Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Kolory przyszłości
Nele Neuhaus kazała długo czekać swoim fanom na domknięcie cyklu o Elenie – kiedy zaczynała, dopiero rozkwitała moda na końskie tematy, teraz na rynku pozostało niewiele śladów dawnego trendu, jednak historia potrzebowała choćby podzielenia się wizją przyszłości bohaterów. Ci podejmują decyzje na temat swojej przyszłości, niekoniecznie popularne: Elena na przykład już wie, co chce robić w życiu i jakiego rodzaju wykształcenia w związku z tym potrzebuje. Farid, jej chłopak, osiąga wielkie sukcesy międzynarodowe w piłce nożnej. Przyszłość stadniny ogólnie rysuje się w jasnych barwach, nawet jeśli trzeba trochę przemodelować zasady działania – kiedy dziadek traci zdrowie, wychodzi na jaw kilka kwestii, które należy poprawić. Ale najważniejszą rzeczą w tej książce staje się psychologia koni. Pojawia się tu na ważnym miejscu zaklinacz koni, Chad, człowiek, który potrafi wyczuć potrzeby zwierzęcia i uczy tego innych. Elena chętnie korzysta z jego wskazówek – dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu da się zapanować nawet nad koniem, który uchodzi za trudnego. Nie wszyscy przyswajają sobie porady doświadczonego zaklinacza – uważają jego pomysły za stratę czasu lub szarlatanerię, tymczasem nie ma tu żadnej magii, za to konieczna jest spora doza cierpliwości i uważności. O ile dzielenie zwierząt z uwagi na dominującą półkulę mózgu mogłoby czytelników trochę nużyć, o tyle już wiążące się z tym zasady postępowania olśniewają. Za każdym razem, kiedy autorka rozpisuje na detale akcję z prowadzeniem konia, może przynieść odbiorcom zestaw nowych wskazówek i podpowiedzi.
Poza tym „Ocalić marzenia” to książka, która bardzo często odsyła do wydarzeń z poprzednich tomów: autorka za każdym razem, kiedy wprowadza do akcji znanych już odbiorcom bohaterów, stara się ich skrótowo scharakteryzować i wyjaśnić komplikacje, jakie stały się ich udziałem w przeszłości. To będzie zachęta do prześledzenia kryminalnych spraw i jednocześnie sposób na wypełnienie fabuły tutaj – bo postaciami rządzą silne emocje, które powodowane są bezpośrednio przez wydarzenia z dawnych lat.
Nele Neuhaus wiele pisze o koniach i o pracy przy nich. Takie zresztą było wyjściowe założenie cyklu, żeby uświadomić czytelnikom, że stadnina to nie tylko moda, ale wielka odpowiedzialność i zestaw obowiązków, które nie mogą być odkładane na później. To buduje klimat książki i sprawia, że fani jazdy na pewno tu zajrzą. Poza tym autorka sięga po psychologiczne wyzwania i dylematy – Elena musi między innymi nauczyć się, że trzeba dać wolność innym, nawet jeśli sama jest zdania, że popełniają błąd. Do tego dochodzi mnóstwo emocjonalnych reakcji – wielkie pieniądze oznaczają, że nie wszyscy są szczerzy, a przywiązywanie się do czyjegoś konia to zapowiedź dramatycznych rozstań. I chociaż tym razem autorka mniej energii poświęca na intrygi kryminalne, udaje jej się stworzyć powieść, która przyciągnie odbiorców i zachęci do lektury całej serii. Pożegnanie z Eleną nie jest rozstaniem na zawsze – być może ta bohaterka jeszcze kiedyś powróci, autorka zostawia ją w momencie, w którym udaje się dużo spraw poukładać.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 28 listopada 2025
czwartek, 27 listopada 2025
Jorn Lier Horst: Operacja: złodziej "Złodzieja"
Media Rodzina, Poznań 2025.
Śledztwo dla czytelników
To jedna z tych książek, w których odbiorcy muszą prowadzić śledztwo na równi z bohaterami. Może im się nie udać – i wtedy natychmiast zyskają rozwiązanie zagadki – ale powinni spróbować swoich sił w procesie dedukcji. Bogato ilustrowany tomik – jak i cała podseria związana z bohaterami Biura Detektywistycznego nr 2 – składa się z opowiadania przeplatanego klasycznymi łamigłówkami.
Tiril i Oliver wybierają się do lokalnego muzeum, bo przez miesiąc będzie tu można obejrzeć słynny i bardzo cenny obraz „Złodziej”. Dzieci jednak są wyczulone na sprawy kryminalne – i szybko orientują się, że obraz przedstawiony w folderze muzealnym i obraz wiszący na ścianie to dwa różne dzieła. Najprawdopodobniej ktoś zastąpił oryginał kopią – więc przyda się pomoc lokalnej policji, żeby wykryć sprawcę i zasady jego działania. Tiril i Oliver mają tym razem dostęp i do zdjęć, i do zapisów z kamer, i do samych budynków, mogą działać jak prawdziwi śledczy, a ich zachowania będą się pokrywać z wnioskami wyciąganymi przez małych czytelników.
Każda rozkładówka to bowiem kolejny fragment opowiadania – i kolejny fragment śledztwa zarazem. Każdy etap tego śledztwa pcha detektywów do przodu – do rozwiązania zagadki – ale każdy też prowadzi do kolejnej zagadki. I tu Jorn Lier Horst wykorzystuje bardzo klasyczne łamigłówki, tyle że przystosowane do akcji: jest labirynt, jest porównywanka, jest szukanie szczegółów, wskazywanie drogi albo ocenianie, którędy złodziej mógł się dostać do budynku. To uczy dzieci logicznego myślenia, albo pozwala ćwiczyć logiczne myślenie i zachęca do zaangażowania się w opowieść. Przyda się taka zachęta do pracy najmłodszym – bo wysiłek umysłowy włożony w tę lekturę musi być spory, tu nie ma właściwie czasu na odpoczynek, wszystko toczy się szybko. Konstrukcja tomiku sprawia, że jeśli odbiorcom nie uda się rozwiązać zagadki (albo nie domyślą się, o co chodzi autorowi i bohaterom), z następną stroną zyskają rysunkową podpowiedź. To dyskretna zachęta do samodzielności w sprawdzaniu postępów detektywistycznych i dodatkowa zabawa podczas czytania – warto zatem podążać za akcją i próbować wyprzedzać bohaterów w wymyślaniu rozwiązań.
Szybka akcja i barwne ilustracje to wabiki na odbiorców – sprawiają, że dzieci zechcą się zaangażować w czytanie i w zabawę detektywistyczną. Ćwiczenie logicznego myślenia, spostrzegawczości i wyciągania wniosków – to przepis na dobrą rozrywkę. Dla wszystkich małych fanów tropienia przestępców to oczywiście pozycja obowiązkowa – nie da się jej zignorować. A ponieważ Tiril i Oliver dorobili się już sporego grona wiernych fanów, dodatek do serii sprawi, że dzieci jeszcze chętniej będą zaglądać do ich przygód. Jest to książka udana, dobrze przemyślana, a do tego pełna niekoniecznie oczywistych zagadek i tropów – dzięki temu najmłodsi poczują się dowartościowani jako detektywi.
Śledztwo dla czytelników
To jedna z tych książek, w których odbiorcy muszą prowadzić śledztwo na równi z bohaterami. Może im się nie udać – i wtedy natychmiast zyskają rozwiązanie zagadki – ale powinni spróbować swoich sił w procesie dedukcji. Bogato ilustrowany tomik – jak i cała podseria związana z bohaterami Biura Detektywistycznego nr 2 – składa się z opowiadania przeplatanego klasycznymi łamigłówkami.
Tiril i Oliver wybierają się do lokalnego muzeum, bo przez miesiąc będzie tu można obejrzeć słynny i bardzo cenny obraz „Złodziej”. Dzieci jednak są wyczulone na sprawy kryminalne – i szybko orientują się, że obraz przedstawiony w folderze muzealnym i obraz wiszący na ścianie to dwa różne dzieła. Najprawdopodobniej ktoś zastąpił oryginał kopią – więc przyda się pomoc lokalnej policji, żeby wykryć sprawcę i zasady jego działania. Tiril i Oliver mają tym razem dostęp i do zdjęć, i do zapisów z kamer, i do samych budynków, mogą działać jak prawdziwi śledczy, a ich zachowania będą się pokrywać z wnioskami wyciąganymi przez małych czytelników.
Każda rozkładówka to bowiem kolejny fragment opowiadania – i kolejny fragment śledztwa zarazem. Każdy etap tego śledztwa pcha detektywów do przodu – do rozwiązania zagadki – ale każdy też prowadzi do kolejnej zagadki. I tu Jorn Lier Horst wykorzystuje bardzo klasyczne łamigłówki, tyle że przystosowane do akcji: jest labirynt, jest porównywanka, jest szukanie szczegółów, wskazywanie drogi albo ocenianie, którędy złodziej mógł się dostać do budynku. To uczy dzieci logicznego myślenia, albo pozwala ćwiczyć logiczne myślenie i zachęca do zaangażowania się w opowieść. Przyda się taka zachęta do pracy najmłodszym – bo wysiłek umysłowy włożony w tę lekturę musi być spory, tu nie ma właściwie czasu na odpoczynek, wszystko toczy się szybko. Konstrukcja tomiku sprawia, że jeśli odbiorcom nie uda się rozwiązać zagadki (albo nie domyślą się, o co chodzi autorowi i bohaterom), z następną stroną zyskają rysunkową podpowiedź. To dyskretna zachęta do samodzielności w sprawdzaniu postępów detektywistycznych i dodatkowa zabawa podczas czytania – warto zatem podążać za akcją i próbować wyprzedzać bohaterów w wymyślaniu rozwiązań.
Szybka akcja i barwne ilustracje to wabiki na odbiorców – sprawiają, że dzieci zechcą się zaangażować w czytanie i w zabawę detektywistyczną. Ćwiczenie logicznego myślenia, spostrzegawczości i wyciągania wniosków – to przepis na dobrą rozrywkę. Dla wszystkich małych fanów tropienia przestępców to oczywiście pozycja obowiązkowa – nie da się jej zignorować. A ponieważ Tiril i Oliver dorobili się już sporego grona wiernych fanów, dodatek do serii sprawi, że dzieci jeszcze chętniej będą zaglądać do ich przygód. Jest to książka udana, dobrze przemyślana, a do tego pełna niekoniecznie oczywistych zagadek i tropów – dzięki temu najmłodsi poczują się dowartościowani jako detektywi.
środa, 26 listopada 2025
Mathilda Masters: 321 niesamowitych faktów przyrodniczych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025
Świat przyrody
Nie dość, że Mathilda Masters proponuje młodym czytelnikom aż 321 ciekawostek przyrodniczych, to jeszcze książka jest kolejną pozycją w bardzo udanej edukacyjnej (wręcz encyklopedycznej) serii. I nawet jeśli odbiorcom nie uda się przejść wszystkich wiadomości (linearna lektura tu się nie sprawdzi, za to można rozłożyć sobie czytanie i losować konkretne numery), to i tak zyskają potężną dawkę wiedzy na temat roślin, zwierząt, grzybów, owadów, wirusów itp. Autorka rezygnuje z infantylizmu na rzecz krótkich omówień, które mogą pomóc odbiorcom w określeniu swoich preferencji w zakresie nauk przyrodniczych. Pozwala obudzić ciekawość badawczą – zwłaszcza że niektóre wiadomości da się przekuć bezpośrednio na doświadczenia do samodzielnego sprawdzenia. Autorka opisuje zjawiska naturalne i wyjątkowe – raz będzie opowiadać o procesie fotosyntezy, raz o grzybach zamieniających mrówki w zombie. Rezerwuar ciekawostek zdaje się nie mieć końca – i to na pewno spodoba się dzieciom ciekawym świata. Jeszcze zanim część informacji zyskają na lekcjach biologii, mogą prześledzić je tutaj – w tomie potężnym (ale z zabawnymi ilustracjami).
Żeby nie przestraszyć czytelników ogromem tekstu (i tak sama objętość książki robi wrażenie), autorka dzieli go na małe przystępne porcje. Przeważnie na jednej stronie mieści jedną albo dwie ciekawostki, więc tekst jednego wyjaśnienia nie przekracza objętości pół strony (drobnym drukiem – ale mimo wszystko nie jest to bariera nie do przejścia). Autorka wie, jak przykuwać uwagę dzieci, sięga w tym celu po tytuły kolejnych numerowanych sensacji ze świata przyrody – w nich zawiera elementy, które budzą wątpliwości lub spotkają się z żywiołowymi reakcjami i stanowić będą zachętę do czytania (i sprawdzania podawanych rewelacji). Całkiem sporo tematów intrygujących da się znaleźć w wiadomościach, które normalnie trafiają do podręczników z biologii. Tutaj nie ma szkolnego podejścia ani skojarzeń z koniecznością uczestniczenia w rutynowych lekcjach, więc będzie się znacznie lepiej przyswajało informacje. Mathilda Masters nie porządkuje ich tak, żeby wprowadzać dane po kolei czy żeby zmuszać dzieci do czytania ciekawostek jedna po drugiej – w ramach tematycznych rozdziałów decyduje się na kontrolowany chaos, co jeszcze bardziej przyczynia się do ułatwiania młodym odbiorcom procesu poznawania ciekawostek.
Jest to publikacja, której warto się przyjrzeć – mocno edukacyjna książka, która nie sprowadza wiedzy do wersji pop. Wszyscy, którzy już poznali serię książek Mathildy Masters, wiedzą, czego się spodziewać – nowi czytelnicy mogą być zaskoczeni rzetelnością i nastawieniem na faktyczne przekazywanie wiadomości a nie na błaznowanie i zabawy. To pozycja nie do tradycyjnego czytania, chyba że ktoś akurat odpoczywa przy encyklopediach. Dobrze skonstruowana, uczy szacunku do przyrody, a także – przyjemności ze zdobywania wiedzy. Mathilda Masters wykorzystuje swoje doświadczenie w zbieraniu ciekawostek i przedstawianiu ich szerokiej grupie młodych odbiorców – tworzy zatem wierną publiczność literacką całego cyklu. „321 niesamowitych faktów przyrodniczych” to zestaw informacji, które czasami będą wręcz pobrzmiewać niewiarygodnie – co zmusi czytelników do weryfikowania danych, a w konsekwencji nauczy ich samodzielnego poszukiwania ciekawostek.
Świat przyrody
Nie dość, że Mathilda Masters proponuje młodym czytelnikom aż 321 ciekawostek przyrodniczych, to jeszcze książka jest kolejną pozycją w bardzo udanej edukacyjnej (wręcz encyklopedycznej) serii. I nawet jeśli odbiorcom nie uda się przejść wszystkich wiadomości (linearna lektura tu się nie sprawdzi, za to można rozłożyć sobie czytanie i losować konkretne numery), to i tak zyskają potężną dawkę wiedzy na temat roślin, zwierząt, grzybów, owadów, wirusów itp. Autorka rezygnuje z infantylizmu na rzecz krótkich omówień, które mogą pomóc odbiorcom w określeniu swoich preferencji w zakresie nauk przyrodniczych. Pozwala obudzić ciekawość badawczą – zwłaszcza że niektóre wiadomości da się przekuć bezpośrednio na doświadczenia do samodzielnego sprawdzenia. Autorka opisuje zjawiska naturalne i wyjątkowe – raz będzie opowiadać o procesie fotosyntezy, raz o grzybach zamieniających mrówki w zombie. Rezerwuar ciekawostek zdaje się nie mieć końca – i to na pewno spodoba się dzieciom ciekawym świata. Jeszcze zanim część informacji zyskają na lekcjach biologii, mogą prześledzić je tutaj – w tomie potężnym (ale z zabawnymi ilustracjami).
Żeby nie przestraszyć czytelników ogromem tekstu (i tak sama objętość książki robi wrażenie), autorka dzieli go na małe przystępne porcje. Przeważnie na jednej stronie mieści jedną albo dwie ciekawostki, więc tekst jednego wyjaśnienia nie przekracza objętości pół strony (drobnym drukiem – ale mimo wszystko nie jest to bariera nie do przejścia). Autorka wie, jak przykuwać uwagę dzieci, sięga w tym celu po tytuły kolejnych numerowanych sensacji ze świata przyrody – w nich zawiera elementy, które budzą wątpliwości lub spotkają się z żywiołowymi reakcjami i stanowić będą zachętę do czytania (i sprawdzania podawanych rewelacji). Całkiem sporo tematów intrygujących da się znaleźć w wiadomościach, które normalnie trafiają do podręczników z biologii. Tutaj nie ma szkolnego podejścia ani skojarzeń z koniecznością uczestniczenia w rutynowych lekcjach, więc będzie się znacznie lepiej przyswajało informacje. Mathilda Masters nie porządkuje ich tak, żeby wprowadzać dane po kolei czy żeby zmuszać dzieci do czytania ciekawostek jedna po drugiej – w ramach tematycznych rozdziałów decyduje się na kontrolowany chaos, co jeszcze bardziej przyczynia się do ułatwiania młodym odbiorcom procesu poznawania ciekawostek.
Jest to publikacja, której warto się przyjrzeć – mocno edukacyjna książka, która nie sprowadza wiedzy do wersji pop. Wszyscy, którzy już poznali serię książek Mathildy Masters, wiedzą, czego się spodziewać – nowi czytelnicy mogą być zaskoczeni rzetelnością i nastawieniem na faktyczne przekazywanie wiadomości a nie na błaznowanie i zabawy. To pozycja nie do tradycyjnego czytania, chyba że ktoś akurat odpoczywa przy encyklopediach. Dobrze skonstruowana, uczy szacunku do przyrody, a także – przyjemności ze zdobywania wiedzy. Mathilda Masters wykorzystuje swoje doświadczenie w zbieraniu ciekawostek i przedstawianiu ich szerokiej grupie młodych odbiorców – tworzy zatem wierną publiczność literacką całego cyklu. „321 niesamowitych faktów przyrodniczych” to zestaw informacji, które czasami będą wręcz pobrzmiewać niewiarygodnie – co zmusi czytelników do weryfikowania danych, a w konsekwencji nauczy ich samodzielnego poszukiwania ciekawostek.
wtorek, 25 listopada 2025
Bluey. Wielki pop-up
Harperkids, Warszawa 2025.
Przestrzeń
To tylko pięć rozkładówek, ale zapewni dzieciom rozrywkę na długo. Kolejna publikacja spod szyldu Bluey – „Wielki pop-up” jest dokładnie tym, co zapowiada. Każda rozkładówka to jedna sytuacja – albo scenka pod sklepem, podczas której ptaki wyjadają przekąski (a ktoś sika w krzakach), albo zabawy w ogródku, nad strumykiem czy na basenie. To znaczy: nie wszyscy i nie zawsze się bawią, tata czasami próbuje pracować, ale dziewczynki bardzo mu w tym przeszkadzają, przechodząc kolejne metamorfozy. Tu przecież liczy się rozrywka i świat dzieci ponad wszystko. Na każdej rozkładówce znajdują się dwa – maksymalnie trzy zdania, które sygnalizują o co chodzi w prezentowanej scence. Resztę odbiorcy będą mogli dopowiedzieć sobie sami na podstawie tego, co zauważą. Kiedy otwiera się książkę, pojawia się trójwymiarowy zestaw obrazków: podnoszą się zabudowania i bohaterowie, dzięki czemu ilustracja zyskuje głębię. Nie zawsze wszystko ujawnia się z pierwszym ruchem: zdarza się, że trzeba jeszcze samemu podnieść jakiś element rozkładówki, żeby zyskać dodatkową niespodziankę. To sprawi, że dzieci będą z radością uczestniczyć w codzienności Blue.
W tekście zostało zaakcentowane wydarzenie (ewentualnie też – emocje dla postaci). Całą resztę będzie można opowiadać na podstawie obrazka, który wyskakuje ze stron: dzieci będą mogły pokazywać kolejnych bohaterów i mówić, czym się zajmują. Zbudują sobie samodzielnie całą historię na podstawie trójwymiarowej ilustracji – i to sposób na rozwijanie wyobraźni oraz na wkroczenie do świata Bluey. Tu nie da się nudzić, dla najmłodszych to prawdziwa radość. Ponieważ tego typu publikacje nie są zbyt częste na rynku, zaskoczenie będzie tym większe. Książka została przygotowana tak, żeby ilustracje nie wypadały szablonowo – zmieniają się tła i okolice, zmieniają się też miejsca przebywania bohaterów i ich emocje. Tu dzieje się sporo, nawet jeśli tekstu nie ma zbyt dużo. Książka zamienia się w zabawkę dla najmłodszych, może być przez nich traktowana jako plac zabaw dla bohaterów – Bluey i jej rodzina wypadają tu bardziej prawdziwe. Wystarczy tak proste – przecież nie odkrywcze – rozwiązanie, żeby przyciągnąć maluchy do książek i zapewnić im rozrywkę konkurencyjną wobec elektronicznych gadżetów. Tekturowe dodatki sprawiają, że książka zyska na trwałości, nie będzie zbyt łatwa do zniszczenia podczas częstej eksploatacji. Bluey po raz kolejny zwraca na siebie uwagę za sprawą gadżetowej i bardzo pomysłowej książki – to może się podobać najmłodszym. Jednocześnie da się tę książkę wykorzystywać do rozwijania mowy czy umiejętności opowiadania. Chociaż szczegółów na stronach pojawia się sporo, nie ma przeładowania nimi – więc dzieci nie zostaną zarzucone elementami, które odwracałyby ich uwagę od głównych postaci. Jest to tomik stworzony z myślą o małych odbiorcach – i z pewnością dzieci będą wyczekiwać niecierpliwie na kolejne części z takiego cyklu.
Przestrzeń
To tylko pięć rozkładówek, ale zapewni dzieciom rozrywkę na długo. Kolejna publikacja spod szyldu Bluey – „Wielki pop-up” jest dokładnie tym, co zapowiada. Każda rozkładówka to jedna sytuacja – albo scenka pod sklepem, podczas której ptaki wyjadają przekąski (a ktoś sika w krzakach), albo zabawy w ogródku, nad strumykiem czy na basenie. To znaczy: nie wszyscy i nie zawsze się bawią, tata czasami próbuje pracować, ale dziewczynki bardzo mu w tym przeszkadzają, przechodząc kolejne metamorfozy. Tu przecież liczy się rozrywka i świat dzieci ponad wszystko. Na każdej rozkładówce znajdują się dwa – maksymalnie trzy zdania, które sygnalizują o co chodzi w prezentowanej scence. Resztę odbiorcy będą mogli dopowiedzieć sobie sami na podstawie tego, co zauważą. Kiedy otwiera się książkę, pojawia się trójwymiarowy zestaw obrazków: podnoszą się zabudowania i bohaterowie, dzięki czemu ilustracja zyskuje głębię. Nie zawsze wszystko ujawnia się z pierwszym ruchem: zdarza się, że trzeba jeszcze samemu podnieść jakiś element rozkładówki, żeby zyskać dodatkową niespodziankę. To sprawi, że dzieci będą z radością uczestniczyć w codzienności Blue.
W tekście zostało zaakcentowane wydarzenie (ewentualnie też – emocje dla postaci). Całą resztę będzie można opowiadać na podstawie obrazka, który wyskakuje ze stron: dzieci będą mogły pokazywać kolejnych bohaterów i mówić, czym się zajmują. Zbudują sobie samodzielnie całą historię na podstawie trójwymiarowej ilustracji – i to sposób na rozwijanie wyobraźni oraz na wkroczenie do świata Bluey. Tu nie da się nudzić, dla najmłodszych to prawdziwa radość. Ponieważ tego typu publikacje nie są zbyt częste na rynku, zaskoczenie będzie tym większe. Książka została przygotowana tak, żeby ilustracje nie wypadały szablonowo – zmieniają się tła i okolice, zmieniają się też miejsca przebywania bohaterów i ich emocje. Tu dzieje się sporo, nawet jeśli tekstu nie ma zbyt dużo. Książka zamienia się w zabawkę dla najmłodszych, może być przez nich traktowana jako plac zabaw dla bohaterów – Bluey i jej rodzina wypadają tu bardziej prawdziwe. Wystarczy tak proste – przecież nie odkrywcze – rozwiązanie, żeby przyciągnąć maluchy do książek i zapewnić im rozrywkę konkurencyjną wobec elektronicznych gadżetów. Tekturowe dodatki sprawiają, że książka zyska na trwałości, nie będzie zbyt łatwa do zniszczenia podczas częstej eksploatacji. Bluey po raz kolejny zwraca na siebie uwagę za sprawą gadżetowej i bardzo pomysłowej książki – to może się podobać najmłodszym. Jednocześnie da się tę książkę wykorzystywać do rozwijania mowy czy umiejętności opowiadania. Chociaż szczegółów na stronach pojawia się sporo, nie ma przeładowania nimi – więc dzieci nie zostaną zarzucone elementami, które odwracałyby ich uwagę od głównych postaci. Jest to tomik stworzony z myślą o małych odbiorcach – i z pewnością dzieci będą wyczekiwać niecierpliwie na kolejne części z takiego cyklu.
poniedziałek, 24 listopada 2025
Umberto Eco: Wyspa dnia poprzedniego
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Podróż
Szukanie nici fabularnej w tej książce jest możliwe, ale mija się z celem – Umberto Eco bowiem koncentruje się o wiele bardziej na pastiszowej formie i grze z czytelnikami niż na treści przekazywanej za sprawą przygód Roberta, szlachcica z Piemontu. Owszem, istnieje tu oś, która pozwala powracać z meandrów pomysłowości i zabaw literackich, trzyma całość w ryzach i mimo wszystko nie pozwala się od lektury oderwać, a jednak sama przyjemność czytania byłaby tu wystarczającym wabikiem na dzisiejszych, co bardziej ambitnych czytelników. „Wyspa dnia poprzedniego” to książka, która powraca aktualnie na rynek i może cieszyć kolejnych odkrywców tęskniących za rozwiązaniami z Defoe rodem – zwodzi, udaje i niewątpliwie bardzo cieszy. Autor popisuje się tutaj umiejętnościami warsztatowymi, zmysłem ironii oraz obserwacji, a także znakomitym wyczuciem pastiszu, który nadaje ton całości.
Bo niby trzeba wytłumaczyć, jak to się stało, że Robert po utracie przytomności w warunkach zagrożenia życia trafia na opuszczony statek – gotowy jednak do zamieszkania – a stamtąd kieruje się na przedziwną wyspę oferującą niecodzienne atrakcje, ale tak naprawdę każde tłumaczenie jest tu tylko płótnem do tworzenia kolejnych hiperbolizowanych relacji kształtujących niemal materialny, kwiecisty styl. To, co w streszczeniach zajmowałoby kilka słów, tu może zamienić się w kilkustronicową impresję, która – wbrew nieekonomiczności – przykuwa uwagę czytelników jeszcze bardziej i nakłania do odkrywania kolejnych zabiegów literackich. Umberto Eco przenosi odbiorców do XVII wieku, chociaż wcale nie musi nakreślać granic epoki. Stawia na inność w stylistyce, na rodzaj opowieści, który fascynuje i jednocześnie bardzo odróżnia się od współczesnych lektur. Staje się autor prestidigitatorem – jego kuglarskie umiejętności budzą zachwyt, bo są naprawdę mistrzowskie. Kolejne frazy będące przecież stylizacją, nie trącą fałszem – są precyzyjne mimo rozłożystości i celne pod kątem opisywania przestrzeni powieściowej. Nawet najbardziej niewiarygodne przygody w takiej oprawie zyskują swoje prawdopodobieństwo – i to zjawisko niecodziennie spotykane w literaturze obecnie. Co ciekawe, chociaż narracja wzorowana jest na archaicznych już schematach, książka nie sprawia wrażenia przebrzmiałej. Na pierwszy rzut oka można wyczuć jej inspiracje i nawiązania. Awanturniczość i filozoficzne rozważania też nie pasują do dwudziestowiecznych kolein scenariuszowych – a jednak tu wszystko się zgadza, nie da się przyłapać autora na obniżeniu jakości czy na próbie zmęczenia czytelników. Melodyjność tej powieści – doskonale w tłumaczeniu uchwycona – jest jej olbrzymim atutem, jednym z wielu. Ważną rolę w tworzeniu narracji odgrywa również ironia wysokiej próby, Umberto Eco nadzwyczaj chętnie wystawia swojego bohatera na rozmaite przeciwności losu, byle tylko trochę go ośmieszyć albo podrwić sobie z typowej sytuacji, w jakiej Robert się znajdzie za sprawą podążania za oczywistymi tropami. W tę historię wpada się od pierwszych stron i nawet widoczne zabiegi pozwalające na budzenie ciekawości odbiorców nie są w stanie zepsuć radości czytania – są po prostu jednym z czynników akcentujących konwencję, wprowadzających w inny tryb prowadzenia historii.
Umberto Eco pokazuje mistrzowską klasę. Proponuje powieść, która bez wątpienia zostanie z czytelnikami na długo i pozwoli im na przeżywanie literatury w najczystszej postaci – to nie jest tom, po który sięga się dla fabuły lub filozoficznych odkryć, to nie jest tom, w którym buduje się archetyp bohatera – to książka, w której chodzi o popis literacki w najlepszej i skondensowanej wersji. I dla odbiorców takie rozwiązanie może okazać się dzisiaj egzotyczne, ale przez to jeszcze bardziej kuszące i niezwykłe. Co ciekawe, to jest proza, która zwraca się ku samej sobie, sama staje się bohaterką opowieści, naśladuje prozę innego gatunku – a jednocześnie okazuje się bardzo zmysłowa i urealniająca najbardziej nierealne przygody.
Podróż
Szukanie nici fabularnej w tej książce jest możliwe, ale mija się z celem – Umberto Eco bowiem koncentruje się o wiele bardziej na pastiszowej formie i grze z czytelnikami niż na treści przekazywanej za sprawą przygód Roberta, szlachcica z Piemontu. Owszem, istnieje tu oś, która pozwala powracać z meandrów pomysłowości i zabaw literackich, trzyma całość w ryzach i mimo wszystko nie pozwala się od lektury oderwać, a jednak sama przyjemność czytania byłaby tu wystarczającym wabikiem na dzisiejszych, co bardziej ambitnych czytelników. „Wyspa dnia poprzedniego” to książka, która powraca aktualnie na rynek i może cieszyć kolejnych odkrywców tęskniących za rozwiązaniami z Defoe rodem – zwodzi, udaje i niewątpliwie bardzo cieszy. Autor popisuje się tutaj umiejętnościami warsztatowymi, zmysłem ironii oraz obserwacji, a także znakomitym wyczuciem pastiszu, który nadaje ton całości.
Bo niby trzeba wytłumaczyć, jak to się stało, że Robert po utracie przytomności w warunkach zagrożenia życia trafia na opuszczony statek – gotowy jednak do zamieszkania – a stamtąd kieruje się na przedziwną wyspę oferującą niecodzienne atrakcje, ale tak naprawdę każde tłumaczenie jest tu tylko płótnem do tworzenia kolejnych hiperbolizowanych relacji kształtujących niemal materialny, kwiecisty styl. To, co w streszczeniach zajmowałoby kilka słów, tu może zamienić się w kilkustronicową impresję, która – wbrew nieekonomiczności – przykuwa uwagę czytelników jeszcze bardziej i nakłania do odkrywania kolejnych zabiegów literackich. Umberto Eco przenosi odbiorców do XVII wieku, chociaż wcale nie musi nakreślać granic epoki. Stawia na inność w stylistyce, na rodzaj opowieści, który fascynuje i jednocześnie bardzo odróżnia się od współczesnych lektur. Staje się autor prestidigitatorem – jego kuglarskie umiejętności budzą zachwyt, bo są naprawdę mistrzowskie. Kolejne frazy będące przecież stylizacją, nie trącą fałszem – są precyzyjne mimo rozłożystości i celne pod kątem opisywania przestrzeni powieściowej. Nawet najbardziej niewiarygodne przygody w takiej oprawie zyskują swoje prawdopodobieństwo – i to zjawisko niecodziennie spotykane w literaturze obecnie. Co ciekawe, chociaż narracja wzorowana jest na archaicznych już schematach, książka nie sprawia wrażenia przebrzmiałej. Na pierwszy rzut oka można wyczuć jej inspiracje i nawiązania. Awanturniczość i filozoficzne rozważania też nie pasują do dwudziestowiecznych kolein scenariuszowych – a jednak tu wszystko się zgadza, nie da się przyłapać autora na obniżeniu jakości czy na próbie zmęczenia czytelników. Melodyjność tej powieści – doskonale w tłumaczeniu uchwycona – jest jej olbrzymim atutem, jednym z wielu. Ważną rolę w tworzeniu narracji odgrywa również ironia wysokiej próby, Umberto Eco nadzwyczaj chętnie wystawia swojego bohatera na rozmaite przeciwności losu, byle tylko trochę go ośmieszyć albo podrwić sobie z typowej sytuacji, w jakiej Robert się znajdzie za sprawą podążania za oczywistymi tropami. W tę historię wpada się od pierwszych stron i nawet widoczne zabiegi pozwalające na budzenie ciekawości odbiorców nie są w stanie zepsuć radości czytania – są po prostu jednym z czynników akcentujących konwencję, wprowadzających w inny tryb prowadzenia historii.
Umberto Eco pokazuje mistrzowską klasę. Proponuje powieść, która bez wątpienia zostanie z czytelnikami na długo i pozwoli im na przeżywanie literatury w najczystszej postaci – to nie jest tom, po który sięga się dla fabuły lub filozoficznych odkryć, to nie jest tom, w którym buduje się archetyp bohatera – to książka, w której chodzi o popis literacki w najlepszej i skondensowanej wersji. I dla odbiorców takie rozwiązanie może okazać się dzisiaj egzotyczne, ale przez to jeszcze bardziej kuszące i niezwykłe. Co ciekawe, to jest proza, która zwraca się ku samej sobie, sama staje się bohaterką opowieści, naśladuje prozę innego gatunku – a jednocześnie okazuje się bardzo zmysłowa i urealniająca najbardziej nierealne przygody.
niedziela, 23 listopada 2025
Jonathan Freedland, Emily Sutton: Urodziny Króla Zimy
Kropka, Warszawa 2025.
Odkrycie klasyki
Ulrich Alexander Boschwitz napisał opowiadanie, które dzisiaj bardzo wpasowuje się w klasyczne baśnie, a zostało przedstawione młodym czytelnikom przez Jonathana Freedlanda i Emily Sutton. „Urodziny Króla Zimy” to krótka historia o następujących po sobie porach roku. Król Zimy, który tęskni za swoim rodzeństwem – Latem, Wiosną i Jesienią – zaprasza wszystkich na urodziny i cieszy się, że może spędzać z nimi czas. Tylko że przyroda szaleje – gorące słońce nie ogrzewa Ziemi wystarczająco, żeby stopić śniegi, liście na drzewach nie wiedziały, czy rozwijać się, czy spadać, zwierzęta szykowały się do snu zimowego i jednocześnie zastanawiały się nad wyborem towarzysza na wiosnę. W takim świecie nikt nie umiał się odnaleźć, zboże nie mogło wyrosnąć, kwiatki potrzebowały słońca, ale musiały walczyć z pokrywą śniegu. Zamieszanie, jakie powstało, pokazało Królowi Zimy, że mimo tęsknoty za rodzeństwem, nie może spędzać czasu z bliskimi. Na szczęście, ponieważ przez chwilę to się udało, Król Zimy może przywoływać piękne wspomnienia i cieszyć się, że kiedyś wszyscy przez moment bawili się razem. To wystarcza: tęsknota nie jest już tak dotkliwa.
„Urodziny Króla Zimy” to książka przypominająca baśń. Została przepięknie wydana: wielki format i piękne ilustracje przykuwają wzrok i sprawiają, że każdy chce mieć takie dzieło w swojej biblioteczce. Baśniowe przesłanie wyjaśnia dzieciom ideę następstwa pór roku w prosty sposób – zamienia w bajkę rzeczywistość. Ale niezależnie od pomysłu, jaki dzisiaj już by się na rynku wydawniczym nie pojawił, liczy się tutaj realizacja. Tekstowo jest to książka przygotowana do szybkiego przeczytania przed snem. Za to ilustracje na bardzo długo zatrzymają czytelników przy tej publikacji. Zwraca tu uwagę zwłaszcza przesycenie stron deseniami – pojawiają się poszczególne płatki śniegu, detale olśniewających strojów bohaterów, starannie wyrysowane gałęzie drzew i szczegóły kwiatków. Każda strona – niezależnie od tego, czy jest pełnowymiarowym rysunkiem, czy zawiera kilka grafik – wymaga skupienia i oglądania kolejnych elementów obrazków. Razem wszystko sprawia duże wrażenie, ale dopiero analiza ilustracji ujawnia wszystkie smakowite pomysły. To bardzo ożywia świat przedstawiony i pozwala się w nim rozgościć, jest tu naprawdę mnóstwo różnorodnych elementów, rozwiązań, które przypadną do gustu nie tylko dzieciom. Nasi odbiorcy – zwłaszcza starsi czytający swoim pociechom – mogą tu mieć skojarzenia z ilustracjami Marcina Szancera, z pewnością jednak najmłodsi, coraz częściej karmieni komputerową i bezduszną papką w grafikach będą olśnieni takimi rozwiązaniami. „Urodziny Króla Zimy” to z jednej strony zatem nawiązanie do odwiecznych baśniowych sposobów objaśniania praw natury i świata – z drugiej prawdziwy popis graficzny. Na rynku pojawia się odkrycie zapomnianego dzieła – ale realizacja sprawia, że to dzieło będzie dla dzisiejszych czytelników zachwycające.
Odkrycie klasyki
Ulrich Alexander Boschwitz napisał opowiadanie, które dzisiaj bardzo wpasowuje się w klasyczne baśnie, a zostało przedstawione młodym czytelnikom przez Jonathana Freedlanda i Emily Sutton. „Urodziny Króla Zimy” to krótka historia o następujących po sobie porach roku. Król Zimy, który tęskni za swoim rodzeństwem – Latem, Wiosną i Jesienią – zaprasza wszystkich na urodziny i cieszy się, że może spędzać z nimi czas. Tylko że przyroda szaleje – gorące słońce nie ogrzewa Ziemi wystarczająco, żeby stopić śniegi, liście na drzewach nie wiedziały, czy rozwijać się, czy spadać, zwierzęta szykowały się do snu zimowego i jednocześnie zastanawiały się nad wyborem towarzysza na wiosnę. W takim świecie nikt nie umiał się odnaleźć, zboże nie mogło wyrosnąć, kwiatki potrzebowały słońca, ale musiały walczyć z pokrywą śniegu. Zamieszanie, jakie powstało, pokazało Królowi Zimy, że mimo tęsknoty za rodzeństwem, nie może spędzać czasu z bliskimi. Na szczęście, ponieważ przez chwilę to się udało, Król Zimy może przywoływać piękne wspomnienia i cieszyć się, że kiedyś wszyscy przez moment bawili się razem. To wystarcza: tęsknota nie jest już tak dotkliwa.
„Urodziny Króla Zimy” to książka przypominająca baśń. Została przepięknie wydana: wielki format i piękne ilustracje przykuwają wzrok i sprawiają, że każdy chce mieć takie dzieło w swojej biblioteczce. Baśniowe przesłanie wyjaśnia dzieciom ideę następstwa pór roku w prosty sposób – zamienia w bajkę rzeczywistość. Ale niezależnie od pomysłu, jaki dzisiaj już by się na rynku wydawniczym nie pojawił, liczy się tutaj realizacja. Tekstowo jest to książka przygotowana do szybkiego przeczytania przed snem. Za to ilustracje na bardzo długo zatrzymają czytelników przy tej publikacji. Zwraca tu uwagę zwłaszcza przesycenie stron deseniami – pojawiają się poszczególne płatki śniegu, detale olśniewających strojów bohaterów, starannie wyrysowane gałęzie drzew i szczegóły kwiatków. Każda strona – niezależnie od tego, czy jest pełnowymiarowym rysunkiem, czy zawiera kilka grafik – wymaga skupienia i oglądania kolejnych elementów obrazków. Razem wszystko sprawia duże wrażenie, ale dopiero analiza ilustracji ujawnia wszystkie smakowite pomysły. To bardzo ożywia świat przedstawiony i pozwala się w nim rozgościć, jest tu naprawdę mnóstwo różnorodnych elementów, rozwiązań, które przypadną do gustu nie tylko dzieciom. Nasi odbiorcy – zwłaszcza starsi czytający swoim pociechom – mogą tu mieć skojarzenia z ilustracjami Marcina Szancera, z pewnością jednak najmłodsi, coraz częściej karmieni komputerową i bezduszną papką w grafikach będą olśnieni takimi rozwiązaniami. „Urodziny Króla Zimy” to z jednej strony zatem nawiązanie do odwiecznych baśniowych sposobów objaśniania praw natury i świata – z drugiej prawdziwy popis graficzny. Na rynku pojawia się odkrycie zapomnianego dzieła – ale realizacja sprawia, że to dzieło będzie dla dzisiejszych czytelników zachwycające.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






