Sensus, Gliwice 2026.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 24 lipca 2026
czwartek, 23 lipca 2026
Aleksandra Belta-Iwacz: Kazik i obowiązki domowe
Media Rodzina, Poznań 2026.
Sprzątanie
Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.
Sprzątanie
Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.
środa, 22 lipca 2026
Merryn Allingham: Morderstwo w bibliotece
Mando, Kraków 2026.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
wtorek, 21 lipca 2026
Umiem rysować morski świat
Kropka, Warszawa 2026.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
poniedziałek, 20 lipca 2026
Ewelina Podrez-Siama: Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania
Onepress, Gliwice 2026.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
niedziela, 19 lipca 2026
Christian Tielmann: Maks korzysta z toalety
Media Rodzina, Poznań 2026.
Bez pieluchy
Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.
Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.
Bez pieluchy
Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.
Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.
sobota, 18 lipca 2026
Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy
Marginesy, Warszawa 2026.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






