Dwie Siostry, Warszawa 2024.
Podróż
To książka przygotowana z rozmachem, imponująca w zakresie realizacji artystycznej, ale i w samym pomyśle. Składa się z dwóch tomów – ogromnego zestawu ilustracji zatytułowanego „Miasto Tańczącego Karpia” oraz z „Podróżnika” – tekstowego przewodnika po tym, co należy w grze zrobić. Picture book jest wypełniony po brzegi postaciami fantastycznymi z wierzeń, baśni, wyobraźni – zaludniany jest bardzo starannie, bo prawie tysiąc postaci będzie czegoś od odbiorców żądało albo o coś prosiło. Niewielkie sylwetki mają nad sobą numery – te numery należy odnaleźć w „Podróżniku” i przekonać się, czego oczekują bohaterowie. W jednoakapitowych komentarzach wygłaszanych przez nich pojawia się mnóstwo emocji i atrakcji, to rodzaj gry planszowej bez planszy – lektura jest bardzo wyrywkowa i bazuje na emocjach odbiorców, na chęci włączenia się w zabawę. Zdarza się, że zadanie ma kilka etapów i nie wystarczy lektura akapitowego tekstu – trzeba będzie sporo wysiłku i kombinowania. Nie zawsze też da się od razu wykonać zadanie – zresztą autorzy nawet ostrzegają przed takimi pseudoporażkami: trzeba będzie sporo wysiłku, żeby poradzić sobie z wyzwaniami. Jakby tego było mało odbiorcy otrzymują tu 272 naklejki, które należy wykorzystać dopiero w momencie trafienia na odpowiednie polecenie – tym uzupełni się strony i być może zyska potrzebne do rozwiązywania zagadek podpowiedzi. Zdobywa się w tej grze hasła i zapełnia plecak przedmiotami, które przydadzą się w wędrówce. Mizielińscy proponują w zasadzie grę komputerową bez komputera – zapewniając świetną zabawę wszystkim poszukiwaczom przygód. Książka z ilustracjami przygotowana została tak, żeby nie znużyć także dorosłych odbiorców – mogą więc i oni przystąpić do skomplikowanej gry. Familijna rozrywka pozwala rzecz jasna na samodzielną pracę, wymusza na odbiorcach skupienie i uważność, ale zapewnia mnóstwo atrakcji – stworzona jest bowiem z humorem i dobrym pomysłem. Warto przestrzegać reguł i nie czytać paragrafów, których się nie odkryło podczas podróży.
Żeby nie pogubić się w zawiłościach akcji, można na początku skorzystać z podpowiedzi: podążania za zielonymi odnośnikami, które wytyczają szlak na jednej rozkładówce – dzięki temu można wdrożyć się w zasady gry, sprawdzić swoje umiejętności, cierpliwość i ciekawość. W nawigacji po mieście pomoże specjalny plan – na końcu tomu pojawia się obrazek podzielony na kwadraty z numerami, tak łatwiej będzie przedostać się do odpowiedniego punktu w książce.
Nie jest to gra do szybkiego rozwiązania, nie jest naiwna. Dostarcza mnóstwa wrażeń, silnych emocji i dobrej zabawy. Wprowadza czytelników w historie, które muszą oni samodzielnie odkrywać i zapamiętywać, żeby pomagać bohaterom – i żeby orientować się w świecie z Miasta Tańczącego Karpia. To lektura w sam raz dla odbiorców, którzy lubią się bawić i grać, a nie kojarzą książek z przyjemną rozrywką – tu znacznie więcej trzeba będzie oglądać skomplikowanych grafik i szukać wskazówek, niż bazować na tekście czytanym. Aleksandra i Daniel Mizielińscy przemycają wspaniałą zabawkę dla całych pokoleń. Warto im zaufać i wejść do miasta, które skrywa moc atrakcji. Ta książka będzie doskonałym prezentem dla wszystkich, którzy lubią zagadki i wyszukiwanki, ale chcieliby się przenieść o poziom wyżej w ich rozwiązywaniu.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra i Daniel Mizielińscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra i Daniel Mizielińscy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 listopada 2024
sobota, 24 lipca 2021
Aleksandra i Daniel Mizielińscy: Wielka podróż dziadka Eustachego
Dwie Siostry, Warszawa 2021.
Komiks bez słów
"Wielka podróż dziadka Eustachego" to książka przeznaczona dla małych dzieci, tych, które nie potrafią samodzielnie czytać - ale nie tylko dla nich. Przyda się również starszym pociechom, jeśli chce się wykształcić w nich umiejętność prowadzenia spójnej narracji, albo poćwiczyć skupienie się na opowieści. Liczy się tu dobra zabawa i humor, a do tego niezwykły (chociaż pozornie oczywisty) pomysł. Aleksandra i Daniel Mizielińscy decydują się na wprowadzanie wyłącznie onomatopeicznych haseł, od czasu do czasu wydaje im się, że bohaterowie powinni wydać z siebie jakiś dźwięk powitalny - i wtedy wprowadzają elementy językowe. Jednak bez nich ta opowieść sprawdzi się równie dobrze, można zatem spokojnie je pominąć. W "Wielkiej podróży dziadka Eustachego" wszystko stanie się jasne dzięki obrazkom.
Dziadek Eustachy drzemie sobie spokojnie w fotelu, a nagle orientuje się, że nadszedł dzień zaznaczony w kalendarzu. Bohater kupuje w sklepie misia, pakuje się i przygotowuje do jazdy na rowerze. Po drodze przeżywa mnóstwo przygód, ciągle wpada w tarapaty albo pomaga innym, spotyka rozmaite zwierzęta (w świecie dziadka Eustachego to normalność, misia też kupuje w sklepie, w którym ekspedientem jest zwierzę). Każdy, kto podzieli się z dziadkiem Eustachym swoim kłopotem, może być pewny, że bohater nie pozostawi go bez wsparcia. To procentuje. Nikt nie wie, jaki będzie finał podróży dziadka Eustachego - tymczasem autorzy zaskakują odbiorców spójnością i umiejętnością prowadzenia rysunkowej narracji. Oferują całkiem sporo zwrotów akcji, dziadek Eustachy przeżywa dziwne doświadczenia, które jednak nie pozwalają na odłożenie książki. To bohater, który nie boi się wyzwań. Nie jest skupiony wyłącznie na swoim celu - wiadomo, że dotrze do jakiegoś miejsca, ale po drodze może niejeden raz zdecydować się na zmianę trasy.
Wszystkie emocje, wahania oraz reakcje są zrozumiałe. Autorzy postawili na wyraziste kadry, duże i pozbawione szczegółów. Sprawdzają się tu i wyliczenia, i zmiany wielkości ramek - w zależności od tego, co chce się pokazać. Nie ma detali tła, liczy się bohater i jego otoczenie - nic, co zaciemniałoby przekaz. W prostych rysunkach autorzy wybierają wyraziste reakcje. Nie stosują też żadnych przeskoków - chodzi o to, żeby odbiorcy mogli nadążyć za relacją i nie pogubili się w kolejnych wydarzeniach (przeoczenie jednego z obrazków może owocować brakiem zrozumienia całego wątku). Nie jest to jednotorowa historyjka, zmusza odbiorców do skupienia i do wyciągania wniosków z rysunków. Dziadek Eustachy umożliwia przeżycie wielkiej przygody. Do tego - mocno podbudowuje odbiorców, uświadamiając im, że mogą samodzielnie prześledzić całą historię, nawet jeśli nie potrafią czytać. Aleksandra i Daniel Mizielińscy postawili tutaj na ciekawe ilustracje, naiwne w duchu, ale dopracowane, pozornie dziecięce, a przecież bardzo artystyczne. "Wielka podróż dziadka Eustachego" to udany pomysł i coś, co może doczekać się kontynuacji.
Komiks bez słów
"Wielka podróż dziadka Eustachego" to książka przeznaczona dla małych dzieci, tych, które nie potrafią samodzielnie czytać - ale nie tylko dla nich. Przyda się również starszym pociechom, jeśli chce się wykształcić w nich umiejętność prowadzenia spójnej narracji, albo poćwiczyć skupienie się na opowieści. Liczy się tu dobra zabawa i humor, a do tego niezwykły (chociaż pozornie oczywisty) pomysł. Aleksandra i Daniel Mizielińscy decydują się na wprowadzanie wyłącznie onomatopeicznych haseł, od czasu do czasu wydaje im się, że bohaterowie powinni wydać z siebie jakiś dźwięk powitalny - i wtedy wprowadzają elementy językowe. Jednak bez nich ta opowieść sprawdzi się równie dobrze, można zatem spokojnie je pominąć. W "Wielkiej podróży dziadka Eustachego" wszystko stanie się jasne dzięki obrazkom.
Dziadek Eustachy drzemie sobie spokojnie w fotelu, a nagle orientuje się, że nadszedł dzień zaznaczony w kalendarzu. Bohater kupuje w sklepie misia, pakuje się i przygotowuje do jazdy na rowerze. Po drodze przeżywa mnóstwo przygód, ciągle wpada w tarapaty albo pomaga innym, spotyka rozmaite zwierzęta (w świecie dziadka Eustachego to normalność, misia też kupuje w sklepie, w którym ekspedientem jest zwierzę). Każdy, kto podzieli się z dziadkiem Eustachym swoim kłopotem, może być pewny, że bohater nie pozostawi go bez wsparcia. To procentuje. Nikt nie wie, jaki będzie finał podróży dziadka Eustachego - tymczasem autorzy zaskakują odbiorców spójnością i umiejętnością prowadzenia rysunkowej narracji. Oferują całkiem sporo zwrotów akcji, dziadek Eustachy przeżywa dziwne doświadczenia, które jednak nie pozwalają na odłożenie książki. To bohater, który nie boi się wyzwań. Nie jest skupiony wyłącznie na swoim celu - wiadomo, że dotrze do jakiegoś miejsca, ale po drodze może niejeden raz zdecydować się na zmianę trasy.
Wszystkie emocje, wahania oraz reakcje są zrozumiałe. Autorzy postawili na wyraziste kadry, duże i pozbawione szczegółów. Sprawdzają się tu i wyliczenia, i zmiany wielkości ramek - w zależności od tego, co chce się pokazać. Nie ma detali tła, liczy się bohater i jego otoczenie - nic, co zaciemniałoby przekaz. W prostych rysunkach autorzy wybierają wyraziste reakcje. Nie stosują też żadnych przeskoków - chodzi o to, żeby odbiorcy mogli nadążyć za relacją i nie pogubili się w kolejnych wydarzeniach (przeoczenie jednego z obrazków może owocować brakiem zrozumienia całego wątku). Nie jest to jednotorowa historyjka, zmusza odbiorców do skupienia i do wyciągania wniosków z rysunków. Dziadek Eustachy umożliwia przeżycie wielkiej przygody. Do tego - mocno podbudowuje odbiorców, uświadamiając im, że mogą samodzielnie prześledzić całą historię, nawet jeśli nie potrafią czytać. Aleksandra i Daniel Mizielińscy postawili tutaj na ciekawe ilustracje, naiwne w duchu, ale dopracowane, pozornie dziecięce, a przecież bardzo artystyczne. "Wielka podróż dziadka Eustachego" to udany pomysł i coś, co może doczekać się kontynuacji.
piątek, 26 października 2012
Aleksandra i Daniel Mizielińscy: Zjedz to sam
Znak, Kraków 2012.
Trawienie
Makrokosmos i mikrokosmos. Po wszechświecie przyszedł czas na ciało człowieka, a dokładniej – na układ pokarmowy. Aleksandra i Daniel Mizielińscy w tomie „Zjedz to sam” sprytnie połączyli walory edukacyjne publikacji z… modną ostatnio w literaturze czwartej skatologią: próbują dostarczyć najmłodszym wiadomości na temat tego, co dzieje się z jedzeniem od momentu pogryzienia aż po wydalanie, a przy okazji przedstawić też kilka organów ważnych w procesie trawienia. Pod względem edukacyjnym – standard, chociaż dali się też Mizielińscy ponieść płytkiej rozrywce, na przykład przy komentowaniu gazów trawiennych: szukanie potocznych określeń na uwalnianie gazów nie ma raczej wiele wspólnego z nauką i szkoda, że autorzy tego tematu nie potraktowali jednak bardziej jak tabu.
Dzieci dowiedzą się z tej książki, do czego służą poszczególne rodzaje zębów, w czym pomaga język, odkryją znaczenie zapachów i smaków. Poczytają nieco o ślinie i budowie żołądka, o wątrobie czy trzustce. Rzecz ciekawa, autorzy odwołują się również do powiedzeń, a w przypadku wątroby – i do mitologii, co właściwie nie ma wielkiego znaczenia przy biologicznych aspektach tematu, ale sprawdza się jako zestaw kulturowych ciekawostek. Mali odbiorcy dowiedzą się, jak liczyć kalorie i czym charakteryzują się jelita. Nie zabraknie tu i wabika na maluchy – to jest kwestii wymiotów oraz „robienia kupy”. O ile jeszcze temat womitalny zajmuje niewiele miejsca, o tyle kał został na wzór skandalizujących publikacji niemal wyniesiony na piedestał od ogromnego zbliżenia twarzy człowieka, który usiłuje się wypróżnić, przechodzi się do… klasyfikacji kup ze względu na ich konsystencję – poszczególne rodzaje doczekały się też imitujących naukowe określeń. Tego rodzaju „humor” dzieci na pewno zachwyci – ale niekoniecznie spodoba się ich rodzicom. Z kolei dla maluchów będzie raczej niezrozumiały motyw „pana Borysa, słynnego sportowca, aktora i filantropa”. Osobnik ten – kulturysta – na niemal każdej stronie roznegliżowany od pasa w górę dumnie pręży muskuły. Na jego sylwetce zaznaczane jest miejsce występowania poszczególnych organów. To odejście od konwencji prezentowania schematów i modeli ludzkich sylwetek, ale raczej wątpliwe, by dzieci zrozumiały tu ironię.
Tekst jest w książce podzielony na drobne akapity – z reguły każdy akapit przynosi nową ciekawostkę lub informację, czasem z dziedzin dalekich od anatomii. Strzałki wskazują omawiane na danej stronie elementy, chociaż zdarza się, że podpisy zaburzają linearny tok lektury. Mizielińscy mocno zmieniają proporcje rysunków na kolejnych stronach. Tekst jest zawsze o kilka tonów ciemniejszy niż tło na danej stronie – więc różnice kolorów nie będą męczyć oczu.
Charakterystyczne dla Mizielińskich jest multiplikowanie konturów przy wyolbrzymianych detalach i usuwanie części zmarszczek mimicznych z twarzy w małych rysunkach. Autorzy lubią także stosować przejaskrawiane kolory i zmieniać w konturach tradycyjną czerń na kolor, który w ich przekonaniu lepiej komponuje się z całością – to wszystko rzuca się w oczy przy przeglądaniu książki. Mizielińscy tworzą sobie rozpoznawalną kreskę – nie jest to jednak kreska realistyczna – przynajmniej nie w stu procentach – a brak przezroczystości w publikacji o edukacyjnym przesłaniu może stanowić utrudnienie w lekturze. Jeśli natomiast dzieci przyzwyczają się do tego specyficznego spojrzenia, z książki mogą dowiedzieć się całkiem sporo.

Trawienie
Makrokosmos i mikrokosmos. Po wszechświecie przyszedł czas na ciało człowieka, a dokładniej – na układ pokarmowy. Aleksandra i Daniel Mizielińscy w tomie „Zjedz to sam” sprytnie połączyli walory edukacyjne publikacji z… modną ostatnio w literaturze czwartej skatologią: próbują dostarczyć najmłodszym wiadomości na temat tego, co dzieje się z jedzeniem od momentu pogryzienia aż po wydalanie, a przy okazji przedstawić też kilka organów ważnych w procesie trawienia. Pod względem edukacyjnym – standard, chociaż dali się też Mizielińscy ponieść płytkiej rozrywce, na przykład przy komentowaniu gazów trawiennych: szukanie potocznych określeń na uwalnianie gazów nie ma raczej wiele wspólnego z nauką i szkoda, że autorzy tego tematu nie potraktowali jednak bardziej jak tabu.
Dzieci dowiedzą się z tej książki, do czego służą poszczególne rodzaje zębów, w czym pomaga język, odkryją znaczenie zapachów i smaków. Poczytają nieco o ślinie i budowie żołądka, o wątrobie czy trzustce. Rzecz ciekawa, autorzy odwołują się również do powiedzeń, a w przypadku wątroby – i do mitologii, co właściwie nie ma wielkiego znaczenia przy biologicznych aspektach tematu, ale sprawdza się jako zestaw kulturowych ciekawostek. Mali odbiorcy dowiedzą się, jak liczyć kalorie i czym charakteryzują się jelita. Nie zabraknie tu i wabika na maluchy – to jest kwestii wymiotów oraz „robienia kupy”. O ile jeszcze temat womitalny zajmuje niewiele miejsca, o tyle kał został na wzór skandalizujących publikacji niemal wyniesiony na piedestał od ogromnego zbliżenia twarzy człowieka, który usiłuje się wypróżnić, przechodzi się do… klasyfikacji kup ze względu na ich konsystencję – poszczególne rodzaje doczekały się też imitujących naukowe określeń. Tego rodzaju „humor” dzieci na pewno zachwyci – ale niekoniecznie spodoba się ich rodzicom. Z kolei dla maluchów będzie raczej niezrozumiały motyw „pana Borysa, słynnego sportowca, aktora i filantropa”. Osobnik ten – kulturysta – na niemal każdej stronie roznegliżowany od pasa w górę dumnie pręży muskuły. Na jego sylwetce zaznaczane jest miejsce występowania poszczególnych organów. To odejście od konwencji prezentowania schematów i modeli ludzkich sylwetek, ale raczej wątpliwe, by dzieci zrozumiały tu ironię.
Tekst jest w książce podzielony na drobne akapity – z reguły każdy akapit przynosi nową ciekawostkę lub informację, czasem z dziedzin dalekich od anatomii. Strzałki wskazują omawiane na danej stronie elementy, chociaż zdarza się, że podpisy zaburzają linearny tok lektury. Mizielińscy mocno zmieniają proporcje rysunków na kolejnych stronach. Tekst jest zawsze o kilka tonów ciemniejszy niż tło na danej stronie – więc różnice kolorów nie będą męczyć oczu.
Charakterystyczne dla Mizielińskich jest multiplikowanie konturów przy wyolbrzymianych detalach i usuwanie części zmarszczek mimicznych z twarzy w małych rysunkach. Autorzy lubią także stosować przejaskrawiane kolory i zmieniać w konturach tradycyjną czerń na kolor, który w ich przekonaniu lepiej komponuje się z całością – to wszystko rzuca się w oczy przy przeglądaniu książki. Mizielińscy tworzą sobie rozpoznawalną kreskę – nie jest to jednak kreska realistyczna – przynajmniej nie w stu procentach – a brak przezroczystości w publikacji o edukacyjnym przesłaniu może stanowić utrudnienie w lekturze. Jeśli natomiast dzieci przyzwyczają się do tego specyficznego spojrzenia, z książki mogą dowiedzieć się całkiem sporo.
wtorek, 8 listopada 2011
Aleksandra i Daniel Mizielińscy: Tu jesteśmy
Znak, Kraków 2011.
Tajemnice wypraw w kosmos
Kosmos działa na wyobraźnię każdego malucha (a niektórzy z fascynacji tajemnicami wszechświata nigdy nie wyrastają). Ale przeważnie publikacje z pogranicza astronomii i bajki bywają schematyczne i nie zaskakują małych czytelników. Książka Aleksandry i Daniela Mizielińskich „Tu jesteśmy” przynosi nowe spojrzenie na znane już od dawna tematy. Publikacja ta to starannie przygotowany album (choć zdarzyło się w nim kilka literówek), prezentujący nie tylko elementy wszechświata, ale i wizerunki kolejnych astronautów. W opowieści o kosmosie nie ma tym razem zachwycających zdjęć – zastąpiły je duże i kolorowe ilustracje, często lekko naiwne, za to pełne „przypisów” – opatrzone dodatkowymi komentarzami, które mają wyjaśnić maluchom, co te widzą na obrazkach.
Autorzy stawiają zresztą na grafiki, podpisy – merytoryczne i ciekawe – uzupełniają ilustracje (wykonane na podstawie fotografii). Od początku próbują wciągnąć czytelników w nieznany świat – pokazują na przykład wschód Ziemi nad Księżycem, porównują odległości w kosmosie do znanych dzieciom miar i wielkości. Przekazują mnóstwo informacji i ciekawostek, choćby o największym radioteleskopie, wiadomości wysłanej w kosmos, eksperymentach, które umożliwiają przyzwyczajenie astronautów do warunków w przestrzeni międzyplanetarnej. Mizielińscy zabierają czytelników w podróż na międzynarodową stację kosmiczną, omawiają strój astronauty i salę kontrolerów lotów. Szczegółowo piszą o odkrywaniu Marsa i o wielu innych intrygujących sprawach, które rzadko porusza się w lekturach dla dzieci, uznając je za zbyt trudne. Trzeba autorom przyznać, że potrafią rozbudzić ciekawość i zasugerować, jak wiele jeszcze pozostało do odkrycia i zbadania. A przecież nie zanudzają książką, bo przyjęli styl migawkowy: mocno skondensowane wiadomości podają w krótkich notkach lub podpisach do obrazków. To sprawdzi się zwłaszcza wśród najmłodszych i dzieci wychowywanych już na internecie, więc przyzwyczajonych do nielinearnego tekstu.
Na kolejnych stronach pojawiają się od czasu do czasu sylwetki astronautów i badaczy – konkretne postacie informują o rozmaitych pomysłach czy tezach, niekiedy wygłaszają własne (jednozdaniowe zwykle) refleksje na tematy związane z odkrywaniem wszechświata. To pozwala uwierzyć w informacje, które czasem brzmią jak wyjęte z powieści fantasy. Autorzy jednocześnie snują opowieść o podboju kosmosu jak piękną bajkę, z drugiej strony wplatają w nią fakty i dane, których próżno by szukać w innych publikacjach o wszechświecie.
„Tu jesteśmy” to książka pełna bardzo atrakcyjnych dla młodych ludzi tematów. Ważne jest to, że Mizielińscy zrezygnowali z powtarzania najbardziej stereotypowych zagadnień, sięgają za to po tematy trudniejsze i rzadko przywoływane – dzięki temu ich tom okazuje się nieocenioną pomocą dla młodych odkrywców. Kosmos to nie tylko pytanie o życie pozaziemskie, ale i cały szereg doświadczeń oraz wypraw – o nich dzieci dowiedzą się z „Tu jesteśmy” sporo. A przy okazji jeszcze na lekturze skorzysta ich wyobraźnia.
Tajemnice wypraw w kosmos
Kosmos działa na wyobraźnię każdego malucha (a niektórzy z fascynacji tajemnicami wszechświata nigdy nie wyrastają). Ale przeważnie publikacje z pogranicza astronomii i bajki bywają schematyczne i nie zaskakują małych czytelników. Książka Aleksandry i Daniela Mizielińskich „Tu jesteśmy” przynosi nowe spojrzenie na znane już od dawna tematy. Publikacja ta to starannie przygotowany album (choć zdarzyło się w nim kilka literówek), prezentujący nie tylko elementy wszechświata, ale i wizerunki kolejnych astronautów. W opowieści o kosmosie nie ma tym razem zachwycających zdjęć – zastąpiły je duże i kolorowe ilustracje, często lekko naiwne, za to pełne „przypisów” – opatrzone dodatkowymi komentarzami, które mają wyjaśnić maluchom, co te widzą na obrazkach.
Autorzy stawiają zresztą na grafiki, podpisy – merytoryczne i ciekawe – uzupełniają ilustracje (wykonane na podstawie fotografii). Od początku próbują wciągnąć czytelników w nieznany świat – pokazują na przykład wschód Ziemi nad Księżycem, porównują odległości w kosmosie do znanych dzieciom miar i wielkości. Przekazują mnóstwo informacji i ciekawostek, choćby o największym radioteleskopie, wiadomości wysłanej w kosmos, eksperymentach, które umożliwiają przyzwyczajenie astronautów do warunków w przestrzeni międzyplanetarnej. Mizielińscy zabierają czytelników w podróż na międzynarodową stację kosmiczną, omawiają strój astronauty i salę kontrolerów lotów. Szczegółowo piszą o odkrywaniu Marsa i o wielu innych intrygujących sprawach, które rzadko porusza się w lekturach dla dzieci, uznając je za zbyt trudne. Trzeba autorom przyznać, że potrafią rozbudzić ciekawość i zasugerować, jak wiele jeszcze pozostało do odkrycia i zbadania. A przecież nie zanudzają książką, bo przyjęli styl migawkowy: mocno skondensowane wiadomości podają w krótkich notkach lub podpisach do obrazków. To sprawdzi się zwłaszcza wśród najmłodszych i dzieci wychowywanych już na internecie, więc przyzwyczajonych do nielinearnego tekstu.
Na kolejnych stronach pojawiają się od czasu do czasu sylwetki astronautów i badaczy – konkretne postacie informują o rozmaitych pomysłach czy tezach, niekiedy wygłaszają własne (jednozdaniowe zwykle) refleksje na tematy związane z odkrywaniem wszechświata. To pozwala uwierzyć w informacje, które czasem brzmią jak wyjęte z powieści fantasy. Autorzy jednocześnie snują opowieść o podboju kosmosu jak piękną bajkę, z drugiej strony wplatają w nią fakty i dane, których próżno by szukać w innych publikacjach o wszechświecie.
„Tu jesteśmy” to książka pełna bardzo atrakcyjnych dla młodych ludzi tematów. Ważne jest to, że Mizielińscy zrezygnowali z powtarzania najbardziej stereotypowych zagadnień, sięgają za to po tematy trudniejsze i rzadko przywoływane – dzięki temu ich tom okazuje się nieocenioną pomocą dla młodych odkrywców. Kosmos to nie tylko pytanie o życie pozaziemskie, ale i cały szereg doświadczeń oraz wypraw – o nich dzieci dowiedzą się z „Tu jesteśmy” sporo. A przy okazji jeszcze na lekturze skorzysta ich wyobraźnia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






