Bajki, które wrzucam od 2012 roku na profil www.facebook.com/bajki.iza.mikrut powoli doczekują się przypominania, tym razem w formie audiobooków - odwiedzajcie i mówcie o tym znajomym, bo wszystko absolutnie za darmo: https://www.youtube.com/watch?v=uLw4P9H3UgU&t
A dzisiaj dodatkowo czternasty odcinek Mrówkacastu, czyli podkastu o tym, co czytać, kiedy nie ma co czytać: https://www.youtube.com/watch?v=yN3OOeRl9uc&t
Zapraszam!
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 18 stycznia 2026
sobota, 17 stycznia 2026
Jørn Lier Horst: Operacja Biały Orzeł
Media Rodzina, Poznań 2025.
Śledztwo
Tiril i Oliver są zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Mali detektywi z Biura Detektywistycznego numer 2 spieszą z pomocą wszystkim pokrzywdzonym, a czasami, jak w tym wypadku, rozwiązują zagadki sprzed lat. Okazja jest doskonała: dziadek pomaga swojej dawnej partnerce, właścicielce pensjonatu Górskie Zbocze, w ozdabianiu miejsca na święta. Wszyscy mogą przy tym dowiedzieć się o zaginionym przed dekadą klejnocie – biały orzeł, piękna ozdoba – zniknął bez śladu i nie ma szans na jego odnalezienie. Chyba że w śledztwo zaangażują się wyjątkowo przenikliwi mali detektywi. Warto tu zaznaczyć, że fabuła tym razem jest drugorzędna, bo to podseria, gadżetowy dodatek do właściwych narracji z Tiril i Oliverem – książka z wieloma zagadkami dla odbiorców. Za każdym razem – na każdej rozkładówce – narracja pełni rolę polecenia dla maluchów. Owszem, akcja jakoś się rozwija, ale nie ma większego znaczenia, składa się głównie z poszukiwań konkretnych przedmiotów. A ponieważ Jorn Lier Horst tylko część opowieści bierze na siebie, drugą dodaje Hans Jorgen Sandnes w ilustracjach – to właśnie na rysunkach odbiorcy będą poszukiwali rozwiązań. „Operacja Biały Orzeł” to picture book z zagadkami. Każda rozkładówka zawiera krótki tekst i duży rysunek – na tym rysunku dzieci będą poszukiwać odpowiedzi (gdyby ktoś nie wyłapał z narracji, co trzeba zrobić, odpowiednie pytania pojawiają się w skrótowej wersji na marginesie). Kto znajdzie wszystkie potrzebne przedmioty albo wskaże ten potrzebny do dalszej części śledztwa, może przejść na kolejną stronę. Kto sobie z wyzwaniem nie poradzi (bo bywają i bardziej skomplikowane wyszukiwanki), ten też może zajrzeć na kolejną rozkładówkę – bo tam, na miniaturce i już poza narracjami, znajduje się obrazek z zaznaczonymi miejscami, na które trzeba było zwrócić uwagę. To wskazówka subtelna i podpowiedź, ale też szansa na sprawdzanie własnych postępów przez dziecko.
Ale nie da się przechytrzyć autora i zrezygnować z lektury – tekst jest potrzebny choćby po to, żeby zrozumieć, dlaczego należy podjąć wysiłek umysłowy i razem z małymi detektywami przeszukiwać pensjonat. Zadania i łamigłówki logiczne zostały tu bardzo sprawnie wtopione w historię i pozwalają na relaks oraz rozrywkę w jednym. Dzieci, które lubią czytać książki detektywistyczne, tym razem mogą o wiele bardziej zaangażować się w akcję i cieszyć się z udanych odkryć. Przy okazji poćwiczą wyobraźnię i sztukę logicznego myślenia, spostrzegawczość i detektywistyczne kompetencje. Jeśli potrzebują wyzwań, tu znajdą ich w nadmiarze – a jeśli wciąż będzie im mało, wiedzą, jakiej podserii szukać.
„Operacja Biały Orzeł” to kontynuacja sprawdzonego pomysłu, gwarancja pracy pod pozorami dobrej zabawy – każdy, kto chce zamienić się w detektywa, będzie nad tym tomikiem spędzać sporo czasu. A przy okazji Horst zapewnia sobie reklamę właściwej serii o bohaterach z Biura Detektywistycznego numer 2.
Śledztwo
Tiril i Oliver są zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Mali detektywi z Biura Detektywistycznego numer 2 spieszą z pomocą wszystkim pokrzywdzonym, a czasami, jak w tym wypadku, rozwiązują zagadki sprzed lat. Okazja jest doskonała: dziadek pomaga swojej dawnej partnerce, właścicielce pensjonatu Górskie Zbocze, w ozdabianiu miejsca na święta. Wszyscy mogą przy tym dowiedzieć się o zaginionym przed dekadą klejnocie – biały orzeł, piękna ozdoba – zniknął bez śladu i nie ma szans na jego odnalezienie. Chyba że w śledztwo zaangażują się wyjątkowo przenikliwi mali detektywi. Warto tu zaznaczyć, że fabuła tym razem jest drugorzędna, bo to podseria, gadżetowy dodatek do właściwych narracji z Tiril i Oliverem – książka z wieloma zagadkami dla odbiorców. Za każdym razem – na każdej rozkładówce – narracja pełni rolę polecenia dla maluchów. Owszem, akcja jakoś się rozwija, ale nie ma większego znaczenia, składa się głównie z poszukiwań konkretnych przedmiotów. A ponieważ Jorn Lier Horst tylko część opowieści bierze na siebie, drugą dodaje Hans Jorgen Sandnes w ilustracjach – to właśnie na rysunkach odbiorcy będą poszukiwali rozwiązań. „Operacja Biały Orzeł” to picture book z zagadkami. Każda rozkładówka zawiera krótki tekst i duży rysunek – na tym rysunku dzieci będą poszukiwać odpowiedzi (gdyby ktoś nie wyłapał z narracji, co trzeba zrobić, odpowiednie pytania pojawiają się w skrótowej wersji na marginesie). Kto znajdzie wszystkie potrzebne przedmioty albo wskaże ten potrzebny do dalszej części śledztwa, może przejść na kolejną stronę. Kto sobie z wyzwaniem nie poradzi (bo bywają i bardziej skomplikowane wyszukiwanki), ten też może zajrzeć na kolejną rozkładówkę – bo tam, na miniaturce i już poza narracjami, znajduje się obrazek z zaznaczonymi miejscami, na które trzeba było zwrócić uwagę. To wskazówka subtelna i podpowiedź, ale też szansa na sprawdzanie własnych postępów przez dziecko.
Ale nie da się przechytrzyć autora i zrezygnować z lektury – tekst jest potrzebny choćby po to, żeby zrozumieć, dlaczego należy podjąć wysiłek umysłowy i razem z małymi detektywami przeszukiwać pensjonat. Zadania i łamigłówki logiczne zostały tu bardzo sprawnie wtopione w historię i pozwalają na relaks oraz rozrywkę w jednym. Dzieci, które lubią czytać książki detektywistyczne, tym razem mogą o wiele bardziej zaangażować się w akcję i cieszyć się z udanych odkryć. Przy okazji poćwiczą wyobraźnię i sztukę logicznego myślenia, spostrzegawczość i detektywistyczne kompetencje. Jeśli potrzebują wyzwań, tu znajdą ich w nadmiarze – a jeśli wciąż będzie im mało, wiedzą, jakiej podserii szukać.
„Operacja Biały Orzeł” to kontynuacja sprawdzonego pomysłu, gwarancja pracy pod pozorami dobrej zabawy – każdy, kto chce zamienić się w detektywa, będzie nad tym tomikiem spędzać sporo czasu. A przy okazji Horst zapewnia sobie reklamę właściwej serii o bohaterach z Biura Detektywistycznego numer 2.
piątek, 16 stycznia 2026
Anita Głowińska: Kicia Kocia. Wielka kłótnia
Media Rodzina, Poznań 2025.
Najważniejsze na świecie
Kicia Kocia i Pacek bawią się w piaskownicy w restaurację, ale swoją zabawę traktują niezwykle poważnie – jak wszystkie maluchy, które przenoszą się do świata wyobraźni. Do zadania podchodzą wyjątkowo kreatywnie, dyskutują nie tylko o podziale ról w wyimaginowanej firmie, ale też – o samym piaskowym menu. I tu pojawia się punkt zapalny: jedno z dzieci chce wprowadzić do jadłospisu jajecznicę, drugie jajecznicy nie cierpi i wolałoby elegancki i czysty omlet. Na to nie może się zgodzić pierwszy bohater – przecież to omlety nie mają racji bytu na świecie, a w ogóle jak można przyjaźnić się z kimś, kto nie lubi jajecznicy? I tak rozwija się spór, który może doprowadzić do katastrofy. Fabułę zapowiada autorka już w tytule – „Wielka kłótnia” oznacza, że Kicia Kocia na moment wychodzi z sielankowego świata, żeby zasmakować innych emocji i sprawdzić, co stanie się, kiedy upiera się przy swoim zdaniu.
Anita Głowińska wie, jak prowadzić krótkie narracje w picture bookach. Przyciąga uwagę czytelników idealnie nieidealnymi konturami i sylwetkami wypełnianymi nierównymi plamami farby, urzeka pozorną naiwnością obrazków – ale tym razem decyduje się na odzwierciedlenie mniej lukrowanych sytuacji. Oczywiście wszyscy mogą się zgodzić co do tego, że powód kłótni jest błahy i nie zasługuje na uwagę, ale to wiadomo – każdy, kto był świadkiem narodzin dziecięcych sporów, może to potwierdzić. Jednak odbiorcy dostrzegą w uporze Kici Koci i Packa coś więcej, chociaż nawet nie będą umieli tego nazwać. Walkę o władzę i dominację w grupie. W tym wypadku Anita Głowińska upraszcza historię, stara się, żeby czytelnicy nie musieli rozpraszać uwagi na wiele postaci, zresztą najważniejszym bohaterem w książce okazują się emocje. Autorka idealnie pokazuje, jak przebiega proces myślowy dziecka po kłótni – i jak wygląda nadzieja na zgodę czy próba doprowadzenia do kompromisu. To wszystko przedstawia odbiorcom, żeby nauczyć ich, jak zachować się w normalnym świecie, w chwili, kiedy emocje wzięły górę i kiedy trzeba naprawić wyrządzone krzywdy, żeby nie stracić przyjaciela. „Kicia Kocia. Wielka kłótnia” to jednocześnie odejście (na moment) od sytuacji, w których wszystko jest bezpieczne, sprawdzone i przyjemne – w życiu zdarzają się też momenty, które budzą strach albo grozę, które wyzwalają złość albo które wymagają samoświadomości, żeby łatwiej było się z nimi uporać. I ta autorka zapewnia dzieciom zestaw mechanizmów czy reakcji, które warto wykorzystać – najpierw poobserwować w bezpiecznej przestrzeni świata Kici Koci, a później przenosić na swoją codzienność. Kicia Kocia to bohaterka, która objaśnia dzieciom świat i robi to w sposób, który zasługuje na uwagę – a nie na drwiny. Maluchy potrzebują tego typu ożywianych przytulanek, żeby odnaleźć się w skomplikowanej rzeczywistości reakcji czy emocji. Kolorowy tomik świetnie sprawdza się jako przewodnik w interakcjach.
Najważniejsze na świecie
Kicia Kocia i Pacek bawią się w piaskownicy w restaurację, ale swoją zabawę traktują niezwykle poważnie – jak wszystkie maluchy, które przenoszą się do świata wyobraźni. Do zadania podchodzą wyjątkowo kreatywnie, dyskutują nie tylko o podziale ról w wyimaginowanej firmie, ale też – o samym piaskowym menu. I tu pojawia się punkt zapalny: jedno z dzieci chce wprowadzić do jadłospisu jajecznicę, drugie jajecznicy nie cierpi i wolałoby elegancki i czysty omlet. Na to nie może się zgodzić pierwszy bohater – przecież to omlety nie mają racji bytu na świecie, a w ogóle jak można przyjaźnić się z kimś, kto nie lubi jajecznicy? I tak rozwija się spór, który może doprowadzić do katastrofy. Fabułę zapowiada autorka już w tytule – „Wielka kłótnia” oznacza, że Kicia Kocia na moment wychodzi z sielankowego świata, żeby zasmakować innych emocji i sprawdzić, co stanie się, kiedy upiera się przy swoim zdaniu.
Anita Głowińska wie, jak prowadzić krótkie narracje w picture bookach. Przyciąga uwagę czytelników idealnie nieidealnymi konturami i sylwetkami wypełnianymi nierównymi plamami farby, urzeka pozorną naiwnością obrazków – ale tym razem decyduje się na odzwierciedlenie mniej lukrowanych sytuacji. Oczywiście wszyscy mogą się zgodzić co do tego, że powód kłótni jest błahy i nie zasługuje na uwagę, ale to wiadomo – każdy, kto był świadkiem narodzin dziecięcych sporów, może to potwierdzić. Jednak odbiorcy dostrzegą w uporze Kici Koci i Packa coś więcej, chociaż nawet nie będą umieli tego nazwać. Walkę o władzę i dominację w grupie. W tym wypadku Anita Głowińska upraszcza historię, stara się, żeby czytelnicy nie musieli rozpraszać uwagi na wiele postaci, zresztą najważniejszym bohaterem w książce okazują się emocje. Autorka idealnie pokazuje, jak przebiega proces myślowy dziecka po kłótni – i jak wygląda nadzieja na zgodę czy próba doprowadzenia do kompromisu. To wszystko przedstawia odbiorcom, żeby nauczyć ich, jak zachować się w normalnym świecie, w chwili, kiedy emocje wzięły górę i kiedy trzeba naprawić wyrządzone krzywdy, żeby nie stracić przyjaciela. „Kicia Kocia. Wielka kłótnia” to jednocześnie odejście (na moment) od sytuacji, w których wszystko jest bezpieczne, sprawdzone i przyjemne – w życiu zdarzają się też momenty, które budzą strach albo grozę, które wyzwalają złość albo które wymagają samoświadomości, żeby łatwiej było się z nimi uporać. I ta autorka zapewnia dzieciom zestaw mechanizmów czy reakcji, które warto wykorzystać – najpierw poobserwować w bezpiecznej przestrzeni świata Kici Koci, a później przenosić na swoją codzienność. Kicia Kocia to bohaterka, która objaśnia dzieciom świat i robi to w sposób, który zasługuje na uwagę – a nie na drwiny. Maluchy potrzebują tego typu ożywianych przytulanek, żeby odnaleźć się w skomplikowanej rzeczywistości reakcji czy emocji. Kolorowy tomik świetnie sprawdza się jako przewodnik w interakcjach.
czwartek, 15 stycznia 2026
Marta Madejska: Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji
Czarne, Wołowiec 2025.
Końce
Marta Madejska jeszcze raz powraca do tematu przeobrażeń ustrojowych, które podręczniki do historii traktują o wiele bardziej bezdusznie niż reporterzy i autorzy wspomnień. „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji” to książka pełna ludzkich krzywd, rozczarowań i goryczy, pełna bezradności i niezrozumienia dla tego, co konieczne. I, co ważne, mimo upływu czasu, rozpacz bijąca z niektórych opowieści może być wciąż żywa i bardzo przekonująca dla odbiorców. Bo Marta Madejska, jeśli chce zarejestrować reakcje społeczne i doświadczenia, musi pochylić się nad tym, co spotkało zwykłych ludzi, tych najmniej przygotowanych na zmiany. I tak przez wiele tematów i wiele rozdziałów tropi największe klęski, biedę, opowieści o stracie i o niepewnej przyszłości, tej najbliższej. Rozmówcy Marty Madejskiej pamiętają, jak wiele wyrzeczeń kosztowała ich prywatyzacja, jak trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości i jak liczne upodlenia spotykały ich – albo ich bliskich – w wyniku przemian ustrojowych. Nieważne, czy odwołuje się do wspomnień żon polityków, czy do zwykłych zjadaczy chleba, czy śledzi żale wylewane przez czytelników prasy, czy po prostu nakłania kogoś do zwierzeń po latach – za każdym razem odnajduje w ludzkich historiach echo bezradności i na niej układa całą swoją książkę. Uświadamia dzisiejszym odbiorcom, co oznaczało zamknięcie fabryki, wokół której skupione było całe lokalne życie – co działo się, kiedy pracę tracił nie jeden człowiek, a całe osiedla robotnicze, kiedyś przecież specjalnie przy zakładach pracy organizowane. Teraz zajmuje się losem tych, którzy nie potrafili sobie poradzić albo musieli błyskawicznie znaleźć na siebie nowy pomysł. Napomyka o tych, którzy dostali spore odprawy, ale nie wiedzieli, jak sensownie je zainwestować, więc szybko doprowadzili do bankructwa. Przywołuje lęki rodziców chorych dzieci oraz wyznania tych, którzy nie jedli, bo nie mieli za co. Zestawia ze sobą rosnące ceny i malejące wypłaty. Czasami rejestruje też z góry skazaną na niepowodzenie walkę o firmę. Jest w tym wszystkim świadomość, że nie da się bez takiego – niezamierzonego przecież – poświęcenia przeprowadzić niezbędnych reform, ale też i pewność, że żadne podpowiedzi czy działania edukacyjne nie mogłyby uchronić ludzi przed widmem bezrobocia lub pogorszenia jakości życia. A przecież w tym życiu pojawiają się punkty wspólne i z dzisiejszymi doświadczeniami, sama autorka buduje całkiem rozłożystą opowieść o codzienności odwzorowywanej z łamów „Przyjaciółki” (jeszcze zanim stała się zwykłym pismem rozrywkowym dla pań) – to nie egzotyczny świat, to rzeczywistość, którą jeszcze całkiem spora część społeczeństwa pamięta z własnego życiorysu. „Ostatni gasi światło” to książka napisana z fragmentów, krótkich, wręcz hasłowych spostrzeżeń i migawek – tylko tak da się przeskakiwać między tematami, z których każdy to zestaw dramatów jednostek – tylko tak da się stworzyć obraz, który przypomina, a niekoniecznie kształtuje świadomość transformacji. To książka, która tylko zahacza o pojedyncze historie – zawsze wyjątkowe, chociaż niemal identyczne bez względu na miejsce pracy czy przeżycia i poglądy. Marta Madejska znalazła swój język do opisywania transformacji. I jest to język niezwykły.
Końce
Marta Madejska jeszcze raz powraca do tematu przeobrażeń ustrojowych, które podręczniki do historii traktują o wiele bardziej bezdusznie niż reporterzy i autorzy wspomnień. „Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji” to książka pełna ludzkich krzywd, rozczarowań i goryczy, pełna bezradności i niezrozumienia dla tego, co konieczne. I, co ważne, mimo upływu czasu, rozpacz bijąca z niektórych opowieści może być wciąż żywa i bardzo przekonująca dla odbiorców. Bo Marta Madejska, jeśli chce zarejestrować reakcje społeczne i doświadczenia, musi pochylić się nad tym, co spotkało zwykłych ludzi, tych najmniej przygotowanych na zmiany. I tak przez wiele tematów i wiele rozdziałów tropi największe klęski, biedę, opowieści o stracie i o niepewnej przyszłości, tej najbliższej. Rozmówcy Marty Madejskiej pamiętają, jak wiele wyrzeczeń kosztowała ich prywatyzacja, jak trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości i jak liczne upodlenia spotykały ich – albo ich bliskich – w wyniku przemian ustrojowych. Nieważne, czy odwołuje się do wspomnień żon polityków, czy do zwykłych zjadaczy chleba, czy śledzi żale wylewane przez czytelników prasy, czy po prostu nakłania kogoś do zwierzeń po latach – za każdym razem odnajduje w ludzkich historiach echo bezradności i na niej układa całą swoją książkę. Uświadamia dzisiejszym odbiorcom, co oznaczało zamknięcie fabryki, wokół której skupione było całe lokalne życie – co działo się, kiedy pracę tracił nie jeden człowiek, a całe osiedla robotnicze, kiedyś przecież specjalnie przy zakładach pracy organizowane. Teraz zajmuje się losem tych, którzy nie potrafili sobie poradzić albo musieli błyskawicznie znaleźć na siebie nowy pomysł. Napomyka o tych, którzy dostali spore odprawy, ale nie wiedzieli, jak sensownie je zainwestować, więc szybko doprowadzili do bankructwa. Przywołuje lęki rodziców chorych dzieci oraz wyznania tych, którzy nie jedli, bo nie mieli za co. Zestawia ze sobą rosnące ceny i malejące wypłaty. Czasami rejestruje też z góry skazaną na niepowodzenie walkę o firmę. Jest w tym wszystkim świadomość, że nie da się bez takiego – niezamierzonego przecież – poświęcenia przeprowadzić niezbędnych reform, ale też i pewność, że żadne podpowiedzi czy działania edukacyjne nie mogłyby uchronić ludzi przed widmem bezrobocia lub pogorszenia jakości życia. A przecież w tym życiu pojawiają się punkty wspólne i z dzisiejszymi doświadczeniami, sama autorka buduje całkiem rozłożystą opowieść o codzienności odwzorowywanej z łamów „Przyjaciółki” (jeszcze zanim stała się zwykłym pismem rozrywkowym dla pań) – to nie egzotyczny świat, to rzeczywistość, którą jeszcze całkiem spora część społeczeństwa pamięta z własnego życiorysu. „Ostatni gasi światło” to książka napisana z fragmentów, krótkich, wręcz hasłowych spostrzeżeń i migawek – tylko tak da się przeskakiwać między tematami, z których każdy to zestaw dramatów jednostek – tylko tak da się stworzyć obraz, który przypomina, a niekoniecznie kształtuje świadomość transformacji. To książka, która tylko zahacza o pojedyncze historie – zawsze wyjątkowe, chociaż niemal identyczne bez względu na miejsce pracy czy przeżycia i poglądy. Marta Madejska znalazła swój język do opisywania transformacji. I jest to język niezwykły.
środa, 14 stycznia 2026
Agnieszka Krawczyk: Znaki naszego losu
Filia, Poznań 2025.
Nad wodą
Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.
Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.
Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.
„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.
Nad wodą
Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.
Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.
Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.
„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.
wtorek, 13 stycznia 2026
Charles Spencer: Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja
Czarne, Wołowiec 2025.
Dzieciństwo
Ten temat nie jest już tabuizowany, chociaż światło dzienne powinien ujrzeć znacznie wcześniej – żeby uniknąć wielu dramatów za murami elitarnych szkół. Charles Spencer teraz, kiedy już nie wywoła sensacji ani skandalu, mierzy się z własnymi wspomnieniami i odkryciami związanymi ze szkołą z internatem – i piekłem, jakie przeżywali mali chłopcy oderwani od swoich rodzin i pozbawieni podstawowej ochrony przed nadużywającymi swojej władzy dorosłymi. „Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja” to zwierzenie i próba ukołysania w sobie skrzywdzonego dziecka, a jednocześnie szokujący (wciąż) reportaż o tym, co przeżywały dzieci, które miały po prostu zdobywać wiedzę i maniery. Charles Spencer zajmuje się przede wszystkim wykroczeniami i krzywdami – rozbija je na tematyczne rozdziały, zaczynając od flagowego już zagadnienia chłosty. Pokazuje, jak można było zapracować na lanie i jak wyglądały wymierzane kary, ale poza odczuciami i reakcjami dzieci (także tych, które po pół wieku wciąż mają na ciele ślady tamtych doświadczeń) przedstawia też perwersyjną przyjemność oprawców. Zależy mu na tym, żeby uświadomić odbiorcom, że chłopcy nie mieli szans na pomoc: nikt nie uwierzyłby im w rewelacje przynoszone ze szkoły, a wśród nauczycieli i wychowawców nie znalazł się żaden zasługujący na zaufanie pedagog. Po karach cielesnych przychodzi czas na opowieści o innych rodzajach znęcania się nad najmłodszymi – to zmuszanie do jedzenia aż do wymiotów, wyśmiewanie wyglądu, a także… nadużycia o charakterze seksualnym. Autor, chociaż nie musi, dzięki układowi tematycznemu może stopniować napięcie. To wszystko, na co dzisiaj wyjątkowo wyczula się społeczeństwo, za murami elitarnej z pozoru szkoły zamieniało się w maltretowanie najmłodszych. Co ważne – Charles Spencer prawie wcale nie zajmuje się relacjami między kolejnymi rocznikami, a przecież sam na początku zostaje przez dyrektorkę oddany pod „opiekę” starszemu prześladowcy i bez wątpienia mógłby dodać wiele na ten temat. Bardziej zależy mu na ocenieniu nauczycieli i opiekunów.
W tej opowieści nie ma miejsca na świat zewnętrzny: nawet jeśli za murami toczy się normalne życie, chłopcy nie mają szans go zaznać, nie dowiedzą się, jak wygląda normalność. Z perspektywy czasu dopiero mogą ocenić ogrom krzywd i komplikacji, które naznaczyły ich egzystencję. I w tym wypadku wcale nie ma znaczenia nazwisko autora – brat księżnej Diany przeżywa to samo, co pozostałe dzieci. Autor tłumaczy, dlaczego posyłanie kilkulatków do szkoły z internatem nie ma racji bytu – ale po opisywanych przez niego przeżyciach i tak stanie się to jasne. Dzięki tak trudnej opowieści – wzbogaconej jeszcze przez komentarze kolegów spotykanych po latach – może przeanalizować własną przeszłość i rozprawić się z demonami. Nie jest to łatwa lektura, ale czytelnicy mogą być na nią przygotowani ze względu na świadomość społeczną i zmiany w mentalności – wyjątkowo wrażliwi na krzywdę dzieci będą tu jednak mieli sporo trudności w śledzeniu historii. Spencer proponuje narrację bardzo staranną, niezależnie od treści dba o zrytmizowane frazy i szczegółowość w opisach. I poza relacjonowaniem rzeczywistości dodaje - co może zrobić z perspektywy czasu - także uwagi na temat znaczenia kolejnych przeżyć na późniejsze życie.
Dzieciństwo
Ten temat nie jest już tabuizowany, chociaż światło dzienne powinien ujrzeć znacznie wcześniej – żeby uniknąć wielu dramatów za murami elitarnych szkół. Charles Spencer teraz, kiedy już nie wywoła sensacji ani skandalu, mierzy się z własnymi wspomnieniami i odkryciami związanymi ze szkołą z internatem – i piekłem, jakie przeżywali mali chłopcy oderwani od swoich rodzin i pozbawieni podstawowej ochrony przed nadużywającymi swojej władzy dorosłymi. „Szkoła bardzo prywatna. Moja elitarna brytyjska edukacja” to zwierzenie i próba ukołysania w sobie skrzywdzonego dziecka, a jednocześnie szokujący (wciąż) reportaż o tym, co przeżywały dzieci, które miały po prostu zdobywać wiedzę i maniery. Charles Spencer zajmuje się przede wszystkim wykroczeniami i krzywdami – rozbija je na tematyczne rozdziały, zaczynając od flagowego już zagadnienia chłosty. Pokazuje, jak można było zapracować na lanie i jak wyglądały wymierzane kary, ale poza odczuciami i reakcjami dzieci (także tych, które po pół wieku wciąż mają na ciele ślady tamtych doświadczeń) przedstawia też perwersyjną przyjemność oprawców. Zależy mu na tym, żeby uświadomić odbiorcom, że chłopcy nie mieli szans na pomoc: nikt nie uwierzyłby im w rewelacje przynoszone ze szkoły, a wśród nauczycieli i wychowawców nie znalazł się żaden zasługujący na zaufanie pedagog. Po karach cielesnych przychodzi czas na opowieści o innych rodzajach znęcania się nad najmłodszymi – to zmuszanie do jedzenia aż do wymiotów, wyśmiewanie wyglądu, a także… nadużycia o charakterze seksualnym. Autor, chociaż nie musi, dzięki układowi tematycznemu może stopniować napięcie. To wszystko, na co dzisiaj wyjątkowo wyczula się społeczeństwo, za murami elitarnej z pozoru szkoły zamieniało się w maltretowanie najmłodszych. Co ważne – Charles Spencer prawie wcale nie zajmuje się relacjami między kolejnymi rocznikami, a przecież sam na początku zostaje przez dyrektorkę oddany pod „opiekę” starszemu prześladowcy i bez wątpienia mógłby dodać wiele na ten temat. Bardziej zależy mu na ocenieniu nauczycieli i opiekunów.
W tej opowieści nie ma miejsca na świat zewnętrzny: nawet jeśli za murami toczy się normalne życie, chłopcy nie mają szans go zaznać, nie dowiedzą się, jak wygląda normalność. Z perspektywy czasu dopiero mogą ocenić ogrom krzywd i komplikacji, które naznaczyły ich egzystencję. I w tym wypadku wcale nie ma znaczenia nazwisko autora – brat księżnej Diany przeżywa to samo, co pozostałe dzieci. Autor tłumaczy, dlaczego posyłanie kilkulatków do szkoły z internatem nie ma racji bytu – ale po opisywanych przez niego przeżyciach i tak stanie się to jasne. Dzięki tak trudnej opowieści – wzbogaconej jeszcze przez komentarze kolegów spotykanych po latach – może przeanalizować własną przeszłość i rozprawić się z demonami. Nie jest to łatwa lektura, ale czytelnicy mogą być na nią przygotowani ze względu na świadomość społeczną i zmiany w mentalności – wyjątkowo wrażliwi na krzywdę dzieci będą tu jednak mieli sporo trudności w śledzeniu historii. Spencer proponuje narrację bardzo staranną, niezależnie od treści dba o zrytmizowane frazy i szczegółowość w opisach. I poza relacjonowaniem rzeczywistości dodaje - co może zrobić z perspektywy czasu - także uwagi na temat znaczenia kolejnych przeżyć na późniejsze życie.
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Katarzyna Stoparczyk: Tym. Człowiek szczery na trzy litery
Otwarte, Kraków 2025.
Za uśmiechem
O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.
Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.
Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.
Za uśmiechem
O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.
Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.
Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






