Kropka, Warszawa 2026.
Zazdrość
Ten autor doskonale wie, o czym pisze. Dał się poznać jako autor edukacyjnej książki o różnych rasach psów i kotów, teraz wraca z historyjką fabularną o domowych pupilach. „Jak pies z kotem” to krótki i zabawny picture book, który przypomni dzieciom, czym jest zazdrość o nowego członka rodziny. Russell Kane wie, jak przekonać do siebie miłośników czworonogów – nie przez przypadek: prezentowane wydarzenia mógł spokojnie przeżyć, jako wieloletni właściciel i opiekun rozmaitych zwierzaków.
Fabuła tomiku „Jak pies z kotem” jest prosta i przewidywalna, a jednak dzieci będą ją śledzić z zapartym tchem, żeby sprawdzić, jak rozwiąże się problem nieoczekiwany przez ludzi i niemożliwy do rozwiązania na drodze logiki. Dom jak na razie składa się z mamy, taty i Anki – którymi rządzi Tero, kot burmski, wielki, szary, rasowy i dystyngowany. To Tero jest tu najważniejszy, nie ulega wątpliwości. A jednak nikt nie konsultuje z nim najważniejszej decyzji: pewnego dnia w domu pojawia się bardzo słodki i uroczy szczeniak chihuahua, Samson. Samson wyposażony został w wyjątkową broń – torpedujące spojrzenie miłosne. To nim błyskawicznie podbija serca wszystkich w domu. Wszystkich, tylko nie Tero. Kot manifestuje swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby, stara się dać do zrozumienia zwłaszcza odrosłym, że należy się pozbyć intruza.
Sporą część krótkiej opowieści zajmuje analiza obrażenia Tero. Kot jest zły i nie wie, co zrobić – stracił swoją pozycję w domu, teraz wszyscy zachwycają się szczeniakiem. Zazdrość jest wyjątkowo silna i nie pomagają żadne sztuczki szykowane przez domowników. Tero po prostu nie chce zaakceptować nowego towarzysza. Aż w końcu…
Russell Kane przygotowuje odbiorców, którzy chcą poszerzyć grono domowych zwierzaków, na sytuacje nieoczekiwane a prawdopodobne. Jednocześnie wciąga dzieci w ciekawą i zabawną historię o zwierzętach – sprawia, że nawet dzieci, które nie przepadają za ćwiczeniem samodzielnego czytania, tu mogą sobie poradzić. Do tego liczy się analiza emocji i ich przejawów – to coś, co przyciągnie najmłodszych, również czasem poszukujących przewodnika, który wyjaśni im, co dzieje się w ich głowach. Przy tak ważnych tematach w opowieści liczy się tu jeszcze warstwa graficzna (ilustracje: Erica Salcedo) – tam, gdzie nie ma miejsca na humor w tekście, rysunku przejmują dowcip i pokazują czytelnikom komiczne strony sporu. Mimo skrótowości będzie tu zatem bardzo dużo wątków wartych uwagi i przyciągających każdego czytelnika, bez względu na wiek i doświadczenia w opiece nad kapryśnymi zwierzętami. Russell Kane przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niekoniecznie zrozumiałe (a przecież oczywiste) uczucia czworonożnych domowników. Proponuje dzieciom sympatyczną lekturę – w sam raz do szybkiego prześledzenia i do przyjrzenia się temu, co dzieje się w sercach dzieci lub zwierząt, kiedy pojawia się nieoczekiwanie nowy członek rodziny. Warto tę publikację wykorzystać do przeprowadzenia ważnych rozmów z dziećmi – a Russell Kane przypomina, że nie zawsze jest powód do zmartwień, czasami wystarczy po prostu cierpliwość i wyczucie.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 19 maja 2026
poniedziałek, 18 maja 2026
Caleb Carr: Moja ukochana bestia. Masza. Ocalona półdzika kotka, która mnie uratowała
Rebis, Poznań 2026.
Zwierzę
Caleb Carr to mężczyzna, który mieszka na odludziu (i zdarzało mu się gonić ze strzelbą myśliwych wkraczających na teren jego posiadłości) – stroni od towarzystwa na co dzień, woli skupiać się na pracy pisarskiej i na pozostawaniu sam na sam z własnymi myślami. Nie potrzebuje ani bliskich, ani przyjaciół – zresztą oni nie stanowią tematu w książce, którą proponuje czytelnikom. „Moja ukochana bestia. Masza. Ocalona półdzika kotka, która mnie uratowała” to bowiem relacja dotycząca niezwykłej więzi z równie niezwykłym stworzeniem, gloryfikowanym i opisywanym z niezwykłą dbałością o detale.
Autor przedstawia czytelnikom historię więzi z kotką od momentu, w którym znalazł Maszę w schronisku – ku radości i uldze pracowników świadomych, jak bardzo wymagające i jednocześnie trudne jest to zwierzę. Masza jednak od początku zaufała swojemu nowemu człowiekowi i pozwoliła mu wkroczyć do swojego świata. Caleb Carr opisuje kotkę z uwielbieniem i radością, a także z niezwykłym wyczuleniem na wszystkie sygnały wysyłane przez zwierzę. Przedstawia czytelnikom najdrobniejsze gesty i dowody mądrości, analizuje spojrzenia i reakcje kota, a z czasem zaczyna wprowadzać do historii coraz więcej akcji – zwłaszcza kiedy szuka zaginionej kotki i dowiaduje się, z jakim zwierzęciem musiała się zmierzyć. I tak aż po rozstanie z towarzyszką wielu lat w leśnej głuszy – czytelnicy zyskają więc najpełniejszy możliwy obraz Maszy i przekonają się, jak silna może być miłość do kota. Co prawda raczej to odbiorców nie zaskoczy, przede wszystkim kociarze po tę publikację sięgną – ale dobrze się przekonać, że ktoś czuje podobnie i jest w stanie poświęcić absolutnie wszystko, żeby ratować ukochane stworzenie. Caleb Carr często w swoim uwielbieniu dla Maszy wręcz przesadza – ale będzie mu to wybaczone, zwłaszcza że Masza faktycznie na atencję zasługuje.
Początek tej opowieści to przede wszystkim opisy, i to z gatunku bardzo drobiazgowych. Autor nie dba kompletnie o napięcie, liczy się dla niego stworzenie statycznego portretu Maszy – trwa to dość długo, ale nie można się zniechęcać, bo w pewnym momencie zacznie pokazywać swoje doświadczenie w życiu z kotami (i jednocześnie swoje złe wspomnienia związane z ludźmi, co trochę wytłumaczy odsuwanie się od innych), a wyczulenia i umiejętności prowadzenia obserwacji można się od niego tylko uczyć. Caleb Carr robi wszystko, żeby Masza jak najdłużej zachowała zdrowie, dostrzega nawet rzeczy, które zwierzę instynktownie próbuje ukrywać. Komentuje spojrzenia i odruchy, żeby przekonać odbiorców, że Masza to kot wyjątkowy. Odwołuje się nawet do domniemanych doświadczeń kotki z przeszłości – tak, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważne jest zapewnienie jej wolności nawet za cenę własnego lęku.
W tej historii liczy się przede wszystkim uczucie – prezentowane bez skrótów i bez skrępowania. Autor całą uwagę poświęca Maszy – jego refleksje schodzą na daleki plan. Tworzy wręcz pomnik swojej wspaniałej kotce – i bez trudu przekonuje wszystkich o jej wyjątkowości. To sprawia, że po książkę „Moja ukochana bestia” sięgać będzie można z zainteresowaniem. W dobie publikacji pop, pospiesznych i niestarannych, tu liczy się dokładność i literackość – i to odbiorcy docenią.
Zwierzę
Caleb Carr to mężczyzna, który mieszka na odludziu (i zdarzało mu się gonić ze strzelbą myśliwych wkraczających na teren jego posiadłości) – stroni od towarzystwa na co dzień, woli skupiać się na pracy pisarskiej i na pozostawaniu sam na sam z własnymi myślami. Nie potrzebuje ani bliskich, ani przyjaciół – zresztą oni nie stanowią tematu w książce, którą proponuje czytelnikom. „Moja ukochana bestia. Masza. Ocalona półdzika kotka, która mnie uratowała” to bowiem relacja dotycząca niezwykłej więzi z równie niezwykłym stworzeniem, gloryfikowanym i opisywanym z niezwykłą dbałością o detale.
Autor przedstawia czytelnikom historię więzi z kotką od momentu, w którym znalazł Maszę w schronisku – ku radości i uldze pracowników świadomych, jak bardzo wymagające i jednocześnie trudne jest to zwierzę. Masza jednak od początku zaufała swojemu nowemu człowiekowi i pozwoliła mu wkroczyć do swojego świata. Caleb Carr opisuje kotkę z uwielbieniem i radością, a także z niezwykłym wyczuleniem na wszystkie sygnały wysyłane przez zwierzę. Przedstawia czytelnikom najdrobniejsze gesty i dowody mądrości, analizuje spojrzenia i reakcje kota, a z czasem zaczyna wprowadzać do historii coraz więcej akcji – zwłaszcza kiedy szuka zaginionej kotki i dowiaduje się, z jakim zwierzęciem musiała się zmierzyć. I tak aż po rozstanie z towarzyszką wielu lat w leśnej głuszy – czytelnicy zyskają więc najpełniejszy możliwy obraz Maszy i przekonają się, jak silna może być miłość do kota. Co prawda raczej to odbiorców nie zaskoczy, przede wszystkim kociarze po tę publikację sięgną – ale dobrze się przekonać, że ktoś czuje podobnie i jest w stanie poświęcić absolutnie wszystko, żeby ratować ukochane stworzenie. Caleb Carr często w swoim uwielbieniu dla Maszy wręcz przesadza – ale będzie mu to wybaczone, zwłaszcza że Masza faktycznie na atencję zasługuje.
Początek tej opowieści to przede wszystkim opisy, i to z gatunku bardzo drobiazgowych. Autor nie dba kompletnie o napięcie, liczy się dla niego stworzenie statycznego portretu Maszy – trwa to dość długo, ale nie można się zniechęcać, bo w pewnym momencie zacznie pokazywać swoje doświadczenie w życiu z kotami (i jednocześnie swoje złe wspomnienia związane z ludźmi, co trochę wytłumaczy odsuwanie się od innych), a wyczulenia i umiejętności prowadzenia obserwacji można się od niego tylko uczyć. Caleb Carr robi wszystko, żeby Masza jak najdłużej zachowała zdrowie, dostrzega nawet rzeczy, które zwierzę instynktownie próbuje ukrywać. Komentuje spojrzenia i odruchy, żeby przekonać odbiorców, że Masza to kot wyjątkowy. Odwołuje się nawet do domniemanych doświadczeń kotki z przeszłości – tak, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważne jest zapewnienie jej wolności nawet za cenę własnego lęku.
W tej historii liczy się przede wszystkim uczucie – prezentowane bez skrótów i bez skrępowania. Autor całą uwagę poświęca Maszy – jego refleksje schodzą na daleki plan. Tworzy wręcz pomnik swojej wspaniałej kotce – i bez trudu przekonuje wszystkich o jej wyjątkowości. To sprawia, że po książkę „Moja ukochana bestia” sięgać będzie można z zainteresowaniem. W dobie publikacji pop, pospiesznych i niestarannych, tu liczy się dokładność i literackość – i to odbiorcy docenią.
niedziela, 17 maja 2026
Levi Pinfold: Czarny pies
Tako, Toruń 2026.
Strach
Gdyby pod domem nie pojawił się czarny pies, członkowie rodziny Nadziejaków nie musieliby się mierzyć z własnym strachem – rosnącym w sposób zupełnie niezrozumiały dla odbiorców. Bo przecież nie ma się czego bać, przynajmniej według czytelników: zwierzę nie wygląda na groźne, a że znalazło się pod domem – to o niczym nie świadczy. Nikomu nie zrobiło krzywdy. Jednak wyobraźnia potęguje lęki i nagle okazuje się, że czarny pies staje się potworem według kolejnych domowników. Musi się pojawić ktoś, kto będzie w stanie przełamać obawy i udowodnić wszystkim, że nic strasznego się nie dzieje.
Levi Pinfold uświadamia odbiorcom, jak wygląda podkarmianie własnego lęku – pielęgnowanie go sprawia, że owładnięci nim nie potrafią już się wyzwolić z więzów, które sami na siebie nałożyli. A wszystko za sprawą zupełnie dosłownego przykładu. Czarny pies symbolizuje wszystkie budzące grozę zjawiska – a strach odczuwają nie tylko dzieci, ale również dorośli. I to najbardziej dziwi: wszyscy, którzy powinni zapewniać bezpieczeństwo i spokój na co dzień, ulegają panice – a czarny pies w ich relacjach staje się coraz większy i coraz bardziej groźny. Dzieci nie mają jeszcze takich uprzedzeń, mogą więc okazać się bohaterami i uratować cały dom, oddalając lęk. Levi Pinfold proponuje książkę, która jest napisana w stylu opowieści ludowej, przekazu z charakterystycznymi powtórzeniami formalnymi – tak, żeby przyciągnąć uwagę dzieci i żeby zaprosić je do śledzenia historii. Czarny pies to bohater, który nie ma na początku szans na zaprezentowanie swoich zalet – jeśli wszyscy się go boją i odrzucają jako źródło koszmaru, nie będą w stanie go poznać. Jeśli go nie poznają – nie będą umieli docenić. I tak Levi Pinfold daje poważną nauczkę nie tylko swoim bohaterom, ale też dzieciom, które będą odbiorcami tej historii.
Narracja uproszczona, rytmizowana i pozbawiona zbędnych słów wolna jest od wniosków – te wyciągną sami czytelnicy. Ale niezwykle ważnym elementem książki są obrazki. Jeden – wielkoformatowy – prezentuje wnętrza domu Nadziejaków i całą scenografię wydarzeń, a także – pokazuje akcję. Z kolei przy tekście pojawiają się drobne rysunki w sepii – wybrane motywy, zamieniane na znaczki i wskazówki. Dzięki temu można już na początku zaintrygować maluchy, a także zasugerować im wejście w baśniowy świat. Ilustracje w tej publikacji bardzo dobrze harmonizują z tekstem – są niezbędne, żeby móc przenieść się do świata nie do końca poważnego, trochę absurdalnego i przedstawiającego w metaforycznym ujęciu mierzenie się z własnymi ograniczeniami. Co ciekawe, nie ma tu akcji w klasycznym rozumieniu, liczy się przede wszystkim pokazywanie, co czują bohaterowie – i jak się to przekłada na ich zachowania i wzajemne relacje. Nie oznacza to, że odbiorcy będą się nudzić podczas lektury – raczej dadzą się zaskoczyć pomysłem na opowieść. „Czarny pies” to książka przepiękna, klasyka pokazana w sposób atrakcyjny dla dzisiejszych maluchów i dla ich rodziców – jest tu zestaw motywów i rozwiązań charakterystycznych dla literatury czwartej sprzed dekad – a przecież tomik będzie konkurencyjny na rynku wydawniczym. Warto zatem docenić fakt, że tak przygotowana książka przedstawiana jest obecnie najmłodszym i pozostaje mieć nadzieję, że na długo zagości w domach.
Strach
Gdyby pod domem nie pojawił się czarny pies, członkowie rodziny Nadziejaków nie musieliby się mierzyć z własnym strachem – rosnącym w sposób zupełnie niezrozumiały dla odbiorców. Bo przecież nie ma się czego bać, przynajmniej według czytelników: zwierzę nie wygląda na groźne, a że znalazło się pod domem – to o niczym nie świadczy. Nikomu nie zrobiło krzywdy. Jednak wyobraźnia potęguje lęki i nagle okazuje się, że czarny pies staje się potworem według kolejnych domowników. Musi się pojawić ktoś, kto będzie w stanie przełamać obawy i udowodnić wszystkim, że nic strasznego się nie dzieje.
Levi Pinfold uświadamia odbiorcom, jak wygląda podkarmianie własnego lęku – pielęgnowanie go sprawia, że owładnięci nim nie potrafią już się wyzwolić z więzów, które sami na siebie nałożyli. A wszystko za sprawą zupełnie dosłownego przykładu. Czarny pies symbolizuje wszystkie budzące grozę zjawiska – a strach odczuwają nie tylko dzieci, ale również dorośli. I to najbardziej dziwi: wszyscy, którzy powinni zapewniać bezpieczeństwo i spokój na co dzień, ulegają panice – a czarny pies w ich relacjach staje się coraz większy i coraz bardziej groźny. Dzieci nie mają jeszcze takich uprzedzeń, mogą więc okazać się bohaterami i uratować cały dom, oddalając lęk. Levi Pinfold proponuje książkę, która jest napisana w stylu opowieści ludowej, przekazu z charakterystycznymi powtórzeniami formalnymi – tak, żeby przyciągnąć uwagę dzieci i żeby zaprosić je do śledzenia historii. Czarny pies to bohater, który nie ma na początku szans na zaprezentowanie swoich zalet – jeśli wszyscy się go boją i odrzucają jako źródło koszmaru, nie będą w stanie go poznać. Jeśli go nie poznają – nie będą umieli docenić. I tak Levi Pinfold daje poważną nauczkę nie tylko swoim bohaterom, ale też dzieciom, które będą odbiorcami tej historii.
Narracja uproszczona, rytmizowana i pozbawiona zbędnych słów wolna jest od wniosków – te wyciągną sami czytelnicy. Ale niezwykle ważnym elementem książki są obrazki. Jeden – wielkoformatowy – prezentuje wnętrza domu Nadziejaków i całą scenografię wydarzeń, a także – pokazuje akcję. Z kolei przy tekście pojawiają się drobne rysunki w sepii – wybrane motywy, zamieniane na znaczki i wskazówki. Dzięki temu można już na początku zaintrygować maluchy, a także zasugerować im wejście w baśniowy świat. Ilustracje w tej publikacji bardzo dobrze harmonizują z tekstem – są niezbędne, żeby móc przenieść się do świata nie do końca poważnego, trochę absurdalnego i przedstawiającego w metaforycznym ujęciu mierzenie się z własnymi ograniczeniami. Co ciekawe, nie ma tu akcji w klasycznym rozumieniu, liczy się przede wszystkim pokazywanie, co czują bohaterowie – i jak się to przekłada na ich zachowania i wzajemne relacje. Nie oznacza to, że odbiorcy będą się nudzić podczas lektury – raczej dadzą się zaskoczyć pomysłem na opowieść. „Czarny pies” to książka przepiękna, klasyka pokazana w sposób atrakcyjny dla dzisiejszych maluchów i dla ich rodziców – jest tu zestaw motywów i rozwiązań charakterystycznych dla literatury czwartej sprzed dekad – a przecież tomik będzie konkurencyjny na rynku wydawniczym. Warto zatem docenić fakt, że tak przygotowana książka przedstawiana jest obecnie najmłodszym i pozostaje mieć nadzieję, że na długo zagości w domach.
Minecraft. Czerwienit. Naklejkowa przygoda
Harperkids, Warszawa 2026.
Przygotowania
Przygotowania do gry proponują twórcy kolejnej łamigłówkowej książki z naklejkami poświęconej uniwersum Minecrafta. „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” to lekcja operowania jednym z surowców w grze – i jednocześnie szansa na przedłużenie przyjemności zabawy poza komputerem. Każda rozkładówka to inna podpowiedź na udogodnienie albo usprawnienie codzienności w grze, zestaw wskazówek i komentarzy do używania konkretnych surowców albo zastawiania pułapek. Dzieci skorzystają z tej książki – bo poznają nie tylko zasady funkcjonowania w środowisku Minecrafta, ale też logiczne związki przyczynowo-skutkowe i możliwości omijania problemów – a także poćwiczą zdolności motoryczne podczas przyklejania naklejek w odpowiednie miejsca.
Bo każda rozkładówka to nie tylko podpowiedź co do działań, które da się przenieść bezpośrednio na komputerowy świat. Owszem, jest to najważniejsze w książce i bez znajomości Minecrafta – nie ma znaczenia, czy teoretycznej czy praktycznej – nie ma co w ogóle podchodzić do lektury, bo tomik jest poradnikiem dla najmłodszych – a jednak dzieci znajdą tu sporo wyzwań z różnych dziedzin. Liczyć się będzie umiejętność dostrzegania konsekwencji podejmowanych działań, ale też przyswajania „przepisów” na przedmioty wytwarzane z użyciem czerwienitu. Oczywiście nie ma to bezpośredniego przełożenia na życie poza grą – ale jako uzupełnienie do samej gry nada się świetnie (i przy okazji uspokoi sumienia tych wszystkich dorosłych, którzy uważają, że komputery to nie wszystko i że najmłodsi powinni co najmniej tyle samo czasu spędzać nad książkami). Trzeba tu w określonych miejscach wykorzystywać naklejki dołączone do książki, ale to sprzyja zapamiętywaniu porad i pozwala na łatwiejsze poruszanie się po świecie gry. W tomiku „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” każda rozkładówka to inny motyw – inny etap przygotowywania sobie miejsc w grze, można zatem zrezygnować z linearnej lektury i wybierać to, co najistotniejsze w danym momencie. Minecraft reklamy nie potrzebuje, od dawna funkcjonuje także w świadomości dorosłych jako gra, która uczy logicznego myślenia i rozwija dzieci – to ten typ rozrywki, która mimochodem przynosi jeszcze pozytywne skutki dla najmłodszych. Nie dziwi zatem równoległe rozbudowywanie świata Minecrafta o towarzyszące mu oficjalne publikacje książkowe – pełniące przecież rolę gadżetów, ale od czasu do czasu też zastępujące siedzenie przy komputerze. Z tym tomikiem do komputera w końcu trzeba będzie podejść, żeby wypróbować wyczytane w nim podpowiedzi – ale taka lekcja, połączona z zabawą naklejkami, może się dzieciom zwyczajnie spodobać. Jest to książka ładnie przygotowana, poza zestawem naklejek mamy tu bardzo barwne strony (które owymi naklejkami należy uzupełniać). „Czerwienit” to propozycja dla dzieci, które dobrze czują się w świecie Minecrafta i chcą rozwijać swoje umiejętności, a przy okazji sprawdzać, ile rozrywki przyniesie im testowanie nowych możliwości. To gra, która rozbija bariery wiekowe – i nadaje się do wykorzystywania także w procesie edukacji, chociaż nie zawsze w klasycznym rozumieniu.
Przygotowania
Przygotowania do gry proponują twórcy kolejnej łamigłówkowej książki z naklejkami poświęconej uniwersum Minecrafta. „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” to lekcja operowania jednym z surowców w grze – i jednocześnie szansa na przedłużenie przyjemności zabawy poza komputerem. Każda rozkładówka to inna podpowiedź na udogodnienie albo usprawnienie codzienności w grze, zestaw wskazówek i komentarzy do używania konkretnych surowców albo zastawiania pułapek. Dzieci skorzystają z tej książki – bo poznają nie tylko zasady funkcjonowania w środowisku Minecrafta, ale też logiczne związki przyczynowo-skutkowe i możliwości omijania problemów – a także poćwiczą zdolności motoryczne podczas przyklejania naklejek w odpowiednie miejsca.
Bo każda rozkładówka to nie tylko podpowiedź co do działań, które da się przenieść bezpośrednio na komputerowy świat. Owszem, jest to najważniejsze w książce i bez znajomości Minecrafta – nie ma znaczenia, czy teoretycznej czy praktycznej – nie ma co w ogóle podchodzić do lektury, bo tomik jest poradnikiem dla najmłodszych – a jednak dzieci znajdą tu sporo wyzwań z różnych dziedzin. Liczyć się będzie umiejętność dostrzegania konsekwencji podejmowanych działań, ale też przyswajania „przepisów” na przedmioty wytwarzane z użyciem czerwienitu. Oczywiście nie ma to bezpośredniego przełożenia na życie poza grą – ale jako uzupełnienie do samej gry nada się świetnie (i przy okazji uspokoi sumienia tych wszystkich dorosłych, którzy uważają, że komputery to nie wszystko i że najmłodsi powinni co najmniej tyle samo czasu spędzać nad książkami). Trzeba tu w określonych miejscach wykorzystywać naklejki dołączone do książki, ale to sprzyja zapamiętywaniu porad i pozwala na łatwiejsze poruszanie się po świecie gry. W tomiku „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” każda rozkładówka to inny motyw – inny etap przygotowywania sobie miejsc w grze, można zatem zrezygnować z linearnej lektury i wybierać to, co najistotniejsze w danym momencie. Minecraft reklamy nie potrzebuje, od dawna funkcjonuje także w świadomości dorosłych jako gra, która uczy logicznego myślenia i rozwija dzieci – to ten typ rozrywki, która mimochodem przynosi jeszcze pozytywne skutki dla najmłodszych. Nie dziwi zatem równoległe rozbudowywanie świata Minecrafta o towarzyszące mu oficjalne publikacje książkowe – pełniące przecież rolę gadżetów, ale od czasu do czasu też zastępujące siedzenie przy komputerze. Z tym tomikiem do komputera w końcu trzeba będzie podejść, żeby wypróbować wyczytane w nim podpowiedzi – ale taka lekcja, połączona z zabawą naklejkami, może się dzieciom zwyczajnie spodobać. Jest to książka ładnie przygotowana, poza zestawem naklejek mamy tu bardzo barwne strony (które owymi naklejkami należy uzupełniać). „Czerwienit” to propozycja dla dzieci, które dobrze czują się w świecie Minecrafta i chcą rozwijać swoje umiejętności, a przy okazji sprawdzać, ile rozrywki przyniesie im testowanie nowych możliwości. To gra, która rozbija bariery wiekowe – i nadaje się do wykorzystywania także w procesie edukacji, chociaż nie zawsze w klasycznym rozumieniu.
sobota, 16 maja 2026
Katarzyna Biegańska: Co czujesz, tato?
Kropka, Warszawa 2026.
Emocje
Tata z serii picture booków przygotowanych przez Katarzynę Biegańską i Dorotę Prończuk (autorkę ilustracji) jest naprawdę postępowy i wyznacza trendy, a na pewno pokazuje wszystkim, jak powinno się funkcjonować w dzisiejszym świecie, by unikać pułapek rodzicielstwa. Tata – z brodą drwala i kitką – nie musi być twardzielem dystansującym się od uczuć, wprost przeciwnie – to on staje się przewodnikiem po tym, co przeżywa dziecko. Autorki przypominają, że dziecko zawsze dostrzega uczucia i zachowania dorosłych, wyłapuje sygnały, które świadczą o tym, że coś jest nie tak – i jeśli nie dostanie informacji o tym, co się dzieje, będzie snuć własne scenariusze, często znacznie gorsze niż rzeczywistość. Warto zatem rozmawiać, wyjaśniać wątpliwości i uczyć pociechę, jak mówić o uczuciach. W tym sprawdzają się ojcowie – których jeszcze w poprzednich pokoleniach nikt nie podejrzewał nie tylko o empatię, ale nawet o posiadanie jakichś bardziej skomplikowanych uczuć czy przemyśleń na ten temat. Tymczasem ogromny tata z książki radzi sobie z tym wyzwaniem całkiem nieźle. Wychowuje syna tak, żeby ten nie bał się mówienia o swoich zmartwieniach czy przeżyciach – a skoro maluch może tacie powiedzieć wszystko, co zresztą wykorzystuje, nie jest to tylko błahe i teoretyczne zapewnienie – to równie dobrze tata może podzielić się swoimi doświadczeniami z pociechą. Oczywiście – ale tego już autorka nie mówi – w granicach rozsądku, tak, żeby nie zrzucać na malucha stresów czy niepotrzebnych przykrych niespodzianek. Wystarczy jednak odrobina uwagi i wyjaśnienie, dlaczego coś w relacjach się zmieniło – to sposób na uspokojenie dziecka.
A skoro z tatą da się o wszystkim porozmawiać (nawet o sprawach tak poważnych jak ciężka choroba babci) – to można z nim też dzielić uczucia i dowiadywać się, co one znaczą. Autorka odwołuje się do konkretnych sytuacji, które dzieci mogą sobie łatwo wyobrazić – i w związku z nimi podaje konkretne uczucia, nazywa je tak, żeby najmłodsi utrwalili sobie odpowiednie nazwy i wiedzieli, co dzieje się z nimi samymi w analogicznych sytuacjach. Wszystko wydaje się łatwiejsze, kiedy można dzielić to z tatą – i tak wygląda prawdziwe bohaterstwo w dzisiejszych czasach. Nie trzeba tu wielkich fabuł ani scenek, które zmuszają dzieci do przenoszenia się do bajkowego świata – to, co pojawia się w tomiku, wydaje się znane i bliskie, wręcz namacalne. Katarzyna Biegańska wie, jak mówić o uczuciach, bez abstrakcji i wielkich słów. Do tego dochodzą obrazki, które odbiorcom powiedzą równie dużo o emocjach targających bohaterami co sama narracja – tak przygotowany picture book nie potrzebuje już dodatkowych komentarzy. A jednak spora część dzieci po lekturze będzie chciała przegadać temat jeszcze ze swoimi rodzicami. I Katarzyna Biegańska znowu przypomina ojcom – że to oni mogą być tymi, którzy zapewnią maluchom potrzebne wsparcie, także to emocjonalne. Czasy się zmieniają i dobrze, że „Co czujesz, tato” nadąża za tymi metamorfozami.
Emocje
Tata z serii picture booków przygotowanych przez Katarzynę Biegańską i Dorotę Prończuk (autorkę ilustracji) jest naprawdę postępowy i wyznacza trendy, a na pewno pokazuje wszystkim, jak powinno się funkcjonować w dzisiejszym świecie, by unikać pułapek rodzicielstwa. Tata – z brodą drwala i kitką – nie musi być twardzielem dystansującym się od uczuć, wprost przeciwnie – to on staje się przewodnikiem po tym, co przeżywa dziecko. Autorki przypominają, że dziecko zawsze dostrzega uczucia i zachowania dorosłych, wyłapuje sygnały, które świadczą o tym, że coś jest nie tak – i jeśli nie dostanie informacji o tym, co się dzieje, będzie snuć własne scenariusze, często znacznie gorsze niż rzeczywistość. Warto zatem rozmawiać, wyjaśniać wątpliwości i uczyć pociechę, jak mówić o uczuciach. W tym sprawdzają się ojcowie – których jeszcze w poprzednich pokoleniach nikt nie podejrzewał nie tylko o empatię, ale nawet o posiadanie jakichś bardziej skomplikowanych uczuć czy przemyśleń na ten temat. Tymczasem ogromny tata z książki radzi sobie z tym wyzwaniem całkiem nieźle. Wychowuje syna tak, żeby ten nie bał się mówienia o swoich zmartwieniach czy przeżyciach – a skoro maluch może tacie powiedzieć wszystko, co zresztą wykorzystuje, nie jest to tylko błahe i teoretyczne zapewnienie – to równie dobrze tata może podzielić się swoimi doświadczeniami z pociechą. Oczywiście – ale tego już autorka nie mówi – w granicach rozsądku, tak, żeby nie zrzucać na malucha stresów czy niepotrzebnych przykrych niespodzianek. Wystarczy jednak odrobina uwagi i wyjaśnienie, dlaczego coś w relacjach się zmieniło – to sposób na uspokojenie dziecka.
A skoro z tatą da się o wszystkim porozmawiać (nawet o sprawach tak poważnych jak ciężka choroba babci) – to można z nim też dzielić uczucia i dowiadywać się, co one znaczą. Autorka odwołuje się do konkretnych sytuacji, które dzieci mogą sobie łatwo wyobrazić – i w związku z nimi podaje konkretne uczucia, nazywa je tak, żeby najmłodsi utrwalili sobie odpowiednie nazwy i wiedzieli, co dzieje się z nimi samymi w analogicznych sytuacjach. Wszystko wydaje się łatwiejsze, kiedy można dzielić to z tatą – i tak wygląda prawdziwe bohaterstwo w dzisiejszych czasach. Nie trzeba tu wielkich fabuł ani scenek, które zmuszają dzieci do przenoszenia się do bajkowego świata – to, co pojawia się w tomiku, wydaje się znane i bliskie, wręcz namacalne. Katarzyna Biegańska wie, jak mówić o uczuciach, bez abstrakcji i wielkich słów. Do tego dochodzą obrazki, które odbiorcom powiedzą równie dużo o emocjach targających bohaterami co sama narracja – tak przygotowany picture book nie potrzebuje już dodatkowych komentarzy. A jednak spora część dzieci po lekturze będzie chciała przegadać temat jeszcze ze swoimi rodzicami. I Katarzyna Biegańska znowu przypomina ojcom – że to oni mogą być tymi, którzy zapewnią maluchom potrzebne wsparcie, także to emocjonalne. Czasy się zmieniają i dobrze, że „Co czujesz, tato” nadąża za tymi metamorfozami.
piątek, 15 maja 2026
Miraculous. Postraszycielka
Harperkids, Warszawa 2026.
Pomoc
Czasami ten, kto jest największym potworem, boi się czegoś tak bardzo, że chowa własny strach pod maską agresji. W „Postraszycielce” jest to zaprezentowane dzieciom znacznie prościej, za sprawą działań Władcy Ciem – tego, który wykorzystuje swoją moc do czynienia zła. Drobny tomik „Postraszycielka” przygotowany jest dla dzieci, które uczą się samodzielnego czytania i potrzebują materiałów do ćwiczenia – a skoro i tak muszą spędzać czas nad książkami, niech to będzie czas przyjemnie spędzany z lubianymi kreskówkowymi postaciami. W cyklu Tryb czytania pojawia się zatem drobne opowiadanie z ważnym dla najmłodszych przesłaniem. Mamy tu bohaterów z uniwersum Biedronki i Czarnego Kota – ze świadomością, kim w cywilnym życiu są te postacie. Szkolna społeczność to dobre miejsce na testowanie możliwości i ograniczeń związanych z własnymi doświadczeniami i wyobrażeniami. I tak Mylene przekonuje się, że trudno jest grać w horrorze. Chociaż świetnie zdaje sobie sprawę, że nie ma tu do czynienia z prawdziwymi potworami, nie umie pokonać lęku przed nimi – i boi się coraz bardziej. Władca Ciem wykorzystuje to, żeby zamienić ją w prawdziwego potwora – i teraz to Mylene będzie siać postrach, dopóki Biedronka i Czarny Kot nie znajdą na nią sposobu. A muszą zadziałać sposobem – bo inaczej nie da się pokonać zła bez robienia krzywdy koleżance. I tak dzieci przekonują się, że agresja często bierze się ze strachu – wcale nie trzeba do tego magii, chociaż ta sprawdza się w świecie wykreowanym przez Miraculous.
Jest to bardzo krótka książeczka, w dodatku bogato ilustrowana – kadry z bajki zastępują tu klasyczne grafiki i jednocześnie są wabikiem na małych odbiorców, zachęcają do spędzania czasu z książką i do sprawdzania, jakie przygody przeżywali bohaterowie opowieści. Pozwalają skoncentrować się nie tylko na wysiłku związanym z poznawaniem i składaniem liter – ale też na samej opowieści. Fabuła jest zatem dobrze zaakcentowana, a do tego bardzo dynamiczna – wypełniona ekstremalnymi doświadczeniami bohaterów. Dzieje się tu dużo w bardzo niewielkim tekście – ale chodzi o to, żeby przyciągnąć dzieci do lektury i pokazać im radość płynącą z samodzielnego czytania. W tym tomiku znalazło się i sporo wyobraźni – maskującej prawdziwe wydarzenia i problemy ze świata kilkulatków, i trochę odsłaniania kulis magicznych przeobrażeń w superbohaterów, i cenna lekcja dla wszystkich na najbliższą przyszłość i funkcjonowanie w grupie społecznej. „Postraszycielka” to zatem książeczka przygotowana tak, żeby dzieci chciały po nią sięgać i żeby wiedziały, jak wydobyć z niej najlepsze przekazy. Dzieci, które uczą się czytać, nie mogą tu narzekać na nadmierny wysiłek – ale warto będzie podjąć próbę samodzielnego prześledzenia akcji, żeby poznać bieg wydarzeń i rozwiązanie mało komfortowej początkowo sytuacji.
Pomoc
Czasami ten, kto jest największym potworem, boi się czegoś tak bardzo, że chowa własny strach pod maską agresji. W „Postraszycielce” jest to zaprezentowane dzieciom znacznie prościej, za sprawą działań Władcy Ciem – tego, który wykorzystuje swoją moc do czynienia zła. Drobny tomik „Postraszycielka” przygotowany jest dla dzieci, które uczą się samodzielnego czytania i potrzebują materiałów do ćwiczenia – a skoro i tak muszą spędzać czas nad książkami, niech to będzie czas przyjemnie spędzany z lubianymi kreskówkowymi postaciami. W cyklu Tryb czytania pojawia się zatem drobne opowiadanie z ważnym dla najmłodszych przesłaniem. Mamy tu bohaterów z uniwersum Biedronki i Czarnego Kota – ze świadomością, kim w cywilnym życiu są te postacie. Szkolna społeczność to dobre miejsce na testowanie możliwości i ograniczeń związanych z własnymi doświadczeniami i wyobrażeniami. I tak Mylene przekonuje się, że trudno jest grać w horrorze. Chociaż świetnie zdaje sobie sprawę, że nie ma tu do czynienia z prawdziwymi potworami, nie umie pokonać lęku przed nimi – i boi się coraz bardziej. Władca Ciem wykorzystuje to, żeby zamienić ją w prawdziwego potwora – i teraz to Mylene będzie siać postrach, dopóki Biedronka i Czarny Kot nie znajdą na nią sposobu. A muszą zadziałać sposobem – bo inaczej nie da się pokonać zła bez robienia krzywdy koleżance. I tak dzieci przekonują się, że agresja często bierze się ze strachu – wcale nie trzeba do tego magii, chociaż ta sprawdza się w świecie wykreowanym przez Miraculous.
Jest to bardzo krótka książeczka, w dodatku bogato ilustrowana – kadry z bajki zastępują tu klasyczne grafiki i jednocześnie są wabikiem na małych odbiorców, zachęcają do spędzania czasu z książką i do sprawdzania, jakie przygody przeżywali bohaterowie opowieści. Pozwalają skoncentrować się nie tylko na wysiłku związanym z poznawaniem i składaniem liter – ale też na samej opowieści. Fabuła jest zatem dobrze zaakcentowana, a do tego bardzo dynamiczna – wypełniona ekstremalnymi doświadczeniami bohaterów. Dzieje się tu dużo w bardzo niewielkim tekście – ale chodzi o to, żeby przyciągnąć dzieci do lektury i pokazać im radość płynącą z samodzielnego czytania. W tym tomiku znalazło się i sporo wyobraźni – maskującej prawdziwe wydarzenia i problemy ze świata kilkulatków, i trochę odsłaniania kulis magicznych przeobrażeń w superbohaterów, i cenna lekcja dla wszystkich na najbliższą przyszłość i funkcjonowanie w grupie społecznej. „Postraszycielka” to zatem książeczka przygotowana tak, żeby dzieci chciały po nią sięgać i żeby wiedziały, jak wydobyć z niej najlepsze przekazy. Dzieci, które uczą się czytać, nie mogą tu narzekać na nadmierny wysiłek – ale warto będzie podjąć próbę samodzielnego prześledzenia akcji, żeby poznać bieg wydarzeń i rozwiązanie mało komfortowej początkowo sytuacji.
czwartek, 14 maja 2026
Amy Sparkes: Księgarnia na tyłach kresu
Kropka, Warszawa 2026.
Ratunek
W najnowszej części tej magicznej serii liczy się najbardziej wspólne działanie. Kiedy już dom na skraju magii się uspokoił i zapewnia faktyczne schronienie dla wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach, można zastanowić się nad niesieniem pomocy. Tym razem znika Profesora Miska, postać nietuzinkowa i jednocześnie bardzo potrzebna w magicznym świecie. Ponieważ w grę wchodzi potyczka z okrutną czarownicą, nie bez powodu nazywającą się Ohydia, wiadomo, że trzeba zjednoczyć siły i ruszyć na poszukiwania – a następnie uzbroić się w odwagę i doprowadzić do uwolnienia istoty, która tak jak inne chce po prostu w spokoju egzystować. Dziewiątka wie doskonale, jak ważne jest schronienie i pomoc bliskich – dlatego też nie waha się z wyruszeniem na pomoc. Co innego mogłaby robić? To bohaterka, która dopiero w magicznej krainie znalazła dom – nie wie wiele o sobie i o historii swojej matki, stopniowo dopiero odkrywa pojedyncze tropy, które składają się na opowieść o jej tożsamości. Dziewiątka nie ma imienia – przez pewien czas żyła na ulicy i zajmowała się złodziejstwem. Do tamtego życia nie ma powrotu, dlatego też tak mocno Dziewiątka angażuje się w zapewnianie swojej nowej – dość niezwykłej rodzinie – wsparcia. I to Dziewiątka nadaje prym opowieści, to ona motywuje do działania i to ona wreszcie musi rozwiązywać zagadki prowadzące do celu. Przewodzi galerii oryginałów i dziwaków, ale świetnie się wśród nich odnajduje – wiadomo, że ta bohaterka poradzi sobie zawsze i wszędzie. Ale Dziewiątka ma – jak wszyscy – swoje słabości i sekrety. I właśnie do wyjawiania sekretów zmusza ją pewne miejsce. Tajemnice wypowiadane na głos oznaczają maksymalne obnażenie się, osłabienie wewnętrznej siły i pewności siebie – to walka, w której nie da się znaleźć sojuszników. A jednocześnie prawdziwe wyzwanie, które pokaże, czy obrane cele są prawdziwe, czy też stanowią namiastkę pragnień.
Amy Sparkes w pierwszym tomie serii mnóstwo wysiłku poświęciła na to, żeby odbiorcy dobrze zrozumieli zasady w świecie, w którym możliwe jest wszystko. Teraz przychodzi do młodych odbiorców z trzecią powieścią – i „Księgarnia na tyłach kresu” to książka, w której narracja wydaje się bardziej spokojna a akcja podporządkowana historii drogi – jest zadanie do wykonania i na tym to zadaniu koncentrują się postacie pod wodzą Dziewiątki. Jedno rozwiązanie generuje kolejne wyzwania, nie ma mowy o przyspieszeniu celu, nie da się też zmieniać reguł gry w jej trakcie, więc czytelnicy będą po prostu podążać za bohaterką i kibicować jej w podejmowanych działaniach. Ponieważ jednak Amy Sparkes nie musi już rejestrować absolutnie każdego przejawu magii na każdym kroku – może pozwolić młodym czytelnikom na relaks i śledzenie wyprawy. Jest w „Księgarni na tyłach kresu” standardowy dla serii zestaw pomysłów, wśród których żaden nie robi takiego wrażenia na odbiorcach jak magiczna księgarnia – w końcu wiadomo nie od dzisiaj, że fani fantastyki uwielbiają przejście do świata z książek. Nie jest to równoznaczne z umiłowaniem do autotematyzmu, ale tu całkiem dobrze się sprawdziło.
Ratunek
W najnowszej części tej magicznej serii liczy się najbardziej wspólne działanie. Kiedy już dom na skraju magii się uspokoił i zapewnia faktyczne schronienie dla wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach, można zastanowić się nad niesieniem pomocy. Tym razem znika Profesora Miska, postać nietuzinkowa i jednocześnie bardzo potrzebna w magicznym świecie. Ponieważ w grę wchodzi potyczka z okrutną czarownicą, nie bez powodu nazywającą się Ohydia, wiadomo, że trzeba zjednoczyć siły i ruszyć na poszukiwania – a następnie uzbroić się w odwagę i doprowadzić do uwolnienia istoty, która tak jak inne chce po prostu w spokoju egzystować. Dziewiątka wie doskonale, jak ważne jest schronienie i pomoc bliskich – dlatego też nie waha się z wyruszeniem na pomoc. Co innego mogłaby robić? To bohaterka, która dopiero w magicznej krainie znalazła dom – nie wie wiele o sobie i o historii swojej matki, stopniowo dopiero odkrywa pojedyncze tropy, które składają się na opowieść o jej tożsamości. Dziewiątka nie ma imienia – przez pewien czas żyła na ulicy i zajmowała się złodziejstwem. Do tamtego życia nie ma powrotu, dlatego też tak mocno Dziewiątka angażuje się w zapewnianie swojej nowej – dość niezwykłej rodzinie – wsparcia. I to Dziewiątka nadaje prym opowieści, to ona motywuje do działania i to ona wreszcie musi rozwiązywać zagadki prowadzące do celu. Przewodzi galerii oryginałów i dziwaków, ale świetnie się wśród nich odnajduje – wiadomo, że ta bohaterka poradzi sobie zawsze i wszędzie. Ale Dziewiątka ma – jak wszyscy – swoje słabości i sekrety. I właśnie do wyjawiania sekretów zmusza ją pewne miejsce. Tajemnice wypowiadane na głos oznaczają maksymalne obnażenie się, osłabienie wewnętrznej siły i pewności siebie – to walka, w której nie da się znaleźć sojuszników. A jednocześnie prawdziwe wyzwanie, które pokaże, czy obrane cele są prawdziwe, czy też stanowią namiastkę pragnień.
Amy Sparkes w pierwszym tomie serii mnóstwo wysiłku poświęciła na to, żeby odbiorcy dobrze zrozumieli zasady w świecie, w którym możliwe jest wszystko. Teraz przychodzi do młodych odbiorców z trzecią powieścią – i „Księgarnia na tyłach kresu” to książka, w której narracja wydaje się bardziej spokojna a akcja podporządkowana historii drogi – jest zadanie do wykonania i na tym to zadaniu koncentrują się postacie pod wodzą Dziewiątki. Jedno rozwiązanie generuje kolejne wyzwania, nie ma mowy o przyspieszeniu celu, nie da się też zmieniać reguł gry w jej trakcie, więc czytelnicy będą po prostu podążać za bohaterką i kibicować jej w podejmowanych działaniach. Ponieważ jednak Amy Sparkes nie musi już rejestrować absolutnie każdego przejawu magii na każdym kroku – może pozwolić młodym czytelnikom na relaks i śledzenie wyprawy. Jest w „Księgarni na tyłach kresu” standardowy dla serii zestaw pomysłów, wśród których żaden nie robi takiego wrażenia na odbiorcach jak magiczna księgarnia – w końcu wiadomo nie od dzisiaj, że fani fantastyki uwielbiają przejście do świata z książek. Nie jest to równoznaczne z umiłowaniem do autotematyzmu, ale tu całkiem dobrze się sprawdziło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






