* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 19 lipca 2026

Christian Tielmann: Maks korzysta z toalety

Media Rodzina, Poznań 2026.

Bez pieluchy

Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.

Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.

sobota, 18 lipca 2026

Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy

Marginesy, Warszawa 2026.

Schronienie

Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.

I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.

W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.

piątek, 17 lipca 2026

Justyna Kesler, Małgorzata Szczepkowicz: Sylaby. Nauka czytania. Gra i pomoc edukacyjna

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026. (gra)

Krok dalej

Tych bohaterów już mali odbiorcy znają. W serii gier edukacyjnych Naszej Księgarni pojawia się kolejna propozycja pozwalająca na ćwiczenie sztuki czytania. „Sylaby” to pomoc naukowa, którą najmłodsi użytkownicy nie pogardzą – zwłaszcza że wywołuje skojarzenia z zabawą. Eleganckie pudełko skrywa w sobie instrukcję obsługi – małą książeczkę przybliżającą zasady całej serii i pomysły, które można wykorzystać w zabawach z najmłodszymi – oraz mnóstwo kart. Chodzi tu o nauczenie dzieci rozpoznawania sylab – i ćwiczenia rozpoznawania liter. Podstawowa lekcja dotyczy sylab otwartych i zamkniętych: tu z pomocą przychodzi warstwa graficzna. Sylaby otwarte to te zakończone samogłoską, ale w wersji tej gry – to te z białym tłem. Sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską, mają tło czarne – i da się je łączyć w pary. Do kart sylab (jest ich aż sto, więc można będzie ułożyć nie tylko sporo par (zdradzam sekret: 24, co oznacza, że da się grać tymi kartami jak w Czarnego Piotrusia), ale i sporo wyrazów) dodane zostały karty liter – samogłosek i spółgłosek oraz karty specjalne (bo czasami trzeba użyć jokera, żeby wywiązać się z zadania). Jeśli komuś brakuje konkretnej sylaby, będzie mógł zbudować ją sobie z kart liter. Na karcie sylab mamy też mały rysuneczek podpowiadający, jakie słowo należy ułożyć, wykorzystując posiadany element (i w jakiej kolejności połączyć karty). Są też wskazówki kolorystyczne: inaczej zaznacza się w podpowiedziach rzeczowniki i czasowniki, można zatem rozwijać zabawę dalej.

W książeczce z instrukcją mamy propozycję zabaw dla dzieci – w zależności od ich umiejętności i czynionych postępów. I to rozwiązanie pozwoli rodzicom na ocenianie pracy dzieci, ale też na dobieranie gier do możliwości maluchów. Przydadzą się (opcjonalnie) łapki na muchy – co oznacza, że zabawę da się urozmaicać i to w sposób, który absolutnie nie kojarzy się odbiorcom z grami edukacyjnymi. I o to właśnie chodzi – żeby zaskoczyć dzieci i żeby podsunąć ich rodzicom pomysły na ciekawe urozmaicenie nauki. Odbiorcy dostają tu narzędzia i szereg wskazówek, jak z nich korzystać. Ale nie oznacza to, że nie będzie wolno działać zgodnie z własnymi wyobrażeniami i pomysłami – tak przygotowana gra wręcz zaprasza do wprowadzania swoich reguł i modyfikowania ich, żeby nie znudzić małych odbiorców ćwiczeniem czytania sylabami. Jest to bardzo dobry pomysł, bo maluchy przekonają się, że lekcje czytania nie muszą być męczące – mogą kojarzyć się z dobrą rozrywką i rywalizacją w rodzinnym gronie. Jeśli doda się element losowości do tego wyzwania – szanse się wyrównują i rodzice mogą też brać udział w graniu. A to najlepsza zachęta do działania i zaproszenie do zabawy dla kilkulatków. Po raz kolejny Nasza Księgarnia pokazuje, że da się powiązać rozrywkę i naukę bez zadęcia i wielkich teorii – tu liczy się po prostu radość dzieci.

czwartek, 16 lipca 2026

Anna Colton: Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu. Nowe podejście do rozwiązywania problemów związanych z jedzeniem, grymaszeniem i zaburzeniami odżywiania u dzieci w wieku od 0 do 16 lat

Media Rodzina, Poznań 2026.

Smaki

To jest poradnik, w którym wsparcie znajdą rodzice odpowiedzialni za zbilansowane posiłki swoich pociech – zwłaszcza ci, którzy nie potrafią sobie poradzić z presją społeczną, reklamami czy postawami samych maluchów. Anna Colton wie, że wspólne posiłki mogą kończyć się awanturami i buntem – i przekonuje, że wcale nie musi tak być, jeśli tylko rodzice zastosują się do kilku prostych rad. Tworzy książkę, po którą powinni sięgnąć być może przygotowujący się dopiero do rodzicielstwa, bo wiele z zaproponowanych tu technik i zachowań warto wdrażać od samego początku – tak, żeby nie wyrabiać w dziecku niepotrzebnie złych nawyków i żeby usunąć zawczasu punkty zapalne. Zmiana przyzwyczajeń związanych z jedzeniem dotyczyć będzie nawet bardziej rodziców – czyli starszego pokolenia – niż ich pociech. Dorośli, być może wiedzeni własnymi doświadczeniami z dzieciństwa, często wprowadzają groźby lub złe motywacje do jedzenia: mówią dzieciom, że nie dostaną deseru, jeśli nie skończą obiadu – i to wykształca w najmłodszych przekonanie, że istnieje lepsze i gorsze jedzenie. I niby oczywiste, że wystarczy zaprzestać takich praktyk, żeby zbudować lepszą narrację wokół posiłku – a jednak porzucenie przyzwyczajeń bywa bardziej skomplikowane niż może się wydawać. I Anna Colton tłumaczy, jak zmienić postrzeganie jedzenia i czego dziecku podczas posiłku nie sugerować.

Pochyla się autorka nad rozmaitymi argumentami wysuwanymi przez obie strony w codziennych dyskusjach, ale też uświadamia rodzicom to, z czego często nie zdają sobie sprawy – jak przemycają w zwykłych rozmowach swoje podejście do jedzenia i do posiłków. To w zasadzie pierwszy krok do zaburzeń odżywiania się – jeśli ktoś zbyt obsesyjnie podkreśla swoje problemy z dietą albo wygląd ciała, który zmusza go do wypróbowywania kolejnych metod na odchudzanie – nie daje zbyt dobrego przykładu swoim pociechom. Tymczasem wystarczyłoby zmienić podejście na neutralne, żeby jedzenie przestało być problemem i żeby nie martwić się o przyszłość dzieci. Autorka decyduje się na wprowadzanie podsumowań – skryptowych notatek po każdym rozdziale, żeby jeszcze łatwiej było odbiorcom przyswoić sobie przedstawiane treści.

To fakt, że kilkulatkom inaczej przedstawia się pewne kwestie niż nastolatkom, a także inaczej podchodzi się do ich jedzeniowych wyborów – Anna Colton rozdziela zatem podejścia w zależności od wieku i możliwości percepcyjnych odbiorców. Zwraca też uwagę na kwestie językowe – istnieje tu całe zestawienie zwrotów związanych z jedzeniem, często używanych wręcz bez żadnych refleksji. Nie uczy, jak i co jeść, a jak i co o jedzeniu mówić, żeby nie zamieniło się w wyzwanie dla wszystkich. Nie jest to temat błahy, bo słowa przekuwają się bezpośrednio na działania i zachowania – zwłaszcza u młodszego pokolenia, które nie jest jeszcze w stanie do końca przeanalizować zasłyszanych treści. Anna Colton chce wyprzedzić kłopoty – zareagować, zanim mają szansę się pojawić – to spowoduje, że odbiorcy będą znacznie spokojniej funkcjonować i ominie ich wiele sporów. Jedno wydaje się tu nie do przejścia: pokonanie naleciałości z całych dekad na rzecz wiedzy, jak powinno się komunikować – to wyzwanie podczas całej lektury największe.

środa, 15 lipca 2026

Joheun Lee: K-pop Spirit Academy

Harperkids, Warszawa 2026.

Występy

Zawsze tak jest: jeśli ktoś ma utalentowane artystycznie starsze rodzeństwo, nie uniknie porównań do niego. I to porównań zwykle krzywdzących, bo zakładających, że chce się iść w te ślady. Właśnie przekonuje się o tym Sanha. Jej starsza siostra – Siyoon – robi wielką karierę jako gwiazda K-popu i jest chlubą szkoły. Sanha do tej samej placówki właśnie trafia – jeśli nawet ma talent do śpiewania, to o tym nie wie, a występy publiczne bardzo ją paraliżują. K-pop Spirit Academy to miejsce, które chlubi się wypuszczaniem na rynek młodych gwiazd – wydaje się, że wszyscy absolwenci na pewno zrobią karierę i to szansa dla dziewczyny. Na razie jednak rzeczywistość szkolna przegania myśli o stresującej przyszłości na scenie, bo pojawia się wielki problem w tu i teraz. Sanha zdobywa przyjaciółki: dogaduje się z innymi dziewczynami bez większego problemu, chociaż być może trochę zasługi w tym ma – bez świadomego udziału – starsza siostra i jej olśniewająca sława. Dość szybko jednak dziewczyna odkrywa wielką tajemnicę szkoły: tu trzeba walczyć z potworami. Walczyć za pomocą własnego głosu, układanych samodzielnie piosenek i występów. Nie ma innego sposobu na pokonywanie przedziwnych istot wypełzających z kanalizacji – i naprawdę groźnych. Sanha na początku trafia do grona przygotowujących się na potencjalne ataki – szkolenia przypominają grę komputerową i wykorzystują najnowsze technologie. Tyle że szeregi obrońców szkoły są mocno przetrzebione, a to oznacza, że bohaterka musi wziąć udział w prawdziwej akcji. I to nie w jednej. Wprawdzie ma wsparcie przyjaciółek i części wtajemniczonych nauczycieli, ale nie sprawia to, że jej misja będzie prostsza.

Jeśli ktoś boi się występować na scenie – przed życzliwymi słuchaczami – to może wyleczyć się ze swojej fobii, jeśli musi walczyć o życie, występując przed potworami. Całkiem niezła metoda, przynajmniej w tym wypadku. Sanha przekonuje się, że wszystko jest kwestią skali i że zupełnie inaczej operuje się wtedy głosem oraz talentami.

I owszem, jest to książka momentami naiwna, a poza tym – pozostająca gadżetem przy okazji filmu „K-popowe łowczynie demonów” – ale najmłodszym czytelniczkom pokazuje, jak wielka jest siła przyjaźni i że nad własnymi kompleksami warto (i można) pracować. Łączy ta książka zainteresowanie odbiorczyń tematami akademii i szkoleń pozwalających na zyskanie nowych umiejętności, modę na opowieści z rynku muzycznego, zwłaszcza kariery piosenkarzy i wizję magii w nudnej bez tego szkolnej placówce. To połączenie dobrze się tu sprawdza – i czytelnikom spodoba się zwłaszcza dojrzewanie bohaterki na ich oczach. Sanha, która nie miała pojęcia, jak pozbyć się tremy, nagle staje się liderką zespołu i odkrywa w sobie umiejętności, które na pewno przydadzą się w tym świecie. Dzieci bez trudu wydobędą z lektury sporo podpowiedzi cennych dla siebie – i nie chodzi tu wcale o walkę z wyimaginowanymi potworami, raczej o panowanie nad kompleksami i o budowanie przyjaźni.

wtorek, 14 lipca 2026

Liam Shaw: Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać

Helion, Gliwice 2026.

Mikrowalka

Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.

Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.

Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.

Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ewa Borowska: Jesteśmy bezpieczni w sieci

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Internet

Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.

Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.