Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Internet
Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.
Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 13 lipca 2026
niedziela, 12 lipca 2026
Anna Rudnicka-Litwinek: Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie
Marginesy, Warszawa 2026.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
sobota, 11 lipca 2026
Drew Daywalt, Oliver Jeffers: Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół
Kropka, Warszawa 2026.
Bałagan
Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.
Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.
Bałagan
Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.
Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.
piątek, 10 lipca 2026
Anupreeta Das: Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne
Helion, Gliwice 2026.
Nerd
Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.
Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.
Nerd
Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.
Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.
Bajki z uśmiechem - część 7
Siódma część BAJEK Z UŚMIECHEM, czyli nasz darmowy audiobook dla wszystkich:
https://youtu.be/nIcGP1_rkNw
czyta ARTUR ŚWIĘS i KONRAD ŚWIĘS
muzyka KLAUDIA RABIEGA
teksty ze strony www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
https://youtu.be/nIcGP1_rkNw
czyta ARTUR ŚWIĘS i KONRAD ŚWIĘS
muzyka KLAUDIA RABIEGA
teksty ze strony www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
czwartek, 9 lipca 2026
Encyklopedia Larousse'a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wsparcie
Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.
Wsparcie
Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.
środa, 8 lipca 2026
Mariusz Urbanek: Gałczyński. Kanarek w klatce
Iskry, Warszawa 2026.
Czary
Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.
Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.
Czary
Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.
Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






