Czytelnik, Warszawa 2026.
Dziennik z przeżycia
Takich dzienników już się dzisiaj nie pisze. A ten też nie powstał dzisiaj, a dekadę temu. Tomasz Jastrun w „Roku Szczura” dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem dotyczącym depresji i nieudanej próby samobójczej, a później – metod na powrót do normalności. Niewielki w gruncie rzeczy tom jest wstrząsającym studium bezradności i najtrudniejszych chwil. Jastrun opowiada o chorobie i związanych z nią zmaganiach z rzeczywistością od środka, z pełną szczerością i bez upiększeń. Prowadzi dziennik, którego nie cenzuruje. Pisze książki i spotyka się z odbiorcami, dzieli się swoimi przemyśleniami na temat depresji jako takiej, ale w tej publikacji przedstawia własne odczucia przetykane codziennością. Tomasz Jastrun – wzorem wielkich literatów z minionych epok – rejestruje odwiedziny ważnych gości, sprawdza, co dzieje się w kraju (szczególną irytację wywołują w nim prawicowe rządy), pisze o telefonach od znajomych i o pomysłach dzieci, a także o książce, którą przygotowuje (bez nadziei na dofinansowanie po tym, jak zmienia się dyrektor jednej z instytucji kultury). Miesza w dzienniku życie zawodowe, prywatne i uczestnictwo w świecie jako takim. I nad tym wszystkim stopniowo rozsnuwa się widmo depresji, na początku bez autodiagnoz i nazywania problemu. Jastrun daje się owładnąć negatywnym myślom, przestaje czerpać satysfakcję z egzystencji, dziwi się, że udaje mu się oddać na czas zamówione teksty – ale wszystko, co dzieje się wokół, przygniata go coraz bardziej i doprowadza do targnięcia się na własne życie. Autor fabularyzuje własną śmierć, pisze wiersz pożegnalny i łyka tabletki – ale publikacja w mediach społecznościowych nie pozostaje bez echa i znajomym udaje się zdążyć z pomocą. Stąd bierze się środkowa część książki, o pobycie w szpitalu. Tu Tomasz Jastrun zastanawia się nad znaczeniem ratowania samobójców, ale o wiele bardziej interesuje go wszystko, co na zewnątrz niego – stąd ciągłe obserwacje, prezentowanie kolejnych pacjentów przewijających się przez szpitalne korytarze, ich absurdalnych często zachowań i symbolicznych wręcz gestów – wszystko staje się tu tworzywem niemal literackim i odciąga myśli od chęci odejścia ze świata. Nawet jeśli w pobliżu pojawiają się inni odratowani, Jastrun tym razem dąży do wyleczenia się, do opanowania wewnętrznego mroku. Rozumie istotę choroby, wie, że przeplata się ona przez jego drzewo genealogiczne i szuka dla siebie ratunku. Po wyjściu ze szpitala odbywa dramatyczne walki – wie doskonale, jak blisko mu do poddania się czarnym myślom, czuje czającą się w pobliżu depresję – i nie chce wracać do tego, co już ledwo przetrwał. Podejmuje decyzje odważne, żeby tylko naprawić swój mózg. A jednocześnie przez cały czas jest bardzo wyczulony na literackość, na sztukę i na potencjał intelektualny czy twórczy kolejnych wydarzeń. Częstuje czytelników codziennością w wymiarze mikro – i buduje narrację, której dzisiaj na rynku się już nie spotyka. Dziennik klasyczny w duchu i mocno aktualny w treści sprawia, że odbiorcy mogą inaczej spojrzeć na dylematy twórców i zastanowić się nad udrękami ludzi cierpiących na depresję.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 23 marca 2026
niedziela, 22 marca 2026
Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna
Onepress, Gliwice 2026.
Relacje
Niewielka to książka, ale sygnowana przez „Harvard Business Review”, co oznacza, że materiały w niej zawarte będą faktycznie przydatne i wysokiej jakości. Wybrano kilka artykułów, które pierwotnie pojawiły się w tym miesięczniku – i ułożono je w sposób, który zapewnia dostęp do najważniejszych informacji w skondensowanej formie. O ile tomy pokonferencyjne są przeważnie napuszone objętościowo i przegadane za sprawą konieczności powtarzania w artykułach naukowych tych samych wiadomości we wprowadzeniach czy podsumowaniach, o tyle w tym wypadku autorzy od razu przechodzą do sedna i pokazują czytelnikom, jak wygląda odpowiedź na postawione w tytule pytanie. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna” to zestaw artykułów, które naświetlają sytuację w pracy w korporacji – ale da się istniejące tu wskazówki rozszerzyć na inne obszary działalności i międzyludzkich kontaktów. Każdy artykuł ma innego autora (powtarza się tylko Amy Gallo), każdy dotyczy zagadnienia ważnego i wartościowego z perspektywy zwyczajnych czytelników, niekoniecznie uwikłanych w toksyczne relacje – ale świadomych ich istnienia w różnych okolicznościach. Ponieważ nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, liczy się stworzenie zbioru przydatnych podpowiedzi, książka może zostać bardzo skondensowana – stanowi rodzaj bryku w relacjach międzyludzkich i ułatwia reagowanie, przynajmniej w wersji modelowej – w okolicznościach, w których zwykle traci się umiejętności skutecznego działania.
I tak Mark Gerzon podpowie, jak rozwiązywać konflikty – nauczy czytelników oceniania temperatury sporu i w zależności od wyniku – odpowiedniego reagowania. Holly Weeks skupi się na stresujących rozmowach, tak, żeby uświadomić czytelnikom, kiedy nie mają szans na porozumienie i co powinni zrobić, jeśli zależy im na konkretnych efektach (tu wprawdzie porusza się po delikatnym terenie, a nie istnieją formułki, które nie brzmiałyby sztucznie w normalnych rozmowach, jednak warto zwrócić uwagę na jej propozycje, żeby poprawić jakość komunikacji i jednocześnie nie łamać reguł rządzących nią w firmie). Dalsza część książki to już konkretyzowanie rodzajów trudnych współpracowników (lub szefów): jedni mogą wprowadzać chaos, wszystko uważając za najpilniejsze, inni stosują pasywną agresję, jeszcze inni wprowadzają niepotrzebny stres albo zachowują się niezgodnie z regułami życia społecznego; na sam koniec wprowadzony zostaje temat nielubianego szefa.
Autorzy sięgają po opracowania psychologiczne, ale wydobywają ich esencję, żeby odbiorcom w krótkiej formie przedstawić najważniejsze odkrycia i przesłania. Muszą postawić na praktyczne umiejętności – i uruchomić w czytelnikach schematy reakcji w stresujących chwilach. Podpowiadają, kiedy odpuścić, a kiedy zdecydować się na radykalne kroki – wszystko w imię zachowania dobrej kondycji psychicznej. Wiadomo, że modelowe przykłady mocno różnią się od zwyczajnego życia, ale w tych artykułach poszukać można inspiracji i podpowiedzi, które dopiero po lekturze wydają się być oczywiste. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi” to publikacja niewielka objętościowo, za to niezmiernie ważna i przydatna w codziennym życiu zawodowym oraz prywatnym – pokazuje najczęściej spotykane problemy i sposoby zaradzenia im bez otoczki zbędnej dla potrzebujących błyskawicznej pomocy.
Relacje
Niewielka to książka, ale sygnowana przez „Harvard Business Review”, co oznacza, że materiały w niej zawarte będą faktycznie przydatne i wysokiej jakości. Wybrano kilka artykułów, które pierwotnie pojawiły się w tym miesięczniku – i ułożono je w sposób, który zapewnia dostęp do najważniejszych informacji w skondensowanej formie. O ile tomy pokonferencyjne są przeważnie napuszone objętościowo i przegadane za sprawą konieczności powtarzania w artykułach naukowych tych samych wiadomości we wprowadzeniach czy podsumowaniach, o tyle w tym wypadku autorzy od razu przechodzą do sedna i pokazują czytelnikom, jak wygląda odpowiedź na postawione w tytule pytanie. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna” to zestaw artykułów, które naświetlają sytuację w pracy w korporacji – ale da się istniejące tu wskazówki rozszerzyć na inne obszary działalności i międzyludzkich kontaktów. Każdy artykuł ma innego autora (powtarza się tylko Amy Gallo), każdy dotyczy zagadnienia ważnego i wartościowego z perspektywy zwyczajnych czytelników, niekoniecznie uwikłanych w toksyczne relacje – ale świadomych ich istnienia w różnych okolicznościach. Ponieważ nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, liczy się stworzenie zbioru przydatnych podpowiedzi, książka może zostać bardzo skondensowana – stanowi rodzaj bryku w relacjach międzyludzkich i ułatwia reagowanie, przynajmniej w wersji modelowej – w okolicznościach, w których zwykle traci się umiejętności skutecznego działania.
I tak Mark Gerzon podpowie, jak rozwiązywać konflikty – nauczy czytelników oceniania temperatury sporu i w zależności od wyniku – odpowiedniego reagowania. Holly Weeks skupi się na stresujących rozmowach, tak, żeby uświadomić czytelnikom, kiedy nie mają szans na porozumienie i co powinni zrobić, jeśli zależy im na konkretnych efektach (tu wprawdzie porusza się po delikatnym terenie, a nie istnieją formułki, które nie brzmiałyby sztucznie w normalnych rozmowach, jednak warto zwrócić uwagę na jej propozycje, żeby poprawić jakość komunikacji i jednocześnie nie łamać reguł rządzących nią w firmie). Dalsza część książki to już konkretyzowanie rodzajów trudnych współpracowników (lub szefów): jedni mogą wprowadzać chaos, wszystko uważając za najpilniejsze, inni stosują pasywną agresję, jeszcze inni wprowadzają niepotrzebny stres albo zachowują się niezgodnie z regułami życia społecznego; na sam koniec wprowadzony zostaje temat nielubianego szefa.
Autorzy sięgają po opracowania psychologiczne, ale wydobywają ich esencję, żeby odbiorcom w krótkiej formie przedstawić najważniejsze odkrycia i przesłania. Muszą postawić na praktyczne umiejętności – i uruchomić w czytelnikach schematy reakcji w stresujących chwilach. Podpowiadają, kiedy odpuścić, a kiedy zdecydować się na radykalne kroki – wszystko w imię zachowania dobrej kondycji psychicznej. Wiadomo, że modelowe przykłady mocno różnią się od zwyczajnego życia, ale w tych artykułach poszukać można inspiracji i podpowiedzi, które dopiero po lekturze wydają się być oczywiste. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi” to publikacja niewielka objętościowo, za to niezmiernie ważna i przydatna w codziennym życiu zawodowym oraz prywatnym – pokazuje najczęściej spotykane problemy i sposoby zaradzenia im bez otoczki zbędnej dla potrzebujących błyskawicznej pomocy.
Gdzie są Bluey i Bingo? Szukaj i znajdź
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawa z Bingo
Takie książeczki do najmłodszych najszybciej docierają – gadżetowe publikacje będące naturalnym efektem medialnego zainteresowania nie potrzebują dodatkowej reklamy. Wszyscy fani niebieskich kwadratowych psów będą zachwyceni, mogąc przedłużyć sobie zabawę z tymi postaciami. „Gdzie są Bluey i Bingo” to tomik, który trafi do najmłodszych i przekona ich nie tylko do skupiania uwagi i wskazywania potrzebnych akurat przedmiotów lub bohaterów na bardzo kolorowych kreskówkowych ilustracjach – ale też do prób poznawania liter, żeby kojarzyć podpisy z odpowiednimi obrazkami. Każda rozkładówka to wielki obrazek i polecenie na marginesie książki. W ramach polecenia odbiorcy otrzymują jedno zdanie wyjaśnienia (nakreślające kontekst, przedstawiające bohaterów lub przypominające, co najbardziej lubią oni robić) – to zdanie dodatkowe, które umacnia więź odbiorców z postaciami z kreskówkowej serii, zbędne w procesie poszukiwań elementów obrazka, ale ważne dla kolorytu lokalnego. Do tego wyliczenie, w którym pojawiają się kolejne elementy dużego rysunku w wersji nazwanej i obrazkowej – małe piktogramy ułatwiają zadanie i pozwalają dzieciom rozwijać słownictwo, na przykład jeśli ktoś nie jest pewny, co to jest marakas, jak wygląda taśma miernicza albo schładzacze do puszek – może wykorzystać rysunkowe podpowiedzi, a przy okazji poszerzyć swój zasób leksykalny. „Gdzie są Bluey i Bingo” to zatem zaproszenie do zabawy na każdej rozkładówce. Blue, Bingo i ich rodzina czy przyjaciele bawią się w najlepsze, na każdym obrazku dzieje się coś innego – bardzo często to nawiązania do sytuacji z kreskówek i do zachowań doskonale znanych małym fanom, więc dzieci będą mogły przypominać sobie ulubione pomysły z kreskówek, albo nabierać ochoty na oglądanie kolejnych odcinków. Zanim to jednak nastąpi, będą działać, żeby odkryć i wskazać wszystkie potrzebne elementy na dużym rysunku. Oczywiście to tomik kierowany do najmłodszych, nie może zatem być tu zbyt wiele szczegółów, jednak dwuwymiarowość ilustracji sprawia, że dość trudno jest wychwycić od razu wszystkie pożądane fragmenty – dzieci będą się musiały skupić i wybrać oglądanie obrazków po kawałku, zwłaszcza że raczej nie zapamiętają wszystkich niezbędnych do wyszukiwania wskazówek i nie będą w stanie zrealizować rozbudowanego zadania za jednym razem. To sprawia, że tomik „Gdzie są Bluey i Bingo” wystarczy na dłużej i pozwoli najmłodszym na radosną zabawę z ulubionymi bohaterami. Gdyby ktoś mimo wszystko miał problemy ze wskazaniem konkretnego przedmiotu, będzie mógł wspomóc się kluczem odpowiedzi zamieszczonym na końcu tomu – najmłodsi jednak raczej zechcą bawić się razem z Blue i Bingo, a przy okazji wkraczać do ich świata i śledzić radosne pomysły. Tak przygotowany tomik stawia na jeden rodzaj łamigłówek, ale nie znudzi się dzieciom dzięki zaproszeniu do świata Bluey.
Zabawa z Bingo
Takie książeczki do najmłodszych najszybciej docierają – gadżetowe publikacje będące naturalnym efektem medialnego zainteresowania nie potrzebują dodatkowej reklamy. Wszyscy fani niebieskich kwadratowych psów będą zachwyceni, mogąc przedłużyć sobie zabawę z tymi postaciami. „Gdzie są Bluey i Bingo” to tomik, który trafi do najmłodszych i przekona ich nie tylko do skupiania uwagi i wskazywania potrzebnych akurat przedmiotów lub bohaterów na bardzo kolorowych kreskówkowych ilustracjach – ale też do prób poznawania liter, żeby kojarzyć podpisy z odpowiednimi obrazkami. Każda rozkładówka to wielki obrazek i polecenie na marginesie książki. W ramach polecenia odbiorcy otrzymują jedno zdanie wyjaśnienia (nakreślające kontekst, przedstawiające bohaterów lub przypominające, co najbardziej lubią oni robić) – to zdanie dodatkowe, które umacnia więź odbiorców z postaciami z kreskówkowej serii, zbędne w procesie poszukiwań elementów obrazka, ale ważne dla kolorytu lokalnego. Do tego wyliczenie, w którym pojawiają się kolejne elementy dużego rysunku w wersji nazwanej i obrazkowej – małe piktogramy ułatwiają zadanie i pozwalają dzieciom rozwijać słownictwo, na przykład jeśli ktoś nie jest pewny, co to jest marakas, jak wygląda taśma miernicza albo schładzacze do puszek – może wykorzystać rysunkowe podpowiedzi, a przy okazji poszerzyć swój zasób leksykalny. „Gdzie są Bluey i Bingo” to zatem zaproszenie do zabawy na każdej rozkładówce. Blue, Bingo i ich rodzina czy przyjaciele bawią się w najlepsze, na każdym obrazku dzieje się coś innego – bardzo często to nawiązania do sytuacji z kreskówek i do zachowań doskonale znanych małym fanom, więc dzieci będą mogły przypominać sobie ulubione pomysły z kreskówek, albo nabierać ochoty na oglądanie kolejnych odcinków. Zanim to jednak nastąpi, będą działać, żeby odkryć i wskazać wszystkie potrzebne elementy na dużym rysunku. Oczywiście to tomik kierowany do najmłodszych, nie może zatem być tu zbyt wiele szczegółów, jednak dwuwymiarowość ilustracji sprawia, że dość trudno jest wychwycić od razu wszystkie pożądane fragmenty – dzieci będą się musiały skupić i wybrać oglądanie obrazków po kawałku, zwłaszcza że raczej nie zapamiętają wszystkich niezbędnych do wyszukiwania wskazówek i nie będą w stanie zrealizować rozbudowanego zadania za jednym razem. To sprawia, że tomik „Gdzie są Bluey i Bingo” wystarczy na dłużej i pozwoli najmłodszym na radosną zabawę z ulubionymi bohaterami. Gdyby ktoś mimo wszystko miał problemy ze wskazaniem konkretnego przedmiotu, będzie mógł wspomóc się kluczem odpowiedzi zamieszczonym na końcu tomu – najmłodsi jednak raczej zechcą bawić się razem z Blue i Bingo, a przy okazji wkraczać do ich świata i śledzić radosne pomysły. Tak przygotowany tomik stawia na jeden rodzaj łamigłówek, ale nie znudzi się dzieciom dzięki zaproszeniu do świata Bluey.
sobota, 21 marca 2026
Amanda Montell: Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności
Czarne, Wołowiec 2026.
Narracje
Czyta się Amandę Montell z zachwytem i przerażeniem równocześnie, a te reakcje wcale się nie wykluczają, bo autorka dokonuje wnikliwej analizy dzisiejszego świata – a właściwie jego obowiązujących powszechnie interpretacji – ale opisuje swoje wnioski językiem, który daleki jest od transparentności i będzie dostarczać czytelnikom mnóstwa satysfakcji. Oczywiście, jeśli ktoś potrafi zdobyć się na dystans i czasami przyznać, że mechanizmy uchwycone przez autorkę stanowią rzeczywisty problem lub źródło frustracji. „Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności” to książka, która obojętnym nikogo nie zostawi, nie ma na to szans – nie przy sporym ładunku emocjonalnym zgrabnie wtopionym w popularyzatorskie wyjaśnienia. Pojawia się tu momentami szalony misz-masz słów i dźwięków, z którego wyłoni się szereg błędów popełnianych najczęściej w ocenie rzeczywistości. Amanda Montell wie doskonale, że człowiek musi budować sobie narracje – inaczej nie poradzi sobie z nadmiarem danych i rozumieniem ich. Szuka zatem najbardziej szokujących czy dziwnych koncepcji, którymi ludzie usiłują zaprowadzić porządek w znanym sobie świecie, pyta o stosunek do ideałów, naświetla zjawiska, które pojawić się na szeroką skalę mogły tak naprawdę dopiero po upowszechnieniu się internetu. Sprawdza, jak ludzie próbują zaczarować swoją rzeczywistość, żeby była chociaż odrobinę mniej nieznośna, sięga po pseudonauki, teorie spiskowe i magiczne sposoby na poprawienie losu. Pyta o funkcjonowanie konsumentów i o układanie sobie relacji miłosnych – za każdym razem podchodzi do tematu tak, żeby zaakcentować najbardziej powszechne pułapki lub starannie maskowane wyzwania zamieniające się w drogi bez wyjścia. Podąża za internetowymi trendami lub clickbaitami, by nakreślić czytelnikom mechanizmy wabiące ich w rejony wcześniej niekoniecznie akceptowane. Żeby przeanalizować wirtualną rzeczywistość, Amanda Montell czasami sięga po tematy nośne, anegdotyczne lub po prostu zabawne same w sobie, a znacznie częściej decyduje się na ujawnienie swojego udziału w danej kwestii. „Wiek magicznego myślenia” to w sporej części książka autobiograficzna, wykorzystanie własnej codzienności jako przestrogi dla innych, równie naiwnych czy idealistycznie nastawionych. Amanda Montell dzieli się z czytelnikami i konsekwencjami swoich terapii, i doświadczeniami z życia wziętymi – dzięki temu może stać się bardziej wiarygodna w błyskawicznym tempie i przejść do sedna komentarzy już bez konieczności udowadniania swoich kompetencji. Zawiązuje z czytelnikami relację niepowtarzalną – sprowadzającą się do przewodnictwa i wytyczania szlaków – a jednocześnie osobistą i wypełnioną prywatnymi lękami. To wszystko sprawia, że autorka ma szansę odnieść duży sukces, a na pewno zyskać fanów wśród nowych czytelników. „Wiek magicznego myślenia” to zestaw esejów, które naświetlają czytelnikom zasady działania charakterystycznych dla czasów rozwiązań – i które nie poddają się prostym odczytaniom. Tu nie liczy się tylko wiedza wyniesiona z bezpośrednich wyjaśnień, tu olbrzymie znaczenie ma jakość warstwy tekstowej, humor i prywatność. Amanda Montell nie tylko pisze o zjawiskach – sama tworzy i wpisuje się w zestaw ludzi kreujących rzeczywistość, którą chce uchwycić. Warto.
Narracje
Czyta się Amandę Montell z zachwytem i przerażeniem równocześnie, a te reakcje wcale się nie wykluczają, bo autorka dokonuje wnikliwej analizy dzisiejszego świata – a właściwie jego obowiązujących powszechnie interpretacji – ale opisuje swoje wnioski językiem, który daleki jest od transparentności i będzie dostarczać czytelnikom mnóstwa satysfakcji. Oczywiście, jeśli ktoś potrafi zdobyć się na dystans i czasami przyznać, że mechanizmy uchwycone przez autorkę stanowią rzeczywisty problem lub źródło frustracji. „Wiek magicznego myślenia. Opowieść o współczesnej irracjonalności” to książka, która obojętnym nikogo nie zostawi, nie ma na to szans – nie przy sporym ładunku emocjonalnym zgrabnie wtopionym w popularyzatorskie wyjaśnienia. Pojawia się tu momentami szalony misz-masz słów i dźwięków, z którego wyłoni się szereg błędów popełnianych najczęściej w ocenie rzeczywistości. Amanda Montell wie doskonale, że człowiek musi budować sobie narracje – inaczej nie poradzi sobie z nadmiarem danych i rozumieniem ich. Szuka zatem najbardziej szokujących czy dziwnych koncepcji, którymi ludzie usiłują zaprowadzić porządek w znanym sobie świecie, pyta o stosunek do ideałów, naświetla zjawiska, które pojawić się na szeroką skalę mogły tak naprawdę dopiero po upowszechnieniu się internetu. Sprawdza, jak ludzie próbują zaczarować swoją rzeczywistość, żeby była chociaż odrobinę mniej nieznośna, sięga po pseudonauki, teorie spiskowe i magiczne sposoby na poprawienie losu. Pyta o funkcjonowanie konsumentów i o układanie sobie relacji miłosnych – za każdym razem podchodzi do tematu tak, żeby zaakcentować najbardziej powszechne pułapki lub starannie maskowane wyzwania zamieniające się w drogi bez wyjścia. Podąża za internetowymi trendami lub clickbaitami, by nakreślić czytelnikom mechanizmy wabiące ich w rejony wcześniej niekoniecznie akceptowane. Żeby przeanalizować wirtualną rzeczywistość, Amanda Montell czasami sięga po tematy nośne, anegdotyczne lub po prostu zabawne same w sobie, a znacznie częściej decyduje się na ujawnienie swojego udziału w danej kwestii. „Wiek magicznego myślenia” to w sporej części książka autobiograficzna, wykorzystanie własnej codzienności jako przestrogi dla innych, równie naiwnych czy idealistycznie nastawionych. Amanda Montell dzieli się z czytelnikami i konsekwencjami swoich terapii, i doświadczeniami z życia wziętymi – dzięki temu może stać się bardziej wiarygodna w błyskawicznym tempie i przejść do sedna komentarzy już bez konieczności udowadniania swoich kompetencji. Zawiązuje z czytelnikami relację niepowtarzalną – sprowadzającą się do przewodnictwa i wytyczania szlaków – a jednocześnie osobistą i wypełnioną prywatnymi lękami. To wszystko sprawia, że autorka ma szansę odnieść duży sukces, a na pewno zyskać fanów wśród nowych czytelników. „Wiek magicznego myślenia” to zestaw esejów, które naświetlają czytelnikom zasady działania charakterystycznych dla czasów rozwiązań – i które nie poddają się prostym odczytaniom. Tu nie liczy się tylko wiedza wyniesiona z bezpośrednich wyjaśnień, tu olbrzymie znaczenie ma jakość warstwy tekstowej, humor i prywatność. Amanda Montell nie tylko pisze o zjawiskach – sama tworzy i wpisuje się w zestaw ludzi kreujących rzeczywistość, którą chce uchwycić. Warto.
piątek, 20 marca 2026
Jennifer Lynn Barnes: Love story tak i wspak
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Uzdrawianie
To zdecydowanie powieść young adult dla tych, którzy znają świat z The Inheritance Games, dodatek do głównego nurtu – drobna historia, która rozgrywa się zupełnie na marginesie wydarzeń, ale niesie z sobą wielkie pokłady emocji. Bohaterowie to Hannah i Toby, zwany Harrym. Oboje po przejściach, oboje z rodzin, które nie wybaczają. U Hannah to handlarze narkotyków, mafia trzymająca wszystkich w szachu. U Toby’ego – majętni i wpływowi rodzice. Ci dwoje nigdy by się ze sobą nie zetknęli, gdyby nie tragiczny wypadek na wyspie. Chociaż bogate dzieciaki chciały się zemścić i zniszczyć coś, co do nich nie należało, sprawiły, że życie stracił ktoś, kto nie powinien był ucierpieć. Teraz prawda nie może wyjść na jaw – a jedyny ocalały z katastrofy, Toby, trafia w ręce siostry zmarłej dziewczyny. Hannah jest pozbawiona sentymentów, nie lubi być od nikogo zależna, a do tego ma wszelkie powody, żeby trzymać się z daleka od Toby’ego. Jednak kiedy rybak wyławia go z wody i alarmuje Hannah, pewne jest jedno: nie można wzywać policji ani pogotowia, Hannah – ucząca się na pielęgniarkę i wiele razy opatrująca rany swoich krewnych – musi dać sobie radę bez pomocy. Opiekuje się Tobym, pielęgnuje go, opatruje mu rany i podejmuje grę, którą inauguruje zakochany w niej coraz bardziej mężczyzna.
Chociaż Jennifer Lynn Barnes opiera się na schemacie enemies to lovers, wybiera bardzo trudną drogę do chwilowego spełnienia, a w dodatku stosuje pewien skrót, który pozwoli poznać losy postaci już po ich najważniejszym spotkaniu. Żadnego „żyli długo i szczęśliwie” po tej historii spodziewać się nie można z prostego powodu: tu nie da się przezwyciężyć pewnych ograniczeń i barier. Opowieści są dwie: ta z perspektywy Hannah pozwala na zrozumienie stworzonych barier i rozwiązywanie zagadek (łamanie szyfrów). Ta z perspektywy Toby’ego naświetla relację między Hannah i starym rybakiem – buduje więc pomost między właściwym nurtem narracji – i dokłada wątek miłosny, chociaż trochę trudny do podchwycenia. Toby zakochuje się szybko, mocno i bez ważniejszych powodów, autorka lepsza jest w tworzeniu zagadek niż w psychologicznych aspektach związku. Dwie narracje umożliwiają także powiedzenie, co stanie się później – kiedy już nie będzie możliwe prowadzenie podwójnej opowieści.
„Love story tak i wspak” to książka, w której silne emocje mają zapewnić odbiorczyniom więcej wrażeń niż schematyczna relacja miłosna – ale Jennifer Lynn Barnes wie doskonale, że jej atutem jest tworzenie sensacyjnych fabuł i tego się na szczęście trzyma. Funduje bohaterom huśtawkę emocjonalną i mnóstwo niepewności, zmusza ich do przekraczania własnych barier i do pokonywania kolejnych trudności. Jest w tym bezkompromisowa – i dlatego może zwrócić na siebie uwagę szerokiego grona odbiorców. Ta powieść ma w sobie silną dramaturgię, a w dodatku toczy się dość nieprzewidywalnie – widać też kotwice, którymi autorka zapewnia sobie nawiązania do The Inheritance Games.
Uzdrawianie
To zdecydowanie powieść young adult dla tych, którzy znają świat z The Inheritance Games, dodatek do głównego nurtu – drobna historia, która rozgrywa się zupełnie na marginesie wydarzeń, ale niesie z sobą wielkie pokłady emocji. Bohaterowie to Hannah i Toby, zwany Harrym. Oboje po przejściach, oboje z rodzin, które nie wybaczają. U Hannah to handlarze narkotyków, mafia trzymająca wszystkich w szachu. U Toby’ego – majętni i wpływowi rodzice. Ci dwoje nigdy by się ze sobą nie zetknęli, gdyby nie tragiczny wypadek na wyspie. Chociaż bogate dzieciaki chciały się zemścić i zniszczyć coś, co do nich nie należało, sprawiły, że życie stracił ktoś, kto nie powinien był ucierpieć. Teraz prawda nie może wyjść na jaw – a jedyny ocalały z katastrofy, Toby, trafia w ręce siostry zmarłej dziewczyny. Hannah jest pozbawiona sentymentów, nie lubi być od nikogo zależna, a do tego ma wszelkie powody, żeby trzymać się z daleka od Toby’ego. Jednak kiedy rybak wyławia go z wody i alarmuje Hannah, pewne jest jedno: nie można wzywać policji ani pogotowia, Hannah – ucząca się na pielęgniarkę i wiele razy opatrująca rany swoich krewnych – musi dać sobie radę bez pomocy. Opiekuje się Tobym, pielęgnuje go, opatruje mu rany i podejmuje grę, którą inauguruje zakochany w niej coraz bardziej mężczyzna.
Chociaż Jennifer Lynn Barnes opiera się na schemacie enemies to lovers, wybiera bardzo trudną drogę do chwilowego spełnienia, a w dodatku stosuje pewien skrót, który pozwoli poznać losy postaci już po ich najważniejszym spotkaniu. Żadnego „żyli długo i szczęśliwie” po tej historii spodziewać się nie można z prostego powodu: tu nie da się przezwyciężyć pewnych ograniczeń i barier. Opowieści są dwie: ta z perspektywy Hannah pozwala na zrozumienie stworzonych barier i rozwiązywanie zagadek (łamanie szyfrów). Ta z perspektywy Toby’ego naświetla relację między Hannah i starym rybakiem – buduje więc pomost między właściwym nurtem narracji – i dokłada wątek miłosny, chociaż trochę trudny do podchwycenia. Toby zakochuje się szybko, mocno i bez ważniejszych powodów, autorka lepsza jest w tworzeniu zagadek niż w psychologicznych aspektach związku. Dwie narracje umożliwiają także powiedzenie, co stanie się później – kiedy już nie będzie możliwe prowadzenie podwójnej opowieści.
„Love story tak i wspak” to książka, w której silne emocje mają zapewnić odbiorczyniom więcej wrażeń niż schematyczna relacja miłosna – ale Jennifer Lynn Barnes wie doskonale, że jej atutem jest tworzenie sensacyjnych fabuł i tego się na szczęście trzyma. Funduje bohaterom huśtawkę emocjonalną i mnóstwo niepewności, zmusza ich do przekraczania własnych barier i do pokonywania kolejnych trudności. Jest w tym bezkompromisowa – i dlatego może zwrócić na siebie uwagę szerokiego grona odbiorców. Ta powieść ma w sobie silną dramaturgię, a w dodatku toczy się dość nieprzewidywalnie – widać też kotwice, którymi autorka zapewnia sobie nawiązania do The Inheritance Games.
czwartek, 19 marca 2026
Dan Moore: Zbrodnia w Zatoce Enigmy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Śledztwa dla dzieci
Nie jest to książka dla ludzi, którzy lubią się nudzić, wręcz przeciwnie. Każdy rozdział to odrębna zagadka, która została złożona z kilku innych, mniejszych wyzwań dla spostrzegawczych. A ponieważ atmosfera jest wakacyjna, stanowi ona potężny kontrast z problemem. W Zatoce Enigmy nie da się odpocząć – chociaż to miejsce specjalnie do tego celu stworzone. Nie da się odpocząć, skoro morze wyrzuciło na plażę zwłoki. Czworo bohaterów – Ben, Emily i Harold wspomagani przez nową znajomą, Camille, ma do rozwiązania sporo spraw o większym lub mniejszym stopniu trudności. Muszą połączyć siły i przygotować się na spory intelektualny wysiłek – tylko tak uda im się rozwiązać zagadki i doprowadzić do złapania sprawcy. Dan Moore nie zamierza przed czasem odsłaniać kart – trzeba będzie podążać wskazaną przez niego drogą i cierpliwie podchodzić do kolejnych zadań. Oczywiście można traktować tę książkę po prostu jako zbiór łamigłówek, ale lepiej dać się poprowadzić enigmatycznej opowieści, narracji, która spaja zadania logiczne i nadaje im dodatkowy sens (a odbiorcom – motywację do rozwiązywania ich).
Wiele tu zagadek bazujących na ilustracjach, chociaż książka ma młodzieżowy charakter i wydana jest niemal jak powieść, a nie jak zbiór kreatywnych ćwiczeń. Liczy się jednak zestaw porównywanek, rebusów, szyfrów oraz testów na inteligencję, tak, żeby jak najpełniej wykorzystywać możliwości zapewniane przez gatunek. Im dalej w opowieści, tym częściej będą się pojawiać zagadki literowe i liczbowe, diagramy i plansze do gier a la sudoku – zwiększy się przez to stopień trudności i automatycznie zaawansowania. Dla czytelników wprawionych już w rozwiązywaniu łamigłówek nie będzie to straszne, raczej ucieszy – ale znów ze względu na rosnący poziom trudności warto przechodzić przez tę książkę linearnie. Za każdym razem mamy do czynienia z osobną opowieścią rozdzieloną na drobne części. Najpierw wprowadzenie, następnie – zagadka oparta o tekst przedstawiony odbiorcom. Kolejne części w ramach poszczególnych rozdziałów wiążą się ze sobą, więc warto podążać za autorem. Zdarza się, że uzyskane w pewnym momencie informacje mogą się przydać w kolejnym kroku. Fabularnie autor robi wiele, żeby skusić młodych odbiorców wizją uczestniczenia w prawdziwym śledztwie – będą tu zatem funkcjonariusze i prawdziwe niebezpieczeństwa, będą tematy rodem z powieści kryminalno-sensacyjnych dla dorosłych. Dzięki temu nawet najbardziej banalne z pozoru zadania zamienią się w wielką przygodę. Dzieci uczestniczą tu w wydarzeniach mrożących krew w żyłach, a ponieważ to od nich zależy schwytanie mordercy – będą musiały się mocno wysilić, żeby akcja nie spaliła na panewce. Dan Moore znalazł sposób na to, żeby zachęcić młodych czytelników do wysiłku umysłowego i żeby rozwijać ich umiejętności. Co ciekawe, forma pozwala tu na wykorzystanie zupełnie klasycznych rozrywek – tyle że nadaje im nowy ton, zmienia się przez to podejście do ćwiczeń i motywacja dla odbiorców. Teraz można się przyłączyć do akcji kryminalnej, a to znaczy, że warto podjąć wyzwanie.
Śledztwa dla dzieci
Nie jest to książka dla ludzi, którzy lubią się nudzić, wręcz przeciwnie. Każdy rozdział to odrębna zagadka, która została złożona z kilku innych, mniejszych wyzwań dla spostrzegawczych. A ponieważ atmosfera jest wakacyjna, stanowi ona potężny kontrast z problemem. W Zatoce Enigmy nie da się odpocząć – chociaż to miejsce specjalnie do tego celu stworzone. Nie da się odpocząć, skoro morze wyrzuciło na plażę zwłoki. Czworo bohaterów – Ben, Emily i Harold wspomagani przez nową znajomą, Camille, ma do rozwiązania sporo spraw o większym lub mniejszym stopniu trudności. Muszą połączyć siły i przygotować się na spory intelektualny wysiłek – tylko tak uda im się rozwiązać zagadki i doprowadzić do złapania sprawcy. Dan Moore nie zamierza przed czasem odsłaniać kart – trzeba będzie podążać wskazaną przez niego drogą i cierpliwie podchodzić do kolejnych zadań. Oczywiście można traktować tę książkę po prostu jako zbiór łamigłówek, ale lepiej dać się poprowadzić enigmatycznej opowieści, narracji, która spaja zadania logiczne i nadaje im dodatkowy sens (a odbiorcom – motywację do rozwiązywania ich).
Wiele tu zagadek bazujących na ilustracjach, chociaż książka ma młodzieżowy charakter i wydana jest niemal jak powieść, a nie jak zbiór kreatywnych ćwiczeń. Liczy się jednak zestaw porównywanek, rebusów, szyfrów oraz testów na inteligencję, tak, żeby jak najpełniej wykorzystywać możliwości zapewniane przez gatunek. Im dalej w opowieści, tym częściej będą się pojawiać zagadki literowe i liczbowe, diagramy i plansze do gier a la sudoku – zwiększy się przez to stopień trudności i automatycznie zaawansowania. Dla czytelników wprawionych już w rozwiązywaniu łamigłówek nie będzie to straszne, raczej ucieszy – ale znów ze względu na rosnący poziom trudności warto przechodzić przez tę książkę linearnie. Za każdym razem mamy do czynienia z osobną opowieścią rozdzieloną na drobne części. Najpierw wprowadzenie, następnie – zagadka oparta o tekst przedstawiony odbiorcom. Kolejne części w ramach poszczególnych rozdziałów wiążą się ze sobą, więc warto podążać za autorem. Zdarza się, że uzyskane w pewnym momencie informacje mogą się przydać w kolejnym kroku. Fabularnie autor robi wiele, żeby skusić młodych odbiorców wizją uczestniczenia w prawdziwym śledztwie – będą tu zatem funkcjonariusze i prawdziwe niebezpieczeństwa, będą tematy rodem z powieści kryminalno-sensacyjnych dla dorosłych. Dzięki temu nawet najbardziej banalne z pozoru zadania zamienią się w wielką przygodę. Dzieci uczestniczą tu w wydarzeniach mrożących krew w żyłach, a ponieważ to od nich zależy schwytanie mordercy – będą musiały się mocno wysilić, żeby akcja nie spaliła na panewce. Dan Moore znalazł sposób na to, żeby zachęcić młodych czytelników do wysiłku umysłowego i żeby rozwijać ich umiejętności. Co ciekawe, forma pozwala tu na wykorzystanie zupełnie klasycznych rozrywek – tyle że nadaje im nowy ton, zmienia się przez to podejście do ćwiczeń i motywacja dla odbiorców. Teraz można się przyłączyć do akcji kryminalnej, a to znaczy, że warto podjąć wyzwanie.
środa, 18 marca 2026
Sandor Marai: Csutora. Psia powieść
Czytelnik, Warszawa 2026.
Inna perspektywa
Powraca na rynek ta powieść, która – zupełnie niesłusznie – jest w twórczości Sandora Maraiego odsuwana na margines. „Csutora. Psia powieść” nie ma w sobie bowiem nic naiwnego, a jej fabuła może wstrząsnąć czytelnikami. Na początku autor może przyciągnąć czytelników zmianą perspektywy. Narrator traktuje bowiem ludzkich bohaterów z niemal psiej perspektywy i to jeszcze zanim jakikolwiek czworonóg pojawi się na horyzoncie. Mamy „pana” i „panią” – a relacja między nimi wymusza wręcz określone reakcje czy zachowania. To pan wpada na pomysł, żeby zrobić pani prezent – chociaż wyrażona bezpośrednio umowa głosi, że święta mają przejść bez upominków, pan wie, że to tylko gra, że powinien wymyślić coś, co nie będzie odczytane jako lekceważenie (czy po prostu podporządkowanie się zasadom ustalonym w domu) – kierowany przedziwnym impulsem kieruje się do ulicznego sprzedawcy i nabywa od niego pudla (przynajmniej – według słów owego handlarza, bo żadnego dokumentu ani rodowodu nie jest on w stanie przedstawić). Tak Csutora trafia do domu, w którym jest traktowany trochę jako zabawka, a trochę jak kuriozum, zaskakuje swoich właścicieli kolejnymi zachowaniami i zmusza ich, by skoncentrowali się nie na własnych sprawach, a na rządach psiej osobowości. Csutora czasami budzi zachwyty, czasami jednak – i to już niepokojące – męczy swoją obecnością i instynktem. Tu nie będzie rozczulania się nad rozmaitymi pomysłami zwierzęcia. Jego inteligencja jest przedmiotem analiz, ale nie prowadzi do wylewu bezgranicznej miłości w narracji. Csutora to mimo wszystko indywidualista, który może i potrafi skupić na sobie uwagę właścicieli, ale nie zbuduje z nimi ostatecznej więzi charakterystycznej dla wszystkich rozpieszczanych nad miarę czworonogów. Autor prowadzi czytelników aż do szokującej sceny walki, w której dwa samce ścierają się ze sobą i omal nie pozbawiają życia – żeby naświetlić w finale konkretne uczucie żywione do psa.
„Csutora” to książka, która do dzisiaj może budzić żywe emocje, chociaż zapewne diametralnie inne niż w czasach, w których powstała – ale tu dystans czasowy pozwala tylko na naruszanie schematów społecznych i na przypominanie odbiorcom, jak obecnie traktuje się domowych pupili. Marai decyduje się na przedstawienie relacji pozbawionej stereotypowych naleciałości, szuka sposobu na wyrażenie podziwu i przywiązania – żeby nie stracić przy tym literackiego potencjału. „Csutora” to miniatura literacka, ale o wielkiej sile rażenia, książka, w której wielu czytelników będzie mogło odkryć ślady tęsknot i wzruszeń. Psia historia staje się punktem wyjścia do rozważań o człowieczeństwie – a samo zwierzę nie jest w stanie zinfantylizować tekstu. Sandor Marai zapewnia czytelnikom wyraziste przesłanie i prowadzi do refleksji nad losem zwierząt. Oczywiście czytelnicy otrzymują tu kawał klasyki w nowym przekładzie – będzie to zatem znakomita okazja do uzupełnienia biblioteczek o pozycję ważną i niepowtarzalną.
Inna perspektywa
Powraca na rynek ta powieść, która – zupełnie niesłusznie – jest w twórczości Sandora Maraiego odsuwana na margines. „Csutora. Psia powieść” nie ma w sobie bowiem nic naiwnego, a jej fabuła może wstrząsnąć czytelnikami. Na początku autor może przyciągnąć czytelników zmianą perspektywy. Narrator traktuje bowiem ludzkich bohaterów z niemal psiej perspektywy i to jeszcze zanim jakikolwiek czworonóg pojawi się na horyzoncie. Mamy „pana” i „panią” – a relacja między nimi wymusza wręcz określone reakcje czy zachowania. To pan wpada na pomysł, żeby zrobić pani prezent – chociaż wyrażona bezpośrednio umowa głosi, że święta mają przejść bez upominków, pan wie, że to tylko gra, że powinien wymyślić coś, co nie będzie odczytane jako lekceważenie (czy po prostu podporządkowanie się zasadom ustalonym w domu) – kierowany przedziwnym impulsem kieruje się do ulicznego sprzedawcy i nabywa od niego pudla (przynajmniej – według słów owego handlarza, bo żadnego dokumentu ani rodowodu nie jest on w stanie przedstawić). Tak Csutora trafia do domu, w którym jest traktowany trochę jako zabawka, a trochę jak kuriozum, zaskakuje swoich właścicieli kolejnymi zachowaniami i zmusza ich, by skoncentrowali się nie na własnych sprawach, a na rządach psiej osobowości. Csutora czasami budzi zachwyty, czasami jednak – i to już niepokojące – męczy swoją obecnością i instynktem. Tu nie będzie rozczulania się nad rozmaitymi pomysłami zwierzęcia. Jego inteligencja jest przedmiotem analiz, ale nie prowadzi do wylewu bezgranicznej miłości w narracji. Csutora to mimo wszystko indywidualista, który może i potrafi skupić na sobie uwagę właścicieli, ale nie zbuduje z nimi ostatecznej więzi charakterystycznej dla wszystkich rozpieszczanych nad miarę czworonogów. Autor prowadzi czytelników aż do szokującej sceny walki, w której dwa samce ścierają się ze sobą i omal nie pozbawiają życia – żeby naświetlić w finale konkretne uczucie żywione do psa.
„Csutora” to książka, która do dzisiaj może budzić żywe emocje, chociaż zapewne diametralnie inne niż w czasach, w których powstała – ale tu dystans czasowy pozwala tylko na naruszanie schematów społecznych i na przypominanie odbiorcom, jak obecnie traktuje się domowych pupili. Marai decyduje się na przedstawienie relacji pozbawionej stereotypowych naleciałości, szuka sposobu na wyrażenie podziwu i przywiązania – żeby nie stracić przy tym literackiego potencjału. „Csutora” to miniatura literacka, ale o wielkiej sile rażenia, książka, w której wielu czytelników będzie mogło odkryć ślady tęsknot i wzruszeń. Psia historia staje się punktem wyjścia do rozważań o człowieczeństwie – a samo zwierzę nie jest w stanie zinfantylizować tekstu. Sandor Marai zapewnia czytelnikom wyraziste przesłanie i prowadzi do refleksji nad losem zwierząt. Oczywiście czytelnicy otrzymują tu kawał klasyki w nowym przekładzie – będzie to zatem znakomita okazja do uzupełnienia biblioteczek o pozycję ważną i niepowtarzalną.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






