* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Pałasz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Pałasz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2021

Marcin Pałasz: Wakacje w wielkim mieście

Bis, Warszawa 2021. (wznowienie)

Bez mamy

Wiadomo, że powieść Marcina Pałasza będzie pełna humoru i przekonująca do czytania nawet największych sceptyków. Po prostu warto: nie ulega to wątpliwości. A "Wakacje w wielkim mieście" to książka, która wraca na rynek, dzięki czemu kolejni młodzi czytelnicy będą mogli poznać przygody sympatycznego Bąbla. Bąbel to zwyczajny dzieciak, który nie wsławia się niczym specjalnym. Zaczynają się jednak wakacje i już pierwszy dzień zwiastuje potężne zmiany. Hałasy za oknem bardzo stresują i tak już przemęczoną mamę - w efekcie rodzicielka postanawia udać się na urlop. Bąbel i tata zostają w domu sami: kto by pomyślał, że największym wyzwaniem stanie się dla nich przygotowanie zwykłego rosołu? Ale Marcin Pałasz nie opowiada przecież statycznej historii z pobytu w domu. Bąbel poznaje nową sąsiadkę, Kaję oraz jej świnkę morską Zuzię, przeżywa wielkie zauroczenie, do którego sam przed sobą się nie przyznaje. Bąbel razem z rezolutną Kają poradzi sobie i z miejscowym chuliganem, i z kłopotami sąsiadki. Rozwiąże problemy z najbliższego otoczenia, a wszystko po to, by nie siedzieć bezczynnie, kiedy da się coś naprawić. Żadne streszczenie fabuły nie odda jednak klimatu tej książki.

"Wakacje w wielkim mieście" to ogromny popis humorystyczny. Nie ma tu dialogów pozbawionych puent: każda scenka wyzwala salwy śmiechu. Marcin Pałasz popisuje się umiejętnością budowania celnych ripost w rozmowach, ale też - komicznych charakterystyk. Pozwala czytelnikom na odkrywanie pokładów ironii, zapewnia czystą rozrywkę przy okazji prezentowania codzienności bohaterów. Sprawia, że przy książce doskonale będą się bawić zarówno odbiorcy z grupy docelowej, jak i starsi - a to za sprawą uruchamianego poczucia humoru. "Wakacje w wielkim mieście" to pokazanie, jak rozbawiać do łez bez specjalnych udziwnień fabularnych. Bąbel to bohater, który daje się lubić, sporo przeżywa - a jego uczucia będą dla nastoletnich czytelników w pełni zrozumiałe. Marcin Pałasz potrafi i zaprezentować nienachalne przejawy fascynacji nową koleżanką, i atmosferę wzajemnego zrozumienia w domu. Tworzy przestrzeń, w której każdy poczuje się bardzo dobrze i swojsko - nie poucza (jeśli już, to raczej przemyca dyskretne porady dla odbiorców, wskazuje im, co można zrobić, a jakie zachowania nie należą do szczególnie pożądanych), stawia na normalność i na dowcip. Każdy wątek prowadzi tu do śmiechu, każdy dialog wypełniony jest błyskotliwymi pomysłami: w efekcie nawet momenty, które mają wyłącznie przynosić rozbawienie czytelników, nie mogą nudzić. "Wakacje w wielkim mieście" to jedna z tych lekkich książek, które czytają się same i do których chce się często wracać, żeby poprawić sobie humor. Doświadczenia Bąbla trochę nawiązują do klasycznych powieści dla młodzieży, jednak znacznie bardziej podkreślany jest w nich komizm. Marcin Pałasz to mistrz narracji niepoważnej - czym zjednuje sobie młodzież. Na pewno przekona do czytania nawet tych nieprzekonanych: warto mu zaufać i sięgnąć po wakacyjną historię.

środa, 22 stycznia 2014

Marcin Pałasz: Zwłokopolscy. Władcy nocy

W.A.B., Warszawa 2013.

Wojna światów

Drugi tom „Zwłokopolskich” to dla czytelników spotkanie z lubianymi bohaterami książek Marcina Pałasza. Mały Szkodnik, chłopak bezustannie wpadający w tarapaty, zyskuje szansę ocalenia wielu osób – a że skrycie marzy o tym, by robić dla innych coś dobrego, korzysta z okazji. Pomaga mu w tym Gucio – przez Marcina Pałasza oraz czytelników także obdarzany wielką sympatią. Przygody mają związek z rodziną Kovvalskich, a część bohaterów nawet nie domyśla się, kto udziela Szkodnikowi korepetycji z matematyki i fizyki. „Zwłokopolscy. Władcy nocy” to udane połączenie sensacji, fantastyki i powieści przygodowej dla młodych odbiorców. Pałasz popisuje się tu nie tylko ponadprzeciętną wyobraźnią, ale również – poczuciem humoru wolnym od tematów tabu. Już pierwsza część „Zwłokopolskich” była dowodem na gotowość autora do eksperymentowania z czarnym humorem i sposobami rozśmieszania młodzieży. „Władcy nocy” tylko tę gotowość potwierdzają. A zderzenie normalności ludzi z codziennością przedstawicieli innych wymiarów, mimo dyscypliny myślowej, otwiera nowe drogi dla komizmu.

Szkodnik ma nie lada dylemat: przypadkiem znalazł się w posiadaniu tabletu swoich ekscentrycznych przyjaciół. Zwróciłby go od razu, gdyby nie fakt, że na urządzeniu można wyświetlać portale informacyjne z przyszłymi wiadomościami. Dokładnie poinformowany o dacie, miejscu i rodzaju wypadku Szkodnik może przeciwdziałać i ocalić nastolatka produkującego ogromną petardę, pracowników fabryki czy mieszkańców wysp, do których zbliża się tsunami. Jednak cena za tę wiedzę jest wysoka, bo wrogowie Kovvalskich nie zawahają się przed niczym, by poznać skrywane sekrety przeciwnika. Znajdowanie szybkich metod ratowania ludzi przy zachowaniu anonimowości to jednak najłatwiejsza część zadania.

Marcin Pałasz w drugim tomie „Zwłokopolskich” odwołuje się do baśniowych motywów spełniania życzeń. Szkodnik i Gucio ratują świat, a taka ingerencja w zwyczajny bieg wydarzeń nie może pozostać bez konsekwencji. Charakterystyczne jest tu uwspółcześnianie wątków z literatury czwartej: miejsce tajemniczych rekwizytów zajmuje tablet, a odczytywane z niego wiadomości stanowią skutki sytuacji, którym trzeba zapobiec. Przez chwilę Marcin Pałasz interesuje się „zwykłymi” bohaterami i pozwala im na kreatywność. To sprawia, że Zwłokopolskich ogląda się tym razem z większego niż do tej pory dystansu. Taki zabieg chroni autora przed wtórnością i pomaga w skoncentrowaniu się na niezapowiedzianej wojnie światów. Szkodnik stopniowo przechodzi od scenek obyczajowych przez przygodowe, aż po kryminał i s-f. Pałasz dyskretnie podsuwa młodym odbiorcom informacje o sławnych uczonych, którzy tu wciągnięci zostają w pozawymiarowy konflikt.

We „Władcach nocy” śmiech pełni ważną rolę. Pałasz jak zwykle jawi się jako optymista, który może wpędzać bohaterów w najpoważniejsze kłopoty, bo i tak strach zastąpi w końcu śmiechem. Jednocześnie nie stroni od potężnej dawki adrenaliny, a przed czytelnikami popisuje się przede wszystkim bogatą wyobraźnią i radością tworzenia. Wystarczy przyjrzeć się indywidualnościom z domu Kovvalskich, by zrozumieć, że ten autor wysoko sobie ceni możliwość dostarczania nie tylko najmłodszym rozrywki. We „Władcach nocy” każda scenka i każdy dialog służą albo wywołaniu napięcia, albo rozśmieszeniu czytelników – a Pałasz nie odwołuje się do gotowych scenariuszy. Sam tworzy krainę ciekawą dla odbiorców i opowiada o niej z pełnym przekonaniem. Stworzył w „Zwłokopolskich” – a i wcześniejszych powieściach – tak bogatą galerię postaci, że może teraz tylko obserwować, co zrobią w obliczu nieuchronnej katastrofy.

środa, 20 listopada 2013

Marcin Pałasz: Elf wszechmogący

Kraków 2013.

Słony dywan

Duży jest od działania, Młody od rozsądku, a Elf jest od uczuć. Zwłaszcza że pewien stary jamnik z podwórka wyjaśnił mu, co znaczy „kochać”. Przy okazji ten jamnik zaprezentował jedną odsłonę psiego dramatu, opowiadając o ludziach, którzy nie zauważają jego podeszłego wieku i całego szeregu nieznanych wcześniej problemów. Ale melancholijne rozważania o przemijaniu nie są dla Elfa: to taka mała podpowiedź dla czytelników, jak mądrze opiekować się zwierzętami. Zresztą Marcin Pałasz nie poprzestaje na przypadkowej rozmowie dwóch psów: prezentuje Dużego, który poświęca cały dzień urlopu, żeby znaleźć najlepszą karmę dla swojego podopiecznego. Wiadomo, że dla Elfa zrobi wszystko.

„Elf wszechmogący”, trzeci tom Elfomanii, jak zwykle u Pałasza rozpoczyna się absurdalnym wstrząsem: ktoś ukradł pensjonat, w którym Duży i Młody chcieli się zatrzymać z Elfem. Pobyt nad morzem po sensacyjnych wydarzeniach spisanych w książce „Elfie, gdzie jesteś?!” miał wiązać się ze spokojem i odpoczynkiem. Tymczasem tam, gdzie pojawiają się Duży i Młody, dochodzi do kolejnych kradzieży. Trzeba znowu zaangażować się w prywatne śledztwo – zwłaszcza że zagrożony jest laptop z początkiem nowej książki Dużego. Elf wprawdzie nie wie, co się dzieje, ale bezbłędnie wyczuwa emocje ludzi i potrafi na swój sposób informować Dużego i Młodego o swoich odkryciach. Nie ma mowy o leniwym urlopie nad morzem. Zwłaszcza że Marcin Pałasz nie tworzy przestępców z bajek dla grzecznych dzieci i kiedy już prezentuje niebezpieczeństwa, robi się naprawdę groźnie.

Duży, Młody i Elf stanowią niezwykłą rodzinę. Połączeni są także niebanalnym poczuciem humoru, które świetnie rozładowuje trudne sytuacje, a dla czytelników będzie niewyczerpanym źródłem radości. Poczucie humoru ma też Marcin Pałasz – to dzięki niemu odbiorcy dowiedzą się, kogo można spotkać w szafie. Ten autor ma wprawę w prezentowaniu zabawnych scen, wystarczy wspomnieć przebranie Młodego na balu. Przy „Elfie wszechmogącym” płacze się ze śmiechu, ale i silnych wzruszeń tu nie zabraknie – i strachu bohaterów. To prawdziwy dowcipny dziecięco-młodzieżowy kryminał. Można się z niego sporo nauczyć, ale bez przykrego wrażenia, że czyta się mentorskie wskazówki. Marcin Pałasz rozmaite mądrości przywołuje mimochodem – co potem w lekturze działa bardzo dyskretnie. Dla czytelników najważniejsze będą kolejne perypetie Elfa oraz wzajemne relacje Młodego i Dużego.

Tym razem jednak Elf pomaga nie tylko w łapaniu przestępców. Pomaga dotrzeć do zamkniętego w sobie chłopca, który niedawno stracił rodziców. A ponieważ ów chłopiec uważa Elfa za najmądrzejszego psa na świecie, łatwo znajduje wspólny język z Dużym (który jest dokładnie tego samego zdania). Elf opowiada o przygodach z własnej, psiej perspektywy. Bezbłędnie wyczuwa nastroje ludzi i dostrzega to, co jest niewidoczne dla Dużego. Razem stanowią więc dobrą ekipę do rozwiązywania nawet najbardziej zawiłych spraw.

W „Elfie wszechmogącym” dominuje akcja – zamiast nudnych, leniwych wakacji, bohaterowie otrzymują kryminalną aferę, zamiast upragnionego spokoju po ostatnich przygodach – przygody jeszcze groźniejsze. To oznacza, że dzieci nie będą zawiedzione. Ale również dorosłym przypadnie do gustu optymistyczny styl narracji, humor w tekście i w sytuacjach, sympatyczny obraz kochanego psa i wizja inteligentnego, niezbuntowanego (chociaż niezależnego) nastolatka. Marcin Pałasz chciałby, żeby wszyscy czytelnicy pokochali Elfa – i Elfomania jest w stanie to osiągnąć, a zupełnie przy okazji też przekonać maluchy do czytania, bo od tej pozycji trudno się oderwać.

piątek, 1 listopada 2013

Marcin Pałasz: Elfie, gdzie jesteś?!

Kraków 2012.

Pościg

Wprowadzony do domu Dużego i Młodego Elf w pierwszym tomie był dokładnie obserwowany pod kątem psich zwyczajów, mądrości i pociesznych pomysłów, a cała książka „Sposób na Ela” pozwalała na szczegółowe przedstawianie sympatycznego bohatera. W drugiej części Elfomanii Marcin Pałasz zabawnego psiaka umieszcza w samym centrum mrożących krew w żyłach wydarzeń. Nie ma już za bardzo czasu na piętrzenie zachwytów i żartów płynących z różnic w zwyczajach psów i ludzi, nie ma czasu na komiczne analizy postaw. Elf bowiem znika – i trzeba go odnaleźć, zanim stanie się coś złego.

„Elfie, gdzie jesteś?!” to książka, przy której fani psa o wielkich uszach będą mocno trzymać kciuki za uratowanie niezwykłego bohatera. Doskonale już zaznajomieni z Elfem oraz Dużym i Młodym bardzo silnie będą przeżywać kryminalno-thrillerową przygodę. Elf ma swoje przyzwyczajenia i przekonania – ale tym razem musi liczyć na pomoc ludzi. Duży i Młody wykazują się iście detektywistycznymi umiejętnościami, przynajmniej na początku, kiedy trzeba dowiedzieć się, co właściwie stało się z Elfem i w jakim miejscu kraju należy go szukać. Bo potem obaj – i Duży, i Młody – wykażą się nie lada talentami i brawurową odwagą. Są w stanie zrobić wszystko, by uratować psa, którego pokochali i który stał się już członkiem rodziny.

Marcin Pałasz najbardziej lubi rozśmieszać, ale tu udowodnił, że kryminalno-sensacyjne klimaty nie są mu obce. Udało mu się sprawić, że dzieci będą z wielkim przejęciem śledzić losy bohaterów, a zabawę zastąpi im cała paleta silnych emocji. Śmiechu też będzie tu dużo, ale wszyscy przekonają się, jak zdążyli przywiązać się do Elfa. Autor serwuje czytelnikom całkowitą zmianę klimatu narracji. Teraz kwestie obyczajowe, relacje ojca i nastoletniego syna, pierwsze miłości i spory z sąsiadką schodzą na dalszy plan. Przydaje się natomiast umiejętność podejmowania błyskawicznych decyzji i zdecydowanie. Dużemu i Młodemu w ekspedycji ratunkowej towarzyszy Ewa, opiekunka Erki – i ona najlepiej prezentuje potęgę przyjaźni. Pojawia się tu też pewna babcia, wprost wymarzona do udziału w niebezpiecznym włamaniu. Ale tak właśnie pracuje wyobraźnia Marcina Pałasza: niemożliwe staje się możliwe i komiczne przy okazji.

Dwugłosowa narracja – z punktu widzenia Marcina i Elfa – zwłaszcza w tym tomie dobrze się sprawdza. Czytelnicy mogą bowiem dowiadywać się, co dzieje się z rozdzielonymi bohaterami i zyskiwać w miarę pełny ogląd sytuacji. Elf bezpieczny w domu może sobie snuć rozważania na temat ludzkich zachowań. Elf podczas niezamierzonej wyprawy relacjonuje, co przeżywa i co odczuwa. Nieco naiwny psiak nie wszystko rozumie – ale informacje, które dostarcza czytelnikom, są wystarczające, by ci zbudowali sobie tło wydarzeń. Marcin z kolei, pozbawiony towarzystwa Elfa, posługuje się niemal wyłącznie emocjami. Kiedy trzeba uratować przyjaciela, nic go nie powstrzyma. Dobrze, że Młody i Ewa równoważą szaleństwo.

„Elfie, gdzie jesteś?!” to tom skupiony na mrożącej krew w żyłach fabule – ale Marcin Pałasz nie zamierza rezygnować ze stylu, za który pokochali go odbiorcy. Ponownie zamieszcza w książce wiele żartów (również sytuacyjnych), jeszcze mocniej przywiązuje czytelników do Dużego, Młodego oraz Elfa. Znajduje też miejsce na mądre wskazówki dotyczące – na przykład – problemów sercowych, czy zupełnie niepedagogiczne (za to skuteczne) metody radzenia sobie ze wścibstwem. Wzrusza, rozśmiesza, buduje napięcie, intryguje. Na każdej stronie i w każdej drobnej scence pamięta o swoich odbiorcach, a to owocuje historiami, które wszyscy chcą czytać bez zastrzeżeń.

środa, 2 maja 2012

Marcin Pałasz: Sposób na Elfa

Przyjaciele

Czym Marcin różni się od Elfa? Ma mniejsze uszy. I nie merda. No i chyba nie zdarzyło mu się jeszcze przegryźć smyczy, ale tego nie wiem na pewno, a sam zainteresowany pewnie się nie przyzna. Poza tym Marcin i Elf to jeden charakter w dwóch postaciach. W dodatku okazało się, że obaj świetnie piszą i przypuszczam, że umowę na następną książkę wydawca podpisze już z Elfem, Marcina co najwyżej dopuszczając do ewentualnych poprawek.

Mówi się, że pies upodabnia się do właściciela. Może jest w tym sporo prawdy, ale Marcin i Elf byli chyba identyczni jeszcze zanim się poznali. A gdy już los zetknął ich ze sobą, obaj mogli uzewnętrznić skrywane do tej pory pokłady radości i energii. Pies ma zdiagnozowane ADHD (w wersji radosno-optymistycznej, co dodam dla usunięcia wątpliwości), pisarz pewnie też ma, tylko że nikt nie odważy się mu o tym powiedzieć. Pasują do siebie poczuciem humoru i uwielbieniem dla wspólnych szaleństw. Na zdjęciach mają nawet podobny (w zasadzie nie do odróżnienia) wyraz pyska (przepraszam, Marcin!), to jest tego… twarzy. Po prostu – identycznie się uśmiechają.

„Sposób na Elfa” napisali wspólnie, podejrzewam, że dopiero wtedy, gdy nie mieli już sił na nic więcej po wariackich zabawach. To jedyne logiczne wytłumaczenie, bo przecież skąd inaczej Marcin tak dobrze wiedziałby, co myśli jego pies? Chociaż wierzę w jego (Marcina) talent pisarski i wyobraźnię zupełnie jak nie u dorosłego, nie byłby w stanie wyciągać tak logicznych psich wniosków. Czyli wszystko jasne: część tomu napisał sam Elf. I jest to część tomu, która o łzy ze śmiechu przyprawi nawet najbardziej ponurych czytelników, bo Elf – literacki potomek Ferdynanda Wspaniałego – znakomicie radzi sobie z pojmowaniem dziwności ludzkiego świata. Na swój, psi sposób, rzecz jasna. Pomysły Kerna jego wnioskom nie sięgają do pięt.

Marcin dwoi się i troi, by nie dać się zdystansować debiutującemu w literaturze czworonożnemu przyjacielowi, chociaż udaje, że nie zazdrości mu talentu (a może liczy na to, że pochwały spłyną na niego, jako że to on widnieje na okładce w roli autora?). Swoją część nasyca zatem wątkami różnorodnymi: obok śmiesznostek związanych z Elfem opowiada też o decyzjach łączących się z chęcią przygarnięcia psiaka, o jego siostrze bliźniaczce – Erce, wprowadza też tematy inne: wątek kryminalny z elementami satyry obyczajowej, nastoletnie zakochanie oraz wątek rodzicielski. Kryminał ma posłużyć mu jako oś fabuły – i pozwolić wykorzystać psie umiejętności Elfa. Dwa kolejne motywy wprowadzają sygnał autobiograficzności, lecz w sposób, który najbardziej kojarzy się z „Jeżycjadą” w wersji dla młodzieży obu płci. Nastoletni syn pisarza przeżywa właśnie zauroczenie śliczną sąsiadką – i potrzebuje od ojca pomocy w sprawach sercowych. Pomocy, co ważne, nie tylko w postaci teoretycznych rad (te są nadzwyczaj cenne i przydadzą się czytelnikom), ale i czynnego udziału w zdobywaniu serca wybranki. Pisarz natomiast ma szansę sprawdzić się jako ojciec – przyjaciel, towarzysz podczas niełatwego okresu dojrzewania. Mądry, odpowiedzialny, a przy tym i skłonny do rozmaitych szaleństw – to ojciec, z którym można się dogadać, ucieleśnienie marzeń zbuntowanych nastolatków. Stworzył Marcin – mimochodem – w literaturze wzór ojca, postać, którą pokochają dzieciaki, a z której rodzice mogą czerpać, by nie stracić więzi z dorastającą pociechą.

Szkoda, że książka kiedyś się skończy. Ale każdego dnia Marcin i Elf dopisują jej nowy – życiowy – rozdział, więc może jeszcze powrócą we wspólnej, równie zwariowanej, dowcipnej i wzruszającej historii. Aha! Przypomniała mi się jeszcze jedna różnica! Marcin nie umie aportować. Jeszcze.

środa, 28 marca 2012

Marcin Pałasz: Zwłokopolscy

W.A.B., Warszawa 2012.

Czarny humor i różowe okulary

Tego Marcin Pałasz jeszcze nie próbował: czarny humor w najczystszej postaci i wydestylowany absurd, dowcip momentami zahaczający o obrazoburcze wątki i absolutna odwaga w wymyślaniu fabuły. Do tego nieodłączny optymizm, sztuka patrzenia na świat przez różowe okulary. „Zwłokopolscy” nie przypominają dotychczasowych powieści tego autora – do niektórych zbliżają się jedynie dawką fantastyki, poza tym nastawieniem na przyjaźń bohaterów lekko wyobcowanych, zdystansowanych od grona rówieśników. Zresztą i ów dystans tym razem ma dość niecodzienne podłoże, bo jedna z postaci – Piter Kovvalski – nie żyje. A to i tak jeden z mniej niezwykłych przypadków. Tata Pitera pracuje w Instytucie Rzeczy Dziwnych, wujek Brunon mieszka w studni, a Egon całkiem niedawno wyszedł z lasu i próbuje się przyzwyczaić do cywilizacji – oraz do śledzącej go wiewiórki. Galerię oryginałów warto jeszcze uzupełnić o siostrę Cherubinę, która prowadzi wiadomości w lokalnej stacji Radio Hades. Marcin Pałasz wybrał humor zakorzeniony w absurdzie, ale i odrobinę w parodii, zrezygnował z cenzury – ale nie porzucił całkowicie swojego stylu powiązanego z wyraźnie ukształtowanym kodeksem wartości.

Piter, Gabi i Egon chodzą do gimnazjum i wiodą zwyczajne życie nastolatków – jeśli przymknąć oko na niezwykłości, które ich otaczają. Problem w tym, że Piterowi grozi poważne niebezpieczeństwo: znalazł się na celowniku bandytów z firmy produkującej leki. Przedstawiciele tej firmy są zdeterminowani i bezwzględni, a przy tym… potrafią wcielić się w każdą postać. Piter natomiast może liczyć jedynie na pomoc przyjaciół. O takich drobiazgach jak eksperymenty ciotki Adeli (w wyniku których kot zmienia się w tygrysa) nie trzeba już wspominać: wiadomo, że przy książkach Pałasza nie ma czasu na nudę. Odkrywczość będzie tu dodatkiem do nieustających żartów.

Pozbawiona ograniczeń związanych z tematami tabu opowieść staje się w wykonaniu Marcina Pałasza festiwalem dowcipu – także w zagadnieniach, które z racji poprawności politycznej nie trafiały dotąd nawet do dorosłej literatury rozrywkowej. W „Zwłokopolskich” nie pomija się milczeniem ani motywów związanych z płcią i homoseksualizmem, ani wątków dotyczących śmierci (która okazuje się źródłem śmiechu), ani nawet kwestii religijnych (objawienia w zamrażalniku to ostateczny dowód na uwolnienie się autora od wszelkich tabuizacji). Wszystko służy wywołaniu oczyszczającego śmiechu – to nie drwina z określonych środowisk czy satyra na odstające od normy zjawiska, a czysta i beztroska zabawa. Pałasz nie ryzykuje wiele (nawet w scenie, która przedstawia tchórzofretkę buszującą pod habitem siostry) – bo kolejne obrazki w „Zwłokopolskich” podporządkowane są komizmowi, nie złośliwości. Chociaż bez wątpienia takie nagromadzenie tematów „niebezpiecznych”, słabo akceptowanych społecznie i wykpionych mogło dać autorowi poczucie wolności.

Pałasz co pewien czas sięga po zdobycze fantastyki, ale nie powiela przy tym literackich trendów czy mód. I w „Zwłokopolskich” samodzielnie konstruuje nową rzeczywistość – dodatkowy smaczek zawiera się w fakcie, że akcja dzieje się w Pietrzykowie pod Wrocławiem: miejsce, o którym niewielu słyszało, okazuje się areną rozgrywek rodem z najlepszego filmu sensacyjnego. Sekret Instytutu Rzeczy Dziwnych i konsekwencje wynalazków cioci Adeli połączone z brawurową walką z porywaczami pokazują, jak swobodnie Pałasz czuje się w kreowanym środowisku. Ta swoboda przekłada się na sposób prowadzenia narracji. A jednak autor nie zapomina o zmartwieniach młodzieży – zwyczajnych nastolatków, którzy czasem cierpią z różnych powodów, a czasem chcieliby być po prostu zauważani. Obok akapitów, które stanowią misternie budowane żarty, pojawiają się zatem – jak u tego autora często bywa – i drobne smutki, refleksje czy zwierzenia. Pałasz udowadnia, że rozumie swoich (nie tylko młodych) odbiorców – śmieje się razem z nimi, ale i razem z nimi wzdycha nad złożonością egzystencji. „Zwłokopolscy” są zachętą do nieskrępowanego śmiechu, zwolnionego od sztucznych nakazów – poza tym jednak skrywają również zestaw uwag podnoszących na duchu. Bo nawet gdy ciało znajduje się w stanie śmierci klinicznej, można się dobrze bawić. Przynajmniej w tym niezwykłym gronie.


środa, 23 lutego 2011

Marcin Pałasz: Dziwne przypadki Ferdynanda Szkodnika

W.A.B., Warszawa 2010.

Szkodzić nie jest łatwo

W „Licencji na zakochanie” Marcinowi Pałaszowi objawił się bohater, który wówczas nie miał prawa zdominować fabuły, młodszy brat rywala Gucia, niejaki Szkodnik. Szkodnik dał się poznać jako dzieciak, który bez przerwy wpada w rozmaite tarapaty – i chociaż ma zwykle dobre intencje, nic nie wychodzi mu tak, jak sobie zaplanował. Teraz Szkodnik może wysunąć się na pierwszy plan, a Marcin Pałasz – dać upust wyobraźni i poczuciu humoru. „Dziwne przypadki Ferdynanda Szkodnika” to kolejna powieść młodzieżowa, po którą, żeby się pośmiać, sięgnąć mogą także dorośli. Sporo rozwiązań, jakie stosuje Pałasz, rozbawi do łez odbiorców w każdym wieku.

Szkodnik ma razem z rodzicami i bratem spędzić ostatni tydzień wakacji w Tunezji. Tyle że kapitan samolotu – nie bez przyczyny – nie zgadza się na wpuszczenie chłopca na pokład. I tak Szkodnik razem ze swoimi starszymi o kilka lat przyjaciółmi, dobrze znanymi czytelnikom – z Guciem i Bąblem – trafia do Bończowa, malutkiej miejscowości koło Kudowy. Tutaj, u babci Bąbla, cała trójka ma spędzić ostatnie spokojne dni lata. Tyle że nie da się mówić o spokoju, kiedy intryga kryminalna wisi w powietrzu, a w pobliżu znajduje się Szkodnik… Gucia, Bąbla i tytułowego bohatera „Dziwnych przypadków…” czeka bardzo pracowity czas: trzeba złapać włamywacza, który okrada staruszki z Kudowy, a poza tym – rozwiązać całe mnóstwo innych spraw, łącznie z delikatnie nakreślonym zauroczeniem…

Młody bohater dostrzega, że mimo starań nie udaje mu się czynić dobra, a wszystkie pomysły kończą się źle dla otoczenia. Zamontowanie silnika od kosiarki do wózka sąsiada-inwalidy to błahostka w porównaniu z tym, co Szkodnik wyprawia w Bończowie. Już wkrótce poznają go dobrze wszyscy sąsiedzi i przyjaciółki babci Bąbla. Ale chłopiec, wbrew przezwisku, które lubi bardziej od imienia, chciałby się poprawić. Sądzi, że z talentem do niszczenia wszystkiego, nie znajdzie przyjaciół i zawsze będzie sam, nie ma pojęcia, że starsze pokolenie dostrzega w nim wrażliwego na krzywdę innych i pomysłowego pechowca. Szkodnik zamierza pracować nad sobą – i znaleźć sobie przyjaciela, choćby przyjacielem tym miał być znaleziony w jabłku robak. Nie ma pojęcia, jak bardzo przyda się w Kudowie – mimo szeregu zniszczeń.

Pisać po raz kolejny o tym, że Marcin Pałasz potrafi opisy codziennych wydarzeń przeplatać absurdalnymi dowcipami, a na humorze sytuacyjnym buduje całe scenki? Nie wiem, czy takie powtórzenia mają sens – ten autor w każdej swojej książce udowadnia, że żarty nie są mu obce. Poczuciem humoru legitymują się wszyscy pozytywni bohaterowie, za cięte riposty nikt tu się nie obraża, a już absolutnym majstersztykiem są ironicznie nastawione babcie, które rozumieją wszystko, a czasem rezygnują z pedagogicznych zapędów, by pomóc młodzieży. Przy lekturze „Dziwnych przypadków Ferdynanda Szkodnika” tarzać się ze śmiechu będą i starsi, i młodsi. Pałasz bez przerwy zaskakuje: a to dialogami, które rozwijają się w nieprzewidywalnych dla odbiorców kierunkach, a to wydarzeniami uzupełniającymi główny nurt fabuły, a to motywem robaka, który prawie przejął rolę kury z „Wakacji w wielkim mieście”. Ale myli się ten, kto sądzi, że nieprzeciętny dowcip to jedyny atut tej powieści.

Udało się autorowi kilka razy uspokoić szaleńcze tempo akcji i trochę wzruszyć czytelników – także za sprawą głównego bohatera. Udało mu się zawrzeć parę ważnych w procesie kształtowania poglądów młodych ludzi przemyśleń na temat pieniędzy w dorosłym życiu. Udało mu się – co ostatnio w literaturze czwartej coraz rzadsze – przedstawić przyjaźń, której można bohaterom pozazdrościć. U Marcina Pałasza codzienność nie jest banalna. Uczucia (Gucio i Lutka!) są nakreślane subtelnie i z pomysłem, a przy tym zupełnie inaczej niż w książkach reszty twórców literatury czwartej. Autor tematy do refleksji podsuwa przy okazji, bez moralizowania. Stawia na dynamiczne przygody i sam dobrze bawi się przy pisaniu – to widać podczas lektury. Pałasz to twórca, do którego można mieć zaufanie – jego powieści podobają się wszystkim, którzy po nie sięgnęli. Jeśli zatem nie macie pomysłu na prezent dla przyjaciela, albo na opowieść, która poprawi nastrój – wystarczy sięgnąć po „Dziwne przygody Ferdynanda Szkodnika”.

niedziela, 20 grudnia 2009

Marcin Pałasz: Wakacje w wielkim mieście

Akapit Press, Łódź 2006.


Rosół z kury


W książkach Marcina Pałasza interpersonalne relacje opierają się najczęściej na szczerości i wzajemnym zaufaniu. Przyznanie się do błędu lub słabości nie wiąże się z ośmieszeniem bohatera, zjednuje mu za to przyjaciół. Do niepisanego kodeksu honorowego, który autor przemyca na kartach swoich powieści i zbiorów opowiadań można tęsknić. Ale prawdziwym atutem tych historii jest śmiech. Gdyby poszukać pisarzy, których echa u Pałasza powracają, znalazłoby się Niziurskiego (w problemach, dotykających nastolatków), Ożogowską (w świecie emocji i uczuć) czy Kornela Makuszyńskiego (w stopniu nasycenia narracji śmiechem). Tyle że u tego ostatniego narrator stylizował swoją relację, czyniąc ją dość nienaturalną i mocno zretoryzowaną. U Marcina Pałasza dowcipy są lekkie, niewymuszone i płyną bezpośrednio z rozwoju akcji.
Odbiorcom, którzy nie wierzą, że żartobliwe sytuacje z kurą w roli głównej mogą przewijać się przez całą książkę i wyznaczać rytm historii, polecam „Wakacje w wielkim mieście”. Pałasz proponuje tu klasyczną wręcz fabułkę z wielkim zauroczeniem w tle – ale nadaje całości oryginalnego charakteru dzięki motywowi, na który większość twórców w ogóle nie zwróciłaby uwagi. Eksploatowana do granic możliwości kura świadczy o znakomitej wyobraźni autora.
Bohaterem „Wakacji w wielkim mieście” jest Bąbel, nastolatek sympatyczny i zupełnie zwyczajny. Mama Bąbla, nauczycielka, postanawia wyjechać na wakacje, bo nie może znieść hałasu, jaki czynią robotnicy za oknem: zostawia w domu Bąbla i Tatę, wyrażając nadzieję, że poradzą sobie bez niej przez miesiąc. Być może nawet by sobie poradzili, gdyby nie pomysł z ugotowaniem rosołu. Z pozoru proste zadanie komplikuje cała seria dziwnych, choć logicznych wypadków. Z kurą w roli głównej. Jakby tego było mało, sąsiadką Bąbla zostaje piękna Kaja…
„Wakacjami w wielkim mieście” Marcin Pałasz udowadnia, że potrafi zgrabnie żonglować wątkami: na niespełna stu stronach buduje całe mnóstwo sytuacji dobrze umotywowanych i rozwijających się symultanicznie, a w powieściowej krainie nie gubi się – jest w narracji szczery i wiarygodny. Nadaje to książce lekkości, „Wakacje w wielkim mieście” byłyby gotowym materiałem na dobry film dla dzieci i młodzieży.
Króluje w tym tomie zwyczajność – nie wprowadza autor do fabuły istot nie z tego świata, ani ponadnaturalnych zdolności postaci. Bąbel bez przerwy popełnia różne gafy, im bardziej mu zależy na zrobieniu dobrego wrażenia, tym gorzej wypada, na szczęście trafia przeważnie na ludzi rozsądnych i wyrozumiałych, więc nie cierpi długo ze wstydu. Wszyscy wykazują się dużym poczuciem humoru, a jedyna w powieści postać negatywna, Don Trabanto, jest zdecydowanie w defensywie, na jego złośliwości pod adresem Bąbla czy pewnej miłej starszej pani zawsze znajdzie się sposób.
Cały czas szukam czynnika, który sprawia, że powieści Marcina Pałasza – a „Wakacje w jednym mieście” są jedną z moich ulubionych książek tego pisarza – należą do tak atrakcyjnych pozycji z literatury czwartej. Zastanawiam się, czy liczy się wewnętrzne ciepło, pewna (jakkolwiek banalnie i dziwnie by to nie zabrzmiało) pozytywna energia, płynąca z historii, dowcip, który działa jak magnes. Być może Pałasz, sugerując świat zwyczajny i normalny, i wprowadzając do niego tylko niewielkie, proste ulepszenia, proponuje czytelnikom idealną (a nie: idealizowaną) wersję rzeczywistości. Dziś w literaturze czwartej liczy się raczej strategia skandalu i przełamywanie kolejnych granic. „Wakacje w wielkim mieście” to pozycja nieobwarowana żadnymi zakazami, nadaje się dla każdego malucha, bez względu na wiek, płeć i stosunek do lektury. Uważam, że powieść ta jest jedną z lepszych w bogatym już dorobku Marcina Pałasza.

sobota, 21 listopada 2009

Marcin Pałasz: Heca nie z tej Ziemi

Akapit-Press, Łódź 2005.


UFO w porzeczkach

Swoją przygodę lekturową z książkami Marcina Pałasza zaczynałam od środka – od „Ptasia i Miałgosi”. Zaskoczona ilością i jakością żartów zgrabnie wplecionych w fabułę, powracam do wcześniejszych powieści, również zasługujących na recenzencką uwagę.
„Heca nie z tej Ziemi” opowiada o przygodach dwójki przyjaciół, Gucia i Lutki – historię kontynuuje potem Marcin Pałasz w „Ko(s)micznej awanturze” i „Licencji na zakochanie” (choć w tej ostatniej rezygnuje z motywów fantastycznych, rozbudowanych za to w „Ko(s)micznej…”). Powieść ta powinna przypaść do gustu młodszym i starszym – młodszym ze względu na dynamiczną fabułę z bajkowym wątkiem, zabawne sytuacje i przyjaźń łączącą przybysza z kosmosu z dziećmi z Ziemi. Starszych Pałasz urzec może dzięki humorowi wysokiej jakości i konsekwentnie budowanej fabule. Świat przedstawiony jest w „Hecy nie z tej Ziemi” niemal wolny od przyziemnych trosk (za to pełen zmartwień absurdalnych i przerysowanych), spójny i wciągający. U Pałasza nie ma przegadania, mimo że przecież sporo dowcipów mieści się w warstwie narracyjnej (służą one wspomaganiu komizmu sytuacyjnego i na pewno przypadną do gustu starszym czytelnikom – wymuszą też uważną lekturę: nie warto czytać „Hecy…” pobieżnie, bo grozi to niedostrzeżeniem drobnych śmiesznostek). Książka – jak i pozostałe powieści tego autora – jest króciutka. Jej niewielka objętość stanowi zachętę dla małych odbiorców: Pałasz nie chce nudzić, pouczać czy gadać o niczym. Ma coś ciekawego do powiedzenia i swoją historię przedstawia w formie skondensowanej. Tu cały czas coś się dzieje, atrakcyjna fabuła sprawia, że nie chce się przerywać lektury.
A co właściwie dzieje się w „Hecy nie z tej Ziemi”? W ogródku Gucia rozbija się statek kosmiczny – to ufoludek, Dumpifrogomuxogrrring (Dumpi), korzystając z przerwy wakacyjnej na swojej planecie, wybrał się w międzygalaktyczną podróż. Babcia Gucia przeżywa drugą młodość u boku tajemniczego milionera, a Lutka ma zamiar zostać sławną murzyńską piosenkarką. Na domiar złego emerytowany pułkownik Wścibejko próbuje zainteresować kosmitą policję. Gucio i Lutka, żeby poradzić sobie z sytuacją, będą musieli zdobyć zwolnienie ze szkoły. Nie co dzień przecież ma się do czynienia z ufoludkami…
Marcin Pałasz rozwija fabułę w sposób odważny i absolutnie zaskakujący. Racjonalizm zastępuje bajkową logiką, nie odwołuje się do stereotypów czy schematów, które ułatwiłyby egzystencję bohaterom – prowadzi ich ku nieznanemu, kolejne przeciwności losu wykorzystując jako źródło śmiechu. Czytelnicy mogą mieć wrażenie (i chyba nie jest to wrażenie pozbawione słuszności), że sam autor dobrze się bawił, prezentując przygody Gucia, Lutki i Dumpiego.
Kreacje postaci także wabią. W „Hecy nie z tej Ziemi” (a i przecież w innych powieściach) Marcin Pałasz pozwala bohaterom na popełnianie błędów. Spryt i pomysłowość nie są traktowane jako pewne i niepodważalne źródło sukcesu. Omylność przybliża Gucia (a także jego babcię), Lutkę czy Dumpiego do zwyczajnych czytelników. Dzięki temu bohaterowie budzą niekłamaną sympatię i ciekawość. Marcin Pałasz nie chce wychowywać na siłę, chociaż pewne przesłania w książce bardzo zgrabnie przemyca.
Motto pisarskie autora, „słowa niosą uśmiech”, trzeba chyba przy „Hecy nie z tej Ziemi” przekształcić na „słowa niosą śmiech”. Czysty, radosny, oczyszczający śmiech. Jeśli coś ma dzieci oderwać od gier komputerowych i telewizji, a zachęcić do czytania – to „Heca nie z tej Ziemi” będzie wprost idealną propozycją.