Harperkids, Warszawa 2026.
Układanki
Budowanie z klocków to jedno, ale budowanie z naklejek w kształcie klocków to kolejny wymiar zabawy, który ma zachęcić małych odbiorców do ćwiczenia motoryki i koncentracji – i do przejścia w świat klasycznych rozrywek. „Lego świat. Zabawy z naklejkami. Zwierzęta” to nie tylko propozycje budowania kolejnych stworzeń – czasem tych bardzo egzotycznych – z posiadanych klocków. To również zeszyt ćwiczeń, który może być przez dzieci uzupełniany naklejkami dołączonymi do książki. W efekcie jeśli jakiś maluch jest już zmęczony tradycyjnymi łamigłówkami, tu może zyskać nowe wyzwania. Na kolejnych stronach znajdują się zadania – ale nie tylko. W ramkach zaznaczanych jako „czy wiesz, że” dzieci poznają ciekawostki o zwierzętach. W żarówkowych „pomysłach lego” pojawią się podpowiedzi, jak budować z klocków bez wykorzystywania instrukcji – i co zrobić, żeby uzyskać pożądane kształty. To podpowiedź dla wszystkich, którzy jeszcze nie przekonali się do samodzielnego tworzenia z klocków i konstruowania rezultatów swojej wyobraźni. Pojawiają się tu strony wypełnione informacjami i ciekawie zaprezentowanymi faktami ze świata zwierząt, albo zadania dla najmłodszych. I te zadania można podzielić na klasyczne łamigłówki (w których czasem do wykorzystania są naklejki) i na kreatywne wyzwania związane z uzupełnianiem obrazków według własnych potrzeb. Tu trzeba będzie wykazać się wyobraźnią i artystycznym zmysłem – i właśnie w tej sferze dzieci będą mogły budować z naklejkowych klocków, co im się zamarzy (w zależności od rodzaju podpowiedzi). I tak najmłodsi będą dawać upust swoim talentom – i pomysłom. Ale oprócz zabawy w obrębie samej książki, będą mogli też sięgnąć po zestawy klocków i wykorzystać je zgodnie z prezentowanymi co jakiś czas podpowiedziami, jak złożyć z posiadanych elementów konkretne zwierzę. To prawdziwe wyzwanie – i szansa na poszerzenie zabaw, a przy okazji też test umiejętności.
Wiele zwierząt pojawia się w tej książce w formie zdjęć z gotowych układanek – to coś dla dzieci, które nie mają pomysłu, jak wykorzystać przypadkowe klocki, żeby zamienić dom w menażerię. Uważne oglądanie obrazków sprawi, że przetestują w swoich warunkach możliwości złożenia wybranego zwierzęcia – a to dopiero początek rozrywek. Układanie klocków w oparciu o posiadane zasoby a nie przez instrukcje – to zajęcie, które było dzieciom znane od dawna. A jednak warto najmłodszym przypominać, że w takim tworzeniu nie ma żadnych limitów i czasem wystarczy tylko trochę się zastanowić, a można będzie ułożyć z klocków cały świat.
Na uwagę w tej książce zasługuje zwłaszcza różnorodność zadań – raz wychodzą poza książkę, raz wymagają skorzystania z naklejek, to znowu nawiązują do tradycyjnych rozrywek – chodzi o to, żeby najmłodszym nie nudziło się sięganie do tomiku jako źródła inspiracji i żeby nauczyły się kreatywnie wykorzystywać swój potencjał.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 25 maja 2026
niedziela, 24 maja 2026
Jessie Inchauspé: Ciążowa rewolucja
Marginesy, Warszawa 2026.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
sobota, 23 maja 2026
Slavenka Drakulić: O czym nie mówimy
Biblioteka Słów, Warszawa 2026.
Rozstania
Ta książka boli. Nie będzie wygodną lekturą czytaną do poduszki dla rozrywki, pozostawi po sobie bardzo wyraźne ślady. Odwołuje się bowiem do charakterystycznych lęków społecznych i do sytuacji, które mogą spotkać każdego czytelnika. Chociaż Slavenka Drakulić w „O czym nie mówimy” proponuje zbiór opowiadań, to jednak wydaje się wręcz, że postawiła na migawki wspomnieniowe – jest tak bardzo przekonująca, szczera i brutalna w realizmie. Niemal każda historia jest tu analizą jakiegoś rodzaju cierpienia, traumy czy żałoby – czasem to odchodzenie kogoś cierpiącego na chorobę nowotworową, czasem przygnębiająca szpitalna rzeczywistość podczas pandemii, ból tych, którzy muszą uporać się z rozstaniem albo pożegnać kogoś bliskiego, a czasami po prostu – śmierć miłości w związku lub rozczarowania płynące z oddalania się od siebie. Pojawi się także jako refrenowy temat – starość, wypełniona przykrymi drobiazgami, jedne są bardziej uciążliwe dla otoczenia, inne -dla osoby, która traci swoje dotychczasowe zdolności i przestaje ufać własnemu ciało. Czyli Slavenka Drakulić wcale nie odchodzi daleko od życia i normalności, rejestruje te zjawiska z codzienności, które przynoszą najwięcej rozczarowań i bólu – owszem, możliwego do opanowania i z perspektywy całego życia nie zawsze istotnego, a jednak uporczywego w danym momencie. Ta autorka właśnie takie momenty łapie, pozwala im się rozwinąć w wypełnioną emocjami drobną historię – i pozostawia z tym czytelników, zmuszonych do analizowania własnego stanu uczuciowego.
„O czym nie mówimy” to książka, która wyzwoli silne emocje – ma do tego podstawy. Autorka wyjątkowo celnie szkicuje sytuacje i charaktery, a także odczucia postaci – w efekcie przeżycia z kart opowiadań stają się wręcz namacalne dla odbiorców. Dobrze, jeśli ktoś nie mierzył się z podobnymi wyzwaniami we własnym otoczeniu – dostanie po prostu podgląd tego, co byłoby, gdyby zrealizować czarne scenariusze (prawdopodobne i naturalne). Części odbiorców wspólnota doświadczeń może przypaść do gustu, ale nie ulega wątpliwości, że jest to lektura wymagająca – i wymuszająca na czytelnikach maksymalne skupienie. Nie ma tu fabuł, na których by się można było zatrzymać, rzeczywistość odarta z wyobraźni przestaje być przedmiotem analiz – liczą się wyłącznie odczucia, które nie należą do najprostszych. I chociaż w określonych sytuacjach każdy reaguje po swojemu, Slavenka Drakulić wybiera te motywy, przy których wręcz nie ma miejsca na oryginalne odruchy. Bazuje na stanach czytelnikom doskonale znanych i przez to wiele razy będzie wręcz odsuwać uwagę od literackości na rzecz oceny trafności spostrzeżeń. „O czym nie mówimy” to książka wyjątkowa, która przypadnie do gustu także czytelnikom stroniącym na co dzień od małych form literackich. Jest to popis – ale popis obserwacji umiejętnie przekuwanych na tekst i empatii w jednym. To publikacja, która nie pozostawia nikogo obojętnym – ale ponieważ tak mocno będzie poruszać, warto dawkować ją ostrożnie i przemierzać świat prezentowany przez autorkę z dużą dozą refleksji na temat własnych obaw.
Rozstania
Ta książka boli. Nie będzie wygodną lekturą czytaną do poduszki dla rozrywki, pozostawi po sobie bardzo wyraźne ślady. Odwołuje się bowiem do charakterystycznych lęków społecznych i do sytuacji, które mogą spotkać każdego czytelnika. Chociaż Slavenka Drakulić w „O czym nie mówimy” proponuje zbiór opowiadań, to jednak wydaje się wręcz, że postawiła na migawki wspomnieniowe – jest tak bardzo przekonująca, szczera i brutalna w realizmie. Niemal każda historia jest tu analizą jakiegoś rodzaju cierpienia, traumy czy żałoby – czasem to odchodzenie kogoś cierpiącego na chorobę nowotworową, czasem przygnębiająca szpitalna rzeczywistość podczas pandemii, ból tych, którzy muszą uporać się z rozstaniem albo pożegnać kogoś bliskiego, a czasami po prostu – śmierć miłości w związku lub rozczarowania płynące z oddalania się od siebie. Pojawi się także jako refrenowy temat – starość, wypełniona przykrymi drobiazgami, jedne są bardziej uciążliwe dla otoczenia, inne -dla osoby, która traci swoje dotychczasowe zdolności i przestaje ufać własnemu ciało. Czyli Slavenka Drakulić wcale nie odchodzi daleko od życia i normalności, rejestruje te zjawiska z codzienności, które przynoszą najwięcej rozczarowań i bólu – owszem, możliwego do opanowania i z perspektywy całego życia nie zawsze istotnego, a jednak uporczywego w danym momencie. Ta autorka właśnie takie momenty łapie, pozwala im się rozwinąć w wypełnioną emocjami drobną historię – i pozostawia z tym czytelników, zmuszonych do analizowania własnego stanu uczuciowego.
„O czym nie mówimy” to książka, która wyzwoli silne emocje – ma do tego podstawy. Autorka wyjątkowo celnie szkicuje sytuacje i charaktery, a także odczucia postaci – w efekcie przeżycia z kart opowiadań stają się wręcz namacalne dla odbiorców. Dobrze, jeśli ktoś nie mierzył się z podobnymi wyzwaniami we własnym otoczeniu – dostanie po prostu podgląd tego, co byłoby, gdyby zrealizować czarne scenariusze (prawdopodobne i naturalne). Części odbiorców wspólnota doświadczeń może przypaść do gustu, ale nie ulega wątpliwości, że jest to lektura wymagająca – i wymuszająca na czytelnikach maksymalne skupienie. Nie ma tu fabuł, na których by się można było zatrzymać, rzeczywistość odarta z wyobraźni przestaje być przedmiotem analiz – liczą się wyłącznie odczucia, które nie należą do najprostszych. I chociaż w określonych sytuacjach każdy reaguje po swojemu, Slavenka Drakulić wybiera te motywy, przy których wręcz nie ma miejsca na oryginalne odruchy. Bazuje na stanach czytelnikom doskonale znanych i przez to wiele razy będzie wręcz odsuwać uwagę od literackości na rzecz oceny trafności spostrzeżeń. „O czym nie mówimy” to książka wyjątkowa, która przypadnie do gustu także czytelnikom stroniącym na co dzień od małych form literackich. Jest to popis – ale popis obserwacji umiejętnie przekuwanych na tekst i empatii w jednym. To publikacja, która nie pozostawia nikogo obojętnym – ale ponieważ tak mocno będzie poruszać, warto dawkować ją ostrożnie i przemierzać świat prezentowany przez autorkę z dużą dozą refleksji na temat własnych obaw.
piątek, 22 maja 2026
Hanne Gjerde: Nasz nauczyciel robot
Kropka, Warszawa 2026.
Pułapka
Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.
Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...
Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.
Pułapka
Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.
Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...
Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.
czwartek, 21 maja 2026
Kinga Sroka-Gieparda: Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem
Onepress, Gliwice 2026.
Oswajanie
Sztuczna inteligencja to między innymi narzędzie dla tych wszystkich, którzy chcą sobie ułatwić codzienne zawodowe obowiązki. Umiejętność promptowania staje się w błyskawicznym tempie wręcz wymogiem, żeby nie dać się wyprzedzić konkurencji. Jak na razie podstawowym atutem w korzystaniu z AI okazuje się skrócenie czasu przeznaczonego na tworzenie treści marketingowych i automatyzacja co bardziej niewygodnych zajęć w rodzaju odpowiadania na reklamacje lub wątpliwości klientów. AI pozwala na stworzenie botów zapewniających kontakt z odbiorcami 24 godziny na dobę. Może też ułatwić kampanie w social mediach. Ale żeby do tego dojść, trzeba trochę odwagi w sięganiu po to, co nowe – i dlatego na rynku pojawiają się krótkie, wręcz brykowe, poradniki. „Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem” to książka, w której Kinga Sroka-Gieparda dokonuje podsumowań dostępnych aktualnie na rynku narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji – świadoma, że część z nich może się szybko zdezaktualizować i wówczas książka zostanie po prostu komentarzem i znakiem czasów.
Dla tych wszystkich, którzy trochę gubią się w możliwościach AI – w tym najbardziej podstawowym zakresie – autorka ma zestaw wygodnych wyliczeń i podsumowań. „Marketing przyszłości” to nie książka, którą da się czytać dla rozrywki, tu liczą się dane i spostrzeżenia, a także – podpowiedzi zawodowe. Kolejne rozdziały w tym tomie porządkują narzędzia AI pod kątem ich potencjalnych zastosowań: są modele do generowania treści, modele konwersacyjne, modele wykorzystywane przez informatyków do tworzenia kodów, modele, które tworzą grafiki – i dzięki temu także użytkownikom łatwiej będzie nawigować po książce i od razu dotrzeć do właściwych obszarów sztucznej inteligencji, od razu do tych najbardziej przydatnych elementów i sprawdzić, które z nich – już w ramach zawężonych możliwości – najlepiej odpowiedzą na potrzeby. Podrozdziały w poszczególnych częściach to po prostu rodzaj skrótowej prezentacji możliwości danego narzędzia – wyliczenia cech charakterystycznych, rodzajów zastosowania w marketingu czy „morału dla marketerów”. Każdy rozdział kończy się dwudziestoma przykładowymi promptami dla marketerów – wykorzystującymi konkretny model. I o ile autorka nawołuje na początku do tworzenia jak najbardziej szczegółowych i konkretnych promptów, o tyle w swoich podpowiedziach kieruje się jednak użytecznością, a co za tym idzie – wysokim stopniem uogólnienia, tak, że czytelnicy, którzy faktycznie zechcą się posiłkować tymi wskazówkami, będą musieli i tak dopracować polecenia. Wydaje się też, że nie do końca kreatywnie podchodzi autorka do możliwości zapewnianych przez AI w pracy marketerów – bo najważniejsze punkty do wykorzystania to zwykle posty na media społecznościowe oraz szablony do rozmów z klientami. Ciekawym dodatkiem do książki są zestereotypizowane rozmowy z fachowcami w wybranych dziedzinach – to pokazanie, jak AI już działa na rynku marketingu i jak może zadziałać w najbliższej przyszłości.
Zachęca zatem Kinga Sroka-Gieparda do wykorzystywania nowych możliwości, jakie pojawiają się w zawodzie marketera – i prowadzi czytelników przez potrzebne im podstawy bez zbędnych komentarzy i dodatków. Zależy jej na dotarciu przede wszystkim do odbiorców, którzy nie potrafią samodzielnie wybrać sobie narzędzi do skutecznego działania.
Oswajanie
Sztuczna inteligencja to między innymi narzędzie dla tych wszystkich, którzy chcą sobie ułatwić codzienne zawodowe obowiązki. Umiejętność promptowania staje się w błyskawicznym tempie wręcz wymogiem, żeby nie dać się wyprzedzić konkurencji. Jak na razie podstawowym atutem w korzystaniu z AI okazuje się skrócenie czasu przeznaczonego na tworzenie treści marketingowych i automatyzacja co bardziej niewygodnych zajęć w rodzaju odpowiadania na reklamacje lub wątpliwości klientów. AI pozwala na stworzenie botów zapewniających kontakt z odbiorcami 24 godziny na dobę. Może też ułatwić kampanie w social mediach. Ale żeby do tego dojść, trzeba trochę odwagi w sięganiu po to, co nowe – i dlatego na rynku pojawiają się krótkie, wręcz brykowe, poradniki. „Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem” to książka, w której Kinga Sroka-Gieparda dokonuje podsumowań dostępnych aktualnie na rynku narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji – świadoma, że część z nich może się szybko zdezaktualizować i wówczas książka zostanie po prostu komentarzem i znakiem czasów.
Dla tych wszystkich, którzy trochę gubią się w możliwościach AI – w tym najbardziej podstawowym zakresie – autorka ma zestaw wygodnych wyliczeń i podsumowań. „Marketing przyszłości” to nie książka, którą da się czytać dla rozrywki, tu liczą się dane i spostrzeżenia, a także – podpowiedzi zawodowe. Kolejne rozdziały w tym tomie porządkują narzędzia AI pod kątem ich potencjalnych zastosowań: są modele do generowania treści, modele konwersacyjne, modele wykorzystywane przez informatyków do tworzenia kodów, modele, które tworzą grafiki – i dzięki temu także użytkownikom łatwiej będzie nawigować po książce i od razu dotrzeć do właściwych obszarów sztucznej inteligencji, od razu do tych najbardziej przydatnych elementów i sprawdzić, które z nich – już w ramach zawężonych możliwości – najlepiej odpowiedzą na potrzeby. Podrozdziały w poszczególnych częściach to po prostu rodzaj skrótowej prezentacji możliwości danego narzędzia – wyliczenia cech charakterystycznych, rodzajów zastosowania w marketingu czy „morału dla marketerów”. Każdy rozdział kończy się dwudziestoma przykładowymi promptami dla marketerów – wykorzystującymi konkretny model. I o ile autorka nawołuje na początku do tworzenia jak najbardziej szczegółowych i konkretnych promptów, o tyle w swoich podpowiedziach kieruje się jednak użytecznością, a co za tym idzie – wysokim stopniem uogólnienia, tak, że czytelnicy, którzy faktycznie zechcą się posiłkować tymi wskazówkami, będą musieli i tak dopracować polecenia. Wydaje się też, że nie do końca kreatywnie podchodzi autorka do możliwości zapewnianych przez AI w pracy marketerów – bo najważniejsze punkty do wykorzystania to zwykle posty na media społecznościowe oraz szablony do rozmów z klientami. Ciekawym dodatkiem do książki są zestereotypizowane rozmowy z fachowcami w wybranych dziedzinach – to pokazanie, jak AI już działa na rynku marketingu i jak może zadziałać w najbliższej przyszłości.
Zachęca zatem Kinga Sroka-Gieparda do wykorzystywania nowych możliwości, jakie pojawiają się w zawodzie marketera – i prowadzi czytelników przez potrzebne im podstawy bez zbędnych komentarzy i dodatków. Zależy jej na dotarciu przede wszystkim do odbiorców, którzy nie potrafią samodzielnie wybrać sobie narzędzi do skutecznego działania.
środa, 20 maja 2026
Karen Russell: Antidotum
Znak, Kraków 2026.
Sekrety
Ta opowieść rozpina się na kanwie wydarzeń politycznych i wielkich przyrodniczych katastrof, a jednak kiedy Karen Russell przemierza swoje wyobraźniowe rejony, nie zamęcza czytelników publicystyką, sporo wyjaśnień przeszło do posłowia, bo inaczej czytelnicy uznaliby, że większość książki to wytwór fantazji. Tymczasem ma ona konkretne zakotwiczenie w czasie i miejscu – ale to detal pozbawiony znaczenia z perspektywy wielu czytelników. I tak Karen Russell tworzy książkę, która najsilniej działa jako umiejętnie poprowadzona fikcja. Antidotum to pustynna wiedźma. Jej rolą jest przechowywanie sekretów okolicznych mieszkańców. Wiedźma przejmuje tajemnice i sprawia, że ci, którzy się jej zwierzyli, czują się lżej. Sama bohaterka wcale nie musi przejmować się wagą skojarzeń i wyznań – działa jak medium, a po sesji nie pamięta szczegółów opowieści. Sekrety nie są jej oddawane na zawsze – właściciele w każdej chwili mogą się po nie zgłosić i wtedy, kiedy będą już gotowi na uzupełnienie własnej tożsamości, włożyć w odpowiednie miejsce na traumatyczne wspomnienia – tyle że po czasie już pozbawione przytłaczającej mocy. Kobieta, która snuje opowieść, a przybrała imię Antidotum, uczyła się, jak być wiedźmą – teraz może swoje umiejętności przekazać dalej, przygotowując od zawodu Dell, młodą koszykarkę. W zasadzie Dell sama potrzebuje wsparcia psychologicznego, ale kiedy dowiaduje się, że może odciążyć innych, dąży do tego, żeby przełamać opory Antidotum przed mentorstwem. I wszystko toczyłoby się zgodnie z planem, przerywane ewentualnie konkretnymi opowieściami – gdyby nie natura. Zbliżająca się burza piaskowa niszczy wszystkie sekrety powierzone Antidotum. Nikt z postronnych o tym nie wie i nie może się dowiedzieć – to zachwiałoby układem sił, a wiedźma mogłaby się znaleźć w poważnym niebezpieczeństwie.
To jest powieść w klasycznym stylu, taka, która zaskakuje przenikliwością i kombinacjami w ramach samej konstrukcji. Autorka nie pozwala sobie na błędy ani na uproszczenia, prowadzi czytelników przez to, co tajemnicze, ale czasem też groźne lub wstydliwe. Odwzorowuje mentalność ludzi zmuszonych do radzenia sobie z zadaniami ponad siły – i sprawdza, jak obecność wiedźmy wpływa na ich wybory. Kiedy autorka nie meandruje między życiorysami dwóch najważniejszych bohaterek, przedstawia dalszoplanowych bohaterów – tych, bez których nie byłoby napięcia emocjonalnego. Dokłada odbiorcom jeszcze cały szereg informacji na temat kontekstu społecznego, politycznego czy pogodowego – i to wszystko pozwala spotęgować grozę sytuacji. Niecodzienny pomysł pozwala uwolnić się ze schematów – tu nikt nie znajdzie scenariuszy fabularnych ani myślowych kolein, Karen Russell funduje za to czytelnikom mnóstwo wrażeń za sprawą kibicowania wybranym postaciom. Nie ma tu jednoznacznych ocen i decyzji, w których wszystko układa się samo, nie ma zawierzenia, że ludzie odruchowo wybiorą najlepszą dla siebie drogę – autorka wie, że to mit, posługuje się zatem inną wersją uosobienia kodeksu wartości. Zmusza bohaterów do weryfikowania poglądów i do sprawdzania, czy w sytuacjach granicznych ich postawy ulegną metamorfozie. W tę powieść wpada się od razu – i nie trzeba znać wszystkich szczegółów dotyczących konstrukcji świata, liczy się dokładne prowadzenie pomysłu przez autorkę świadomą roli polifonicznej narracji.
Sekrety
Ta opowieść rozpina się na kanwie wydarzeń politycznych i wielkich przyrodniczych katastrof, a jednak kiedy Karen Russell przemierza swoje wyobraźniowe rejony, nie zamęcza czytelników publicystyką, sporo wyjaśnień przeszło do posłowia, bo inaczej czytelnicy uznaliby, że większość książki to wytwór fantazji. Tymczasem ma ona konkretne zakotwiczenie w czasie i miejscu – ale to detal pozbawiony znaczenia z perspektywy wielu czytelników. I tak Karen Russell tworzy książkę, która najsilniej działa jako umiejętnie poprowadzona fikcja. Antidotum to pustynna wiedźma. Jej rolą jest przechowywanie sekretów okolicznych mieszkańców. Wiedźma przejmuje tajemnice i sprawia, że ci, którzy się jej zwierzyli, czują się lżej. Sama bohaterka wcale nie musi przejmować się wagą skojarzeń i wyznań – działa jak medium, a po sesji nie pamięta szczegółów opowieści. Sekrety nie są jej oddawane na zawsze – właściciele w każdej chwili mogą się po nie zgłosić i wtedy, kiedy będą już gotowi na uzupełnienie własnej tożsamości, włożyć w odpowiednie miejsce na traumatyczne wspomnienia – tyle że po czasie już pozbawione przytłaczającej mocy. Kobieta, która snuje opowieść, a przybrała imię Antidotum, uczyła się, jak być wiedźmą – teraz może swoje umiejętności przekazać dalej, przygotowując od zawodu Dell, młodą koszykarkę. W zasadzie Dell sama potrzebuje wsparcia psychologicznego, ale kiedy dowiaduje się, że może odciążyć innych, dąży do tego, żeby przełamać opory Antidotum przed mentorstwem. I wszystko toczyłoby się zgodnie z planem, przerywane ewentualnie konkretnymi opowieściami – gdyby nie natura. Zbliżająca się burza piaskowa niszczy wszystkie sekrety powierzone Antidotum. Nikt z postronnych o tym nie wie i nie może się dowiedzieć – to zachwiałoby układem sił, a wiedźma mogłaby się znaleźć w poważnym niebezpieczeństwie.
To jest powieść w klasycznym stylu, taka, która zaskakuje przenikliwością i kombinacjami w ramach samej konstrukcji. Autorka nie pozwala sobie na błędy ani na uproszczenia, prowadzi czytelników przez to, co tajemnicze, ale czasem też groźne lub wstydliwe. Odwzorowuje mentalność ludzi zmuszonych do radzenia sobie z zadaniami ponad siły – i sprawdza, jak obecność wiedźmy wpływa na ich wybory. Kiedy autorka nie meandruje między życiorysami dwóch najważniejszych bohaterek, przedstawia dalszoplanowych bohaterów – tych, bez których nie byłoby napięcia emocjonalnego. Dokłada odbiorcom jeszcze cały szereg informacji na temat kontekstu społecznego, politycznego czy pogodowego – i to wszystko pozwala spotęgować grozę sytuacji. Niecodzienny pomysł pozwala uwolnić się ze schematów – tu nikt nie znajdzie scenariuszy fabularnych ani myślowych kolein, Karen Russell funduje za to czytelnikom mnóstwo wrażeń za sprawą kibicowania wybranym postaciom. Nie ma tu jednoznacznych ocen i decyzji, w których wszystko układa się samo, nie ma zawierzenia, że ludzie odruchowo wybiorą najlepszą dla siebie drogę – autorka wie, że to mit, posługuje się zatem inną wersją uosobienia kodeksu wartości. Zmusza bohaterów do weryfikowania poglądów i do sprawdzania, czy w sytuacjach granicznych ich postawy ulegną metamorfozie. W tę powieść wpada się od razu – i nie trzeba znać wszystkich szczegółów dotyczących konstrukcji świata, liczy się dokładne prowadzenie pomysłu przez autorkę świadomą roli polifonicznej narracji.
wtorek, 19 maja 2026
Russell Kane: Jak pies z kotem
Kropka, Warszawa 2026.
Zazdrość
Ten autor doskonale wie, o czym pisze. Dał się poznać jako autor edukacyjnej książki o różnych rasach psów i kotów, teraz wraca z historyjką fabularną o domowych pupilach. „Jak pies z kotem” to krótki i zabawny picture book, który przypomni dzieciom, czym jest zazdrość o nowego członka rodziny. Russell Kane wie, jak przekonać do siebie miłośników czworonogów – nie przez przypadek: prezentowane wydarzenia mógł spokojnie przeżyć, jako wieloletni właściciel i opiekun rozmaitych zwierzaków.
Fabuła tomiku „Jak pies z kotem” jest prosta i przewidywalna, a jednak dzieci będą ją śledzić z zapartym tchem, żeby sprawdzić, jak rozwiąże się problem nieoczekiwany przez ludzi i niemożliwy do rozwiązania na drodze logiki. Dom jak na razie składa się z mamy, taty i Anki – którymi rządzi Tero, kot burmski, wielki, szary, rasowy i dystyngowany. To Tero jest tu najważniejszy, nie ulega wątpliwości. A jednak nikt nie konsultuje z nim najważniejszej decyzji: pewnego dnia w domu pojawia się bardzo słodki i uroczy szczeniak chihuahua, Samson. Samson wyposażony został w wyjątkową broń – torpedujące spojrzenie miłosne. To nim błyskawicznie podbija serca wszystkich w domu. Wszystkich, tylko nie Tero. Kot manifestuje swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby, stara się dać do zrozumienia zwłaszcza odrosłym, że należy się pozbyć intruza.
Sporą część krótkiej opowieści zajmuje analiza obrażenia Tero. Kot jest zły i nie wie, co zrobić – stracił swoją pozycję w domu, teraz wszyscy zachwycają się szczeniakiem. Zazdrość jest wyjątkowo silna i nie pomagają żadne sztuczki szykowane przez domowników. Tero po prostu nie chce zaakceptować nowego towarzysza. Aż w końcu…
Russell Kane przygotowuje odbiorców, którzy chcą poszerzyć grono domowych zwierzaków, na sytuacje nieoczekiwane a prawdopodobne. Jednocześnie wciąga dzieci w ciekawą i zabawną historię o zwierzętach – sprawia, że nawet dzieci, które nie przepadają za ćwiczeniem samodzielnego czytania, tu mogą sobie poradzić. Do tego liczy się analiza emocji i ich przejawów – to coś, co przyciągnie najmłodszych, również czasem poszukujących przewodnika, który wyjaśni im, co dzieje się w ich głowach. Przy tak ważnych tematach w opowieści liczy się tu jeszcze warstwa graficzna (ilustracje: Erica Salcedo) – tam, gdzie nie ma miejsca na humor w tekście, rysunku przejmują dowcip i pokazują czytelnikom komiczne strony sporu. Mimo skrótowości będzie tu zatem bardzo dużo wątków wartych uwagi i przyciągających każdego czytelnika, bez względu na wiek i doświadczenia w opiece nad kapryśnymi zwierzętami. Russell Kane przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niekoniecznie zrozumiałe (a przecież oczywiste) uczucia czworonożnych domowników. Proponuje dzieciom sympatyczną lekturę – w sam raz do szybkiego prześledzenia i do przyjrzenia się temu, co dzieje się w sercach dzieci lub zwierząt, kiedy pojawia się nieoczekiwanie nowy członek rodziny. Warto tę publikację wykorzystać do przeprowadzenia ważnych rozmów z dziećmi – a Russell Kane przypomina, że nie zawsze jest powód do zmartwień, czasami wystarczy po prostu cierpliwość i wyczucie.
Zazdrość
Ten autor doskonale wie, o czym pisze. Dał się poznać jako autor edukacyjnej książki o różnych rasach psów i kotów, teraz wraca z historyjką fabularną o domowych pupilach. „Jak pies z kotem” to krótki i zabawny picture book, który przypomni dzieciom, czym jest zazdrość o nowego członka rodziny. Russell Kane wie, jak przekonać do siebie miłośników czworonogów – nie przez przypadek: prezentowane wydarzenia mógł spokojnie przeżyć, jako wieloletni właściciel i opiekun rozmaitych zwierzaków.
Fabuła tomiku „Jak pies z kotem” jest prosta i przewidywalna, a jednak dzieci będą ją śledzić z zapartym tchem, żeby sprawdzić, jak rozwiąże się problem nieoczekiwany przez ludzi i niemożliwy do rozwiązania na drodze logiki. Dom jak na razie składa się z mamy, taty i Anki – którymi rządzi Tero, kot burmski, wielki, szary, rasowy i dystyngowany. To Tero jest tu najważniejszy, nie ulega wątpliwości. A jednak nikt nie konsultuje z nim najważniejszej decyzji: pewnego dnia w domu pojawia się bardzo słodki i uroczy szczeniak chihuahua, Samson. Samson wyposażony został w wyjątkową broń – torpedujące spojrzenie miłosne. To nim błyskawicznie podbija serca wszystkich w domu. Wszystkich, tylko nie Tero. Kot manifestuje swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby, stara się dać do zrozumienia zwłaszcza odrosłym, że należy się pozbyć intruza.
Sporą część krótkiej opowieści zajmuje analiza obrażenia Tero. Kot jest zły i nie wie, co zrobić – stracił swoją pozycję w domu, teraz wszyscy zachwycają się szczeniakiem. Zazdrość jest wyjątkowo silna i nie pomagają żadne sztuczki szykowane przez domowników. Tero po prostu nie chce zaakceptować nowego towarzysza. Aż w końcu…
Russell Kane przygotowuje odbiorców, którzy chcą poszerzyć grono domowych zwierzaków, na sytuacje nieoczekiwane a prawdopodobne. Jednocześnie wciąga dzieci w ciekawą i zabawną historię o zwierzętach – sprawia, że nawet dzieci, które nie przepadają za ćwiczeniem samodzielnego czytania, tu mogą sobie poradzić. Do tego liczy się analiza emocji i ich przejawów – to coś, co przyciągnie najmłodszych, również czasem poszukujących przewodnika, który wyjaśni im, co dzieje się w ich głowach. Przy tak ważnych tematach w opowieści liczy się tu jeszcze warstwa graficzna (ilustracje: Erica Salcedo) – tam, gdzie nie ma miejsca na humor w tekście, rysunku przejmują dowcip i pokazują czytelnikom komiczne strony sporu. Mimo skrótowości będzie tu zatem bardzo dużo wątków wartych uwagi i przyciągających każdego czytelnika, bez względu na wiek i doświadczenia w opiece nad kapryśnymi zwierzętami. Russell Kane przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niekoniecznie zrozumiałe (a przecież oczywiste) uczucia czworonożnych domowników. Proponuje dzieciom sympatyczną lekturę – w sam raz do szybkiego prześledzenia i do przyjrzenia się temu, co dzieje się w sercach dzieci lub zwierząt, kiedy pojawia się nieoczekiwanie nowy członek rodziny. Warto tę publikację wykorzystać do przeprowadzenia ważnych rozmów z dziećmi – a Russell Kane przypomina, że nie zawsze jest powód do zmartwień, czasami wystarczy po prostu cierpliwość i wyczucie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






