* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 18 lutego 2026

Ewa Wądołowska: Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię

Sensus, Gliwice 2026.

Bez lekarstw

Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.

Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.

wtorek, 17 lutego 2026

Beccy Blake: Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje

Kropka, Warszawa 2026.

Królestwo wyobraźni

W tym komiksie – a właściwie w serii komiksowej – tytuł jest bez wątpienia najlepszy. „Kurze wzgórze” to coś, co przyciąga wzrok. A ponieważ tytuł tomu to „Kaktus zombie atakuje”, młodzi odbiorcy mogą być pewni, że tu rutyny i nudy nie będzie. Dorośli mogliby bardziej sceptycznie podchodzić do lektury, ale umówmy się – Beccy Blake do dorosłych się absolutnie nie kieruje. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy przeżywają najbardziej fantastyczne przygody, jakie tylko da się wymyślić – Ferdek to mały wynalazca i główny napęd akcji. Kroku dotrzymują mu dzielne zwierzaki – mops Gryzia znany z puszczania bąków i kot Dzwonek, który przeważnie zajmuje się zapadaniem w drzemki. Cała ferajna doskonale się bawi, chociaż nie zawsze wszystko idzie po myśli postaci. A to kosmici przylatują, żeby pozbawić świat pieczonej fasoli, a to dom przenosi się do krainy ożywionych kaktusów – które na pewno nie mają dobrych zamiarów, a to żaba wyciągnięta ze stawu okazuje się tajemniczym władcą o wyjątkowo złośliwym charakterze. I tak za każdym razem dzieje się coś, co wywraca świat bohaterów do góry nogami, nakazuje połączyć siły i wytężyć umysł, żeby uniknąć przykrego losu. Przy okazji zawsze jest zabawnie – nie tylko sarkastyczni główni bohaterowie wymieniają się komentarzami na temat aktualnego stanu rzeczy, ale całość oceniają jeszcze dwa złośliwe ślimaki. W ogóle postaci z drugiego planu jest tu całe mnóstwo, a każda potęguje absurd i zmienia sposób postrzegania fabuły – szatkuje ją i dynamizuje, przynajmniej w oczach młodych czytelników.

„Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje” to książka bardzo kolorowa. Barwy są tu nasycone, nie ma mowy o pastelowych odcieniach, wszystko uderza w odbiorców, stanowi bodźce, od których trudno się oderwać. W samych rysunkach widać wyraźnie młodzieżowy charakter kreski – bohaterowie przypominają stwory z zeszytów szkolnych, zresztą komizm wyprodukowany w ten sposób jest spotykany w wielu poradnikach dotyczących rysowania komiksów dla młodzieży. Na samym końcu książki znaleźć można poradnik, jak w prosty sposób narysować bohaterów – tak, żeby każdy, komu przypadną do gustu te przygody, mógł dodawać jeszcze własne wersje historyjek i sprawdzać się w wymyślaniu absurdalnych wydarzeń. Beccy Blake przeważnie zatrzymuje się na poziomie prostych potyczek i puszczania bąków w tle – posługuje się zatem tematami zakazanymi jeszcze parę dekad temu w twórczości dla młodych czytelników, chce przywiązać ich do siebie wizją wolności i nieskrępowanej swobody twórczej. W pewnym momencie takie zwariowane przygody mogą dzieci zaangażować – a na pewno odbiorcy podziwiać będą samą kreskę, kadry rysunkowe i brak pouczeń. Bo w tych komiksach chodzi o czystą rozrywkę – żadne lekcje zachowania czy edukacyjne tematy, liczy się zabawa na całego. Beccy Blake powraca do pierwszych wizji komiksów jako odskoczni od zwyczajności, rutyny i porządku. Przy „Kurzym wzgórzu” trzeba się jednak przygotować przede wszystkim na absurd, który zastępuje i sensy, i puenty. Sięgną po tę książkę przede wszystkim dzieci, które czytać nie lubią – a to oznacza, że Beccy Blake odniesie sukces.

poniedziałek, 16 lutego 2026

Krystyna Rożnowska: Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie

Mando, Kraków 2026.

Ochrona

Choroby psychiczne to delikatny temat, ale obecnie szerzy się świadomość z nimi związana, a sami korzystający z opieki medycznej psychiatrów nie są już wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Jednak jeszcze sto lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i Krystyna Rożnowska w swoim reportażu stara się to czytelnikom uświadomić. „Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie” to potężna książka, która przeprowadza od dawnych czasów, w których „Kobierzyn” był synonimem miejsca odosobnienia dla umysłowo chorych po czasy obecne – po remoncie i reorganizacji struktur oraz samego procesu leczenia. I najciekawsze są właśnie metamorfozy, które autorka odnotowuje. Kilka dekad wcześniej nie zderza się z koniecznością chronienia prywatności chorych, może z nimi rozmawiać, dowiadywać się o ich chorobach i problemach, funkcjonuje jako dziennikarka wpuszczona do szpitala – obecnie musi bardziej uważać, nie ze wszystkimi da radę porozmawiać i nie wszędzie dotrze. Ale zgromadzone wiadomości przekuwa na silną pod względem emocji opowieść. Rozmawia między innymi z pielęgniarkami, które pamiętają czasy wojny, z lekarzami, którzy muszą borykać się z chorymi zsyłanymi do nich – lub ludźmi z marginesu spychanymi do Kobierzyna z braku lepszych pomysłów. Są tu oddziały dla tych, którzy kogoś w amoku zabili, i powracający regularnie alkoholicy, są artyści i ludzie pogrążeni w depresji, schizofrenicy i ci, którzy nie zyskali zrozumienia najbliższych. W całej historii Kobierzyna czasami pojawiają się ludzie z chorobami niewyjaśnionymi – ale przecież trzeba znaleźć dla nich miejsce i wypróbować sposoby leczenia, jakoś pomóc, choćby tylko na chwilę. Krystyna Rożnowska rozmawia i z personelem medycznym, i z pacjentami, wysłuchuje historii, które wydają się czasami nieprawdopodobne, a czasami – dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tak starannie, że sama nie potrafi odróżnić prawdy od majaków chorych ludzi: wtedy przytacza po prostu opowieści bez większych komentarzy. Oddaje głos tym, którzy zwykle nie przebijają się do powszechnej świadomości, pokazuje szpital dla psychicznie chorych jako miejsce rozmaitych terapii – tu obok klasycznych leków czy metod, które odeszły do lamusa, pojawiają się sposoby na odwrócenie uwagi od schorzeń czy zaburzeń i próby wykorzystania energii rozpierającej niektórych pacjentów. Zdarzają się mroczne strony – niektórzy pacjenci wywołują z przeszłości sytuacje mrożące krew w żyłach – ale ani autorka, ani lekarze nie są w stanie do końca zweryfikować podawanych przez pacjentów rewelacji, należy zatem wziąć poprawkę na konfabulacje i przesadę.

Chorzy i personel medyczny są tu najważniejsi. Dopiero w drugiej kolejności autorka zajmuje się budynkami i malowniczym otoczeniem – zabytkowe dzisiaj zabudowania dostarczają estetycznych wrażeń i ułatwiają rekonwalescencję. W ramach tej narracji zmienia się postrzeganie miejsca – to już nie pogardzane przez ogół miejsce – to szpital z prawdziwego zdarzenia, umożliwiający ratunek w najbardziej delikatnych i nie do końca rozpoznanych chorobach.

Czytelnicy otrzymują tu lekturę wyjątkową, mocno zaangażowaną i wypełnioną zestawem ciekawostek, z narracją poprowadzoną fachowo i jednocześnie – z wyczuleniem na drugiego człowieka. Krystyna Rożnowska materiał do swoich reportaży zbiera przez lata, dzięki czemu może naprawdę kompleksowo potraktować temat – a także ocalać wspomnienia, które inaczej uległyby zatarciu.

niedziela, 15 lutego 2026

Joanna Godecka, Sylwia Stodulska-Jurczyk: Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania

Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.

W parze

Różne są poradniki dotyczące miłości i związków, Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk dołączają do tego zestawu z kolejną propozycją, ale zwracają baczną uwagę na zmiany społeczne i to, co dzisiaj warunkuje wchodzenie w kolejne relacje. „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania” to książka, w której nadrzędnym tematem staje się dobór partnerów dzięki internetowym portalom i aplikacjom randkowym – czyli coś, co jeszcze do niedawna było przez psychologów w najlepszym razie marginalizowane, jeśli nie w ogóle pomijane. Tymczasem możliwość szybkiego wyszukiwania osób spełniających określone kryteria i możliwość dopasowywania ich do własnych oczekiwań sprawia, że ludzie mniej troszczą się o budowanie pełnego i wartościowego związku, a bardziej postrzegają potencjalną drugą połówkę jak towar, który w każdej chwili można zwrócić do sklepu – zamiast postarać się o wypracowanie stabilizacji i rozmawiać o wizjach związku. Związek w „Epoce singli” to nie tylko małżeństwo, autorki unikają kategoryzowania i wolą skupiać się na sednie kontaktów międzyludzkich a nie na powracaniu do urzędowo zatwierdzanych relacji: tu każdy znajdzie coś dla siebie.

Książka została podzielona na dwie części, w pierwszej autorki zapraszają do dyskusji kolejnych badaczy i psychologów, którzy wybrali sobie konkretne zagadnienie i wnikliwie je analizują. Do tego stopnia, że nie boją się odpowiedzi na pytanie „czego pragną kobiety” i „czego pragną mężczyźni” – wnioski z tych wywiadów mogą być dla czytelników dość zaskakujące. Za każdym razem autorki wybierają nadrzędny temat, który nadaje ton i kierunek rozmowom, po to, żeby czytelnicy mogli przejrzeć się w tych opowieściach i umieć wskazać najbardziej palące punkty do poprawienia w swoim życiu. To nie jest historia o singlach – raczej bycie singlem to problem, który warto rozwiązać: autorki uznają, że single albo zostali w poprzednich relacjach pokrzywdzeni i teraz boją się podejmowania ryzyka, albo dla wygody są sami, bo nie potrafią się dopasowywać, albo nie chcą odrzucenia, świadomi, że dzisiejszy świat jest bezlitosny w kwestii stabilności w związkach. A skoro singiel z przekonania (i to przekonania wewnętrznego, a nie płynącego z poprzednich doświadczeń) to rzadkość, lepiej skupić się na tych, którzy są singlami, ale niekoniecznie o tym marzą. Autodiagnozy nie są niezbędne, ale stanowią ciekawą socjologiczną obserwację, która może sporo czytelnikom powiedzieć o ich samych albo o ich potencjalnych partnerach. W drugiej części książki autorki stawiają na swoje rozmowy – znowu forma wywiadu pozwala lepiej przyswajać informacje i pokonywać własne uprzedzenia: pojawi się tu między innymi rozdział o nieśmiałości czy o lęku przed pierwszym krokiem, a także o stereotypach dotyczących miłości – które przeszkadzają w budowaniu wartościowej relacji. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych spostrzeżeń i tez, to wygodne rozwiązanie dla leniwych i nieuważnych – w drugiej części tomu można też dostać zestawy zadań czy testy pomagające w autoanalizach. I wszystko to prowadzi do samoświadomości, a także do ewentualnej szansy na poprawienie jakości związków. Książka została przygotowana tak, żeby nie zarzucać czytelników przesadnie teoriami psychologicznymi, za to żeby zwrócić uwagę na konsekwencje aktualnego trybu życia.

sobota, 14 lutego 2026

Edyta Świętek: Łąki kwitnące purpurą

Mando, Kraków 2026.

Zwyczajność

W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.

Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.

piątek, 13 lutego 2026

Sabine Bohlmann: Jutro będę dzielny

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Samodzielność

Istnieje całkiem spore grono fanów – nie tylko małych odbiorców – duetu twórczego Sabine Bohlmann-Emilia Dziubak. Kolejny picture book edukacyjny dla najmłodszych – „Jutro będę dzielny” – cechuje się wspaniałymi obrazami ze świata przyrody i fabułą, która przypomina odbiorcom, że do wszystkiego trzeba dojrzeć i na wszystko przyjdzie czas. Sabine Bohlmann zabiera czytelników do codzienności ptasiej rodziny. Urocze stworzonka budują gniazdo, w którym wkrótce pojawiają się jajka. Ptasia mama cierpliwie je wysiaduje i już wkrótce może cieszyć się z potomstwa. Jedno jajko pozostaje jajkiem wyjątkowo długo, a kiedy wreszcie wykluwa się z niego pisklę, okazuje się mniej przebojowe niż rodzeństwo. Wszystkie ptaki dorastają i uczą się latać, jedynie ostatni maluch wszystkiego się boi i obiecuje rodzicom, że „jutro będzie dzielny”. Nikt nie mówi mu, że powinien się bardziej starać, nie zawstydza, stawiając za wzór starsze rodzeństwo, ani nie zauważa, że problem wziął się z późniejszego wyklucia się – mama po prostu czeka i pozwala, żeby ptaszek sam dojrzał i nabrał ochoty na wyfrunięcie z gniazda – oraz pewności siebie, która umożliwi mu wzbicie się w powietrze. Oczywiście wokół nie brakuje życzliwych, którzy dobrymi w swoim przekonaniu radami mogą doprowadzić do frustracji malucha albo jego rodziców – na szczęście ci postanawiają słuchać intuicji i zostawić sprawy własnemu biegowi. Dzięki temu ptaszek przekonuje się, że i on da sobie radę w dorosłym świecie – a kiedy już poczuje, że nadszedł moment na szybowanie w przestworzach, da mu to sporo satysfakcji.

U Sabine Bohlmann pojawia się motyw niezwykle istotny z perspektywy małych odbiorców. Każde dziecko ma jakiś obszar, w którym nie czuje się zbyt pewnie i w którym potrzebuje trochę więcej czasu niż rówieśnicy, żeby móc go tak jak oni realizować – w takim wypadku ponaglenia i wyszydzanie nie pomagają, najbardziej liczy się wyrozumiałość, cierpliwość i bezwarunkowa akceptacja. Ptasia rodzina uczy odbiorców (tych młodszych i tych starszych), że czasami wystarczy poczekać bez złośliwości – a to, co kiedyś było trudne, z czasem stanie się łatwiejsze. Wzruszająca i bardzo prosta historia o ptaszku, który bał się latać, pokazuje najmłodszym, że nie muszą na siłę pokonywać swoich lęków, a także że strach nigdy nie trwa wiecznie – za to pozwala niekiedy poczekać na odpowiedni moment. Sabine Bohlmann bez trudu trafi tą opowieścią do małych odbiorców. Z kolei Emilia Dziubak sprawia, że wszyscy fani jej ilustracji będą z zapartym tchem śledzić kolejne obrazki z korony drzewa. Tutaj przyroda gra główną rolę, precyzyjnie i bajkowo wyrysowywane liście i rozmaite elementy ptasiej codzienności uwiarygodniają opowieść w oczach najmłodszych. Dzieci dzięki takiej lekturze nabierają pewności siebie, śmiałości i fantazji, przekonują się też, że nie tylko one czasami czegoś się boją albo nie mają ochoty na robienie tego, co inni. Emilia Dziubak zaprasza do krainy fantazji bazującej na rzeczywistości – dobrze czuje się w przestrzeniach leśnych, i sprawia, że ilustrowane przez nią książki zamieniają się w wielką i fascynującą serię.

czwartek, 12 lutego 2026

Susan Napier: Miyazaki. Świat w animacji

bo.wiem, Kraków 2026.

Wyobraźnia

Wszyscy ci, którzy z wyższością podchodzą do anime, powinni sprawdzić, ile ta sztuka oferuje i jakie możliwości daje twórcom. Susan Napier przygląda się temu, co wyszło z wyobraźni najsłynniejszego artysty anime – Miyazakiego Hayao. Cały tom „Miyazaki. Świat w animacji” to książka będąca analizą dorobku – komentowaniem kolejnych produkcji i rozwiązań w zestawieniu ze znaczeniami oraz przesłaniami. Autorka tylko we wstępach do rozdziałów pozwala sobie na osobiste wstawki – powiązania z tą twórczością i zasadami odbioru – później przechodzi do rozczytywania kolejnych dzieł i do relacjonowania fabuł oraz przełomowych rozwiązań. Susan Napier koncentruje się na twórczości i całkowicie odrzuca opowiadanie o twórcy – Miyazaki funkcjonuje tu jako artysta i wizjoner, ale przemawia wyłącznie przez dokonania anime. I dzięki temu odbiorcy mogą uniknąć biografizowania w odczytywaniu filmowych odkryć.

Autorka stara się zaprezentować nie tylko przebieg fabuły, ale też cały zestaw informacji, które pomagają przy odbiorze i pozwalają właściwie ocenić przełomowość w dziedzinie anime. Kieruje się wprawdzie do odbiorców świadomych, do tych, którzy twórczość Miyazakiego znają, ale nie zaszkodzi przypomnieć im, jaki jest przebieg wydarzeń w kolejnych utworach. Analizie poddaje zwłaszcza charakterystyki bohaterek – chociaż zajmuje się również rolą wyobraźniowych wytworów i ich miejscem w kulturze popularnej oraz w tradycjach i wierzeniach. Miyazaki czerpie bowiem nie tylko ze społecznych dążeń, a Susan Napier skrupulatnie to odnotowuje. Pozwala dzięki temu czytelnikom na lepsze rozeznanie w tej twórczości, a do tego – bardziej świadomy odbiór i w konsekwencji docenienie kunsztu. Co ciekawe, nie czyta Miyazakiego przez pryzmat nagród i osiągnięć – jedyne osiągnięcia w tej narracji wiążą się z pomysłami na sztukę i na wykorzystywanie kolejnych motywów o pogłębionych znaczeniach. I niby takie przechodzenie od filmu do filmu mogłoby wypadać nieatrakcyjnie, ale autorka książki jest w stanie budować sieć nawiązań i niejako przy okazji wspominać o rozmaitych przesłaniach czy pomysłach zakodowanych w poszczególnych charakterach i scenach. I w ten sposób nie tyko przypomina czytelnikom najciekawsze i najbardziej wartościowe fragmenty dorobku bohatera tomu, ale też uwrażliwia ich na odzwierciedlane zagadnienia społeczne czy problemy środowiskowe. To, co aktualne, miesza się oczywiście z wytworami fantazji – sposobami na nieoczywiste prezentowanie poglądów i znaczeń – Susan Napier podkreśla w tomie „Świat w animacji” szeroki wachlarz możliwości wyrazu, artystycznych wyborów, które zaowocowały niezwykłymi filmami. Dokonuje dekonstrukcji dzieł po to, żeby odkryć przepis na sukces – i zaznaczyć specyfikę oglądu świata.

Ta praca – która jest popularyzatorską opowieścią – stanowi sposób na zaprezentowanie szerokiemu gronu odbiorców dorobku artysty niezwykle ważnego w rozwoju historii anime – Susan Napier chce, żeby czytelnicy wiedzieli o tym, jak kształtowała się wrażliwość twórcy, jak odzwierciedlały się w jego dziełach ważne kwestie okołospołeczne i jakie rozwiązania trafiły do anime dzięki Miyazakiemu. Starannie odnotowuje kolejne zagadnienia i tworzy strukturę pozwalającą na wygodne i pełne odczytywanie przesłań oraz znaczeń – a do tego nie zagłębia się w motywy osobiste czy relacje poza sztuką – tak, żeby nic nie przysłaniało treści przedstawianych w filmach animowanych. Kadry ze scen, które przeszły do historii, ozdabiają tę opowieść, ale są tylko drobnym dodatkiem do prezentowania wyobraźni.