Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 27 lipca 2026
niedziela, 26 lipca 2026
Arvind Narayanan, Sayash Kapoor: Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Pułapki
Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.
Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.
Pułapki
Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.
Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.
sobota, 25 lipca 2026
Alicja Krzanik: Wielokropek i przyjaciele. Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Interpunkcja
To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.
„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.
Interpunkcja
To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.
„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.
piątek, 24 lipca 2026
dr Dale E. Bredesen: Mózg wiecznie młody. Jak wyostrzyć umysł i chronić go przez całe życie
Sensus, Gliwice 2026.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
czwartek, 23 lipca 2026
Aleksandra Belta-Iwacz: Kazik i obowiązki domowe
Media Rodzina, Poznań 2026.
Sprzątanie
Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.
Sprzątanie
Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.
środa, 22 lipca 2026
Merryn Allingham: Morderstwo w bibliotece
Mando, Kraków 2026.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
wtorek, 21 lipca 2026
Umiem rysować morski świat
Kropka, Warszawa 2026.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






