* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 12 września 2026

Judith Peignen: Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Test

Zora budzi sympatię. To jedna z nielicznych młodych czarownic w świecie zdominowanym przez osoby liczące sobie po kilkaset lat. W związku ze swoim wiekiem zresztą Zora ma największe szanse na zyskanie sporego grona młodych fanek. Żeby to się jednak udało, musi przeżywać przygody budujące więź z odbiorczyniami, a zatem – powiązane nie tylko ze światem czarownic. Piąty tom jej doświadczeń, „Skała Czarownicy” to udane połączenie tych dwóch zagadnień.

Zora chodzi do szkoły i musi zachowywać pozory – udaje, że jest zwyczajną dziewczyną, jej koleżanki nie mogą się niczego domyślać. Podobnie jak koledzy. Zorze podoba się Louis – i na tym polega problem w nowej próbie. Przede wszystkim podczas kolejnego etapu wtajemniczenia w sprawy czarownic wszystkie kobiety tworzące magiczny krąg, będą pozbawione swojej mocy – a więc narażone na niebezpieczeństwo. Wszystkie zakładają, że Zora śpiewająco przejdzie próbę skały – a to oznacza, że będzie ich ratunkiem w razie zagrożenia. Tymczasem sama Zora ma wątpliwości: łamie właśnie podstawową zasadę czarownic, podoba jej się chłopak ze świata ludzi. Na to nie powinna sobie pozwolić – ze względu na odwieczne prawo. Skała Czarownicy jest bezlitosna i nie toleruje błędów, a nie da się ukryć przed nią prawdziwych uczuć. Na razie Zora nie mówi nikomu o swoich uczuciach, ale być może będzie musiała się do nich przyznać w najgorszym możliwym momencie. A przecież nawet jeszcze sama nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, czego by chciała i czego by oczekiwała od chłopaka, do którego wzdycha: tymczasem być może wszyscy odkryją jej tajemnicę.

Nic dziwnego, że przygody Zory cieszą się powodzeniem wśród młodszych odbiorczyń: to bohaterka stworzona specjalnie dla nich, wykorzystująca „dziewczyńskie” tematy i nawiązująca też do modnych spraw w literaturze czwartej – związanych z magią. Warto podkreślić tu nie tylko dobrze przemyślaną stronę tekstowo-narracyjną, ale też graficzną. Ariane Delrieu stawia tu na malarskie obrazy, tworzone z rozmachem i przechodzące od kreskówki bardziej w stronę baśniowych ilustracji. Wypełnione detalami i deseniami naprawdę mogą się podobać odbiorczyniom i idealnie wpasowują się w klimat opowieści o czarownicy. To komiks pięknie wydany – poza malarskimi obrazkami jest tu też ekskluzywna, twarda oprawa – coś, co automatycznie podnosi wartość komiksu i podkreśla jego atrakcyjność wizualną.

„Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy” to kolejny epizod i kolejne wtajemniczenie dla młodej bohaterki – temat do przemyśleń dla odbiorczyń i szereg zaskoczeń w ramach samej fabuły. Zora zabiera czytelniczki do świata, w którym sama ma ważną rolę do odegrania – i przekonuje się, że warto mieć wokół siebie ludzi, na których można liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zora to bohaterka, która da się lubić.

piątek, 11 września 2026

Falynn Koch: Epidemie. Niewidoczne zagrożenie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Bakterie i wirusy

Ta książka powstała przed 2020 rokiem, chociaż na polski rynek wydawniczy wchodzi dopiero teraz. Warto to wiedzieć, bo tom w serii Naukomiks poświęcony epidemiom, pozbawiony jest narracji o covidzie. To – paradoksalnie – może okazać się zaletą z perspektywy czytelników, którym temat się przejadł, a także dla tych, którzy baliby się zdominowania opowieści jednym, za to bardzo aktualnym zagadnieniem. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to książka, którą Falynn Koch pokazuje młodym odbiorcom wyzwania stojące przed badaczami – i postępy w dziedzinie medycyny. Przedstawia wielkie epidemie z historii (na marginesie relacji) i powody ich rozprzestrzeniania się. Komentuje sytuacje, w których przekonania ludzi mogą stać się całkiem dosłownie zabójcze – a jednocześnie pokazuje, co należy zrobić, żeby uchronić się przed śmiertelną chorobą – na poziomie mikroorganizmów.

Już na początku odbiorcy poznają nietypowych bohaterów – Dżumę i Żółtą Febrę. Zwalcza je Limfocyt T – raczej niespecjalnie entuzjastycznie nastawiony do swojej misji. A to dlatego, że Limfocyt T świetnie wie, w czym bierze udział – w odróżnieniu od małych agresorów. Badaczka Elena tworzy symulację ataku wirusów i bakterii – oraz reakcji organizmu – żeby móc szukać metod zapobiegania groźnym chorobom. A ponieważ Febra i Dżuma chciałyby się dowiedzieć, w czym biorą udział i dlaczego nie udaje im się replikować, chociaż do tego zostały przystosowane – przychodzi czas na obszerne wyjaśnienia. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to opowieść dla dociekliwych dzieci, dla odbiorców, którzy potrzebują fachowych wyjaśnień – nawet niekoniecznie ubieranych w formę bajkowego komiksu. Widać tu nawiązania do „Było sobie życie” i próby stworzenia równie udanej historii, Falynn Koch jednak zależy na stworzeniu własnej narracji. Wszystkie wiadomości, które się tu pojawiają, wynikać muszą bezpośrednio z akcji, nie ma podporządkowywania fabuły wiadomościom – dzięki temu naukomiks o epidemiach bardzo dobrze wypada i może zaintrygować czytelników bez trudu. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwość uchronienia się przed groźnymi chorobami, raczej o pokazanie odbiorcom, co kryje się za tajemniczymi dla nich hasłami o epidemiach czy zaraźliwości. Jest to książka, której można zaufać – przekazuje wiedzę, ale przy tym może bez problemu rozbawić. I chociaż kwestie tu poruszane są dość trudne, Falynn Koch radzi sobie z nimi idealnie. Jest to komiks naukowy, który przyciąga wzrok ze względu na sylwetki bohaterów o wyrazistej mimice i zachowania nacechowane ekspresją. Nie chodzi tu wyłącznie o usunięcie zagrożenia płynącego z obecności groźnych wirusów czy bakterii, a o pokazanie, co kryje się pod walką o zdrowie.

Ponieważ to komiks, liczą się dynamiczne kadry – tych autorka w zanadrzu ma wiele. Jako że zabiera odbiorców w głąb ludzkiego organizmu, może popuścić wodze fantazji w tłach i deseniach, zdarza się, że tworzy bardzo skomplikowane przestrzenie dla swoich postaci. Wykorzystuje też wtrącenia, żeby wprowadzać drobne informacje poboczne. I tak podane wiadomości będą zapadać w pamięć dzieciom – sprawią, że odbiorcy bardziej zainteresują się tematami mikroorganizmów i ich wpływu na zdrowie człowieka.

czwartek, 10 września 2026

Hannah Deitch: Zabójczy potencjał

Marginesy, Warszawa 2026.

Ucieczka

Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.

Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.

Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.

środa, 9 września 2026

Dinuś nie chce spać. Wspólnie czytamy o zasypianiu

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygotowania do snu

Dinuś to ten bohater, który robi wszystko, co kilkulatki – i który pokazuje kolejne sekwencje czynności, żeby utrwalić je u małych odbiorców. Nic dziwnego, że tematy są tu brane bezpośrednio z życia maluchów – a tomik „Dinuś nie chce spać” to wsparcie rodziców układających swoje pociechy do spania. Można jeszcze przeżyć jedną przygodę z sympatycznym bohaterem, żeby w końcu przekonać się, że trzeba iść do łóżka – tylko dzięki temu będzie się miało siły do zabawy następnego dnia. Na razie jednak Dinuś szuka sojuszników w swojej niechęci do pójścia spać – spotyka kolejnych przyjaciół (którzy jednak do snu się przygotowują) i namawia ich do rozrywek – albo naśladuje ich zachowania. Haczyk tkwi w tym, że jego przyjaciele nie mają wątpliwości w kwestii przygotowywania się do snu i wykonują po prostu te czynności, w których Dinuś nie ma ochoty uczestniczyć. Kiedy jednak dołączy do nich… może być całkiem przyjemnie.

„Dinuś nie chce spać” to książeczka pisana prozą, z rymowanymi fragmentami – tłumaczenie przygotowała Natalia Usenko. Dzięki refrenom dzieci będą mogły przekonać się do rytmu opowieści. Pojawiają się tu też nawiasowe wtrącenia – uzupełniane wyliczenia, które sprawią, że kolejne etapy przygotowań do snu zapadną dzieciom lepiej w pamięć. Dinuś nie tylko działa – ale też przechodzi niezbędne zadania do wykonania wieczorem. To uświadomi dzieciom, że muszą umyć zęby czy wykąpać się, miłym dodatkiem staje się też wieczorna wspólna lektura – to sposób na przypomnienie rodzicom, że takie rozrywki nie wychodzą z mody i że zawsze powinno się znaleźć czas na czytanie przed snem – to nie tylko rozwija wyobraźnię, ale też buduje silne więzi i miłe wspomnienia. Dinuś przekonuje się, że przygotowania do snu wcale nie muszą być nudne czy męczące – i że na pewno nie są niepotrzebne. Długo trwa w swojej pewności, że nie chce iść spać – a jednak w końcu się zmęczy, jak każdy maluch.

Taka lektura pozwoli na wyciszenie najmłodszych, ale zapewni im też trochę zabawy. Nie polega bowiem tylko na śledzeniu tekstu czytanego przez rodziców czy na oglądaniu urokliwych ilustracji Pauli Bowles – a na czynnym udziale w czytaniu za sprawą odpowiednio przygotowanych kartonowych stron. Są tu miejsca zakryte, niespodzianki dla oglądających, są też scenki pop-up, co może być zaskoczeniem dla najmłodszych – nieprzygotowanych jeszcze na techniczne możliwości konstruowania książek. To zatem przygoda wykraczająca poza motyw zwykłego czytania, w sam raz dla dzieci, którym wydaje się, że w książkach nie da się znaleźć nic ciekawego. „Dinuś nie chce spać” to tomik nastawiony na usypianie najmłodszych i jednocześnie dostarczający wielu powodów do uśmiechu – ładnie przygotowany i dobrze przemyślany. W sam raz nie tylko dla tych dzieci, które zwlekają z momentem pójścia do łóżka.

wtorek, 8 września 2026

WIll Gompertz: Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka

Rebis, Poznań 2026.

Przewodnik

Ta książka jest mniej prezentacją historii sztuki nowoczesnej, a bardziej opowieścią przewodnika przekutą na książkę. WIll Gompertz wybiera sobie styl, który przypadnie do gustu szerokiemu gronu odbiorców – zwłaszcza tych potrzebujących poprowadzenia przez ostatnie piętnaście dekad zmian w sztuce. Autor nie zamierza koncentrować się na datach, faktach i wydarzeniach, a na anegdotach, spotkaniach i działaniach. Oczywiście punkty obowiązkowe to dzieła – będzie prowadził od jednego do drugiego, pokazywał związki pomiędzy nimi i tłumaczył przesłania czy przełomowość. Ale to nie wszystko. Dla Gompertza poszukiwanie przepisu na sztukę to poszukiwanie relacji międzyludzkich. I właśnie dzięki temu książka „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka” może na rynku zrobić furorę – i zostać na nim na długo. Zwłaszcza że dzieła tu omawiane trzeba znać – a nie ma lepszego sposobu na poznanie ich i przyswojenie sobie ich znaczenia niż śledzenie barwnej, krwistej narracji.

Faktycznie Gompertz chce pisać pospiesznie. Nie próbuje tworzyć przystanków encyklopedycznych, jeśli więc ktoś potrzebuje notek biograficznych i dat – będzie musiał czytać tę książkę z notesem, a ponadto uporządkować wiadomości dzięki korzystaniu z innych opracowań. Tutaj najważniejsza jest bowiem forma przekazu, trochę plotkarska, bardzo osobista i przesycona obyczajowością. Kto z kim, dlaczego i co z tego wynikało – to przepis na przełomowe momenty w sztuce. I wcale nie chodzi tu o kontakty łóżkowe, raczej o wzajemne wpływy i inspiracje, o komentarze i odpowiedzi do zastanego stanu rzeczy. Artyści nie działają w próżni, bez przerwy odnoszą się do tego, co było i starają się kreować przestrzeń dla siebie. Radzą sobie z tym na różne sposoby, ale warto wychwycić ich wyczulenie na konteksty społeczne. Tu znów okazuje się, jak wielkie znaczenie mogą mieć albo konotacje seksualne, albo – skandale obyczajowe. Tak naprawdę ta książka nie daje wiedzy, daje radość odkrywania – co jest następstwem tej wiedzy. To rozwiązanie dla niecierpliwych i dla ciekawskich, dla ludzi lubiących podglądanie rzeczywistości trochę od kulis. Zabawa wiąże się tu z możliwością uzyskania klucza do zrozumienia artystów – to niebagatelne narzędzie. Will Gompertz jeszcze raz opowiada to, co odbiorcy już powinni wiedzieć (ale być może przeoczyli, a chcą pozować na znawców) – więc serwuje metodę odświeżenia wiadomości. Rzuca tytułami i nazwiskami, co pewien czas wprowadza elementy analizy dzieł czy sposoby tworzenia – dba o to, żeby nie popaść w rutynę i żeby czytelnicy za każdym razem otrzymywali inny punkt zaczepienia. Bardzo zgrabnie prowadzi tę narrację, to coś, co czytelników szybko przekona. Zaproszenie do poznawania sztuki nowoczesnej wypełnione jest zaskoczeniami i niespodziankami dla czytelników – ale też radością odkrywania u samego autora. „Na co patrzymy” to rodzaj przewodnika dla dorosłych – szansa na zwiększenie świadomości co do historii sztuki. Jeśli ktoś ma potrzebę pozowania przed znajomymi na eksperta od najbardziej popularnych dzieł, znajdzie tu sporo motywów wartych zapamiętania. Do tego dochodzą reprodukcje (tych zawsze jest za mało) i specyficzne lekcje.

poniedziałek, 7 września 2026

Kelly DiPucchio: Gaston

Tako, Toruń 2026.

Różnice

Ten picture book może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z najmłodszymi o tym, co znaczy być sobą, a co – dopasowywać się do otoczenia. W prostej historii Kelly DiPucchio prezentuje małym odbiorcom kwestie tożsamości i odpowiadania na oczekiwania innych – bez wielkich słów i abstrakcyjnych fraz, koncentruje się na tym, co najważniejsze nie tylko z perspektywy dzieci. Są tu dwie psie rodziny: Pani Pudelka ma troje grzecznych szczeniaczków i Gastona. Pani Buldożka z kolei – trzy rozbrykane pieski i nieśmiałą Antoinette. Łatwo odkryć, że małe buldogi wyglądają podobnie jak Gaston, a rodzeństwo Gastona jest łudząco podobne do Antoinette – rozwiązanie problemu wydaje się zatem na wyciągnięcie ręki: jeśli Pani Pudelka i Pani Buldożka wymienią się jednym dzieckiem, nikt nie będzie poszkodowany, a najmłodsi wreszcie trafią do otoczenia, które ich rozumie. Tylko że Gaston przywykł już do ciszy i elegancji, a Antoinette uwielbia funkcjonować wśród rozbrykanych maluchów.

„Gaston” to książka, która skrywa naprawdę sporo ważnych treści – nie tylko z perspektywy dzieci. Najmłodsi będą tu śledzić doświadczenia nie do powtórzenia w ludzkim świecie – ale przy okazji też przekonają się, że niektóre pomysły powinny pozostać w sferze teorii, nawet jeśli pasowałyby do prób uporządkowania świata. Nie ma znaczenia, że coś wydaje się łatwe do zrealizowania i logiczne – żywe organizmy to nie układanka, w której można do woli zmieniać klocki: tu w grę wchodzą emocje, przyzwyczajenia i nadzieje. Kiedy obie mamy umawiają się na wymianę tych najbardziej „problemowych” dzieci, nie robią nikomu krzywdy – zwłaszcza że sytuacja jest odwracalna, i to bardzo szybko.

Christian Robinson ma tu pracę, od której dużo zależy: tworzy ilustracje, dzięki którym dzieci, nawet te najmłodsze i niekoniecznie nadążające za fabułą tekstową, zrozumieją błyskawicznie, na czym polega problem i jak powinno wyglądać jego rozwiązanie w dążącym do porządku świecie. W jego ujęciu zawsze trzy pieski są identyczne, czwarty różni się znacząco – ale nie na tyle, żeby przenosić w inny świat. Stawia ten ilustrator na duże i wyraziste kształty, może to robić, ma na to sporo miejsca – nie zarzuca odbiorców tematami spoza tekstu, nie musi niczego dopowiadać. „Gaston” to książka dopracowana pod każdym względem – musi więc robić ogromne wrażenie. Dla małych czytelników to nie tylko okazja do spotkania z bajkowymi sympatycznymi bohaterami, ale także do przemyśleń na temat swojego miejsca na ziemi. To książka, która ma ważne i wartościowe przesłanie – nie zdradza tego na pierwszy rzut oka, a jednak to o wiele więcej niż zwyczajny picture book dla najmłodszych. „Gaston” to propozycja, którą warto po wspólnej lekturze jeszcze przedyskutować – zastanowić się nad tym, czego o sobie dowiedzieli się bohaterowie i w jaki sposób wpłynęło to na ich późniejsze życiowe wybory.

Jest to opowieść, której znaczenie wykracza poza świat przedstawiony – i historia, którą należy dzieciom prezentować, żeby uświadomić im złożoność świata i jego wyzwań.

niedziela, 6 września 2026

Daniel Wyszogrodzki: Sycyliada

Marginesy, Warszawa 2026.

Z oddali

Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.