maja 2010

Katarzyna Szafraniec: Dwa jabłka

Grasshopper, Lublin 2010.


Miłość idealna

Od pierwszych stron „Dwóch jabłek” styl Katarzyny Szafraniec przywodzi na myśl pisarstwo Grocholi. Nieprzypadkowo zresztą, bo i Kasia, główna bohaterka oraz narratorka powieści na początku do Judyty odwołuje się dość często. Inspiracje widać tu w języku: Szafraniec posługuje się krótkimi, dobitnymi zdaniami, z tym samym co w „Nigdy w życiu” lekko ironicznym uśmiechem charakteryzuje grono znajomych i momentami odwołuje się do podobnych co u Grocholi technik rozwijania fabuły oraz narracji – chociaż styl Szafraniec jest wyraźnie gęstszy, czasem pojawiają się z próżni i w próżnię wpadają rozmaici bohaterowie. Zdarza się potem podczas lektury parę razy, że sytuacje z „Dwóch jabłek”, a raczej drobne punkty akcji, będą automatycznie przenosić odbiorczynie do scen z „Nigdy w życiu” – ale też wydarzy się tu o wiele więcej.

Kasia to trzydziestoparoletnia kobieta sukcesu. Ma własną, dobrze prosperującą firmę, grono przyjaciół i dwa koty. Właśnie próbuje się pozbierać po ostatecznym rozstaniu z Wiktorem i za namową bliskich zakłada konto na portalu randkowym. W wirtualnym świecie poznaje kilka interesujących osób – pytanie tylko, czy idealny związek jest możliwy.

Są „Dwa jabłka” typową powieścią obyczajową o miłości. Bohaterka stanowi przeciwieństwo Bridget Jones, szybko znajduje partnerów, choć nie zawsze związki mają szansę na przetrwanie. Tutaj idealnych – wyrozumiałych, cierpliwych i kochających – mężczyzn nie brakuje, można ich spotkać i można sobie pry nich pozwalać na dowolne kaprysy. Judyta odkrywała to ze zdziwieniem przy Adamie pod koniec powieści. Kasia przekonuje się o istnieniu facetów z marzeń dość szybko. W wersji Katarzyny Szafraniec przeszkody na drodze do szczęścia leżą gdzie indziej – nie zabraknie ich w „Dwóch jabłkach”, lecz nie będę zdradzać fabuły, by nie odbierać czytelniczkom przyjemności. Napiszę tylko, że raz realizacja pomysłu – mocnego i robiącego silne wrażenie – kompletnie autorce nie wyszła. Silny wstrząs, jeśli znajduje się dalej niż na początku historii, zasługuje na rozwinięcie trochę dłuższe niż jedno niedokończone zdanie – tymczasem, o ile rozstanie z nieznanym odbiorczyniom Wiktorem, roztrząsane jest dość długo, o tyle pożegnanie bliskiego im bohatera w ogóle nie następuje. Ma to, oczywiście, wytłumaczenie w przyjętym sposobie narracji – ale nie sądzę, żeby spodobało się paniom, które po książkę sięgną.

Narracja jest specyficzna. Katarzyna Szafraniec rezygnuje z przegadania, wzoruje się na krótkich frazach Grocholi, ale też sama wybiera styl migawkowy. Rozdziały tworzone są przez krótkie obrazki i scenki, nie zawsze opatrzone narratorskim komentarzem-wyjaśnieniem. Dzięki temu akcja toczy się bardzo szybko i w „Dwóch jabłkach” zdąży się wiele wydarzyć. Niektóre sytuacje aż proszą się o rozwinięcie, ale Szafraniec woli pozostawiać niekiedy niedomówienia. Przeciwieństwem tych błyskawicznych i skrótowych relacji są rozbudowane nad miarę (na szczęście rzadkie, chociaż nie wątpię, że znajdą się ich zwolenniczki) maile, pełne rozważań na temat miłości. Tu autorka zatrzymuje się, wybiera filozoficzne refleksje, wytraca tempo i niektóre czytelniczki mogą się poczuć chwilowo znudzone. Podobnie z uznaniem mogą się nie spotkać „wiersze” wplatane w pewnym momencie dość często w opowieść.

„Dwa jabłka” to powieść rozrywkowa i nie miałoby sensu ocenianie jej od strony estetycznej. Co wrażliwszych irytować mogą „pierdolety” czy nie do końca dobre połączenia eufemizmów ze stanem irytacji i wulgaryzmów ze stonowanym opisem. To wydanie drugie poprawione książki, ale korektorka najprawdopodobniej zawierzyła umiejętnościom ortograficznym autorki i przepuściła trochę błędów. Najbardziej (poza kilkoma ortami z zakresu pisowni łącznej i rozdzielnej) rzuca się w oczy stosowanie form grzecznościowych („ty” czy „pani” z wielkiej litery, a i to nie zawsze konsekwentnie).

Katarzyna Szafraniec proponuje powieść o poszukiwaniu miłości, obowiązkowo wzruszającą historię dla pań, które lubią sentymentalne ale i dowcipne fabułki. Są „Dwa jabłka” miejscami naiwne i idealizujące relacje damsko-męskie, innym razem zaskakują nietypowym rozwojem wydarzeń. Jak na czytadło – sprawdza się ta książka bardzo dobrze, zatem kto poszukuje publikacji z tego gatunku – może spokojnie po ten tom sięgnąć.