* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Hiroaki Tanaka, Magdalena Jackowska: Slow jogging. Japoński sposób na bieganie, zdrowie i życie

Galaktyka, Łódź 2014.

Wolno biegać

„Slow jogging” to prawie broszura – kilkudziesięciostronicowa – i opatrzona wieloma zdjęciami książeczka promująca inny pomysł na bieganie. Galaktyka publikuje tę propozycję na fali zainteresowania i literaturą sportową, i bieganiem jako takim. To rodzaj poradnika dla tych, którzy nie interesują się ściganiem, osiąganiem zawrotnej prędkości czy udziałem w maratonach – a „jedynie” zdrowiem i zdrowym trybem życia.

Hiroaki Tanaka i Magdalena Jackowska zachęcają do bezwysiłkowego biegania każdego. W związku z tym, że kierują swoją publikację do wszystkich zainteresowanych, rezygnują ze sztucznych ograniczeń (na przykład w postaci wydatków): do slow joggingu wystarczą wygodne buty (i taki też strój). Cała reszta nie ma znaczenia. Autorzy piszą między innymi, jak bada się osiągnięcie idealnego w slow joggingu (a zawsze indywidualnego) tempa – ale proponują też alternatywną metodę oceny, niewymagającą drogich aparatów, a jedynie umiejętności wsłuchania się w płynące z ciała sygnały. Argumentem w slow joggingu może być także szansa na swobodną rozmowę podczas codziennej przebieżki – to jeden z mierników dobrego tempa.

Autorzy koncentrują się przede wszystkim na wypromowaniu slow joggingu jako sposobu na zdrowie i długie życie – to podstawowe argumenty, bezustannie w lekturze przypominane. Co ciekawe, Tanaka i Jackowska nie ukrywają też minusów uprawiania tego sportu: zaliczają się do tych minusów chociażby złośliwości postronnych obserwatorów. Jednak autorzy chcą wykreować modę na slow jogging i są przekonani, że można do tego doprowadzić. Wolne bieganie stanowi u nich lek na wiele dolegliwości, a spróbować można nawet w domu czy w miejscu pracy. Nie ma takiej wymówki, dla której nie znaleźliby kontrargumentu. A gdyby zawiodły wszelkie próby perswazji… zawsze pozostaje zwykła ciekawość. Slow jogging to sport dostępny dla każdego, niezależny od wieku i niewymagający żadnych większych przygotowań. To rozwiązanie idealne dla przepracowanych i… dla leniwych.

Do slow joggingu nie potrzeba też trenera, każdy sam jest w stanie wypracować odpowiednią technikę. Autorzy podpowiadają tu, jak kontrolować oddech i jak odbijać się od podłoża, wszystkie wskazówki ilustrując zdjęciami. Nie chcą odstraszać nikogo, a żeby przyciągnąć nieprzekonanych, dodają też wiadomości, na przykład o pracy mięśni. Niby więc slow jogging ma polegać na intuicyjnym powolnym bieganiu, ale istnieją też naukowe powody, by go uprawiać. „Slow jogging” to publikacja-reklama, dobry pomysł na wprowadzenie zwyczaju, który może połączyć pokolenia.

Panuje aktualnie moda na bieganie – a część społeczeństwa nie zamierza się do niej przyłączać, z uwagi na problem zdrowotne, brak czasu czy rozmaite obawy. „Slow jogging” to wymarzona alternatywa dla odbiorców, którzy nie mają ambicji sportowców, a chcieliby przyłączyć się do zachwytów nad bieganiem. Hiroaki Tanaka i Magdalena Jackowska chcą promować nowy sposób spędzania czasu i przemierzania przestrzeni. To propozycja idealna dla prowadzących mało aktywny tryb życia, dla pracowników ślęczących za biurkami, a nawet dla seniorów. Autorom tej książki chodzi przede wszystkim o dotarcie z informacją do jak największej części społeczeństwa – wierzą, że z czasem miłość do slow joggingu będzie coraz silniejsza. „Slow jogging” jest więc książeczką niewielką, ale może okazać się ważną publikacją, w szczególności dla odbiorców, którym zależy na zdrowiu i dobrej kondycji przez długie lata.

niedziela, 4 stycznia 2015

Magdalena Zawadzka: Taka jestem i już!

Marginesy, Warszawa 2014.

Autoportret

Magdalena Zawadzka dość dobrze czuje się w krótkich formach – jako autorka dzieli sobie wspomnienia i przeżycia na konkretne tematyczne rozdziały. Prowadzi narrację z ogromną dbałością o styl i kulturę wypowiedzi, ale potrafi też posługiwać się sarkazmem. Książka „Taka jestem i już. Wspomnienia” jest tomem trochę recyclingowym – to znaczy powstała z „Kija w mrowisko”, czego się tu nie ukrywa. Została jednak wzbogacona o nowe teksty, przejrzana i uzupełniona, również szeregiem wielkoformatowych zdjęć i przedruków okładek – do tego wydawnictwo Marginesy od lat już przyzwyczaja czytelników.

Lubiana aktorka nie zamierza się w swoich zapiskach mizdrzyć, stawia na szczerość w miejsce autokreacji. Daje się czytelnikom poznać nie tylko z najlepszej strony – kiedy coś budzi jej sprzeciw, zostanie skrytykowane, bez względu na panujące akurat mody. Zawadzka ma swoje zdanie i nie zamierza z niego rezygnować, by przypodobać się części odbiorców. Głosi własne poglądy przy okazji przytaczania kolejnych anegdot i snucia wspomnień. Na ogół jednak zachowuje pogodę ducha i kiedy tylko może, ucieka od narzekania.

Tom podzielony jest na dwie części. Jedną tworzą zwierzenia autorki, niemal na bieżąco uzupełniane. Najbardziej skrótowo Magdalena Zawadzka pisze o Gustawie Holoubku, co łatwo da się wytłumaczyć odnośnikiem do poprzedniej książki, temu związkowi poświęconej. Nie rozwodzi się nad perypetiami ze swojego życia – kolejne etapy zamyka w dość zwięzłych rozdziałach, dobrze przemyślanych i opracowanych tak, by umożliwiły zachowanie prywatności. Drugą część tomu stanowią felietony – to minirozprawki na tematy często dość ogólne. Zawadzka wybiera sobie zagadnienie, które może budzić żywsze uczucia wśród odbiorców – i komentuje je ze swojego punktu widzenia, bez prowokacji, ale i bez prób spodobania się czytelniczkom. Dla niej felietony stają się szansą do przedstawienia stanowiska, ewentualnie – zachęcenia do refleksji lub polemik, nie do rozbawiania publiczności literackiej. Zresztą dla Zawadzkiej rozrywka wydaje się być drugorzędnym celem. „Taka jestem i już” to autoprezentacja, nie popis twórczy.

Bez napastliwości i bez narzucania innym swoich przekonań Zawadzka próbuje ulepszać świat. Czytelnicy otrzymują autoportret aktorki – dosyć odległy od spraw związanych ze sceną czy filmem. Te zwierzenia, nieco aż staroświeckie w treści, chronią najbardziej osobiste sfery życia Zawadzkiej, a jednak dostarczają odbiorcom szeregu refleksji i przeżyć, których nie poznaliby dziennikarze czy widzowie. Pod tym względem Magdalena Zawadzka a sporą przewagę nad kolegami po fachu, którzy decydują się na współpracę z ghostwriterami lub na wywiady-rzeki. Tu sama zainteresowana podejmuje decyzję, o czym i w jakim tonie opowiedzieć szerokiemu gronu odbiorców.

Na warstwę graficzną nie można pozostać obojętnym. W Marginesach przedruki okładek czasopism nie muszą być przerywane podpisami czy drobnymi komentarzami, mówią same za siebie i stanowią ciekawy przegląd prasowych archiwów. Magdalena Zawadzka dostarcza też szeregu fotografii z domowych albumów. „Taka jestem i już” zamienia się więc w publikację atrakcyjną także ze względu na sposób wydania. Magdalena Zawadzka lubi przelewać na papier swoje przemyślenia – i pozwala, by cieszyli się tym nie tylko jej fani.

sobota, 3 stycznia 2015

Beata Lipov: Lawendowy dom

Świat Książki, Warszawa 2014.

Pomysły domowe

Blogi lifestyle’owe to kulturowe zjawisko rozkwitłe w ostatnich latach i cieszące się sporą popularnością. Najlepszy dowód na to, że autorzy, którzy zdobyli uznanie w sieci, przebijają się do „tradycyjnych” sposobów docierania do odbiorców. Teraz swoimi pomysłami dzieli się Beata Lipov, autorka tomu „Lawendowy dom”.

Lawendowy dom ma być miejscem, do którego chce się wracać, prywatną utopią i zestawem pomysłów na różne okazje. W wersji książkowej to album z przepisami i refleksjami autorki. Beata Lipov wykorzystuje tu rytm pór roku, żeby podsunąć swoim odbiorczyniom sposoby na ozdobienie domu, wykorzystanie darów natury, podkreślanie sezonowych smaków i… zabicie nudy. „Lawendowy dom” jest zbiorem wskazówek, ale i rozbudowanych wyjaśnień. Lipov chce dzielić się z czytelniczkami inspiracjami, zachęcać je do kreatywności i zareklamować własne artystyczne (i praktyczne) wizje. Dla Lipov ten właśnie sposób na autoprezentację okazuje się najbardziej wygodny.

„Lawendowy dom” ma dość luźną formę przy ściśle przemyślanej konstrukcji. Cztery części łączą się z czterema porami roku, za każdym razem autorka zapowiada, co znajdzie się w wybranym dziale – zachęca do wypróbowywania porad z różnych dziedzin, więc, chociaż dominują tu przepisy kulinarne, zwróci uwagę czytelniczek na ulubione rozwiązania. Po tym nietypowym i autopromocyjnym spisie treści pojawia się podpowiedź, jak ozdobić otoczenie domu. Beata Lipov z entuzjazmem przygotowuje „tematyczne” wieńce na drzwi (w mocno amerykańskim stylu) i dobiera dodatki (na przykład do dekoracji stołu), które podkreślą związek z naturą. Zwraca uwagę na trwałość materiałów – wieniec z liści czy z rajskich jabłuszek ma dłuższy termin ważności, gdy pozostanie na zewnątrz budynku. Jeśli pojawią się w nim owoce – przyciągnie okoliczne ptaki. Beata Lipov proponuje ozdoby, które cieszą oko i upiększają dom, ale są dość czasochłonne – nie mówiąc już o tym, że nie panuje moda na ozdabianie drzwi wejściowych.

Po dość krótkim kursie „zdobnictwa” autorka przechodzi do kulinariów. Podaje przepisy na słodkości, przekąski czy potrawy świąteczne. Wykorzystuje sezonowe owoce i… lawendę. Poza tematem gotowania Lipov zajmuje się konsekwentnie ozdabianiem domu. Przygotowuje obrączki na serwetki, wycinane płatki śniegu, prezenty, a nawet… głowę łosia z papieru i folii bąbelkowej. Są tu pomysły zabawne i sposoby na zajęcie czymś dzieci. Autorka kieruje się do tych, którzy nie potrafią szyć, ale chcieliby upiększyć dom: proponuje im recyclingowe formy, na przykład „bombki” z kawałków dzianiny czy dynie ze starych poduszek. Te propozycje nie wymagają wiele wysiłku, za to nie powstałyby bez wyobraźni. Beata Lipov udowadnia więc czytelniczkom, że wystarczy odrobina kreatywności, żeby uprzyjemnić sobie codzienność.

„Lawendowy dom” pełen jest zdjęć i opowieści autorki – Lipov nie ukrywa się za prostymi przepisami – chętnie za to dzieli się własnymi przemyśleniami, wspomnieniami z dzieciństwa, zestawem opisów z wyraźnie akcentowanymi działaniami na zmysły. Lubomir Lipov dostarcza artystycznych ujęć – w końcu wiadomo, że obraz lepiej zadziała jako reklama pomysłów. Tylko część fotografii ma pełnić funkcję informacyjną – większość pełni funkcję ozdobną oraz promocyjną. Kolorowe i duże zdjęcia zachęcają do wypróbowania tych podpowiedzi, do zwolnienia tempa życia i do zwykłego cieszenia się pięknem. „Lawendowy dom” to publikacja dla szukających inspiracji – i dowód na twórczy potencjał drzemiący w każdym człowieku.

Dorota Golińska: Kanony kobiecej urody. Od starożytnego Egiptu po XXI wiek. Makijaż i stylizacja

Buchmann, Warszawa 2014.

Twarze

Albumowa praca „Kanony kobiecej urody” przypadnie do gustu przede wszystkim tym odbiorczyniom, które szukają oryginalnych stylizacji i chcą poeksperymentować z makijażem na specjalne okazje. Dorota Golińska wpisuje się w zachodnią modę na publikacje poświęcone wizażowi, ale dostarcza też szeregu ciekawostek z dziedziny kosmetologii. Proponuje własne wariacje na temat makijażu w kolejnych epokach, a do tego opowiada, jak kobiety na przestrzeni stuleci dbały o urodę. Nie brakuje u niej wątków mocno egzotycznych – wykorzystywania tłuszczu hipopotama czy kompresów z rosy. Golińska pokazuje, jak zmieniały się kanony piękna, oczekiwania wobec kobiet i pomysłowość ich samych – by następnie zaproponować jedną stylizację makijażu „z epoki”. Jedną i w dodatku najczęściej różną od artystycznych fotografii przetykających tekst, więc dla odważnych czytelniczek inspiracji tu raczej nie powinno zabraknąć.

Podróż po kanonach kobiecej urody obejmuje starożytność (z podziałem na Egipt, Grecję i Rzym), średniowiecze, renesans i barok, wiek XIX oraz kolejne dekady XX wieku. Golińska sprawdza, jak kobiety dbały o skórę, z czego przyrządzały kosmetyki i aplikatory – oraz co próbowały osiągnąć. Informuje też, kiedy zabiegi upiększające angażowały większą liczbę osób, a kiedy były utrzymywane w tajemnicy, przede wszystkim przed mężczyznami. Do opowieści – bardzo rzeczowych i spisanych prostymi zdaniami – wplata też autorka motywy mody i dodatkowe wiadomości (na przykład na temat sygnałów wysyłanych przez kurtyzany za sprawą szczegółów w makijażu). Opowieść przetyka fragmentami wierszy sławiących kobiecą urodę, a jeśli przepis na kosmetyk jest wyjątkowo oryginalny, pojawia się w niezmienionym brzmieniu, ku uciesze odbiorców. Dorota Golińska pokazuje tym samym, że nawet nad tak bagatelizowanymi i ulotnymi tematami można przeprowadzić wnikliwe studia.

Na wielkoformatowych artystycznych zdjęciach pojawiają się modelki (czasem też postacie znane z telewizji) w odpowiednich stylizacjach obejmujących makijaż, fryzury, biżuterię i stroje dostosowane do kanonów piękna w danej epoce. Część bohaterek przywodzi na myśl postacie z obrazów (a w przypadku XX wieku także zdjęć), im bliżej dzisiejszych czasów, tym częstsze są proste stylizacje na ówczesne gwiazdy. Nie ma wprawdzie reprodukcji pierwowzorów – ale w paru przypadkach nie będzie problemu z wykryciem źródeł inspiracji. Zdarza się, że jedna stylizacja pojawia się w dwóch ujęciach – co odrobinę rozczarowuje, mimo kunsztu i pracy włożonej w przygotowanie modelki. Każdy rozdział Dorota Golińska kończy krótkim kursem makijażu. W punktach zaznacza cechy charakterystyczne dla ideału piękna, wylicza potrzebne kosmetyki, a potem tłumaczy, jak przygotować odpowiedni makijaż. Całość ilustrują zdjęcia „krok po kroku” – tu już nie ma wyjaśnień dotyczących pozamakeupowych elementów stylizacji.

Tak przygotowana publikacja może przydać się charakteryzatorom, uczestniczkom tematycznych imprez, a i odbiorczyniom, które są ciekawe historii makijażu. Golińska połączyła zestaw danych z różnych wieków z dzisiejszymi technikami wizażu. W ten sposób zachęca do poszukiwania własnego stylu i zapewnia rzeczowy przegląd zmieniających się mód oraz rodzajów dostępnych kosmetyków.

piątek, 2 stycznia 2015

Irena Cieślińska: Pomyleni. Chorzy bez winy

PWN, Warszawa 2014.

Tajemnice mózgu

Choroby na pierwszy rzut oka niewidoczne a bardzo utrudniające życie w społeczeństwie przybliża Irena Cieślińska w znakomitym popularyzatorskim tomie „Pomyleni”. Przygląda się autorka zagadkom ludzkiego mózgu i niespodziankom, jakie czasami szykuje człowiekowi jego własny system immunologiczny. W krótkich szkicach rejestruje dziwne i niezrozumiane przez otoczenie przypadłości, tłumacząc, jak mogą one zaburzać relacje interpersonalne. Część schorzeń – trudno wyobrażalnych dla ogółu społeczeństwa – nie niesie groźnych konsekwencji, część stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo. Wszystkie jednak pokazują, jak rozwija się wiedza o funkcjonowaniu mózgu i jak ciężko niekiedy postawić właściwą diagnozę.

Cieślińska w „Pomylonych” decyduje się na prostą, przejrzystą i akceptowaną przez odbiorców formę. Każda choroba staje się tematem osobnego zamkniętego rozdziału (dość rzadko autorka decyduje się na międzyrozdziałowe odnośniki). Na początku Irena Cieślińska przywołuje pojedynczy przypadek: przedstawia osobę, której określona choroba uniemożliwia normalne życie. Czasami pokazuje nagły atak choroby, wobec której lekarze są początkowo bezradni, innym razem tłumaczy, jak choroba wpływa na relacje z innymi. Cieślińska wczuwa się w sytuacje tych postaci, traktuje ludzi nie jak medyczne „przypadki”, a niemal jak bliskich. Rozumie ich problemy i pozycje nie do pozazdroszczenia. Zresztą sama staje się bohaterką jednego z rozdziałów, trudno więc się dziwić atmosferze kolejnych opowieści. Sięgając po rozwiązania rodem z psychologicznych publikacji, Cieślińska angażuje odbiorców w lekturę. Tu nikt nie pozostanie obojętny na losy postaci – i zacznie się zastanawiać nad „chorymi bez winy”.

Po sugestywnej scence, która bezbłędnie wskazuje istotę problemu osoby chorej, Cieślińska stopniowo zaczyna przechodzić do medycznych stron zagadnienia. Wprowadza, w zależności od tematu, albo sposoby leczenia (czy redukowania skutków choroby), albo odkrycia, do których dany przypadek doprowadza. Zdarza się, że zakończenie wiąże się z serią medycznych wyjaśnień. Ale Irena Cieślińska równie chętnie odnosi się do wpisów na forach dla chorych, wypowiedzi i zwierzeń, które pomagają lepiej poznać sedno cierpienia.

Już sam przegląd tematyki „Pomylonych” zapewni książce zainteresowanie. Pojawiają się tu przypadłości powszechnie znane – fobie, narkolepsja, zespół Tourette’a, nerwica natręctw czy afazja, pojawiają się też tematy brzmiące tajemniczo (syndrom Alicji w Krainie Czarów). Autorka niestrudzenie wyszukuje ciekawostki medyczne i potrafi o nich zajmująco opowiadać. W „Pomylonych” wiele jest obrazków chorób, które… przeniknąć mogły do literatury rozrywkowej. Cieślińska wskazuje symptomy i ich prawdopodobne odzwierciedlenia w sztuce. Choćby z tego względu warto przyjrzeć się książce. Ale Cieślińska jest naprawdę dobrą popularyzatorką wiedzy – jej „Pomyleni” przyczynią się do zwiększania świadomości społecznej, a i do zainteresowania medycyną czy możliwościami mózgu. Ta autorka pisze w sposób bardzo prosty i zajmujący przy tym, nie posługuje się naukowym dyskursem, a przez to dotrze do większej liczby odbiorców – także do tych, którzy genetycznie obciążeni są chorobą.

„Pomyleni przedstawiają ludzi, którzy zachowywać się mogą dziwnie, a przecież nie tracą zdrowych zmysłów. Cieślińska sprawdza, z jakimi oskarżeniami borykają się chorzy: jedni postrzegani są jako alkoholicy, inni – jako imprezowicze, lenie czy obżartuchy. Autorka zwraca uwagę na mylące pozory i krzywdzące oceny. Jej tom pomaga zrozumieć chorych i ułatwia im funkcjonowanie w najbliższym otoczeniu, zwiększa świadomość społeczną, a do tego stanowi świetną lekturę – z ciekawością śledzi się teksty Cieślińskiej.

czwartek, 1 stycznia 2015

Przemysław Semczuk: Magiczne dwudziestolecie

PWN, Warszawa 2014.

Duchy i wróżby

O modzie na spirytyzm w dwudziestoleciu międzywojennym napisano już sporo, a moda na wywoływanie duchów przeniknęła też do literatury. Przemysław Semczuk stara się przybliżyć czytelnikom szczegóły towarzyskich rozrywek, które opanowały salony w międzywojniu – ale nie interesuje go demaskowanie sztuczek i oszustw. Czasem podaje skrótowe wytłumaczenie naukowe dla konkretnych zjawisk (na przykład fenomenu wirujących stolików), innym razem satysfakcjonuje go samo szczegółowe przedstawienie tematu od strony dziennikarza posiłkującego się dawnymi notatkami świadków wydarzeń. Nie śledzi za to kariery spirytystycznych legend.

Sam temat wywoływania duchów czy nawiązywania kontaktu z zaświatami Semczuk traktuje dość pobieżnie, chociaż rozwija odrobinę temat mediów i ich umiejętności prezentowanych szerokiej publiczności. Bardziej zajmują go motywy jasnowidzenia. Postaciom, które potrafiły odgadnąć zawartość przygotowanych przez nieznajomych paczek, pseudografologom (jasnowidzom, którzy wyciągali daleko idące wnioski z próbek pisma), poświęca sporo miejsca. Przytacza sporządzane podczas eksperymentów notatki i porównuje umiejętności różnych osób. Zdarza się, że dłuższą chwilę poświęca oszustom, demaskując ich zagrania, ale nie jest to jego celem. Semczuk woli referować niż tropić prawdy i fałsze. „Magiczne dwudziestolecie” jest zatem spojrzeniem na ciekawą modę bez podejmowania się ocen czy wyznaczania interpretacji. Przemysław Semczuk pozwala dzisiejszym czytelnikom i uświadomić sobie zjawisko niegdyś równie popularne jak kawiarnie literackie – i gromadzi w jednym miejscu materiały na temat raczej bagatelizowany przez badaczy „poważnych”. Wkracza w środowisko zabobonów i wierzeń (zadziwiające, jak wiele miejsca zajmuje prosty rejestr społecznych – nie ludowych! – przekonań oraz… jak wiele owych przesądów do dzisiaj bez większych zmian funkcjonuje).

Kogo zainteresują tricki stosowane przez bohaterów tej książki, ten rozwiązań szukać będzie zapewne w innych tomach. Semczuk pozwala cieszyć się zjawiskami niewyjaśnionymi, rozbudzającymi wyobraźnię (dawniej także tę zbiorową) i odrobinę poznać mody z dwudziestolecia międzywojennego. „Magiczne dwudziestolecie” pojawiło się w albumowej serii PWN – ale nie ma w tomie poetyki pop. Autor prowadzi zdyscyplinowany i uporządkowany wywód, nie przeskakuje między tematami, a stara się wyczerpująco omówić poruszane zagadnienia. Dba o to, by nie pozostawić czytelnikom uczucia niedosytu. „Magiczne dwudziestolecie” nie jest książką przygotowywaną w pośpiechu: to publikacja starannie opracowana.

Przemysław Semczuk imponuje dokładnością w opisywaniu świata międzywojennego. Dociera do sytuacji z prywatnych salonów, ale też sprawdza, jak do parapsychologii odnosili się najbardziej znani. W tomie nie brakuje materiału zdjęciowego (nawet ujęć z „duchami”), przedruków ogłoszeń jasnowidzów czy okładek książek. Odbiorcy poznają dzięki temu kolejnych spirytystów i media. Strona graficzna tym razem nie zaburza lektury, a dobrze ją uzupełnia.

„Magiczne dwudziestolecie” to popularnonaukowa ciekawostka udanie rozwijająca informacje, które co pewien czas powracają w obrazach z międzywojnia. Tu nie ma gwiazd, które w świadomości społecznej przetrwały – rodzą się za to nowe, wywołane przez nietypowy trend. Semczuk skupia się tylko na polskim nurcie spirytyzmu – ale nawet przyjęte przez niego ograniczenia nie umniejszają wartości książki. Ta apetyczna publikacja przyda się czytelnikom, którzy są zafascynowani kulturą dwudziestolecia.

Brandon Mull: Pięć Królestw. Łupieżcy niebios

Egmont, Warszawa 2014.

Wyprawa na koniec świata

Brandon Mull należy do autorów, którzy doskonale czują się w światach fantastycznych, w wykreowanych przez siebie nowych i tajemniczych przestrzeniach. Fantastykę łączy z klimatem baśniowości, a czasami punktem wyjścia dla opowieści jest wyobraźniowy drobiazg. W „Łupieżcach niebios”, pierwszym tomie serii Pięć Królestw to zawieszone w powietrzu zamki. Do niezwykłych budowli dostać się można tylko drogą powietrzną, a nigdy nie wiadomo, co kryją tajemnicze mury. Za każdymi czyhać może śmierć – chociaż rzadko podczas pierwszych misji. Misji ma być pięćdziesiąt – to rodzaj wyzwania dla Łupieżców, a i zadania warunkującego ich istnienie. Obrzeża nie należą do specjalnie gościnnych miejsc. Tu ciągle trwają walki, trzeba mierzyć się też z dziwnymi stworami zrodzonymi z ludzkich sił i pomysłów. Brandon Mull wykorzystuje motyw walki z własnymi – upersonifikowanymi – ciemnymi mocami. Sięga po twierdzenie, że każdy może być dla siebie samego najbardziej niebezpiecznym, a i najbardziej wymagającym przeciwnikiem.

Mull pamięta o tym, że najlepsze młodzieżowe historie fantasy powstają po skrzyżowaniu realizmu z fikcją – dlatego też wprowadzenie do opowieści jest zupełnie inne – utrzymane w innej konwencji niż cała narracja. Mull na początku nawiązuje do motywu, który coraz częściej staje się katalizatorem wyobraźni dzieci. Akcję rozpoczyna w Halloween. Przygotowuje dla swojego bohatera serię coraz bardziej wymyślnych strachów. Wszyscy zdają sobie sprawę z gry: Halloween dostarcza młodym ludziom adrenaliny i jednocześnie rozrywki – mrok przegrywa z konwencją i umownością. Tyle że Cole, który wybiera się do nawiedzonego domu, jeszcze nie wie, że zabawa zaraz się skończy (ale granicę między światami przekracza w poszukiwaniu wrażeń i już za moment będzie tych wrażeń miał pod dostatkiem). O ile w pierwszych scenach tomu króluje naturalistyczna otoczka (może sobie autor na nią pozwolić, bo to rodzaj maskarady, nie realnego okrucieństwa), o tyle w dalszej części wszelkie potyczki i walki utrzymane są już w duchu fantasy – niby zdarzają się naprawdę, ale trudno dopatrywać się w nich realnego zagrożenia. Fantasy w wykonaniu Mulla to w końcu ciągła przygoda na tyle oryginalna, że niestraszna, bez względu na wybierane rozwiązania.

Część motywów autor pozostawia lub przejmuje z klasyki; wiadomo między innymi, że Cole zyska przyjaciół, z którymi będzie podróżować w celu wypełnienia określonej misji, wiadomo też, że w niegościnnym świecie należy być nieufnym i nie ma szans na odpoczynek. W „Łupieżcach niebios brakuje też parasola ochronnego nad najmłodszymi: dzieci są tu porywane i sprzedawane jako niewolnicy. To jeden z bodźców do działania dla bohatera. Mull tworzy surową przestrzeń dość starannie – i to również nawiązanie do tradycji: przedstawia miejsce nękane wewnętrznymi problemami, pozbawione szansy na wyjście z kryzysu. I chociaż Cole przybywa na Obrzeża z Ziemi, zwabiony podstępem, chce działać. To warunek, który chłopiec musi spełnić, jeśli myśli o powrocie do domu. W „Łupieżcach niebios” na uwagę zasługuje język – Brandon Mull, poza serią twórczych i odtwórczych pomysłów składających się na dynamiczną mieszankę, bardzo dba o warstwę narracyjną. Tworzy sporo wynalazków, którym potrzebne są nazwy – ale poza tym w języku zaznacza inność swoich krain i samej akcji. Między innymi warstwa stylistyczna jest powodem olbrzymiego sukcesu jego książek, bo kto lubi fantasy, ten od Mulla się nie odwraca.