* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 26 kwietnia 2026

Arttu Unkari: Tataman i eksplodująca kupa

Kropka, Warszawa 2026.

Sedesowe śledztwo

Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.

Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.

sobota, 25 kwietnia 2026

Lars Saabye Christensen: Beatlesi

Marginesy, Warszawa 2026.

Muzyka

Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.

To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.

piątek, 24 kwietnia 2026

Paulina Nachman: Najbardziej zakręcone labirynty

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026

Drogi

Paulina Nachman dołącza do autorów łamigłówek opartych na labiryntach – jej „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która dostarcza dzieciom rozrywki i zachęca je do trenowania małej motoryki (przez wyznaczanie tras) oraz uważności (przez śledzenie kolejnych torów). Przygotowuje autorka mnóstwo zagadek i zadań, w których bohaterów poznaje się tylko na jeden raz – i tylko po to, żeby pomóc im przejść trudną drogę bezpiecznie do celu. Niczego więcej nie potrzeba – wystarczy wiedzieć, jak funkcjonują labirynty i jak się to rozwiązuje. Autorka bawi się kształtami – proponuje labirynty wpisane w okrąg albo takie prostokątne, dopasowane wielkością do strony, więc spore z perspektywy najmłodszych. Czasami stawia na nieforemne kształty, a czasami w ogóle rezygnuje z granic i udaje, że odbiorcy zostali wtrąceni po prostu w jeden z fragmentów mocno rozbudowanego świata. Niektóre labirynty będą wykorzystywały naturę – kluczenie między drzewami albo meandrowanie razem z rzeką to wyzwanie dla dzieci. Autorki nic nie ogranicza, co oznacza, że raz wyśle odbiorców w kosmos, raz zmusi ich do przechodzenia między kaktusami, a raz – między śpiącymi meduzami i wielorybami. Bawi się doskonale i sprawia, że do labiryntów bez trudu przekonają się najmłodsi. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, mogą sprawdzić rozwiązania na końcu książki – ale znacznie lepiej będzie próbować do skutku i przechodzić kolejne trasy samodzielnie. To rozwija nie tylko umiejętności, ale też wyobraźnię. Paulina Nachman wie doskonale, że w labiryntach nie trzeba nic więcej niż zaznaczenie startu i mety, ale decyduje się od czasu do czasu na dodawanie krótkich jednozdaniowych komentarzy – poleceń albo przestróg po to, żeby dzieci zorientowały się, jakie w danym labiryncie są zagrożenia, albo kto potrzebuje pomocy (i jakiego rodzaju).

Kolejne obrazki są tu bardzo przyjemne – mnóstwo zwierząt, mnóstwo schodów i drabin, ale też wyzwania rodem z wyobraźni, umożliwiające wręcz tworzenie własnych historii na bazie stworzonych mapek. Dla dzieci będzie to okazja do wymyślania bajek – i ruszania na pomoc ich bohaterom. „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która wcale nie ma być oryginalna – wykorzystuje modę na klasyczną rozrywkę – ale może stać się popisem twórczym autorki i próbą zachęcenia dzieci do sięgania po zabawy z dala od komputera. Jest tu całe mnóstwo propozycji i każdy znajdzie odpowiednie dla siebie wyzwania, tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć, a dobrze bawić. Labirynty to zabawa ponadczasowa i lubiana przez wielkie grono maluchów – w związku z tym ta książka na rynku bez trudu znajdzie swoje miejsce. Dzieci przekonają się błyskawicznie, że warto zaufać tej autorce i bawić się w kolejnych korytarzach i schematach. Jest tu bardzo kolorowo i przyjemnie dla oka, ilustracje zostały wykonane tak, żeby nie odciągać uwagi od samych zadań, ale też żeby można je było podziwiać.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Huub Buijssen: Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny

Mando, Kraków 2026.

Mrok

Huub Buijssen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że depresja staje się chorobą cywilizacyjną i coraz bardziej rozpowszechnioną – a ponieważ rośnie świadomość społeczna, ludzie chcą się dowiedzieć na przykład, jak pomóc swoim cierpiącym bliskim – albo jak zachowywać się w obliczu kogoś, kto ma diagnozę, leczy się, a przecież nie może rezygnować z kontaktu z innymi. I chociaż na rynku sporo jest publikacji psychologicznych ujmujących zagadnienie depresji z perspektywy naukowej lub popularnonaukowej, Buijssen wybiera inną drogę – decyduje się na przedstawianie porad i wskazówek dla ludzi, którzy potrzebują wsparcia po to, żeby zapewnić takie wsparcie chorym.

„Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny” to zatem książka wolna od typowych zagrań psychologów piszących publikacje dla masowych odbiorców – skoncentrowana jest na niesieniu pomocy. Co ciekawe, czytelnicy zostaną na początku ostrzeżeni, że tematy kolejnych rozdziałów mogą wywoływać przygnębienie lub chwilowy spadek nastroju – i że warto mieć to na uwadze podczas lektury. Ponieważ bliscy cierpiących na depresję są już i tak narażeni na niekoniecznie krzepiące sytuacje, z pewnością potrzebują takiego wsparcia – wstęp uświadamia im, że nie zostaną sami z problemem. Co ciekawe, Huub Buijssen zajmuje się przede wszystkim tym, co odbiorcy dostrzegają. Podsuwa zestaw sygnałów alarmowych – wydarzeń i zachowań, które pokazują, że należy udać się po pomoc do specjalisty. Analizuje sytuacje jednoznaczne, ale też te, w których trzeba mieć już konkretną wiedzę, żeby właściwie ocenić postawy innych. Ma w tym dużą wprawę – książka napisana jest prostym językiem, ale wypełniona sensownymi uwagami, takimi, które bezpośrednio przekładają się na codzienność odbiorców. Autor w ogóle zakłada, że nie pisze dla samych chorych, a dla ich rodzin, domowników i przyjaciół – tych wszystkich, którzy mogą (a czasem muszą) interweniować w razie kryzysu i biorą na siebie sporo przez opiekę nad chorym – wymagającym wyjątkowej troski i uwagi. Wspiera ich bardzo i podsuwa zestaw narzędzi przydatnych w zwykłym funkcjonowaniu. Dzięki temu też pozwala zrozumieć, czym jest depresja, jak się objawia i do czego prowadzi. Autor dba o przejrzystość – nie tylko w ramach porad dla czytelników, ale też za sprawą samych wyjaśnień. Jeśli zatem ktoś potrzebuje błyskawicznego i celnego wprowadzenia w temat depresji, a nie zależy mu na medycznych objaśnieniach i skomplikowanych terminach, to tu odnajdzie się najlepiej.

Wiadomo, że nie da się depresji wyleczyć na własną rękę, ale rozróżnienie między chandrą a poważną chorobą też jest niezwykle istotne i trzeba w tym praktyki oraz uważności. Buijssen staje się bardzo dobrym przewodnikiem – nie potrzebuje nikomu udowadniać swoich kompetencji, ale bardzo dobrze radzi sobie z udzielaniem wyjaśnień. Zajmuje się tym, co najistotniejsze z perspektywy zwykłych czytelników – tych, którzy szukają tu podpowiedzi albo wsparcia, lub po prostu potrzebują się nauczyć funkcjonowania w nowej dla siebie rzeczywistości. Huub Buijssen sprawia, że łatwo mu zaufać – a to przekłada się potem na satysfakcjonującą lekturę.

środa, 22 kwietnia 2026

Nikki Erlick: Pola Makowe

Znak, Kraków 2026.

Ulga

Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.

wtorek, 21 kwietnia 2026

Anna Mietelska: Królisia Isia uczy się dzielić

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Zabawki

Co z tymi rodzicami? Nigdy nie umieją się zdecydować na jedną opinię i bardzo mieszają w dziecięcym świecie. Na przykład każą się dzielić zabawkami, zupełnie jakby nie rozumieli, że nie każdą zabawkę chce się wręczać nieznajomemu – na szczęście mama Królisi Isi opanowała do perfekcji to rozróżnienie i w dodatku jest w stanie przekazać to swojej pociesze. Odbiorcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem wniosków z tej lektury. „Królisia Isia uczy się dzielić” to kolejny tomik przygód małej bohaterki, która przeżywa wszystko tak jak mali odbiorcy – i dzięki swoim tradycyjnym przygodom i doświadczeniom może wprowadzać rozmaite wyjaśnienia. Anna Mietelska wybiera klasyczny styl narracji, bogato ilustrowane opowiadanie zamiast picture booka. I scenki, które dzieci doskonale znają – zrozumieją i przyswoją bez wahania.

Najpierw Królisia Isia jest nieufna wobec innego dziecka w piaskownicy – niby mogłaby skorzystać z jego zabawek, ale wtedy musiałaby podzielić się swoimi, a nie do końca czuje się na to gotowa. Pierwszym krokiem jest zatem przekonanie małej bohaterki, że dzielenie się w takich okolicznościach ma sens i może wzbogacić zabawę – a także poznać towarzyszy tych zabaw, tak, żeby nie spędzać czasu samotnie. Ale to, że trzeba się dzielić podczas wspólnych zajęć, nie oznacza, że należy bez refleksji oddawać najcenniejsze dla siebie przedmioty – i Królisia Isia dowiaduje się, że wcale nie musi pożyczać na dłużej najukochańszej maskotki. Szukanie kompromisów to także sztuka, którą udaje się autorce przemycić w prostej przecież historyjce dla dzieci. Nie zawsze trzeba odrzucać wszystkie propozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się niewygodne czy nie do przyjęcia – można spotkać się w połowie drogi i wymyślić rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. To sposób na poszerzanie horyzontów i na budowanie nowych znajomości, bardzo praktyczny i jednocześnie mało irytujący dla najmłodszych – nie będzie tu ogromnych zmian, a jedynie urozmaicenia zwykłych zachowań czy czynności. „Królisia Isia uczy się dzielić” nie jest zatem lekturą mocno moralizatorską i pedagogiczną w swoim wydźwięku – liczy się tu faktycznie pochylenie się nad przeżyciami małej bohaterki i zrozumienie jej uczuć w sytuacjach, które znają ze swojej codzienności małe dzieci. Królisia Isia – zwykle naiwna i wycofana – to bohaterka, która daje się lubić, nie jest zbyt irytująca z charakteru – uda się do jej osobowości dopasować sporej liczbie odbiorców. Dodatkowym atutem książki – obok sensownie poprowadzonej narracji i sympatii dla postaci – stają się obrazki. Anna Mietelska proponuje dzieciom w obrazkach przekonująco przedstawione przygody Isi – da się potraktować tę książeczkę jako ciekawą lekturę (także do samodzielnego czytania przez maluchy), ale można się z niej sporo dowiedzieć i przede wszystkim zbudować poczucie pewności siebie w kontaktach społecznych. Anna Mietelska pokazała już – nie pierwszy raz – że dobrze rozumie świat dzieci i że dobrze czuje się w historiach klasycznych w duchu, a jednocześnie pozbawionych stereotypowych i powtarzanych do znudzenia rozwiązań.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Marcin Minor: Minorki, czyli małe, mniejsze i najmniejsze zwierzęta świata

Kropka, Warszawa 2026.

Maleństwa

Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.

Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.

„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.