* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 7 grudnia 2011

Jerzy Przystawa: Odkryj smak fizyki

PWN, Warszawa 2011.

Fizyka dla humanistów

Fizyka uchodzi za dziedzinę nauki dostępną jedynie nielicznym, wybrańcom, którym niestraszne są skomplikowane wzory i obliczenia, a także doświadczenia niejednokrotnie przekraczające granice wyobraźni przeciętnego człowieka. Jerzy Przystawa chce udowodnić, że także humanistów można zainteresować tą dziedziną wiedzy – i tworzy podręcznik-niepodręcznik, tom, który czyta się z ogromną przyjemnością, ale który z nikogo raczej geniusza fizyki nie uczyni.

Przystawa inspiruje się książką Arkadiusza Piekary, która ukierunkowała jego życiowe wybory i była dowodem na to, że o fizyce da się mówić w przystępny sposób. Tomem „Odkryj smak fizyki” proponuje unowocześnioną wersję wykładów dla tych, którzy chcą poszerzyć swoje horyzonty myślowe. Stara się zaintrygować odbiorców spoza świata fizyki, pokazać ciekawe oblicze tej nauki i badaczy, przyczyniających się do jej rozwoju – za to na dalszy plan odsuwa to wszystko, co spędzało większości zdeklarowanych humanistów sen z powiek w szkole – czyli całą „matematyczną” część fachu. Przystawa porusza się w rejonach, które mogą rozbudzić wyobraźnię – interesują go w tej książce kwestie związane z odkrywaniem wszechświata i badaniem kosmosu, teorie kwantów i badania atomu, fizyka cząstek elementarnych czy badanie prędkości światła – odnosi się zatem do tematów, które sugerują zapoznanie się z fizyką „wyższą”, o wiele bardziej skomplikowaną, niż podstawy ujęte w szkolnych programach. Omawia osiągnięcia laureatów Nagrody Nobla (tak, że tytuły ich odkryć przestają wreszcie brzmieć tajemniczo i obco) i przełomowe odkrycia z ostatniego wieku. Zakres tematyczny może na pierwszy rzut oka budzić przerażenie i podziw, ale szybko okazuje się, że trudności w lekturze nie będzie.

Jerzy Przystawa bowiem nie troszczy się o to, żeby czytelników wprowadzić głęboko w poruszane tematy. Próbuje raczej dać im pojęcie o tym, co dzieje się aktualnie w fizyce – i zasugerować, jak ważna i ciekawa to dziedzina. Nad żadnym zagadnieniem nie zatrzymuje się dłużej i jeśli coś okaże się niezbyt zrozumiałe (lub za bardzo specjalistyczne) – można przerwać lekturę i poszukać podpowiedzi w innych źródłach lub… przejść nad tym do porządku dziennego i czytać dalej. Takich fragmentów będzie jednak niewiele. Autor bowiem zajmuje się dużo częściej wątkami pobocznymi, ciekawostkami z życia badaczy, okolicznościami, które towarzyszyły wielkim odkryciom, problemami z ich upowszechnieniem itp. Fizykę przekłada na obrazowe porównania, rezygnuje z rzeczowych definicji i konkretów, za to pokazuje ludzi z pasją. Z pasją też prowadzi narrację – mnóstwo tu wykrzyknień i emfazy, jakby chciał Przystawa zasugerować czytelnikom zredukowanie emocjonalnego dystansu i zaznaczyć, gdzie powinni odczuwać przejęcie. W ten sposób zgrabnie steruje odbiorcami i zaraża entuzjazmem – tyle że wcale nie rozprasza mitu trudnej i skomplikowanej fizyki. Mało tego – kiedy przytacza wzory, zatrzymuje się tylko na objaśnieniu symboli, a gdy jeden raz wyprowadza taki wzór, przez ponad pół strony przeprasza za to czytelników. Owszem, zainteresuje fizyką – ale prawdziwego nauczyciela trzeba będzie szukać gdzie indziej, jeśli myśli się o rozpoczęciu przygody z tą dziedziną nauki.
„Odkryj smak fizyki” to jedna z nielicznych publikacji, które mogą połączyć w sobie wiadomości z pozoru nieprzyswajalne, entuzjazm, ciekawość i dobrą lekturę – to też książka, którą czyta się z przyjemnością. Autorowi udaje się obalić mit fizyki jako nauki trudnej, hermetycznej i nie dla każdego. Co dalej? To już zależy od czytelników.


wtorek, 6 grudnia 2011

Andrzej Maleszka: Olbrzym

Znak, Kraków 2011.

Gra w książce

Andrzej Maleszka chce konkurować z grami komputerowymi, a w pamięci ma zapewne jeszcze przygodowe seriale dla młodzieży z czasów, gdy temat komputerów wkraczał już na szklany ekran. Świadczy o tym jego cykl „Magiczne Drzewo”, w ramach którego ukazał się właśnie tom „Olbrzym”. Autor przekonuje, że książki z serii można czytać jak samodzielne powieści – i rzeczywiście czytelnicy nie będą mieli problemu z odnalezieniem się w historii. Zwłaszcza że Maleszka koncentruje się na bardzo dynamicznej teraźniejszości i nie ma specjalnie czasu na retrospekcje czy zatrzymywanie się nad dawnymi wynalazkami. Sprawa bowiem jest poważna.

Z Magicznego Drzewa ludzie kilkanaście lat temu zrobili rozmaite przedmioty – każdy z tych przedmiotów posiada magiczne właściwości. Gorzej, gdy taki przedmiot wpadnie w niepowołane ręce… Magiczne krzesło, które miała historia Kukiego, klasowy rozrabiaka Blubek wykorzystał do wyczarowania potwora o siedmiu życiach. Nie pomyślał w porę o konsekwencjach swojego wygłupu i teraz Kuki – obdarzony ponadnaturalną mocą, Gabi – prymuska i wierny pies, gadający Budyń, muszą wyruszyć w długą i trudną podróż do Szanghaju – żeby pokonać bestię i odzyskać magiczny przedmiot. Nieskomplikowana oś konstrukcyjna posłużyła autorowi do stworzenia opowieści, która wciągnie dzieci. Atutem książki jest połączenie motywów z dawnych powieści fantasy oraz gier komputerowych – przygody bohaterów przeniesione są właśnie z takiej gry, co pozwoli na skupienie uwagi maluchów. Do komputerowej rzeczywistości dochodzą strzępki codziennych trosk, zwłaszcza na początku tomu: kłopoty finansowe mamy, która za czarami nie przepada, ale musi wyposażyć pociechy do szkoły, czy obecność złośliwego Blubka-dręczyciela. Z czasem Maleszka zaczyna nawiązywać do tego, co w tradycyjnej literaturze czwartej było stale obecne – solidarności bohaterów w obliczu zagrożenia, przyjaźni, odwagi, pomysłowości i poświęcenia. Ponieważ przenosi akcję do prawdziwych miejsc, może przy okazji przemycić trochę ciekawostek ze świata. Nawiązanie do fabuły gry z kolei wyklucza rzeczywiste niebezpieczeństwo – akcja polegać będzie bardziej na ucieczce przed potworem niż na ciągłych konfrontacjach, a pomysłowość autora wynagradza jednokierunkowe wysiłki dzieci.

Maleszka opiera tekst na dialogach: rozmowy bohaterów stanowią dużą część książki, która w ten sposób jeszcze zyskuje na dynamiczności. Od czasu do czasu pojawiają się w niej również drobne żarty sytuacyjne, ale podstawowym celem jest przeprowadzenie grupki małolatów do zakreślonego na początku finału. Jako że Andrzej Maleszka w wymyślaniu przeszkód jest dość kreatywny, nudę przy lekturze należy od razu wykluczyć.

Dla dzieci atrakcyjne mogą być również przygotowane przez Maleszkę fotomontaże – zdjęcia, które przenoszą czytelników bezpośrednio w świat bohaterów i zacierają granice między powieścią a rzeczywistością. Ten tom, bardzo ładnie wydany, niewielkiego formatu za to liczący ponad czterysta stron, to zapowiedź dobrej lekturowej przygody na miarę dzisiejszych czasów. Dla dzieci, które lubią świat wyobraźni rodem z gier.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Edward Stachura: Dzienniki. Zeszyty podróżne 2

Iskry, Warszawa 2011.

Życie zatrzymane

W diariuszowych zapiskach ludzi pióra nie uchwycona na marginesie kusi najbardziej. Rozmaite notatki dla pamięci, zestawienia i bilanse, kroniki odwiedzin, rachunki, listy rzeczy do zrobienia – to wszystko, owszem, może dać pewne pojęcie o zwykłym życiu twórcy, ale od strony literackiej nie prezentuje się interesująco. Jednak pisarze zwykle notują też pomysły i inspiracje do swoich dzieł, prowadzą rozważania na temat określonych rozwiązań, testują kolejne tematy, czy wreszcie próbują uchwycić ulotne spostrzeżenia natury aforystycznej. I to w ich dziennikach kusi najbardziej.

Ukazał się drugi (i ostatni zarazem) tom zapisków Edwarda Stachury, wybór niepublikowanych dotąd notatek, fragmentów piosenek w nieostatecznych wersjach i przemyśleń snutych przy okazji kolejnych podróży. Otwiera tę książkę relacja z wyprawy do Szwecji, zamyka zestaw rozważań rejestrowanych po wypadku, w którym Stachura stracił prawą dłoń. W pierwszej (objętościowo znacznie bardziej obszernej) partii tomu sporo znajdzie się rzeczy z pozoru mało istotnych: list czynności i zadań na najbliższy czas, pospiesznie przygotowywanych notatek o niezbyt literackim brzmieniu, skrótowych relacji z przebiegu dnia. Ale dość często powracać tu też będą fragmenty utworów i celne spostrzeżenia, zdania elektryzujące w swojej odkrywczości i zwięzłości, uderzające trafnością, idealne, choć przecież pozbawione literackiej obróbki. Od czasu do czasu notuje Stachura strzępki rozmów, które mogły mu przypaść do gustu ze względu na swoją absurdalność lub wewnętrzną sprzeczność, krótkie frazy, sporo mówiące o mentalności i poglądach interlokutorów, hasła, które same w sobie niosą niespodziewaną ocenę i nie potrzebują już dodatkowego komentarza. Można na tych zapiskach śledzić powstawanie piosenek. Można też – i to wcale nie tak rzadko – obserwować dowcip Stachury, objawiający się i w celnych puentach i w zdolności do dostrzegania komizmu sytuacyjnego – w scenkach przemycanych w „Zeszytach podróżnych” łatwo i o uśmiech.

Sytuacja zmienia się z momentem wypadku. Stachura uczy się pisać lewą ręką i dziennik zaczyna traktować jak miejsce do wprawiania się w tej sztuce. Wyraźne zwolnienie tempa wpływa także na kształt samych zapisków: przestają to być chaotyczne i pospiesznie tworzone notatki, strzępki wydarzeń i myśli – zamieniają się w mocno filozoficzne i rozbudowane przemyślenia, bardziej literackie, to jest interesujące już nie tylko ze względu na stronę faktograficzną i przebieg dnia, ale i z uwagi na opracowanie pomysłów: to partie najprawdopodobniej przygotowywane pod kątem publikacji (zresztą autor wyboru zaznacza skreślenia Stachury, co umożliwia podążanie za jego myślą). Powracają pytania, na które wcześniej nie było czasu.
„Zeszyty podróżne” Edwarda Stachury wpisują się w ogólnowydawniczy trend (wiele zapisków po dwóch dekadach od śmierci ich autorów ujrzało w ostatnich latach światło dzienne). Dla wielbicieli twórczości Steda to pozycja, której pominąć nie można.

niedziela, 4 grudnia 2011

Michał Rożek: Krakowski raptularz. Szkice z dziejów

WAM, Kraków 2011.

Historia bliska

Michał Rożek jako autor książek o Krakowie budzi zaufanie, a i lekturową ciekawość – stara się bowiem nie powtarzać raz odkrytych prawd, szuka za każdym razem innego spojrzenia na miasto i zagłębia się w historię po to, by dostarczyć czytelnikom mnóstwa nieznanych ciekawostek. Samodzielne kwerendy przyniosłyby niewielkie rezultaty, Rożek – historyk sztuki i kultury – dociera do informacji przeciętnemu zjadaczowi chleba niedostępnych. A że do tego może się pochwalić lekkim piórem i sporą umiejętnością rozbudzania apetytu na to, co krakowskie, dawne i zapomniane, po jego książki sięga się chętnie. Kolejny tom, pozwalający odkryć Kraków mało znany, „Krakowski raptularz. Szkice z dziejów” wydaje się o tyle niezwykły, że autor zamiast miejsc i obyczajów przedstawia spragnionym ciekawostek czytelnikom krótkie migawki z odległej historii, tym razem skoncentrowane na ludziach – konkretnych postaciach z dziejów. Pod historyczną lupę bierze tych, którzy pozostawili dokumenty powiązane z Krakowem, utrwalili miasto w zapiskach lub wyrazistymi czynami włączyli się w jego przeszłość. Wśród tych osobistości znajdują się ludzie bardzo znani, twórcy sztuki, królowie, dostojnicy kościelni bądź po prostu możni, o których pamięć przetrwała. Michał Rożek tym razem oddaje im głos: w krótkich rozdziałach – ni to felietonach, ni to refleksjach – obszernie cytuje źródła, wybiera to, co dla współczesnych odbiorców będzie najbardziej interesujące nawet bez posmaku sensacyjności. Czerpie trochę z mniej znanych legend i przekazów, czasem odrobinę z plotek – to bardzo ożywia prezentowane sytuacje (a przecież część z nich sięga czasów średniowiecza).

W „Krakowskim raptularzu” dzieje się sporo – a wszystko, choć rozegrało się w zamierzchłych czasach, da się w różny sposób odnieść do miasta, w którym o historii przypomina się na każdym kroku. Michał Rożek stara się być przewodnikiem po dziejach, z jego tomem można wyruszyć na zwiedzanie Krakowa i na własne oczy przekonać się, jak ważne jest dbanie o wiedzę na temat przeszłości. Na kartach „Raptularza” ożywają dawne dwory, ludzie z ich wadami i pomysłami. Tym razem dla autora to przodkowie mają większe znaczenie niż arena ich działań – ale przecież raz po raz powracają kreślone na marginesie w listach czy pamiętnikach ogólne uwagi o mieście, komentarze, które doskonale sprawdziłyby się także dzisiaj, czy zwykłe spostrzeżenia, obecnie stanowiące ciekawy łącznik między czasami dawnymi i obecnymi. Michał Rożek nie pozwoli znudzić się odbiorcom – nawet tym średnio zainteresowanym historią. W jego relacji bohaterowie minionych skandali lub wydarzeń ożywają i powracają niemal jako postacie z krwi i kości. Do tego książka przepełniona jest drobnymi a smakowitymi anegdotkami, których w zwykłych podręcznikach próżno by szukać, a które bardzo pozytywnie nastrajają do lektury. W końcu działa tu mechanizm słuchania plotek i sensacji – Rożek pozwala podejrzeć egzystencję ludzi sprzed paru wieków. I dlatego również jego „Krakowski raptularz” czytelników znajdzie nie tylko wśród mieszkańców miasta, ale i wśród zwykłych odbiorców zainteresowanych licznymi ciekawostkami. Zwłaszcza że Rożek kusi – poza treścią tomu – także sposobem opisywania i analizowania faktów, proponuje zatem wartościową lekturę.


sobota, 3 grudnia 2011

Jessica Warman: Pomiędzy światami

Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Na granicy pamięci

Jessica Warman dokonała naprawdę trudnej sztuki i swoją powieścią „Pomiędzy światami” zapewniła młodym czytelnikom rozrywkę i refleksję jednocześnie. Bez niepotrzebnego dydaktyzmu ma ta książka walory wychowawcze, a przy tym jest napisana w sposób, który zachęca do spokojnej i wartościowej lektury (tu też brawa dla Xeni Wiśniewskiej, tłumaczki). Od tomu trudno się oderwać, a rozwiązania kryminalnych zagadek staną się oczywiste dopiero na moment przed ich ujawnieniem przez autorkę. Do tego Warman odnosi się do świata współczesnych amerykańskich nastolatków i bez trudu pozwala uwierzyć w przebieg wydarzeń.

Elizabeth Valchar ma wszystko, o czym może zamarzyć przeciętna nastolatka. Choć jako dziewięciolatka straciła mamę, zyskała macochę-przyjaciółkę i młodszą o zaledwie sześć miesięcy siostrę, na którą zawsze mogła liczyć. Swojego chłopaka zna od dziecka, kochają się i szanują. Liz należy do grupki najbardziej popularnych w szkole dziewczyn, w dodatku jest piękna i zawsze modnie ubrana. Ma wierne grono przyjaciół i żadnych trosk. Wszystko to traci w jednym momencie. Uwięziona pomiędzy światami, musi przeanalizować swoje życie i zrozumieć, co się stało.

Jessica Warman udowodniła, że powieść dla nastolatek nie musi przedstawiać historii miłosnej ani zestawu demonów, żeby robiła wrażenie. Jej bohaterka jest typową dziewczyną z amerykańskich seriali: trochę zwariowana, lekkomyślna, żyjąca chwilą: to obiekt zazdrości klasowych szarych myszek i obiekt westchnień chłopaków. Liz nie zastanawia się nad swoim zachowaniem, daleka jest od empatii wobec mniej popularnych kolegów, nie zauważa nikogo poza ludźmi ze swojego otoczenia. Tak przynajmniej w punkcie rozpoczęcia książki przedstawia się sytuacja. Bo Liz będzie teraz musiała zmierzyć się z bardziej mroczną stroną przeszłości: dowie się, jak wyglądała, obserwowana przez tych niedocenianych i wykpiwanych kolegów, ale też odtworzy sceny, przed którymi chciała uciec. Zawieszona na granicy dwóch światów niedokładnie pamięta, co wydarzyło się w jej życiu. Teraz może jednak cofnąć się w czasie i obejrzeć rozmaite sceny, które doprowadzą ją do wyjaśnienia aktualnego stanu.

Książka „Pomiędzy światami” jest ładnym łącznikiem między „dorosłymi” powieściami a literaturą czwartą – bohaterki nic już nie chroni przed ostatecznością (a wcześniej i przed wyborami, które zaważą na całym jej dalszym życiu), a jednocześnie jest w tej opowieści niewytłumaczalny z uwagi na fabułę kojący rytm. Jessica Warman silnie gra na emocjach odbiorców, ale ani razu nie budzi w nich typowego dla thrillerów przerażenia „rozrywkowego” – prowadzi raczej w stronę zastanowienia się nad kształtem własnej egzystencji. Nie ma w tym tomie nic, co kazałoby odłożyć lekturę – nic odpychającego czy zniechęcającego – przeciwnie, autorka, dawkując przeżycia i wspomnienia Liz, zachęca do dalszego śledzenia akcji.

Na uwagę zasługuje ilość trudnych tematów, poruszanych w tej książce – istotna jest kwestia anoreksji, poczucia winy, uruchamiającego podświadome autodestrukcyjne decyzje, ale też motyw przebaczenia i zrozumienia własnych win, miłości i zdrady, strachu i bezradności czy zaufania.

piątek, 2 grudnia 2011

Łukasz Garbal: Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie

PWN, Warszawa 2011.

Tekst do książki

Wydawnictw jest na rynku mnóstwo – lecz, niestety, zaobserwować można malejącą tendencję do dbania o edytorską jakość publikacji. Konkurencja w tym wypadku nie wymusza – o dziwo – fachowego opracowywania tekstów, a względy oszczędnościowe także przyczyniają się do coraz gorszych wydań. Tom Łukasza Garbala „Edytorstwo. Jak wydawać współczesne teksty literackie” sytuacji w cudowny sposób nie naprawi, ale po pierwsze, pozwoli na kształcenie specjalistów w dziedzinie edytorstwa (dotychczasowe podręczniki są już przecież mocno przestarzałe), a po drugie – być może – przyczyni się do zainteresowania metodami opracowywania książek, a co za tym idzie – i do uważniejszego kontrolowania pracy wydawców.

Autor proponuje odbiorcom kompendium wiedzy na temat pracy edytora, prowadząc wywód od podstaw absolutnych (definicji i terminów niezbędnych w tym zawodzie) po sprawy najbardziej aktualne – jak choćby kwestie związane z internetem. Zwraca uwagę na gatunki opracowywanych tekstów i cierpliwie tłumaczy różnice między przygotowywaniem do druku wierszy (interpunkcja), satyr (rzecz rzadka w dzisiejszych czasach – pamięta o konieczności nakreślenia kontekstu utworów agitacyjnych przy jednoczesnym unikaniu komizmu mimowolnego w zbędnych wyjaśnieniach), powieści, felietonów, dzieł naukowych czy dzienników. Uczy współpracy z autorem oraz znaków, jakimi edytor się posługuje. Sięga po mocno czasem rozbudowane przykłady: prowadzi odbiorców przez tajniki zawodu, pokazując w praktyce, gdzie mogą spotkać się z problemami – i jakiego rodzaju rozstrzygnięcia ich czekają. Jest w tej pracy rzetelny i skrupulatny, układa naprawdę cenny podręcznik, który ułatwi zadanie adeptom edytorstwa. Odpowie na całe mnóstwo pytań mogących nasunąć się niedoświadczonym jeszcze edytorom i przed błędami ustrzeże zawodowców. Co więcej – to publikacja obowiązkowa również dla właścicieli małych wydawnictw.

Garbal nie stawia na suchą teorię, swoje uwagi obficie podbudowuje przykładami. Co ważne dla dzisiejszych czytelników – zwraca się także do edytorów znanych pisarzy z prośbą o zdradzenie tajników warsztatu: w całym tomie wiele razy pojawiają się informacje zakulisowe, uzyskane dzięki prywatnym rozmowom czy korespondencji – wnoszą one do lektury bardzo wiele, pozwalają bowiem ująć temat z różnych punktów widzenia i przedstawić więcej pułapek czy dylematów, przed jakimi stają edytorzy. To sprawia także, że „Edytorstwo” nie wybrzmiewa jak zwyczajny, suchy podręcznik, ale przynosi również sporo ciekawostek podawanych na marginesie rzeczowego wywodu. Garbal konstruuje swoją książkę przez pryzmat problemów i wątpliwości, z jakimi muszą się mierzyć pracujący w zawodzie. Poza rzetelnością i rzeczowością (w przeciwnym razie tom stałby się karykaturą samego siebie…) na uwagę zasługuje tu również dobrze przemyślany podział materiału, szkielet konstrukcyjny, który jest jasny, przejrzysty i sensowny. Zagadnienia poruszane w rozdziale umieszcza autor w rozbudowanych czasem do przesady śródtytułach – jednak to, co przy ciągłej lekturze wybija lekko z rytmu i skupienia na treści, przy zwykłym korzystaniu z tej książki jako kompendium wiedzy sprawdza się znakomicie. Ta książka staje się nieocenioną pomocą dla wydawców oraz redaktorów i trudno się będzie bez niej obejść tym, którzy chcieliby się nauczyć edytorstwa.

czwartek, 1 grudnia 2011

Magda Parus: Rodzinnych, ciepłych świąt

Muza SA, Warszawa 2011.

Tragedia świąteczna

Tym wszystkim, których męczy postępująca komercjalizacja świąt i „familiarność” związanych z Bożym Narodzeniem historii Magda Parus przekona do siebie bez trudu. Ironiczny tytuł jej powieści – „Radosnych, ciepłych świąt” dobrze koresponduje ze zdjęciem całkiem łysego rachitycznego drzewka, pyszniącego się bombkami. Więcej o tomie zresztą mówi to zdjęcie niż konwencjonalne życzenia zamknięte w tytule. Parus bowiem bezlitośnie rozprawia się ze stereotypem radosnej atmosfery i pokazuje piekło, jakie potrafią zgotować sobie bliscy. Towarzyszy w kilku uroczystościach dwóm paniom domu i sprawia, że czytelnicy zatęsknią do rzeczywiście ciepłych i stereotypowych obrazków rodem z nieszczerych, sztampowych życzeń.

Kamila dba o pozory. Jest nadopiekuńczą matką dla syna-jedynaka, leniwego studenta polonistyki, którego z uporem nazywa „Adusiem” i „kotkiem” i rozpieszcza bez wahania. Męża traktuje bardziej jak zwierzątko domowe, które nie ma własnego zdania, odnosi się do niego uprzejmie, starannie skrywa poczucie wyższości – ale nie próbuje się z nim porozumieć. Zresztą małżonek-pantoflarz kontaktu specjalnie nie szuka. Lena ma dwie córki (rozkapryszoną do granic wytrzymałości młodszą nazywa „króliczkiem”) i męża, który sporo zarabia, a z czasem zaczyna mieć coraz więcej pretensji do ukochanej. Ma też złośliwą teściową, która w końcu wprowadza się do jej domu. W rodzinie wszystko zaczyna się psuć, chociaż bohaterka z uwagi na święta Bożego Narodzenia stara się zachować spokój. Jednak przemilczanie pewnych faktów może doprowadzić do tragedii.

Obie bohaterki Magda Parus prezentuje tak, by trudno było czuć do nich sympatię, zresztą w całym tomie nie ma osoby, do której można by się jakoś szczególnie przywiązać. Dwie kobiety jednak przedstawiane są w sposób odpychający, Kamila ma w sobie sporo z mentalności Dulskiej (a i Świętkowej z „Cholonka”), nie docenia własnego szczęścia, a jej wewnętrzne zgorzknienie rozbija narrację od środka. Fałsz i obłuda to z kolei jej znaki firmowe, do ujawniania światu. Lena czuje się zmęczona zachowaniem irytującej córki i wścibskiej teściowej, lecz o ile do dziecka potrafi odnieść się bardziej stanowczo i na moment powstrzymać kolejne ataki histerii, o tyle z dorosłą przecież matką męża rozmawiać nie umie. W ogóle rezygnuje z mówienia wprost o kłopotach, stąd rodzi się sytuacja, z której już nie ma ucieczki. Lena ma jeszcze coś, co do szału doprowadzić może czytelników – po każdym poleceniu czy wykrzyknieniu dodaje bezsensowną doczepkę pytaniową „tak?” – owo natręctwo wystarczająco drażni w zwykłej mowie, nie potrzeba go dodatkowo w tekście, zwłaszcza że zamiast indywidualizować styl i podkreślać wiarygodność bohaterki, przenosi uwagę odbiorców na płaszczyznę słów.

Parus pokazuje obie rodziny w powtarzalnych sytuacjach, nawiązuje do świątecznych rytuałów i zwyczajów, które kobiety wypracowały w swoich domach: święta służą tu za tło, ale przez desakralizację wydarzeń jeszcze uwypuklają kontrast między upragnionym i trochę baśniowym szczęściem oraz klimatem rodem z kina familijnego a ponurą rzeczywistością ludzi, którzy niepostrzeżenie stali się dla siebie obcy. Ta powieść niesie bardzo wiele goryczy i zupełnie oddala się od standardowych historyjek poszukiwanych w okresie przedświątecznym – a jednocześnie stawia ważne pytanie o granice poświęcenia w imię tradycji.