* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 4 marca 2026

Kamil Sipowicz: Kora i inne zwierzęta

Marginesy, Warszawa 2026.

Kojące Roztocze

„Kora i inne zwierzęta” to zestaw zapisków Kamila Sipowicza – a główną rolę w tych zapiskach odgrywają czworonożni przyjaciele i zwierzęta „przechodnie” – te, które krążą między domami i spędzają czas u rodzin, które sobie wybrały. Od czasu do czasu przewija się przez ten zwierzyniec Ola – już chora, ale wciąż troskliwie zajmująca się wszystkimi mieszkańcami domu. Dla Kory Kamil Sipowicz przygotowuje sok z brzozy albo z pokrzyw, wie, które rośliny mają dobry wpływ na zdrowie i skwapliwie korzysta z dobrodziejstw natury. Jednocześnie tworzy prawdziwą reklamę Roztocza – przedstawia miejsce ze wszystkimi jego zaletami i dziwactwami. Wprowadza do narracji przyjaciół i sąsiadów, nawet tych, którzy nie wsławili się zbyt dobrym podejściem do zwierząt – ale każdy znajdzie tu swój kąt. Kora szczególnie chce się opiekować tymi stworzeniami, które potrzebują pomocy, ale ma też swoich ulubieńców, między innymi Ramonę, która we wspomnieniach Sipowicza zajmuje sporo miejsca.

Roztocze w ujęciu Kamila Sipowicza praktycznie nie ma wad – to miejsce, które staje się ostoją, rajem, a przynajmniej odskocznią od codziennych zmartwień. Tu do rangi zmartwienia urasta to, że psy „zewnętrzne” weszły do domu albo wskoczyły na kanapę, chociaż im nie wolno – oczywiście że w tle przewija się poważna choroba, a do tego nie wszyscy ludzie spełniają pokładane w nich nadzieje. Ale znienacka można tu otrzymać bardzo cenną lekcję filozofii i poznać inne spojrzenie na świat. Na Roztoczu jest dobrze, wygodnie i gościnnie, nikogo nie dziwi, że można tu zapomnieć o stresach. „Kora i inne zwierzęta” to właśnie publikacja stresy oddalająca – Kamil Sipowicz skupia się na prezentowaniu kolejnych pomysłów domowych pupili. Czasami zabiera czytelników na wycieczkę – opowiada, jak Kora przemycała Ramonę w torbie podróżnej, żeby uniknąć problemów biurokratycznych (i co się działo, kiedy przewoziła psa ze wszystkimi koniecznymi dokumentami oficjalnie). Wplata anegdoty i wspomnienia, dzieli się z czytelnikami cząstką życia z Korą, ale nienachalnie. Nie zależy mu na uzyskiwaniu tanich wzruszeń, woli za to zająć się tym, co atrakcyjne, ale znacznie mniej przygnębiające. Przesuwa Korę do tła, tak, żeby jej obecność – dyskretna i krzepiąca – stała się dla czytelników oczywistością. Krótkie rozdziały to tematyczne opowieści, dla autora – związane ze zwyczajnymi dniami i z tematami bez większego znaczenia w globalnej skali, za to budującymi niepowtarzalną atmosferę. Jest tych rozdziałów sporo, tak, żeby czytelnicy mogli się odnaleźć w tym świecie, żeby zdążyli poczuć klimat i polubić się z bohaterami. To opowieść o kochaniu zwierząt – i o ludzkiej tęsknocie. Próba powrotu do wspólnych czasów, zatrzymania w drobnych i z pozoru nieważnych wspomnieniach codzienności. Od czasu do czasu Kamil Sipowicz zamienia się jeszcze w przewodnika, przedstawia wybrane elementy przeszłości albo sztuki – żeby pokazać odbiorcom różne oblicza Roztocza i żeby zaproponować im niezwykłą, indywidualizowaną podróż. Do tego zdjęcia i kolaże – tym razem już z Korą i zwierzętami. I tak ten tom może stać się dla czytelników azylem na długo.

wtorek, 3 marca 2026

Gareth Moore, Gary Panton: Najbardziej tajemnicze łamigłówki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Zadania

Jesteś prywatnym detektywem, najlepszym w okolicy, musisz rozwiązać dziesięć spraw, z którymi nikt inny by sobie nie poradził. Każda sprawa składa się z całego zestawu zagadek i zadań, więc nie ma mowy o czasu na leniuchowanie, trzeba szybko brać się do pracy i ćwiczyć szare komórki, żeby na końcu procesu dedukcji móc powiedzieć co się właściwie wydarzyło. Nie masz pojęcia, na czym polega sprawa, dopóki nie przejdziesz całego zestawu – musisz mieć oczy szeroko otwarte i musisz też działać błyskawicznie i niezawodnie – inaczej cały plan się zawali. To spora odpowiedzialność, ale w końcu kto powiedział, że praca detektywa będzie lekka, łatwa i przyjemna? Gareth Moore i Gary Panton przygotowują dla odbiorców „Najbardziej tajemnicze łamigłówki”. Ta książka to nic innego jak klasyczne zagadki i łamigłówki obecne od najmłodszych lat w życiu dzieci – tyle że teraz o zwiększonym nieco stopniu trudności i w większym niż zwykle stężeniu (przy jednoczesnym znacznie większym urozmaiceniu gatunkowym). Będą tu zadania z szyframi, labirynty czy porównywanki, będą pościgi za złoczyńcami, wskazówki, testy na inteligencję i diagramy. Wszystko po to, żeby nikt nie nudził się rozwiązywaniem kolejnych poleceń – dzieci mają na tej książce ćwiczyć mózg i dobrze się bawić, o rozrywkę chodzi tu najbardziej. A wszyscy, którzy cenią sobie powieści detektywistyczne, z pewnością docenią też możliwość odbycia treningu mniej fabularnego, a za to wypełnionego mnóstwem ciekawych zabaw.

„Najbardziej tajemnicze łamigłówki” to książka przeznaczona wprawdzie dla dzieci, ale przez swoją formę sugerująca już starsze pociechy – to nie kolorowy zeszyt ćwiczeń, a poważna, młodzieżowa w duchu (i opracowaniu graficznym) lektura. Nie ma zbyt wiele czytania, w poleceniach bezpośrednio przekazywane jest to wszystko, co odbiorcy muszą wiedzieć, żeby przystąpić do działań operacyjnych – całą resztę rozkładówek zajmują już ilustracje pełniące funkcję plansz do gry. Za każdym razem młodzi odbiorcy muszą przeanalizować dostępne dane i zastanowić się nad rozwiązaniem, za każdym razem też mogą zostać zapytani o coś, co wydarzyło się wcześniej – a to oznacza, że raczej nie da się z tej książki korzystać wyrywkowo. Wszystko po to, żeby młodzi czytelnicy nie ułatwiali sobie życia albo nie wybierali wyłącznie ulubionych zagadek – tylko żeby zaangażowali się w całość i radzili sobie z kolejnymi wyzwaniami. Wyzwań będzie tu sporo, każde – złożone. Oczywiście że klucz odpowiedzi jest i będzie kusił, warto jednak przekonać pociechę, że to najgorsza droga – nie prowadzi bowiem do samorozwoju i nie daje satysfakcji z odpowiednio wykonanego zadania. „Najbardziej tajemnicze łamigłówki” to przecież nie szkolny zeszyt ćwiczeń, a przygoda, w którą każdy może się pobawić, jeśli tylko nie boi się wysiłku umysłowego. Ta książka uczy dzieci logicznego myślenia i refleksu, pokazuje, jak podjąć pracę nad sobą i radzić sobie z codziennymi wyzwaniami dzięki uruchomieniu kreatywności.

poniedziałek, 2 marca 2026

Magdalena Parys: Książę

Agora, Warszawa 2026 (wznowienie).

Armia

Magdalena Parys bierze pod lupę mało znane wydarzenie historyczne i na jego podstawie osnuwa całą historię ze znanymi już z „Magika” bohaterami. Ale w „Księciu” trochę mniej koncentruje się na otoczeniu, a bardziej na samych charakterach postaci. Na pierwszy plan wysuwa Dagmarę, energiczną dziennikarkę, która nie boi się wyzwań. Dagmara ma zdobywać informacje na temat, który szczególnie intryguje jej kochanka – jednak nie zamierza się dzielić odkryciami, ani komplikacjami w śledztwie. A tych nie zabraknie – kobieta będzie musiała się wykazać wyjątkowym sprytem i przy okazji wielką odwagą, żeby się czegoś dowiedzieć.

Jeśli motywem przewodnim w ramach turpistycznych opisów w „Magiku” był krawat, to w „Księciu” stają się nim skrzydła – ponownie mamy do czynienia z okaleczonymi zwłokami, a to, co oprawca robi z ciałami, ma świadczyć o wyjątkowym kunszcie. Tu rzecz rozgrywa się w środowisku księży, a sami zabici mają sporo wspólnych cech. Kolekcja martwych Jezusów pozwala na snucie refleksji o działaniach psychopatycznych morderców - a jednak i tak coś ją przyćmiewa. Magdalena Parys powraca co pewien czas do cichego dramatu, ofiar i ich bezradności. A i tak to, co dzieje się w podskórnym nurcie polityki narodowej niepokoi bardziej. W „Księciu” temat historyczny zahacza o drugą wojnę światową, a właściwie o jej następstwa – oto pojawia się tajne zgromadzenie, które ma skupiać potencjalnych obrońców Niemiec. Zgromadzenie jest nielegalne i sprzeczne z polityką międzynarodową, jego istnienie musi zatem być utrzymane w sekrecie. Trudno o to, kiedy bezpośrednio zaangażowani są przekonani o swoich racjach.

W tomie „Książę” Magdalena Parys rezygnuje z obrazów obskurnego Berlina na rzecz sztuki, która przewija się w tle. Odwołuje się do dzieł, które zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach podczas drugiej wojny światowej i nie wróciły do prawowitych właścicieli. Widać to też w samej narracji, bo istnieje wyraźne przejście estetyczne: autorka stawia mniej na kontekst wydarzeń, pejzaże miejskie nie mają już znaczenia, liczą się za to prywatne domy i miejsca spotkań – a za tą decyzją idzie kolejna, tym razem łącząca się z większym nastawieniem na sedno międzyludzkich relacji. Oczywiście nie będzie tu miejsca na sielanki i na budowanie pewnej przyszłości, ale powiązania między postaciami mogą nieraz zaskoczyć czytelników. Mnóstwo tu wyzwań wiążących się jednak nie z organizacją codzienności, a z łączeniem prowadzonych śledztw z pozorną zwyczajnością. „Książę” to powieść bardziej skondensowana niż „Magik”, ale i w niej Magdalena Parys nie chce ulec pokusie prowadzenia linearnego śledztwa. O wiele bardziej bawi ją budowanie sieci powiązań między przeszłością, teraźniejszością i życiem bohaterów. Jest to kryminał historyczny bazujący jeszcze bardziej na decyzjach politycznych i na zawirowaniach w najwyższych sferach. To coś dla koneserów gatunku – i tych, którzy nie boją się okrucieństwa ani epatowania grozą w sensacyjnej fabule.

niedziela, 1 marca 2026

Mark Sperring: Zawsze będę cię kochać

Kropka, Warszawa 2026.

Wyznanie

W tomiku, który napisał Mark Sperring, a zilustrowała Alison Brown, nie ma mowy o fabule czy o wymyślnych przygodach mysich bohaterów. Szczęśliwe myszki z okładki będą po prostu przerzucać się wyznaniami miłości i zastanawiać się nad tym, co oznacza „zawsze” – to pojęcie abstrakcyjne, które jednak w wersji bajkowej zaczyna nabierać konkretnych kształtów i zakresów. Dzięki temu dzieci będą mogły wiedzieć, jak wyrażać uczucia i przekomarzać się z czytającymi wraz z nimi rodzicami. Bo przecież o miłość na linii rodzice – dziecko tutaj chodzi – a to sprawi, że maluchy nie odrzucą takiej lektury. „Zawsze będę cię kochać” to picture book o sporym formacie. Alison Brown zadbała o to, żeby rozkładówki były bardzo barwne i bardzo urocze dla kilkulatków – obrazki dopowiadają coś, czego nie ma w krótkiej rymowance i co nie ma szans się znaleźć w opowieści tekstowej – to znaczy relację myszek, które spędzają wspólnie czas. Siedzą na kamieniu nad wodą, chodzą po łące i podziwiają motyle albo chmury, budują sobie szałas z patyków – a wszystko to w rytm pór roku i zmieniających się pór dnia. Bez względu na to, jaka jest pogoda i jakie otoczenie, myszki przekomarzają się co do tego, jak długo będą się kochać. Jeśli dzieci prześledzą ilustracje, mogą podziwiać między innymi budowanie piramidy z owoców jarzębiny albo układanie się do snu w jaskini – to wszystko zasługuje na odrębny komentarz i wprowadza sympatyczną, rodzinną atmosferę, książka świetnie nadaje się do czytania przed snem – maluchy z pewnością docenią kojący rytm i bajkowe obrazki. Nie ma tu zbyt wielu detali, które odciągałyby uwagę od sedna historii – w tle co najwyżej pojawiają się drobne zwierzątka i one mogą pomagać bohaterom w codziennych zajęciach czy wyzwaniach – ale to wszystko. Same obrazki są stworzone tak, żeby sugerowały ręczne tworzenie, a nie komputerowe i bezduszne grafiki – przywołują na myśl coś, co można łatwo powtórzyć, albo po prostu podziwiać.

„Zawsze będę cię kochać” to książka, która pomaga w wyznaniach miłości zapewniających bezpieczeństwo i poczucie bliskości. Tutaj nie ma motywów szarpiących nerwy czy choćby podbijających fabułę, bo nie ma fabuły – całość zamyka się w jednym wyznaniu, potrzebnym najmłodszym. I jest to publikacja prosta, ale zrealizowana bardzo ładnie, nastawiona na wytłumaczenie dzieciom tego, co często umyka: gra, którą podejmują bohaterki, przypomina, jak ważne jest mówienie bliskim o swoich uczuciach i zapewnianie o miłości. Wszyscy tego potrzebują i wszyscy na to czekają. Picture book tego rodzaju z pewnością przypadnie do gustu najmłodszym, którym to rodzice będą czytać przed snem.

sobota, 28 lutego 2026

Sandra Grimm: Dlaczego się kłócimy?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Spory

Druga książka w serii, która podbija polski rynek, pozwala zrozumieć najmłodszym „Dlaczego się kłócimy”. Sandra Grimm i Lena Ellermann postawiły na analizowanie relacji międzyludzkich, ale w tym mniej empatycznym wymiarze. Chociaż dzieci często słyszą od dorosłych, że nie powinny się kłócić, że muszą ustępować, albo że złość nie jest pożądanym uczuciem, nie da się uniknąć sporów, czasami w całkiem błahych sytuacjach. Chodzi więc o to, żeby mali odbiorcy lepiej poznali siebie i zrozumieli, skąd biorą się negatywne emocje, a także – jak sobie z nimi radzić. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który stanowi celną i precyzyjną analizę niektórych zachowań i to bez podziału na wiek – bo dorośli też się kłócą, tyle tylko że przeważnie o inne rzeczy niż najmłodsi. W sporach dorosłych może uczestniczyć sąd albo policja, w sporach dzieci przeważnie mediują nauczyciele albo rodzice – chociaż znacznie łatwiej jest po prostu samodzielnie dojść do porozumienia, co wcale nie jest takie trudne, kiedy zrozumie się powody niektórych postaw.

Sandra Grimm pokazuje odbiorcom, że często agresywne reakcje płynąć mogą z przemęczenia, głodu albo innych trudnych doświadczeń w ciągu dnia: jeśli ktoś przez cały czas zmagał się z hałasem, będzie bardziej przeczulony na muzyczne ćwiczenia wieczorem. To pokazuje dzieciom, że często gniew i kłótnie biorą się z zupełnie innych źródeł niż sądzi się na początku. A skoro tak – łatwiej wybaczyć i łatwiej zaproponować inne rozwiązanie, satysfakcjonujące obie zwaśnione strony. W „Dlaczego się kłócimy” będzie mowa o tym, co wolno, a czego nie wolno robić podczas kłótni – autorki wręcz zachęcają dzieci do aktywnego, fizycznego wyrzucenia z siebie złości za pomocą boksowania poduszki albo krzyku, ale w samotności, z dala od innych. Podkreślają, że nie wolno robić innym krzywdy i przypominają, jakie zachowania są niedozwolone, niezależnie od siły złości, która napędza całą sytuację. „Dlaczego się kłócimy” to książka, dzięki której o wiele łatwiej jest zrozumieć własne zachowania i która wyczula na postawy drugiego człowieka w konkretnych okolicznościach. Sandra Grimm podpowiada, jak w zabawny sposób przeprosić – co zrobić, żeby nie było to stereotypowe i często wymuszone podanie ręki na zgodę. Te narracje pokazują, jak zapobiegać kłótniom, a także – jak powinien wyglądać konflikt idealny, chociaż autorki doskonale wiedzą, że coś takiego nie istnieje. Żeby przybliżać dzieciom konkrety, a nie tylko abstrakcyjne pojęcia, wstawiają do narracji wiele drobnych scenek z kłótniami w tle – i dzięki temu mogą łatwiej nawiązywać porozumienie. Wszystko sprowadza się do samoświadomości i umiejętności przeczekania największego wyrzutu złości – i chociaż to w wykonaniu kilkulatków wydaje się wręcz niemożliwe, jest szansa, że lektura zasugeruje sposoby postępowania, które przynajmniej warto wypróbować. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który w ciekawy i atrakcyjny dla dzieci sposób (mnóstwo rysunków i krótkie, hasłowe komentarze) uwidacznia sedno międzyludzkich konfliktów i pomaga wypracować porozumienie. Nie jest to lektura czysto rozrywkowa – stawia się tu na wychowywanie dzieci i na podsuwanie im narzędzi do panowania nad emocjami.

piątek, 27 lutego 2026

Magdalena Parys: Magik

Agora, Warszaw 2026. (wznowienie)

Niemiecki koszmar

Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.

Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.

czwartek, 26 lutego 2026

Emily van Duyne: Kochając Sylvię Plath. Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylvię za jej życia i po śmierci

Znak, Kraków 2026.

Przemoc domowa

Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.

Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.