* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 30 marca 2026

Rafał Witek: Doktor Ola

Harperkids, Warszawa 2026.

Ciężka praca

Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie pojawiło się urozmaicenie – Czytam sobie sylabami – w narracji poszczególne zgłoski są zaznaczane kontrastującymi kolorami, tak, żeby dzieciom łatwiej było ewentualnie objąć wzrokiem i czytać mniejsze zbitki literowe – i żeby łatwiej przyzwyczaiły się do dzielenia wyrazów na sylaby, zresztą na różne sposoby można ten motyw wykorzystywać, w zależności od potrzeb. Książeczka „Doktor Ola” przygotowana przez Rafała Witka i z ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełło to publikacja szczególnie trafiająca w gust najmłodszych. Autor proponuje tu bowiem opowieść o zabawie, która zamienia się w wielką pracę – przynajmniej dopóki odbiorcy nie mają pojęcia, że bohaterka jest tak naprawdę jedną z nich, małą dziewczynką, która musi jakoś wypełnić czas.

Doktor Ola ma mnóstwo do zrobienia. Przychodzą do niej rozmaici pacjenci, od tych zwyczajnych i ludzkich – Janek spadł z roweru i nabił sobie guza – po groźne drapieżniki (pomocy potrzebuje na przykład tygrys, o czym informuje zaniepokojona zebra). Ani na moment bohaterka nie może się zatrzymać, nie teraz, skoro tyle stworzeń wokół cierpi, a dla wszystkich trzeba mieć lekarstwo i dobre słowo. Doktor Ola pracuje zatem uważnie i szybko, rozwiązuje niekończące się problemy i przy okazji podpowiada dzieciom chcącym iść w jej ślady, jakie możliwości mają.

Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie dzieci nie dostaną wyrazów z dwuznakami czy ze zmiękczeniami, co oznacza dla autorów karkołomne czasami wyszukiwanie synonimów nieznanych odbiorcom tylko po to, żeby utrzymać się w ryzach cyklu. Stąd też obecność wyrazów znacznie dłuższych niż te standardowo kojarzone z czytankami dla najmłodszych, a czasami – dziwne nieco zastępniki. W tym wypadku telefon „drynda” (nie może dzwonić, przez zakazany dwuznak, a przecież wydawałoby się to bardziej na miejscu, nawet jeśli dzieci jeszcze nie wiedzą, jak czyta się dwuznaki – poznałyby całe słowo i skojarzyły z tym, co słyszą na co dzień), a na pigułki w gabinecie jest gablota a nie szafka czy szuflada. Będzie tu dużo balsamów (bo nie można przepisać maści) czy eukaliptus – ale to już mniejsze wyzwania niż zderzanie dzieci z synonimami, które nie wydają im się oczywiste. Liczy się dynamika i dobra zabawa bohaterki, a co za tym idzie – także odbiorców. Doktor Ola nie ma czasu na nudę i przekonuje do swoich rozrywek czytelników. Każdy, kto śledzi tekstowe wyjaśnienia, może odpocząć przy obrazkach – Ewa Poklewska-Koziełło proponuje tu dynamiczne scenki, które uwiarygodniają przeżycia Oli i jej pacjentów. Jest to książeczka, która zachęca do czytania zwłaszcza te dzieci, które same bawią się we właścicieli gabinetów lekarskich – nawiązanie do standardowej zabawy najmłodszych sprawdzi się jako lekturowy wabik.

niedziela, 29 marca 2026

Nazywam dźwięki. Na wsi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Hałasy

Kolejny tomik – malutki i kartonowy – ma zaangażować najmłodszych i przekonać ich do uważnego wsłuchiwania się w otoczenie oraz naśladowania dźwięków. Takie zadanie pozwoli nie tylko rozwijać umiejętność mówienia, ale też ucieszy najmłodszych. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to kwadratowa książeczka – o wielu stronach. Tym razem jednak poza onomatopejami pojawią się jeszcze inne zagadki, zaskakujące małych odbiorców. Sprawdzony system powtarza się i tutaj: na jednej części rozkładówki pojawia się pytanie, jak robi wybrane zwierzę albo przedmiot. Druga część rozkładówki to miejsce na obrazek – Adam Święcki dba o to, żeby ilustracje przykuwały wzrok i były atrakcyjne dla najmłodszych, a jednocześnie żeby nastrajały ich pozytywnie do korzystania z książki. Obok konkretnego przedmiotu czy zwierzęcia mamy tekstowy odpowiednik wydawanego przez bohatera dźwięku. To oznacza, że jeśli dzieci od razu nie skojarzą, kogo lub czego dotyczy pytanie, mogą zorientować się dzięki obrazkom, o co chodzi – i być może odpowiedzieć na zadane pytanie jeszcze przed rodzicami.

Cały tomik bazuje na zabawie, która często pojawia się podczas wspólnego czytania i ogólniej – poznawania świata przez najmłodszych. Rodzice maluchów, które dopiero zaczynają mówić, często wykorzystują system pytań i odpowiedzi onomatopeicznych, żeby zachęcić najmłodszych do wysiłku i do budowania skojarzeń, także tych dźwiękowych. Rodzice zwykle zadają pytania, dzieci udzielają odpowiedzi – nic więcej nie potrzeba, żeby miło spędzać razem czas. I z tego założenia wychodzą twórcy tej książeczki, po prostu wstrzeliwując się w standardową i wszystkim znaną zabawę. Mamy w tej części zwierzęta ze wsi – krowy, kozy, owce, świnki, pisklęta – ale zdarzy się też dzięcioł, zając czy żaba. Dodatkowo – traktor i kosiarka czy grabie. Dzieci mogą być zaskoczone pytaniem, jak robi jabłko, albo co robią one same, kiedy ugryzie je komar – na szczęście nie trzeba się zbyt długo zastanawiać, bo odpowiedź pojawia się błyskawicznie. Do tomiku zawitały też dwie bohaterki, które niekoniecznie wydają dźwięki, ale z czymś się kojarzą i z pewnością nie zostaną przez dzieci pominięte.

Kolorowe obrazki i przyjemne dla oka barwne tła, bohaterowie, którzy wywołują uśmiech, proste zagadki, które wymuszają interaktywność w odbiorze – i przekonają dzieci, że czytanie to duża przyjemność i sporo zabawy z najbliższymi. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to drugi tomik w udanej i bardzo sensownej serii dla najmłodszych dzieci – przygotowanie na rozpoznawanie świata i materiał do wspólnej zabawy. Przy takim tomiku aż chce się działać – wsłuchiwać się w otoczenie i następnie powtarzać wydawane przez poszczególne jego elementy dźwięki. To sporo uciechy i jednocześnie sposób na uczenie dziecka sztuki mówienia. I chociaż w tę grę można grać zawsze i bez materiałów, to z publikacją rodzice nie będą musieli się wysilać i myśleć o kolejnych pytaniach.

Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram

Harperkids, Warszawa 2026.

Łamigłówki na nowo

Duży zeszyt ze sztywnymi i śliskimi kartkami to zapowiedź kolejnej zabawy związanej z kreatywnymi działaniami najmłodszych, pod szyldem znanych z kreskówek postaci. Tym razem towarzyszyć maluchom będą bohaterki Kociego domku Gabi. Do tomiku został dołączony specjalny marker, pisak z gąbką na czubku – tak, żeby nie trzeba było szukać odpowiednich narzędzi, a można było od razu przystąpić do zabawy, i to zabawy recyklingowej – związanej z możliwością wielokrotnego poprawiania raz podjętych decyzji. „Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram” to kontynuacja sprawdzonej już na rynku serii zeszytów ćwiczeń – nie będzie zatem żadnych zaskoczeń co do treści, liczy się po prostu możliwość powiązania klasycznych łamigłówek z modnymi aktualnie bohaterami. Każda strona to osobne zadanie dla najmłodszych. Zadania czasami wymagają pisania – więc kierowane są do dzieci, które znają litery (albo właśnie próbują je poznać, będą miały motywację do nauki i trenowania umiejętności), często jednak zostały wybrane tak, żeby pozwalały dzieciom ćwiczyć sprawność motoryczną i logiczne myślenie jednocześnie. Pojawi się tu labirynt (żeby pomóc Pandusiowi dotrzeć do Gabi w celu przytulenia się, więc motywacja jest duża), wyszukiwanka czy kocie sudoku, będzie całkiem sporo motywów opartych na testach na inteligencję. Czasami trzeba uzupełnić wzór, innym razem łączyć cienie z właściwymi kształtami. Ale zdarzają się i prawdziwie kreatywne wyzwania, kiedy trzeba będzie coś napisać albo narysować bez wzoru. Żeby odbiorcy mogli sprawdzić swoje odpowiedzi, pojawia się tu klucz – ale będzie on zbędny, skoro można za każdym razem poprawiać swoje odpowiedzi.

Książka jest bardzo kolorowa – nie ma tu zadań w rodzaju pokoloruj obrazek, więc żeby dzieci nie poczuły rozczarowania tym faktem, nie ma w ogóle białych płaszczyzn. Każda rozkładówka to feeria barw, mocnych i nasyconych. Wszystko po to, żeby przyciągnąć do pracy i zaprosić do uzupełniania tomiku – nie dziwi też wtedy wybór pisaka, czarny marker bardzo się przyda, żeby coś zaznaczyć wyraźnie. Książka jest oczywiście reklamą serii Koci domek Gabi, w związku z tym od czasu do czasu na stronach pojawiają się drobne informacje na temat świata bohaterki i jej kotów – tak, żeby przyciągnąć fanów i żeby zapewnić im możliwość przebywania z postaciami znanymi z kreskówki. To zabieg standardowy dla całej serii i nikogo nie będzie zaskakiwał – tu chodzi przecież wyłącznie o zamaskowanie tradycyjnych zabaw przez nawiązania do lubianych bohaterów. Ten tomik jest zatem zapowiedzią miłych chwil, a dla dzieci też szansą na samorozwój. Każdy może wybrać sobie ćwiczenia z ulubionymi bajkowymi motywami – albo po prostu ignorować reklamę cyklu i postawić zwyczajnie na zabawę.

sobota, 28 marca 2026

Anna Mietelska: Królisia Isia tęskni za rodzicami

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Rozstanie

Królisia Isia jest malutka i naiwna, w wielu rzeczach potrzebuje pomocy, wielu rzeczy się boi i stanowi uosobienie tych nieśmiałych jeszcze maluchów, które najchętniej spędzałyby czas w towarzystwie mamy. Tylko że czasami mama musi coś załatwić i nie będzie jej w pobliżu – co wtedy? Isia ma naprawdę wiele wątpliwości i pytań. Dowiaduje się, że spędzi noc u babci i dziadka. Na szczęście może się sama spakować: w końcu to ona najlepiej wie, które zabawki bardzo się przydadzą i bez których nie wolno kłaść się spać. O drobiazgach w rodzaju piżamy przypomni tata. „Królisia Isia tęskni za rodzicami” to żaden dramat: rozstanie obejmuje zaledwie jedną dobę i szybko przedzierzgnie się w radosne powitanie, zwłaszcza że u dziadków nie można się nudzić. Babcia i dziadek mają świetne pomysły na wspólne zabawy i przepłoszą każdy smutek błyskawicznie – a co najważniejsze, od razu dostrzegają, kiedy królisi Isi psuje się humor i interweniują natychmiast, żeby zły nastrój nie rozwinął się w dłuższe przygnębienie i nie przeszkodził w zabawach. Przecież nawet jeśli ktoś tęskni za rodzicami, może przygotować im niespodziankę. Pozostaje jeszcze kwestia układania się do snu. W nowym miejscu wszystko zaskakuje – można się nieźle przestraszyć, ale Isia dowiaduje się dzięki dziadkom, jak wielu strażników ma w pobliżu. Skoro wszyscy – łącznie z gwiazdami na niebie – czuwają nad jej spokojem, może bez problemów iść spać. Rano spotka się z rodzicami – więc nie ma mowy o bezsenności i smutku.

Anna Mietelska rozwija przygody królisi Isi bardzo atrakcyjnie dla młodych odbiorców. Pisze tak, żeby dzieci mogły się utożsamiać z bohaterką, i żeby dorośli sprawdzili, jaki system będzie najlepszy w oswajaniu niepokojów i przekonywaniu do chwilowego rozstania. Klasyczne w duchu opowiadanie – nie picture book, mimo że jest tu mnóstwo ładnych ilustracji w starym stylu – zawiera całe mnóstwo podpowiedzi i wskazówek dla młodszych i starszych. Dzieci zostaną przez królisię Isię przekonane, że nie ma czego się bać, opiekunowie tymczasowi – zobaczą, jak dziadkowie radzą sobie z kryzysami zanim te naprawdę mogą nadejść. Wszyscy dzięki tej lekturze będą zatem usatysfakcjonowani.

„Królisia Isia tęskni za rodzicami” to książeczka, która pomoże przygotować dzieci na nocowanki u bliskich – a nawet je do tego zachęcać (na końcu tomiku pojawia się pytanie do małego odbiorcy, czy ma już taką przygodę na swoim koncie). Królisia nie jest przesadnie przebojowa, nie podejmuje niepotrzebnego ryzyka – i jej postawa może właśnie przekonać dzieci do działania w każdych okolicznościach. Anna Mietelska tworzy historyjki urzekające, proste i wyczulone na potrzeby najmłodszych, a do tego wartościowe i celnie puentowane. Jest to seria, która wygląda jak istniejąca na rynku od dekad – warto podsunąć ją najmłodszym.

piątek, 27 marca 2026

Alice Kellen: Mapa pragnień

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Odwaga

Grace nigdy nie kierowała się własnymi pragnieniami. Przyszła na świat po to, żeby uratować życie siostrze – jej komórki macierzyste miały pomóc w terapii. Niestety, Lucy zmarła młodo, a Grace z jej odejściem straciła nie tylko powierniczkę, ale i cały sens istnienia. Teraz wegetuje w świecie, którego nie stara się zrozumieć. Odrzuciła własne marzenia, nie zrobiła prawa jazdy, sypia z chłopakiem, do którego nic nie czuje i który nie daje szansy na prawdziwy związek. A do tego tęskni – chociaż wie, że czasu nie da się cofnąć. Ale bardzo nieoczekiwanie śmierć Lucy zmienia rozkład sił w rodzinie: znika spoiwo, które cementowało bliskich i teraz każdy może zająć się swoimi sprawami, pod warunkiem, że znajdzie na to siły. Mama na przykład popada w apatię, siedzi przed telewizorem i nie daje się pocieszyć. A dziadek wyjeżdża na pierwsze od dawna wakacje. I tak w codzienności Grace pojawia się gra, „Mapa pragnień”, stworzona dla niej przez Lucy w szpitalu.

Alice Kellen posługuje się tu prostym zabiegiem znanym przede wszystkim ze szkół kreatywnego pisania: wymyśla listę rzeczy, które bohaterka powinna zrobić – i zmusza ją do odhaczania kolejnych punktów. Tu motywacją jest chęć dotarcia do finałowego skarbu – niespodzianki przygotowanej przez Lucy, a także… Will Tucker, chłopak, który realizuje grę i wydziela Grace kolejne zadania, a w niektórych jej towarzyszy. Grace nie ma pojęcia, co ją czeka, może się tylko poddać losowi – i zaufać siostrze, która znała ją jak nikt inny. Sam Will Tucker jest człowiekiem tajemniczym: mieszka w przyczepie kempingowej, a wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w niej, wozi na tylnym siedzeniu samochodu. „Mapa pragnień” to książka young adult, stworzona po to, żeby opowiedzieć czytelnikom historię miłosną skrywającą Bildungsroman. Grace musi dojrzeć do dorosłości, musi się przekonać, że da sobie radę w życiu, znaleźć w sobie ochotę do snucia marzeń i osłabić lęk przed rzeczywistością. Musi też zrealizować te obowiązkowe punkty życiorysu, które porzuciła za sprawą choroby siostry – Lucy wie doskonale, na czym polegały kolejne wyrzeczenia – i teraz kieruje Grace w odpowiednią stronę. Ale sam Will też ma w swojej przeszłości sporo mroku – i żeby móc budować trwały związek, powinien się uporać z własnymi demonami. Na razie nie sprawia wrażenia, jakby takiej terapii potrzebował – a jednak nie będzie prawdziwym wsparciem, dopóki nie pozamyka pewnych spraw i nie dowie się, czego właściwie sam pragnie. Alice Kellen opowiada czytelnikom o tym, że warto żyć w zgodzie ze sobą - i że czasami trzeba porzucić wygodne życie, żeby dowiedzieć się czegoś na swój temat. Tylko praca nad własnym charakterem i nad przyszłością może przynieść konkretne i oczekiwane efekty – i tylko duży wysiłek zamieni się kiedyś w nagrodę. „Mapa pragnień” to książka, w której narracja długo prowadzona jest przez Grace, Will wkracza wtedy, kiedy trzeba poznać jego historię. Ta opowieść płynie zgodnie z oczekiwaniami, ale przynosi odbiorcom ważne prawdy.

czwartek, 26 marca 2026

Choi Eunyung: Przebudzona

Kropka, Warszawa 2026.

Zdrowie

Jest to książka wstrząsająca i to nie tylko dla dzieci. Co więcej: może zrobić ogromne wrażenie na dorosłych, bo Choi Eunyung stawia tu filozoficzne pytanie bazujące na społecznym lęku. „Przebudzona” to krótka i bardzo trafna powieść o samostanowieniu i o świecie z przyszłości. Bohaterka to Ihyon. Dziewczynka, która cierpi na przedziwną przypadłość, nieznaną medycynie. Czuje w głowie uderzenia gorąca i nie da się im zapobiec – cierpieniu nie można ulżyć, a żaden lekarz nie ma pomysłu, co to za choroba. Nawet ojciec dziewczynki – szanowany profesor medycyny – nie ma pojęcia, co zrobić. Istnieje tylko jedno, chociaż bardzo ryzykowne, wyjście. Można zahibernować dziecko i wybudzić je dopiero wtedy, kiedy uda się taki przypadek wyleczyć. O tym wszystkim Ihyon właściwie nie wie: orientuje się tylko, że przebywała w jakiejś dziwnej cieczy, że odzyskuje przytomność w szpitalu i że wszyscy naokoło dziwnie się zachowują. Mama i tata zabierają ją do domu, do siostry bliźniaczki (Ihyon nie pamięta, żeby miała siostrę bliźniaczkę, ale wszyscy mówią jej, że to problemy z pamięcią po zabiegu). Tylko że nic się nie zgadza: ludzie nie używają już telefonów komórkowych, dzieci mają roboty do nauki, a świat jest bardzo zanieczyszczony i trzeba specjalnych mechanizmów, żeby w ogóle móc na nim funkcjonować. Stopniowo Ihyon dowiaduje się, kim są jej bliscy i co się stało – i wtedy zaczyna zadawać bardzo niewygodne pytania. „Przebudzona” to powieść o poszukiwaniu przepisu na nieśmiertelność i o granicach ingerencji w zdrowie i tożsamość drugiego człowieka, choćby i najbardziej kochanego. Ihyon nie dostrzega plusów swojej sytuacji: pozbycie się uczucia płomieni w głowie to coś, za co zapłaciła zbyt wysoką cenę – zwłaszcza że to nie ona podjęła decyzję o tym, żeby żyć dalej i przeżyć dzieciństwo trzy dekady później, w zupełnie nowym otoczeniu. Dziewczynka jest samotna – a jej jedyne możliwe wsparcie, siostra bliźniaczka Iso, wydaje się dość poirytowana towarzystwem. Nic dziwnego, ona również musiała wyrzec się własnego szczęścia, żeby nie zaszokować Ihyon.

Choi Eunyung pisze książkę, która łamie panujące dzisiaj w literaturze czwartej reguły. Pokazuje dzieciom świat, w którym najmłodsi nie są specjalnie chronieni – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wprawdzie przenosi akcję do przyszłości, tak, żeby oddalić od czytelników potencjalny strach przed podobnymi doświadczeniami, jednak brak możliwości obrony jest uniwersalny i niezależny od roku. W dodatku odnosi się do bardzo trudnych kwestii – tu bohaterowie rozważają, czy warto przedłużać sobie życie, dawać się zahibernować i zostać wybudzonym po wielu latach, czy lepiej jest cieszyć się każdym dniem i nie skazywać na rzeczywistość bez najbliższych. Sporo pytań pojawi się po lekturze – i to nie tylko dzieciom. Jest Choi Eunyung wizjonerką, ale jest też w tej powieści nauczycielką etyki, uświadamia czytelnikom, co w życiu jest naprawdę ważne – i pokazuje, że nie każde marzenie trzeba za wszelką cenę spełniać. Nie jest to powieść wygodna, za to jest niezwykle ważna, przejmująca i wstrząsająca. Do tego stopnia, że z kanonu literatury dla dzieci powinna wyjść do świadomości powszechnej.

środa, 25 marca 2026

Overthinking. Jak radzić sobie z nadmiernym myśleniem. Inteligencja emocjonalna

Onepress, Gliwice 2026.

Pułapki

Przesadne rozpamiętywanie minionych wydarzeń lub najbardziej stresujących sytuacji nie służy samorozwojowi ani zdrowiu psychicznemu, istnieje więc już cały szereg ćwiczeń, które pozwalają wyjść z pułapki nadmiernego myślenia i przywrócić normalność. Malutka książka spod szyldu „Harvard Business Review” ma uświadamiać czytelnikom, że stresory spotykać będą w pracy (zwłaszcza w pracy w korporacji) na każdym kroku, ale nie powinno to być hamulcem w ich działaniach. „Overthinking. Jak radzić sobie z nadmiernym myśleniem” to kolejna bardzo udana publikacja, która zyska wielu zwolenników z racji skondensowania i niewielkich rozmiarów. Zamiast rozbudowanych psychologicznych analiz autorzy skupiają się bowiem na dostarczaniu odbiorcom – pierwotnie czytelnikom czasopism – esencję wiadomości i pozwalają zmierzyć się z problemami dzięki konkretnym zadaniom. Tym razem odbiorcy mają do czynienia z artykułami publikowanymi na stronie miesięcznika – albo z opracowaniami na podstawie tych artykułów. Kolejni autorzy przyglądają się najbardziej popularnym schematom związanym z nadmiernym myśleniem i podsuwają gotowe, sprawdzone rozwiązania, które wystarczy wcielić w życie, żeby móc poprawić jakość codziennej pracy. Łączą overthinking najczęściej ze stresem – tłumaczą, jaką przeszkodą w wykonywaniu obowiązków może być perfekcjonizm, pokazują, kiedy overthinking blokuje działania, zajmują się także kwestią podejmowania decyzji i jej następstw. I to może być dla czytelników przełomowe odkrycie: nie liczy się bowiem sam moment podejmowania decyzji, a to, co zrobi się później z jej konsekwencjami – co oznacza, że nie warto zwlekać czy rozważać w nieskończoność potencjalnych scenariuszy, a wybrać jeden z nich i sprawić, żeby wszystko poszło jak najlepiej. Sporo tu oczywistości (zamartwianie się dawnymi błędami do niczego nie doprowadzi), trochę powiązań między przeszłością i przyszłością – tak, żeby odbiorcy zauważyli, że dawne porażki to nie wszystko i naprawdę nie ma sensu poświęcać im zbyt dużo uwagi. Oczywiście nie jest łatwo zrezygnować z niszczących nawyków i wyzwolić się ze schematów, dlatego w tych artykułach nacisk kładzie się na uświadomienie odbiorcom sytuacji, w jakiej się znaleźli – i podsunięcie zestawu mechanizmów obronnych. Każdy, kto zaakceptuje przedstawioną strategię, będzie musiał wykonać pracę nad sobą – ale zyska podstawy i przekonanie, że warto podjąć wysiłek, żeby polepszyć pracę. Rozdziały w tym niewielkim tomie to powiedzenie tego, co najważniejsze, bez ozdobników i retoryki, liczy się skuteczność i tempo działań, a nie literackość – łatwo przyswaja się te teksty także dlatego, że napisane są niemal jak wystąpienia motywacyjne dla czytelników, prosto i rzeczowo. Wszyscy ci, którzy nie mają ochoty przedzierać się przez rozdmuchane poradniki z zakresu samorozwoju, tu zyskają wiedzę w pigułce – podpowiedź w sam raz do błyskawicznego zastosowania. „Overthinking” to książka, która odpowiada na charakterystyczny społeczny problem – ale nastawiona jest na życie zawodowe i na poprawianie produktywności.