Czarne, Wołowiec 2026.
Jeszcze raz
To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.
Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.
Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 25 października 2026
Kraina Lodu 10/2026, Kraina Zwierząt 6/2026
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawki i lektura
Na początek „Kraina Zwierząt”, numer 6/2026. To oczywiście pisemko dla najmłodszych zafascynowanych światem zwierząt – i wciąż głodnych ciekawostek o czworonogach z różnych stron świata. Tematem wiodącym numeru są słonie – kolejne rozkładówki będą więc pełne zdjęć słoni, podpisów z jednozdaniowymi komentarzami – informacjami dla najmłodszych i... pełne zadań. Od czasu do czasu odchodzi się od słoni na rzecz mamutów, flamingów, pand, sów itd. – przede wszystkim po to, żeby przypomnieć odbiorcom, że na słoniach świat się nie kończy. Ale i tak to one wiodą prym w numerze. Do tego dochodzą plakaty (środkowa rozkładówka, tradycyjnie, nadaje się do wyrwania i powieszenia nad łóżkiem, ostatnia strona okładki to plakat w wersji mini – dla tych, którzy wolą mniejsze formy, żeby zachwycać się słodkimi pieskami. Zdjęcia w całym piśmie zostały przygotowane tak, żeby przyciągać wzrok i żeby udało się między nimi pomieścić ciekawostki. Do sprawdzania, czy dziecku udało się przyswoić wiadomości, służy bardzo prosty quiz. Jeśli porówna się to pismo ze „Zwierzakami” z lat 90., widać wyraźnie przejście w stronę uproszczeń i nastawienie na zabawę. Komentarze nie należą do rozbudowanych, bo dzieci nie utrzymałyby koncentracji na skomplikowanych opisach: tu chodzi wyłącznie o zatrzymanie na moment, zapewnienie jednej porcji wiadomości w jednym momencie. Inaczej prawdopodobnie dzieci zniechęciłyby się do lektury. Co ważne, komentarze wpisywane są dużym drukiem, więc maluchy, które samodzielnie czytają, dadzą radę prześledzić teksty samodzielnie – i może to być najlepszym kluczem do budowania grona wiernych czytelników. W „Krainie Zwierząt” liczy się bardzo interaktywność. Mnóstwo tu zabaw i zadań, pojawia się też prosty komiks z dalmatyńczykami, które pozbawione możliwości oglądania telewizji wymyślają własną zabawę – z kartonowego pudełka przygotowują telewizor i występują w programach rozrywkowych. To historyjka prosta, sprowadzona do kilku zaledwie kadrów, ale jej przesłanie przyda się najmłodszym, bo przypomina, że są rozrywki znacznie ciekawsze niż oglądanie telewizji. Do tego wyzwania w postaci klasycznych łamigłówek, ale przystosowanych do tematu wiodącego. W numerze znalazł się też zestaw dla małego weterynarza – i być może to będzie czynnik, który najbardziej przykuje uwagę maluchów. W zestawie jest stetoskop i termometr z możliwością regulowania temperatury, legowisko dla zwierząt i waga z ruchomą strzałką, karta pacjenta do zawieszenia przy łóżku i trzy malutkie psiaki (pasują do wagi, ale do termometru już niekoniecznie). To zapewni dzieciom możliwość wypracowywania rozmaitych zabaw i – być może – jeszcze bardziej przekona je, że o czworonożnych przyjaciół należy dbać.
Magazyn „Kraina Lodu” numer 10/2026 to spotkanie z Elą i jej przyjaciółmi. Najważniejszy – i największy pod względem objętościowym – jest tu komiks o przygodach znanych z bajki bohaterów. Dzieci będą mogły samodzielnie odkrywać kolejne kadry i historię podzieloną sprytnie na części (tak, żeby nie znudziły się lekturą, a otrzymywały ciągle nowe bodźce). Co ciekawe, komiks został przygotowany w starym disneyowskim stylu, więc powinien zdobyć uznanie małych czytelników i przekonać ich do lektury. Żeby jednak nie tylko na historyjce komiksowej polegać, twórcy tego zeszytu proponują odbiorcom cały zestaw gier logicznych i łamigłówek powiązanych z bohaterami bajki. Będą tu obrazki do porównywania i wyłapywania różnic (naprawdę o dużym stopniu szczegółowości, zadania do liczenia postaci na obrazku, porównania cienia (trzeba się wykazać nie tylko spostrzegawczością, ale i umiejętnością logicznego myślenia). Są wyszukiwanki, które zachęcają do śledzenia i tak już wystarczająco ciekawych obrazków – i ćwiczenia manualne z rysowaniem czy zakreślaniem konkretnych elementów rysunku. Łączenie kropek i labirynt to zadania tradycyjne, ale, co ważne i wartościowe, pojawiają się tu także ćwiczenia na kreatywność – na przykład kiedy trzeba wymyślić okładki książek czytanych przez bohaterów (dzięki temu sprytnemu zagraniu podprogowo promuje się też czytelnictwo). Dużo tu zadań związanych z rysowaniem, a młodzieżowego charakteru całości mają dodawać odpowiednie sformułowania (na przykład „plażing” czy „heheszki”). Oczywiście i w tym numerze mamy potężny prezent dla małych odbiorców: kompletną kuchnię do zabawy. Na kuchnię składają się dwa piekarniki (i dwa stanowiska do gotowania, lodówka, garnek i patelnia (trochę większe niż reszta zestawu, kilka mufinek i foremki oraz „składniki” do gotowania. Wystarczy więc tylko szczypta wyobraźni, żeby wyczarować coś pysznego. W obu przypadkach to zabawki sprawią, że dzieci będą chciały sięgnąć po lekturę – ale może przy okazji zarażą się upodobaniem do czytania.
Zabawki i lektura
Na początek „Kraina Zwierząt”, numer 6/2026. To oczywiście pisemko dla najmłodszych zafascynowanych światem zwierząt – i wciąż głodnych ciekawostek o czworonogach z różnych stron świata. Tematem wiodącym numeru są słonie – kolejne rozkładówki będą więc pełne zdjęć słoni, podpisów z jednozdaniowymi komentarzami – informacjami dla najmłodszych i... pełne zadań. Od czasu do czasu odchodzi się od słoni na rzecz mamutów, flamingów, pand, sów itd. – przede wszystkim po to, żeby przypomnieć odbiorcom, że na słoniach świat się nie kończy. Ale i tak to one wiodą prym w numerze. Do tego dochodzą plakaty (środkowa rozkładówka, tradycyjnie, nadaje się do wyrwania i powieszenia nad łóżkiem, ostatnia strona okładki to plakat w wersji mini – dla tych, którzy wolą mniejsze formy, żeby zachwycać się słodkimi pieskami. Zdjęcia w całym piśmie zostały przygotowane tak, żeby przyciągać wzrok i żeby udało się między nimi pomieścić ciekawostki. Do sprawdzania, czy dziecku udało się przyswoić wiadomości, służy bardzo prosty quiz. Jeśli porówna się to pismo ze „Zwierzakami” z lat 90., widać wyraźnie przejście w stronę uproszczeń i nastawienie na zabawę. Komentarze nie należą do rozbudowanych, bo dzieci nie utrzymałyby koncentracji na skomplikowanych opisach: tu chodzi wyłącznie o zatrzymanie na moment, zapewnienie jednej porcji wiadomości w jednym momencie. Inaczej prawdopodobnie dzieci zniechęciłyby się do lektury. Co ważne, komentarze wpisywane są dużym drukiem, więc maluchy, które samodzielnie czytają, dadzą radę prześledzić teksty samodzielnie – i może to być najlepszym kluczem do budowania grona wiernych czytelników. W „Krainie Zwierząt” liczy się bardzo interaktywność. Mnóstwo tu zabaw i zadań, pojawia się też prosty komiks z dalmatyńczykami, które pozbawione możliwości oglądania telewizji wymyślają własną zabawę – z kartonowego pudełka przygotowują telewizor i występują w programach rozrywkowych. To historyjka prosta, sprowadzona do kilku zaledwie kadrów, ale jej przesłanie przyda się najmłodszym, bo przypomina, że są rozrywki znacznie ciekawsze niż oglądanie telewizji. Do tego wyzwania w postaci klasycznych łamigłówek, ale przystosowanych do tematu wiodącego. W numerze znalazł się też zestaw dla małego weterynarza – i być może to będzie czynnik, który najbardziej przykuje uwagę maluchów. W zestawie jest stetoskop i termometr z możliwością regulowania temperatury, legowisko dla zwierząt i waga z ruchomą strzałką, karta pacjenta do zawieszenia przy łóżku i trzy malutkie psiaki (pasują do wagi, ale do termometru już niekoniecznie). To zapewni dzieciom możliwość wypracowywania rozmaitych zabaw i – być może – jeszcze bardziej przekona je, że o czworonożnych przyjaciół należy dbać.
Magazyn „Kraina Lodu” numer 10/2026 to spotkanie z Elą i jej przyjaciółmi. Najważniejszy – i największy pod względem objętościowym – jest tu komiks o przygodach znanych z bajki bohaterów. Dzieci będą mogły samodzielnie odkrywać kolejne kadry i historię podzieloną sprytnie na części (tak, żeby nie znudziły się lekturą, a otrzymywały ciągle nowe bodźce). Co ciekawe, komiks został przygotowany w starym disneyowskim stylu, więc powinien zdobyć uznanie małych czytelników i przekonać ich do lektury. Żeby jednak nie tylko na historyjce komiksowej polegać, twórcy tego zeszytu proponują odbiorcom cały zestaw gier logicznych i łamigłówek powiązanych z bohaterami bajki. Będą tu obrazki do porównywania i wyłapywania różnic (naprawdę o dużym stopniu szczegółowości, zadania do liczenia postaci na obrazku, porównania cienia (trzeba się wykazać nie tylko spostrzegawczością, ale i umiejętnością logicznego myślenia). Są wyszukiwanki, które zachęcają do śledzenia i tak już wystarczająco ciekawych obrazków – i ćwiczenia manualne z rysowaniem czy zakreślaniem konkretnych elementów rysunku. Łączenie kropek i labirynt to zadania tradycyjne, ale, co ważne i wartościowe, pojawiają się tu także ćwiczenia na kreatywność – na przykład kiedy trzeba wymyślić okładki książek czytanych przez bohaterów (dzięki temu sprytnemu zagraniu podprogowo promuje się też czytelnictwo). Dużo tu zadań związanych z rysowaniem, a młodzieżowego charakteru całości mają dodawać odpowiednie sformułowania (na przykład „plażing” czy „heheszki”). Oczywiście i w tym numerze mamy potężny prezent dla małych odbiorców: kompletną kuchnię do zabawy. Na kuchnię składają się dwa piekarniki (i dwa stanowiska do gotowania, lodówka, garnek i patelnia (trochę większe niż reszta zestawu, kilka mufinek i foremki oraz „składniki” do gotowania. Wystarczy więc tylko szczypta wyobraźni, żeby wyczarować coś pysznego. W obu przypadkach to zabawki sprawią, że dzieci będą chciały sięgnąć po lekturę – ale może przy okazji zarażą się upodobaniem do czytania.
sobota, 24 października 2026
Sarah Pekkanen: Jak we mgle
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Cień
Dwie opowieści funkcjonują w tej historii, chociaż bohaterki przez cały czas zatrzymują odbiorców w swoim własnym świecie. „Jak we mgle” to thriller psychologiczny Sarah Pekkanen i książka, w której nic nie jest pewne przez długi czas. Wydarzenia relacjonują na przemian Ruth i Catherine: matka i córka. Ale narracje będą trzy, bo Ruth zaczyna w pewnym momencie spisywać wspomnienia dla Catherine, niezależnie od tego, co dzieje się w powieściowym tu i teraz. Ale granica między historiami biegnie gdzie indziej. Początkowo wydaje się, że zamiast thrillera zafunduje autorka czytelnikom książkę bazującą na społecznych lękach, po prostu powieść psychologiczną. Oto u Ruth zaczynają występować pierwsze symptomy choroby Alzheimera, niemal podręcznikowo. Kobieta udaje się do lekarzy – zresztą razem z córką, która skrupulatnie notuje kolejne pozornie niewinne pomyłki. Odmawia jednak bardziej szczegółowych badań – nie chce wydawać pieniędzy na coś, co naznaczy ją piętnem choroby. Catherine z kolei miała właśnie wyjechać do pracy, ale będzie musiała zmienić plany – to nie pora na rozstanie, do tej pory matka i córka były tylko we dwie i mogły liczyć wyłącznie na siebie – teraz też tak zostanie. Zresztą nie było kiedy budować przyjaźni, skoro kobiety często się przeprowadzały i nie nawiązywały głębszych relacji z sąsiadami.
Tak Sarah Pekkanen zaczyna swoją powieść „Jak we mgle”. A potem sugeruje czytelnikom, że nie wszystko jest takie, jakie mogłoby się wydawać: wystarczy zasiać podejrzenie, że Ruth symuluje. A do tego zasugerować, że ma ona w przeszłości jakąś tajemnicę, której nie chce zdradzić nawet córce. Niebezpieczeństwo przyjdzie samo błyskawicznie. Autorka pokazuje odbiorcom przeszłość starszej z bohaterek – i bez ogródek prezentuje wydarzenia, które sprawiły, że Ruth musiała porzucić swoje dotychczasowe życie i uciekać. Uciekać zresztą będzie już zawsze, ale nie z powodu dawnych wydarzeń a – nowego zagrożenia. Jedna historia w tej książce to odsłanianie dramatycznej przeszłości – zestaw wydarzeń kryminalnych, straszna przeszłość, która kładzie się cieniem na szczęściu bohaterek (a właściwie – uniemożliwia normalność, chociaż tak naprawdę o normalności mowy być nie może już choćby za sprawą traumy, to jedynie namiastka normalności w wyjątkowo pokrzywionym świecie). Ale kryminał jako taki nie ma z kolei większego znaczenia dla drugiej sfery historii – dla motywu relacji między bohaterkami. Kiedy na jaw wyjdzie fakt posiadania tajemnic, wszystko staje się trudniejsze do wyjaśnienia – zwłaszcza zachowania wpływające na całe życie. Czyli: Sarah Pekkanen nie zajmuje się ściganiem za zbrodnie – za to przygląda się temu, jak owe zbrodnie działać mogą na umysły osób niebezpośrednio w nie zaangażowanych. I to kolejny doskonały pomysł fabularny. Ta autorka przekonuje do siebie ogromem szczegółowości w narracji, proponuje odbiorcom wyjątkowo gęste powieści, w których cała uwaga skupia się na uczuciach bohaterów. Tym razem sytuacja, z której wychodzi, jest wyjątkowo trudna – ale też dzięki temu wyzwala rozmaite nieoczekiwane reakcje bezpośrednich uczestniczek. Sarah Pekkanen wie, jak budzić strach czytelników – bardzo dobrze jej to wychodzi. A tym razem przecież jeszcze może odwoływać się do społecznego lęku przed schorzeniami starzejących się bliskich.
Cień
Dwie opowieści funkcjonują w tej historii, chociaż bohaterki przez cały czas zatrzymują odbiorców w swoim własnym świecie. „Jak we mgle” to thriller psychologiczny Sarah Pekkanen i książka, w której nic nie jest pewne przez długi czas. Wydarzenia relacjonują na przemian Ruth i Catherine: matka i córka. Ale narracje będą trzy, bo Ruth zaczyna w pewnym momencie spisywać wspomnienia dla Catherine, niezależnie od tego, co dzieje się w powieściowym tu i teraz. Ale granica między historiami biegnie gdzie indziej. Początkowo wydaje się, że zamiast thrillera zafunduje autorka czytelnikom książkę bazującą na społecznych lękach, po prostu powieść psychologiczną. Oto u Ruth zaczynają występować pierwsze symptomy choroby Alzheimera, niemal podręcznikowo. Kobieta udaje się do lekarzy – zresztą razem z córką, która skrupulatnie notuje kolejne pozornie niewinne pomyłki. Odmawia jednak bardziej szczegółowych badań – nie chce wydawać pieniędzy na coś, co naznaczy ją piętnem choroby. Catherine z kolei miała właśnie wyjechać do pracy, ale będzie musiała zmienić plany – to nie pora na rozstanie, do tej pory matka i córka były tylko we dwie i mogły liczyć wyłącznie na siebie – teraz też tak zostanie. Zresztą nie było kiedy budować przyjaźni, skoro kobiety często się przeprowadzały i nie nawiązywały głębszych relacji z sąsiadami.
Tak Sarah Pekkanen zaczyna swoją powieść „Jak we mgle”. A potem sugeruje czytelnikom, że nie wszystko jest takie, jakie mogłoby się wydawać: wystarczy zasiać podejrzenie, że Ruth symuluje. A do tego zasugerować, że ma ona w przeszłości jakąś tajemnicę, której nie chce zdradzić nawet córce. Niebezpieczeństwo przyjdzie samo błyskawicznie. Autorka pokazuje odbiorcom przeszłość starszej z bohaterek – i bez ogródek prezentuje wydarzenia, które sprawiły, że Ruth musiała porzucić swoje dotychczasowe życie i uciekać. Uciekać zresztą będzie już zawsze, ale nie z powodu dawnych wydarzeń a – nowego zagrożenia. Jedna historia w tej książce to odsłanianie dramatycznej przeszłości – zestaw wydarzeń kryminalnych, straszna przeszłość, która kładzie się cieniem na szczęściu bohaterek (a właściwie – uniemożliwia normalność, chociaż tak naprawdę o normalności mowy być nie może już choćby za sprawą traumy, to jedynie namiastka normalności w wyjątkowo pokrzywionym świecie). Ale kryminał jako taki nie ma z kolei większego znaczenia dla drugiej sfery historii – dla motywu relacji między bohaterkami. Kiedy na jaw wyjdzie fakt posiadania tajemnic, wszystko staje się trudniejsze do wyjaśnienia – zwłaszcza zachowania wpływające na całe życie. Czyli: Sarah Pekkanen nie zajmuje się ściganiem za zbrodnie – za to przygląda się temu, jak owe zbrodnie działać mogą na umysły osób niebezpośrednio w nie zaangażowanych. I to kolejny doskonały pomysł fabularny. Ta autorka przekonuje do siebie ogromem szczegółowości w narracji, proponuje odbiorcom wyjątkowo gęste powieści, w których cała uwaga skupia się na uczuciach bohaterów. Tym razem sytuacja, z której wychodzi, jest wyjątkowo trudna – ale też dzięki temu wyzwala rozmaite nieoczekiwane reakcje bezpośrednich uczestniczek. Sarah Pekkanen wie, jak budzić strach czytelników – bardzo dobrze jej to wychodzi. A tym razem przecież jeszcze może odwoływać się do społecznego lęku przed schorzeniami starzejących się bliskich.
piątek, 23 października 2026
Colleen AF Venable: Kati, kocia opiekunka. Nie taki złol straszny
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Być sobą
Magda stara się wygrać wybory w mieście, a Kati – sąsiadka, która rozumie mowę jej kotów i angażuje się w rzeczywistość superbohaterów – dzielnie jej w tym pomaga. Zbiera podpisy od głosujących na listach poparcia i zastanawia się, jak przekonać wszystkich do głosowania właśnie na Magdę. Bo przecież jeśli ktoś ma poradzić sobie z zaprowadzeniem porządku w mieście – to właśnie Magda, Kati nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza że za sąsiadką stoi cały sztab kotów – a każdy czworonóg ma inne umiejętności. Tak naprawdę nie trzeba się niczym zajmować, bo koty potrafią wszystko: kiedy działają razem, nie ma na nie mocnych.
Tylko że tym razem w cyklu Kati, kocia opiekunka koty pełnią rolę drugoplanową, co może dziwić wszystkich miłośników tych zwierząt. Przez całą historię liczyło się bardziej życie superbohatera niż obecność kotów – i tym razem również tak się dzieje. Wszystko przez decyzję burmistrza. Włodarz Nowego Jorku postanawia wypowiedzieć otwartą wojnę wszystkim superbohaterom – których sporo się namnożyło, po sukcesie Serowej Sprawiedliwości. Ci, którzy na początku przywdziewali specjalne kostiumy, teraz wiodą zwyczajne życie przykładnych obywateli. Jednak cała reszta ludzi – zafascynowanych superbohaterami – próbuje znaleźć swoje miejsce w palecie niemal komiksowych herosów. Każdy czeka na swoje pięć minut i każdy liczy na sławę choćby tylko chwilową. Jednak przez decyzję burmistrza Nowy Jork opanowują złole. Teraz po prostu opłaca się być czarnym charakterem. W tomie „Nie taki złol straszny” następuje weryfikacja poglądów i zmiana rozkładu sił. Co ważne, pojawia się też na marginesie kwestia przynależności do grupy rówieśników – Kati dowiaduje się, o jakich szkołach marzą jej koleżanki – i chociaż dziewczyny planowały wspólną przyszłość, wydaje się to niemożliwe. Chyba że bohaterka nagle odkryje w sobie talent do występowania publicznego albo znajdzie zajęcie pozwalające na naukę w szkole, do której startują najbliższe jej osoby. To najbardziej zwyczajny motyw – przerywnik w walce dobra ze złem. Colleen AF Venable woli jednak starcia samozwańczych superbohaterów (tworzonych przez ludzi po dawnym sukcesie) z samozwańczymi złolami (których wcale od superbohaterów tak wiele nie dzieli). Liczy się dynamika, zestaw zaskoczeń – i, oczywiście, zadania kotów, jedynych rozsądnych w całym towarzystwie. Colleen AF Venable chce stworzyć „żeńską” wersję światów Marvella, albo satyrę na typowe komiksowe motywy – bawi się formą i stara się przemycić dla swoich czytelniczek wskazówki dotyczące spełniania własnych marzeń. Stawia na komiks – więc liczy się tu również zagospodarowanie kadrów. I, co ciekawe, Stephanie Yue nie zajmuje się wypełnianiem tła, chce za to wyeksponować to, co najważniejsze w fabule i w relacjach między bohaterami zamiast odciągać uwagę odbiorczyń przez przeładowane detalami kadry. Proponuje historię uproszczoną – i tak w ramach samej fabuły dzieje się na tyle dużo, żeby kusić czytelniczki i odpowiednio sterować ich emocjami. A przecież na poważnie jest tu wyłącznie dylemat Kati, która w najbliższą przyszłość będzie się musiała udać bez wsparcia oswojonej już grupy.
Być sobą
Magda stara się wygrać wybory w mieście, a Kati – sąsiadka, która rozumie mowę jej kotów i angażuje się w rzeczywistość superbohaterów – dzielnie jej w tym pomaga. Zbiera podpisy od głosujących na listach poparcia i zastanawia się, jak przekonać wszystkich do głosowania właśnie na Magdę. Bo przecież jeśli ktoś ma poradzić sobie z zaprowadzeniem porządku w mieście – to właśnie Magda, Kati nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza że za sąsiadką stoi cały sztab kotów – a każdy czworonóg ma inne umiejętności. Tak naprawdę nie trzeba się niczym zajmować, bo koty potrafią wszystko: kiedy działają razem, nie ma na nie mocnych.
Tylko że tym razem w cyklu Kati, kocia opiekunka koty pełnią rolę drugoplanową, co może dziwić wszystkich miłośników tych zwierząt. Przez całą historię liczyło się bardziej życie superbohatera niż obecność kotów – i tym razem również tak się dzieje. Wszystko przez decyzję burmistrza. Włodarz Nowego Jorku postanawia wypowiedzieć otwartą wojnę wszystkim superbohaterom – których sporo się namnożyło, po sukcesie Serowej Sprawiedliwości. Ci, którzy na początku przywdziewali specjalne kostiumy, teraz wiodą zwyczajne życie przykładnych obywateli. Jednak cała reszta ludzi – zafascynowanych superbohaterami – próbuje znaleźć swoje miejsce w palecie niemal komiksowych herosów. Każdy czeka na swoje pięć minut i każdy liczy na sławę choćby tylko chwilową. Jednak przez decyzję burmistrza Nowy Jork opanowują złole. Teraz po prostu opłaca się być czarnym charakterem. W tomie „Nie taki złol straszny” następuje weryfikacja poglądów i zmiana rozkładu sił. Co ważne, pojawia się też na marginesie kwestia przynależności do grupy rówieśników – Kati dowiaduje się, o jakich szkołach marzą jej koleżanki – i chociaż dziewczyny planowały wspólną przyszłość, wydaje się to niemożliwe. Chyba że bohaterka nagle odkryje w sobie talent do występowania publicznego albo znajdzie zajęcie pozwalające na naukę w szkole, do której startują najbliższe jej osoby. To najbardziej zwyczajny motyw – przerywnik w walce dobra ze złem. Colleen AF Venable woli jednak starcia samozwańczych superbohaterów (tworzonych przez ludzi po dawnym sukcesie) z samozwańczymi złolami (których wcale od superbohaterów tak wiele nie dzieli). Liczy się dynamika, zestaw zaskoczeń – i, oczywiście, zadania kotów, jedynych rozsądnych w całym towarzystwie. Colleen AF Venable chce stworzyć „żeńską” wersję światów Marvella, albo satyrę na typowe komiksowe motywy – bawi się formą i stara się przemycić dla swoich czytelniczek wskazówki dotyczące spełniania własnych marzeń. Stawia na komiks – więc liczy się tu również zagospodarowanie kadrów. I, co ciekawe, Stephanie Yue nie zajmuje się wypełnianiem tła, chce za to wyeksponować to, co najważniejsze w fabule i w relacjach między bohaterami zamiast odciągać uwagę odbiorczyń przez przeładowane detalami kadry. Proponuje historię uproszczoną – i tak w ramach samej fabuły dzieje się na tyle dużo, żeby kusić czytelniczki i odpowiednio sterować ich emocjami. A przecież na poważnie jest tu wyłącznie dylemat Kati, która w najbliższą przyszłość będzie się musiała udać bez wsparcia oswojonej już grupy.
czwartek, 22 października 2026
Aubrey Hartman: Lew, który się odważył
Kropka, Warszawa 2026.
Cena marzenia
Poppy to jedna z tych odklejonych od zwykłego życia bohaterek, które najchętniej nie wychodziłyby ze świata swoich ukochanych książek. Dziewczynka szczególnie kocha Narnię i lwa Aslana – dziwi ją, że nie wszyscy znają te historie i że nie dyskutują nad tym, która część jest najlepsza (oczywiście że pierwsza!). Czytanie to jej sposób na zabicie czasu i na poradzenie sobie z wyzwaniami, jakie stawiają przed nią rodzice. Bo mama i tata Poppy zajmują się kupowaniem i remontowaniem starych domów – jako duet osiągnęli już sporą sławę i mogą dostawać zlecenia, jakich inni nie mieliby szans otrzymać. Ale to oznacza też ciągłe przeprowadzki i zmiany środowiska. W związku z tym Poppy jest trochę samotna, nawet jeśli tego nie przyznaje. Zapadanie się w świat książek to nie jest najlepszy sposób na funkcjonowanie małej dziewczynki. Ale to właśnie Poppy, z wyćwiczoną na książkach wyobraźnią – i bez towarzystwa rówieśników – ma największą szansę na odkrycie tajemnicy nowej posiadłości, jaką zajmują się rodzice. Przebywa tu baśniowa istota, wyjątkowo złośliwa nimfa wodna, która może spełnić marzenie bohaterki, ale za pewną cenę. Tą ceną jest porwanie przez nimfę książek ważnych dla Poppy – a może i dla całej ludzkości. Bo nimfa nie poprzestaje na zabraniu przedmiotów (a przecież książki dla Poppy to prawdziwe skarby i bohaterka zrobi dużo, żeby je ocalić), wymazuje historie ze zbiorowej świadomości. I doskonale wie, gdzie uderzyć, żeby strata była jak najbardziej bolesna. Celowo sięga po te publikacje, które Poppy darzy największym uczuciem – albo które pozwalają scementować jej rodzinę.
A marzenie Poppy dotyczy posiadania własnego magicznego latającego lwa. Samson to na początku lwie szczenię, maleństwo, którym trzeba się opiekować. Z czasem dorasta i dojrzewa, nieświadomy, że za każdy dzień z jego życia nimfa pobiera wielki haracz. Samson ma problemy – nie potrafi ryczeć ani latać i lekcjami w tej dziedzinie musi się zająć Poppy, chociaż sama w sobie też nie ma zbyt wiele pewności siebie. I tak Poppy dojrzewa razem ze swoim wymarzonym zwierzęciem, które – oczywiście – musi trzymać w tajemnicy przed wszystkimi. „Lew, który się odważył” to baśń w starym stylu. Audrey Hartman pisze ją tak, żeby czytelników zachwycić i żeby przypomnieć im magię funkcjonującą w powieściach, zwłaszcza tych powieściach fantasy, które przeszły do klasyki. Jest tu sporo tematów współczesnych, związanych z dylematami samotnego dziecka – ale dzięki emocjom książka staje się uniwersalna. Co ważne, autorka bardzo mocno podkreśla rolę książek – nie ma tu mowy o wyobcowaniu z powodu literatury pięknej czy rozrywkowej, czytanie jest dla Poppy czynnością naturalną i bardzo potrzebną – a problemy w gronie rówieśników mają zupełnie inne źródło. Książki to przygoda i o tym Hartman ciągle będzie przypominać. To jest powieść dla pożeraczy historii – wymyślona i napisana z rozmachem, trochę z tęsknoty za dawnymi wielkimi produkcjami. Ma potencjał filmowy i jest wzruszająca – z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom i zostanie z nimi na długo. Aubrey Hartman niejako mimochodem reklamuje tu też inne książki – te, na które warto zwrócić uwagę. Przypomina, że czytanie to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu.
Cena marzenia
Poppy to jedna z tych odklejonych od zwykłego życia bohaterek, które najchętniej nie wychodziłyby ze świata swoich ukochanych książek. Dziewczynka szczególnie kocha Narnię i lwa Aslana – dziwi ją, że nie wszyscy znają te historie i że nie dyskutują nad tym, która część jest najlepsza (oczywiście że pierwsza!). Czytanie to jej sposób na zabicie czasu i na poradzenie sobie z wyzwaniami, jakie stawiają przed nią rodzice. Bo mama i tata Poppy zajmują się kupowaniem i remontowaniem starych domów – jako duet osiągnęli już sporą sławę i mogą dostawać zlecenia, jakich inni nie mieliby szans otrzymać. Ale to oznacza też ciągłe przeprowadzki i zmiany środowiska. W związku z tym Poppy jest trochę samotna, nawet jeśli tego nie przyznaje. Zapadanie się w świat książek to nie jest najlepszy sposób na funkcjonowanie małej dziewczynki. Ale to właśnie Poppy, z wyćwiczoną na książkach wyobraźnią – i bez towarzystwa rówieśników – ma największą szansę na odkrycie tajemnicy nowej posiadłości, jaką zajmują się rodzice. Przebywa tu baśniowa istota, wyjątkowo złośliwa nimfa wodna, która może spełnić marzenie bohaterki, ale za pewną cenę. Tą ceną jest porwanie przez nimfę książek ważnych dla Poppy – a może i dla całej ludzkości. Bo nimfa nie poprzestaje na zabraniu przedmiotów (a przecież książki dla Poppy to prawdziwe skarby i bohaterka zrobi dużo, żeby je ocalić), wymazuje historie ze zbiorowej świadomości. I doskonale wie, gdzie uderzyć, żeby strata była jak najbardziej bolesna. Celowo sięga po te publikacje, które Poppy darzy największym uczuciem – albo które pozwalają scementować jej rodzinę.
A marzenie Poppy dotyczy posiadania własnego magicznego latającego lwa. Samson to na początku lwie szczenię, maleństwo, którym trzeba się opiekować. Z czasem dorasta i dojrzewa, nieświadomy, że za każdy dzień z jego życia nimfa pobiera wielki haracz. Samson ma problemy – nie potrafi ryczeć ani latać i lekcjami w tej dziedzinie musi się zająć Poppy, chociaż sama w sobie też nie ma zbyt wiele pewności siebie. I tak Poppy dojrzewa razem ze swoim wymarzonym zwierzęciem, które – oczywiście – musi trzymać w tajemnicy przed wszystkimi. „Lew, który się odważył” to baśń w starym stylu. Audrey Hartman pisze ją tak, żeby czytelników zachwycić i żeby przypomnieć im magię funkcjonującą w powieściach, zwłaszcza tych powieściach fantasy, które przeszły do klasyki. Jest tu sporo tematów współczesnych, związanych z dylematami samotnego dziecka – ale dzięki emocjom książka staje się uniwersalna. Co ważne, autorka bardzo mocno podkreśla rolę książek – nie ma tu mowy o wyobcowaniu z powodu literatury pięknej czy rozrywkowej, czytanie jest dla Poppy czynnością naturalną i bardzo potrzebną – a problemy w gronie rówieśników mają zupełnie inne źródło. Książki to przygoda i o tym Hartman ciągle będzie przypominać. To jest powieść dla pożeraczy historii – wymyślona i napisana z rozmachem, trochę z tęsknoty za dawnymi wielkimi produkcjami. Ma potencjał filmowy i jest wzruszająca – z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom i zostanie z nimi na długo. Aubrey Hartman niejako mimochodem reklamuje tu też inne książki – te, na które warto zwrócić uwagę. Przypomina, że czytanie to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu.
środa, 21 października 2026
Anna Kiedrzynek: Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce
Czarne, Wołowiec 2026.
Cierpienie
To zdecydowanie książka o różnych rodzajach schorzeń – bardziej i mniej znanych – ale powiązanych jednym tematem, indywidualnym cierpieniem, w które nie wszyscy chcą wierzyć. W efekcie ludzie borykają się nie tylko z problemem utrudniającym codzienne funkcjonowanie, ale i z podejrzliwością z zewnątrz – nie tylko ze strony rodzin czy przyjaciół, ale i lekarzy. Ból ma różne oblicza: czasami to ból podczas porodu, a czasami taki, który towarzyszy bohaterom reportaży Anny Kiedrzynek codziennie – bez szans na uśmierzenie. Ból "kobiecy" i ból "męski" - zjawiska, które rodzą szereg pytań pojawiają się tu na kolejnych stronach.
„Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce” to książka, która składa się z drobnych opowieści. Żeby przyciągnąć uwagę czytelników i uświadomić im, że to nie tylko sprawa dorosłych, rozpoczyna autorka od obrazów cierpiących dzieci: bolesne pęcherze na skórze powstające w wyniku najlżejszego nawet dotyku to bez wątpienia choroba ekstremalna (i trudna do wyobrażenia dla wielu) – ale też najłatwiej wyobrazić sobie ból na jej przykładzie. Bo jeśli nie widać ran, trudniej jest ocenić skalę czyjegoś cierpienia. Łatwo za to posądzić o nadwrażliwość, kombinowanie czy przesadę. I teraz: Anna Kiedrzynek rozmawia z kolejnymi ludźmi, żeby poznać ich historie i żeby sprawdzić, czy dostają odpowiednią pomoc medyczną. Ale – często (zbyt często) okazuje się, że lekarze są bezradni. Jest tu kilka problemów, które nakładają się na siebie i z których zwykli czytelnicy nie zdają sobie przeważnie sprawy, dopóki nie staną – sami, albo ktoś z ich bliskiego otoczenia – przed podobnym wyzwaniem. Jedno to kwestia różnych rodzajów bólu uprzykrzającego albo utrudniającego codzienność. Drugie – reakcje otoczenia. Trzecie – społeczny strach przed stosowaniem opioidów. Tu – pod koniec książki – autorka trochę walczy o to, żeby część ludzi dała sobie prawo do łagodzenia bólu. Przypomina, że zażywanie opioidów nie jest równoznaczne z braniem narkotyków, a jeśli robi się to pod kontrolą lekarza, nie stanowi niebezpieczeństwa. Z perspektywy czytelników przerażający może być nie sam fakt strachu, zwłaszcza ludzi starszych, przed rzekomymi narkotykami – co podejście ich bliskich, wyzywających od ćpunów. Dlatego dobrze, że książka „Nie uszlachetnia” powstała . Co ważne, Anna Kiedrzynek nie do końca chce się zajmować objaśnianiem tego, co nawet samym lekarzom sprawia czasami trudności – rezygnuje z wyjaśnień medycznych, chyba że są już absolutnie niezbędne do zrozumienia kontekstu. Częściej po prostu oddaje głos bohaterom, którzy przeszli już własną drogę do poznania tego, co najbardziej męczące – i w ich historiach zawiera niezbędne wyjaśnienia. Storytelling ma się tu doskonale: o wiele lepiej będzie przyjrzeć się tematowi bólu przy konkretach, z dala od abstrakcyjnych analiz. Zwłaszcza że widać dzięki temu dodatkowe, mniej kojarzone przez ogół, zmartwienia: problemy w pracy czy w związkach, konieczność rezygnowania z lubianych wcześniej rozrywek i daleko idące przewartościowania. Ból, którego z zewnątrz nie widać, potrafi kompletnie rozregulować życie. I Anna Kiedrzynek opowiada właśnie o tym: jak z bólem żyje się kolejnym bohaterom i co przysparza najwięcej kłopotów, kiedy lekarze rozkładają ręce. Anna Kiedrzynek chce się dowiedzieć – za sprawą swoich rozmówców – jak sami lekarze podchodzą do cierpienia pacjentów, czy łatwo jest rozwiązać problem bólu, czy też pozostawia się ludzi samym sobie. I to wszystko w erze nadużywania ogólnodostępnych leków przeciwbólowych, które jednak w tych wypadkach kompletnie nie mają sensu. Jest to publikacja atrakcyjna dla czytelników – i ważna dla społeczeństwa.
Cierpienie
To zdecydowanie książka o różnych rodzajach schorzeń – bardziej i mniej znanych – ale powiązanych jednym tematem, indywidualnym cierpieniem, w które nie wszyscy chcą wierzyć. W efekcie ludzie borykają się nie tylko z problemem utrudniającym codzienne funkcjonowanie, ale i z podejrzliwością z zewnątrz – nie tylko ze strony rodzin czy przyjaciół, ale i lekarzy. Ból ma różne oblicza: czasami to ból podczas porodu, a czasami taki, który towarzyszy bohaterom reportaży Anny Kiedrzynek codziennie – bez szans na uśmierzenie. Ból "kobiecy" i ból "męski" - zjawiska, które rodzą szereg pytań pojawiają się tu na kolejnych stronach.
„Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce” to książka, która składa się z drobnych opowieści. Żeby przyciągnąć uwagę czytelników i uświadomić im, że to nie tylko sprawa dorosłych, rozpoczyna autorka od obrazów cierpiących dzieci: bolesne pęcherze na skórze powstające w wyniku najlżejszego nawet dotyku to bez wątpienia choroba ekstremalna (i trudna do wyobrażenia dla wielu) – ale też najłatwiej wyobrazić sobie ból na jej przykładzie. Bo jeśli nie widać ran, trudniej jest ocenić skalę czyjegoś cierpienia. Łatwo za to posądzić o nadwrażliwość, kombinowanie czy przesadę. I teraz: Anna Kiedrzynek rozmawia z kolejnymi ludźmi, żeby poznać ich historie i żeby sprawdzić, czy dostają odpowiednią pomoc medyczną. Ale – często (zbyt często) okazuje się, że lekarze są bezradni. Jest tu kilka problemów, które nakładają się na siebie i z których zwykli czytelnicy nie zdają sobie przeważnie sprawy, dopóki nie staną – sami, albo ktoś z ich bliskiego otoczenia – przed podobnym wyzwaniem. Jedno to kwestia różnych rodzajów bólu uprzykrzającego albo utrudniającego codzienność. Drugie – reakcje otoczenia. Trzecie – społeczny strach przed stosowaniem opioidów. Tu – pod koniec książki – autorka trochę walczy o to, żeby część ludzi dała sobie prawo do łagodzenia bólu. Przypomina, że zażywanie opioidów nie jest równoznaczne z braniem narkotyków, a jeśli robi się to pod kontrolą lekarza, nie stanowi niebezpieczeństwa. Z perspektywy czytelników przerażający może być nie sam fakt strachu, zwłaszcza ludzi starszych, przed rzekomymi narkotykami – co podejście ich bliskich, wyzywających od ćpunów. Dlatego dobrze, że książka „Nie uszlachetnia” powstała . Co ważne, Anna Kiedrzynek nie do końca chce się zajmować objaśnianiem tego, co nawet samym lekarzom sprawia czasami trudności – rezygnuje z wyjaśnień medycznych, chyba że są już absolutnie niezbędne do zrozumienia kontekstu. Częściej po prostu oddaje głos bohaterom, którzy przeszli już własną drogę do poznania tego, co najbardziej męczące – i w ich historiach zawiera niezbędne wyjaśnienia. Storytelling ma się tu doskonale: o wiele lepiej będzie przyjrzeć się tematowi bólu przy konkretach, z dala od abstrakcyjnych analiz. Zwłaszcza że widać dzięki temu dodatkowe, mniej kojarzone przez ogół, zmartwienia: problemy w pracy czy w związkach, konieczność rezygnowania z lubianych wcześniej rozrywek i daleko idące przewartościowania. Ból, którego z zewnątrz nie widać, potrafi kompletnie rozregulować życie. I Anna Kiedrzynek opowiada właśnie o tym: jak z bólem żyje się kolejnym bohaterom i co przysparza najwięcej kłopotów, kiedy lekarze rozkładają ręce. Anna Kiedrzynek chce się dowiedzieć – za sprawą swoich rozmówców – jak sami lekarze podchodzą do cierpienia pacjentów, czy łatwo jest rozwiązać problem bólu, czy też pozostawia się ludzi samym sobie. I to wszystko w erze nadużywania ogólnodostępnych leków przeciwbólowych, które jednak w tych wypadkach kompletnie nie mają sensu. Jest to publikacja atrakcyjna dla czytelników – i ważna dla społeczeństwa.
wtorek, 20 października 2026
Ewa Wodzicka-Dondziłło: Angielski od dziecka. Zestaw 16 książek dwujęzycznych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Scenki
Kiedyś uczyło się dzieci języków obcych przez stopniowe oswajanie ich ze słówkami. Dzisiaj to raczej stawianie na komunikatywność – podsuwanie całych zwrotów, które można wykorzystać choćby w zabawie – słówka są tylko dodatkiem w procesie edukacji. I oto na rynek wkracza zestaw szesnastu książeczek – dwujęzycznych czytanek dla najmłodszych: nie tylko dla dzieci, które już zaczęły samodzielnie czytać, ale też dla tych, które będą się przysłuchiwać narracji. Wprawdzie mamy tu podział na dwa poziomy trudności, ale nie jest on zbyt rygorystyczny i nie odzwierciedla się przesadnie w kształcie tekstu. Ewa Wodzicka-Dondziłło proponuje podręczny zbiorek scenek, które wydarzyć się mogą w każdej rodzinie i które pozwolą małym odbiorcom na podglądanie rówieśników w codziennych czynnościach. Każdy tomik to osobny temat – a wśród tematów pojawiają się między innymi kwestie gotowania, układania się do snu, szukania ulubionej zabawki, obserwowania pór roku czy opieki nad młodszym rodzeństwem. Szesnaście historii to szesnaście sytuacji znanych dzieciom – więc mali czytelnicy będą mogli od razu zasłyszane zwroty skojarzyć ze swoimi zajęciami. Każdy tomik to osobna rodzina, do której zagląda jeden wspólny bohater, Pan Skarpeta. Tu pojawia się zresztą propozycja wspólnej zabawy z dziećmi: można samodzielnie stworzyć narratora z własnych materiałów – autorka podpowiada, jak to zrobić – i wykorzystywać do opowiadania. Dzięki temu całość nabierze bajkowego charakteru i zdejmie z tomików aspekt edukacyjny – przynajmniej pozornie – bo dzieci dostrzegą tu przede wszystkim zabawę. Pan Skarpeta nie bierze specjalnego udziału w akcji – poza wprowadzaniem, przedstawianiem kolejnych rodzin – ale może przydać się jako ogólny wszechwiedzący narrator. Do tego prosi o pomoc w wyszukiwaniu pewnych elementów obrazków lub kolorowaniu ich. Pan Skarpeta spaja całość. Każdy tomik to inny zestaw domowników: czasami mamy do czynienia z kilkorgiem dzieci i dwojgiem rodziców, ale czasami będą to dzieci z dziadkami, dzieci z ciotką i wujkiem, dziecko z mamą lub dziecko z tatą – całe mnóstwo możliwości, tak, żeby nikogo nie wykluczać i żeby pokazać odbiorcom, że różne są definicje rodzin i możliwości wspólnego egzystowania.
Każda książeczka kończy się całostronicowymi zadaniami dla maluchów, na marginesach poszczególnych stron w trakcie opowieści też pojawiają się drobne wyzwania – i to elementy, których się nie dubluje. Rozkładówkę zajmuje wielkoformatowa ilustracja (i tu ciekawostka – w komplecie szesnastu książeczek mamy kilku różnych ilustratorów, którzy nie unifikują stylu, a posługują się własną kreską i pomysłami do zilustrowania postaci). Ilustracja jest jedna, ale sąsiadujące ze sobą strony charakteryzują się obecnością dwóch narracji – po angielsku i po polsku. Podkreślane są tu emocje postaci (między innymi przez kolory) – można zatem najpierw prześledzić tekst po angielsku, a później po polsku, albo od razu korzystać z podpowiedzi przy ewentualnym przekładaniu lub poznawaniu nowych słówek. Spora część czytanek bazuje na wyliczankach – to sprawia, że zmieści się w niewielkiej objętości tekstu dużo więcej słówek – co kieruje odbiorców z powrotem do dawnych lekcji angielskiego. Ale tu od razu widać kontekst, a powtarzanie niektórych zachowań pozwoli na oswojenie się z pewnymi zwrotami. To oznacza, że dzieci nabiorą pewności siebie i będą chętniej poznawać lektury angielskie.
Scenki
Kiedyś uczyło się dzieci języków obcych przez stopniowe oswajanie ich ze słówkami. Dzisiaj to raczej stawianie na komunikatywność – podsuwanie całych zwrotów, które można wykorzystać choćby w zabawie – słówka są tylko dodatkiem w procesie edukacji. I oto na rynek wkracza zestaw szesnastu książeczek – dwujęzycznych czytanek dla najmłodszych: nie tylko dla dzieci, które już zaczęły samodzielnie czytać, ale też dla tych, które będą się przysłuchiwać narracji. Wprawdzie mamy tu podział na dwa poziomy trudności, ale nie jest on zbyt rygorystyczny i nie odzwierciedla się przesadnie w kształcie tekstu. Ewa Wodzicka-Dondziłło proponuje podręczny zbiorek scenek, które wydarzyć się mogą w każdej rodzinie i które pozwolą małym odbiorcom na podglądanie rówieśników w codziennych czynnościach. Każdy tomik to osobny temat – a wśród tematów pojawiają się między innymi kwestie gotowania, układania się do snu, szukania ulubionej zabawki, obserwowania pór roku czy opieki nad młodszym rodzeństwem. Szesnaście historii to szesnaście sytuacji znanych dzieciom – więc mali czytelnicy będą mogli od razu zasłyszane zwroty skojarzyć ze swoimi zajęciami. Każdy tomik to osobna rodzina, do której zagląda jeden wspólny bohater, Pan Skarpeta. Tu pojawia się zresztą propozycja wspólnej zabawy z dziećmi: można samodzielnie stworzyć narratora z własnych materiałów – autorka podpowiada, jak to zrobić – i wykorzystywać do opowiadania. Dzięki temu całość nabierze bajkowego charakteru i zdejmie z tomików aspekt edukacyjny – przynajmniej pozornie – bo dzieci dostrzegą tu przede wszystkim zabawę. Pan Skarpeta nie bierze specjalnego udziału w akcji – poza wprowadzaniem, przedstawianiem kolejnych rodzin – ale może przydać się jako ogólny wszechwiedzący narrator. Do tego prosi o pomoc w wyszukiwaniu pewnych elementów obrazków lub kolorowaniu ich. Pan Skarpeta spaja całość. Każdy tomik to inny zestaw domowników: czasami mamy do czynienia z kilkorgiem dzieci i dwojgiem rodziców, ale czasami będą to dzieci z dziadkami, dzieci z ciotką i wujkiem, dziecko z mamą lub dziecko z tatą – całe mnóstwo możliwości, tak, żeby nikogo nie wykluczać i żeby pokazać odbiorcom, że różne są definicje rodzin i możliwości wspólnego egzystowania.
Każda książeczka kończy się całostronicowymi zadaniami dla maluchów, na marginesach poszczególnych stron w trakcie opowieści też pojawiają się drobne wyzwania – i to elementy, których się nie dubluje. Rozkładówkę zajmuje wielkoformatowa ilustracja (i tu ciekawostka – w komplecie szesnastu książeczek mamy kilku różnych ilustratorów, którzy nie unifikują stylu, a posługują się własną kreską i pomysłami do zilustrowania postaci). Ilustracja jest jedna, ale sąsiadujące ze sobą strony charakteryzują się obecnością dwóch narracji – po angielsku i po polsku. Podkreślane są tu emocje postaci (między innymi przez kolory) – można zatem najpierw prześledzić tekst po angielsku, a później po polsku, albo od razu korzystać z podpowiedzi przy ewentualnym przekładaniu lub poznawaniu nowych słówek. Spora część czytanek bazuje na wyliczankach – to sprawia, że zmieści się w niewielkiej objętości tekstu dużo więcej słówek – co kieruje odbiorców z powrotem do dawnych lekcji angielskiego. Ale tu od razu widać kontekst, a powtarzanie niektórych zachowań pozwoli na oswojenie się z pewnymi zwrotami. To oznacza, że dzieci nabiorą pewności siebie i będą chętniej poznawać lektury angielskie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






