Rebis, Poznań 2026.
Ostatnia rozmowa
Jest w literaturze healingowej z Dalekiego Wschodu motyw, który wcale nie pasuje do racjonalnych i realistycznych opowieści, ale który dobrze się sprawdza i pozwala czytelnikom na doznanie specyficznego oczyszczenia (a czasami uświadomienia sobie pewnych prawd, zanim będzie za późno). Restauracje, gabinety lekarskie i inne przybytki usytuowane w tajemniczych miejscach, niedostępne dla niewtajemniczonych, niosą pomoc wszystkim tym, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, co ostateczne. I tak jest z Chibineko. „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” to podzielona na kilka rozdziałów historia o ludziach, którzy nie zdążyli wyjaśnić sobie pewnych spraw, zanim jedno z nich odeszło z tego świata. Restauracja czynna tylko w godzinach porannych serwuje specjalne dania ku pamięci. Właściwie nie wiadomo, jak to się dzieje, ale zawsze dania te – nieobecne w karcie – mają związek ze zmarłymi osobami. A to nie koniec niezwykłości: para z tych dań karmi duchy, a właściwie – sprowadza i karmi. Na ostatni posiłek przybywają ci, którzy przedwcześnie odeszli, zostawili po sobie nierozwiązane problemy albo przysparzają swoją śmiercią ogromnego bólu komuś, kto tęskni i nie umie sobie poradzić z własnymi emocjami. Fakty w Chibineko są takie, że trafiony posiłek sprowadza ducha – duch zasiada do ostatniego dania i ma czas, dopóki danie jest gorące. Później zniknie i już nigdy nie wróci. Ale świadomość, że ma się tylko parę chwil, pozwala się skupić na tym, co najważniejsze.
I tak młoda kobieta, która uniknęła śmierci w wypadku samochodowym dzięki poświęceniu ze strony brata próbuje wyjaśnić sobie z nim kwestię ostatnich chwil i planów na przyszłość, z kolei dziecko – mały chłopiec – czuje, że złym słowem skrzywdził koleżankę, która bardzo mu się podobała i chciałby naprawić błąd, chociaż w rzeczywistości jest na to już za późno. Różne osoby trafiają do Chibineko i tutaj mogą przyjrzeć się przeszłości i naprawić swoje uczucia. Dyskretny kelner przynosi posiłki i chowa się gdzieś, żeby zapewnić prywatność klientom. Ci przeprowadzają najważniejsze dla siebie rozmowy – a świadkami tych rozmów stają się czytelnicy. I dzięki temu Yuta Takahashi może przekazywać podstawowe prawdy, przypominać o tym, co w życiu ważne i czego nie wolno zaniedbać. Oczywiście w prawdziwym życiu odbiorcy nie zyskają takiej szansy na tłumaczenie się albo otrzymanie przebaczenia, nie będą mogli naprostować błędów ani ukoić bólu – dlatego też lektura pokaże im, jak rozwiązywać konflikty zanim będzie za późno i jak podchodzić do ostatecznych rozstań – podrzuci właściwe interpretacje i kojące wyjaśnienia. I to może odnieść właściwy skutek, nawet jeśli fabuła jest mocno schematyczna i bardzo podobna w wielu pozycjach z tego gatunku. Takahashi nie musi tłumaczyć, o co chodzi z przekraczaniem bariery śmierci – tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a nośnik znaczeń. Cała powieść nie rości sobie praw do bycia realistyczną, a oniryzm pozwala na wprowadzanie charakterystycznych komentarzy bez oskarżeń o infantylizm. A jednocześnie to jest literatura na tyle inna od znanej odbiorcom, że przez tę inność właśnie najbardziej kusząca. W tym wypadku pojawiają się jeszcze dodatkowo przepisy kulinarne – tak, że jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić smaki przywabiające powieściowe duchy – może pokusić się o eksperymenty w kuchni.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 22 lutego 2026
sobota, 21 lutego 2026
Patricia Highsmith: Carol
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wznowienie).
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
piątek, 20 lutego 2026
Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio oswajają strachy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Oswajanie strachu
Kolejny ważny temat pojawia się w cyklu dla najmłodszych. Kartonowy picture book z Felusiem i Guciem to tym razem okazja do porozmawiania o przyczynach strachu, związanych z nim reakcjach organizmu czy o radzeniu sobie z oswajaniem go. Katarzyna Kozłowska podpowiada rodzicom, jak prowadzić rozmowy z pociechami – ale kiedy sama zwraca się do dzieci, rozbija strach na części pierwsze i każdą omawia w osobnej rozkładówce. I tak dowiedzą się mali odbiorcy, że wszyscy się czasem czegoś boją, że strach wyzwalają nieznane sytuacje albo głośne krzyki, niepewność, rozstania czy ciemność. Za każdym razem jednak da się pracować nad sytuacją tak, żeby nie przerażała, a przynajmniej – żeby dało się ją oswoić i okiełznać. Każdy czynnik strachogenny ma swoje piękne strony, wystarczy tylko ze spokojem do niego podejść – w ciemności widać czasami rzeczy, których nie da się zaobserwować inaczej, kiedy zostaje się samemu w domu, można wesprzeć się zdjęciem ukochanych osób, a jeśli komuś przeszkadzają hałasy – może zatkać uszy, powinien poczuć się lepiej. Autorka cierpliwie tłumaczy, że strach jest potrzebny, bo często ostrzega przed niebezpieczeństwem albo powstrzymuje przed zrobieniem czegoś, co mogłoby się źle skończyć. Dzieci boją się wizyty u lekarza – i wtedy w oswajaniu strachu pomoże rozmowa i wyjaśnienia ze strony dorosłych. Czasami strach przybiera formę tremy – pojawia się wtedy, gdy trzeba spróbować czegoś nowego. Warto go wtedy przewalczyć, bo bardzo często prowadzi do odkrycia czegoś ciekawego i przyjemnego.
Katarzyna Kozłowska wprowadza na każdej rozkładówce drobne akapity wyjaśniające – jeśli ktoś dorosły przeczyta je dziecku, stanie się jasne, jak radzić sobie ze strachem (bywa, że komentarze same w sobie pełnią rolę pocieszenia – kiedy mowa o strachach w lekturach, autorka tłumaczy, że wszystko w bajkach przeważnie kończy się dobrze), niekiedy te wyznania pełnią też rolę wyjaśnień dla samych dorosłych, którzy mogą nie pamiętać, z jakimi strachami na co dzień mierzą się maluchy. Oczywiście nie można tu zapominać i o pracy Gucia, który co pewien czas wtrąca się ze swoimi uwagami i dopowiedzeniami – żeby dzieci zrozumiały, że nie są ze strachem same, że wszyscy odczuwają podobne emocje w różnych okolicznościach. To także metoda na uspokojenie małych odbiorców, pocieszenie i pokrzepienie, a przy tym – na wyzwolenie refleksji na temat strachu.
„Feluś i Gucio oswajają strachy” to książka ilustrowana przez Mariannę Schoett – i jak to zawsze w serii, to oglądający mogą dorobić sobie własne opowiadanie bazujące na scenkach, które widzą. Obrazki pozwalają lepiej zakorzenić doświadczenia, skojarzyć konkretne sytuacje z abstrakcyjnymi pojęciami i bardziej zapamiętać wskazówki. Sprzyjają też rozmowom z dziećmi na temat ich codziennych strachów. I chociaż ilustratorka odnosi się do tematów, które często wywołują strach, udaje jej się tworzyć obrazki tak, żeby zaintrygować dzieci, a nie żeby dodawać im powodów do zmartwień i lęków. Ten tomik pozwala nie tylko pracować z dzieckiem nad okiełznaniem jego strachu – ale też dostarcza rozrywki z ulubionymi bohaterami.
Oswajanie strachu
Kolejny ważny temat pojawia się w cyklu dla najmłodszych. Kartonowy picture book z Felusiem i Guciem to tym razem okazja do porozmawiania o przyczynach strachu, związanych z nim reakcjach organizmu czy o radzeniu sobie z oswajaniem go. Katarzyna Kozłowska podpowiada rodzicom, jak prowadzić rozmowy z pociechami – ale kiedy sama zwraca się do dzieci, rozbija strach na części pierwsze i każdą omawia w osobnej rozkładówce. I tak dowiedzą się mali odbiorcy, że wszyscy się czasem czegoś boją, że strach wyzwalają nieznane sytuacje albo głośne krzyki, niepewność, rozstania czy ciemność. Za każdym razem jednak da się pracować nad sytuacją tak, żeby nie przerażała, a przynajmniej – żeby dało się ją oswoić i okiełznać. Każdy czynnik strachogenny ma swoje piękne strony, wystarczy tylko ze spokojem do niego podejść – w ciemności widać czasami rzeczy, których nie da się zaobserwować inaczej, kiedy zostaje się samemu w domu, można wesprzeć się zdjęciem ukochanych osób, a jeśli komuś przeszkadzają hałasy – może zatkać uszy, powinien poczuć się lepiej. Autorka cierpliwie tłumaczy, że strach jest potrzebny, bo często ostrzega przed niebezpieczeństwem albo powstrzymuje przed zrobieniem czegoś, co mogłoby się źle skończyć. Dzieci boją się wizyty u lekarza – i wtedy w oswajaniu strachu pomoże rozmowa i wyjaśnienia ze strony dorosłych. Czasami strach przybiera formę tremy – pojawia się wtedy, gdy trzeba spróbować czegoś nowego. Warto go wtedy przewalczyć, bo bardzo często prowadzi do odkrycia czegoś ciekawego i przyjemnego.
Katarzyna Kozłowska wprowadza na każdej rozkładówce drobne akapity wyjaśniające – jeśli ktoś dorosły przeczyta je dziecku, stanie się jasne, jak radzić sobie ze strachem (bywa, że komentarze same w sobie pełnią rolę pocieszenia – kiedy mowa o strachach w lekturach, autorka tłumaczy, że wszystko w bajkach przeważnie kończy się dobrze), niekiedy te wyznania pełnią też rolę wyjaśnień dla samych dorosłych, którzy mogą nie pamiętać, z jakimi strachami na co dzień mierzą się maluchy. Oczywiście nie można tu zapominać i o pracy Gucia, który co pewien czas wtrąca się ze swoimi uwagami i dopowiedzeniami – żeby dzieci zrozumiały, że nie są ze strachem same, że wszyscy odczuwają podobne emocje w różnych okolicznościach. To także metoda na uspokojenie małych odbiorców, pocieszenie i pokrzepienie, a przy tym – na wyzwolenie refleksji na temat strachu.
„Feluś i Gucio oswajają strachy” to książka ilustrowana przez Mariannę Schoett – i jak to zawsze w serii, to oglądający mogą dorobić sobie własne opowiadanie bazujące na scenkach, które widzą. Obrazki pozwalają lepiej zakorzenić doświadczenia, skojarzyć konkretne sytuacje z abstrakcyjnymi pojęciami i bardziej zapamiętać wskazówki. Sprzyjają też rozmowom z dziećmi na temat ich codziennych strachów. I chociaż ilustratorka odnosi się do tematów, które często wywołują strach, udaje jej się tworzyć obrazki tak, żeby zaintrygować dzieci, a nie żeby dodawać im powodów do zmartwień i lęków. Ten tomik pozwala nie tylko pracować z dzieckiem nad okiełznaniem jego strachu – ale też dostarcza rozrywki z ulubionymi bohaterami.
czwartek, 19 lutego 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Tajemniczy klucz
Kropka, Warszawa 2026.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
środa, 18 lutego 2026
Ewa Wądołowska: Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię
Sensus, Gliwice 2026.
Bez lekarstw
Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.
Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.
Bez lekarstw
Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.
Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.
wtorek, 17 lutego 2026
Beccy Blake: Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje
Kropka, Warszawa 2026.
Królestwo wyobraźni
W tym komiksie – a właściwie w serii komiksowej – tytuł jest bez wątpienia najlepszy. „Kurze wzgórze” to coś, co przyciąga wzrok. A ponieważ tytuł tomu to „Kaktus zombie atakuje”, młodzi odbiorcy mogą być pewni, że tu rutyny i nudy nie będzie. Dorośli mogliby bardziej sceptycznie podchodzić do lektury, ale umówmy się – Beccy Blake do dorosłych się absolutnie nie kieruje. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy przeżywają najbardziej fantastyczne przygody, jakie tylko da się wymyślić – Ferdek to mały wynalazca i główny napęd akcji. Kroku dotrzymują mu dzielne zwierzaki – mops Gryzia znany z puszczania bąków i kot Dzwonek, który przeważnie zajmuje się zapadaniem w drzemki. Cała ferajna doskonale się bawi, chociaż nie zawsze wszystko idzie po myśli postaci. A to kosmici przylatują, żeby pozbawić świat pieczonej fasoli, a to dom przenosi się do krainy ożywionych kaktusów – które na pewno nie mają dobrych zamiarów, a to żaba wyciągnięta ze stawu okazuje się tajemniczym władcą o wyjątkowo złośliwym charakterze. I tak za każdym razem dzieje się coś, co wywraca świat bohaterów do góry nogami, nakazuje połączyć siły i wytężyć umysł, żeby uniknąć przykrego losu. Przy okazji zawsze jest zabawnie – nie tylko sarkastyczni główni bohaterowie wymieniają się komentarzami na temat aktualnego stanu rzeczy, ale całość oceniają jeszcze dwa złośliwe ślimaki. W ogóle postaci z drugiego planu jest tu całe mnóstwo, a każda potęguje absurd i zmienia sposób postrzegania fabuły – szatkuje ją i dynamizuje, przynajmniej w oczach młodych czytelników.
„Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje” to książka bardzo kolorowa. Barwy są tu nasycone, nie ma mowy o pastelowych odcieniach, wszystko uderza w odbiorców, stanowi bodźce, od których trudno się oderwać. W samych rysunkach widać wyraźnie młodzieżowy charakter kreski – bohaterowie przypominają stwory z zeszytów szkolnych, zresztą komizm wyprodukowany w ten sposób jest spotykany w wielu poradnikach dotyczących rysowania komiksów dla młodzieży. Na samym końcu książki znaleźć można poradnik, jak w prosty sposób narysować bohaterów – tak, żeby każdy, komu przypadną do gustu te przygody, mógł dodawać jeszcze własne wersje historyjek i sprawdzać się w wymyślaniu absurdalnych wydarzeń. Beccy Blake przeważnie zatrzymuje się na poziomie prostych potyczek i puszczania bąków w tle – posługuje się zatem tematami zakazanymi jeszcze parę dekad temu w twórczości dla młodych czytelników, chce przywiązać ich do siebie wizją wolności i nieskrępowanej swobody twórczej. W pewnym momencie takie zwariowane przygody mogą dzieci zaangażować – a na pewno odbiorcy podziwiać będą samą kreskę, kadry rysunkowe i brak pouczeń. Bo w tych komiksach chodzi o czystą rozrywkę – żadne lekcje zachowania czy edukacyjne tematy, liczy się zabawa na całego. Beccy Blake powraca do pierwszych wizji komiksów jako odskoczni od zwyczajności, rutyny i porządku. Przy „Kurzym wzgórzu” trzeba się jednak przygotować przede wszystkim na absurd, który zastępuje i sensy, i puenty. Sięgną po tę książkę przede wszystkim dzieci, które czytać nie lubią – a to oznacza, że Beccy Blake odniesie sukces.
Królestwo wyobraźni
W tym komiksie – a właściwie w serii komiksowej – tytuł jest bez wątpienia najlepszy. „Kurze wzgórze” to coś, co przyciąga wzrok. A ponieważ tytuł tomu to „Kaktus zombie atakuje”, młodzi odbiorcy mogą być pewni, że tu rutyny i nudy nie będzie. Dorośli mogliby bardziej sceptycznie podchodzić do lektury, ale umówmy się – Beccy Blake do dorosłych się absolutnie nie kieruje. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy przeżywają najbardziej fantastyczne przygody, jakie tylko da się wymyślić – Ferdek to mały wynalazca i główny napęd akcji. Kroku dotrzymują mu dzielne zwierzaki – mops Gryzia znany z puszczania bąków i kot Dzwonek, który przeważnie zajmuje się zapadaniem w drzemki. Cała ferajna doskonale się bawi, chociaż nie zawsze wszystko idzie po myśli postaci. A to kosmici przylatują, żeby pozbawić świat pieczonej fasoli, a to dom przenosi się do krainy ożywionych kaktusów – które na pewno nie mają dobrych zamiarów, a to żaba wyciągnięta ze stawu okazuje się tajemniczym władcą o wyjątkowo złośliwym charakterze. I tak za każdym razem dzieje się coś, co wywraca świat bohaterów do góry nogami, nakazuje połączyć siły i wytężyć umysł, żeby uniknąć przykrego losu. Przy okazji zawsze jest zabawnie – nie tylko sarkastyczni główni bohaterowie wymieniają się komentarzami na temat aktualnego stanu rzeczy, ale całość oceniają jeszcze dwa złośliwe ślimaki. W ogóle postaci z drugiego planu jest tu całe mnóstwo, a każda potęguje absurd i zmienia sposób postrzegania fabuły – szatkuje ją i dynamizuje, przynajmniej w oczach młodych czytelników.
„Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje” to książka bardzo kolorowa. Barwy są tu nasycone, nie ma mowy o pastelowych odcieniach, wszystko uderza w odbiorców, stanowi bodźce, od których trudno się oderwać. W samych rysunkach widać wyraźnie młodzieżowy charakter kreski – bohaterowie przypominają stwory z zeszytów szkolnych, zresztą komizm wyprodukowany w ten sposób jest spotykany w wielu poradnikach dotyczących rysowania komiksów dla młodzieży. Na samym końcu książki znaleźć można poradnik, jak w prosty sposób narysować bohaterów – tak, żeby każdy, komu przypadną do gustu te przygody, mógł dodawać jeszcze własne wersje historyjek i sprawdzać się w wymyślaniu absurdalnych wydarzeń. Beccy Blake przeważnie zatrzymuje się na poziomie prostych potyczek i puszczania bąków w tle – posługuje się zatem tematami zakazanymi jeszcze parę dekad temu w twórczości dla młodych czytelników, chce przywiązać ich do siebie wizją wolności i nieskrępowanej swobody twórczej. W pewnym momencie takie zwariowane przygody mogą dzieci zaangażować – a na pewno odbiorcy podziwiać będą samą kreskę, kadry rysunkowe i brak pouczeń. Bo w tych komiksach chodzi o czystą rozrywkę – żadne lekcje zachowania czy edukacyjne tematy, liczy się zabawa na całego. Beccy Blake powraca do pierwszych wizji komiksów jako odskoczni od zwyczajności, rutyny i porządku. Przy „Kurzym wzgórzu” trzeba się jednak przygotować przede wszystkim na absurd, który zastępuje i sensy, i puenty. Sięgną po tę książkę przede wszystkim dzieci, które czytać nie lubią – a to oznacza, że Beccy Blake odniesie sukces.
poniedziałek, 16 lutego 2026
Krystyna Rożnowska: Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie
Mando, Kraków 2026.
Ochrona
Choroby psychiczne to delikatny temat, ale obecnie szerzy się świadomość z nimi związana, a sami korzystający z opieki medycznej psychiatrów nie są już wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Jednak jeszcze sto lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i Krystyna Rożnowska w swoim reportażu stara się to czytelnikom uświadomić. „Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie” to potężna książka, która przeprowadza od dawnych czasów, w których „Kobierzyn” był synonimem miejsca odosobnienia dla umysłowo chorych po czasy obecne – po remoncie i reorganizacji struktur oraz samego procesu leczenia. I najciekawsze są właśnie metamorfozy, które autorka odnotowuje. Kilka dekad wcześniej nie zderza się z koniecznością chronienia prywatności chorych, może z nimi rozmawiać, dowiadywać się o ich chorobach i problemach, funkcjonuje jako dziennikarka wpuszczona do szpitala – obecnie musi bardziej uważać, nie ze wszystkimi da radę porozmawiać i nie wszędzie dotrze. Ale zgromadzone wiadomości przekuwa na silną pod względem emocji opowieść. Rozmawia między innymi z pielęgniarkami, które pamiętają czasy wojny, z lekarzami, którzy muszą borykać się z chorymi zsyłanymi do nich – lub ludźmi z marginesu spychanymi do Kobierzyna z braku lepszych pomysłów. Są tu oddziały dla tych, którzy kogoś w amoku zabili, i powracający regularnie alkoholicy, są artyści i ludzie pogrążeni w depresji, schizofrenicy i ci, którzy nie zyskali zrozumienia najbliższych. W całej historii Kobierzyna czasami pojawiają się ludzie z chorobami niewyjaśnionymi – ale przecież trzeba znaleźć dla nich miejsce i wypróbować sposoby leczenia, jakoś pomóc, choćby tylko na chwilę. Krystyna Rożnowska rozmawia i z personelem medycznym, i z pacjentami, wysłuchuje historii, które wydają się czasami nieprawdopodobne, a czasami – dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tak starannie, że sama nie potrafi odróżnić prawdy od majaków chorych ludzi: wtedy przytacza po prostu opowieści bez większych komentarzy. Oddaje głos tym, którzy zwykle nie przebijają się do powszechnej świadomości, pokazuje szpital dla psychicznie chorych jako miejsce rozmaitych terapii – tu obok klasycznych leków czy metod, które odeszły do lamusa, pojawiają się sposoby na odwrócenie uwagi od schorzeń czy zaburzeń i próby wykorzystania energii rozpierającej niektórych pacjentów. Zdarzają się mroczne strony – niektórzy pacjenci wywołują z przeszłości sytuacje mrożące krew w żyłach – ale ani autorka, ani lekarze nie są w stanie do końca zweryfikować podawanych przez pacjentów rewelacji, należy zatem wziąć poprawkę na konfabulacje i przesadę.
Chorzy i personel medyczny są tu najważniejsi. Dopiero w drugiej kolejności autorka zajmuje się budynkami i malowniczym otoczeniem – zabytkowe dzisiaj zabudowania dostarczają estetycznych wrażeń i ułatwiają rekonwalescencję. W ramach tej narracji zmienia się postrzeganie miejsca – to już nie pogardzane przez ogół miejsce – to szpital z prawdziwego zdarzenia, umożliwiający ratunek w najbardziej delikatnych i nie do końca rozpoznanych chorobach.
Czytelnicy otrzymują tu lekturę wyjątkową, mocno zaangażowaną i wypełnioną zestawem ciekawostek, z narracją poprowadzoną fachowo i jednocześnie – z wyczuleniem na drugiego człowieka. Krystyna Rożnowska materiał do swoich reportaży zbiera przez lata, dzięki czemu może naprawdę kompleksowo potraktować temat – a także ocalać wspomnienia, które inaczej uległyby zatarciu.
Ochrona
Choroby psychiczne to delikatny temat, ale obecnie szerzy się świadomość z nimi związana, a sami korzystający z opieki medycznej psychiatrów nie są już wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Jednak jeszcze sto lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i Krystyna Rożnowska w swoim reportażu stara się to czytelnikom uświadomić. „Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie” to potężna książka, która przeprowadza od dawnych czasów, w których „Kobierzyn” był synonimem miejsca odosobnienia dla umysłowo chorych po czasy obecne – po remoncie i reorganizacji struktur oraz samego procesu leczenia. I najciekawsze są właśnie metamorfozy, które autorka odnotowuje. Kilka dekad wcześniej nie zderza się z koniecznością chronienia prywatności chorych, może z nimi rozmawiać, dowiadywać się o ich chorobach i problemach, funkcjonuje jako dziennikarka wpuszczona do szpitala – obecnie musi bardziej uważać, nie ze wszystkimi da radę porozmawiać i nie wszędzie dotrze. Ale zgromadzone wiadomości przekuwa na silną pod względem emocji opowieść. Rozmawia między innymi z pielęgniarkami, które pamiętają czasy wojny, z lekarzami, którzy muszą borykać się z chorymi zsyłanymi do nich – lub ludźmi z marginesu spychanymi do Kobierzyna z braku lepszych pomysłów. Są tu oddziały dla tych, którzy kogoś w amoku zabili, i powracający regularnie alkoholicy, są artyści i ludzie pogrążeni w depresji, schizofrenicy i ci, którzy nie zyskali zrozumienia najbliższych. W całej historii Kobierzyna czasami pojawiają się ludzie z chorobami niewyjaśnionymi – ale przecież trzeba znaleźć dla nich miejsce i wypróbować sposoby leczenia, jakoś pomóc, choćby tylko na chwilę. Krystyna Rożnowska rozmawia i z personelem medycznym, i z pacjentami, wysłuchuje historii, które wydają się czasami nieprawdopodobne, a czasami – dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tak starannie, że sama nie potrafi odróżnić prawdy od majaków chorych ludzi: wtedy przytacza po prostu opowieści bez większych komentarzy. Oddaje głos tym, którzy zwykle nie przebijają się do powszechnej świadomości, pokazuje szpital dla psychicznie chorych jako miejsce rozmaitych terapii – tu obok klasycznych leków czy metod, które odeszły do lamusa, pojawiają się sposoby na odwrócenie uwagi od schorzeń czy zaburzeń i próby wykorzystania energii rozpierającej niektórych pacjentów. Zdarzają się mroczne strony – niektórzy pacjenci wywołują z przeszłości sytuacje mrożące krew w żyłach – ale ani autorka, ani lekarze nie są w stanie do końca zweryfikować podawanych przez pacjentów rewelacji, należy zatem wziąć poprawkę na konfabulacje i przesadę.
Chorzy i personel medyczny są tu najważniejsi. Dopiero w drugiej kolejności autorka zajmuje się budynkami i malowniczym otoczeniem – zabytkowe dzisiaj zabudowania dostarczają estetycznych wrażeń i ułatwiają rekonwalescencję. W ramach tej narracji zmienia się postrzeganie miejsca – to już nie pogardzane przez ogół miejsce – to szpital z prawdziwego zdarzenia, umożliwiający ratunek w najbardziej delikatnych i nie do końca rozpoznanych chorobach.
Czytelnicy otrzymują tu lekturę wyjątkową, mocno zaangażowaną i wypełnioną zestawem ciekawostek, z narracją poprowadzoną fachowo i jednocześnie – z wyczuleniem na drugiego człowieka. Krystyna Rożnowska materiał do swoich reportaży zbiera przez lata, dzięki czemu może naprawdę kompleksowo potraktować temat – a także ocalać wspomnienia, które inaczej uległyby zatarciu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






