Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Zwyczaje
Mitologia słowiańska wkracza coraz odważniej do świadomości nie tylko młodych czytelników – a ponieważ wielu informacji zwyczajnie nie da się odtworzyć, pozostaje zlepkiem zwyczajów, wierzeń i przekonań – niekoniecznie powiązanych z pełnowymiarowymi opowieściami. Wiele z tych wierzeń przetrwało w obrzędach dotyczących obchodzenia świąt – i można to pokazywać małym czytelnikom, żeby przekonać ich, że pielęgnowanie tradycji ma głębszy sens. „Słowiańskie opowieści zimowe w komiksie” to okazja do dokonywania rozmaitych odkryć. Marzena i Leszek spędzają czas z dziadkiem, przygotowując się do Bożego Narodzenia. To znakomity moment, żeby sprawdzić, gdzie tkwią źródła rozmaitych, niekoniecznie oczywistych dla dzisiejszych dzieci zwyczajów i zachowań. Na szczęście dziadek jest wtajemniczony i może prezentować swoim wnukom ciekawostki – żeby umilić czas i przekonać do odkrywania dorobku kulturowego dalekich przodków. Młodzi bohaterowie mogą zadawać pytania przy okazji typowych przedświątecznych działań: kiedy piszą listy do Świętego Mikołaja, kiedy zastanawiają się nad ubieraniem choinki, a nawet przy przygotowywaniu smakołyków. Mogą przy tym przetestować dawne rozrywki i przepisy, a nawet przygotować coś samodzielnie: zamiast choinki będzie to podłaźniczka, dzieci zrobią też ludowego pająka czy gwiazdę kolędników. Za każdym razem dziadek komentuje odpowiednio zwyczaje, z których wywodzą się takie pomysły – i wprowadza też całkiem dużo wierzeń przodków na temat duchów bliskich. To sposób na zaintrygowanie odbiorców, zwłaszcza że owe duchy materializują się w kolejnych kadrach.
Dziecięcy bohaterowie zadają pytania i mogą wyciągać wnioski na temat wagi konkretnych czynności – od tej pory bożonarodzeniowe przygotowania nie będą już tylko powtarzaniem pewnych zabiegów, a nabiorą głębszego sensu i zaczną się składać na całą tradycję. Dla bohaterów książki – jak i dla małych czytelników – ważne będzie uzasadnienie, dlaczego tak dba się o zwyczaje. Przydadzą się też same wiadomości – skąd wzięły się niektóre wierzenia, do czego prowadziły i jak przetrwały do naszych czasów. Akcja jest przez to dość statyczna, ale skoro opiera się na rozmowie i wyjaśnieniach, nie może być inna. Tu liczy się przeżywanie przedświątecznego rozgardiaszu (i szukanie tłumaczeń, których być może do tej pory odbiorcy nie uzyskiwali). Co ważne: nie chodzi o wydobywanie religijnych aspektów świąt, Boże Narodzenie zastąpione zostało Szczodrymi Godami, liczy się wersja z mitologii. Wiktoria Korzeniewska zbiera dla dzieci ciekawostki i sprawia, że dzięki powiązaniom z dzisiejszymi czasami lektura wydaje się pasjonująca (sporą rolę odgrywają tu również podpowiedzi i wskazówki, żeby odbiorcy mogli zająć się wytwarzaniem tego samego, co bohaterowie tomu). Agnieszka Futa z kolei w warstwie graficznej opiera się na komputerowych obrazkach i to nie do końca przekonuje – przede wszystkim przez rezygnowanie z mimiki bohaterów, twarze są do siebie bardzo podobne, nie ujawniają silnych emocji, owszem, zostały skonstruowane szczegółowo, ale w dość monotonny sposób – i obecność nasyconych kolorów nie ożywia kadrów. Jest tu świątecznie i odświętnie, ale poszczególne obrazki pozostawiają jednak niedosyt – zwłaszcza przy obfitości publikacji świątecznych w grudniu. Na pierwszy rzut oka da się zaakceptować, drugi uruchamia szereg wątpliwości. Ale i tak najbardziej liczyć się tu będzie przesłanie.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 3 listopada 2026
poniedziałek, 2 listopada 2026
Aleksandra Sylwar: Gdybym miała miotacz płomieni
Czytelnik, Warszawa 2026.
Relacje
Aleksandra Sylwar pisze spokojnie. Na tyle spokojnie, że trudno domyślić się, że to debiut. Z drugiej strony wyciszenie emocji w ramach samej fabuły trochę nie koresponduje z doświadczeniami bohaterki, która ma za sobą burzliwą przeszłość i silnie uczuciową teraźniejszość, a jednak sprawia wrażenie mocno zdystansowanej od tego, co właśnie ją definiuje. I tak „Gdybym miała miotacz płomieni” zabiera odbiorców na lekturową wyprawę, w której coś nie musi się zgadzać z rozkładami napięcia. Ale Aleksandra Sylwar trzyma się swojego pomysłu i nie zamierza upodabniać prozy do istniejących na rynku opowieści – chce stworzyć historię po swojemu, nawet za cenę prawdopodobieństwa. Opowiada w końcu o wolności, która nie pozwala na żadne ustępstwa. Anastazja jest zdystansowana – przeżyła już tyle, że nie potrzebuje żadnych więcej wstrząsów ani bodźców. A jednak musi mieć jakiś cel funkcjonowania, coś, co zapewni jej sens egzystencji. „Gdybym miała miotacz płomieni” to bezkompromisowa opowieść o tym, jak walczy się o uczucie. Anastazja wychodzi z więzienia – odbywała wyrok za morderstwo, ale tą kartą Aleksandra Sylwar nie będzie zbyt często grać – jest tylko jedna konsekwencja pobytu w więzieniu: dzięki temu poznała Monikę. Monika to uosobienie wolności i fantazji, ale też uosobienie marzeń – zawładnęła wyobraźnią Anastazji i wyzwala nadzieję na lepszą przyszłość. Tylko najpierw trzeba ją znaleźć, a później przekonać do siebie. I w tych dziedzinach Anastazja musi wykazać się kreatywnością i odwagą – bo tylko dzięki temu uda jej się wejść w świat, którego teraz potrzebuje. Chociaż jest to studium psychologiczne damsko-damskiej relacji, autorka koncentruje się na budowaniu atmosfery i scenek, ale niekoniecznie na wypełnianiu obrazu psychologicznego samych postaci – widać ich zachowania, ale nie wiążą się one przesadnie z dotychczasowymi doświadczeniami, zupełnie jakby bohaterki odgrywały tylko przypisane im role, nie przejmując się zbytnio tym, co przyniesie najbliższa przyszłość. Liczy się powieściowe tu i teraz, skazanie na nastroje partnerki i jednocześnie zachowanie nonszalancji w każdym aspekcie istnienia. „Gdybym miała miotacz płomieni” to powieść, w której uczucia raczej będą implodować i największym wyzwaniem stanie się ich ujawnianie tak, żeby stały się wiarygodne dla obserwatorów. I jednocześnie dzieje się coś ciekawego: chociaż brakuje tu grania na emocjach odbiorców, to śledzi się kolejne krótkie rozdziały – i jednocześnie kolejne etapy związku – z zainteresowaniem, co przyniesie relacja tak nietypowo rozpoczęta. Aleksandra Sylwar chce uciekać od szablonów i to jej się udaje – ma też warsztat w prowadzeniu narracji. Za to będzie zadziwiać wyborem kolorytu emocjonalnego i uzasadnianiem (albo brakiem uzasadnień) niektórych decyzji podejmowanych przez bohaterkę. Bardzo udany debiut i Aleksandra Sylwar będzie mogła już tą książką zacząć wypracowywać sobie swoje grono czytelników – takich, którzy uwierzą jej i będą czekać na kolejne propozycje. Bo oto pojawia się autorka interesująca, która ma coś do powiedzenia i unika stereotypów.
Relacje
Aleksandra Sylwar pisze spokojnie. Na tyle spokojnie, że trudno domyślić się, że to debiut. Z drugiej strony wyciszenie emocji w ramach samej fabuły trochę nie koresponduje z doświadczeniami bohaterki, która ma za sobą burzliwą przeszłość i silnie uczuciową teraźniejszość, a jednak sprawia wrażenie mocno zdystansowanej od tego, co właśnie ją definiuje. I tak „Gdybym miała miotacz płomieni” zabiera odbiorców na lekturową wyprawę, w której coś nie musi się zgadzać z rozkładami napięcia. Ale Aleksandra Sylwar trzyma się swojego pomysłu i nie zamierza upodabniać prozy do istniejących na rynku opowieści – chce stworzyć historię po swojemu, nawet za cenę prawdopodobieństwa. Opowiada w końcu o wolności, która nie pozwala na żadne ustępstwa. Anastazja jest zdystansowana – przeżyła już tyle, że nie potrzebuje żadnych więcej wstrząsów ani bodźców. A jednak musi mieć jakiś cel funkcjonowania, coś, co zapewni jej sens egzystencji. „Gdybym miała miotacz płomieni” to bezkompromisowa opowieść o tym, jak walczy się o uczucie. Anastazja wychodzi z więzienia – odbywała wyrok za morderstwo, ale tą kartą Aleksandra Sylwar nie będzie zbyt często grać – jest tylko jedna konsekwencja pobytu w więzieniu: dzięki temu poznała Monikę. Monika to uosobienie wolności i fantazji, ale też uosobienie marzeń – zawładnęła wyobraźnią Anastazji i wyzwala nadzieję na lepszą przyszłość. Tylko najpierw trzeba ją znaleźć, a później przekonać do siebie. I w tych dziedzinach Anastazja musi wykazać się kreatywnością i odwagą – bo tylko dzięki temu uda jej się wejść w świat, którego teraz potrzebuje. Chociaż jest to studium psychologiczne damsko-damskiej relacji, autorka koncentruje się na budowaniu atmosfery i scenek, ale niekoniecznie na wypełnianiu obrazu psychologicznego samych postaci – widać ich zachowania, ale nie wiążą się one przesadnie z dotychczasowymi doświadczeniami, zupełnie jakby bohaterki odgrywały tylko przypisane im role, nie przejmując się zbytnio tym, co przyniesie najbliższa przyszłość. Liczy się powieściowe tu i teraz, skazanie na nastroje partnerki i jednocześnie zachowanie nonszalancji w każdym aspekcie istnienia. „Gdybym miała miotacz płomieni” to powieść, w której uczucia raczej będą implodować i największym wyzwaniem stanie się ich ujawnianie tak, żeby stały się wiarygodne dla obserwatorów. I jednocześnie dzieje się coś ciekawego: chociaż brakuje tu grania na emocjach odbiorców, to śledzi się kolejne krótkie rozdziały – i jednocześnie kolejne etapy związku – z zainteresowaniem, co przyniesie relacja tak nietypowo rozpoczęta. Aleksandra Sylwar chce uciekać od szablonów i to jej się udaje – ma też warsztat w prowadzeniu narracji. Za to będzie zadziwiać wyborem kolorytu emocjonalnego i uzasadnianiem (albo brakiem uzasadnień) niektórych decyzji podejmowanych przez bohaterkę. Bardzo udany debiut i Aleksandra Sylwar będzie mogła już tą książką zacząć wypracowywać sobie swoje grono czytelników – takich, którzy uwierzą jej i będą czekać na kolejne propozycje. Bo oto pojawia się autorka interesująca, która ma coś do powiedzenia i unika stereotypów.
niedziela, 1 listopada 2026
Marta Galewska-Kustra, Joanna Kłos: Pucio. Opowieści filmowe
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Codzienność
Przygody Pucia świetne są do tego, żeby ćwiczyć z maluchami sztuczki logopedyczne pod pozorem towarzyszenia bohaterowi w codziennych zadaniach. „Pucio. Opowieści filmowe” to książka, która pokazuje to w pełni – zbiorek zawierający siedem opowiadań o lubianym przez maluchy bohaterze, pięknie w dodatku wydany. W tej książce znajdują się historyjki dotyczące doświadczeń Pucia i uruchamiania wyobraźni w zwyczajnej z pozoru codzienności. Pucio przeżywa to, co kilkulatki znają z własnych domów – ale czasami bardziej. Na przykład kiedy pogoda jest brzydka i nie można wybrać się na wymarzony spływ kajakowy, tata organizuje biwak w domu: jest nawet szansa na kajak w suchych warunkach, z ręcznikami jako brzegiem strumienia i z bazą z krzeseł i koców – to szansa na spędzanie czasu razem i jednocześnie możliwość poznawania dawnych rozrywek sprzed komputerów i smartfonów. Pucio zostaje trenerem zęba mlecznego swojej starszej siostry, Misi, żeby przygotować odbiorców na kwestię wypadania mleczaków (i wcale nie Wróżka Zębuszka jest tu najważniejszym elementem historyjki, chociaż szansa na prezenty także robi swoje). Jeśli ktoś nie lubi się kąpać, może warto skorzystać z wyobraźni i zapewnić mu towarzystwo prawdziwych krokodyli – w ten sposób rutyna zamienia się w bajkę bez większych problemów. Do tego Pucio uczy się, co zrobić, kiedy znalazło się czyjąś zabawkę (albo zgubiło swoją), że warto asystować babci w smażeniu konfitur i – jak dzielić się zabawkami z rodzeństwem. To wszystko scenki czy tematy kojarzone przez najmłodszych odbiorców, przyjazne i sympatyczne, nawet kiedy wymuszają na nich trochę pracy – jak w wypadku pożegnania z pieluchami (tu Pucio ma dodatkową motywację: marzy bowiem o majtkach, które zobaczył w sklepie – mama wykorzystuje sytuację, wyjaśniając, że najpierw trzeba zacząć korzystać z nocnika).
I te wszystkie historie są przedstawione prostym językiem i bez większych wyzwań. Wiadomo, że najczęściej będą to opowiadania czytane dzieciom przez rodziców i pokazywane na obrazkach Joanny Kłos – wielkoformatowe ilustracje sprzyjają zagłębianiu się w rzeczywistość Pucia. Ale co pewien czas (raz na opowiadanie) pojawia się pod koniec rozkładówka poświęcona na ćwiczenia buzi i języka. Tu trzeba będzie trochę ponaśladować bohatera (albo poprzedrzeźniać go), wykonać proste zadanie, które przygotowuje do poprawnego mówienia, ale wcale nie jest męczące czy irytujące dla dziecka – wiąże się z zabawą i poznawaniem własnych możliwości. Dzięki takim zakamuflowanym ćwiczeniom bez trudu rodzice przekonają swoje dzieci do logopedycznych wyzwań, a szyld książki – Uczę się mówić – spełni swoją funkcję.
„Pucio. Opowieści filmowe” to propozycja dla najmłodszych. O ile do tej pory Pucio przedstawiany był w kartonowych picture bookach (z jedną historyjką na tomik), o tyle tu można zgromadzić w jednym miejscu i w bardziej ekonomicznej (poważniejszej jednak, a przez to też inspirującej dla maluchów) wersji kilka opowiadań z bohaterem, który pokazuje maluchom, co robić na co dzień, żeby uniknąć nudy.
Codzienność
Przygody Pucia świetne są do tego, żeby ćwiczyć z maluchami sztuczki logopedyczne pod pozorem towarzyszenia bohaterowi w codziennych zadaniach. „Pucio. Opowieści filmowe” to książka, która pokazuje to w pełni – zbiorek zawierający siedem opowiadań o lubianym przez maluchy bohaterze, pięknie w dodatku wydany. W tej książce znajdują się historyjki dotyczące doświadczeń Pucia i uruchamiania wyobraźni w zwyczajnej z pozoru codzienności. Pucio przeżywa to, co kilkulatki znają z własnych domów – ale czasami bardziej. Na przykład kiedy pogoda jest brzydka i nie można wybrać się na wymarzony spływ kajakowy, tata organizuje biwak w domu: jest nawet szansa na kajak w suchych warunkach, z ręcznikami jako brzegiem strumienia i z bazą z krzeseł i koców – to szansa na spędzanie czasu razem i jednocześnie możliwość poznawania dawnych rozrywek sprzed komputerów i smartfonów. Pucio zostaje trenerem zęba mlecznego swojej starszej siostry, Misi, żeby przygotować odbiorców na kwestię wypadania mleczaków (i wcale nie Wróżka Zębuszka jest tu najważniejszym elementem historyjki, chociaż szansa na prezenty także robi swoje). Jeśli ktoś nie lubi się kąpać, może warto skorzystać z wyobraźni i zapewnić mu towarzystwo prawdziwych krokodyli – w ten sposób rutyna zamienia się w bajkę bez większych problemów. Do tego Pucio uczy się, co zrobić, kiedy znalazło się czyjąś zabawkę (albo zgubiło swoją), że warto asystować babci w smażeniu konfitur i – jak dzielić się zabawkami z rodzeństwem. To wszystko scenki czy tematy kojarzone przez najmłodszych odbiorców, przyjazne i sympatyczne, nawet kiedy wymuszają na nich trochę pracy – jak w wypadku pożegnania z pieluchami (tu Pucio ma dodatkową motywację: marzy bowiem o majtkach, które zobaczył w sklepie – mama wykorzystuje sytuację, wyjaśniając, że najpierw trzeba zacząć korzystać z nocnika).
I te wszystkie historie są przedstawione prostym językiem i bez większych wyzwań. Wiadomo, że najczęściej będą to opowiadania czytane dzieciom przez rodziców i pokazywane na obrazkach Joanny Kłos – wielkoformatowe ilustracje sprzyjają zagłębianiu się w rzeczywistość Pucia. Ale co pewien czas (raz na opowiadanie) pojawia się pod koniec rozkładówka poświęcona na ćwiczenia buzi i języka. Tu trzeba będzie trochę ponaśladować bohatera (albo poprzedrzeźniać go), wykonać proste zadanie, które przygotowuje do poprawnego mówienia, ale wcale nie jest męczące czy irytujące dla dziecka – wiąże się z zabawą i poznawaniem własnych możliwości. Dzięki takim zakamuflowanym ćwiczeniom bez trudu rodzice przekonają swoje dzieci do logopedycznych wyzwań, a szyld książki – Uczę się mówić – spełni swoją funkcję.
„Pucio. Opowieści filmowe” to propozycja dla najmłodszych. O ile do tej pory Pucio przedstawiany był w kartonowych picture bookach (z jedną historyjką na tomik), o tyle tu można zgromadzić w jednym miejscu i w bardziej ekonomicznej (poważniejszej jednak, a przez to też inspirującej dla maluchów) wersji kilka opowiadań z bohaterem, który pokazuje maluchom, co robić na co dzień, żeby uniknąć nudy.
Zofia Stanecka: Basia i prezenty
Harperkids, Warszawa 2026.
Niespodzianki
Trwa sezon imieninowy, przynajmniej w grupie rówieśników Basi. Dżesika ma imieninowe przyjęcie z tortem naleśnikowym i świetnymi prezentami. Basia zastanawia się nad tym, co podarować koleżance, która dostanie od rodziców wspaniałe rolki – przecież Dżesika już ma wszystko. Mała bohaterka stworzona przez Zofię Stanecką przekonuje się, że nie każdy lubi dostawać prezenty – i nie każdy lubi być obdarowywany przedmiotami. I że istnieje całkiem sporo alternatyw dla tych, którzy mają odmienne zdanie. Dowiaduje się też, że nie powinno się dawać w prezencie żywych zwierząt – to prowadzi tylko i wyłącznie do problemów, a przecież nikt nie chce krzywdy małych stworzeń. „Basia i prezenty” to tomik, po którym dzieci dostaną trochę materiału do zastanowienia się.
To Basia ma wybrać prezent dla Dżesiki – i to Basia musi się na coś zdecydować. Bardzo pomaga jej w tym opiekunka Ola: wystarczy przecież zastanowić się, co Dżesika lubi najbardziej, a to stanie się wskazówką do wybierania podarunku. Który wcale nie musi być bardzo drogi i bardzo widowiskowy (jak świetne rolki). Jeśli włoży się wysiłek w to, żeby wymyślić, co faktycznie ucieszy drugą stronę, nie będzie problemu ze zdecydowaniem się na zakup nawet w najlepiej wyposażonym sklepie.
Przy okazji Basia dowiaduje się, że niektórzy wolą prezenty niematerialne: ci kolekcjonują przeżycia, zwłaszcza takie, w których mogą brać udział razem ze swoimi bliskimi. Być może dla części odbiorców to będzie nietypowe odkrycie. Ale nie zawsze chce się dostawać kolejną pluszową maskotkę. Zofia Stanecka jak zwykle mądrze przemyca informacje, które dzieci mogą sobie przyswoić i z których mogą później korzystać – zwłaszcza wskazówki dotyczące dzieci neuroatypowych mogą być dzisiaj w cenie: Anielka przecież nie lubi być zaskakiwana i nie chce dostawać czegoś, skoro twierdzi, że wszystko ma. I w takim wypadku da się coś wymyślić. A co z rodzicami? Oni przecież mają pieniądze i wszystko mogą sobie kupić. Czy dzieci dadzą radę wymyślić prezenty dla swoich rodziców? „Basia i prezenty” to kompleksowe podejście do tematu obdarowywania bliskich z różnych okazji (oprócz imienin są tu na przykład mikołajki) – i autorka zahacza też między innymi o zagadnienie radości dla samych darczyńców. Basia przekonuje się, że przyjemnie jest ofiarować komuś coś, co go ucieszy – bez zbędnego moralizowania. Odkryje w sobie radość z trafionych prezentów, przez co przekona dzieci, że trzeba po prostu zastanowić się nad tym, co lubi druga osoba. Nie będzie problemu, skoro obdarowuje się rodzinę i przyjaciół. Ładnie Zofia Stanecka poprowadziła tu narrację. Marianna Oklejak – jak zwykle – zapewniła dzieciom obrazki do oglądania, lekturę z Basią w roli głównej można przecież potraktować jako książkę dla całej rodziny, a dorośli mogą znaleźć tu i wskazówki dla siebie. Jest to publikacja cenna właśnie dlatego, że zahacza o temat, który pojawia się cyklicznie w każdym domu – i od którego nie da się uciec.
Niespodzianki
Trwa sezon imieninowy, przynajmniej w grupie rówieśników Basi. Dżesika ma imieninowe przyjęcie z tortem naleśnikowym i świetnymi prezentami. Basia zastanawia się nad tym, co podarować koleżance, która dostanie od rodziców wspaniałe rolki – przecież Dżesika już ma wszystko. Mała bohaterka stworzona przez Zofię Stanecką przekonuje się, że nie każdy lubi dostawać prezenty – i nie każdy lubi być obdarowywany przedmiotami. I że istnieje całkiem sporo alternatyw dla tych, którzy mają odmienne zdanie. Dowiaduje się też, że nie powinno się dawać w prezencie żywych zwierząt – to prowadzi tylko i wyłącznie do problemów, a przecież nikt nie chce krzywdy małych stworzeń. „Basia i prezenty” to tomik, po którym dzieci dostaną trochę materiału do zastanowienia się.
To Basia ma wybrać prezent dla Dżesiki – i to Basia musi się na coś zdecydować. Bardzo pomaga jej w tym opiekunka Ola: wystarczy przecież zastanowić się, co Dżesika lubi najbardziej, a to stanie się wskazówką do wybierania podarunku. Który wcale nie musi być bardzo drogi i bardzo widowiskowy (jak świetne rolki). Jeśli włoży się wysiłek w to, żeby wymyślić, co faktycznie ucieszy drugą stronę, nie będzie problemu ze zdecydowaniem się na zakup nawet w najlepiej wyposażonym sklepie.
Przy okazji Basia dowiaduje się, że niektórzy wolą prezenty niematerialne: ci kolekcjonują przeżycia, zwłaszcza takie, w których mogą brać udział razem ze swoimi bliskimi. Być może dla części odbiorców to będzie nietypowe odkrycie. Ale nie zawsze chce się dostawać kolejną pluszową maskotkę. Zofia Stanecka jak zwykle mądrze przemyca informacje, które dzieci mogą sobie przyswoić i z których mogą później korzystać – zwłaszcza wskazówki dotyczące dzieci neuroatypowych mogą być dzisiaj w cenie: Anielka przecież nie lubi być zaskakiwana i nie chce dostawać czegoś, skoro twierdzi, że wszystko ma. I w takim wypadku da się coś wymyślić. A co z rodzicami? Oni przecież mają pieniądze i wszystko mogą sobie kupić. Czy dzieci dadzą radę wymyślić prezenty dla swoich rodziców? „Basia i prezenty” to kompleksowe podejście do tematu obdarowywania bliskich z różnych okazji (oprócz imienin są tu na przykład mikołajki) – i autorka zahacza też między innymi o zagadnienie radości dla samych darczyńców. Basia przekonuje się, że przyjemnie jest ofiarować komuś coś, co go ucieszy – bez zbędnego moralizowania. Odkryje w sobie radość z trafionych prezentów, przez co przekona dzieci, że trzeba po prostu zastanowić się nad tym, co lubi druga osoba. Nie będzie problemu, skoro obdarowuje się rodzinę i przyjaciół. Ładnie Zofia Stanecka poprowadziła tu narrację. Marianna Oklejak – jak zwykle – zapewniła dzieciom obrazki do oglądania, lekturę z Basią w roli głównej można przecież potraktować jako książkę dla całej rodziny, a dorośli mogą znaleźć tu i wskazówki dla siebie. Jest to publikacja cenna właśnie dlatego, że zahacza o temat, który pojawia się cyklicznie w każdym domu – i od którego nie da się uciec.
sobota, 31 października 2026
Catherine Lacey: Odpowiedzi
Czarne, Wołowiec 2026.
Życie
Mary jest bohaterką łatwo ulegającą wpływom. Dystansuje się od ludzi, ma tylko jedną przyjaciółkę, Chandrę – ale Chandra akurat gdzieś zniknęła (szuka własnej drogi i o tym, co się z nią dzieje, czytelnicy dowiedzą się w odpowiednim momencie). Z rodzicami nie utrzymuje kontaktu. W ogóle izoluje się od otoczenia – i to coraz bardziej, przede wszystkim za sprawą problemów zdrowotnych. Mary cierpi na wszystko, a jednocześnie nie może odkryć, co naprawdę jej dolega. Kolejni lekarze rozkładają ręce, kolejne badania nie wykazują niczego – tymczasem kobieta uczy się żyć z bólem i dziwnymi wysypkami czy innymi reakcjami organizmu. Nagle jednak codzienność Mary schodzi na dalszy plan. Oto kobieta, która nie miała żadnego celu przed sobą, właściwie wegetowała, starając się po prostu przetrwać, nagle otrzymuje niezwykle atrakcyjną ofertę działania. Stanie się Emocjonalną Dziewczyną – oczywiście jeśli podpisze odpowiednią umowę. Sprawdziła się na rozmowach kwalifikacyjnych i wkrótce będzie mogła dołączyć do świetnie płatnego – ale też niezwykle trudnego – eksperymentu. Mary ma dotrzymywać towarzystwa Kurtowi: być osobą, która odpowiada za pozytywne emocje wokół mężczyzny. Ma spędzać z nim czas i reagować według ściśle przygotowanego scenariusza. Nie zna właściwego celu wyzwania, wie tylko, że poza nią zostaną zaangażowane inne kobiety – w tym jedna odpowiadająca tylko za agresję. W tym wszystkim nie wolno będzie pozwalać sobie na prywatne relacje i reakcje spoza schematu – w końcu pracodawca ma prawo stawiać takie wymagania, skoro są one jawne przed podpisaniem kontraktu.
„Odpowiedzi” Catherine Lacey to powieść o zabawie w życie. Autorka pokazuje, co wydarzyłoby się, gdyby próbować uchwycić nieuchwytne – gdyby zabudować to szeregiem obostrzeń i wytycznych i gdyby zmusić ludzi do odgrywania scenek jak z normalnego życia. Cała akcja jest rozłożona w czasie, nie ma miejsca na skróty i przyspieszenia ani na ucieczkę od wymyślonego planu dnia – Mary nawet nie chce się buntować, chociaż obecność drugiego człowieka zmusza ją do weryfikowania możliwości pseudoaktorskich. Kurt też ma swoje zadania. Wie i akceptuje obecność różnych kobiet wokół niego – w końcu to on jest ich chlebodawcą – ale sam ma też do odegrania swoją rolę. Lacey stara się stworzyć psychologiczne studium obecności drugiego człowieka, zastanawia się nad granicami panowania nad własnymi reakcjami i pyta o to, czy sytuacja może warunkować reakcje. Proponuje czytelnikom niemal laboratoryjną obserwację tego, co zwykle nie podlega uważnym analizom, co jest efemeryczne i wręcz odruchowe. Próbuje zamknąć w strukturach to, co strukturalizacji nie podlegało – i sprawdza, co z tego wszystkiego wyniknie. Dzięki temu „Odpowiedzi” to powieść pozbawiona rutyny, napięcie między bohaterami stopniowo się uaktywnia i pozwala odbiorcom na śledzenie wyborów czy rozwiązań niekoniecznie odgórnie sterowanych. Jest to powieść zaskakująca i ciekawa dzięki odrzuceniu schematów, albo dzięki potraktowaniu tych schematów jak doświadczenia wypranego z emocji. Tu liczy się obserwacja – i niepewność celów drugiej strony. Robi się przez to dość nieludzko, ale i bardziej atrakcyjnie.
Życie
Mary jest bohaterką łatwo ulegającą wpływom. Dystansuje się od ludzi, ma tylko jedną przyjaciółkę, Chandrę – ale Chandra akurat gdzieś zniknęła (szuka własnej drogi i o tym, co się z nią dzieje, czytelnicy dowiedzą się w odpowiednim momencie). Z rodzicami nie utrzymuje kontaktu. W ogóle izoluje się od otoczenia – i to coraz bardziej, przede wszystkim za sprawą problemów zdrowotnych. Mary cierpi na wszystko, a jednocześnie nie może odkryć, co naprawdę jej dolega. Kolejni lekarze rozkładają ręce, kolejne badania nie wykazują niczego – tymczasem kobieta uczy się żyć z bólem i dziwnymi wysypkami czy innymi reakcjami organizmu. Nagle jednak codzienność Mary schodzi na dalszy plan. Oto kobieta, która nie miała żadnego celu przed sobą, właściwie wegetowała, starając się po prostu przetrwać, nagle otrzymuje niezwykle atrakcyjną ofertę działania. Stanie się Emocjonalną Dziewczyną – oczywiście jeśli podpisze odpowiednią umowę. Sprawdziła się na rozmowach kwalifikacyjnych i wkrótce będzie mogła dołączyć do świetnie płatnego – ale też niezwykle trudnego – eksperymentu. Mary ma dotrzymywać towarzystwa Kurtowi: być osobą, która odpowiada za pozytywne emocje wokół mężczyzny. Ma spędzać z nim czas i reagować według ściśle przygotowanego scenariusza. Nie zna właściwego celu wyzwania, wie tylko, że poza nią zostaną zaangażowane inne kobiety – w tym jedna odpowiadająca tylko za agresję. W tym wszystkim nie wolno będzie pozwalać sobie na prywatne relacje i reakcje spoza schematu – w końcu pracodawca ma prawo stawiać takie wymagania, skoro są one jawne przed podpisaniem kontraktu.
„Odpowiedzi” Catherine Lacey to powieść o zabawie w życie. Autorka pokazuje, co wydarzyłoby się, gdyby próbować uchwycić nieuchwytne – gdyby zabudować to szeregiem obostrzeń i wytycznych i gdyby zmusić ludzi do odgrywania scenek jak z normalnego życia. Cała akcja jest rozłożona w czasie, nie ma miejsca na skróty i przyspieszenia ani na ucieczkę od wymyślonego planu dnia – Mary nawet nie chce się buntować, chociaż obecność drugiego człowieka zmusza ją do weryfikowania możliwości pseudoaktorskich. Kurt też ma swoje zadania. Wie i akceptuje obecność różnych kobiet wokół niego – w końcu to on jest ich chlebodawcą – ale sam ma też do odegrania swoją rolę. Lacey stara się stworzyć psychologiczne studium obecności drugiego człowieka, zastanawia się nad granicami panowania nad własnymi reakcjami i pyta o to, czy sytuacja może warunkować reakcje. Proponuje czytelnikom niemal laboratoryjną obserwację tego, co zwykle nie podlega uważnym analizom, co jest efemeryczne i wręcz odruchowe. Próbuje zamknąć w strukturach to, co strukturalizacji nie podlegało – i sprawdza, co z tego wszystkiego wyniknie. Dzięki temu „Odpowiedzi” to powieść pozbawiona rutyny, napięcie między bohaterami stopniowo się uaktywnia i pozwala odbiorcom na śledzenie wyborów czy rozwiązań niekoniecznie odgórnie sterowanych. Jest to powieść zaskakująca i ciekawa dzięki odrzuceniu schematów, albo dzięki potraktowaniu tych schematów jak doświadczenia wypranego z emocji. Tu liczy się obserwacja – i niepewność celów drugiej strony. Robi się przez to dość nieludzko, ale i bardziej atrakcyjnie.
piątek, 30 października 2026
Guillermo del Toro, Cornelia Funke: Labirynt Fauna
Kropka, Warszawa 2026.
Zło
Guillermo del Toro i Cornelia Funke stworzyli książkę, która jest analizą zła i może zaszokować konkretyzowaniem go w wojennej wersji. Przeniesienie akcji do Hiszpanii z 1944 roku pozwala na uzasadnienie rozmaitych tragedii, jakie rozegrają się w fabule - „Labirynt Fauna” to tom odbierający nadzieję i pocieszający jedynie tych, którzy przeżyli podobne do bohaterów straty. Jednocześnie ta książka bazuje na wyjątkowo silnych emocjach, z których strach wychodzi na pierwszy plan. I teraz: kto ma w pamięci scenariusz filmowy, nie powinien być zaskoczony, ale optyka Cornelii Funke sprawia, że to książka zupełnie inna niż to, co oczywiste.
Zwykle było tak, że książki stanowiły ratunek i szansę na ucieczkę od ponurej rzeczywistości – także wojennej. Ofelia świetnie o tym wie i kocha czytać. Ale w jej życiu nie ma zbyt dużo miejsca na opowieści – dziewczynka doświadcza rzeczy, których nie powinny znać dzieci. Śmierć ukochanego ojca sprawia, że matka bohaterki związuje się z jednym z oprawców. Zachodzi w ciążę i przeprowadza się razem z Ofelią do domu Vidala. Vidal jest bezwzględnym okrutnikiem, pozbawionym skrupułów i czerpiącym satysfakcję z dręczenia innych. O tym na razie jeszcze Ofelia nie wie, chociaż na przykład służąca Vidala świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Uderza spostrzeżenie, że matka Ofelii należy do kobiet, które nie czerpią siły z siebie samych, tylko uwieszają się na dominujących mężczyznach – ku własnej zgubie. „Labirynt Fauna” zdecydowanie nie jest opowieścią dla dzieci i młodzieży, chociaż tworzy ją (współtworzy) Cornelia Funke, autorka, która sprawdziła się niejednokrotnie w literaturze czwartej i przeszła już do historii swoimi pomysłami. Teraz epatowanie złem sprawia, że odchodzi od tendencji w książkach dla młodych czytelników – na rzecz thrillera, tym bardziej okrutnego, że prawdziwego. Jedynym odejściem w stronę świata baśni jest postać Fauna, który w Ofelii upatruje księżniczki – i który szykuje dziewczynie miejsce na tronie. Tyle że żeby przejść granicę między światami, trzeba będzie największego poświęcenia. Faun powraca sporadycznie i chyba tylko po to, żeby przypomnieć, że poza ponurą codziennością istnieje jakakolwiek szansa ucieczki – tyle tylko, że rodzaj tej ucieczki niekoniecznie doda otuchy odbiorcom.
Uwaga ogniskuje się na Vidalu – to człowiek, dla którego nie ma usprawiedliwień. Bez względu na to, co stało się w jego życiu, Vidal teraz czerpie przyjemność z katowania innych. Nie zawaha się, jeśli będzie mógł wymierzyć najsurowszą karę każdemu, nawet oddanym podwładnym. Cieszy go możliwość torturowania rannych partyzantów. Znęcać się może nawet nad swoją żoną, w zasadzie jedyne, co go w niej interesuje, to nienarodzony jeszcze syn. Ofelia wie o tym wszystkim i jako niewidzialne zwykle dziecko stara się zadbać o rodzicielkę na swój sposób – szuka ratunku u życzliwych i stara się nie wchodzić w drogę Vidalowi. Ale jeśli mieszka w domu oprawcy, nie da rady od niego uciec. Jeszcze lepiej w okrucieństwie Vidala orientuje się Mercedes, służąca pomagająca partyzantom (w tym własnemu bratu). Ta historia nie jest baśnią z happy endem i może to jest w niej najbardziej szokujące.
„Labirynt Fauna” to stopniowe zanurzanie się w tym, co złe, przerażające, okrutne i bezwzględne. Nawet przejście w świat baśni nie zapewnia potrzebnego wytchnienia – cała ta książka jest przestrogą przed wojną i przed charakterami pokroju Vidala. Pytanie tylko, czy takie wołanie przyniesie efekt...
Zło
Guillermo del Toro i Cornelia Funke stworzyli książkę, która jest analizą zła i może zaszokować konkretyzowaniem go w wojennej wersji. Przeniesienie akcji do Hiszpanii z 1944 roku pozwala na uzasadnienie rozmaitych tragedii, jakie rozegrają się w fabule - „Labirynt Fauna” to tom odbierający nadzieję i pocieszający jedynie tych, którzy przeżyli podobne do bohaterów straty. Jednocześnie ta książka bazuje na wyjątkowo silnych emocjach, z których strach wychodzi na pierwszy plan. I teraz: kto ma w pamięci scenariusz filmowy, nie powinien być zaskoczony, ale optyka Cornelii Funke sprawia, że to książka zupełnie inna niż to, co oczywiste.
Zwykle było tak, że książki stanowiły ratunek i szansę na ucieczkę od ponurej rzeczywistości – także wojennej. Ofelia świetnie o tym wie i kocha czytać. Ale w jej życiu nie ma zbyt dużo miejsca na opowieści – dziewczynka doświadcza rzeczy, których nie powinny znać dzieci. Śmierć ukochanego ojca sprawia, że matka bohaterki związuje się z jednym z oprawców. Zachodzi w ciążę i przeprowadza się razem z Ofelią do domu Vidala. Vidal jest bezwzględnym okrutnikiem, pozbawionym skrupułów i czerpiącym satysfakcję z dręczenia innych. O tym na razie jeszcze Ofelia nie wie, chociaż na przykład służąca Vidala świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Uderza spostrzeżenie, że matka Ofelii należy do kobiet, które nie czerpią siły z siebie samych, tylko uwieszają się na dominujących mężczyznach – ku własnej zgubie. „Labirynt Fauna” zdecydowanie nie jest opowieścią dla dzieci i młodzieży, chociaż tworzy ją (współtworzy) Cornelia Funke, autorka, która sprawdziła się niejednokrotnie w literaturze czwartej i przeszła już do historii swoimi pomysłami. Teraz epatowanie złem sprawia, że odchodzi od tendencji w książkach dla młodych czytelników – na rzecz thrillera, tym bardziej okrutnego, że prawdziwego. Jedynym odejściem w stronę świata baśni jest postać Fauna, który w Ofelii upatruje księżniczki – i który szykuje dziewczynie miejsce na tronie. Tyle że żeby przejść granicę między światami, trzeba będzie największego poświęcenia. Faun powraca sporadycznie i chyba tylko po to, żeby przypomnieć, że poza ponurą codziennością istnieje jakakolwiek szansa ucieczki – tyle tylko, że rodzaj tej ucieczki niekoniecznie doda otuchy odbiorcom.
Uwaga ogniskuje się na Vidalu – to człowiek, dla którego nie ma usprawiedliwień. Bez względu na to, co stało się w jego życiu, Vidal teraz czerpie przyjemność z katowania innych. Nie zawaha się, jeśli będzie mógł wymierzyć najsurowszą karę każdemu, nawet oddanym podwładnym. Cieszy go możliwość torturowania rannych partyzantów. Znęcać się może nawet nad swoją żoną, w zasadzie jedyne, co go w niej interesuje, to nienarodzony jeszcze syn. Ofelia wie o tym wszystkim i jako niewidzialne zwykle dziecko stara się zadbać o rodzicielkę na swój sposób – szuka ratunku u życzliwych i stara się nie wchodzić w drogę Vidalowi. Ale jeśli mieszka w domu oprawcy, nie da rady od niego uciec. Jeszcze lepiej w okrucieństwie Vidala orientuje się Mercedes, służąca pomagająca partyzantom (w tym własnemu bratu). Ta historia nie jest baśnią z happy endem i może to jest w niej najbardziej szokujące.
„Labirynt Fauna” to stopniowe zanurzanie się w tym, co złe, przerażające, okrutne i bezwzględne. Nawet przejście w świat baśni nie zapewnia potrzebnego wytchnienia – cała ta książka jest przestrogą przed wojną i przed charakterami pokroju Vidala. Pytanie tylko, czy takie wołanie przyniesie efekt...
czwartek, 29 października 2026
Matilde Serao: Trzewia Neapolu
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Ubóstwo
Ta książka powstała ponad wiek temu, Matilde Serao stworzyła cykl esejów poświęconych Neapolowi w odpowiedzi na zachowanie ówczesnego premiera Włoch. Odpowiedź społeczna okazała się jednocześnie idealnie literacka – do tego stopnia, że książkę można dzisiaj przedstawić odbiorcom i mieć pewność, że spotka się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem. „Trzewia Neapolu” to bowiem studium brzydoty i biedy – ale jednocześnie pewnego rodzaju nieuchwytny sentyment, z którym nie można polemizować. Ponieważ polskim czytelnikom Matilde Serao nie jest raczej znana – a już na pewno nie jest kojarzona przez dzisiejszych odbiorców – pojawia się tu rozbudowany wstęp, dzięki któremu można zyskać rozeznanie w twórczości tej autorki i w działaniach podejmowanych przez nią. Wszystko po to, żeby przygotować czytelników na prozę pozornie surową, a w rzeczywistości mocno upiększającą obskurne miejsca.
Matilde Serao tworzy cykl utworów – powiązanych ze sobą bardzo luźno, przede wszystkim samym miejscem – Neapol to punkt odniesienia, ale autorkę interesują rozmaite jego aspekty. Czasami bierze pod uwagę ludzi, innym razem zapachy, wygląd kamienic albo problemy pogłębiające ubóstwo (na przykład – wszechobecną lichwę). Zdarza się jej obserwować i wynikami tej obserwacji dzielić się z czytelnikami, ale równie często będzie po prostu odtwarzać scenki rodzajowe, które znacznie więcej powiedzą obiorcom o mentalności miejscowych niż wszelkiego rodzaju omówienia. Tu nie ma tematów tabu, nie ma też ukrywania problemów – Matilde Serao tworzy prozę zaangażowaną, zależy jej na tym, żeby czytelnicy nie tylko dostrzegli problemy naszkicowane przez nią, ale też zrozumieli, w jaką stronę powinno się iść, żeby te problemy rozwiązać. Sugeruje najlepsze możliwe działania – a to przydatne nie tylko dla rzeczywistego adresata – premiera – ale również dla samych czytelników, także po dekadach. „Trzewia Neapolu” to próba zrozumienia miejsca, ale próba wyjątkowa: bez wybielania i upiększania. Tu zresztą nie chodzi o zachwyty estetyczne, przynajmniej nie w pierwotnym ujęciu. Bo teraz, po ponad stu latach od powstania tekstów, zmienia się ich brzmienie – przenosi się akcent z tematów społecznych i prób interweniowania tam, gdzie potrzebna jest pilna pomoc, na literackość. Najbardziej przyciągają uwagę nie same obrazy biedy i prób funkcjonowania w świecie pozbawionym wygód, a sposób prezentowania ich – i tu Matilde Serao zamienia się z publicystki w autorkę literatury pięknej, być może nieoczekiwanie. Dzisiaj po „Trzewia Neapolu” sięgać się będzie dla przeciwwagi wobec upraszczanych do granic możliwości relacji z podróży, internetowych wyznań i szybkich komentarzy. Matilde Serao nie tylko obserwuje – dba też o to, żeby wyciągać wnioski i podsuwać czytelnikom oceny. To podejście pozwala lepiej zrozumieć miejsce i jego specyfikę, a do tego nakreślić sfery wymagające naprawy czy interwencji. Neapol z tego ujęcia nie może urzekać – ale może urzekać sposób jego prezentowania, uchwycenie wad i problemów w literackiej, melodyjnej opowieści. Nie jest to rozbudowana książka, ale wypełniona celnymi uwagami i przemyśleniami, które pokazują, jak bardzo autorce zależało nie na rozgłosie, a na realnej pomocy dla miejscowych.
Ubóstwo
Ta książka powstała ponad wiek temu, Matilde Serao stworzyła cykl esejów poświęconych Neapolowi w odpowiedzi na zachowanie ówczesnego premiera Włoch. Odpowiedź społeczna okazała się jednocześnie idealnie literacka – do tego stopnia, że książkę można dzisiaj przedstawić odbiorcom i mieć pewność, że spotka się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem. „Trzewia Neapolu” to bowiem studium brzydoty i biedy – ale jednocześnie pewnego rodzaju nieuchwytny sentyment, z którym nie można polemizować. Ponieważ polskim czytelnikom Matilde Serao nie jest raczej znana – a już na pewno nie jest kojarzona przez dzisiejszych odbiorców – pojawia się tu rozbudowany wstęp, dzięki któremu można zyskać rozeznanie w twórczości tej autorki i w działaniach podejmowanych przez nią. Wszystko po to, żeby przygotować czytelników na prozę pozornie surową, a w rzeczywistości mocno upiększającą obskurne miejsca.
Matilde Serao tworzy cykl utworów – powiązanych ze sobą bardzo luźno, przede wszystkim samym miejscem – Neapol to punkt odniesienia, ale autorkę interesują rozmaite jego aspekty. Czasami bierze pod uwagę ludzi, innym razem zapachy, wygląd kamienic albo problemy pogłębiające ubóstwo (na przykład – wszechobecną lichwę). Zdarza się jej obserwować i wynikami tej obserwacji dzielić się z czytelnikami, ale równie często będzie po prostu odtwarzać scenki rodzajowe, które znacznie więcej powiedzą obiorcom o mentalności miejscowych niż wszelkiego rodzaju omówienia. Tu nie ma tematów tabu, nie ma też ukrywania problemów – Matilde Serao tworzy prozę zaangażowaną, zależy jej na tym, żeby czytelnicy nie tylko dostrzegli problemy naszkicowane przez nią, ale też zrozumieli, w jaką stronę powinno się iść, żeby te problemy rozwiązać. Sugeruje najlepsze możliwe działania – a to przydatne nie tylko dla rzeczywistego adresata – premiera – ale również dla samych czytelników, także po dekadach. „Trzewia Neapolu” to próba zrozumienia miejsca, ale próba wyjątkowa: bez wybielania i upiększania. Tu zresztą nie chodzi o zachwyty estetyczne, przynajmniej nie w pierwotnym ujęciu. Bo teraz, po ponad stu latach od powstania tekstów, zmienia się ich brzmienie – przenosi się akcent z tematów społecznych i prób interweniowania tam, gdzie potrzebna jest pilna pomoc, na literackość. Najbardziej przyciągają uwagę nie same obrazy biedy i prób funkcjonowania w świecie pozbawionym wygód, a sposób prezentowania ich – i tu Matilde Serao zamienia się z publicystki w autorkę literatury pięknej, być może nieoczekiwanie. Dzisiaj po „Trzewia Neapolu” sięgać się będzie dla przeciwwagi wobec upraszczanych do granic możliwości relacji z podróży, internetowych wyznań i szybkich komentarzy. Matilde Serao nie tylko obserwuje – dba też o to, żeby wyciągać wnioski i podsuwać czytelnikom oceny. To podejście pozwala lepiej zrozumieć miejsce i jego specyfikę, a do tego nakreślić sfery wymagające naprawy czy interwencji. Neapol z tego ujęcia nie może urzekać – ale może urzekać sposób jego prezentowania, uchwycenie wad i problemów w literackiej, melodyjnej opowieści. Nie jest to rozbudowana książka, ale wypełniona celnymi uwagami i przemyśleniami, które pokazują, jak bardzo autorce zależało nie na rozgłosie, a na realnej pomocy dla miejscowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






