Poradnia K, Warszawa 2025.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 3 stycznia 2026
piątek, 2 stycznia 2026
Katy Hessel: Sztuka twórczego życia. 366 inspiracji od artystek i artystów, by żyć kreatywnie każdego dnia
Marginesy, Warszawa 2025.
Obcowanie ze sztuką
Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.
Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.
Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.
Obcowanie ze sztuką
Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.
Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.
Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.
czwartek, 1 stycznia 2026
Feluś i Gucio grają w pary
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Skojarzenia
Niewielkie pudełko z zestawem kart – to kolejna przygoda pozwalająca dzieciom na rozwijanie i trenowanie umiejętności, spostrzegawczości, skojarzeń i mówienia, w zależności od tego, jakie rozwiązanie wybiorą inicjatorzy gry, czyli rodzice albo animatorzy. „Feluś i Gucio grają w pary” to propozycja dla dzieci powyżej trzeciego roku życia – i umożliwiająca zróżnicowane rodzaje rozrywek. Mamy tu talię złożoną z 48 kart. Na ośmiu są kolory i kategorie, cała reszta to podwójne przedmioty (duży i mały), więc 80 rzeczy, które można wykorzystać do zabawy. I jak to przeważnie bywa w propozycjach growych Naszej Księgarni, można posłużyć się podpowiedzią (z dopasowaniem stopnia trudności do wieku odbiorców), albo wykorzystywać karty do tworzenia własnych reguł. Dzieci mają dopasowywać przedmioty na kartach (duży do małego, pod względem kolorów albo tematów) – w jaki sposób będzie się dobierać karty, to już zależy od samych graczy. Gra dopuszcza do sześciu uczestników, więc można zagospodarować czas całkiem sporej grupce maluchów.
W zależności od tego, co chce się ćwiczyć, można się koncentrować na zapamiętywaniu motywów, na dopasowywaniu i kojarzeniu par, na ćwiczeniu kolorów, na uczeniu się nazw, na treningu logicznego myślenia. Może zatem gra rozwijać słownictwo i spostrzegawczość, pozwoli testować refleks i umiejętności społeczne – bo przecież już samo uczestnictwo w grze nie pozostanie bez znaczenia dla najmłodszych. Dzieci skuszą się być może na formę gry – zabawa kartami to coś, co wypada dorośle, więc przypadnie do gustu maluchom. Podobnie jak obecność w tych motywach bohaterów z lubianej serii – Feluś i Gucio to postacie, które zachęcają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Co ciekawe, twórcy gry podpowiadają też, że karty kolorów nadają się do rozszerzenia zabawy poza świat gry – można wskazywać przedmioty z najbliższego otoczenia i dopasowywać je do karty, którą właśnie się wylosowało. Możliwości jest znacznie więcej niż te wskazane w broszurce z instrukcją, liczy się tu kreatywność odbiorców – którzy dostaną do ręki zestaw pomocy „naukowych”. Co ciekawe, na kartach są kolorystyczne podpowiedzi (w postaci barw i ramek), więc co bardziej spostrzegawcze i sprytne maluchy mogą ułatwić sobie zadanie, korzystając z tych wskazówek – to również będzie sygnał ich możliwości intelektualnych. Ta gra jest urozmaiceniem rozrywek i zapewnieniem dzieciom wyzwania, może się spodobać odbiorcom, którzy cenią sobie proste i przejrzyste zasady. Tutaj da się bawić na różne sposoby, a każda zabawa będzie prowadzić do rozwijania umiejętności dziecka – więc dorośli docenią taki sposób zajmowania kilkulatków. Talię kart na końcu zamyka się w zgrabnym i estetycznym pudełku, nie ma więc obaw, że coś się zgubi.
Skojarzenia
Niewielkie pudełko z zestawem kart – to kolejna przygoda pozwalająca dzieciom na rozwijanie i trenowanie umiejętności, spostrzegawczości, skojarzeń i mówienia, w zależności od tego, jakie rozwiązanie wybiorą inicjatorzy gry, czyli rodzice albo animatorzy. „Feluś i Gucio grają w pary” to propozycja dla dzieci powyżej trzeciego roku życia – i umożliwiająca zróżnicowane rodzaje rozrywek. Mamy tu talię złożoną z 48 kart. Na ośmiu są kolory i kategorie, cała reszta to podwójne przedmioty (duży i mały), więc 80 rzeczy, które można wykorzystać do zabawy. I jak to przeważnie bywa w propozycjach growych Naszej Księgarni, można posłużyć się podpowiedzią (z dopasowaniem stopnia trudności do wieku odbiorców), albo wykorzystywać karty do tworzenia własnych reguł. Dzieci mają dopasowywać przedmioty na kartach (duży do małego, pod względem kolorów albo tematów) – w jaki sposób będzie się dobierać karty, to już zależy od samych graczy. Gra dopuszcza do sześciu uczestników, więc można zagospodarować czas całkiem sporej grupce maluchów.
W zależności od tego, co chce się ćwiczyć, można się koncentrować na zapamiętywaniu motywów, na dopasowywaniu i kojarzeniu par, na ćwiczeniu kolorów, na uczeniu się nazw, na treningu logicznego myślenia. Może zatem gra rozwijać słownictwo i spostrzegawczość, pozwoli testować refleks i umiejętności społeczne – bo przecież już samo uczestnictwo w grze nie pozostanie bez znaczenia dla najmłodszych. Dzieci skuszą się być może na formę gry – zabawa kartami to coś, co wypada dorośle, więc przypadnie do gustu maluchom. Podobnie jak obecność w tych motywach bohaterów z lubianej serii – Feluś i Gucio to postacie, które zachęcają do podjęcia wysiłku intelektualnego. Co ciekawe, twórcy gry podpowiadają też, że karty kolorów nadają się do rozszerzenia zabawy poza świat gry – można wskazywać przedmioty z najbliższego otoczenia i dopasowywać je do karty, którą właśnie się wylosowało. Możliwości jest znacznie więcej niż te wskazane w broszurce z instrukcją, liczy się tu kreatywność odbiorców – którzy dostaną do ręki zestaw pomocy „naukowych”. Co ciekawe, na kartach są kolorystyczne podpowiedzi (w postaci barw i ramek), więc co bardziej spostrzegawcze i sprytne maluchy mogą ułatwić sobie zadanie, korzystając z tych wskazówek – to również będzie sygnał ich możliwości intelektualnych. Ta gra jest urozmaiceniem rozrywek i zapewnieniem dzieciom wyzwania, może się spodobać odbiorcom, którzy cenią sobie proste i przejrzyste zasady. Tutaj da się bawić na różne sposoby, a każda zabawa będzie prowadzić do rozwijania umiejętności dziecka – więc dorośli docenią taki sposób zajmowania kilkulatków. Talię kart na końcu zamyka się w zgrabnym i estetycznym pudełku, nie ma więc obaw, że coś się zgubi.
środa, 31 grudnia 2025
Sachiyo Harada: Wielka księga kuchni japońskiej. Poznaj, zorientuj się i do dzieła!
Marginesy, Warszawa 2025.
Smaki
Tytuł nie kłamie. „Wielka księga kuchni japońskiej” to naprawdę wielka księga – o wielkim formacie, ciężka i wypełniona nie artystycznymi zdjęciami potraw, a grafikami, schematycznymi komputerowymi uproszczeniami pokazującymi skład potraw (w wersji mocno umownej). Autorka nie zajmuje się najwyraźniej opracowywaniem dań w wersji do fotografii kulinarnych (chociaż pracowała między innymi jako stylistka żywności), nie to jest najważniejsze – a przybliżanie czytelnikom możliwości, jakie daje kuchnia japońska. I o ile w standardowych książkach kucharskich podstawy przeważnie ludzie pomijają, o tyle tu bez podstaw tylko rodowici Azjaci mogliby sobie poradzić z kolejnymi przepisami – nie dość, że nie da się pominąć rozbudowanego wstępu, to jeszcze będzie się do niego często wracać (dobrze, że tom ma wszytą zakładkę, łatwiej przeskakiwać między stronami). To nie tylko otwarcie na nowe smaki, ale też przedstawienie prostych instrukcji: jak wyfiletować rybę albo wyluzować kurczaka – wskazówki, które przydadzą się w każdej kuchni. Makarony, sosy, przyprawy, ryż, proste elementy późniejszych potraw tu znajdują swoje omówienie i to dokładne, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jak postępować ze składnikami, ale też… ze sztućcami czy miskami. Autorka między innymi tłumaczy, co zrobić, żeby nie przypaliły się drewniane patyczki do szaszłyków albo – jak płukać ryż. Wskazówek jest mnóstwo i nie da się bez nich obejść. Sama zasadnicza część kulinarna dzieli się nie w sposób znany z europejskich rozwiązań, a ze względu na sposób przyrządzania – w zależności czy coś jest gotowane na parze, smażone w głębokim tłuszczu, w misce albo stanowi deser.
Ciekawy jest też obraz przepisów. Gotowe danie czytelnicy znajdą w wersji graficznej, poszczególne – co ciekawsze – składniki także. Ale w skład poszczególnych przepisów wchodzi wyjaśnienie nazwy (żeby czytelnicy wiedzieli, na co się porywają – japońskie hasła w tytułach przepisów niekoniecznie coś powiedzą laikom) i jej pochodzenie, czas wykonania (z uwzględnieniem poszczególnych etapów gotowania), ciekawostkę związaną z daniem, niezbędne przybory (bo oczywiście trzeba będzie doposażyć kuchnię), wskazówki dotyczące działań podczas gotowania czy warianty potrawy. To wszystko jeszcze zanim odbiorcy przystąpią do realizowania przepisu – bo jeśli nie uda im się znaleźć wszystkich składników, czasami można będzie je zastąpić i wtedy autorka podpowiada, czym, żeby uzyskać jak najlepszy efekt. Sam przepis jest podzielony na punkty i to bardzo szczegółowe zwłaszcza w procesie wykonania, można docenić, że autorka nie pomija żadnego etapu, nawet najbardziej oczywistego. Pamięta o tym, że jej odbiorcy mogą niekoniecznie specjalizować się w kuchni japońskiej – więc tom, chociaż bardzo zaawansowany w smakach, sprawdzi się dla tych, którzy chcą popróbować czegoś nowego dla siebie. Tu zyskają świetny przewodnik kulinarny, dowiedzą się nie tylko, jakie są typowe dla Japonii smaki, ale też – jak wygląda cały proces przygotowywania potraw. „Wielka księga kuchni japońskiej” to publikacja, którą warto mieć w swoich zasobach, jeśli chce się eksperymentować i testować inne rozwiązania.
Smaki
Tytuł nie kłamie. „Wielka księga kuchni japońskiej” to naprawdę wielka księga – o wielkim formacie, ciężka i wypełniona nie artystycznymi zdjęciami potraw, a grafikami, schematycznymi komputerowymi uproszczeniami pokazującymi skład potraw (w wersji mocno umownej). Autorka nie zajmuje się najwyraźniej opracowywaniem dań w wersji do fotografii kulinarnych (chociaż pracowała między innymi jako stylistka żywności), nie to jest najważniejsze – a przybliżanie czytelnikom możliwości, jakie daje kuchnia japońska. I o ile w standardowych książkach kucharskich podstawy przeważnie ludzie pomijają, o tyle tu bez podstaw tylko rodowici Azjaci mogliby sobie poradzić z kolejnymi przepisami – nie dość, że nie da się pominąć rozbudowanego wstępu, to jeszcze będzie się do niego często wracać (dobrze, że tom ma wszytą zakładkę, łatwiej przeskakiwać między stronami). To nie tylko otwarcie na nowe smaki, ale też przedstawienie prostych instrukcji: jak wyfiletować rybę albo wyluzować kurczaka – wskazówki, które przydadzą się w każdej kuchni. Makarony, sosy, przyprawy, ryż, proste elementy późniejszych potraw tu znajdują swoje omówienie i to dokładne, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jak postępować ze składnikami, ale też… ze sztućcami czy miskami. Autorka między innymi tłumaczy, co zrobić, żeby nie przypaliły się drewniane patyczki do szaszłyków albo – jak płukać ryż. Wskazówek jest mnóstwo i nie da się bez nich obejść. Sama zasadnicza część kulinarna dzieli się nie w sposób znany z europejskich rozwiązań, a ze względu na sposób przyrządzania – w zależności czy coś jest gotowane na parze, smażone w głębokim tłuszczu, w misce albo stanowi deser.
Ciekawy jest też obraz przepisów. Gotowe danie czytelnicy znajdą w wersji graficznej, poszczególne – co ciekawsze – składniki także. Ale w skład poszczególnych przepisów wchodzi wyjaśnienie nazwy (żeby czytelnicy wiedzieli, na co się porywają – japońskie hasła w tytułach przepisów niekoniecznie coś powiedzą laikom) i jej pochodzenie, czas wykonania (z uwzględnieniem poszczególnych etapów gotowania), ciekawostkę związaną z daniem, niezbędne przybory (bo oczywiście trzeba będzie doposażyć kuchnię), wskazówki dotyczące działań podczas gotowania czy warianty potrawy. To wszystko jeszcze zanim odbiorcy przystąpią do realizowania przepisu – bo jeśli nie uda im się znaleźć wszystkich składników, czasami można będzie je zastąpić i wtedy autorka podpowiada, czym, żeby uzyskać jak najlepszy efekt. Sam przepis jest podzielony na punkty i to bardzo szczegółowe zwłaszcza w procesie wykonania, można docenić, że autorka nie pomija żadnego etapu, nawet najbardziej oczywistego. Pamięta o tym, że jej odbiorcy mogą niekoniecznie specjalizować się w kuchni japońskiej – więc tom, chociaż bardzo zaawansowany w smakach, sprawdzi się dla tych, którzy chcą popróbować czegoś nowego dla siebie. Tu zyskają świetny przewodnik kulinarny, dowiedzą się nie tylko, jakie są typowe dla Japonii smaki, ale też – jak wygląda cały proces przygotowywania potraw. „Wielka księga kuchni japońskiej” to publikacja, którą warto mieć w swoich zasobach, jeśli chce się eksperymentować i testować inne rozwiązania.
wtorek, 30 grudnia 2025
Goscinny, Uderzo: Asteriks u Helwetów
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Klasyczna wyprawa
W krytycznym opracowaniu ukazuje się kolejny klasyk – „Asteriks u Helwetów”. Goscinny i Uderzo wykorzystali tu podpowiedź jednego z przedstawicieli świata polityki i wysłali swoich bohaterów z ważną misją do Szwajcarii (która jeszcze Szwajcarią nie była). Panoramiks potrzebuje srebrnej gwiazdki – kwiatu szarotki, który rośnie tylko i wyłącznie daleko w górach. Napój jest niezbędny, żeby ocalić życie jednego z uczestników orgii (wprawdzie celowo otrutego, ale kto by się tym przejmował). Wiadomo, że wysoko w góry wybrać się mogą tylko Asteriks i Obeliks – zwłaszcza że to akurat oni dostąpili zaszczytu noszenia na tarczy swojego wodza. W Helwecji dzieje się wiele – tak, że sama misja znalezienia kwiatka traci na znaczeniu, bo najważniejszy jest kontekst, zabawy typowymi tematami, rozwiązaniami obyczajowymi i społecznymi. Autorzy wykorzystują charakterystyczne skojarzenia, którymi budują sobie publiczność literacką z różnych pokoleń: co innego w komiksach o Asteriksie rozśmieszy najmłodszych, co innego spodoba się ich rodzicom – a czas pokazuje, że te historie mało się starzeją.
Ponieważ zeszyt z przygodą Asteriksa został wydany w wersji z opracowaniem, czytelnicy mają szansę dowiedzieć się o zagraniach i pomysłach, które niekoniecznie wytrzymywały próbę tłumaczenia. Nie będą musieli samodzielnie tropić nawiązań i źródeł konkretnych kwestii. Dopiero dzięki takiemu kompleksowemu omówieniu komiksu część odbiorców będzie mogła docenić kunszt w tworzeniu historii obrazkowych – to nie tylko czysta rozrywka, ale znacznie więcej. Goscinny i Uderzo wypracowują sobie zasady współpracy, wzajemnie się uzupełniają i proponują odbiorcom dzieła pełne niespodzianek – w komentarzach pojawiają się między innymi charakterystyki bohaterów oraz punkty odniesienia do pozakomiksowej rzeczywistości. Jedno tylko może utrudnić czytelnikom poznawanie pojedynczych kadrów – brak tłumaczenia. W opracowaniu, w tej części teoretycznej, kadry z komiksów (ale też kadry z procesu produkcji) są przedstawione w oryginale, więc jeśli ktoś nie zna języka, nie poradzi sobie z odczytywaniem sensów, będzie musiał dotrzeć do odpowiedniego momentu historii i sprawdzić, jak wypada w polskiej wersji. Bardzo często w tym opracowaniu pojawiają się wypowiedzi samych autorów cyklu, więc odbiorcy mogą poznać ich punkt widzenia i źródła inspiracji. Sam komiks stanowi niewielki wycinek tej publikacji – trudno się dziwić, jest dość krótki, a ciekawostek związanych z nim znalazło się naprawdę dużo. To opracowanie, które zaspokaja ciekawość, a przy okazji można sobie przypomnieć klasyczną historyjkę. Nic dziwnego, że seria o Asteriksie zdobyła mnóstwo fanów – i wciąż podbija serca kolejnych – jest bardzo dopracowana i doskonale przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Kto potrzebuje tylko i wyłącznie śmiechu – może sięgać po zeszyty z komiksami, wznawiane zresztą i pojawiające się na rynku, więc nie tak bardzo niedostępne. Jednak jeśli ktoś chce tego śmiechu więcej i więcej, to śmiało może skorzystać z wersji z opracowaniem – bo to otwiera oczy na kolejne, często niedostrzeżone w pierwszym odbiorze, rozwiązania.
Klasyczna wyprawa
W krytycznym opracowaniu ukazuje się kolejny klasyk – „Asteriks u Helwetów”. Goscinny i Uderzo wykorzystali tu podpowiedź jednego z przedstawicieli świata polityki i wysłali swoich bohaterów z ważną misją do Szwajcarii (która jeszcze Szwajcarią nie była). Panoramiks potrzebuje srebrnej gwiazdki – kwiatu szarotki, który rośnie tylko i wyłącznie daleko w górach. Napój jest niezbędny, żeby ocalić życie jednego z uczestników orgii (wprawdzie celowo otrutego, ale kto by się tym przejmował). Wiadomo, że wysoko w góry wybrać się mogą tylko Asteriks i Obeliks – zwłaszcza że to akurat oni dostąpili zaszczytu noszenia na tarczy swojego wodza. W Helwecji dzieje się wiele – tak, że sama misja znalezienia kwiatka traci na znaczeniu, bo najważniejszy jest kontekst, zabawy typowymi tematami, rozwiązaniami obyczajowymi i społecznymi. Autorzy wykorzystują charakterystyczne skojarzenia, którymi budują sobie publiczność literacką z różnych pokoleń: co innego w komiksach o Asteriksie rozśmieszy najmłodszych, co innego spodoba się ich rodzicom – a czas pokazuje, że te historie mało się starzeją.
Ponieważ zeszyt z przygodą Asteriksa został wydany w wersji z opracowaniem, czytelnicy mają szansę dowiedzieć się o zagraniach i pomysłach, które niekoniecznie wytrzymywały próbę tłumaczenia. Nie będą musieli samodzielnie tropić nawiązań i źródeł konkretnych kwestii. Dopiero dzięki takiemu kompleksowemu omówieniu komiksu część odbiorców będzie mogła docenić kunszt w tworzeniu historii obrazkowych – to nie tylko czysta rozrywka, ale znacznie więcej. Goscinny i Uderzo wypracowują sobie zasady współpracy, wzajemnie się uzupełniają i proponują odbiorcom dzieła pełne niespodzianek – w komentarzach pojawiają się między innymi charakterystyki bohaterów oraz punkty odniesienia do pozakomiksowej rzeczywistości. Jedno tylko może utrudnić czytelnikom poznawanie pojedynczych kadrów – brak tłumaczenia. W opracowaniu, w tej części teoretycznej, kadry z komiksów (ale też kadry z procesu produkcji) są przedstawione w oryginale, więc jeśli ktoś nie zna języka, nie poradzi sobie z odczytywaniem sensów, będzie musiał dotrzeć do odpowiedniego momentu historii i sprawdzić, jak wypada w polskiej wersji. Bardzo często w tym opracowaniu pojawiają się wypowiedzi samych autorów cyklu, więc odbiorcy mogą poznać ich punkt widzenia i źródła inspiracji. Sam komiks stanowi niewielki wycinek tej publikacji – trudno się dziwić, jest dość krótki, a ciekawostek związanych z nim znalazło się naprawdę dużo. To opracowanie, które zaspokaja ciekawość, a przy okazji można sobie przypomnieć klasyczną historyjkę. Nic dziwnego, że seria o Asteriksie zdobyła mnóstwo fanów – i wciąż podbija serca kolejnych – jest bardzo dopracowana i doskonale przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Kto potrzebuje tylko i wyłącznie śmiechu – może sięgać po zeszyty z komiksami, wznawiane zresztą i pojawiające się na rynku, więc nie tak bardzo niedostępne. Jednak jeśli ktoś chce tego śmiechu więcej i więcej, to śmiało może skorzystać z wersji z opracowaniem – bo to otwiera oczy na kolejne, często niedostrzeżone w pierwszym odbiorze, rozwiązania.
poniedziałek, 29 grudnia 2025
Cornelia Funke: Kolor zemsty
Kropka, Warszawa 2025.
Szarość
Polscy fani atramentowego świata nie mieli takiej przerwy w lekturze – Cornelia Funke do przestrzeni tworzonej przez siebie powróciła po kilku latach i mocno zmienia klimat opowieści, a także optykę. Nie interesuje jej już Mo ani jego córka – ci, od których zaczęła się historia. Teraz w centrum zainteresowania pozostaje niezwykle ważny i do tej pory drugoplanowy bohater, Smolipaluch. To jego egzystencja i jego przyjaźń z Czarnym Księciem będzie zaprzątać uwagę odbiorców i samej autorki – która do przywiązania do tego wątku przyznaje się w dołączonym do książki wywiadzie. „Kolor zemsty” pokazuje, że chociaż powroty do udanych pomysłów nie zawsze kończą się sukcesem, to jednak trzeba pewne sprawy podomykać, żeby czytelnicy zyskali spokój i pewność co do losów konkretnych postaci. Tym razem Atramentowy Świat ogarnia szarość – nieprzypadkowo, to bowiem kolejny z czarów, który może odebrać radość życia bohaterom. Ci, którzy na swój dom wybrali świat ze słów, muszą liczyć się z ingerencją magii w codzienność – a na to nie ma dobrego rozwiązania, chyba że uda się pozbawić mocy siły zła. Do tego trzeba jednak sporo pomysłowości, siły i samozaparcia, a do tego – odwagi. Ale w „Kolorze zemsty” poza słowami liczy się jeszcze coś: obrazy. Po raz pierwszy obok potęgi słów w grę wchodzi inny sposób kreowania rzeczywistości. Zresztą w opowieści, w której jedną z większych tragedii staje się odebranie kolorów, nie może być inaczej: dopiero przy posługiwaniu się obrazami widać wyraźnie, jak wielkie spustoszenie będzie siała szarość nie tylko w życiorysach.
Cornelia Funke oddala się mocno od tych bohaterów, do których zdążyła czytelników przywiązać. Kompletnie nie interesuje jej wachlarz postaci z przeszłości, za to ci, którzy wkroczyli w orbitę Smolipalucha, mogą znaleźć swoje miejsce w świadomości odbiorców. Są tu też inne niż do tej pory elementy kreowanego świata – ważne miejsce znajdują tu szklane ludziki, liczą się znów drobne magiczne artefakty i symbole, które budzą grozę albo strach. Trzeba wiedzieć, co oznaczają i umieć czytać zaszyfrowane przesłania, ale przecież Cornelia Funke już przyzwyczaiła czytelników, że w tym nieprzeładowanym przedmiotami świecie liczy się wszystko, co pojawi się w rękach postaci. „Kolor zemsty” to opowieść budowana podobnie jak poprzednie części cyklu – ale ponieważ od samego początku panuje tu minorowy nastrój, autorka raczej nie zdobędzie nim nowych czytelników, to po prostu niespodzianka dla fanów serii i dopowiedzenie tego, co zostało zawieszone we wcześniejszej relacji. Ze starej części cyklu został tu sposób tworzenia rozdziałów: za każdym razem mamy krótką historię, właściwie migawkę historii – rozpoczynaną aforyzmem, cytatem z kogoś sławnego albo krótkim mottem z klasycznych powieści (raz Cornelia Funke cytuje w ogóle samą siebie). To dalej opowieść dla fanów czytania, książek i słów – a jednak daje się w niej wyczuć swoiste zmęczenie autorki cyklem, który błyskawicznie podbił serca czytelników.
Szarość
Polscy fani atramentowego świata nie mieli takiej przerwy w lekturze – Cornelia Funke do przestrzeni tworzonej przez siebie powróciła po kilku latach i mocno zmienia klimat opowieści, a także optykę. Nie interesuje jej już Mo ani jego córka – ci, od których zaczęła się historia. Teraz w centrum zainteresowania pozostaje niezwykle ważny i do tej pory drugoplanowy bohater, Smolipaluch. To jego egzystencja i jego przyjaźń z Czarnym Księciem będzie zaprzątać uwagę odbiorców i samej autorki – która do przywiązania do tego wątku przyznaje się w dołączonym do książki wywiadzie. „Kolor zemsty” pokazuje, że chociaż powroty do udanych pomysłów nie zawsze kończą się sukcesem, to jednak trzeba pewne sprawy podomykać, żeby czytelnicy zyskali spokój i pewność co do losów konkretnych postaci. Tym razem Atramentowy Świat ogarnia szarość – nieprzypadkowo, to bowiem kolejny z czarów, który może odebrać radość życia bohaterom. Ci, którzy na swój dom wybrali świat ze słów, muszą liczyć się z ingerencją magii w codzienność – a na to nie ma dobrego rozwiązania, chyba że uda się pozbawić mocy siły zła. Do tego trzeba jednak sporo pomysłowości, siły i samozaparcia, a do tego – odwagi. Ale w „Kolorze zemsty” poza słowami liczy się jeszcze coś: obrazy. Po raz pierwszy obok potęgi słów w grę wchodzi inny sposób kreowania rzeczywistości. Zresztą w opowieści, w której jedną z większych tragedii staje się odebranie kolorów, nie może być inaczej: dopiero przy posługiwaniu się obrazami widać wyraźnie, jak wielkie spustoszenie będzie siała szarość nie tylko w życiorysach.
Cornelia Funke oddala się mocno od tych bohaterów, do których zdążyła czytelników przywiązać. Kompletnie nie interesuje jej wachlarz postaci z przeszłości, za to ci, którzy wkroczyli w orbitę Smolipalucha, mogą znaleźć swoje miejsce w świadomości odbiorców. Są tu też inne niż do tej pory elementy kreowanego świata – ważne miejsce znajdują tu szklane ludziki, liczą się znów drobne magiczne artefakty i symbole, które budzą grozę albo strach. Trzeba wiedzieć, co oznaczają i umieć czytać zaszyfrowane przesłania, ale przecież Cornelia Funke już przyzwyczaiła czytelników, że w tym nieprzeładowanym przedmiotami świecie liczy się wszystko, co pojawi się w rękach postaci. „Kolor zemsty” to opowieść budowana podobnie jak poprzednie części cyklu – ale ponieważ od samego początku panuje tu minorowy nastrój, autorka raczej nie zdobędzie nim nowych czytelników, to po prostu niespodzianka dla fanów serii i dopowiedzenie tego, co zostało zawieszone we wcześniejszej relacji. Ze starej części cyklu został tu sposób tworzenia rozdziałów: za każdym razem mamy krótką historię, właściwie migawkę historii – rozpoczynaną aforyzmem, cytatem z kogoś sławnego albo krótkim mottem z klasycznych powieści (raz Cornelia Funke cytuje w ogóle samą siebie). To dalej opowieść dla fanów czytania, książek i słów – a jednak daje się w niej wyczuć swoiste zmęczenie autorki cyklem, który błyskawicznie podbił serca czytelników.
niedziela, 28 grudnia 2025
Justyna Kesler, Pani Zuzia: Tabliczka mnożenia. Nauka liczenia
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Liczenie po raz drugi
Było już kartonowe pudełko z kartami pozwalającymi na ćwiczenie dodawania i odejmowania, teraz pojawia się coś, co także przysparza sporo problemów najmłodszym, a bez czego trudno sobie wyobrazić wejście w szkolne obowiązki – tabliczka mnożenia. „Tabliczka mnożenia. Nauka liczenia” to kolejna propozycja w cyklu Zagraj – Zrozum – Zapamiętaj, w której przez tajniki liczenia przeprowadzają dzieci uczeń Spryciula (nie chce mu się wysilać, więc jeśli istnieje jakiś prosty sposób na zapamiętanie czegoś, to na pewno go znajdzie i się nim podzieli) oraz szczur Matemateusz.
Dzieci dostają tu 160 kart przygotowanych tak jak karty do gry dla dorosłych połączone z liczmanami. Na 20 kartach znajdują się cele (to karty, które sugerują rodzaj zadania czy wyzwania dla gracza, te karty są zaznaczone na odwrocie odwróconymi kolorami, żeby łatwiej było je znaleźć), na 55 – karty mnożenia i na kolejnych 55 – karty wyników. Do wizualizowania obliczeń wykorzystane zostały kolby kukurydzy (nieprzypadkowo: karty można przekręcać o 90 stopni, żeby poznać przemienność mnożenia). Na kartach mnożenia mamy zatem rysunek kukurydzy z zaznaczonymi ziarenkami, na górnym marginesie – działanie, z boku – to samo działanie tylko z zamienioną kolejnością. Na karcie wyników – kubełek popkornu z odpowiednim wynikiem. W grach może brać udział od 1 do 4 graczy, a przebieg rozgrywek albo znajduje się w instrukcji, drobnej broszurce dołączonej do gry (jest tu kilka różnych propozycji), albo zależy od inwencji dorosłych – można tę grę połączyć z poprzednim zestawem i wymyślać własne zadania.
Tu najważniejsze staje się ćwiczenie – wykonywanie działań prowadzi do zapamiętania tabliczki mnożenia, czyli nie pojawi się tu przełomowe albo rewolucyjne zestawianie sztuczek matematycznych – wszystko opiera się na powtarzalności, tyle tylko, że zamaskowanej zabawą. Granie w karty bardziej mobilizuje do wykonywania ćwiczeń niż tradycyjne odrabianie zadań. I to na pewno sprawi, że dzieci z radością będą podchodziły do wysiłku intelektualnego, a rodzicom łatwiej będzie kontrolować ich postępy w nauce. Nie trzeba tu wielkich wyzwań, sprawdzi się najzwyklejszy zestaw działań, tyle tylko, że opakowany w zgrabne i estetyczne „growe” rozwiązanie. To pozwoli też spędzać czas wspólnie, odbiorcy będą doceniać możliwość zabawy z rodzicami (bo to gra, w której brać udział mogą wszyscy chętni). Justyna Kesler i Pani Zuzia wprowadziły tutaj do domów uczniów urozmaicenie – uprzyjemniają proces zdobywania wiedzy. Warto zaznaczyć, że matematyczne gry karciane to dopiero początek – kolejne przedmioty także doczekają się swoich propozycji i sprawią, że nauka zamieni się w zabawę i zachęci także do wyprzedzania programu szkolnego. Tu karty (i sama rozgrywka) przeznaczone są teoretycznie dla dzieci od ósmego roku życia, w praktyce – każde młodsze dziecko, które przejawia zainteresowanie lekcjami liczenia, może spróbować swoich sił w takim wyzwaniu.
Liczenie po raz drugi
Było już kartonowe pudełko z kartami pozwalającymi na ćwiczenie dodawania i odejmowania, teraz pojawia się coś, co także przysparza sporo problemów najmłodszym, a bez czego trudno sobie wyobrazić wejście w szkolne obowiązki – tabliczka mnożenia. „Tabliczka mnożenia. Nauka liczenia” to kolejna propozycja w cyklu Zagraj – Zrozum – Zapamiętaj, w której przez tajniki liczenia przeprowadzają dzieci uczeń Spryciula (nie chce mu się wysilać, więc jeśli istnieje jakiś prosty sposób na zapamiętanie czegoś, to na pewno go znajdzie i się nim podzieli) oraz szczur Matemateusz.
Dzieci dostają tu 160 kart przygotowanych tak jak karty do gry dla dorosłych połączone z liczmanami. Na 20 kartach znajdują się cele (to karty, które sugerują rodzaj zadania czy wyzwania dla gracza, te karty są zaznaczone na odwrocie odwróconymi kolorami, żeby łatwiej było je znaleźć), na 55 – karty mnożenia i na kolejnych 55 – karty wyników. Do wizualizowania obliczeń wykorzystane zostały kolby kukurydzy (nieprzypadkowo: karty można przekręcać o 90 stopni, żeby poznać przemienność mnożenia). Na kartach mnożenia mamy zatem rysunek kukurydzy z zaznaczonymi ziarenkami, na górnym marginesie – działanie, z boku – to samo działanie tylko z zamienioną kolejnością. Na karcie wyników – kubełek popkornu z odpowiednim wynikiem. W grach może brać udział od 1 do 4 graczy, a przebieg rozgrywek albo znajduje się w instrukcji, drobnej broszurce dołączonej do gry (jest tu kilka różnych propozycji), albo zależy od inwencji dorosłych – można tę grę połączyć z poprzednim zestawem i wymyślać własne zadania.
Tu najważniejsze staje się ćwiczenie – wykonywanie działań prowadzi do zapamiętania tabliczki mnożenia, czyli nie pojawi się tu przełomowe albo rewolucyjne zestawianie sztuczek matematycznych – wszystko opiera się na powtarzalności, tyle tylko, że zamaskowanej zabawą. Granie w karty bardziej mobilizuje do wykonywania ćwiczeń niż tradycyjne odrabianie zadań. I to na pewno sprawi, że dzieci z radością będą podchodziły do wysiłku intelektualnego, a rodzicom łatwiej będzie kontrolować ich postępy w nauce. Nie trzeba tu wielkich wyzwań, sprawdzi się najzwyklejszy zestaw działań, tyle tylko, że opakowany w zgrabne i estetyczne „growe” rozwiązanie. To pozwoli też spędzać czas wspólnie, odbiorcy będą doceniać możliwość zabawy z rodzicami (bo to gra, w której brać udział mogą wszyscy chętni). Justyna Kesler i Pani Zuzia wprowadziły tutaj do domów uczniów urozmaicenie – uprzyjemniają proces zdobywania wiedzy. Warto zaznaczyć, że matematyczne gry karciane to dopiero początek – kolejne przedmioty także doczekają się swoich propozycji i sprawią, że nauka zamieni się w zabawę i zachęci także do wyprzedzania programu szkolnego. Tu karty (i sama rozgrywka) przeznaczone są teoretycznie dla dzieci od ósmego roku życia, w praktyce – każde młodsze dziecko, które przejawia zainteresowanie lekcjami liczenia, może spróbować swoich sił w takim wyzwaniu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






