Instytut Mikołowski, Mikołów 2016.
Niezgoda
Kobiecość dla Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej z jednej strony jest gloryfikowana, z drugiej – na rozmaite sposoby przeklinana. To źródło radości i goryczy. W „Paraliżu przysennym” wiąże się z ciągłymi powrotami do menstruacji i makijażu, symboli – takie dwa sposoby akcentowania cielesności wybiera autorka w miejsce przereklamowanego erotyzmu. Owszem, wieża minaretu może być jak penis boga, a nagość nie istnieje bez obserwatora – mężczyzny – ale w zmysłowych doznaniach miłość przegrywa teraz z wiekiem. W tym tomiku przydają się grube skarpety i rozmaite kremy pielęgnujące zamiast uwodzicielskich spojrzeń i negliżu. Tyle że bohaterka wierszy na przemijanie się nie zgadza – i kolejne artystyczne manifestacje są jednocześnie potężnym buntem, przypomnieniem o prawie do czucia.
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska karmi się owym buntem trochę na wzór Charlesa Bukowskiego. Ostre słowa są u niej odpowiednikiem ostrości spojrzenia, gorzkiej ironii, która wyrasta z niezgody na zaobserwowane zmiany. Chce autorka prowokować nieoczekiwaną agresją, układa liryki tak, by raz na zawsze pozbyć się z nich taniego sentymentu i banalnych wyznań. Tylko tak może szczerze opisywać rzeczywistość – tylko tak może borykać się z coraz trudniejszymi uczuciami. Do niegościnnego świata nachalnie wkraczają reklamy odzierające z intymności, poczta elektroniczna zapchana jest spamem, a z wnuczką nie ma kontaktu, bo „napierdala przez komórkę”. Tak przerażająco wyglądać może współczesna samotność i bezradność. W refleksję coraz częściej wplątują się nawiązania eschatologiczne (tu makijaż prowadzi do skojarzenia z kostnicą), ale i motyw śmietnika – miejsca pielgrzymek wdów i samotnych kobiet. U Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej starość to nie tyle strach przed śmiercią, ale przed tym, co poprzedzi śmierć: społecznym odrzuceniem. Stąd zaciekła walka o uwagę, uzasadnienie istnienia.
To objawia się też w paśmie wspomnień. Powroty do przeszłości są tu rozpamiętywaniem wrażeń zmysłowych. Z dawnych lat przywołuje suchość komunistycznej prezerwatywy i rzyganie po pierwszym jabolu – to doświadczenia „mocne” zestawiane z dzisiejszym nadmiarem produktów i marek (piwo Harnaś i „kosmetyki nivea rossmann w promocji”). Dbanie o kobiecość jest w „Paraliżu przysennym” kontynuacją dawniejszych zmagań z jej przejawami – krew miesięczną zastępuje farba do włosów, ale wysiłek, dbanie o siebie – pozostaje. W tomiku to również mechanizm oddalający od refleksji wanitatywnych – póki można ocalić kobiecość, można ocalić i życie.
Jest to poezja szalenie zmysłowa, ale wolna od idealizowanych wizji świata. Tu zmysły podrażniane są papierosami i alkoholem (przekleństwa stanowią literacki odpowiednik używek – sygnał, że osiągnęło się wolność). Fizjologia i metafizyka znajdują wspólny mianownik, teraz sprawy cielesne mogą zamienić się w modlitwę – i to bez bluźnierstwa. Jakubowska-Fijałkowska zamierza jątrzyć, przeszkadzać, drażnić i prowokować – to droga do zrozumienia sensu egzystencji. Starości się tu nie akceptuje, zawsze pozostaje możliwość ucieczki do dawnych lat, porównań i skojarzeń. Ostre frazy zapewniają właściwą uwagę w zaśmieconym produktami i emocjami czasie – zastępują krzyk i dają szansę przedefiniowania rzeczywistości. Bo to jasne, że autorka, która się nie poddaje, szuka własnej drogi i nie boi się przeciwstawiać konwencji, przygotowuje sobie ocalenie, azyl przed stereotypowym przemijaniem. „Paraliż przysenny” to tomik bezkompromisowy, w stylu, do którego już autorka zdążyła przyzwyczaić. To pomysł na odwzorowywanie codzienności przez pryzmat buntu. W sam raz dla znudzonych utworami bez puent, przegadanymi czy ugrzecznionymi. To nie jest świat dla wszystkich.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genowefa Jakubowska-Fijałkowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Genowefa Jakubowska-Fijałkowska. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 stycznia 2017
piątek, 27 maja 2011
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: I wtedy minie twoja gorączka. Wybór wierszy z lat 1994-2009
Mikołów 2010.
Niepokorna
Tomiki Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej zachwycają mnie nieodmiennie precyzją myślową autorki, operowaniem skrótem i celnością skojarzeń, wulgarnością przekuwaną w prawdziwą poezję. Jakubowska-Fijałkowska bezlitośnie ogranicza objętość wersów, otwierając je zarazem na możliwość wielu interpretacji. Choć nie rezygnuje z naddatku emocji i wrażliwości, oddala się tak bardzo, jak to tylko możliwe, od stereotypów dotyczących poezji kobiecej. Zbliża się w swojej twórczości do Charlesa Bukowskiego, ale cechuje ją większa dyscyplina słowa. W efekcie proponuje czytelnikom poezję maksymalnie skondensowaną i operującą skrótem, zaskakującą i wolną od banału – chociaż przecież autorka porusza się w kręgu tematów wielkich i wielokrotnie opisywanych – bezustannie powraca tu miłość, śmierć, lęk i uzależnienie (od papierosów, alkoholu, destrukcyjnych związków i bliskości drugiego człowieka). Tomiki o tak ogromnym nasyceniu emocjonalnym czyta się z niegasnącą przyjemnością. Pozostaje pytanie, czy obszerniejszy wybór tekstów nie osłabi ich działania. W 2010 roku ukazał się tom „I wtedy minie twoja gorączka” – publikacja gromadząca utwory z różnych lat.
Dzięki tej książce odbiorcy będą mieli szansę prześledzić ewolucję wierszy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, drobne, lecz znaczące modyfikacje tematów i poetyki. Wielbicielom tej autorki tom z pewnością przypadnie do gustu – chociaż lepiej dawkować sobie lekturę, by nie przeoczyć trafnych spostrzeżeń i pomysłowych rozwiązań. Mottem dla całego zbiorku mogłyby się stać słowa „z tego nie można / zrobić poezji”. Świat to miejsce nieprzyjazne, pełne toksycznych uczuć. Śmierć kojarzy się z miłością, papieros z brakiem możliwości ucieczki. Żebranie o wielkie uczucie towarzyszy zwyczajnemu życiu, pragnienie kłamstwa jest pogodzeniem się z trudnym losem. Jakubowska-Fijałkowska przekonuje, że „poezja boli / albo boli / i potem jest poezja”. Proste słowa nie muszą odzwierciedlać banału codzienności, równie dobrze nadają się do oddania skomplikowanej egzystencji. Z czasem pojawia się coraz więcej obrazków obyczajowych i świadomego odejścia od kiczu. Autorka celnie charakteryzuje otoczenie. Oszczędność słowa towarzyszy tu ciągłym zaskoczeniom, Jakubowska-Fijałkowska nie wybiera prostego szokowania czytelników, ale udowadnia im, jak wiele paradoksów skrywać się może w zwykłej egzystencji. Wreszcie autorka wprowadza silne akcenty związane ze śmiercią i chorobami, ale – być może dla równowagi – uzupełnia je obecnością kolorów i smaków. Rzeczywistość w ujęciu Jakubowskiej-Fijałkowskiej jest zawsze brutalna, chropowata, pozbawiona nadziei i okrutna – co nie znaczy, że nie piękna. Szorstki sposób prezentowania międzyludzkich relacji czyni te utwory wyjątkowymi, a zdolność autorki do dostrzegania absurdów owocuje oryginalnymi i pełnymi intrygujących uwag wierszami.
To poezja zrodzona z buntu i bazująca na trudnościach. Składa się z tęsknoty za tym, co nieosiągalne: za idealnym uczuciem i światem bez bólu czy cierpienia. Odrzucanie zbędnych słów i wniosków (zawieszanych tuż po puencie) nakazuje lekturę aktywną i zaangażowaną, a jednocześnie sprawia, że wszelkiego rodzaju omówienia, recenzje i komentarze okazują się zaledwie niezbyt istotnym wstępem do czytania. Szybki rytm tych utworów nie zakłóca ich bezpośredniości i nasycenia ironią. Ta liryka, przesycona gniewem i niezgodą na świat, ma ogromną moc. Nie ma przy niej sensu śledzenie recenzji i opracowań – wystarczy spotkanie z wierszami.
Niepokorna
Tomiki Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej zachwycają mnie nieodmiennie precyzją myślową autorki, operowaniem skrótem i celnością skojarzeń, wulgarnością przekuwaną w prawdziwą poezję. Jakubowska-Fijałkowska bezlitośnie ogranicza objętość wersów, otwierając je zarazem na możliwość wielu interpretacji. Choć nie rezygnuje z naddatku emocji i wrażliwości, oddala się tak bardzo, jak to tylko możliwe, od stereotypów dotyczących poezji kobiecej. Zbliża się w swojej twórczości do Charlesa Bukowskiego, ale cechuje ją większa dyscyplina słowa. W efekcie proponuje czytelnikom poezję maksymalnie skondensowaną i operującą skrótem, zaskakującą i wolną od banału – chociaż przecież autorka porusza się w kręgu tematów wielkich i wielokrotnie opisywanych – bezustannie powraca tu miłość, śmierć, lęk i uzależnienie (od papierosów, alkoholu, destrukcyjnych związków i bliskości drugiego człowieka). Tomiki o tak ogromnym nasyceniu emocjonalnym czyta się z niegasnącą przyjemnością. Pozostaje pytanie, czy obszerniejszy wybór tekstów nie osłabi ich działania. W 2010 roku ukazał się tom „I wtedy minie twoja gorączka” – publikacja gromadząca utwory z różnych lat.
Dzięki tej książce odbiorcy będą mieli szansę prześledzić ewolucję wierszy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, drobne, lecz znaczące modyfikacje tematów i poetyki. Wielbicielom tej autorki tom z pewnością przypadnie do gustu – chociaż lepiej dawkować sobie lekturę, by nie przeoczyć trafnych spostrzeżeń i pomysłowych rozwiązań. Mottem dla całego zbiorku mogłyby się stać słowa „z tego nie można / zrobić poezji”. Świat to miejsce nieprzyjazne, pełne toksycznych uczuć. Śmierć kojarzy się z miłością, papieros z brakiem możliwości ucieczki. Żebranie o wielkie uczucie towarzyszy zwyczajnemu życiu, pragnienie kłamstwa jest pogodzeniem się z trudnym losem. Jakubowska-Fijałkowska przekonuje, że „poezja boli / albo boli / i potem jest poezja”. Proste słowa nie muszą odzwierciedlać banału codzienności, równie dobrze nadają się do oddania skomplikowanej egzystencji. Z czasem pojawia się coraz więcej obrazków obyczajowych i świadomego odejścia od kiczu. Autorka celnie charakteryzuje otoczenie. Oszczędność słowa towarzyszy tu ciągłym zaskoczeniom, Jakubowska-Fijałkowska nie wybiera prostego szokowania czytelników, ale udowadnia im, jak wiele paradoksów skrywać się może w zwykłej egzystencji. Wreszcie autorka wprowadza silne akcenty związane ze śmiercią i chorobami, ale – być może dla równowagi – uzupełnia je obecnością kolorów i smaków. Rzeczywistość w ujęciu Jakubowskiej-Fijałkowskiej jest zawsze brutalna, chropowata, pozbawiona nadziei i okrutna – co nie znaczy, że nie piękna. Szorstki sposób prezentowania międzyludzkich relacji czyni te utwory wyjątkowymi, a zdolność autorki do dostrzegania absurdów owocuje oryginalnymi i pełnymi intrygujących uwag wierszami.
To poezja zrodzona z buntu i bazująca na trudnościach. Składa się z tęsknoty za tym, co nieosiągalne: za idealnym uczuciem i światem bez bólu czy cierpienia. Odrzucanie zbędnych słów i wniosków (zawieszanych tuż po puencie) nakazuje lekturę aktywną i zaangażowaną, a jednocześnie sprawia, że wszelkiego rodzaju omówienia, recenzje i komentarze okazują się zaledwie niezbyt istotnym wstępem do czytania. Szybki rytm tych utworów nie zakłóca ich bezpośredniości i nasycenia ironią. Ta liryka, przesycona gniewem i niezgodą na świat, ma ogromną moc. Nie ma przy niej sensu śledzenie recenzji i opracowań – wystarczy spotkanie z wierszami.
niedziela, 31 stycznia 2010
Rozmowa z Genowefą Jakubowską-Fijałkowską
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: poetka, ur. w 1946 r. w Mikołowie. Autorka tomików Dożywocie (1994), Pan Bóg wyjechał na Florydę (1997), Pochylenie (2002), Czuły nóż (2006), Ostateczny smak truskawek (2009).
Szukam ocalenia
Izabela Mikrut: Bywa Pani nazywana „Wojaczkiem w spódnicy”. Dla mnie najbardziej widoczne są chyba inspiracje Charlesem Bukowskim, maksymalnie skondensowanym. Kto miał największy wpływ na Pani drogę artystyczną?
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: No tak, od dawna czekałam na to, że ktoś powie o moich inspiracjach Bukowskim, Pani zrobiła to pierwsza. Wojaczek i kojarzenie mojego pisania z tym niepowtarzalnym poetą, wzięły się chyba stąd, że Mikołów, że nawet ten sam znak zodiaku, (życzę sobie bardzo też umrzeć w maju...) że alkohol...
Bukowski. Już nie bardzo pamiętam, może to był rok 1995 może 1996, przypadkowo przeczytałam „Listonosza”. Fascynacja! A już myślałam, że po „Obcym” Alberta Camus nic nie może mnie olśnić, uwieść. I stało się. Jestem w stanie dać ostatnie pieniądze i jechać na koniec Polski (kiedyś tak było, teraz Internet załatwia wszystko), żeby zdobyć nowo wydaną książkę Bukowskiego. Mam wszystko, co w Polsce wydano Bukowskiego. Długo nie było jego poetyckich książek i bardzo się bałam, tego co mi zrobi jego poezja.. Teraz mam wszystkie jego książki wydane w Polsce... nie boję się jego wierszy. Nie piszę jak Bukowski. Piszę jak ja. Ale chyba wiem, jak się czuł, gdy rzygał, słuchał Mozarta i pisał wiersze.
Nie chcę być nieskromna i powiedzieć, że nie wiem kto, że jestem „samoródka”, że nie było nikogo takiego, kto miał największy wpływ na moje pisanie. Fascynacji w literaturze miałam wiele, zaczynając od lektur szkolnych, nie wszystko mi pasowało, ale romantyzm (byłam 44 i jeszcze bardziej Kordianem, potem fortepianem na bruku), pozytywizm (byłam „sosną rozdartą”), symbolizm (byłam „Statkiem pijanym”, potem dalsze poszukiwania, często przypadki, więcej czytałam prozy (setki książek) niż poezji. Tak jest do tej pory.
Gdzieś w tym wszystkim chyba znajdowałam „własną, krzywą” drogę do wiersza, jak to kiedyś do mnie napisał Tymoteusz Karpowicz.
IM: Wiersz-błysk wyrasta u Pani z jednego (nie – jednostkowego) spostrzeżenia. Jak wygląda proces twórczy? Utwory są efektem iluminacji, nagle zauważonej prawidłowości, czy ciężkiej, rzemieślniczej pracy?
G.J.-F.: I znowu, coś nie tak z tym moim pisaniem i byciem poetką. Nie wiem, co to jest proces „proces twórczy”, „rzemieślnicza praca”... to jest tak, jakby nie chodziło w wierszu w ogóle o słowo, ale o życie. Być dla mnie poetką to stan ciała, to dreszcze, głód, łaknienie, zapach, smak, węch, wzrok, słuch... wiersz to... nasycenie... nagle źródło. Czasem wizje. Iluminacja to olśnienie, podobno istotny motyw w twórczości, iluminacja to poznanie świata przez Boga, poznaję świat przez drugiego człowieka więc nie ma iluminacji.
IM: Wiersze z ostatnich tomików można uznać za próby odświeżenia schematu relacji damsko-męskich. Rezygnuje Pani z sentymentalizmu i banalnego szczęścia na rzecz trudnych, wymagających poświęceń związków. Czy takie rozwiązania są wymuszone tylko przez osobiste doświadczenia? Jak biografia wpływa na Pani twórczość?
G.J.-F.: Z niczego nie rezygnuję, żyję każdą chwilą, jak pierwszą, ostatnią. Sentymentalną, piękną, upodloną, biologiczną. Tak piszę, jak żyję. „Banalne szczęście”... co to jest szczęście? Podobno to najbardziej „gówniane” słowo... może chodzi w poezji o chwile gdy się jest, po prostu w tym, co jest. W życiu. w kłamstwie, prawdzie, rozpaczy, bólu, rozkoszy, radości, poświęceniu i śmierci. Jestem w swoich wierszach bardziej świadkiem niż biografią.
IM: Krytycy często stoją wobec Pani wierszy bezradni, bądź zasłaniają się etykietkami w rodzaju uwag o ascezie stylistycznej. Jak brzmi Pani credo artystyczne?
G.J.-F.:Życie.
IM: Maksymalnie kondensuje Pani swoje wiersze. Wers składa się tu często z jednego słowa, zwrotka (o ile jeszcze można o takim klasycznym podziale tu mówić) z dwóch. Dlaczego decyduje się Pani na taką lapidarną formę?
G.J.-F.: To nie jest decyzja, ani wybór. To przychodzi z życia, sytuacji, chwil, mgnień, bezsennych nocy, poranków, odsłoniętego okna, z oddechu. Z rozmowy, milczenia.
Ciszy. Krzyku. Nie decyduję się na żadną formę, pisanie wiersza to jest oddychanie, 12-14 wdechów na minutę, ile można wypowiedzieć słów na minutę...czasem nie ma słów tylko oddychanie.
IM: W najnowszej poezji rzadkie są tendencje do puentowania opowieści lirycznych. U Pani celne komentarze wyznaczające przesłanie okazują się niezwykle silne. To sposób na postrzeganie świata, czy konieczność, rozwiązanie wymuszone przez epigramatyczną formę?
G.J.-F.: Nic nie wymuszam w swoim wierszu. Wiersz przychodzi jak „lśnienie”. Pisze się we mnie od początku do końca. Nie wiem jak to się dzieje... poza mną te „puenty”... to co ma się stać, albo nie stanie nigdy. Może to przepowiednie dla mnie, dla innych.
IM: Co Pani, jako odbiorca poezji, najbardziej ceni w tym sposobie wyrazu? Po jaką literaturę sięga Pani najchętniej?
G.J.-F.: Oczekuję od poezji i nie tylko poezji, od wszelakiej sztuki, identyfikacji, tożsamości, obecności, bycia w klimatach, w strefach czasowych, w przestrzeni, bycia w Niebie i na Ziemi.
Czytam przede wszystkim prozę. To najpiękniejsza poezja i rzeczywistość..
Ostania książka: Hubert Selby Jr „Piekielny Brooklyn”. Jest tyle poezji w piekle!
IM: Aleksander Jurewicz określa Pani wiersze mianem „drapieżnych”. Czy chodzi tu tylko u bunt, skandal lub krzyk?
G.J.-F.: Człowiek jest drapieżnikiem, zabija żeby żyć!
A wracając do pytania to więcej w moich wierszach jest buntu i niezgody na świat. Krzyku też. Nigdy skandalu.
IM: Status poety wydaje się nie przynosić już dziś splendorów. Dlaczego więc pisze się jeszcze poezję?
G.J.-F.: Może mi Pani nie uwierzy, czasem czuję się wykluczona przez fakt bycia poetką, mam wrażenie, że jestem naznaczona, nie talentem, ale ułomnością, że muszę pisać bo inaczej nie radzę sobie z życiem, ze sobą, ze światem, bo słowo mnie uwalnia, daje mi wolność, akt zemsty, nienawiści, buntu, wściekłości, straty... czasem miłości. Nie wiem dlaczego inni piszą poezję, ja piszę bo inaczej nie mogę żyć. Nie chodzi mi w poezji o splendor, szukam ocalenia.
Szukam ocalenia
Izabela Mikrut: Bywa Pani nazywana „Wojaczkiem w spódnicy”. Dla mnie najbardziej widoczne są chyba inspiracje Charlesem Bukowskim, maksymalnie skondensowanym. Kto miał największy wpływ na Pani drogę artystyczną?
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: No tak, od dawna czekałam na to, że ktoś powie o moich inspiracjach Bukowskim, Pani zrobiła to pierwsza. Wojaczek i kojarzenie mojego pisania z tym niepowtarzalnym poetą, wzięły się chyba stąd, że Mikołów, że nawet ten sam znak zodiaku, (życzę sobie bardzo też umrzeć w maju...) że alkohol...
Bukowski. Już nie bardzo pamiętam, może to był rok 1995 może 1996, przypadkowo przeczytałam „Listonosza”. Fascynacja! A już myślałam, że po „Obcym” Alberta Camus nic nie może mnie olśnić, uwieść. I stało się. Jestem w stanie dać ostatnie pieniądze i jechać na koniec Polski (kiedyś tak było, teraz Internet załatwia wszystko), żeby zdobyć nowo wydaną książkę Bukowskiego. Mam wszystko, co w Polsce wydano Bukowskiego. Długo nie było jego poetyckich książek i bardzo się bałam, tego co mi zrobi jego poezja.. Teraz mam wszystkie jego książki wydane w Polsce... nie boję się jego wierszy. Nie piszę jak Bukowski. Piszę jak ja. Ale chyba wiem, jak się czuł, gdy rzygał, słuchał Mozarta i pisał wiersze.
Nie chcę być nieskromna i powiedzieć, że nie wiem kto, że jestem „samoródka”, że nie było nikogo takiego, kto miał największy wpływ na moje pisanie. Fascynacji w literaturze miałam wiele, zaczynając od lektur szkolnych, nie wszystko mi pasowało, ale romantyzm (byłam 44 i jeszcze bardziej Kordianem, potem fortepianem na bruku), pozytywizm (byłam „sosną rozdartą”), symbolizm (byłam „Statkiem pijanym”, potem dalsze poszukiwania, często przypadki, więcej czytałam prozy (setki książek) niż poezji. Tak jest do tej pory.
Gdzieś w tym wszystkim chyba znajdowałam „własną, krzywą” drogę do wiersza, jak to kiedyś do mnie napisał Tymoteusz Karpowicz.
IM: Wiersz-błysk wyrasta u Pani z jednego (nie – jednostkowego) spostrzeżenia. Jak wygląda proces twórczy? Utwory są efektem iluminacji, nagle zauważonej prawidłowości, czy ciężkiej, rzemieślniczej pracy?
G.J.-F.: I znowu, coś nie tak z tym moim pisaniem i byciem poetką. Nie wiem, co to jest proces „proces twórczy”, „rzemieślnicza praca”... to jest tak, jakby nie chodziło w wierszu w ogóle o słowo, ale o życie. Być dla mnie poetką to stan ciała, to dreszcze, głód, łaknienie, zapach, smak, węch, wzrok, słuch... wiersz to... nasycenie... nagle źródło. Czasem wizje. Iluminacja to olśnienie, podobno istotny motyw w twórczości, iluminacja to poznanie świata przez Boga, poznaję świat przez drugiego człowieka więc nie ma iluminacji.
IM: Wiersze z ostatnich tomików można uznać za próby odświeżenia schematu relacji damsko-męskich. Rezygnuje Pani z sentymentalizmu i banalnego szczęścia na rzecz trudnych, wymagających poświęceń związków. Czy takie rozwiązania są wymuszone tylko przez osobiste doświadczenia? Jak biografia wpływa na Pani twórczość?
G.J.-F.: Z niczego nie rezygnuję, żyję każdą chwilą, jak pierwszą, ostatnią. Sentymentalną, piękną, upodloną, biologiczną. Tak piszę, jak żyję. „Banalne szczęście”... co to jest szczęście? Podobno to najbardziej „gówniane” słowo... może chodzi w poezji o chwile gdy się jest, po prostu w tym, co jest. W życiu. w kłamstwie, prawdzie, rozpaczy, bólu, rozkoszy, radości, poświęceniu i śmierci. Jestem w swoich wierszach bardziej świadkiem niż biografią.
IM: Krytycy często stoją wobec Pani wierszy bezradni, bądź zasłaniają się etykietkami w rodzaju uwag o ascezie stylistycznej. Jak brzmi Pani credo artystyczne?
G.J.-F.:Życie.
IM: Maksymalnie kondensuje Pani swoje wiersze. Wers składa się tu często z jednego słowa, zwrotka (o ile jeszcze można o takim klasycznym podziale tu mówić) z dwóch. Dlaczego decyduje się Pani na taką lapidarną formę?
G.J.-F.: To nie jest decyzja, ani wybór. To przychodzi z życia, sytuacji, chwil, mgnień, bezsennych nocy, poranków, odsłoniętego okna, z oddechu. Z rozmowy, milczenia.
Ciszy. Krzyku. Nie decyduję się na żadną formę, pisanie wiersza to jest oddychanie, 12-14 wdechów na minutę, ile można wypowiedzieć słów na minutę...czasem nie ma słów tylko oddychanie.
IM: W najnowszej poezji rzadkie są tendencje do puentowania opowieści lirycznych. U Pani celne komentarze wyznaczające przesłanie okazują się niezwykle silne. To sposób na postrzeganie świata, czy konieczność, rozwiązanie wymuszone przez epigramatyczną formę?
G.J.-F.: Nic nie wymuszam w swoim wierszu. Wiersz przychodzi jak „lśnienie”. Pisze się we mnie od początku do końca. Nie wiem jak to się dzieje... poza mną te „puenty”... to co ma się stać, albo nie stanie nigdy. Może to przepowiednie dla mnie, dla innych.
IM: Co Pani, jako odbiorca poezji, najbardziej ceni w tym sposobie wyrazu? Po jaką literaturę sięga Pani najchętniej?
G.J.-F.: Oczekuję od poezji i nie tylko poezji, od wszelakiej sztuki, identyfikacji, tożsamości, obecności, bycia w klimatach, w strefach czasowych, w przestrzeni, bycia w Niebie i na Ziemi.
Czytam przede wszystkim prozę. To najpiękniejsza poezja i rzeczywistość..
Ostania książka: Hubert Selby Jr „Piekielny Brooklyn”. Jest tyle poezji w piekle!
IM: Aleksander Jurewicz określa Pani wiersze mianem „drapieżnych”. Czy chodzi tu tylko u bunt, skandal lub krzyk?
G.J.-F.: Człowiek jest drapieżnikiem, zabija żeby żyć!
A wracając do pytania to więcej w moich wierszach jest buntu i niezgody na świat. Krzyku też. Nigdy skandalu.
IM: Status poety wydaje się nie przynosić już dziś splendorów. Dlaczego więc pisze się jeszcze poezję?
G.J.-F.: Może mi Pani nie uwierzy, czasem czuję się wykluczona przez fakt bycia poetką, mam wrażenie, że jestem naznaczona, nie talentem, ale ułomnością, że muszę pisać bo inaczej nie radzę sobie z życiem, ze sobą, ze światem, bo słowo mnie uwalnia, daje mi wolność, akt zemsty, nienawiści, buntu, wściekłości, straty... czasem miłości. Nie wiem dlaczego inni piszą poezję, ja piszę bo inaczej nie mogę żyć. Nie chodzi mi w poezji o splendor, szukam ocalenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






