* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 4 października 2012

Maria Dłużewska: Trzy dni zdjęciowe z Ireną Anders i Albinem Ossowskim

Trio, Warszawa 2012.

Dialog filmowy

Jest film. Nieznany, zapomniany, praktycznie nie do zdobycia. Jest historia, o której coraz mniej ludzi nie chce słuchać. Są aktorzy, którzy wzięli udział w powojennej produkcji i teraz, po kilku dekadach, łączą wspomnienia z planu z pamięcią o wojennych przeżyciach. Jest dziennikarka, która porywa się na niemal niemożliwe zadanie: stworzenie w trzy dni filmu dokumentalnego. Świadectwem tej współpracy – a właściwie dodatkiem – stała się książka „Trzy dni zdjęciowe z Ireną Anders i Albinem Ossowskim”.

Maria Dłużewska – aktorka i dziennikarka – spotkała się z Ireną Anders, nieżyjącą już aktorką, oraz Albinem Ossowskim, by przy okazji opowiadania o filmie „Wielka droga” z 1946 roku poznać także prywatne wspomnienia dawnych gwiazd filmowych, szczegóły zresztą zdąży wytłumaczyć. Siada ze swoimi rozmówcami przed „Wielką drogą” i wysłuchuje ich zwierzeń, obserwuje reakcje, czasem włącza się do dyskusji lub tylko ją moderuje. Jest przy tym niemal ideałem obserwatora i słuchacza – nie ingeruje w rozmowy, gdy bohaterowie zatapiają się w najciekawszych wyznaniach, delikatnie wkracza, gdy zaczyna się robić nudno. Wie, co chce uzyskać, ma w myślach plan swojego scenariusza i świadomość, że czas jest bardzo ograniczony.

Irena Anders i Albin Ossowski pod wpływem prezentowanych obrazów zagłębiają się w przeszłości – omawiają kwestie związane z rolami i wymieniają się przeżyciami z wojny. Rzadko przechodzą do własnych spraw prywatnych (Albin Ossowski niechętnie mówi o tragicznej wiadomości, jaką otrzymał rano, także związek Ireny z generałem Andersem przedstawiany jest tu w szczątkowej formie, rozmówców bardziej intrygują sprawy wagi państwowej). Film i wojna zaczynają się tu zlewać w jedną rzeczywistość, doświadczenie wspólne bohaterom książki.

Maria Dłużewska zdecydowała się na ciekawą formę tomu. To jakby szkic scenariusza, reportaż z planu filmowego, surowy, nieocenzurowany i opatrzony prywatnymi komentarzami, przez co całość nabiera formy anegdotycznej. Dłużewska wprowadza wypowiedzi Ireny Anders i Albina Ossowskiego bezpośrednio, czasem też dodaje, w tym samym stylu, swoje uwagi. Do tego dochodzą didaskalia – autorka rejestruje każde, nawet błahe wydarzenia (na przykład problemy z mikroportami), wprowadza też sylwetkę czujnego operatora. Pisze o reakcjach rozmówców, bezbłędnie wychwytuje ważne gesty, symbolizujące konkretne emocje. Czasem w ten właśnie sposób może dotrzeć do sedna opowieści: bo i Irena Anders, i Albin Ossowski są powściągliwi w wyrażaniu uczuć. Nie zawsze jednak da się zapanować nad wzruszeniem. Ale nie tylko zwykła, tocząca się swoim trybem rozmowa, tworzy tę książkę. Co pewien czas Dłużewska wprowadza jeszcze cytaty z filmu, opisy konkretnych scen a także informacje o przewijaniu taśmy i przygotowywaniu dokumentu. Na dłuższe odautorskie wyznania pozwala sobie Dłużewska pod koniec dnia zdjęciowego, chyba że w trakcie kręcenia materiału wydarzy się coś nietypowego. Dłużewska nie tylko obserwuje i słucha, ona zaczyna uczestniczyć w życiu postaci.

W książce cytaty z filmu są wyróżnione innym krojem czcionki (podobnie jak didaskalia). Mieści się tu mnóstwo kadrów z filmu (opatrzonych filmowymi ramkami, tak, aby czytelnicy widzieli, co zainspirowało bohaterów do rozmowy na konkretny temat), a także kilka zdjęć przedstawiających Irenę Anders i Albina Ossowskiego. Całość przez wzgląd na nietypową formę budzi zainteresowanie, a także robi wrażenie. To ciekawy dokument, który kusi swoją surowością, szansą zajrzenia za kulisy powstającego filmu.

środa, 3 października 2012

Francesca Simon: Koszmarny Karolek pisze list

Znak, Kraków 2012.

Rozwiązanie problemu

Koszmarny Karolek uwielbiany jest przez dzieci w każdym wieku, więc Francesca Simon także dla młodszych przygotowuje ciekawe i dowcipne historyjki. Tomik „Koszmarny Karolek pisze list” koncentruje się na jednej fabule, rozbudowanej do rozmiarów książeczki. Po raz kolejny Simon udowadnia, że potrafi zrozumieć maluchy, chociaż odwołuje się do zwyczaju mniej u nas zakorzenionego. Koszmarny Karolek musi bowiem napisać listy z podziękowaniem za prezenty. Listy ma skierować do nielubianych krewnych, a przecież prezenty od nich nie należą do specjalnie udanych. Jakby tego było mało, rodzice wymagają, by Koszmarny Karolek w każdym liście napisał całe pięć zdań. To prawdziwy dramat. Ale bohater wpada na cudowny – w jego mniemaniu – pomysł, który nawet pomoże mu się wzbogacić.

Ta publikacja kierowana jest do młodszych dzieci, co objawia się między innymi w ograniczeniu warstwy tekstowej na rzecz ilustracji, a także w przesyceniu tekstu uczuciami i emocjami (przeważnie zresztą negatywnymi: Karolek nie chce pisać listów, rodzice złoszczą się na niego). Dziecięcy bohater nie zna się na dyplomacji, która jest przecież domeną dorosłych: nie zamierza udawać wdzięczności, jeśli nie jest do niej przekonany. Koszmarny Karolek pozwala sobie na szczerość – robi to, czego nie mogliby zrobić czytelnicy w podobnej sytuacji. Historia będzie dla wszystkich maluchów zrozumiała, a i atrakcyjna, bo w końcu bohater pokazuje, co by się stało, gdyby…

Francesca Simon stawia na dialogi – w nich rozgrywa się większość akcji. Kiedy Koszmarny Karolek zostanie sam, Simon przerzuca się na jego monologi wewnętrzne, zwykle przesycone gniewem – który bohater twórczo przekuwa na pomysł. Pomysł z kolei mógłby przyjść do głowy tylko dziecku, które nie zastanawia się nad konsekwencjami własnych zachowań. Na wszystkich płaszczyznach jest więc Francesca Simon przekonująca, proponuje małym odbiorcom bohatera prawdziwego – bohatera, który wprawdzie nie stanowi wzoru do naśladowania, ale jest uosobieniem dziecięcych marzeń w chwilach buntu. Zachowanie Koszmarnego Karolka nie przejdzie bez echa, ale czytelnikom opisy kary będą oszczędzone. Simon zapewnia zatem element dydaktyczny w opowiastce – ale nie przytłacza dzieci morałami, pozwala im samodzielnie wyciągać wnioski.

Przy okazji lektura może także uświadomić rodzicom, że najmłodsi nie muszą bezkrytycznie zgadzać się ze wszelkimi grzecznościowymi powinnościami – i że łatwo można prawdomównego malucha nauczyć kłamstw w imię źle pojętego dobrego wychowania. Koszmarny Karolek radzi sobie dzięki własnej kreatywności z problemem niemal bez wyjścia – solidaryzować się z nim będzie wielu małych odbiorców.

W tej książeczce większe znaczenie niż zwykle mają ilustracje. Tony Ross bez przerwy przecina tekst obrazkami, wprawdzie kolorowymi, ale też dalekimi od sielanki czy słodyczy. Koszmarny Karolek zwykle spogląda spode łba, marszczy w gniewie brwi i wykrzywia twarz. Nie ma tu mowy o grzecznych rysunkach, na których uśmiechnięte dzieci zgodnie się bawią – Tony Ross dobrze czuje poetykę historii o Koszmarnym Karolku, a w swoich ilustracjach nawet ją nieco podbija, żeby jeszcze szybciej do lektury przekonać niechętne czytaniu kilkulatki. Te obrazki muszą zaintrygować: są inne od typowych, przynoszą obietnicę łamania zakazów i odejścia od mdłych i poprawnych politycznie edukacyjnych fabułek. Nic dziwnego, że kolejne tomy przygód Koszmarnego Karolka cieszą się takim powodzeniem wśród najmłodszych.
Autorka porusza problem nieobcy dzieciom, a czyni to w sposób, któremu nie można nic zarzucić. Koszmarny Karolek nie potrzebuje reklamy – wystarczy raz przekonać się, że to dziecko, które wciela w życie zwyczajne i typowe dla kilkulatków pomysły.

wtorek, 2 października 2012

Laura Summers: Dwa serca

Akapit Press, Łódź 2012.

Trudny temat

Nie tak dawno jeszcze ten temat nie miał prawa wstępu do literatury młodzieżowej. Tabu zostało jednak przełamane i ten fakt pomaga w szerzeniu świadomości na temat przeszczepów. Wrażliwym młodym ludziom pokazuje się w powieściach historie, które mają wzruszać i skłaniać do refleksji, budzić świadomość społeczną i… wspomagać kampanie informacyjne. Laura Summers książką „Dwa serca” wpisuje się w ten nurt, tworzy dwutorową relację, w której na pierwszym miejscu stawia kwestię przeszczepu serca.

Becky od dwóch lat ciężko choruje. Wirus zaatakował jej serce i jedyną szansą dla dziewczyny jest teraz operacja. Bohaterka czeka na nowe serce, lecz już po operacji musi się zmierzyć z wieloma problemami: własnym lękiem, odrzuceniem ze strony rówieśników i… z dziwnymi wizjami płynącymi z doświadczeń dawcy. Nastolatka musi zawalczyć o własną tożsamość, chociaż wie, że w tej walce jest zdana wyłącznie na siebie. Może też rozwikłać tajemnicę śmierci chłopaka, dzięki któremu żyje.

Chociaż Laura Summers sięgnęła po niełatwy temat, nie traci z pola widzenia motywów, które do lektury przyciągają nastolatki. I wątek odrzucenia przez kolegów, i kiełkujące nieśmiało uczucie, i konflikty w domu – wszystko to należy do stałych składników młodzieżowych powieści. Autorka wprowadza tu jeszcze sporo emocji różnego rodzaju, a także wątek kryminalno-detektywistyczny, nawiązuje też pośrednio do modnych wciąż zagadnień paranormalnych (chociaż stara się znaleźć dla nich racjonalne wytłumaczenie). Jest przekonująca w budowaniu psychiki dziewczyny, trafnie odwzorowuje jej reakcje w kolejnych życiowych sytuacjach. Tą powieściową prawdą równoważy fabularne uproszczenia (katalizującą moc niewytłumaczalnych wizji czy bliskość geograficzną z rodziną dawcy serca, nawet narracyjne zabiegi).

„Dwa serca” mają chwytliwy tytuł i obietnicę romansu, który przecież także się tu pojawi. Ale w tej książce chodzi o znacznie więcej niż tylko rozwój nastoletniego uczucia – Summers próbuje uświadomić czytelnikom, jak ważne jest udzielenie zgody na przeszczepianie swoich organów po śmierci. Becky zyskuje nowe życie. Ale poznana w szpitalu koleżanka nie ma tyle szczęścia. Dla rodziców zmarłego chłopaka pocieszeniem może być fakt, że syn uratował nastolatkę. Ta natomiast pozna dzięki temu miłość i siłę przyjaźni. Autorka motyw przeszczepu traktuje bardzo szeroko, pokazuje rozmaite związane z nim niedogodności, by nie kłuć w oczy przesadnym optymizmem – to, że Becky nie umarła, nie wystarcza jako powód do radości. Dziewczyna powinna jeszcze przezwyciężyć zwykłe problemy nastolatek – a tych fakt poważnej operacji wcale nie wymazuje.

Laura Summers nie chce być posądzana o tendencyjność, więc stawia na akcję. W „Dwóch sercach” nie ma czasu na długie rozważania nad znaczeniem przeszczepów, bohaterka najpierw traci kontrolę nad własnymi zachowaniami, potem tę kontrolę odzyskuje – ale przez cały czas działa. Walczy z otoczeniem, z rodziną i z samą sobą, musi pogodzić się z sytuacją, by zamknąć ten rozdział życia. Większość czytelniczek nie zetknie się nawet z aż tak ekstremalnymi doświadczeniami – ale „Dwa serca” otwierają odbiorczynie na tematy trudne, poważne i nie zawsze przyjemne.

Nie ulega zatem wątpliwości, że jest to książka potrzebna i ważna. Została w dodatku dostosowana do percepcji młodych ludzi, napisana w stylu pop – bez stylistycznych ozdobników, bez rozbudowanych opisów, za to z przesyconą emocjami akcją. Trochę tendencyjności to mankament jedynie dla dorosłych czytelników, nastolatkom nie powinno to przeszkadzać w odbiorze – zwłaszcza że Laura Summers naprawdę wiele czerpie z życia typowych młodych dziewczyn.

poniedziałek, 1 października 2012

Magdalena Giedrojć: Słońce za zakrętem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Odrodzenie nadziei

Tytuł tej powieści nie zwodzi: „Słońce za zakrętem” wpisuje się w nurt historii obyczajowych, nasyconych niezbyt nachalnym optymizmem, historii, w których bohaterki muszą najpierw pokonać cały szereg trudności, by osiągnąć upragnione szczęście. Szczęście to z kolei wpisane jest w schemat podobnych scenariuszy, to obowiązkowa nagroda za wytrwałość i siłę. Dla czytelniczek natomiast wiąże się z obietnicą przyjemnej i w efekcie beztroskiej lektury. Magdalena Giedrojć korzysta ze struktury wakacyjnych lektury, by zmierzyć się z wcale nie wakacyjnymi problemami. Jej bohaterka, Beata, straciła sens życia: po wypadku samochodowym została skazana na wózek inwalidzki i pomoc niewiele rozumiejących rodziców – a tym samym i na wegetację w bloku. W jednej chwili runęły jej wszystkie plany i nie pozostała nawet nadzieja. Dziewczyna nie potrafi mówić o swoich problemach, więc konflikt z otoczeniem narasta. Wreszcie w wakacje rodzice wywożą ją do domu na wsi. W idyllicznym krajobrazie Beata może spróbować przewartościować swoje życie. Pozna też ludzi, którzy zmienią jej spojrzenie na świat.

Magdalena Giedrojć proponuje swoim czytelniczkom bajkę, tyle że w tej bajce znajduje miejsce na kalectwo, chorobę czy śmierć. Zagłębia się w psychikę pozbawionej marzeń o normalnym życiu młodej kobiety, ale próbuje też znaleźć usprawiedliwienie dla oskarżanej rodziny. Niewesołe rozważania przerywa obrazem niezwykłej przyjaźni i ludzi zjednoczonych we wspólnym celu. Od początku wiadomo, że zmiana otoczenia wpłynie pozytywnie na rozgoryczoną bohaterkę – ale w tej zmianie też kryć się będzie pewna przykra tajemnica.

Żeby jeszcze wzbogacić historię o przewidywalnym przecież, bo zakodowanym w optymizmie, przebiegu, Giedrojć sięga po odrobinę magii. Starsza pani, która przesiaduje na rynku, zna historię zaklinaczki zwierząt i chętnie dzieli się nią z Beatą – chociaż na początku odbiorczynie zostaną wstrzelone nagle w fabułę, która nie przystaje ani do obecnych czasów, ani do zmartwień bohaterki. Ma w sobie za to pewien specyficzny magnetyzm, roztacza aurę tajemniczości i obietnicę niespodzianki – przecież tam, gdzie w grę wchodzą paranormalne zdolności, wydarzyć się może bardzo wiele. Niespiesznie snuje się zatem opowieść w odcinkach, a tymczasem Beata może ze zdumieniem odkryć, że jednak jest komuś potrzebna i nie musi rezygnować z marzeń – powinna je tylko zmodyfikować.

I chociaż w wielu miejscach Giedrojć posługuje się utartym scenariuszem, ciekawy dla odbiorczyń będzie obraz szorstkiej przyjaźni miejscowych. To wizja daleka od kreowanych niegdyś przez chicklity, a przez to też bardziej atrakcyjna. W dodatku ani dla autorki, ani dla bohaterki nie wydają się kuszące obowiązkowe często w obyczajówkach dla pań romanse. W ten sposób, zachowując rytm lekkiej wakacyjnej powieści, Magdalena Giedrojć nie posługuje się wyłącznie stereotypami, potrafi zaskoczyć przyjemnie, nie rezygnując przy tym z warstw, które dostarczą czytelniczkom rozrywki.

Mimo poruszania trudnych tematów, „Słońce za zakrętem” jest powieścią ciepłą i zapewniającą relaks. Autorka ładnie prowadzi narrację, zmieniając ją nawet lekko przy zmianie opowieści, nie męczy czytelniczek, ale też nie nuży ich nadmierną prostotą – sięga po obrazy zapadające w pamięć i dodaje otuchy. Potrafi plastycznie opowiadać i jej książka stanie się na pewno jedną z częściej czytanych pozycji obyczajowych. Zasługuje na to.

niedziela, 30 września 2012

Józef Jacek Rojek, Zbigniew Rojek: Kto się boi braci Rojek? Antologia satyry & satyryków Warmii i Mazur 1945-2010

Katowice 2012.

Mapa satyry

Niby w czasach internetu zdobywanie wiadomości o znanych i mniej znanych artystach nie powinno być trudne – a jednak publikacje gromadzące tego typu dane, choć często niszowe, okazują się bardzo przydatne. Porządkują informacje, zwracają uwagę na zapomnianych artystów czy efemeryczne zespoły, ale też przybliżają sylwetki twórców z najwyższej półki. Takim przewodnikiem po satyrycznych dokonaniach mieszkańców Warmii i Mazur jest spory tom „Kto się boi braci Rojek?” Józefa Jacka Rojka i Zbigniewa Rojka – skrótowy i autorski przegląd tego, co w warmińskiej satyrze najciekawsze.

Po wielu urozmaiconych tematycznie wstępach różnych autorów (czasem to wstępy nieco tendencyjne, czasem osobiste, innym razem atrakcyjne i dla czytelników, którzy bezpośrednio uczestniczyć w wydarzeniach nie mogli, a teraz zyskują szansę ich przeżycia czy doświadczenia – cóż z tego, że zapożyczonego) – po wielu wstępach zatem pojawiają się trzy części przeglądu. Pierwsza przynosi uszeregowane alfabetycznie zespoły, druga – artystów. W trzeciej znalazło się miejsce dla przyjaciół z kabaretowych scen. Szybko okazuje się jasne, że taka „antologia” była potrzebna, a satyra z tego regionu nie jest wyłącznie ciekawostką lokalną, a zasługuje na uwagę badaczy humoru. Owszem, i tu zdarzają się twórcy słabsi, jednak czytelnicy tomu nie powinni się przy lekturze krzywić z niesmakiem. Obok lokalnych gwiazd, którym zabrakło siły przebicia, determinacji czy po prostu doświadczenia, by zaistnieć w satyrze ogólnopolskiej, występują w tomie ci, którym udało się zdobyć rozgłos i zrobić karierę. Kilka grup zyskuje przygotowane przez Zbigniewa Rojka kalendarium (w wypadku Kaczek z Nowej Paczki – we fragmentach przywoływane przy kolejnych notkach biograficznych). Autorzy książki postawili na wielowymiarowość satyry – obok twórców piosenek czy monologów przedstawiają też sylwetki bardów, fraszkopisarzy, rysowników satyrycznych, notki o grupach studenckich, a nawet… kabaretach dziecięcych (prowadzonych przez dorosłych tekściarzy).

Tom ma ponad 450 stron, lecz z konieczności dokonania kolejnych twórców traktuje skrótowo. Podstawowym źródłem wiadomości są tu strony internetowe kabaretów i satyryków, ankiety (których wzór przedstawiają autorzy na końcu książki), rozmowy z zainteresowanymi, a także wspomnienia zaangażowanych twórców. Nie ma zatem mowy o pełnych opracowaniach czy o encyklopedycznej dokładności. To raczej autorski przegląd, niewolny od „prywatnych” komentarzy i dopisków (zwykle życzliwych), trudno byłoby też wyliczyć stałe punkty notek. Autorzy starają się podawać składy zespołów, nagrody i osiągnięcia – ale chętnie nawiązują i do ciekawostek, i do próbek twórczości. Z punktu widzenia zwykłych odbiorców im więcej prywatnych dopowiedzeń, tym bardziej interesująco wypada notka. Autorzy nie starają się rozśmieszać na siłę, na dowcipne uwagi pozwalają sobie przede wszystkim przy zaprzyjaźnionych artystach. Żeby było sprawiedliwie, każdemu stawiają mały pomniczek. Umożliwiają też w końcu samodzielne dalsze poszukiwania, udowadniając, że warto.

Imponujący tom nie doczekał się porządnej korekty (a Maciej Zembaty, gdyby żył, zacząłby gryźć za przerobienie go na „Zębatego”): o ile da się to przeżyć w notkach, drażni w cytatach z tekstów kabaretowych. Szkoda, bo staranne edytorskie działania nie powinny iść w parze z redakcyjną nonszalancją. Zdjęcia w książce pełnią funkcję dokumentacyjną, dominuje słowo. Dobrze natomiast, że autorzy nie ograniczają się do określonych typów satyry, a czasem nawet rozszerzają ją (pojawia się „kabaretowy” punkrockowy zespół); są graficy i karykaturzyści, są młodzi kabareciarze, a obok nich poeci piosenki. To ciesząca odbiorców różnorodność tematyczna – a lekturę uprzyjemnia też odrzucenie chronologii: dzięki temu raz przeniosą się do kabaretów operujących aluzją, raz do satyry obyczajowej, wolnej od politycznych naleciałości. W efekcie zatem tom „Kto się boi braci Rojek?” to dobra propozycja dla tych, którzy chcieliby poznać twórców spoza mainstreamu.

sobota, 29 września 2012

Stanisław M. Jankowski: Dziewczęta w maciejówkach

Trio, Warszawa 2012.

Panie w mundurach

Stanisław M. Jankowski zajął się w tomie „Dziewczęta w maciejówkach” życiorysami tych kobiet, które chciały służyć ojczyźnie na równi z mężczyznami. Obszerna książka stanowi przegląd możliwości (i niemożliwości…) pań podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. Autor wybiera najciekawsze i najbardziej barwne sylwetki, by w dość szczegółowych rozdziałach informować o losach dzielnych dam. Dodatkowo jeszcze porządkuje swój tom tematycznie, z uwagi na obszary działalności bohaterek.

Rozpoczyna się książka niemal komediowo: od postaci, które przebierały się za mężczyzn, by móc służyć w wojsku. Jankowski sięga do wspomnień i dawnych relacji, żeby odpowiedzieć na pytania, które nasuną się odbiorcom. Pokazuje, jak kobiety próbowały utrzymać w tajemnicy swoją tożsamość, ale też – z jakimi problemami musiały się zmierzyć. Autor nie szuka jednak sensacji, nie wszystko go interesuje: przyjmuje po prostu to, co udało się znaleźć w materiałach źródłowych – nie sili się na dalsze dociekania, ale też zależy mu na tym, by naukowy tekst nie zamienił się w farsę. Zarzuca czytelników danymi, faktami i stanowiskami, co stwarza przeciwwagę dla prywatnych zapisków i wspomnień.

Pojawiają się tutaj kobiety, które służą w Ochotniczej Legii Kobiet, sanitariuszki, łączniczki, policjantki. Większość bohaterek zajmuje ważne stanowiska, lub przynajmniej może zaistnieć dzięki szczegółowym zapiskom. Wśród opisywanych postaci znajdzie się Aleksandra Piłsudska oraz córka Melchiora Wańkowicza; tym razem natomiast nie ma miejsca dla anonimowych cichych bohaterek, które nie mogłyby się poszczycić istotną pozycją czy licznymi odznaczeniami. Dla Jankowskiego ważniejsze niż prywatne przeżycia okazują się udokumentowane dokonania. Odsunięta została cała sfera okołointymna, wszystkie emocje i uczucia, których przecież nie może w podobnych doświadczeniach zabraknąć. Stanisław M. Jankowski zupełnie odrzuca to, co nieuchwytne – i co najbardziej przyciągałoby do tomu zwykłych czytelników, mniej zainteresowanych historią. Nie chce poznawać psychiki kobiet – bohaterek tomu, ucieka od zwykłego życia, zamyka się w dokumentach i danych. Z rzadka na kartach książki pojawiają się elementy zwyczajnego życia pań – motyw miłości czy dziecka – i to jedynie wtedy, gdy łączy się to z walkami czy politycznymi decyzjami.

Niektóre bohaterki powracają w kolejnych rozdziałach, na marginesach życiorysów innych postaci – i dzięki temu udaje się uzyskać portrety o więcej niż jednym wymiarze. Autor koncentruje się na aspekcie wojenno-wojskowym, reszta dla niego nie istnieje. Zachowuje przy pisaniu dość suchy, naukowy styl – który doskonale tłumaczy i uzasadnia tematyczne wybory. Do akademickiego języka nie nadają się analizy przeżyć – to element, który odbiorcy będą musieli odtworzyć samodzielnie. Jankowski nie chce tworzyć portretów psychologicznych, a jedynie rozszerzone o dokumenty życiorysy.

Wiele jest w tej książce cytatów i komentarzy, zapisków z diariuszy, zachowanych wspomnień. Równie wiele znajdzie się ilustracji – przedruków dokumentów: wniosków, życiorysów, a i zdjęć. Teksty przetykane są także wojenną twórczością liryczną – w ten sposób autor może odrobinę złagodzić bezemocjonalny ton opowieści, a przy okazji i zadbać o jej klimat. „Dziewczęta w maciejówkach” to również przegląd pomysłów i rozwiązań, które stosowały najbardziej zdeterminowane kobiety, by móc realizować swoje śmiałe marzenia – dalekie od stereotypowych wyobrażeń o roli płci pięknej.

piątek, 28 września 2012

Marta Stefaniak: Czary w małym miasteczku

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Charakter i magia

Powieści obyczajowe często w warstwie fabularnej powiązane są dyskretnie z wątkami baśniowymi lub marzeniami – tyle że ich autorki (bo w budowaniu literackich idylli przodują obecnie na rodzimym rynku wydawniczym panie) udają, że jest inaczej, że czerpią wyłącznie z realizmu i prawdopodobnych doświadczeń. Tymczasem Marta Stefaniak rzuca im wyzwanie – swoimi „Czarami w małym miasteczku” udowadnia, że można odkryć karty i zabawić się motywami charakterystycznymi dla bajek otwarcie, a radość czytania wcale się przez to nie zmniejszy.

Jedna z gałęzi współczesnych obyczajówek zezwala na włączanie do akcji pozornie realistycznych historii kobiet o niezwykłych umiejętnościach. Pewien trend w literaturze rozrywkowej ożywia zielarki i „czarownice”, choć przeważnie umieszcza je wśród przodkiń dzisiejszych bohaterek. Odrobina magii pozwala na wprowadzanie aury niezwykłości i cieszy czytelniczki, bo stanowi faktyczną odskocznię od codziennych trosk i zmartwień. Tymczasem Marta Stefaniak nie kryguje się i nie zasłania wierzącą w zabobony przeszłością. Czarownicę – miłą i spokojną starszą panią – wprowadza do małego miasteczka i pozwala jej działać.

A w miasteczku jest sporo zła, skrywanego pod fasadą normalności. Ot – zwykła zmęczona urzędniczka musi utrzymywać męża i dorosłych synów, sklepowa cierpi przez męża pijaka, rodzice w swoją wojnę wciągają dzieci, samotna lekarka musi znosić obłudę znajomych. Są i obrazki bardziej stereotypowe: burmistrz rezygnuje z dawnych ideałów i daje się wciągnąć w nieczyste gierki tych, którzy pomogli mu dojść do władzy, a ksiądz katecheta chce wykorzystać seksualnie jedną ze swoich uczennic. Starsza pani widzi to wszystko, wyciąga wnioski i zaczyna działać w sposób, który czytelniczkom przywiedzie na myśl literaturę czwartą. Tyle że na obecności jednej czarownicy w miasteczku się nie kończy.

Marta Stefaniak rzuca wyzwanie autorkom, które pilnują realizmu w najdrobniejszych detalach. Może sobie na to pozwolić bez straty dla powieści z prostej przyczyny: okazuje się wybitną obserwatorką i rejestratorką życia codziennego. Książka jest zlepkiem wątków, kolejne rozdziały (w kolejnych częściach) pozwalają dokładniej poznać egzystencję wybranego mieszkańca lub też wybranej rodziny z miasteczka. I są to obrazy plastyczne, wiarygodne i szczere, przesycone realizmem, jednym słowem – do bólu prawdziwe. Po takim przygotowaniu gruntu autorka może już wprowadzić postać rodem z innego świata, dobrą wróżkę, która wcale nie musi mieć racjonalnych recept, by zaradzić złu w miasteczku – bo dysponuje całym arsenałem magicznych eliksirów.

Zderzają się zatem w fabule dwa podejścia: niemal publicystycznym notatkom, nieco stereotypowym, ale przez voyeurystyczny charakter ciekawym towarzyszy sfera magii rodem z bajek. Co dziwne, nie ma w tym zestawieniu zgrzytu na granicach światów, a Stefaniak wcale nie dąży do wypreparowania z całości sielanki. Owszem, ułatwia sobie konstruowanie akcji, dzięki odwołaniom do magicznych mocy – ale nie niszczy tym wymowy książki. W dalszym ciągu „Czary w małym miasteczku” funkcjonować mogą jako celne obserwacje i warte uwagi przemyślenia na temat ludzkich charakterów. Marta Stefaniak sprawdza, co by było gdyby – nie proponuje zatem czytelniczkom prostego operowania znanymi już motywami, ale zadaje niełatwe pytania na temat niszczenia sobie i innym życia. Tak trudny temat w baśniowej otoczce zyskuje lekkość niezbędną w powieściach rozrywkowych.