Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Onomatopeje
Pierwsze zabawy z dziećmi polegają często na wydawaniu i naśladowaniu charakterystycznych dla otoczenia dźwięków – jeszcze zanim najmłodsi nauczą się nazywać elementy otaczającego ich świata, mogą już posługiwać się prostymi hasłami bazującymi na onomatopejach. I z tego założenia wyszło wydawnictwo Nasza Księgarnia, proponując maleńki i uroczy kartonowy tomik „Nazywam dźwięki. Moje ciało” z ilustracjami Marianny Schoett, autorki kojarzonej z seriami dla kilkulatków i grami wydawanymi w Naszej Księgarni.
Rzuca się w pierwszej kolejności w oczy kształt publikacji: malutka kwadratowa kartonowa książka z zaokrąglonymi obowiązkowo rogami ma większą niż zwykle objętość, wydaje się wręcz ogromna – rzadko zdarza się w tomikach kartonowych, żeby dzieci do dyspozycji miały aż 33 „kartki”. Być może też stąd bierze się niewielki rozmiar – żeby książka nie była za ciężka dla najmłodszych użytkowników (i przez to – żeby nie stała się dla dzieci niebezpieczna). Na każdej lewej części rozkładówki pojawia się pytanie w charakterystycznym komiksowym dymku – oznacza to, że rolę narratorów i jednocześnie pytających mogą podjąć tu rodzice czytający swoim pociechom i nawiązujący z nimi dialog w ramach bajki. Ale książeczka wysyła odbiorców w rejony nieco bardziej abstrakcyjne, tylko raz zwraca się tu bezpośrednio do dzieci („jak robisz, kiedy jest ci zimno”, zwykle bohaterami i adresatami pytań są rozmaite przedmioty, stany, zachowania lub części ciała. Oczywiście najbardziej lubiany przez maluchy stanie się natychmiast rysunek z pytaniem „jak robi pupa” i psotną dziewczynką, która puszcza bąka, ale można się dowiedzieć „jak robi zdarte kolano”, „jak robi śmiech” albo „jak robią nożyczki obcinające paznokcie”. Czasami onomatopeje są oczywiste – jak w przypadku płaczu albo łaskotek, a czasami zaskakujące – przy du-du serca albo przy katarze. Prawa strona rozkładówki to już miejsce na pełnowymiarowy obrazek, przeważnie z dziecięcym bohaterem w akcji – i dopisek w postaci onomatopeicznych skojarzeń. Dzieci mogą zatem albo reagować na pytania zadawane przez rodziców, albo słuchać ich wersji dźwięków. Z pewnością taka zabawa nie skończy się szybko i nie będzie jednorazowym doświadczeniem. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że bohaterowie są tu przeważnie roześmiani i szczęśliwi, a to udzielać się będzie odbiorcom, co wszystkich nastroi do lektury pozytywnie. Nie ma tu jednego bohatera wiodącego, więc dzieci będą się koncentrować przede wszystkim na dźwiękach i na odwołaniach do własnych spostrzeżeń oraz przeżyć. Ponieważ Marianna Schoett odnosi się do ich codzienności, łatwo będzie trafić do przekonania maluchom.
Ta publikacja tylko z pozoru wydaje się infantylna – w praktyce pozwala dzieciom na obserwowanie rzeczywistości i wyciąganie wniosków, na zapamiętywanie odczuć i reakcji, na kojarzenie faktów. To tomik edukacyjny, chociaż dla najmłodszych i tak stanie się ulubionym źródłem rozrywki. Świetna propozycja pozwalająca uczyć dzieci skojarzeń dźwiękowych (i automatycznie poszerzać ich możliwości porozumiewania się), a do tego bardzo ładnie przygotowana, estetyczna i przyjemna w odbiorze.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 28 stycznia 2026
wtorek, 27 stycznia 2026
Reinhold Messner: Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu
Bezdroża, Gliwice 2026.
Samotnik
Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.
Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.
Samotnik
Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.
Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.
poniedziałek, 26 stycznia 2026
Koci domek Gabi. 1000 naklejek
Harperkids, Warszawa 2026.
Koty
Ta książka aż krzyczy obietnicą dobrej zabawy: w cyklu Koci domek Gabi pojawia się zeszyt ćwiczeń z labiryntami, łamigłówkami i zadaniami dla najmłodszych – ale najważniejszy element został mocno podkreślony na okładce: 1000 naklejek wyróżnia tę publikację. I to faktycznie do osiągnięcia, bo pierwsze cztery strony to po 180 miniaturowych naklejek z bohaterami cyklu oraz rozmaitymi ozdobnikami w najrozmaitszych pozach, ujęciach i zestawieniach kolorystycznych. Te maleńkie naklejki można wykorzystywać wszędzie, gdzie tylko chce się mieć przypomnienie o lubianej bajce – są urocze, dyskretne i do tego wielofunkcyjne. Z kolei naklejki do wykorzystania na poszczególnych stronach publikacji mieszczą się dalej, są znacznie większe i posegregowane na rozdziały, tak, żeby odbiorcy nie musieli się zastanawiać, której akurat użyć do jakiego zadania – i żeby nie popełniali błędów w kreatywnym wypełnianiu kolejnych stron.
Oczywiście „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to kolejna publikacja gadżetowa, która wykorzystuje dawniej popularne rozrywki, przekształcając je za sprawą cenionych postaci – to dodatek do historyjek, które zawładnęły wyobraźnią maluchów. Póki trwać będzie moda na Koci domek Gabi, ten tomik będzie się cieszył powodzeniem małych użytkowników i pozwalał im na kreatywną zabawę. Są tu kolorowanki, labirynty i porównania, są literowe diagramy i łączenie kropek, powiększanie dzięki systemowi kratek, kółko i krzyżyk (dostosowane do świata przedstawionego) czy liczenie poszczególnych elementów – wszystko mocno związane z bajką, ale nie trzeba wcale tej bajki znać, żeby wypełniać zadania – jedynie przy układaniu imion bohaterów z rozsypanych liter trzeba się będzie wykazać albo pomysłowością, albo znajomością Kociego domku Gabi – nawet tu niespecjalnie będzie przeszkadzać brak wiedzy na temat postaci. Za każdym razem oczywiście polecenie nawiązuje do serialu i sprawia, że dzieci chcą do bajek wracać – jest to przecież reklama cyklu i próba poszerzenia kręgu odbiorców albo zatrzymania ich przy serii – w ten sposób można zatem utrwalać sobie wiadomości na temat poszczególnych postaci. Najważniejsze będzie jednak wypełnianie poleceń, czyli ćwiczenie umysłu – i tutaj dzieje się to w przyjemny dla czytelników i rozrywkowy sposób, nie ma obaw, że dzieci znudzą się zadaniami, skoro oprócz tych oczywistych i dziecinnych (zwykłe kolorowanki z kluczem) pojawiają się często gry i wyzwania na kreatywność, polecenia, które nie mają jednego dobrego czy właściwego rozwiązania, a uzależniają efekt od pomysłowości i zmysłu artystycznego czytelników. „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to publikacja dla wszystkich maluchów, które lubią wyżywać się twórczo, które chcą wyzwań i ciekawych łamigłówek – i oczywiście dla tych, które kochają kocią serię i chcą jak najdłużej pozostać z bohaterami. To bardzo kolorowa książka, kojarząca się przez okładkę raczej z publikacją dla dziewczynek – ale nie ma tu zadań, które odstraszałyby kilkuletnich chłopców, można zatem przyjąć, że wydawnictwo postarało się o tomik uniwersalny i cieszący wszystkie kilkulatki.
Koty
Ta książka aż krzyczy obietnicą dobrej zabawy: w cyklu Koci domek Gabi pojawia się zeszyt ćwiczeń z labiryntami, łamigłówkami i zadaniami dla najmłodszych – ale najważniejszy element został mocno podkreślony na okładce: 1000 naklejek wyróżnia tę publikację. I to faktycznie do osiągnięcia, bo pierwsze cztery strony to po 180 miniaturowych naklejek z bohaterami cyklu oraz rozmaitymi ozdobnikami w najrozmaitszych pozach, ujęciach i zestawieniach kolorystycznych. Te maleńkie naklejki można wykorzystywać wszędzie, gdzie tylko chce się mieć przypomnienie o lubianej bajce – są urocze, dyskretne i do tego wielofunkcyjne. Z kolei naklejki do wykorzystania na poszczególnych stronach publikacji mieszczą się dalej, są znacznie większe i posegregowane na rozdziały, tak, żeby odbiorcy nie musieli się zastanawiać, której akurat użyć do jakiego zadania – i żeby nie popełniali błędów w kreatywnym wypełnianiu kolejnych stron.
Oczywiście „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to kolejna publikacja gadżetowa, która wykorzystuje dawniej popularne rozrywki, przekształcając je za sprawą cenionych postaci – to dodatek do historyjek, które zawładnęły wyobraźnią maluchów. Póki trwać będzie moda na Koci domek Gabi, ten tomik będzie się cieszył powodzeniem małych użytkowników i pozwalał im na kreatywną zabawę. Są tu kolorowanki, labirynty i porównania, są literowe diagramy i łączenie kropek, powiększanie dzięki systemowi kratek, kółko i krzyżyk (dostosowane do świata przedstawionego) czy liczenie poszczególnych elementów – wszystko mocno związane z bajką, ale nie trzeba wcale tej bajki znać, żeby wypełniać zadania – jedynie przy układaniu imion bohaterów z rozsypanych liter trzeba się będzie wykazać albo pomysłowością, albo znajomością Kociego domku Gabi – nawet tu niespecjalnie będzie przeszkadzać brak wiedzy na temat postaci. Za każdym razem oczywiście polecenie nawiązuje do serialu i sprawia, że dzieci chcą do bajek wracać – jest to przecież reklama cyklu i próba poszerzenia kręgu odbiorców albo zatrzymania ich przy serii – w ten sposób można zatem utrwalać sobie wiadomości na temat poszczególnych postaci. Najważniejsze będzie jednak wypełnianie poleceń, czyli ćwiczenie umysłu – i tutaj dzieje się to w przyjemny dla czytelników i rozrywkowy sposób, nie ma obaw, że dzieci znudzą się zadaniami, skoro oprócz tych oczywistych i dziecinnych (zwykłe kolorowanki z kluczem) pojawiają się często gry i wyzwania na kreatywność, polecenia, które nie mają jednego dobrego czy właściwego rozwiązania, a uzależniają efekt od pomysłowości i zmysłu artystycznego czytelników. „Koci domek Gabi. 1000 naklejek” to publikacja dla wszystkich maluchów, które lubią wyżywać się twórczo, które chcą wyzwań i ciekawych łamigłówek – i oczywiście dla tych, które kochają kocią serię i chcą jak najdłużej pozostać z bohaterami. To bardzo kolorowa książka, kojarząca się przez okładkę raczej z publikacją dla dziewczynek – ale nie ma tu zadań, które odstraszałyby kilkuletnich chłopców, można zatem przyjąć, że wydawnictwo postarało się o tomik uniwersalny i cieszący wszystkie kilkulatki.
niedziela, 25 stycznia 2026
Grzegorz Kasdepke: Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Kosmici wszędzie
Z różnych książek dla najmłodszych słynie Grzegorz Kasdepke, ale seria o Bodziu i Pulpecie jest jedną z bardziej lubianych – i teraz doczekała się zbiorczego wydania. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to książka, która ucieszy każdego kilkulatka – i przyda się zwłaszcza tym dzieciom, które zaczynają samodzielnie czytać dla rozrywki (duża czcionka ułatwi im zadanie). Siła tej opowieści tkwi w komizmie i absurdalnym humorze (autor marzył o napisaniu fantastycznej książki fantastycznej i ten zamiar udało mu się zrealizować idealnie) i w odejściu od pouczenia na rzecz rozbawiania. Owszem, co pewien czas pojawiają się w historyjkach motywy edukacyjne: jak przechodzić przez jezdnię, czym jest akcja Sprzątanie Świata – ale z reguły Bodzio i Pulpet zajęci są wpadaniem w tarapaty na różnych płaszczyznach: w domu, w szkole i we wszechświecie.
Grzegorz Kasdepke nie wysyła bohaterów w kosmos. Bodzio i Pulpet to uczniowie, którzy niespecjalnie przepadają za szkołą (zauważyli już, że droga do szkoły jest znacznie dłuższa niż ta powrotna), nauczycielka ma z nimi urwanie głowy – ale ich logika prowadzi do zaskakujących często wniosków i odkryć. W dodatku Bodzio i Pulpet mają ciekawą cechę: jak nikt inny przyciągają Obcych. To znaczy kosmitów. Jak się okazuje, przybyszy z innych planet jest wokół mnóstwo – niektórzy przybierają kształt zwykłej paprotki, inni są na tyle ogromni, żeby zaplątać się w kablach przed domem albo są w stanie wysyłać wiadomości do odczytania przez uczniów i orkiestry. Każdy kosmita charakteryzuje się czymś innym, każdy jest zaskakujący i każdy ubarwia codzienność – co szczególnie ważne, kiedy akurat panuje nuda. U Bodzia i Pulpeta nudy nie ma, właśnie dzięki odwiedzinom istot pozaziemskich i dzięki ich zamiarom. Przeważnie pokojowym, chociaż rozgniewany kosmita może być nieprzyjemny. Bodzio i Pulpet odgrywają rolę gospodarzy, rozwijają wyobraźnię i zaskakują czytelników kolejnymi przygodami. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to tomik, po który sięgać się będzie dla zabawy – po codzienną porcję zdrowego śmiechu i fantazji. Bo Grzegorz Kasdepke stawia tu na bardzo krótkie i bardzo dobrze puentowane opowiadania – historyjki z życia wzięte, stworzone dla śmiechu, wyjątkowe i niepowtarzalne. Przypomina dzieciom (i ich rodzicom czy nauczycielom), że dzieci też potrzebują rozrywki i zachęty do lektury w postaci humoru. Dostarcza go w wyjątkowo dużych dawkach, więc ci, którzy zdecydują się na samodzielne czytanie, będą po prostu przechodzić od opowiadania do opowiadania – i za każdym razem pozostanie im niedosyt oraz chęć dowiedzenia się, co jeszcze Bodzio i Pulpet wymyślili. Żeby nie trzeba było przeciążać wyobraźni – co przecież może się zdarzyć w przypadku wizyt Obcych – można posiłkować się warstwą graficzną. Daniel de Latour to idealny ilustrator komicznych opowieści – jego styl tworzenia pasuje do komizmu w narracji i czasami przypomina, jak mogą wyglądać tajemniczy kosmici z opowiadań. I autor, i ilustrator świetnie się tu bawią – ale na szczęście czytelnicy nie muszą im tego zazdrościć, bo sami będą się bawić jeszcze lepiej podczas czytania. Trzeba jak najwięcej takich publikacji dla najmłodszych – bo to najlepsza reklama czytania dla rozrywki.
Kosmici wszędzie
Z różnych książek dla najmłodszych słynie Grzegorz Kasdepke, ale seria o Bodziu i Pulpecie jest jedną z bardziej lubianych – i teraz doczekała się zbiorczego wydania. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to książka, która ucieszy każdego kilkulatka – i przyda się zwłaszcza tym dzieciom, które zaczynają samodzielnie czytać dla rozrywki (duża czcionka ułatwi im zadanie). Siła tej opowieści tkwi w komizmie i absurdalnym humorze (autor marzył o napisaniu fantastycznej książki fantastycznej i ten zamiar udało mu się zrealizować idealnie) i w odejściu od pouczenia na rzecz rozbawiania. Owszem, co pewien czas pojawiają się w historyjkach motywy edukacyjne: jak przechodzić przez jezdnię, czym jest akcja Sprzątanie Świata – ale z reguły Bodzio i Pulpet zajęci są wpadaniem w tarapaty na różnych płaszczyznach: w domu, w szkole i we wszechświecie.
Grzegorz Kasdepke nie wysyła bohaterów w kosmos. Bodzio i Pulpet to uczniowie, którzy niespecjalnie przepadają za szkołą (zauważyli już, że droga do szkoły jest znacznie dłuższa niż ta powrotna), nauczycielka ma z nimi urwanie głowy – ale ich logika prowadzi do zaskakujących często wniosków i odkryć. W dodatku Bodzio i Pulpet mają ciekawą cechę: jak nikt inny przyciągają Obcych. To znaczy kosmitów. Jak się okazuje, przybyszy z innych planet jest wokół mnóstwo – niektórzy przybierają kształt zwykłej paprotki, inni są na tyle ogromni, żeby zaplątać się w kablach przed domem albo są w stanie wysyłać wiadomości do odczytania przez uczniów i orkiestry. Każdy kosmita charakteryzuje się czymś innym, każdy jest zaskakujący i każdy ubarwia codzienność – co szczególnie ważne, kiedy akurat panuje nuda. U Bodzia i Pulpeta nudy nie ma, właśnie dzięki odwiedzinom istot pozaziemskich i dzięki ich zamiarom. Przeważnie pokojowym, chociaż rozgniewany kosmita może być nieprzyjemny. Bodzio i Pulpet odgrywają rolę gospodarzy, rozwijają wyobraźnię i zaskakują czytelników kolejnymi przygodami. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to tomik, po który sięgać się będzie dla zabawy – po codzienną porcję zdrowego śmiechu i fantazji. Bo Grzegorz Kasdepke stawia tu na bardzo krótkie i bardzo dobrze puentowane opowiadania – historyjki z życia wzięte, stworzone dla śmiechu, wyjątkowe i niepowtarzalne. Przypomina dzieciom (i ich rodzicom czy nauczycielom), że dzieci też potrzebują rozrywki i zachęty do lektury w postaci humoru. Dostarcza go w wyjątkowo dużych dawkach, więc ci, którzy zdecydują się na samodzielne czytanie, będą po prostu przechodzić od opowiadania do opowiadania – i za każdym razem pozostanie im niedosyt oraz chęć dowiedzenia się, co jeszcze Bodzio i Pulpet wymyślili. Żeby nie trzeba było przeciążać wyobraźni – co przecież może się zdarzyć w przypadku wizyt Obcych – można posiłkować się warstwą graficzną. Daniel de Latour to idealny ilustrator komicznych opowieści – jego styl tworzenia pasuje do komizmu w narracji i czasami przypomina, jak mogą wyglądać tajemniczy kosmici z opowiadań. I autor, i ilustrator świetnie się tu bawią – ale na szczęście czytelnicy nie muszą im tego zazdrościć, bo sami będą się bawić jeszcze lepiej podczas czytania. Trzeba jak najwięcej takich publikacji dla najmłodszych – bo to najlepsza reklama czytania dla rozrywki.
sobota, 24 stycznia 2026
Karolina Wójcicka: Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy
Mando, WAM, Kraków 2025.
Próba sił
W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.
W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.
I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.
Próba sił
W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.
W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.
I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.
piątek, 23 stycznia 2026
Umiem rysować przyrodę
Kropka, Warszawa 2026.
Na spacerze
Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.
Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.
Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.
Na spacerze
Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.
Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.
Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.
czwartek, 22 stycznia 2026
Monika Kwaśniewska-Mikuła: #MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






