Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Odpowiedzi
Dzieci zawsze zadają sporo pytań na temat otoczenia – i warto wtedy zaspokajać ich ciekawość, żeby pokazać, że świat zasługuje na odkrywanie i jest pełny niespodzianek. Tym kieruje się Mathilda Masters, autorka wielokrotnie już pojawiająca się na rynku z publikacjami edukacyjnymi i udowadniająca, że najmłodszym wiele spraw można atrakcyjnie przedstawić. Teraz kieruje się jednak do młodszych odbiorców niż w monumentalnej serii z ciekawymi faktami – „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to edukacja w wersji pop, czyli taka niekoniecznie wymagająca wielkiego skupienia, powiązana bardziej z zabawą i rozbudzaniem ciekawości niż ze żmudnym śledzeniem kolejnych wyjaśnień. „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to zabawa, w której trochę karmi się ego najmłodszych odbiorców – przez podsuwanie im wiadomości z różnych dziedzin, za to – odpowiednio przygotowanych. Korzysta zatem autorka z działających na wyobraźnię porównań czy zestawień, pisze prosto i koncentruje się na tym, co najważniejsze, stara się tak dobierać wiadomości, żeby zapadały dzieciom w pamięć i żeby zachęcały je do dalszego odkrywania świata. Kass VanderSande dzięki grafikom komputerowym ożywia te informacje, sprawia, że książka jest kolorowa i że przyjemnie się ją ogląda – wzrok przyciągają kolejne obrazki, a podpisy pod nimi stają się wstępem do świata nauki. I to wystarcza, na pewnym etapie nie trzeba przecież przekarmiać maluchów wiedzą, lepiej ich zaintrygować i pokazać, że istnieje całe mnóstwo wiadomości do odkrywania i poznawania. Dzięki skrótowości akapitów i celności w porównaniach dane te będą zapadać dzieciom w pamięć – o wiele łatwiej skojarzyć sobie zestawienia z czymś, co jest znane i poznane, niż budować świadomość na beznamiętnych danych liczbowych. Mathilda Masters zdaje sobie z tego świetnie sprawę, więc nie ma się co obawiać – przedstawiane przez nią fakty są opracowane tak, żeby przypadły do gustu dzieciom.
I jest w tej książce coś jeszcze, coś, czego przeważnie w publikacjach edukacyjnych nie ma – i co zaskoczy niejednego kartkującego tę pozycję dorosłego. Autorka wykorzystuje rozbudzone różnymi tematami zainteresowanie, żeby wprowadzać jeszcze dowcipy dla dzieci. Przeważnie to zagadki, które raczej nie rozśmieszyłyby dorosłych – na przykład rodziców odbiorców. Ale to nie dorośli są odbiorcami docelowymi publikacji, a kilkulatki (nawet młodsze nastolatki) mogą się poczuć dowartościowane – ktoś rozumie ich poczucie humoru i ich codzienne żarty. Także dowcipy – funkcjonujące tu jako ozdobnik – mają funkcję mnemotechniczną, żeby je zrozumieć, trzeba przecież przyswoić wiadomości – więc ten sposób wpływania na zapamiętywanie ciekawostek dobrze się sprawdzi, Mathilda Masters wie doskonale, co robi. A że nie unika przy tym skojarzeń skatologicznych – tym lepiej, łatwiej i szybciej trafi do najmłodszych czytelników. A przecież o to właśnie chodzi, żeby przyciągnąć ich do książki i żeby pokazać im, że zdobywanie wiedzy to nie tylko ciężka praca, ale też często dobra zabawa. Tu zasługuje na uwagę jeszcze dowartościowanie małych czytelników dzięki określeniu "supermózgi" - to subtelne podnoszenie poczucia własnej wartości odbiorców, takie, które nie brzmi fałszywie, a zachęca do poznawania zawartości dość obszernego tomu. Dziedziny poruszane przez autorkę: zwierzęta, kosmos, historia, ciało człowieka, przyroda, nauka, sport - czyli standardowe dość elementy książek edukacyjnych - ale w ten sposób można najbardziej przyciągnąć dzieci do poznawania świata.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 4 maja 2026
niedziela, 3 maja 2026
Theodore P. Snow, Don Brownlee: Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy
Helion, Gliwice 2026.
Kosmos węgla
Z dala od oczywistości, z dala od spłycanych motywów, za to z koncentracją i wyczuleniem na to, co niedostępne zwykle dla zwykłych odbiorców – „Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy” to książka popularnonaukowa w stylu, który docenią poszukiwacze ambitniejszej literatury. Theodore P. Snow i Don Brownlee zajmują się tutaj przybliżaniem czytelnikom roli węgla we wszechświecie – bez nudy i rutyny, bez powtarzania obiegowych zagadnień. Na początku opowiadają trochę o chemii węgla – o budowie atomu, o właściwościach, dzięki którym ten właśnie pierwiastek doczekał się „własnej” gałęzi nauki – chemii organicznej. Ale bardzo jednak ciągnie ich w kosmos – do wszechświata. Węgla szukają w budowie kolejnych planet i innych ciał niebieskich, w galaktykach i w życiu (zarówno na Ziemi jak i poza nią). Tak naprawdę te najbardziej przyziemne – najbliższe człowiekowi – tematy spychają daleko za podróże kosmiczne – o węglu jako paliwie, jako pierwiastkowi współtworzącemu między innymi stal czy plastik – będzie jeszcze mowa, ale w jednym zaledwie rozdziale, być może mniej istotnym z perspektywy kosmosu, za to bardzo – z perspektywy czytelników. Węgiel pojawia się tu w rozdziale o diamentach (i to może być wabik dla części publiczności literackiej), ale autorów najbardziej przyciąga on na tym podstawowym poziomie – jako pierwiastek. To zachwycające, ile wiadomości potrafią wyciągnąć z tematu węgla i jak dobrze węgiel sprawdza się jako bohater lektury – popularnonaukowa książka przynosi nie tylko szereg ciekawostek, ale też bardzo precyzyjnych wyjaśnień. Czytelnicy spotkają się tu z tabelami i schematami zaawansowanymi, można je prześledzić jako dodatek do lektury, można pominąć, jeśli nie chce się zagłębiać w detale w aż tak dużym stopniu – liczy się jednak konkret, esencjonalna narracja z podawaniem wielu informacji, jakich odbiorcy nawet by się nie spodziewali. Węgiel staje się tu przedmiotem rozbudowanych analiz naukowych i dzięki temu ujęciu okaże się jasne, dlaczego bez niego nie można wyobrazić sobie życia.
„Szósty pierwiastek” to książka przygotowana dla czytelników łaknących wiedzy i dla tych, którym wcale nie przeszkadza brak stylistyki pop czy bombardowania czytelników zwrotami bezpośrednio do nich. Autorzy dobrze wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć – zależy im na popularyzowaniu wiedzy, ale nie wszelkimi środkami i nie za wszelką cenę: zwracają się do czytelników świadomych i poważnych, do tych, którzy nie potrzebują bodźców zatrzymujących ich przy lekturze. Tu nie będzie fajerwerków tematycznych, a rzetelna wiedza przekazywana w bardzo przystępny sposób – i to z pewnością docenią czytelnicy poszukujący wysokiej jakości książek popularnonaukowych. „Szósty pierwiastek” to przygoda skoncentrowana na węglu – wykorzystująca zdobycze nauki i przedstawiająca je tak, żeby odbiorców jak najbardziej zanurzyć w świecie prawdziwej wiedzy. I nawet jeśli przedstawiane tu wiadomości niekoniecznie przydadzą się w codziennej egzystencji, warto się w nie zagłębiać i sprawdzać, jakim torem toczą się badania dotyczące życia w różnych jego aspektach – węgiel to temat, który przyciągnie.
Kosmos węgla
Z dala od oczywistości, z dala od spłycanych motywów, za to z koncentracją i wyczuleniem na to, co niedostępne zwykle dla zwykłych odbiorców – „Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy” to książka popularnonaukowa w stylu, który docenią poszukiwacze ambitniejszej literatury. Theodore P. Snow i Don Brownlee zajmują się tutaj przybliżaniem czytelnikom roli węgla we wszechświecie – bez nudy i rutyny, bez powtarzania obiegowych zagadnień. Na początku opowiadają trochę o chemii węgla – o budowie atomu, o właściwościach, dzięki którym ten właśnie pierwiastek doczekał się „własnej” gałęzi nauki – chemii organicznej. Ale bardzo jednak ciągnie ich w kosmos – do wszechświata. Węgla szukają w budowie kolejnych planet i innych ciał niebieskich, w galaktykach i w życiu (zarówno na Ziemi jak i poza nią). Tak naprawdę te najbardziej przyziemne – najbliższe człowiekowi – tematy spychają daleko za podróże kosmiczne – o węglu jako paliwie, jako pierwiastkowi współtworzącemu między innymi stal czy plastik – będzie jeszcze mowa, ale w jednym zaledwie rozdziale, być może mniej istotnym z perspektywy kosmosu, za to bardzo – z perspektywy czytelników. Węgiel pojawia się tu w rozdziale o diamentach (i to może być wabik dla części publiczności literackiej), ale autorów najbardziej przyciąga on na tym podstawowym poziomie – jako pierwiastek. To zachwycające, ile wiadomości potrafią wyciągnąć z tematu węgla i jak dobrze węgiel sprawdza się jako bohater lektury – popularnonaukowa książka przynosi nie tylko szereg ciekawostek, ale też bardzo precyzyjnych wyjaśnień. Czytelnicy spotkają się tu z tabelami i schematami zaawansowanymi, można je prześledzić jako dodatek do lektury, można pominąć, jeśli nie chce się zagłębiać w detale w aż tak dużym stopniu – liczy się jednak konkret, esencjonalna narracja z podawaniem wielu informacji, jakich odbiorcy nawet by się nie spodziewali. Węgiel staje się tu przedmiotem rozbudowanych analiz naukowych i dzięki temu ujęciu okaże się jasne, dlaczego bez niego nie można wyobrazić sobie życia.
„Szósty pierwiastek” to książka przygotowana dla czytelników łaknących wiedzy i dla tych, którym wcale nie przeszkadza brak stylistyki pop czy bombardowania czytelników zwrotami bezpośrednio do nich. Autorzy dobrze wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć – zależy im na popularyzowaniu wiedzy, ale nie wszelkimi środkami i nie za wszelką cenę: zwracają się do czytelników świadomych i poważnych, do tych, którzy nie potrzebują bodźców zatrzymujących ich przy lekturze. Tu nie będzie fajerwerków tematycznych, a rzetelna wiedza przekazywana w bardzo przystępny sposób – i to z pewnością docenią czytelnicy poszukujący wysokiej jakości książek popularnonaukowych. „Szósty pierwiastek” to przygoda skoncentrowana na węglu – wykorzystująca zdobycze nauki i przedstawiająca je tak, żeby odbiorców jak najbardziej zanurzyć w świecie prawdziwej wiedzy. I nawet jeśli przedstawiane tu wiadomości niekoniecznie przydadzą się w codziennej egzystencji, warto się w nie zagłębiać i sprawdzać, jakim torem toczą się badania dotyczące życia w różnych jego aspektach – węgiel to temat, który przyciągnie.
sobota, 2 maja 2026
Joanna Szczerbaty: Panie kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach
Mando, Kraków 2026.
Wskazówki
Koty łagodzą obyczaje – i to zjawisko, które Joanna Szczerbaty zaobserwowała nie tylko w codzienności, ale i w internetowych dyskusjach. Podbudowana tym faktem postanawia stworzyć dla odbiorców popporadnik psychologiczny, żeby przekonać ich do wdrożenia w życie pewnych zachowań i zasad, które nie zdziwiłyby domowego czworonoga. „Panie kocie, jak żyć. Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach” to sposób na opowiedzenie o tym, co trudne do przyswojenia – bez moralizatorskich tonów i bez poczucia wyższości, przynajmniej tego ludzkiego, bo kotom wolno znacznie więcej.
I dlatego w tej książce każdy rozdział poświęcony jest osobnemu zagadnieniu przeszkadzającemu w osiągnięciu życiowego flow, w dwóch perspektywach – w wersji kota i psychologa. I to, co mówi kot, niby jest tylko wstępem, ale tak naprawdę pokazuje odbiorcom, jakie postawy warto wcielić w swoją codzienność – i jakie korzyści można wtedy osiągnąć. Narracja kota lepiej zapada w pamięć, wprowadza motyw humorystyczny i przekona czytelników do zmian. Oczywiście książka kierowana jest do tych odbiorców, którzy nie mają czasu na przedzieranie się przez wypełnione teoriami poradniki psychologiczne, tu wszystko sprowadza się do wersji pop, jest mocno skondensowane i mocno upraszczane, a do tego pozbawione niepotrzebnych wykładów – liczy się obserwowanie domowego pupila. To zwierzak ma stać się lekarzem i przewodnikiem jednocześnie. Kot zyskuje głos i bez przerwy się dziwi – dziwi się temu, co odbiorcy robią (i czego po tych działaniach oczekują). Piętnuje postawy, które nie prowadzą do relaksu, pyta o sens pielęgnowania uraz czy chowania w sobie gniewu latami. Kot zestawia ludzkie dziwactwa z tym, co w analogicznej sytuacji zrobi przedstawiciel jego gatunku – i próbuje wytłumaczyć, jak porada powinna zmienić się w rzeczywistość. Komentarz psychologa jest za to nacechowany krytyką i to zaskakujące, ale po narracji kota znacznie łatwiej jest przejść nad tym do porządku dziennego – psycholog bowiem będzie dobijał się do sumienia odbiorcy i postawi na cierpliwe, ale też dość natarczywe przypominanie, co trzeba zrobić, żeby było lepiej. Naśladowanie kota – w reakcjach i postawach wobec świata – to dobry pomysł. Może się spodobać odbiorcom i może się przydać – kiedy człowiek mierzy się z zadaniami niekoniecznie ponad siły, ale na pewno frustrującymi. Oczywiście że autorka tomu może bazować na odkryciach psychologów i na wynikach badań – ale nie musi nimi czytelników zasypywać i zamęczać, koncentruje się nad koniecznymi do wprowadzenia zmianami. Zależy jej na skuteczności, a tę osiągnie dzięki połączeniu sił – kota i perswazji.
W wersji kota wszystko okazuje się oczywiste i proste: w dodatku sam mechanizm może się czytelnikom przydać w trudniejszych chwilach – liczy się szansa na przeprowadzenie obserwacji i na naśladowaniu kota w postawie wobec rzeczywistości. Może na początku nie będzie to proste, ale autorka przekonuje, że warto praktykować te zalecenia – można dzięki nim zachować zdrowe zmysły.
Wskazówki
Koty łagodzą obyczaje – i to zjawisko, które Joanna Szczerbaty zaobserwowała nie tylko w codzienności, ale i w internetowych dyskusjach. Podbudowana tym faktem postanawia stworzyć dla odbiorców popporadnik psychologiczny, żeby przekonać ich do wdrożenia w życie pewnych zachowań i zasad, które nie zdziwiłyby domowego czworonoga. „Panie kocie, jak żyć. Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach” to sposób na opowiedzenie o tym, co trudne do przyswojenia – bez moralizatorskich tonów i bez poczucia wyższości, przynajmniej tego ludzkiego, bo kotom wolno znacznie więcej.
I dlatego w tej książce każdy rozdział poświęcony jest osobnemu zagadnieniu przeszkadzającemu w osiągnięciu życiowego flow, w dwóch perspektywach – w wersji kota i psychologa. I to, co mówi kot, niby jest tylko wstępem, ale tak naprawdę pokazuje odbiorcom, jakie postawy warto wcielić w swoją codzienność – i jakie korzyści można wtedy osiągnąć. Narracja kota lepiej zapada w pamięć, wprowadza motyw humorystyczny i przekona czytelników do zmian. Oczywiście książka kierowana jest do tych odbiorców, którzy nie mają czasu na przedzieranie się przez wypełnione teoriami poradniki psychologiczne, tu wszystko sprowadza się do wersji pop, jest mocno skondensowane i mocno upraszczane, a do tego pozbawione niepotrzebnych wykładów – liczy się obserwowanie domowego pupila. To zwierzak ma stać się lekarzem i przewodnikiem jednocześnie. Kot zyskuje głos i bez przerwy się dziwi – dziwi się temu, co odbiorcy robią (i czego po tych działaniach oczekują). Piętnuje postawy, które nie prowadzą do relaksu, pyta o sens pielęgnowania uraz czy chowania w sobie gniewu latami. Kot zestawia ludzkie dziwactwa z tym, co w analogicznej sytuacji zrobi przedstawiciel jego gatunku – i próbuje wytłumaczyć, jak porada powinna zmienić się w rzeczywistość. Komentarz psychologa jest za to nacechowany krytyką i to zaskakujące, ale po narracji kota znacznie łatwiej jest przejść nad tym do porządku dziennego – psycholog bowiem będzie dobijał się do sumienia odbiorcy i postawi na cierpliwe, ale też dość natarczywe przypominanie, co trzeba zrobić, żeby było lepiej. Naśladowanie kota – w reakcjach i postawach wobec świata – to dobry pomysł. Może się spodobać odbiorcom i może się przydać – kiedy człowiek mierzy się z zadaniami niekoniecznie ponad siły, ale na pewno frustrującymi. Oczywiście że autorka tomu może bazować na odkryciach psychologów i na wynikach badań – ale nie musi nimi czytelników zasypywać i zamęczać, koncentruje się nad koniecznymi do wprowadzenia zmianami. Zależy jej na skuteczności, a tę osiągnie dzięki połączeniu sił – kota i perswazji.
W wersji kota wszystko okazuje się oczywiste i proste: w dodatku sam mechanizm może się czytelnikom przydać w trudniejszych chwilach – liczy się szansa na przeprowadzenie obserwacji i na naśladowaniu kota w postawie wobec rzeczywistości. Może na początku nie będzie to proste, ale autorka przekonuje, że warto praktykować te zalecenia – można dzięki nim zachować zdrowe zmysły.
piątek, 1 maja 2026
Dagmara Budzbon-Szymańska: Klątwa skarbu Inków
Harperkids, Warszawa 2026.
Zamkowy skarb
W dwóch różnych światach toczy się narracja tej krótkiej powieści. Dagmara Budzbon-Szymańska chce zachęcić najmłodszych do wzmożonego wysiłku i ćwiczenia umiejętności czytania – w cyklu Czytam, bo lubię dostarcza dzieciom historii jednocześnie ambitnej, przygodowej (nawiązującej do klasyki) i zachęcającej do poznawania przeszłości najbliższego otoczenia. „Klątwa skarbu Inków” to zapowiedź wyzwań dla wszystkich, którzy znajdą się w odpowiednim miejscu i czasie. Najwygodniej tego typu szereg wydarzeń przenieść na wakacje – to idealny moment, żeby porzucić szkolne obowiązki i dać się ponieść przypadkowi.
Odbiorcy towarzyszyć tu będą Robertowi i Stefie. Dwoje dzieci podróżuje z rodzicami do średniowiecznego zamku Dunajec – to właśnie tu Stefa ma znaleźć odpowiednie tematy do fotografowania, a Robert – Robert chce trochę poleniuchować i może pograć na telefonie. Nie wie jeszcze, że nie będzie miał na to czasu, bo rzeczywistość – zwłaszcza ta rodem z legend – wciągnie go bardziej, niż można by się spodziewać. Na zamku najprawdopodobniej coś straszy – a do tego wieść niesie, że właśnie w tym miejscu znalazły się skarby wywiezione przez Inków, kiedy ci musieli uciekać ze swoich rodzinnych stron. Dlaczego Inkowie mieliby trafić akurat na zamek Dunajec – nie ma większego znaczenia, a jednak i tego się bohaterowie dowiedzą – wystarczy kojarzyć fakty i znaleźć dobrego informatora, który nie zdradzi byle komu sekretów, jakie ma w zanadrzu. Liczy się więc wyjątkowo trudna zagadka do rozwiązania. I konieczność znalezienia sposobu na uzyskanie odrobiny wolności: przecież żadni rodzice nie zgodzą się na to, żeby ich pociechy, nawet jeśli odkryły właśnie nić porozumienia, same zwiedzały nocą tereny wokół średniowiecznej budowli. W tym wszystkim istnieje jeszcze jeden stereotyp, który można wykorzystać, żeby spłoszyć rozmaitych amatorów skarbów. Każdy zamek powinien mieć swoje duchy, obowiązkowo. A skoro tak – wystarczy odpowiednio spreparować odgłosy, żeby wprowadzić chaos w szeregach poszukiwaczy skarbów.
„Klątwa skarbu Inków” to powieść, w której autorka sama trochę utrudnia sobie zadanie – towarzystwo rodziców i aspekt edukacyjny to coś, co zawsze dociąża narrację. To, co najlepsze w historiach dla dzieci i młodzieży, dzieje się zawsze w tajemnicy i z daleka od opiekunów, a tym bardziej – od edukacyjnych opowieści. Ciekawość odbiorców mają rozbudzać wstawki z dalekiej przeszłości – te, które zasugerują czytelnikom, że jest o co walczyć i że skarb wiąże się nie tylko z bogactwem (ewentualnym), ale i z ogromnymi emocjami – wprawdzie na większą część odbiorców wizja materialna wpłynie o wiele bardziej niż duchowa, ale autorka nie wyklucza żadnej grupy i szuka różnych metod na przyciągnięcie do lektury. Dostarcza czytelnikom wakacyjnej historii, która zasugeruje, że czasami przygoda czai się za rogiem i nie trzeba będzie wiele wyobraźni, żeby dać się jej ponieść. Nie jest to zbyt skomplikowana historia, ale na tyle ambitna, żeby odbiorcy nie mieli wrażenia, że zostali potraktowani pobłażliwie.
Zamkowy skarb
W dwóch różnych światach toczy się narracja tej krótkiej powieści. Dagmara Budzbon-Szymańska chce zachęcić najmłodszych do wzmożonego wysiłku i ćwiczenia umiejętności czytania – w cyklu Czytam, bo lubię dostarcza dzieciom historii jednocześnie ambitnej, przygodowej (nawiązującej do klasyki) i zachęcającej do poznawania przeszłości najbliższego otoczenia. „Klątwa skarbu Inków” to zapowiedź wyzwań dla wszystkich, którzy znajdą się w odpowiednim miejscu i czasie. Najwygodniej tego typu szereg wydarzeń przenieść na wakacje – to idealny moment, żeby porzucić szkolne obowiązki i dać się ponieść przypadkowi.
Odbiorcy towarzyszyć tu będą Robertowi i Stefie. Dwoje dzieci podróżuje z rodzicami do średniowiecznego zamku Dunajec – to właśnie tu Stefa ma znaleźć odpowiednie tematy do fotografowania, a Robert – Robert chce trochę poleniuchować i może pograć na telefonie. Nie wie jeszcze, że nie będzie miał na to czasu, bo rzeczywistość – zwłaszcza ta rodem z legend – wciągnie go bardziej, niż można by się spodziewać. Na zamku najprawdopodobniej coś straszy – a do tego wieść niesie, że właśnie w tym miejscu znalazły się skarby wywiezione przez Inków, kiedy ci musieli uciekać ze swoich rodzinnych stron. Dlaczego Inkowie mieliby trafić akurat na zamek Dunajec – nie ma większego znaczenia, a jednak i tego się bohaterowie dowiedzą – wystarczy kojarzyć fakty i znaleźć dobrego informatora, który nie zdradzi byle komu sekretów, jakie ma w zanadrzu. Liczy się więc wyjątkowo trudna zagadka do rozwiązania. I konieczność znalezienia sposobu na uzyskanie odrobiny wolności: przecież żadni rodzice nie zgodzą się na to, żeby ich pociechy, nawet jeśli odkryły właśnie nić porozumienia, same zwiedzały nocą tereny wokół średniowiecznej budowli. W tym wszystkim istnieje jeszcze jeden stereotyp, który można wykorzystać, żeby spłoszyć rozmaitych amatorów skarbów. Każdy zamek powinien mieć swoje duchy, obowiązkowo. A skoro tak – wystarczy odpowiednio spreparować odgłosy, żeby wprowadzić chaos w szeregach poszukiwaczy skarbów.
„Klątwa skarbu Inków” to powieść, w której autorka sama trochę utrudnia sobie zadanie – towarzystwo rodziców i aspekt edukacyjny to coś, co zawsze dociąża narrację. To, co najlepsze w historiach dla dzieci i młodzieży, dzieje się zawsze w tajemnicy i z daleka od opiekunów, a tym bardziej – od edukacyjnych opowieści. Ciekawość odbiorców mają rozbudzać wstawki z dalekiej przeszłości – te, które zasugerują czytelnikom, że jest o co walczyć i że skarb wiąże się nie tylko z bogactwem (ewentualnym), ale i z ogromnymi emocjami – wprawdzie na większą część odbiorców wizja materialna wpłynie o wiele bardziej niż duchowa, ale autorka nie wyklucza żadnej grupy i szuka różnych metod na przyciągnięcie do lektury. Dostarcza czytelnikom wakacyjnej historii, która zasugeruje, że czasami przygoda czai się za rogiem i nie trzeba będzie wiele wyobraźni, żeby dać się jej ponieść. Nie jest to zbyt skomplikowana historia, ale na tyle ambitna, żeby odbiorcy nie mieli wrażenia, że zostali potraktowani pobłażliwie.
czwartek, 30 kwietnia 2026
Matthäus Bär: Kapibary na gigancie
Kropka, Warszawa 2026.
Wolność
Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.
Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.
Wolność
Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.
Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.
środa, 29 kwietnia 2026
Marek Szymaniak: Młócka. Reportaże o pracy przyszłości
Czarne, Wołowiec 2026.
Robotyzacja
Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.
Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.
Robotyzacja
Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.
Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.
wtorek, 28 kwietnia 2026
Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata
Kropka, Warszawa 2026.
Cienie
W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.
Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.
Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.
Cienie
W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.
Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.
Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






