Bezdroża, Helion, Gliwice 2026.
Poznawanie
Żeby zrozumieć, trzeba najpierw poznać. Dowiedzieć się czegoś o tym, co obce, może odstraszające innością albo niezwykłe z ogólnej perspektywy. I z tego – banalnego przecież – założenia wychodzą Beata i Paweł Pomykalscy, tworząc książkę „Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku”. Świadomi są ograniczeń terytorialno-nomenklaturowych, ale nie jest ich celem pakowanie się w lokalne animozje, raczej – przedstawienie obrazu śląskiej codzienności tak, żeby zrozumieli ją ludzie z innych części kraju. O co chodzi z tym Śląskiem – próbują wytłumaczyć, ale też sami zrozumieć. W tym celu posiłkują się opowieściami swoich dziadków oraz znajomych, którzy chcą podzielić się wspomnieniami, zbierają ciekawostki, fakty i kulturowe obrazy. Zbierają pospiesznie i pobieżnie – na pogłębianie wiedzy przyjdzie jeszcze czas, na razie trzeba uchwycić istotę, zaprosić ludzi do poznawania tajemniczego. „Po szychcie” to opowieść o tym, jak kopalnia wyznacza życie małych społeczności. Autorzy nie tylko przyglądają się pracy pod ziemią (i analizują sytuacje, które mogą doprowadzić do wypadków, nawet przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa, odwołują się przy tym do przeszłości, żeby zestawiać pracę dawniej i obecnie), ale też informują odbiorców, jak kształtuje ona egzystencję całych rodzin. Bo przecież górnictwo to nie tylko orkiestry budzące osiedla czwartego grudnia (kiedyś normalność, dzisiaj coraz częściej po prostu atrakcja turystyczna) – ale też zestaw zachowań, przyzwyczajeń i trosk. Problem w tym, że większość kraju postrzega ten zawód jako roszczeniowy i niezasługujący na dodatkowe przywileje (społeczna zazdrość zaczęła się w czasach PRL-u i jej źródła Pomykalscy wychwytują) – w tej książce można znaleźć próbę odpowiedzi na pytanie, jaka jest cena udogodnień.
Opowiadają Pomykalscy o tym, jak tworzyło się środowisko przemysłowe na Górnym Śląsku i co zostało z niego dzisiaj. Jak werbowano ludzi do pracy i jaki pomysł na siebie znalazły lokalne zakłady, kiedy nadszedł czas masowego zamykania kopalń i hut. Rozmawiają z ludźmi, którzy stymulują kulturę i życie społeczne w regionie, ale – bardzo wybiórczo. Tak samo zresztą robią, kiedy oprowadzają po atrakcjach Górnego Śląska – wymieniają zaledwie kilka miejsc i kilka miast zasługujących na uwagę, pospiesznie, bez poszerzania analiz i wprowadzania do świadomości czytelników czegoś więcej. Na więcej przyjdzie czas – najpierw trzeba Śląskiem zaintrygować, zachęcić do jego odkrywania i nie przestraszyć (albo – zlikwidować barierę strachu). Co ważne, autorzy nie walczą tu o miłość czytelników. Starają się postawić na obiektywne obrazki, czasem wręcz surowe, z rzadka odwołują się do konkretnych ludzi i ich marzeń – o wiele bardziej inspirujące są dla nich pejzaże i przemiany kulturowe będące następstwem odnalezienia się w industrialnym regionie. Odchodzą od typowych narracji, ale nie od typowych scenek – wyrastają na stereotypach, których wcale nie trzeba obalać czy weryfikować, wystarczy zarejestrować ich istnienie, żeby uzyskać przekonujące oblicze Górnego Śląska. To zdecydowanie opowieść dla ludzi z zewnątrz, ci, którzy Górny Śląsk odkrywają codziennie, nie znajdą tu nic nowego dla siebie. Ale mogą przynajmniej sprawdzić, jak funkcjonuje ta przestrzeń w ludziach zdystansowanych od sentymentów i przyzwyczajeń.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 11 stycznia 2026
sobota, 10 stycznia 2026
Krystyna Mirek: Do trzech razy miłość
Harde, Warszawa 2025.
Pokolenia
Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?
Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
Pokolenia
Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?
Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
piątek, 9 stycznia 2026
Olga Rudnicka: Jedną nogą w grobie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2025.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
czwartek, 8 stycznia 2026
Iwona Banach: Instytut
Dragon, Bielsko-Biała 2025.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
środa, 7 stycznia 2026
Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy
Znak, Kraków 2025.
Rozpacz
Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.
Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.
I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.
Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.
Rozpacz
Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.
Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.
I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.
Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.
wtorek, 6 stycznia 2026
Marcel Woźniak: Pospieszalscy. Rodzina
Marginesy, Warszawa 2025.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
poniedziałek, 5 stycznia 2026
Mirosława Łomnicka: Domowe biblioteki. Reportaże o prywatnych księgozbiorach. Tom 2
Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2026.
Na półkach
To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.
Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.
Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.
Na półkach
To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.
Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.
Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






