Kropka, Warszawa 2026.
Medalion
Ostatnie zadanie dostaje Dziewiątka – i znowu chodzi o propozycję nie do odrzucenia. Czarownica, która żąda od dziewczyny medalionu, wie doskonale, że narazi bohaterkę na szereg niebezpieczeństw, ale przecież w Świecie Między Światami zawsze było groźnie. Nie inaczej niż na ulicy, na której Dziewiątka by ciągle żyła, gdyby nie trafiła pewnego dnia do Domu na Skraju Magii. Teraz przychodzi czas rozliczeń – wiadomo, że trzeba udzielić odpowiedzi na pewne pytania. Na przykład na to, jak właściwie Dziewiątka ma na imię. Czas też na podróż do Gniazda – do miejsca, w którym Dziewiątka się wychowywała, kiedy mama nie mogła się nią dłużej zajmować. Dziewiątka przekonuje się, że nie została sama na świecie – i że nie należy sądzić po pozorach. „Latarnia na Końcu Świata” to ostatnia książka w tym świecie – świecie dostarczającym czytelnikom mnóstwa silnych emocji z dala od typowych motywów fabularnych. Bo przecież tu nie ma nic zwyczajnego, nawet dom swobodnie się przemieszcza i zmienia rozkład pokojów – w zależności od potrzeb domowników i od miejscowych.
Dziewiątka przyzwyczaiła się już do tego, że to na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za losy mieszkańców domu. Ma tu do dyspozycji całe mnóstwo indywiduów – i pogodziła się już dawno z tym, że każdy ma swoje wady, ale też – swoje prawdziwe uczucia, które należy chronić i pielęgnować. Porusza się z wyjątkową delikatnością w świecie trudnym do objęcia na drodze rozumowej – ale dobrze czuje się w miejscu, które stało się jej schronieniem. Ale Dziewiątka to ciągle jeszcze dziecko i od czasu do czasu potrzebuje świadomości, że ma kogoś bliskiego, na kim może się oprzeć w trudnych chwilach. Do tego chce doprowadzić Amy Sparkes, kiedy w „Latarni na Końcu Świata” rozwija ostatnią misję swojej bohaterki.
Liczy się tu upraszczanie zasad – Amy Sparkes buduje od podstaw cały świat – i tworzy go na prawach negacji tego, co znają odbiorcy z własnego otoczenia. Potrzebuje więc dość przejrzystych schematów, żeby mali odbiorcy do końca nie zgubili się w lekturze. Proponuje zatem fabułę linearną, dba o to, żeby bohaterowie mieli kolejne zadania do wykonania, odsłaniające się po wypełnieniu jakiejś części misji. To oznacza, że nie będzie trzeba wyprzedzać w procesie dedukcji wydarzeń – i że odpowiedzi nadejdą wtedy, kiedy autorka uzna, że trzeba je podać. Będzie tu trochę powrotów do czegoś, co nad książką zjednoczy czytelników – do skrywanych starannie potrzeb i tęsknot. Dziewiątka może udawać, że radzi sobie ze wszystkim, ale nawet ona miewa chwile zwątpienia. Tym razem może sobie na to pozwolić – bo ostatnia misja wprowadza motyw podpory, którą bohaterka będzie mogła się posługiwać w dalszym życiu. I jeśli Amy Sparkes swoją serią chciała opowiedzieć małym czytelnikom coś ważnego, to robi to właśnie teraz – fundując im podróż do tego, co nieodzowne w życiu.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 18 października 2026
sobota, 17 października 2026
Christian Tielmann: Już umiemy mówić tak i nie
Media Rodzina, Poznań 2026.
Grupa
W serii Mądra Mysz pojawia się nowy cykl – cykl Już umiemy. To coś, co warto przedstawiać dzieciom, żeby przekonały się, czy mają już takie same umiejętności jak kilkuletni bohaterowie. Tomik „Już umiemy mówić tak i nie” dotyczy samoświadomości, a nie logopedycznych talentów – tu liczy się podejmowanie decyzji w zgodzie ze sobą i bez względu na zdanie otoczenia. Tosia, Igor, Franek i Sara to czworo przyjaciół z przedszkola. Lubią spędzać razem czas i starają się wypracowywać takie rozwiązania, które satysfakcjonują wszystkich. Zależy im na tym, żeby każdy czuł się dobrze i był usatysfakcjonowany działaniami – chociaż zdarza się, że trzeba postawić na swoim. I nagle okazuje się, że mnóstwo powodów do niesnasek znika, kiedy jest się wyczulonym na potrzeby i ograniczenia drugiego człowieka. Dzień w przedszkolu to doskonała okazja do tego, żeby przekonać się, że każdy potrzebuje czegoś innego. Jedni wybierają malowanie, innych to nudzi i wolą budowanie wież. Podobnie jest na podwórku po deszczu: ktoś chce skakać po kałużach albo chodzić boso po mokrym piasku, ktoś inny nie zamierza się brudzić albo chce pozostać w kaloszach, chociaż nowo powstająca grupa wymagałaby ze względu na tytuł podporządkowania się reszcie. Do tego dzieci wiedzą już doskonale, że mają prawo do decydowania, co dzieje się z ich ciałami: nikt nie może ich dotykać, głaskać czy przytulać bez ich zgody. Takie postawy też ćwiczą podczas zabaw. Z reguły nie ma problemu z zaakceptowaniem innego zdania w grupie – wszyscy są wyrozumiali i w końcu chcą się razem bawić. Ale zdarza się, że czyjeś „nie” nie zostanie zaakceptowane – i większość będzie mieć rację. Takie scenki też podawane są najmłodszym odbiorcom – żeby nauczyli się, że wolność ma swoje granice.
„Już umiemy mówić tak i nie” to książeczka bardzo przyjemna. Przede wszystkim wciąga dzieci w doświadczenia ich rówieśników – i rozbudza ciekawość. Chociaż wszystko podporządkowane jest edukowaniu najmłodszych, to liczy się też możliwość uczestniczenia we wspólnej zabawie. Bohaterowie błyskawicznie trafiają do przekonania odbiorcom – a to sprawi, że bardzo łatwo będzie przyswoić sobie wskazówki i porady. Od czasu do czasu na obrazkach pojawia się postać spoza fabuły, za to z serii – Mądra Mysz. Ona wtrąca ciekawostki, albo zadaje pytania, które pozwolą odbiorcom zastanowić się nad własnymi potrzebami.
Christian Tielmann wykorzystuje swoje ogromne doświadczenie w tworzeniu historyjek w cyklu. Lena Heger dodaje wyraziste ilustracje. Strona graficzna jest tu również istotna – bo nadaje lekkości opowieści. Przyjemnie się tę książkę ogląda – ale równie przyjemnie śledzi się zasady, jakie dzieci ustalają we własnej grupie, żeby wszystkim było przyjemnie, wygodnie i bezpiecznie. „Już umiemy mówić tak i nie” to publikacja cenna i potrzebna na rynku literatury czwartej.
Grupa
W serii Mądra Mysz pojawia się nowy cykl – cykl Już umiemy. To coś, co warto przedstawiać dzieciom, żeby przekonały się, czy mają już takie same umiejętności jak kilkuletni bohaterowie. Tomik „Już umiemy mówić tak i nie” dotyczy samoświadomości, a nie logopedycznych talentów – tu liczy się podejmowanie decyzji w zgodzie ze sobą i bez względu na zdanie otoczenia. Tosia, Igor, Franek i Sara to czworo przyjaciół z przedszkola. Lubią spędzać razem czas i starają się wypracowywać takie rozwiązania, które satysfakcjonują wszystkich. Zależy im na tym, żeby każdy czuł się dobrze i był usatysfakcjonowany działaniami – chociaż zdarza się, że trzeba postawić na swoim. I nagle okazuje się, że mnóstwo powodów do niesnasek znika, kiedy jest się wyczulonym na potrzeby i ograniczenia drugiego człowieka. Dzień w przedszkolu to doskonała okazja do tego, żeby przekonać się, że każdy potrzebuje czegoś innego. Jedni wybierają malowanie, innych to nudzi i wolą budowanie wież. Podobnie jest na podwórku po deszczu: ktoś chce skakać po kałużach albo chodzić boso po mokrym piasku, ktoś inny nie zamierza się brudzić albo chce pozostać w kaloszach, chociaż nowo powstająca grupa wymagałaby ze względu na tytuł podporządkowania się reszcie. Do tego dzieci wiedzą już doskonale, że mają prawo do decydowania, co dzieje się z ich ciałami: nikt nie może ich dotykać, głaskać czy przytulać bez ich zgody. Takie postawy też ćwiczą podczas zabaw. Z reguły nie ma problemu z zaakceptowaniem innego zdania w grupie – wszyscy są wyrozumiali i w końcu chcą się razem bawić. Ale zdarza się, że czyjeś „nie” nie zostanie zaakceptowane – i większość będzie mieć rację. Takie scenki też podawane są najmłodszym odbiorcom – żeby nauczyli się, że wolność ma swoje granice.
„Już umiemy mówić tak i nie” to książeczka bardzo przyjemna. Przede wszystkim wciąga dzieci w doświadczenia ich rówieśników – i rozbudza ciekawość. Chociaż wszystko podporządkowane jest edukowaniu najmłodszych, to liczy się też możliwość uczestniczenia we wspólnej zabawie. Bohaterowie błyskawicznie trafiają do przekonania odbiorcom – a to sprawi, że bardzo łatwo będzie przyswoić sobie wskazówki i porady. Od czasu do czasu na obrazkach pojawia się postać spoza fabuły, za to z serii – Mądra Mysz. Ona wtrąca ciekawostki, albo zadaje pytania, które pozwolą odbiorcom zastanowić się nad własnymi potrzebami.
Christian Tielmann wykorzystuje swoje ogromne doświadczenie w tworzeniu historyjek w cyklu. Lena Heger dodaje wyraziste ilustracje. Strona graficzna jest tu również istotna – bo nadaje lekkości opowieści. Przyjemnie się tę książkę ogląda – ale równie przyjemnie śledzi się zasady, jakie dzieci ustalają we własnej grupie, żeby wszystkim było przyjemnie, wygodnie i bezpiecznie. „Już umiemy mówić tak i nie” to publikacja cenna i potrzebna na rynku literatury czwartej.
piątek, 16 października 2026
Marta Orzeszyna: Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie
Rebis, Poznań 2026.
Atmosfera
Marta Orzeszyna fascynuje się Paryżem i z tej fascynacji tworzy monumentalną narrację o tym, co działo się w stolicy Francji w dwudziestoleciu międzywojennym. „Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie” to książka pełna faktów, ciekawostek, anegdot i odczytań. To tom bazujący na obyczajowości i sztuce, na tym, co zarejestrowane i co ukryte w źródłach. Na tym, co kształtowało genius loci i co wpływało na odmienność Paryża. Mniej liczy się tu polityka, o wiele bardziej – relacje międzyludzkie, artystyczne przyjaźnie, powiązania i inspiracje. Tu wojna przeplata się z modą, a malarstwo ze sportem.
Marta Orzeszyna starannie gromadzi informacje, które może udokumentować odpowiednimi cytatami – stara się nie zamęczać odbiorców kolażem z wypowiedzi innych, ale od czasu do czasu potrzebuje ich dla uchwycenia kolorytu lokalnego. Proponuje rozdziały tematyczne, żeby choć trochę uporządkować sytuację zastaną. Odkrywa więc Paryż stopniowo i po kawałku, w zależności od dyscypliny, rodzaju działania czy zasięgu. Przygląda się i sztuce, i wynalazkom, przemianom obyczajowym i mikroskali w kontaktach interpersonalnych. Sprawdza uważnie strefy wpływów i zależności, żeby przedstawiać czytelnikom już gotowe analizy. Za każdym razem szuka nowatorstwa i kierunków metamorfoz. Bada znaczenie symboli i gestów, odnosząc je do wielkiej polityki i historii, które muszą wpłynąć na losy jednostek. Paryż w jej ujęciu to przede wszystkim Paryż ludzi wybitnych, którzy wcale nie muszą sobie jeszcze zdawać sprawy z własnego znaczenia dla przyszłych pokoleń – tu będzie liczyć się pomysł na siebie i z rzadka uznanie współczesnych. Marta Orzeszyna wie doskonale, komu się powiodło i kto trafił do świadomości potomnych. Interesują ją zatem czasami tylko drobne wzmianki o kolejnych postaciach charakterystycznych dla pejzażu Paryża dwudziestolecia międzywojennego. Tak naprawdę na pierwszym planie stawia ludzi, dopiero w drugim ujęciu sięga po dodatkowe konteksty, plany związane z miejscami czy rozwojem miasta. Paryż to artyści i uczeni – a z drugiej strony to historia. Wydaje się zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, że Marta Orzeszyna będzie pisać kolejną książkę historyczną, tyle że tematyzowaną – tak bardzo bazuje na tym, co się wydarzyło. Dopiero kiedy wyjaśni już kontekst związany z przeszłością, może przejść do tego, co najbardziej kształtuje myślenie mas o Paryżu. Na uwagę zasługuje przede wszystkim jej uwikłanie w zależności. Przy czytaniu tej książki nie ma się wrażenia śledzenia biografii – tu o wiele bardziej wartościowe stają się kontakty i reakcje. Nagle wychodzi na jaw, że artyści potrzebują odbicia – natychmiastowych reakcji innych. I dzięki tej książce dużo zależności można rozpracować – Marta Orzeszyna bezbłędnie wyciąga to, co miało znaczenie dla dalszej kariery i rozwoju artystycznego, przypomina, że nie da się w pojedynkę działać w niektórych dziedzinach. Zaprasza do poznawania Paryża z różnych perspektyw i dzieli się własną pasją. Proponuje książkę bardzo rozbudowaną, wypełnioną ciekawostkami, danymi i przemyśleniami – nie zabraknie tu konkretów, co usatysfakcjonuje wszystkich poszukujących ambitnej literatury.
Atmosfera
Marta Orzeszyna fascynuje się Paryżem i z tej fascynacji tworzy monumentalną narrację o tym, co działo się w stolicy Francji w dwudziestoleciu międzywojennym. „Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie” to książka pełna faktów, ciekawostek, anegdot i odczytań. To tom bazujący na obyczajowości i sztuce, na tym, co zarejestrowane i co ukryte w źródłach. Na tym, co kształtowało genius loci i co wpływało na odmienność Paryża. Mniej liczy się tu polityka, o wiele bardziej – relacje międzyludzkie, artystyczne przyjaźnie, powiązania i inspiracje. Tu wojna przeplata się z modą, a malarstwo ze sportem.
Marta Orzeszyna starannie gromadzi informacje, które może udokumentować odpowiednimi cytatami – stara się nie zamęczać odbiorców kolażem z wypowiedzi innych, ale od czasu do czasu potrzebuje ich dla uchwycenia kolorytu lokalnego. Proponuje rozdziały tematyczne, żeby choć trochę uporządkować sytuację zastaną. Odkrywa więc Paryż stopniowo i po kawałku, w zależności od dyscypliny, rodzaju działania czy zasięgu. Przygląda się i sztuce, i wynalazkom, przemianom obyczajowym i mikroskali w kontaktach interpersonalnych. Sprawdza uważnie strefy wpływów i zależności, żeby przedstawiać czytelnikom już gotowe analizy. Za każdym razem szuka nowatorstwa i kierunków metamorfoz. Bada znaczenie symboli i gestów, odnosząc je do wielkiej polityki i historii, które muszą wpłynąć na losy jednostek. Paryż w jej ujęciu to przede wszystkim Paryż ludzi wybitnych, którzy wcale nie muszą sobie jeszcze zdawać sprawy z własnego znaczenia dla przyszłych pokoleń – tu będzie liczyć się pomysł na siebie i z rzadka uznanie współczesnych. Marta Orzeszyna wie doskonale, komu się powiodło i kto trafił do świadomości potomnych. Interesują ją zatem czasami tylko drobne wzmianki o kolejnych postaciach charakterystycznych dla pejzażu Paryża dwudziestolecia międzywojennego. Tak naprawdę na pierwszym planie stawia ludzi, dopiero w drugim ujęciu sięga po dodatkowe konteksty, plany związane z miejscami czy rozwojem miasta. Paryż to artyści i uczeni – a z drugiej strony to historia. Wydaje się zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, że Marta Orzeszyna będzie pisać kolejną książkę historyczną, tyle że tematyzowaną – tak bardzo bazuje na tym, co się wydarzyło. Dopiero kiedy wyjaśni już kontekst związany z przeszłością, może przejść do tego, co najbardziej kształtuje myślenie mas o Paryżu. Na uwagę zasługuje przede wszystkim jej uwikłanie w zależności. Przy czytaniu tej książki nie ma się wrażenia śledzenia biografii – tu o wiele bardziej wartościowe stają się kontakty i reakcje. Nagle wychodzi na jaw, że artyści potrzebują odbicia – natychmiastowych reakcji innych. I dzięki tej książce dużo zależności można rozpracować – Marta Orzeszyna bezbłędnie wyciąga to, co miało znaczenie dla dalszej kariery i rozwoju artystycznego, przypomina, że nie da się w pojedynkę działać w niektórych dziedzinach. Zaprasza do poznawania Paryża z różnych perspektyw i dzieli się własną pasją. Proponuje książkę bardzo rozbudowaną, wypełnioną ciekawostkami, danymi i przemyśleniami – nie zabraknie tu konkretów, co usatysfakcjonuje wszystkich poszukujących ambitnej literatury.
BAJKI Z UŚMIECHEM - część 10
Dziesiąta część Bajek z uśmiechem miała premierę 10 października. Czyta Wiktor Niedzicki
https://youtu.be/erJxQVjvlRU
https://youtu.be/erJxQVjvlRU
czwartek, 15 października 2026
Zofia Stanecka: List z planety Nuda
Harperkids, Warszawa 2026.
Obietnica
Nie wszystkie dzieci przeżywają w wakacje swoje wielkie przygody z dala od domu. Kuba na przykład wyjechać nie może, bo mama i tata pracują – z chłopcem może zostawać jedynie wujek. Wujek jest fajny, ale jednak to dorosły. Ale… i dorosły może wpaść na ciekawy pomysł. Wujek wręcza Kubie papeterię. Na ozdobnej kartce Kuba pisze do koleżanki list z kosmosu nudy. Gaba mieszka na Warmii i na nudę czasu nie ma – u niej bez przerwy coś się dzieje. Zwłaszcza w lecie – kiedy można biegać po lesie, odkrywać strumienie i pluskać się w wodzie (to wydaje się tym bardziej kuszące, że w mieście trwa upalny lipiec, którego Kuba ma serdecznie dosyć). A gdyby tak połączyć siły? W końcu Gaba bardzo chętnie spędzałaby czas ze swoim kumplem, który aktualnie się nudzi.
Zofia Stanecka tworzy historyjkę na pierwszym poziomie serii Czytam sobie i wie, że to zetknięcie z książkami będzie dla maluchów decydujące: jeśli ćwiczenie składania liter nie okaże się zbyt żmudne i męczące, najmłodsi dość szybko mogą się przekonać do czytania jako źródła rozrywki. A jeśli tak – nigdy w życiu nie będą się nudzić. Ale zamiast to tłumaczyć, autorka woli to pokazać. Decyduje się na przedstawienie ogromu nudy bez „dobrych rad” ze strony dorosłych: Kubą po prostu nie ma się kto zająć a to oznacza, że wszystkie działania będzie musiał wypracować sobie sam. Wymiana listów to dobry plan – chociaż nieco staroświecki, dzisiaj raczej maluchy nie bawią się w epistolografię, a już szukanie eleganckiej papeterii brzmi jak zajęcie prababć. A jednak „List z planety Nuda” pokazuje, ile może się zmienić po próbie nawiązania kontaktu. Co ważne, Kuba nie będzie krytykowany za swoje skargi: wolno mu czuć się źle z powodu marnowania wakacji – tyle tylko, że w jego otoczeniu nie istnieje dobre rozwiązanie sprawy. Zofia Stanecka nie wprowadza jeszcze przepisu na rozrywkowe wakacje – podaje jednak możliwość, która otwiera się przed chłopcem – a to rozbudzenie wyobraźni odbiorców. Liczy się to wszystko, co może się zdarzyć w niedalekiej przyszłości.
Co ciekawe, chociaż na pierwszym poziomie serii unika się dwuznaków i głosek nosowych, Zofia Stanecka przemyca „ii” w słowie „Warmii”. Szuka też oczywiście synonimów, które pozwolą jej prowadzić narrację w sposób zrozumiały dla dzieci, wciągający i pozbawiony mielizn leksykalnych. Najbardziej cieszy użycie kolokwialnego „wbijaj” jako zaproszenia – nie będzie to język niezrozumiały dla odbiorców, spodobać się może zatem początkującym czytelnikom, tym, którzy być może nie wierzą, że w książkach dozwolone są takie formy. „List z planety Nuda” to książka ładnie zilustrowana przez Aleksandrę Krzanowską – chociaż są tu komputerowe grafiki, to jednak całość przywodzi na myśl dawne książki dla najmłodszych, propozycje klasyczne i wakacyjne.
Obietnica
Nie wszystkie dzieci przeżywają w wakacje swoje wielkie przygody z dala od domu. Kuba na przykład wyjechać nie może, bo mama i tata pracują – z chłopcem może zostawać jedynie wujek. Wujek jest fajny, ale jednak to dorosły. Ale… i dorosły może wpaść na ciekawy pomysł. Wujek wręcza Kubie papeterię. Na ozdobnej kartce Kuba pisze do koleżanki list z kosmosu nudy. Gaba mieszka na Warmii i na nudę czasu nie ma – u niej bez przerwy coś się dzieje. Zwłaszcza w lecie – kiedy można biegać po lesie, odkrywać strumienie i pluskać się w wodzie (to wydaje się tym bardziej kuszące, że w mieście trwa upalny lipiec, którego Kuba ma serdecznie dosyć). A gdyby tak połączyć siły? W końcu Gaba bardzo chętnie spędzałaby czas ze swoim kumplem, który aktualnie się nudzi.
Zofia Stanecka tworzy historyjkę na pierwszym poziomie serii Czytam sobie i wie, że to zetknięcie z książkami będzie dla maluchów decydujące: jeśli ćwiczenie składania liter nie okaże się zbyt żmudne i męczące, najmłodsi dość szybko mogą się przekonać do czytania jako źródła rozrywki. A jeśli tak – nigdy w życiu nie będą się nudzić. Ale zamiast to tłumaczyć, autorka woli to pokazać. Decyduje się na przedstawienie ogromu nudy bez „dobrych rad” ze strony dorosłych: Kubą po prostu nie ma się kto zająć a to oznacza, że wszystkie działania będzie musiał wypracować sobie sam. Wymiana listów to dobry plan – chociaż nieco staroświecki, dzisiaj raczej maluchy nie bawią się w epistolografię, a już szukanie eleganckiej papeterii brzmi jak zajęcie prababć. A jednak „List z planety Nuda” pokazuje, ile może się zmienić po próbie nawiązania kontaktu. Co ważne, Kuba nie będzie krytykowany za swoje skargi: wolno mu czuć się źle z powodu marnowania wakacji – tyle tylko, że w jego otoczeniu nie istnieje dobre rozwiązanie sprawy. Zofia Stanecka nie wprowadza jeszcze przepisu na rozrywkowe wakacje – podaje jednak możliwość, która otwiera się przed chłopcem – a to rozbudzenie wyobraźni odbiorców. Liczy się to wszystko, co może się zdarzyć w niedalekiej przyszłości.
Co ciekawe, chociaż na pierwszym poziomie serii unika się dwuznaków i głosek nosowych, Zofia Stanecka przemyca „ii” w słowie „Warmii”. Szuka też oczywiście synonimów, które pozwolą jej prowadzić narrację w sposób zrozumiały dla dzieci, wciągający i pozbawiony mielizn leksykalnych. Najbardziej cieszy użycie kolokwialnego „wbijaj” jako zaproszenia – nie będzie to język niezrozumiały dla odbiorców, spodobać się może zatem początkującym czytelnikom, tym, którzy być może nie wierzą, że w książkach dozwolone są takie formy. „List z planety Nuda” to książka ładnie zilustrowana przez Aleksandrę Krzanowską – chociaż są tu komputerowe grafiki, to jednak całość przywodzi na myśl dawne książki dla najmłodszych, propozycje klasyczne i wakacyjne.
środa, 14 października 2026
Oliver Kannapin, Stephen R. Covey: 4 skuteczne strategie zarządzania. Pewna droga do sukcesu w nowych realiach
Rebis, Poznań 2026.
Sukces
To jest trochę tak, że autorzy tej książki tak mocno zaangażowali się w metafory żeglarskie, że wolą je niż konkrety – być może w ten sposób zwrócą na siebie uwagę menadżerów i dyrektorów, wszystkich tych, od których zależy sukces finansowy firmy. Zwykłym czytelnikom to rozwiązanie może się wydać oratorskim popisem bez większych powodów. Bo kiedy już Oliver Kannapin i Stephen R. Covey (firmujący książkę swoim nazwiskiem) zdecydują się na przyglądanie się samym strategiom zarządzania, kiedy zejdą z jachtów i nie myślą o bezkresie mórz i oceanów, stają się bardziej konkretni i wyraziści, a przynajmniej – bardziej sensownie piszą o tym, co należy zrobić, żeby ocalić firmę przed kryzysem i żeby postawić na rentowne rozwiązania. „4 skuteczne strategie zarządzania. Pewna droga do sukcesu w nowych realiach” to tomik, który jest poradnikiem – praktyczną lekturą dla wszystkich z kadry zarządzającej. Ma uświadomić im, jakie rozwiązania są najlepsze, sprawdzone i niezawodne w kryzysowych sytuacjach – i ma przyzwyczaić do proponowanych form za sprawą szeregu ćwiczeń do wykonania.
Jak w wielu tego typu poradnikach, pojawiają się tu wstawki motywacyjne – przykłady dające nadzieję na pozytywne zmiany. Dla odbiorców to szansa na spojrzenie na siebie i działania firmy na świeżo – bez dotychczasowych obciążeń i przekonań. Żeby jeszcze ułatwić korzystanie z tego tomu, książka została podzielona na maleńkie porcje wiedzy. Funkcjonują tu bardzo czytelne wyliczenia, pogrubione i wypunktowane wskazówki i niezwykle krótkie omówienia konkretnych porad – tak, żeby czytelnicy utrwalili sobie prezentowaną metodę i żeby nie mieli wątpliwości, jak wprowadzić ją w życie. Praktyka to to, na co autorzy kładą nacisk – nic dziwnego, chodzi przecież o wejście na drogę do sukcesu. I, oczywiście, jak w każdym poradniku biznesowym, jest tu cała strategia – zestaw kierunków działania, które należy jak najszybciej wdrożyć, bo tylko tak można zapewnić sobie spokój. Owe strategie zostały rozpisane w kolejnych rozdziałach szczegółowo i znów w punktach – szkielet publikacji jest bardzo czytelny i nie pozostawia wątpliwości w kwestii kierunku działań. Liczy się tu odpowiednie podejście, ale też uprzedzanie ewentualnych wątpliwości czytelników – tak, żeby już bez żadnych uprzedzeń mogli przystąpić do poprawiania kondycji firmy w strukturach zarządzających. Tak naprawdę nie będzie w tej książce rozwiązań rewolucyjnych, to raczej bazowanie na treściach, z których zainteresowani świetnie zdają sobie sprawę – ale często zdarza się tak, że najtrudniej dostrzec oczywistości lub błędy w ramach poszczególnych działań – tu uwaga ogniskuje się na sednie informacji, tomik został przygotowany tak, żeby eksponować wartościowe i potrzebne firmie kroki. Dzięki temu łatwo będzie nie tylko poprawić skuteczność zarządzania w obliczu kryzysu, ale też uniknąć poważnych problemów. Jest to publikacja przystosowana do szybkiego wdrażania zmian, do modyfikowania dotychczasowych przyzwyczajeń i schematów – tak, żeby odbiorcom łatwo było nie tylko przyznać autorom rację, ale też – wypróbować podpowiedzi. To książka, która sugeruje, że niewiele trzeba, żeby zrobiło się lepiej.
Sukces
To jest trochę tak, że autorzy tej książki tak mocno zaangażowali się w metafory żeglarskie, że wolą je niż konkrety – być może w ten sposób zwrócą na siebie uwagę menadżerów i dyrektorów, wszystkich tych, od których zależy sukces finansowy firmy. Zwykłym czytelnikom to rozwiązanie może się wydać oratorskim popisem bez większych powodów. Bo kiedy już Oliver Kannapin i Stephen R. Covey (firmujący książkę swoim nazwiskiem) zdecydują się na przyglądanie się samym strategiom zarządzania, kiedy zejdą z jachtów i nie myślą o bezkresie mórz i oceanów, stają się bardziej konkretni i wyraziści, a przynajmniej – bardziej sensownie piszą o tym, co należy zrobić, żeby ocalić firmę przed kryzysem i żeby postawić na rentowne rozwiązania. „4 skuteczne strategie zarządzania. Pewna droga do sukcesu w nowych realiach” to tomik, który jest poradnikiem – praktyczną lekturą dla wszystkich z kadry zarządzającej. Ma uświadomić im, jakie rozwiązania są najlepsze, sprawdzone i niezawodne w kryzysowych sytuacjach – i ma przyzwyczaić do proponowanych form za sprawą szeregu ćwiczeń do wykonania.
Jak w wielu tego typu poradnikach, pojawiają się tu wstawki motywacyjne – przykłady dające nadzieję na pozytywne zmiany. Dla odbiorców to szansa na spojrzenie na siebie i działania firmy na świeżo – bez dotychczasowych obciążeń i przekonań. Żeby jeszcze ułatwić korzystanie z tego tomu, książka została podzielona na maleńkie porcje wiedzy. Funkcjonują tu bardzo czytelne wyliczenia, pogrubione i wypunktowane wskazówki i niezwykle krótkie omówienia konkretnych porad – tak, żeby czytelnicy utrwalili sobie prezentowaną metodę i żeby nie mieli wątpliwości, jak wprowadzić ją w życie. Praktyka to to, na co autorzy kładą nacisk – nic dziwnego, chodzi przecież o wejście na drogę do sukcesu. I, oczywiście, jak w każdym poradniku biznesowym, jest tu cała strategia – zestaw kierunków działania, które należy jak najszybciej wdrożyć, bo tylko tak można zapewnić sobie spokój. Owe strategie zostały rozpisane w kolejnych rozdziałach szczegółowo i znów w punktach – szkielet publikacji jest bardzo czytelny i nie pozostawia wątpliwości w kwestii kierunku działań. Liczy się tu odpowiednie podejście, ale też uprzedzanie ewentualnych wątpliwości czytelników – tak, żeby już bez żadnych uprzedzeń mogli przystąpić do poprawiania kondycji firmy w strukturach zarządzających. Tak naprawdę nie będzie w tej książce rozwiązań rewolucyjnych, to raczej bazowanie na treściach, z których zainteresowani świetnie zdają sobie sprawę – ale często zdarza się tak, że najtrudniej dostrzec oczywistości lub błędy w ramach poszczególnych działań – tu uwaga ogniskuje się na sednie informacji, tomik został przygotowany tak, żeby eksponować wartościowe i potrzebne firmie kroki. Dzięki temu łatwo będzie nie tylko poprawić skuteczność zarządzania w obliczu kryzysu, ale też uniknąć poważnych problemów. Jest to publikacja przystosowana do szybkiego wdrażania zmian, do modyfikowania dotychczasowych przyzwyczajeń i schematów – tak, żeby odbiorcom łatwo było nie tylko przyznać autorom rację, ale też – wypróbować podpowiedzi. To książka, która sugeruje, że niewiele trzeba, żeby zrobiło się lepiej.
wtorek, 13 października 2026
Meghan Quinn: Dwa magiczne słowa
Editio Red, Gliwice 2026.
Z czasem
To jest historia, jakich wiele, ale aż dziwne, że w dobie poprawności wszelakiej przeszedł jej początek. Może nie wszyscy decydują się na podporządkowanie nierealnym czasem oczekiwaniom i postanawiają tworzyć historie nieco bardziej u zarania przekonujące. Eli Hornsby to gwiazda drużyny hokeja, chłopak, który nie zamierza tworzyć związków ani nawet głębszych relacji z płcią przeciwną, nie interesuje się ustatkowaniem, a jedynie dobrą zabawą. Penny podoba mu się od dawna – ale to młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela, wszystko wskazuje na to, że ten układ nie powinien mieć miejsca. A jednak w dniu swoich urodzin Eli skwapliwie podlewa alkoholem młodszą koleżankę (i wysłuchuje cierpliwie jej zastrzeżeń i odmów co do spędzenia wspólnej nocy). Kiedy już Penny jest pijana, to ona ma przejąć inicjatywę i trafić do łóżka chłopaka. W czasach, w których tak wielką uwagę zwraca się na znaczenie zgody obu stron – to rozwiązanie trochę dziwi. Ale tylko trochę, bo Meghan Quinn szybko szykuje poważne konsekwencje dla obojga. Po upojnej nocy (w trakcie której oboje wiele razy przekonują się, że są dla siebie w łóżku wręcz stworzeni) Penny i Eli nie utrzymują ze sobą kontaktu do momentu, w którym dziewczyna orientuje się, że jest w ciąży. To oznacza, że Eli powinien się do niej wprowadzić i pomagać jej we wszystkim. I tak zaczyna się komediowy charakter historii, jakich wiele (albo jakie płyną ze zwykłych błędów).
Na początku Eli i Penny nie umieją się dogadać, wstydzą się swojej obecności i rozmaitych wad. Z czasem otwierają się na siebie nawzajem i przekonują, że mogą sobie poradzić z wyzwaniem. I tu autorka próbuje się odegrać na wszystkich beztroskich facetach, którzy w chwili kryzysu uciekają. Eli uciekać nie ma zamiaru i spadają na niego wszystkie możliwe humory Penny oraz jej plany prowadzące do postawienia na swoim. Bohater będzie się borykać z rozmaitymi kryzysami, a z czasem przekona się, że hormony u ciężarnej kobiety to broń masowego rażenia. Penny nie zna umiaru, a jako poszkodowana w tej sytuacji – nie zamierza oszczędzać partnera. W końcu i tak nie będzie z nich pary, przynajmniej oboje tak twierdzą. Ale wiadomo, że książka, w której scenariusz przechodzi w powieść erotyczną, nie może w tej dziedzinie zaskakiwać.
Na początku Meghan Quinn jest nawet powściągliwa: chociaż od wspólnej nocy wszystko się zaczyna (nawet mimo że bohater w przeszłości przejawiał zainteresowanie piękną Penny), to dopiero seks przy wzajemnym porozumieniu i przy znajomości swoich wad ma znaczenie. Autorka stawia na wyjątkowe potrzeby kobiety ciężarnej – i każe swoim bohaterom uprawiać seks kilka razy dziennie. W pewnym momencie już na nic innego nie mają czasu, a Quinn rezygnuje z pozostałych tematów. Wie dobrze, że jej czytelniczki oczekiwać będą pikantnych scenek – i te im zapewnia. „Dwa magiczne słowa” to powieść, która nie zaskoczy kierunkiem rozwoju akcji, czasami będzie rozśmieszać, ale poza tym wydaje się dość sztampowa i zbyt jednokierunkowa, żeby można było w pełni zaufać bohaterom.
Z czasem
To jest historia, jakich wiele, ale aż dziwne, że w dobie poprawności wszelakiej przeszedł jej początek. Może nie wszyscy decydują się na podporządkowanie nierealnym czasem oczekiwaniom i postanawiają tworzyć historie nieco bardziej u zarania przekonujące. Eli Hornsby to gwiazda drużyny hokeja, chłopak, który nie zamierza tworzyć związków ani nawet głębszych relacji z płcią przeciwną, nie interesuje się ustatkowaniem, a jedynie dobrą zabawą. Penny podoba mu się od dawna – ale to młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela, wszystko wskazuje na to, że ten układ nie powinien mieć miejsca. A jednak w dniu swoich urodzin Eli skwapliwie podlewa alkoholem młodszą koleżankę (i wysłuchuje cierpliwie jej zastrzeżeń i odmów co do spędzenia wspólnej nocy). Kiedy już Penny jest pijana, to ona ma przejąć inicjatywę i trafić do łóżka chłopaka. W czasach, w których tak wielką uwagę zwraca się na znaczenie zgody obu stron – to rozwiązanie trochę dziwi. Ale tylko trochę, bo Meghan Quinn szybko szykuje poważne konsekwencje dla obojga. Po upojnej nocy (w trakcie której oboje wiele razy przekonują się, że są dla siebie w łóżku wręcz stworzeni) Penny i Eli nie utrzymują ze sobą kontaktu do momentu, w którym dziewczyna orientuje się, że jest w ciąży. To oznacza, że Eli powinien się do niej wprowadzić i pomagać jej we wszystkim. I tak zaczyna się komediowy charakter historii, jakich wiele (albo jakie płyną ze zwykłych błędów).
Na początku Eli i Penny nie umieją się dogadać, wstydzą się swojej obecności i rozmaitych wad. Z czasem otwierają się na siebie nawzajem i przekonują, że mogą sobie poradzić z wyzwaniem. I tu autorka próbuje się odegrać na wszystkich beztroskich facetach, którzy w chwili kryzysu uciekają. Eli uciekać nie ma zamiaru i spadają na niego wszystkie możliwe humory Penny oraz jej plany prowadzące do postawienia na swoim. Bohater będzie się borykać z rozmaitymi kryzysami, a z czasem przekona się, że hormony u ciężarnej kobiety to broń masowego rażenia. Penny nie zna umiaru, a jako poszkodowana w tej sytuacji – nie zamierza oszczędzać partnera. W końcu i tak nie będzie z nich pary, przynajmniej oboje tak twierdzą. Ale wiadomo, że książka, w której scenariusz przechodzi w powieść erotyczną, nie może w tej dziedzinie zaskakiwać.
Na początku Meghan Quinn jest nawet powściągliwa: chociaż od wspólnej nocy wszystko się zaczyna (nawet mimo że bohater w przeszłości przejawiał zainteresowanie piękną Penny), to dopiero seks przy wzajemnym porozumieniu i przy znajomości swoich wad ma znaczenie. Autorka stawia na wyjątkowe potrzeby kobiety ciężarnej – i każe swoim bohaterom uprawiać seks kilka razy dziennie. W pewnym momencie już na nic innego nie mają czasu, a Quinn rezygnuje z pozostałych tematów. Wie dobrze, że jej czytelniczki oczekiwać będą pikantnych scenek – i te im zapewnia. „Dwa magiczne słowa” to powieść, która nie zaskoczy kierunkiem rozwoju akcji, czasami będzie rozśmieszać, ale poza tym wydaje się dość sztampowa i zbyt jednokierunkowa, żeby można było w pełni zaufać bohaterom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






