* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 31 maja 2026

Marta Matyszczak: Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo

W.A.B., Warszawa 2026.

Wakacje za karę

Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.

Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.

Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.

Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.

Artur Nowicki: Auto z kapelusza. Nauka rysowania bez czarowania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Nauka jazdy

W Naszej Księgarni ukazało się polskie wydanie serii Zacznij od ziemniaczka – krótki i bardzo dowcipny kurs rysowania absolutnie wszystkiego, w którym to punktem wyjścia jest nieforemna kulka – ziemniaczek. Kto przerabiał już ziemniaczki na wszystko, teraz może poprzerabiać kapelusze na samochody. „Auto z kapelusza” to znakomita odpowiedź Artura Nowickiego na zagraniczną propozycję – kierowana przede wszystkim do małych fanów motoryzacji. I Artur Nowicki przekona dzieci między innymi tym, że odróżnia rodzaje aut – inaczej wyglądają minivany, inaczej dostawczaki, wyścigówki, pick-upy, auta elektryczne, garbusy czy kabriolety, a inaczej spychacze, betoniarki, wozy strażackie, wózki widłowe czy lokomotywy. Za każdym razem punktem wyjścia jest kapelusz, dlatego też na początek dzieci mogą poćwiczyć rysowanie kapeluszy. Gdyby ktoś miał problemy, autor proponuje całą rozkładówkę wypełnioną różnymi kształtami – można więc się przekonać, jak detale decydują o ostatecznym wyglądzie i jak niewiele potrzeba, żeby zacząć rysować. Artur Nowicki wie, że to rozrywka dostępna każdemu i przypomina, żeby nie kupować drogich przyborów – wystarczy zwykła kartka i ołówek, wszystko rozgrywa się w wyobraźni i jest efektem ćwiczeń.

Przeprowadza autor małych odbiorców przez mnóstwo maszyn – i za każdym razem najpierw mówi, jaki kapelusz trzeba narysować. Kształt, z którym poradzi sobie każde dziecko (i nie tylko dziecko) da się łatwo przerobić na samochód – i to nie byle jaki samochód, a pojazd, który będzie robił wielkie wrażenie na oglądających rysunek (a prawdopodobnie też na samych rysujących). Nagle okazuje się, że wcale nie jest trudno stworzyć maszynę z charakterem, a to prosta droga do rysowania większych form. Ten ilustrator imponuje maluchom między innymi w książkach o samochodach – więc skoro teraz mówi, jak sobie poradzić z takim wyzwaniem, warto skorzystać na jego podpowiedziach. Kapelusz zyskuje w kilku kolejnych krokach rozwinięcie – trzeba dodawać drobne wstawki, żeby uzyskać na końcu widok „prawdziwego” auta w zależności od potrzeb. Dla dzieci to nie tylko zachęta do ćwiczeń, ale też szansa na poszerzenie umiejętności. Przyda się odbiorcom taki kurs – z przymrużeniem oka, sensowny i konkretny, wyraźnie kierowany do konkretnej grupy odbiorców – do dzieci, które chcą rysować samochody (nie można tu wykluczyć, że nie tylko chłopcy zechcą po ten tomik sięgnąć).

Rysowane kroki wyjaśniają wszystko, ale od czasu do czasu autor wprowadza drobne, jednozdaniowe komentarze do kolejnych działań – tak, żeby odbiorcy nie zastanawiali się nad tym, co zostało dodane albo co właśnie dorysowali do własnego kapelusza. Żaglówka, helikopter i ufo to dodatek do tej propozycji – bo autor zawsze sięga po dowcip, za który zresztą odbiorcy go kochają. Jeśli ktoś uważa, że nie umie rysować, powinien wypróbować wskazówki zawarte w tej książce – nie pożałuje, bo kapelusze to w zasadzie gotowe samochody. Artur Nowicki uczy dzieci czarowania – i zapowiada ponowne spotkanie, można więc zacząć już kompletować serię, która zafascynuje nie tylko najmłodszych. To bardzo przyjemny poradnik, który ma potencjał na to, żeby stać się międzynarodowym bestsellerem. A wszystko dzięki odpowiedniemu pomysłowi zapewniającemu dzieci, że rysowanie nie jest trudne.

sobota, 30 maja 2026

Christopher Brousseau, Matt Sharp: LLMs w akcji. Od modeli językowych do dochodowych produktów

Helion, Gliwice 2026.

Tworzenie bota

Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.

Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.

piątek, 29 maja 2026

Warzywa i owoce

Harperkids, Warszawa 2026.

Witaminy

Ta publikacja to kolejny strzał w dziesiątkę w ramach Akademii Mądrego Dziecka: tomik, na którym można poznawać litery (chociaż raczej przegra to z innymi atrakcjami, jakich tu nie brakuje). Tomik, na którym można ćwiczyć sprawność motoryczną – bo są tu spore puzzle, elementy, które wpasowuje się w określone miejsca na kolejnych stronach (a potem można je wyjąć i schować w odpowiedniej przegródce w książeczce, żeby następnym razem przystąpić do zabawy ponownie). Tomik, który pozwala dzieciom ćwiczyć kolory i poznawać nazwy warzyw i owoców. Kilka zaledwie rozkładówek tu jest – ale chodzi o to, żeby nie zamęczyć maluchów nadmiarem emocji i nie utrudniać przesadnie zadań. Całość zamknięta została w bardzo ładnej oprawie: zamknięcie na magnes sprawia, że łatwo będzie utrzymać porządek i nie doprowadzić do rozrzucenia kolejnych ruchomych elementów.

Kartonowe strony są tu bardzo grube – a to dlatego, że trzeba na jednej części rozkładówek umieszczać kartonowe owoce i warzywa. Te elementy zostały pozbawione ostrych rogów, a do tego mają charakterystyczne kształty dopasowywane do konturów. Za każdym razem pojawia się wgłębienie na palec – żeby łatwo i bez niszczenia tomiku udało się wyjąć elementy. Co ważne, wszyscy witaminowi bohaterowie mają tutaj uśmiechnięte buźki – to miły dodatek, który sprawia, że dzieci chętniej zajmą się segregowaniem puzzli i układaniem ich na stronach. Do tego dzieci będą mogły jeszcze wykazać się znajomością tematu przy odpowiadaniu na proste pytania. Nie trzeba tu zgadywać po kształcie: we wgłębieniu jest rysunek przedstawiający kolejne warzywa i owoce, wystarczy zatem znaleźć identyczny rysunek na puzzlach – dzięki temu nawet najmłodsi dadzą sobie radę z tym wyzwaniem, a po zgubieniu się jakiegoś puzzla nie będzie dramatu.

Narracja w tomiku składa się z podpisów pod obrazkami (dzięki temu dzieci poznają nazwy kolejnych owoców, nawet tych mniej jeszcze kojarzonych) i z poleceń – „dopasuj odpowiednie elementy” to tekst zawsze istniejący na prawej stronie rozkładówki, na lewej stronie pojawiają się nazwy dominujących kolorów (kolory pozwalają grupować owoce i warzywa) oraz krótkie pytanie: „czy wiesz, który owoc ma pestkę” albo „który owoc jest najbardziej kwaśny” – to wymaga od maluchów zastanowienia, ale też poszerzania kulinarnych testów.

„Warzywa i owoce”, książeczka w podcyklu Poznajemy świat, została przygotowana z myślą o dostarczeniu najmłodszym jak największej liczby wyzwań i bodźców przy niekoniecznie przesadnie rozbudowanym tomiku. Tu liczy się dobra zabawa i możliwość poszerzania umiejętności, a do tego – odbiorcy nie muszą w ogóle odchodzić od tego, co mają na co dzień i w zasięgu ręki. Są tu przyjemne kolory i infantylizowane – ale wywołujące uśmiech – warzywa i owoce. To książeczka, która się nie znudzi dzieciom – za to zachwyci je szerokim repertuarem zabaw.

czwartek, 28 maja 2026

Beata Biały: Kobiece gadanie 2

Rebis, Poznań 2026.

Emocje 2

Beata Biały po sukcesie książki o emocjach kobiet – podsuwa czytelnikom drugą część, „Kobiece gadanie 2”. Idea pozostaje bez zmian: na tapet bierze się jedną emocję: złość, strach, wstyd, ale też dążenie do perfekcjonizmu, ambicję, bunt czy bezsilność. Każdy temat jest dopasowany do bohaterki rozmowy, do osoby, która akurat teraz – albo przez całe życie – mierzy się z konkretnymi wyzwaniami. Dzięki temu mają już zestaw konkretnych przykładów oraz przemyśleń, którymi mogą się podzielić z odbiorcami. Nie jest to wychodzenie ze strefy komfortu, raczej pozostawanie w obszarze zapewniającym wygodę – ale nikt nie będzie miał tego rozmówczyniom za złe, w końcu nie chodzi tu o przekraczanie swoich granic, a o dzielenie się intymnymi wręcz doświadczeniami. „Kobiece gadanie 2” to rozmowy, w których odbiorcy są wtrącani bezpośrednio w świat bohaterek, muszą poradzić sobie z czasem hermetycznymi zagadnieniami. Emocje pozbawione są granic – zrozumiałe w szerokim zakresie. Jednak już ich kontekst nie musi być dla wszystkich oczywisty, a nikt nie będzie przybliżać zestawu wydarzeń nieuświadomionym. Krótkie notki biograficzne zamieszczane są po wywiadach – i pozwalają zorientować się lepiej w dokonaniach kolejnych interlokutorek. Nie ma klucza, według którego Beata Biały wybiera kobiety do swoich rozmów: znalazły się tu i te rozpoznawalne od razu, jak Jolanta Kwaśniewska, Ewa Bem, Katarzyna Żak, Sylwia Chutnik, Agata Młynarska czy Lidia Popiel, i te, które wydają się trochę mniej medialne (ale nie są przez to wcale mniej ważne): Joanna Kryńska, Dorota Soszyńska czy Aleksandra Gajewska – popularne w konkretnych środowiskach.

Każda z kobiet zostaje nakłoniona do zwierzeń, często takich, które nie przebiłyby się do internetowych mediów. Nie ma tu idealnego świata z samorozwiązującymi się problemami, nie ma taryfy ulgowej bez względu na osobiste oczekiwania, preferencje czy nawet możliwości. Każda z pań toczy walkę z czymś – i mierzy się z tym całkowicie samotnie. A Beata Biały wyciąga na rozmowy szczere, pełne pasji, a do tego krzepiące mimo wszystko – bo nawet jeśli komuś wali się dotychczasowe życie, znajduje drogę, która pozwoli na odzyskanie radości życia czy przynajmniej odrobinę ulgi. Raczej rzadko trafiają się tu plotki czy anegdoty z codzienności. Beata Biały stawia na rozmowy dogłębne, czasem bolesne, czasem – wymuszające na czytelnikach sporą dozę empatii. Liczy się tu możliwość poznawania drugiej osoby od strony jej najskrytszych przemyśleń. Za każdym razem autorka dostosowuje rytm do rozmówczyni, stara się pozwolić jej na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami – i nawet powtarzalne życiowe doświadczenia w rodzaju choroby czy radzenia sobie z wyzwaniami codzienności wypadają dzięki temu indywidualnie. Jest to publikacja, po którą z pewnością sięgną zainteresowani nietypowymi lekturami – to zupełnie nieznane oblicze tych wszystkich kobiet, które dały się poznać jako wybitne w swoich dziedzinach, a teraz pozwalają sobie na szczerość i ciche wyznania. Beata Biały wie, jak wydobyć z nich najczulsze tematy – i tym przekona do siebie czytelników. To książka stworzona bez pośpiechu, a przez to też tak wyjątkowa.

środa, 27 maja 2026

Victor Dixen: Agencja Perdido. Droga przez mrok

Kropka, Warszawa 2026.

Poszukiwania

Kolejna rozłożysta seria szykuje się dla fanów powieści fantasy z nutą gotyku – Victor Dixen proponuje cykl Agencja Perdido, którego pierwszy tom, „Droga przez mrok”, może rzeczywiście skusić młodych czytelników. To historia Lucy, nastolatki, która jeszcze przez moment ma szansę żyć życiem zwykłej dziewczyny, w ramach młodzieżowego buntu mówić do swojej mamy po imieniu i zżymać się na słodkie przezwiska rzucane w kontrze przez rodzicielkę. Bo pewnego dnia mama znika bez śladu i Lucy wie, że stało się coś dziwnego. Na rok trafia pod opiekę okropnej ciotki – to punkt wyjścia znany jeszcze z baśni, po prostu trzeba wytrącić bohatera ze strefy komfortu, żeby mógł wziąć się do działania i dowiedzieć się, kim właściwie jest, a także – co kryje się za nagłym zniknięciem. Od początku wiadomo, że na taryfę ulgową nie ma co liczyć: nowa opiekunka zmusza Lucy do dokonywania drobnych kradzieży w pociągach, a to wstęp do sporych kłopotów, albo... życiowej szansy. Lucy bowiem w pewnym momencie trafia na istoty, które mogą jej sporo powiedzieć o rodzicach, a także o niej samej. A to już oferta nie do pogardzenia. I tak Lucy stopniowo dowiaduje się czegoś o swoich nieznanych do tej pory umiejętnościach i wrodzonych talentach – a dzięki sojuszniczce – niezwykłej staruszce Ricie Perdido może rozwijać je i dążyć do poznawania swojej tożsamości. Nie będzie to droga prosta: mnóstwo tu stworów, które tylko czekają na potknięcie przybysza z innego świata, mnóstwo zagrożeń i bardzo dużo adrenaliny. Akcja budowana jest w tym tomie na bazie szybkich ucieczek i unikania pułapek, mniej na bezpośrednich starciach – ale zdarza się i tak, że trzeba będzie coś poświęcić, żeby zapewnić szansę na ratunek dla bliskich. I to rzecz nie do pogardzenia, bo Victor Dixen przymierza się do powieści drogi pożenionej z historiami o młodzieżowych akademiach – z każdego z tych modnych w pewnym momencie gatunków bierze coś, co pozwoli wykreować nietypową przestrzeń i funduje czytelnikom zestaw silnych emocji. To się sprawdza dzięki sprawnej narracji – tu nie ma wymuszonych opisów czy kombinacji, które nie przekonają czytelników. A ponieważ autor przez cały czas umiejętnie operuje mrocznymi klimatami, przyciągnie szeroką rzeszę młodych odbiorców – którzy nie przepadają za ugrzecznionymi czy umoralniającymi opowiastkami. W Agencji Perdido na grzeczność nie ma miejsca, tu liczy się spryt i tempo działania, a także odwaga momentami zamieniająca się w brawurę – skoro przeciwnik walczy wszystkimi dostępnymi środkami, nie ma powodu, żeby podporządkowywać się jego regułom. „Droga przez mrok” to pierwsza powieść, która z pewnością zbuduje autorowi grono wiernych czytelników – podsuwa tematy „inne”, wykorzystuje bardzo kreatywnie składniki znane z rozmaitych historii – a jednak składa je w oryginalną całość. Jest to książka, która rozbudzi ciekawość i sprawi, że odbiorcy zechcą pozostać w uniwersum Agencji Perdido na dłużej – nie zmęczą się tym pierwszym tomem, a będą wypatrywać kolejnych propozycji.

wtorek, 26 maja 2026

Lisa Kaltenegger: Nowe Ziemie. Poszukiwanie życia w kosmosie

Helion, Gliwice 2026.

Życie

To wciąż temat, który wydaje się niedostępny – i tak odległy, że wręcz trudny do wyobrażenia przez zwykłych odbiorców. Lisa Kaltenegger zajmuje się jednak przybliżaniem kwestii eksplorowania kosmosu pod kątem znajdowania tam różnych form życia. O ile planety z Układu Słonecznego są już w pewien sposób przez czytelników oswojone, o tyle poszukiwanie nowych Ziem może rozbudzać wyobraźnię dorosłych i fascynować. „Nowe Ziemie” to książka pokazująca, jak odkrycia astronomów kształtują wizję wszechświata – i jak bardzo trudno jest choćby snuć przypuszczenia na temat obcych organizmów żywych w kosmosie.

Jest to książka, której autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ogromu wiedzy do przekazania czytelnikom we w miarę przystępny sposób. Posługuje się zatem obrazowymi porównaniami (które, przy okazji, stają się też okazją do wprowadzania drobnych żartów: jeśli chce się sprawdzać wielkość Ziemi z ziarenka pieprzu w stosunku do średnicy Słońca – warto wybrać ziarenka pieprzu w odpowiednim kolorze) i dba o to, żeby nie karmić odbiorców suchymi danymi bez interpretacji. Dzięki temu przez całą narrację czytelnicy pamiętają, że komuś zależy na dotarciu do ich wyobraźni i – że nie muszą samodzielnie przedzierać się przez zestawy fachowych danych. Kaltenegger cieszy się z możliwości tłumaczenia czytelnikom tego, czym się zajmuje – i co odkrywają jej koledzy po fachu. Dokłada do tego całkiem sporo osobistych wątków, dzieli się scenkami i sytuacjami, które nie mają większego znaczenia w narracji o odkrywaniu innych Ziem – a jednak ubarwiają tę opowieść i zatrzymują przy niej czytelników. Czasami autorka pozwala snuć wyobrażenia na temat koloru nieba lub zjawisk pogodowych na różnych planetach – nawet (a może zwłaszcza) tych nieznanych, zestawia to z badaniami planet z Układu Słonecznego – wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, że świat, który znają, nie może nawet w promilu przybliżać tego, co kryje wszechświat.

Poszukiwanie życia w najdalszych zakątkach kosmosu wiąże się między innymi z dowiadywaniem się, gdzie znajdują się egzoplanety i wypracowywaniem metod ich odkrywania – bo przecież i to zjawisko nienależące do oczywistych zabiegów. Kiedy już uda się wskazać prawdopodobną orbitę ciała niebieskiego krążącego wśród jakiejś gwiazdy, będzie czas na mozolne odtwarzanie potencjalnych warunków panujących na nim. Do tego dochodzą odległości między poszczególnymi planetami w kosmosie – znów wykraczające ponad możliwości poznania ludzkiego. I tak Kaltenegger balansuje cały czas między tym, co odkrywają badacze i tym, co wyobrażają sobie czytelnicy – na styku tych dwóch przestrzeni tworzy książkę, którą czyta się jak powieść. Udana narracja i zestaw widowiskowych pomysłów, a do tego poczucie humoru autorki – to składa się na literacki sukces. Publikacja popularyzatorska sprawdza się doskonale, jest niezwykłym prezentem dla odbiorców, którzy śledzą temat eksploracji kosmosu lub... sięgają do beletrystyki – powieści fantasy przedstawiających życie na innych planetach – bo i tutaj można znaleźć inspirację i podstawowe błędy między fantazjami a rzeczywistością. Jest to książka sycąca i bardzo z perspektywy czytelników atrakcyjna, wyjątkowo trafna, jeśli chodzi o sposób przekazywania wiedzy.