* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 9 sierpnia 2026

Kelsey McKinney: Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować

Mando, Kraków 2026.

Kultura plotki

Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.

sobota, 8 sierpnia 2026

Olga Rudnicka: Nie odpuszczę ci aż do śmierci

Prószyński i S-ka, Warszawa 2026.

Związek z teściową

Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.

I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.

Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.

piątek, 7 sierpnia 2026

Mieczysław Gorzka: Spadek po mojemu

Skarpa Warszawska, Warszawa 2026.

Zadanie dla wnuków

Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.

Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.

Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Bill Clinton, James Patterson: Pierwszy dżentelmen

Rebis, Poznań 2026.

Wina

James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.

Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.

środa, 5 sierpnia 2026

Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia

Znak, Kraków 2026.

Igrzyska

Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.

Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.

Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Anna Brook-Mitchell: Kto by się spodziewał?

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Empatia

Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.