* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 10 czerwca 2026

Sławomir Mrożek: Opowiadania zebrane. Tom 2

Noir sur Blanc, Warszawa 2026.

Klasyka

Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.

Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.

„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.

Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.

Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.

wtorek, 9 czerwca 2026

Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio odkrywają... Polska

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wyprawa

Przed wakacjami to całkiem niezły pomysł. Feluś i Gucio odkrywają to podseria rysunkowych opowiastek o przygodach chłopca i jego pluszowego misia – teraz w tym podcyklu pojawia się książka „Polska”, która może przygotować dzieci na spotkania z przedstawicielami różnych narodów i kultur – i wprowadza garść wiadomości o własnym kraju. Katarzyna Kozłowska nadaje wszystkiemu rangę zabawy – odkrywa się tu kolejne tematy dzięki wyprawom w różne miejsca, a tematyzowanie rozkładówek pozwala przyjrzeć się Polsce z różnych stron.

Pojawi się w tej książce mapa Polski – oczywiście nie w wersji, którą dzieci dostaną w szkolnych atlasach, a znacznie bardziej bajkowa, z cechami charakterystycznymi największych miast – po to, żeby zainteresować małych odbiorców zawartością tomiku. Kolejne rozkładówki będą bowiem prezentować wybrane miejsca z uwzględnieniem ich turystycznych atrakcji lub legend i ciekawostek. Tak najmłodsi zwiedzą między innymi Warszawę (i zajrzą na Stadion Narodowy), wybiorą się nad Bałtyk, sprawdzając, jakie gatunki fauny można tu znaleźć, a także – co robi się na plaży. Odwiedzą Trójmiasto. Wyruszą też do Poznania i Torunia, Wrocławia czy Krakowa. Ponadto autorka zajmie się przygotowaniem do celów różnych podróży: dzieci przekonają się, czego można się dowiedzieć w muzeach albo w podręcznikach czy podaniach ludowych od przewodników, przyjrzy się rzekom i jeziorom, puszczom i lasom, górom i jaskiniom. To wszystko w dużym skrócie, tak, żeby zaintrygować najmłodszych i nie zmęczyć ich nadmiarem wiadomości. Tu liczy się przede wszystkim dobra zabawa, a także oswojenie maluchów z najbardziej charakterystycznymi i typowymi wiadomościami dotyczącymi poszczególnych rejonów i miejsc. W razie zainteresowania lub potrzeb odbiorcy będą mogli rozwijać wiadomości.

Nie ma tu bardzo rozbudowanej narracji, Katarzyna Kozłowska stawia na krótkie i wręcz hasłowe akapity, do których wplata drobne definicje albo ciekawostki – i podpisy do rysunków. Najwięcej miejsca na rozkładówkach tradycyjnie w całej serii zajmują ilustracje Marianny Schoett, która teraz może popisać się odwzorowywaniem tego wszystkiego, co uznajemy za koloryt lokalny – w najpiękniejszym możliwym wydaniu. Każda rozkładówka to zatem całe szeregi obrazków, między którymi przewijają się bohaterowie – zwłaszcza Gucio co pewien czas lubi wtrącić swoje trzy grosze do odwiedzanych miejsc i wprowadzić do świadomości maluchów coś interesującego. Pojawiają się pocztówki lub migawki, komiksowe kadry, ilustracje imitujące zdjęcia, a czasami też wyliczanki na marginesach – chodzi o to, żeby urozmaicać sposób przedstawiania wiadomości, by nie zmęczyć dzieci rutyną albo przewidywalnością. Książka jest bardzo kolorowa i bardzo przyjemna, spodoba się wielu maluchom i będzie długo im służyć – można za każdym razem podczas oglądania jej odkrywać coś nowego i sięgać do kolejnych ciekawostek nie tylko przy okazji wakacyjnych wojaży. Jest to książka dobrze obmyślona – w sam raz dla najmłodszych, którzy nie skupią się zbyt długo na tekście, wypełniona ładnymi dla oka obrazkami i zapadającymi w pamięć hasłami. Można wykorzystać ten tomik jako pierwszy przewodnik w stylu picture book dla maluchów.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Jory John, Pete Oswald: Niesforne ziarenko idzie do biblioteki

Harperkids, Warszawa 2026.

Książki

Jak przekonać dzieci do czytania? Po prostu: powiedzieć im, że czytanie jest fajne. Brzmi banalnie, ale nie w wykonaniu duetu Jory John-Pete Oswald. Tu faktycznie dzieci mogą uwierzyć w podobne zapewnienia, bo wplątane w nie zostało sporo humoru. „Niesforne ziarenko idzie do biblioteki” w podserii Tryb czytania to drobne opowiadanie dla dzieci, które muszą ćwiczyć czytanie. Jeśli muszą ćwiczyć czytanie, z pewnością zdążyły się już do tego zadania zniechęcić – warto więc uświadomić im, że czytanie bywa zabawą i przyjemnością, a najlepiej zrobi to bohater, co do którego odbiorcy mają gwarancję, że nie stawia na grzeczność i zachowania zgodne z jakimikolwiek kanonami. Nieprzypadkowo bohater – od którego nazwę bierze cała seria – ma przydomek Niesforny. Ziarenko robi, na co ma ochotę – i już samą tą wolnością przyciągnie do siebie małych czytelników. A to dopiero początek.

W tej podserii – w książkach przeznaczonych do ćwiczenia czytania – dzieci otrzymują picture booki z mocno ograniczoną warstwą tekstową. Chodzi przecież o to, żeby tomiki nie przytłaczały ogromem pracy do wykonania. Tekstu jest niewiele, druk duży – żeby łatwo było śledzić kolejne wyrazy. Do tego bardzo dowcipne ilustracje, które jeszcze podbijają humor zawarty w tekście, przyciągają wzrok i zapraszają do czytania. To wszystko musi się sprawdzić.

Jory John i Pete Oswald zajmują się w tym tomiku najmniej medialnym z możliwych zajęć. Oto Niesforne ziarenko przekonuje wszystkich, że uwielbia przebywać w bibliotece, że traktuje to jako część gry, w której ciągle można wygrywać. Jasne, bohater przyswaja sobie zasady panujące w tym miejscu – na przykład tę, że w bibliotece trzeba zachowywać się cicho – ale wykorzystuje to jako kolejny element gry. Najbardziej liczy się jednak fakt, że w bibliotece ma się dostęp do mnóstwa ciekawych książek. Niesforne ziarenko wybiera sobie jedną, zabiera ją do domu, a potem czyta na okrągło, wydając przy tym okrzyki radości czy zdumienia. Nie wiadomo, co czyta – nie padają tu żadne tytuły ani żadne wskazówki co do treści, zresztą to przecież nieistotne, ważny staje się sam fakt czytania dla przyjemności. Kiedy już odbiorcy pozazdroszczą Ziarenku jego rozrywki, staje się rzecz straszna: przychodzi ponaglenie z biblioteki. Ulubioną książkę trzeba oddać, bo czekają na nią inni. W ten sposób autorzy budują przekonanie, że czytanie jest super – i że jest to zajęcie popularne i powszechne do tego stopnia, że nie można nawet przetrzymać lektury w domu. Niesforne ziarenko przechodzi zatem proces wybierania kolejnej książki na najbliższe dwa tygodnie i szybko przekonuje się, że nowa pozycja stanie się jego najulubieńszą... Tę historię można by zapętlić, ale dla dzieci najbardziej będzie się liczył fakt, że Niesforne ziarenko doskonale się bawi w swoim świecie. Każdy może sprawdzić, czy to prawda – czy książki dają tyle rozrywki i tyle przyjemności, ile dały bohaterowi tego tomiku. A stąd już prosta droga do zaszczepienia czytelnikom takiego sposobu spędzania wolnego czasu. Oby udało się z tym tomikiem trafić do jak największego grona młodych odbiorców.

niedziela, 7 czerwca 2026

Bernadetta Darska: Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku

Iskry, Warszawa 2026.

Ośrodek

Nie jest to książka fabularyzowana, nie jest to publikacja do rozrywkowej lektury. Bernadetta Darska stawia na wnikliwe analizowanie kolejnych dokumentów i materiałów dotyczących tworzenia się Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka w Bartoszycach: domu dziecka, który ma zmienić postrzeganie losu sierot (co zwłaszcza po drugiej wojnie światowej ma ogromne znaczenie) i jednocześnie wyznaczyć trendy. Zadanie zaprojektowane z rozmachem i odwagą – wypełnione licznymi wyzwaniami i pokazujące trochę przemiany społeczne i obyczajowe.

W koszarach Ludendorffa ma powstać nowoczesna placówka zajmująca się dziećmi. To odrestaurowywane stopniowo budynki i cała masa papierkowej roboty – tak, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Liczy się możliwość odnotowania kolejnych sukcesów i wypracowania dobrych – przyszłościowych rozwiązań. Ale w tym przeglądaniu archiwów Bernadetta Darska nie zapomina też o wychowankach ośrodka – zdarza się od czasu do czasu, że oddaje im głos (sprawdza zwłaszcza ich wspomnienia dotyczące Bartoszyc) lub pokazuje reakcje na konkretne sytuacje. Odpowiada odbiorcom na pytanie, dlaczego dzieci z Bartoszyc nie chciały być adoptowane i ukrywały się w lasach przed potencjalnymi rodzicami – i to ma najlepiej pokazywać, jak miejsce wpływało na młodych ludzi i co im oferowało.

Bernadetta Darska sprawdza skrupulatnie kolejne zapiski i materiały – wiedzę czerpie z oficjalnych dokumentów, nie starając się nawet ich oceniać czy komentować, bo przecież musi zachować dystans do przedmiotu badań. Zatem nawet jeśli coś wydaje się nie do końca trafionym pomysłem, pojawi się jedynie na zasadzie wzmianki – a nie jako źródło przeszkód i traum. Samo przygotowywanie ośrodka wymaga wytężonej pracy i działań nie tylko urzędniczych – i fragmenty książki, które odnoszą się do kształtowania placówki wydają się w lekturze bardzo suche, zupełnie jakby autorka mimowolnie przejmowała styl dokumentów. Dopiero kiedy w opowieści przyjdzie czas na ludzi, historia nabierze życia. Nawet jeśli momentami nie będą to wiadomości optymistyczne (jak w przypadku zbiorowego zatrucia pokarmowego). Odtwarzanie losów miejsca przede wszystkim z zachowanych dokumentów nie jest proste, Bernadetta Darska zdecydowała się na styl beznamiętny – dzięki temu może skupić się na przywoływaniu kolejnych odkryć, a nie na budowaniu własnej wizji ośrodka. Daje czytelnikom pojęcie o przedsięwzięciu dzisiaj zapomnianym, o pomyśle, z którym wiązano ogromne nadzieje i który miał prowadzić do zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa tym, którzy nie odnaleźliby go we własnych domach. Co ważne, bardzo rzadko autorka może porozmawiać z osobami, które mają na temat Bartoszyc własne zdanie – i które doświadczyły tego, co w domu dziecka się działo. Dlatego też woli odczytywać zdjęcia i spisane wspomnienia – to daje jej pewien pogląd na rzeczywistość.

„Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” to książka, która niejeden raz zaskoczy czytelników zwłaszcza połączeniem polityki społecznej i efektami działań prowadzących do zapewnienia beztroskiego dzieciństwa osieroconym dzieciom. Jest to książka, która nie dostarcza relaksu, za to mówi sporo ważnych rzeczy o zjawisku obecnie zapomnianym.

sobota, 6 czerwca 2026

Michele Assaarasakorn: Akcja Psiaki. Hazel ma ręce pełne roboty

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Samodzielność

Michele Assaarasakorn w serii komiksów z serii Akcja Psiaki stara się przedstawiać różne problemy, z jakimi dzisiaj borykają się nastolatki – a jednocześnie nadać tym problemom rys uniwersalności tak, żeby czytelniczki nie wyrosły tak szybko z opowieści o kilku przyjaciółkach, które postanowiły połączyć chęć dorabiania do kieszonkowego z miłością do czworonogów. „Hazel ma ręce pełne roboty” to kolejny tom w serii – i tym razem autorka przygląda się uważniej bohaterce, która później dołączyła do paczki. Hazel porusza się na wózku inwalidzkim, cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) – co wcześniej nie zostało wyjaśnione, a autorka ze swojej decyzji tłumaczy się w posłowiu. Bohaterka musi chodzić na fizjoterapię, a ponadto przyjmuje jeden z najdroższych leków na świecie – żeby zahamować postępy choroby i jak najdłużej móc funkcjonować bez wsparcia innych. Jednak właśnie ta kwestia – pomoc ze strony innych – ma w tej książce wielkie znaczenie.

Zbliżają się wakacje i każda z dziewczyn z Psiaków ma swoje plany. Jedna musi pojechać do ojca, który ożeni się powtórnie i chciałby przedstawić wybrankę serca swojej córce. Do innej przyjeżdża znajoma – i trzeba będzie się nią zająć, a na pewno zapewnić jej trochę rozrywek w nieznanym otoczeniu. I kiedy Hazel dowiaduje się, że ojciec i syn (również poruszający się na wózku) nie mogą znaleźć opiekunów dla swoich zwierzaków, postanawia im pomóc. Radzi sobie świetnie: przede wszystkim sama jest rezolutna i przewidująca, ma bardzo silne ręce i wie, jak sobie radzić z różnymi wyzwaniami. Dom nowych klientów Psiaków jest przystosowany do osób jeżdżących na wózkach, więc łatwo będzie dziewczynie poruszać się nawet w nieznanym otoczeniu. Ale problemem jest mama Hazel – kobieta, która swoją nadopiekuńczością doprowadza do rozpaczy nastolatkę. Mama nie chce, żeby Hazel robiła coś bez towarzystwa, boi się o córkę – i to najzupełniej zrozumiałe. Ale swoim strachem blokuje działania dziewczyny, która chce udowodnić, że zasługuje na zaufanie i że poradzi sobie w każdej sytuacji. Dlatego też Hazel musi po raz pierwszy w życiu okłamać mamę, żeby nie musieć rezygnować ze swoich planów. Oczywiście każde kłamstwo wcześniej czy później wyjdzie na jaw, więc czytelniczki będą się skupiać na tym, jak bohaterka rozwiązuje swój problem i jak wyjaśnia mamie, czego potrzebuje. Obie bohaterki zresztą zyskują tu szansę na wyrażenie swoich uczuć i spokojną rozmowę – w której emocji wprawdzie nie zabraknie, ale to wskazówka także dla odbiorczyń i ich rodziców – warto wypracowywać kompromisy zamiast doprowadzać do sytuacji granicznych.

Jest to książka w sam raz dla wszystkich czytelniczek, które kochają opowieści o zwierzętach – jak zawsze mamy tu do czynienia z bogatą galerią psów i kotów o rozmaitych charakterach, nie można się oderwać od ich przygód i pomysłów. To rodzaj nagrody dla czytelniczek – bo otrzymują w komiksie jak zwykle całą serię tematów społecznych, ważnych w gronie rówieśniczek albo w relacjach z dorosłymi. To bardzo dobrze przygotowana seria. Na uwagę zasługuje też warstwa obrazkowa – trochę w stylu anime, co przyciągnie wzrok młodszych nastolatek i nakłoni je do sięgnięcia po mądrą i wartościową opowieść.

piątek, 5 czerwca 2026

Helena Piecuch: Mamuna

Czarne, Wołowiec 2026.

Mrok natury

Takie historie nigdy się nie zestarzeją, oparte na ludowych wierzeniach i na tradycjach zapominanych, a odgrzebywanych od czasu do czasu przez pasjonatów. „Mamuna” Heleny Piecuch to powieść, w której ważniejsze niż to, co się wydarza, jest to, co się nie dzieje, albo co funkcjonuje na pograniczu realizmu i świata niezrozumiałego dla większości postronnych. Wioletta z pozoru ma szczęśliwą rodzinę – jej mąż zajmuje się badaniem płazów i doskonale rozumie istoty, na widok których inni odwracają wzrok. Trzy córki – Iza, Agata i Ruta – muszą nauczyć się samodzielności znacznie szybciej, niż w normalnych rodzinach. Matka dystansuje się od nich i nie jest w stanie uspokoić szalejących w niej efektów zewu natury. W sielankę wkracza mamuna – i tak naprawdę nie wiadomo, czy pochodzi ona z jestestwa Wioletty, czy to stwory z wierzeń ludowych owładnęły kobietę tak, że ta nie jest w stanie im się oprzeć i poświęci nawet najbliższych, byle tylko znaleźć spokój i swoje miejsce na świecie. „Mamuna” to książka kilkugłosowa: po kolei historię przedstawiają tu Wioletta, Jerzy, Iza, Agata i Ruta – a każda z nich ma do opowiedzenia zupełnie inny fragment codzienności. Każda z nich też zwraca uwagę na różne aspekty funkcjonowania w domu na skraju wsi – Wiolettę najmniej interesuje przyziemność, z kolei Jerzy stara się porzucić łatkę naukowca interesującego się wyłącznie własnymi badaniami – chociaż nie do końca to potrafi, próbuje scementować rodzinę, a przynajmniej zareagować na to, co niewytłumaczalne, a co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Iza najrozsądniej ucieka z domu, kiedy to tylko możliwe – nie czuje się w żaden sposób odpowiedzialna za młodsze siostry i nie zamierza brać na siebie problemów rodziców. Agata wie, co się dzieje, ale zareagować nie może. A Ruta – ta, która imię dostała od przyrody – widzi najwięcej i znowu – może stać się pomostem między światem bajań a rzeczywistością.

Nie ma tu spektakularnych wydarzeń ani fabuły, która trzymałaby w napięciu, nawet jeśli Helena Piecuch dba o to, żeby od czasu do czasu coś się działo, to walka o uwagę czytelników rozgrywa się w zupełnie innej płaszczyźnie, w płaszczyźnie narracji i opisów. A te są naprawdę magiczne i mocne – wciągają odbiorców i urzekają rytmem, są niespokojne, ale jednocześnie uporządkowane. Odbiegają od tego, co odbiorcy kojarzą z poczytnych lektur – są migotliwe i nieuchwytne do końca. A niosą w sobie treści, które mają wywierać najsilniejsze wrażenie na wszystkich wrażliwcach i tych, którzy mają nadzieję, że uda się ocalić coś z ludowej kultury. Helena Piecuch tworzy powieść na kanwie dawnych przekazów – a jednocześnie zanurza ją mocno we współczesności. Karmi czytelników niezwykłym połączeniem, zestawieniem tego, co przyziemne i dosłowne z tym, co nie do opowiedzenia. W słowach tkwi jej wielka siła, siła, która nawet psychologię postaci pokonuje – nie liczy się tu nic poza sztuką opowiadania i powrotem do legend. „Mamuna” to książka, która bazuje na niepokoju, na nieoczywistości i na porażce w tworzeniu utopii w wymiarze mikro.

czwartek, 4 czerwca 2026

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini

Mando, WAM, Kraków 2026.

Ikona

Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.

Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.

Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.