Znak, Kraków 2014.
Dzieciństwo w PRL-u
Chyba próbuje Marcin Prokop zawczasu zasypać przepaść międzypokoleniową – i to jeszcze zanim ci, którzy w PRL-u byli dziećmi, staną się dziadkami z upodobaniem powtarzającymi, jak to za ich czasów bywało. „Jego wysokość Longin” to autobiograficzna opowieść o przygodach dzieci w latach, gdy nikt nie słyszał o bezstresowym wychowaniu, a najlepszą rozrywkę zapewniali koledzy z podwórka. Marcin od dziecka jest wyższy od kolegów (stąd przydomek Longin – ale mimo zaakcentowania tego faktu w tytule, fizyczność bohatera nie dominuje w akcji) i bez przerwy wyprowadza z równowagi tatę, który natychmiast zaczyna „szukać paska”. Marcin ogląda oczami kilkulatka najbliższe otoczenie – podwórko z Grubym, sąsiadem popijającym bimber, strych, na którym przebywa Albert – niewidzialny przyjaciel. Opowiada Marcin o codziennych zabawach i o szkole, o lekcjach religii w salce przykościelnej. Zdarza się, że trafia pod opiekę babci, przekonuje się wtedy, że babcie wiedzą wszystko (poza tym, że przygotowują pyszne pączki). Marcin stopniowo dowiaduje się, na czym polega dyplomacja (mama o pewnych sprawach nie mówi tacie, a babcia – mamie). Każdą wolną chwilę natomiast poświęca bohater na droczenie się z młodszym bratem, Bracholem. Bracholowi można wmówić każdą bajkę, wystraszyć go przed szczepieniem czy zmusić do posłuszeństwa. Brachol to typowy przedstawiciel młodszego rodzeństwa – zawsze irytujący i zawsze ciekawski, niesprawiedliwie rozpieszczany przez rodziców. Bo świat w oczach kilkulatka zawsze wygląda inaczej.
Marcin Prokop odwołuje się do beztroskiego dzieciństwa tak cennego we wspomnieniach. Jego Longin lubi oranżadę w proszku (chociaż ma ona robić dziury w żołądku), jeździ windą (co oczywiście irytuje dozorcę w budynku), wyprawia się do domu, w którym straszy, gra w kapsle starannie wcześniej przygotowywane. Zdarza mu się coś zbroić: podłożyć w szkole „bombę” lub zrobić dziurę w samochodzie taty. Longin to przecież zwykły chłopak, jakich pełno było w „chłopięcych” powieściach i na każdym podwórku. Longin jest prawdziwy, a jego doświadczenia nie zostały uporządkowane ze względu na pomysły fabularne, a na szereg wspomnień. Każdy rozdział dotyczy tu innego wydarzenia. Marcin Prokop udowadnia, że dzieciństwo w PRL-u nie było ani szare, ani nudne – momentami dzieciom będzie aż trudno nadążyć za bohaterem i całą jego rodziną.
Tę książkę przepełnia serdeczność, której nie należy mylić z sentymentalizmem. Marcin Prokop lubi swojego bohatera – czemu trudno się dziwić. Longinowi daleko do ideału – to dziecko wszędobylskie, często będące utrapieniem rodziców i babci, pomysłowe i żywiołowe. I te cechy postaci przekładają się na samą narrację. Właściwie to ciekawe, jak o przygodach i codziennych doświadczeniach Longina będzie się czytało najmłodszym – dla nich świat opisywany przez Prokopa przecież nigdy nie istniał. Tomik „Jego wysokość Longin” charakteryzuje się pewną ledwo wyczuwalną archaicznością w stylu i tematyce. Dorośli bez trudu odnaleźliby tu ślady własnych przygód i wrażeń z dzieciństwa, dla dzieci Longin będzie jedynie postacią z książki.
Marcin Prokop jako autor sprawnie posługuje się humorem (zwłaszcza sytuacyjnym), przekonuje do siebie odbiorców lekkością i swobodą stylistyczną. Jego Longin maluchom wyda się trochę egzotyczny – ale będzie jednocześnie nietypowym przewodnikiem po życiu w PRL-u: zmiana perspektywy oddaliła zupełnie „dorosłe” tematy i charakterystyczne, do znudzenia powtarzane problemy. Dla dziecka przecież liczyło się coś diametralnie różnego od kolejek w sklepach i braku papieru toaletowego. To coś Marcin Prokop uchwycił idealnie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 13 grudnia 2014
piątek, 12 grudnia 2014
Joanna Papuzińska: Ściana zaczarowana
Muza SA, Warszawa 2014.
Przed snem
„Ściana zaczarowana” jest obietnicą przygody na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko kilka razy zastukać w słomianą matę, by przejść do królestwa wyobraźni, w którym znajdować się może wszystko. Dziecko, które wie o istnieniu magicznego przejścia, korzysta z niego przed snem. Tak trafia do zaczarowanej krainy, w której zgubiła się właśnie mała i niedobra królewna. W poszukiwaniach biorą udział dzielni rycerze. Wejście do centrum takich wydarzeń po pierwsze zapewnia dziecku kontakt ze światem bajek, atrakcyjnym ze względu na obiecujące motywy, a po drugie odwołuje się do zwykłych doświadczeń najmłodszych. Nie ma tu zjawisk na tyle magicznych, by zakwestionować prawdziwość opowieści, nie ma zjawisk na tyle zwyczajnych, żeby zniechęcić dzieci do śledzenia wiersza.
Joanna Papuzińska w „Ścianie zaczarowanej” przypomina o tym, że sen jest źródłem najciekawszych historii i fabuł, które każdy kształtować może zgodnie z własnymi upodobaniami. Przypomina o roli wyobraźni w tworzeniu wartościowych opowieści i w zabijaniu nudy. A to wszystko na marginesie bajki, która brzmi jak klasyczna baśń. Papuzińska nie tłumaczy wprost, czym jest fantazja – woli posłużyć się zgrabną metaforą. Co ciekawe, kiedy mali odbiorcy zrozumieją przesłanie bajki, chętnie będą wieczorem kładli się spać – autorka dostarcza im bowiem podpowiedzi, że warto marzyć przed zaśnięciem.
„Ściana zaczarowana” to wartka opowieść zamknięta w formie wiersza. Joanna Papuzińska wydaje się jednak nie zwracać uwagi na warsztatowe ograniczenia. Rezygnuje z sylabotoniczności i z monotonnej powtarzalności kolejnych zwrotek, pisze, jakby opowiadała przygodę, a rymy dochodziły do tekstu naturalnie – bez inwersji i utrudnień tekstowych – opowieść ma płynąć sama i być dla małych odbiorców przezroczysta. To się Papuzińskiej udaje. W dodatku poszarpany rytm wersów przywodzi na myśl rodzaj refleksji nad tym, co powinno się w tworzonej właśnie historii wydarzyć, imituje zmienne nastroje i swobodę opowiadacza. „Ściana zaczarowana” to bajka, która najlepiej sprawdzi się w głośnym czytaniu – jest pod tym względem bardzo wygodna i dostosowana do tradycji wspólnej lektury. Zmiany rytmu podkreślają też zmiany tempa w samej przygodzie – Papuzińska nie tworzy kołysanki i świadomie kieruje formą. Najmłodsi odbiorcy nie będą wprawdzie umieli sprecyzować sedna literackich zabiegów, ale bez wątpienia poczują operacje na klimacie bajki. „Ściana zaczarowana” powstała w 1969 roku, ale dzisiaj – przypominana w serii Muzeum Książki Dziecięcej poleca – udowadnia maluchom, że wyobraźnia jest ich największym bogactwem.
Tom ozdabiają ilustracje Bożeny Truchanowskiej – zwłaszcza dla dziadków oznaczać to będzie sentymentalną podróż w przeszłość. Ilustratorka proponuje niewielkie obrazki (często jako połączenia kilku kadrów) w klasycznym stylu. Łączy w swoich malunkach motywy ludowe i realistyczne ze światem baśni – radzi sobie z niełatwym zadaniem uchwycenia oniryczności przy jednoczesnym umiłowaniu autorki do konkretu. Ilustracje są tutaj podkreśleniem poetyckiej wrażliwości Papuzińskiej oraz bajkowych filtrów zmieniających sposób widzenia świata przez najmłodszych. Truchanowska woli malarskość od komiksowej kreski, jest dokładna i uważna – chce, by dzieci jak najwięcej zapamiętały z tej niezwykłej przygody, bez względu na to, czy uwierzą w istnienie zaczarowanej ściany. Tomik przypominany przez Muzę należy już do klasyki literatury czwartej – i będzie nie tylko literacką ciekawostką czy podróżą w czasie, zapewni małym odbiorcom wielką przygodę.
Przed snem
„Ściana zaczarowana” jest obietnicą przygody na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko kilka razy zastukać w słomianą matę, by przejść do królestwa wyobraźni, w którym znajdować się może wszystko. Dziecko, które wie o istnieniu magicznego przejścia, korzysta z niego przed snem. Tak trafia do zaczarowanej krainy, w której zgubiła się właśnie mała i niedobra królewna. W poszukiwaniach biorą udział dzielni rycerze. Wejście do centrum takich wydarzeń po pierwsze zapewnia dziecku kontakt ze światem bajek, atrakcyjnym ze względu na obiecujące motywy, a po drugie odwołuje się do zwykłych doświadczeń najmłodszych. Nie ma tu zjawisk na tyle magicznych, by zakwestionować prawdziwość opowieści, nie ma zjawisk na tyle zwyczajnych, żeby zniechęcić dzieci do śledzenia wiersza.
Joanna Papuzińska w „Ścianie zaczarowanej” przypomina o tym, że sen jest źródłem najciekawszych historii i fabuł, które każdy kształtować może zgodnie z własnymi upodobaniami. Przypomina o roli wyobraźni w tworzeniu wartościowych opowieści i w zabijaniu nudy. A to wszystko na marginesie bajki, która brzmi jak klasyczna baśń. Papuzińska nie tłumaczy wprost, czym jest fantazja – woli posłużyć się zgrabną metaforą. Co ciekawe, kiedy mali odbiorcy zrozumieją przesłanie bajki, chętnie będą wieczorem kładli się spać – autorka dostarcza im bowiem podpowiedzi, że warto marzyć przed zaśnięciem.
„Ściana zaczarowana” to wartka opowieść zamknięta w formie wiersza. Joanna Papuzińska wydaje się jednak nie zwracać uwagi na warsztatowe ograniczenia. Rezygnuje z sylabotoniczności i z monotonnej powtarzalności kolejnych zwrotek, pisze, jakby opowiadała przygodę, a rymy dochodziły do tekstu naturalnie – bez inwersji i utrudnień tekstowych – opowieść ma płynąć sama i być dla małych odbiorców przezroczysta. To się Papuzińskiej udaje. W dodatku poszarpany rytm wersów przywodzi na myśl rodzaj refleksji nad tym, co powinno się w tworzonej właśnie historii wydarzyć, imituje zmienne nastroje i swobodę opowiadacza. „Ściana zaczarowana” to bajka, która najlepiej sprawdzi się w głośnym czytaniu – jest pod tym względem bardzo wygodna i dostosowana do tradycji wspólnej lektury. Zmiany rytmu podkreślają też zmiany tempa w samej przygodzie – Papuzińska nie tworzy kołysanki i świadomie kieruje formą. Najmłodsi odbiorcy nie będą wprawdzie umieli sprecyzować sedna literackich zabiegów, ale bez wątpienia poczują operacje na klimacie bajki. „Ściana zaczarowana” powstała w 1969 roku, ale dzisiaj – przypominana w serii Muzeum Książki Dziecięcej poleca – udowadnia maluchom, że wyobraźnia jest ich największym bogactwem.
Tom ozdabiają ilustracje Bożeny Truchanowskiej – zwłaszcza dla dziadków oznaczać to będzie sentymentalną podróż w przeszłość. Ilustratorka proponuje niewielkie obrazki (często jako połączenia kilku kadrów) w klasycznym stylu. Łączy w swoich malunkach motywy ludowe i realistyczne ze światem baśni – radzi sobie z niełatwym zadaniem uchwycenia oniryczności przy jednoczesnym umiłowaniu autorki do konkretu. Ilustracje są tutaj podkreśleniem poetyckiej wrażliwości Papuzińskiej oraz bajkowych filtrów zmieniających sposób widzenia świata przez najmłodszych. Truchanowska woli malarskość od komiksowej kreski, jest dokładna i uważna – chce, by dzieci jak najwięcej zapamiętały z tej niezwykłej przygody, bez względu na to, czy uwierzą w istnienie zaczarowanej ściany. Tomik przypominany przez Muzę należy już do klasyki literatury czwartej – i będzie nie tylko literacką ciekawostką czy podróżą w czasie, zapewni małym odbiorcom wielką przygodę.
czwartek, 11 grudnia 2014
Antoni Kroh: Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa
Iskry, Warszawa 2014.
Artyści ludowi
Razem z Antonim Krohem przemierza się w tomie „Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa” te miejsca, w których sztuka naiwna święci triumfy. Przewrotny tytuł nie oznacza bowiem tylko podróży w czasie, a wyprawy w przestrzeni – do malutkich mieścin i wiosek. Tam autor odnajduje najlepszych twórców sztuki ludowej, chłopskich artystów niezmanierowanych modami czy sławą – i przedstawia ich szerokiemu gronu odbiorców, przypominając jednocześnie, jak sztuka ta wymykała się wszelkim kodyfikacjom i próbom stworzenia kanonu.
Naiwne malowidła, „chrystusiki”, przydrożne kapliczki, rzeźby na nagrobkach – to, co traktowane jak folklor, rzadko budzi głębsze zainteresowanie szerokiego grona odbiorców. Kroh opowiada o próbach ocalenia sztuki ludowej, o pomocy dla artystów, o konkursach i stypendiach – ale też i o utrudnieniach, które pojawiają się z chwilą układania regulaminów. Stara się pokazać migotliwość definicji sztuki ludowej i walkę z biurokracją, tak, by wsparcie trafiało do prawdziwych artystów, a nie do kombinatorów. Przemierza kraj w poszukiwaniu samorodnych talentów i odnajduje prawdziwą galerię oryginałów, którzy wśród sąsiadów nie znaleźliby uznania. Kroh znakomicie bawi się tematem – żartuje sobie nawet z tego, jak oceniać wartość sztuki naiwnej. A to dopiero początek.
„Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa” to książka, która przybliża sylwetki twórców mało znanych. Antoni Kroh dba o to, by wyjaśnić ich wkład w kulturę ludową, pokazać cechy stylu czy surowe piękno prac. Może i nie namawia do zachwytów, ale nie pozostawia wątpliwości, co i dlaczego jest dziełem sztuki. Nawet, gdy delikatnie kpi sobie z efektów twórczych działań, pozostaje dobrodusznym opiekunem artystów. Rozważania na temat ich dzieł to jedno. Kroh przybliża też ich życiorysy, zwłaszcza wszelkiego rodzaju odstępstwa od społecznych norm. Część ludowych twórców dotknięta jest chorobami umysłowymi, niektórzy są głuchoniemi, inni posługują się tylko własnym, mocno ograniczonym językiem. Ktoś cierpi na rozmaite urojenia, wielu artystów nigdy nie nauczyła się czytać ani pisać. Takie biograficzne szczegóły Kroh przytacza nie dla wyśmiania twórców (których bardzo ceni), a dla pokazania przeszkód, z którymi musieli się borykać.
Tom nie jest wyłącznie prezentacją artystów chłopskich. To rodzaj pamiętnika – Kroh relacjonuje tu swoje przygody etnografa, przytacza anegdoty z kolejnych wyjazdów i walkę w obronie lokalnych twórców. Zależy mu na ocaleniu indywidualności, ale też na pokazaniu, w jakich warunkach kolejni prawdziwi artyści rozwijali swój talent. Momentami wydaje się niemal, że zabawnymi i plotkarskimi historyjkami chce przekonać do siebie zwykłych odbiorców, tak, żeby przełożyło się to na uznanie dla sztuki ludowej.
Antoni Kroh pisze – jak zwykle – z ogromnym poczuciem humoru. W przyciąganiu uwagi czytelników bardzo pomaga mu nawet nie tyle dogłębna znajomość tematu, co osobisty ton zapisków. Lekki dystans pozwala podkreślać wagę mądrości ludowych, a gawędziarski ton zmusza do pochylenia się nad dziełami ludzi prostych. Kroh potrafi oddzielić autentyczną sztukę od cepeliady, ale nie zmusza nikogo do zachwytów nad wyrobami chłopów. Do lokalnych artystów podchodzi z powagą, za to bez patosu. Opowiada o traktowaniu artystów chłopskich w czasach PRL-u i zestawia ich prace z późniejszym zalewem komercji (widać to zwłaszcza na licznych zdjęciach). Antoni Kroh dostarcza tym razem lektury bardzo oryginalnej ze względu na mało znany temat, ale jak zwykle bardzo atrakcyjnej i humorystycznej, prywatnej prawie – mimo popularnonaukowego charakteru.
Artyści ludowi
Razem z Antonim Krohem przemierza się w tomie „Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa” te miejsca, w których sztuka naiwna święci triumfy. Przewrotny tytuł nie oznacza bowiem tylko podróży w czasie, a wyprawy w przestrzeni – do malutkich mieścin i wiosek. Tam autor odnajduje najlepszych twórców sztuki ludowej, chłopskich artystów niezmanierowanych modami czy sławą – i przedstawia ich szerokiemu gronu odbiorców, przypominając jednocześnie, jak sztuka ta wymykała się wszelkim kodyfikacjom i próbom stworzenia kanonu.
Naiwne malowidła, „chrystusiki”, przydrożne kapliczki, rzeźby na nagrobkach – to, co traktowane jak folklor, rzadko budzi głębsze zainteresowanie szerokiego grona odbiorców. Kroh opowiada o próbach ocalenia sztuki ludowej, o pomocy dla artystów, o konkursach i stypendiach – ale też i o utrudnieniach, które pojawiają się z chwilą układania regulaminów. Stara się pokazać migotliwość definicji sztuki ludowej i walkę z biurokracją, tak, by wsparcie trafiało do prawdziwych artystów, a nie do kombinatorów. Przemierza kraj w poszukiwaniu samorodnych talentów i odnajduje prawdziwą galerię oryginałów, którzy wśród sąsiadów nie znaleźliby uznania. Kroh znakomicie bawi się tematem – żartuje sobie nawet z tego, jak oceniać wartość sztuki naiwnej. A to dopiero początek.
„Wesołego Alleluja, Polsko Ludowa” to książka, która przybliża sylwetki twórców mało znanych. Antoni Kroh dba o to, by wyjaśnić ich wkład w kulturę ludową, pokazać cechy stylu czy surowe piękno prac. Może i nie namawia do zachwytów, ale nie pozostawia wątpliwości, co i dlaczego jest dziełem sztuki. Nawet, gdy delikatnie kpi sobie z efektów twórczych działań, pozostaje dobrodusznym opiekunem artystów. Rozważania na temat ich dzieł to jedno. Kroh przybliża też ich życiorysy, zwłaszcza wszelkiego rodzaju odstępstwa od społecznych norm. Część ludowych twórców dotknięta jest chorobami umysłowymi, niektórzy są głuchoniemi, inni posługują się tylko własnym, mocno ograniczonym językiem. Ktoś cierpi na rozmaite urojenia, wielu artystów nigdy nie nauczyła się czytać ani pisać. Takie biograficzne szczegóły Kroh przytacza nie dla wyśmiania twórców (których bardzo ceni), a dla pokazania przeszkód, z którymi musieli się borykać.
Tom nie jest wyłącznie prezentacją artystów chłopskich. To rodzaj pamiętnika – Kroh relacjonuje tu swoje przygody etnografa, przytacza anegdoty z kolejnych wyjazdów i walkę w obronie lokalnych twórców. Zależy mu na ocaleniu indywidualności, ale też na pokazaniu, w jakich warunkach kolejni prawdziwi artyści rozwijali swój talent. Momentami wydaje się niemal, że zabawnymi i plotkarskimi historyjkami chce przekonać do siebie zwykłych odbiorców, tak, żeby przełożyło się to na uznanie dla sztuki ludowej.
Antoni Kroh pisze – jak zwykle – z ogromnym poczuciem humoru. W przyciąganiu uwagi czytelników bardzo pomaga mu nawet nie tyle dogłębna znajomość tematu, co osobisty ton zapisków. Lekki dystans pozwala podkreślać wagę mądrości ludowych, a gawędziarski ton zmusza do pochylenia się nad dziełami ludzi prostych. Kroh potrafi oddzielić autentyczną sztukę od cepeliady, ale nie zmusza nikogo do zachwytów nad wyrobami chłopów. Do lokalnych artystów podchodzi z powagą, za to bez patosu. Opowiada o traktowaniu artystów chłopskich w czasach PRL-u i zestawia ich prace z późniejszym zalewem komercji (widać to zwłaszcza na licznych zdjęciach). Antoni Kroh dostarcza tym razem lektury bardzo oryginalnej ze względu na mało znany temat, ale jak zwykle bardzo atrakcyjnej i humorystycznej, prywatnej prawie – mimo popularnonaukowego charakteru.
środa, 10 grudnia 2014
Andrzej Poniedzielski: Szumi czas. Kalendarz 2014/2015
Jednocześnie, Łódź 2014.
Czas zabawy
Dzięki wydawnictwu Jednocześnie Andrzej Poniedzielski może docierać ze swoimi tekstami do fanów – wielbicieli satyry refleksyjnej, myślącego humoru i pogodnej poetyckiej melancholii. Teraz przychodzi czas na kolejne niespodzianki dla odbiorców. „Kalendarz 2014/2015. Szumi czas” to graficzny popis Marty Zawiei i ukłon w stronę tych odbiorców, którzy – przyzwyczajeni przez kulturę konsumpcyjną do fragmentaryczności – cenią sobie skrót, zestaw cytatów i chwytliwych fraz. Ten „kalendarz” można by potraktować jak reklamę twórczości Andrzeja Poniedzielskiego, gdyby nie fakt, że twórczość owa reklamy nie potrzebuje. Wydawnictwo Jednocześnie kontynuuje zestawianie lirycznych i dowcipnych fraz z zabawami graficznymi. Efekt, jak zwykle, nie zawodzi.
Kolekcjonerów złotych myśli zapewne ucieszy ten wybór. Pojedyncze zwrotki, rymowane westchnienia, które zginęłyby w pospiesznej lekturze, tutaj skupiają na sobie uwagę. Dostarczają materiału do zadumy, bo tomik pełen jest nie tylko fraz-żartów, ale i fraz-puent, płynących z głębokiego zastanowienia nad światem i życiem. Cytaty z wierszy i piosenek funkcjonują w kalendarzu na prawach aforyzmów wpisywanych często do terminarzy – w tej publikacji słowa mogą być ozdobą, a także cennym prezentem dla odbiorców. Bywa zresztą, że pojedyncze sformułowania uruchamiają w lekturze cały ciąg skojarzeń, zamieniają się w odnośniki do pełnych utworów i przypominają o literackich pomysłach Andrzeja Poniedzielskiego – tak oryginalnych w satyrze współczesnej.
Marta Zawieja ma swoją wizję kalendarza. Dni w kolejnych miesiącach wpisuje w okręgi, bawi się czcionkami, jakby jednocześnie podkreślała upływający czas i sugerowała jego nieważność. Momentami niemal bagatelizuje przemijanie, rozrywki wizualnej szukając w rozbiciu tradycyjnego obrazu kalendarza. Tu przecież części zbiorku wyznaczane są przez rytm pór roku. Tym samym operacjom co szeregi liczb poddaje Marta Zawieja zresztą także tekst. Uniemożliwia wręcz linearną lekturę, zmusza do potraktowania tomiku jako tekstowo-graficznej całości, wymagającej skupienia, ale i dostarczającej rozrywki.
Największą rozrywkową niespodzianką dla fanów Andrzeja Poniedzielskiego są tu zdjęcia. Marta Zawieja proponuje odmienny od scenicznego wizerunek artysty. Poniedzielski jako model stroi zabawne miny, gra przed obiektywem, zachowuje się bardziej jak dziecko niż jak przedstawiciel inteligentnej satyry. Jego portrety bywają odwracane w różnych kierunkach, obcinane, czy… ozdabiane dorysowywanymi szczegółami. Takiego Poniedzielskiego odbiorcy z pewnością nie znali.
I z połączenia lirycznych westchnień i graficznych szaleństw powstaje nowa jakość. Maleńkie wydawnictwo idzie pod prąd, odrzucając wszelkie zdobycze i zalecenia rynku literackiego. Zapewnia odbiorcom dowcip na wysokim poziomie i wspaniałe opracowanie edytorskie. „Kalendarz 2014/2015” wcale się nie zestarzeje i nie zdezaktualizuje. To zestaw trafnych spostrzeżeń zamykanych w rymach, ciekawych i rzadkich w „dorosłej” literaturze grafik oraz zdjęć wywołujących uśmiech sympatii u każdego, kto Andrzeja Poniedzielskiego kojarzy ze sceny. Kalendarz przypomina jeszcze o tym, by tak przygotowanej książki nie kartkować w pośpiechu, a spokojnie zatrzymywać się nad każdym fragmentem. Na tym przecież zawsze polega czytanie Poniedzielskiego.
Czas zabawy
Dzięki wydawnictwu Jednocześnie Andrzej Poniedzielski może docierać ze swoimi tekstami do fanów – wielbicieli satyry refleksyjnej, myślącego humoru i pogodnej poetyckiej melancholii. Teraz przychodzi czas na kolejne niespodzianki dla odbiorców. „Kalendarz 2014/2015. Szumi czas” to graficzny popis Marty Zawiei i ukłon w stronę tych odbiorców, którzy – przyzwyczajeni przez kulturę konsumpcyjną do fragmentaryczności – cenią sobie skrót, zestaw cytatów i chwytliwych fraz. Ten „kalendarz” można by potraktować jak reklamę twórczości Andrzeja Poniedzielskiego, gdyby nie fakt, że twórczość owa reklamy nie potrzebuje. Wydawnictwo Jednocześnie kontynuuje zestawianie lirycznych i dowcipnych fraz z zabawami graficznymi. Efekt, jak zwykle, nie zawodzi.
Kolekcjonerów złotych myśli zapewne ucieszy ten wybór. Pojedyncze zwrotki, rymowane westchnienia, które zginęłyby w pospiesznej lekturze, tutaj skupiają na sobie uwagę. Dostarczają materiału do zadumy, bo tomik pełen jest nie tylko fraz-żartów, ale i fraz-puent, płynących z głębokiego zastanowienia nad światem i życiem. Cytaty z wierszy i piosenek funkcjonują w kalendarzu na prawach aforyzmów wpisywanych często do terminarzy – w tej publikacji słowa mogą być ozdobą, a także cennym prezentem dla odbiorców. Bywa zresztą, że pojedyncze sformułowania uruchamiają w lekturze cały ciąg skojarzeń, zamieniają się w odnośniki do pełnych utworów i przypominają o literackich pomysłach Andrzeja Poniedzielskiego – tak oryginalnych w satyrze współczesnej.
Marta Zawieja ma swoją wizję kalendarza. Dni w kolejnych miesiącach wpisuje w okręgi, bawi się czcionkami, jakby jednocześnie podkreślała upływający czas i sugerowała jego nieważność. Momentami niemal bagatelizuje przemijanie, rozrywki wizualnej szukając w rozbiciu tradycyjnego obrazu kalendarza. Tu przecież części zbiorku wyznaczane są przez rytm pór roku. Tym samym operacjom co szeregi liczb poddaje Marta Zawieja zresztą także tekst. Uniemożliwia wręcz linearną lekturę, zmusza do potraktowania tomiku jako tekstowo-graficznej całości, wymagającej skupienia, ale i dostarczającej rozrywki.
Największą rozrywkową niespodzianką dla fanów Andrzeja Poniedzielskiego są tu zdjęcia. Marta Zawieja proponuje odmienny od scenicznego wizerunek artysty. Poniedzielski jako model stroi zabawne miny, gra przed obiektywem, zachowuje się bardziej jak dziecko niż jak przedstawiciel inteligentnej satyry. Jego portrety bywają odwracane w różnych kierunkach, obcinane, czy… ozdabiane dorysowywanymi szczegółami. Takiego Poniedzielskiego odbiorcy z pewnością nie znali.
I z połączenia lirycznych westchnień i graficznych szaleństw powstaje nowa jakość. Maleńkie wydawnictwo idzie pod prąd, odrzucając wszelkie zdobycze i zalecenia rynku literackiego. Zapewnia odbiorcom dowcip na wysokim poziomie i wspaniałe opracowanie edytorskie. „Kalendarz 2014/2015” wcale się nie zestarzeje i nie zdezaktualizuje. To zestaw trafnych spostrzeżeń zamykanych w rymach, ciekawych i rzadkich w „dorosłej” literaturze grafik oraz zdjęć wywołujących uśmiech sympatii u każdego, kto Andrzeja Poniedzielskiego kojarzy ze sceny. Kalendarz przypomina jeszcze o tym, by tak przygotowanej książki nie kartkować w pośpiechu, a spokojnie zatrzymywać się nad każdym fragmentem. Na tym przecież zawsze polega czytanie Poniedzielskiego.
wtorek, 9 grudnia 2014
Agnieszka Kaluga: Chorowitek
Muza SA, Warszawa 2014.
Po szpitalu
Poczytajki pomagajki to seria, która trudne nie tylko dla najmłodszych tematy porusza właściwie przy okazji, na marginesie ważnych dla dzieci wydarzeń. Autorzy dzięki temu cyklowi mogą czasem podsunąć rodzicom rozwiązania problemów (lub wskazać ich przyczyny), a odbiorcom uświadomić, że każdy jest wartościowy i każdy zasługuje na uwagę czy życzliwość.
„Chorowitek” to historia Witka, chłopca, który wrócił do szkoły po pokonaniu nowotworu. Jeszcze do niedawna w literaturze czwartej „chorowite” dzieci nie miały nic wspólnego z rakiem, teraz ten temat coraz częściej pojawia się w lekturach. Witek wyzdrowiał, między innymi dzięki chemii – o czym też w swojej opowieści wspomina. Agnieszka Kaluga oswaja te motywy, które najmłodsi mogą już kojarzyć: wymioty i wypadanie włosów, a także osłabienie po leczeniu – dla Witka to rzeczy normalne: można o nich powiedzieć, ale nie warto długo roztrząsać – bo i po co. Nad zdrowiem Witek właściwie przechodzi do porządku dziennego.
Drugim etapem jest wychowywanie dorosłych. Bohater tej książki chciałby być traktowany jak inne dzieci. Tymczasem ma taryfę ulgową: nauczyciele nie wpisują mu spóźnień, gdy klasa za karę ma na wuefie biegać, Witkowi nie wolno. A przecież chłopak już normalnie chodzi do szkoły i takich przejawów litości wcale nie potrzebuje – zwłaszcza że nie zyska w ten sposób uznania kolegów. Działania w dobrej wierze to jedno. Bo są też dorośli, którzy użalają się nad Witkiem – niepotrzebnie mu współczują czy chwalą go za zwycięstwo nad chorobą. Nic dziwnego, że bohater tęskni za zwyczajnością. Agnieszka Kaluga delikatnie napomina dorosłych – i dobrze, bo wiele maluchów nie potrafiłoby nawet sprecyzować istoty problemu. Zdrowy już chłopak potrzebuje czuć się częścią grupy, nie lubi tego typu wyróżnień, a przez nadgorliwość rodziców i nauczycieli trudniej mu się zintegrować z klasą.
Ale i w życiu Chorowitka pojawia się coś, co odwraca uwagę od choroby w przeszłości. Chłopiec prowadzi blog, w którym zapisuje ważne dla klasy i towarzyskie wydarzenia. Do internetowego pamiętnika dołącza też listy otrzymywane od kolegów, na temat każdego pisze miłe notki: w każdym dostrzega pozytywne strony. Blog na początku traktowany jak antidotum na samotność trafia na konkurs klasowych kronik. Chorowitek zyskuje wreszcie tak potrzebne mu uznanie rówieśników (i nauczycieli). Tym razem wie, że zasłużył na gratulacje, nikt nie chce go po prostu chronić po chorobie. Bohater może zatem uwierzyć we własne siły i udowodnić innym, że jest coś wart.
W „Chorowitku” zatem dwa tematy warto podkreślić: motyw choroby nowotworowej, która nie omija nawet dzieci – oraz motyw fałszywego współczucia, źle rozumianej troski o dziecko. Agnieszka Kaluga, zgodnie z wymogami serii, pokazuje, w jaki sposób maluchy mogą zyskać uznanie rówieśników i zostać zauważone za swoje rzeczywiste zasługo. Dodaje dzieciom otuchy i zachęca do kreatywności, uczy, że trzeba pamiętać o chorych kolegach (konwencjonalne listy z godziny wychowawczej sprawiają Witkowi w szpitalu radość).
Marianna Jagoda dba o to, by w warstwie grafiki „Chorowitek” nie kojarzył się z chorobą. Rysunki są tu bardzo kolorowe (i wesołe za sprawą stałej obecności ptaków), nowotwór pojawia się jako narysowany w zeszycie (więc łatwy do pokazania) potworek. W ten sposób nie wystraszy się maluchów, chorym da nadzieję na pokonanie choroby, a zdrowym uświadomi, dlaczego nie wolno naśmiewać się z „chorowitków”.
Po szpitalu
Poczytajki pomagajki to seria, która trudne nie tylko dla najmłodszych tematy porusza właściwie przy okazji, na marginesie ważnych dla dzieci wydarzeń. Autorzy dzięki temu cyklowi mogą czasem podsunąć rodzicom rozwiązania problemów (lub wskazać ich przyczyny), a odbiorcom uświadomić, że każdy jest wartościowy i każdy zasługuje na uwagę czy życzliwość.
„Chorowitek” to historia Witka, chłopca, który wrócił do szkoły po pokonaniu nowotworu. Jeszcze do niedawna w literaturze czwartej „chorowite” dzieci nie miały nic wspólnego z rakiem, teraz ten temat coraz częściej pojawia się w lekturach. Witek wyzdrowiał, między innymi dzięki chemii – o czym też w swojej opowieści wspomina. Agnieszka Kaluga oswaja te motywy, które najmłodsi mogą już kojarzyć: wymioty i wypadanie włosów, a także osłabienie po leczeniu – dla Witka to rzeczy normalne: można o nich powiedzieć, ale nie warto długo roztrząsać – bo i po co. Nad zdrowiem Witek właściwie przechodzi do porządku dziennego.
Drugim etapem jest wychowywanie dorosłych. Bohater tej książki chciałby być traktowany jak inne dzieci. Tymczasem ma taryfę ulgową: nauczyciele nie wpisują mu spóźnień, gdy klasa za karę ma na wuefie biegać, Witkowi nie wolno. A przecież chłopak już normalnie chodzi do szkoły i takich przejawów litości wcale nie potrzebuje – zwłaszcza że nie zyska w ten sposób uznania kolegów. Działania w dobrej wierze to jedno. Bo są też dorośli, którzy użalają się nad Witkiem – niepotrzebnie mu współczują czy chwalą go za zwycięstwo nad chorobą. Nic dziwnego, że bohater tęskni za zwyczajnością. Agnieszka Kaluga delikatnie napomina dorosłych – i dobrze, bo wiele maluchów nie potrafiłoby nawet sprecyzować istoty problemu. Zdrowy już chłopak potrzebuje czuć się częścią grupy, nie lubi tego typu wyróżnień, a przez nadgorliwość rodziców i nauczycieli trudniej mu się zintegrować z klasą.
Ale i w życiu Chorowitka pojawia się coś, co odwraca uwagę od choroby w przeszłości. Chłopiec prowadzi blog, w którym zapisuje ważne dla klasy i towarzyskie wydarzenia. Do internetowego pamiętnika dołącza też listy otrzymywane od kolegów, na temat każdego pisze miłe notki: w każdym dostrzega pozytywne strony. Blog na początku traktowany jak antidotum na samotność trafia na konkurs klasowych kronik. Chorowitek zyskuje wreszcie tak potrzebne mu uznanie rówieśników (i nauczycieli). Tym razem wie, że zasłużył na gratulacje, nikt nie chce go po prostu chronić po chorobie. Bohater może zatem uwierzyć we własne siły i udowodnić innym, że jest coś wart.
W „Chorowitku” zatem dwa tematy warto podkreślić: motyw choroby nowotworowej, która nie omija nawet dzieci – oraz motyw fałszywego współczucia, źle rozumianej troski o dziecko. Agnieszka Kaluga, zgodnie z wymogami serii, pokazuje, w jaki sposób maluchy mogą zyskać uznanie rówieśników i zostać zauważone za swoje rzeczywiste zasługo. Dodaje dzieciom otuchy i zachęca do kreatywności, uczy, że trzeba pamiętać o chorych kolegach (konwencjonalne listy z godziny wychowawczej sprawiają Witkowi w szpitalu radość).
Marianna Jagoda dba o to, by w warstwie grafiki „Chorowitek” nie kojarzył się z chorobą. Rysunki są tu bardzo kolorowe (i wesołe za sprawą stałej obecności ptaków), nowotwór pojawia się jako narysowany w zeszycie (więc łatwy do pokazania) potworek. W ten sposób nie wystraszy się maluchów, chorym da nadzieję na pokonanie choroby, a zdrowym uświadomi, dlaczego nie wolno naśmiewać się z „chorowitków”.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Sekret życia. Baśnie hinduskie
Media Rodzina, Poznań 2014.
Marzenia braminów
Baśń to specyficzny gatunek – opiera się nie tyle na regułach formalnych, co tematyczno-konstrukcyjnych, wiąże się z nagrodami dla dobrych i uczciwych oraz okrutnymi karami dla złych bohaterów. Dzięki pewnym stałym elementom obecnym w baśniach całego świata, łatwiej i ciekawiej w lekturze prowadzić obserwacje dotyczące kolorytu lokalnego. Nawet najbardziej powtarzalne wątki będą wybrzmiewać oryginalnie, gdy funkcjonują w nieznanym odbiorcom kontekście. Widać to dobrze na przykładzie „Sekretu życia”, tomu z baśniami hinduskimi. Wydawnictwo Media Rodzina w dobrze pomyślanej serii pozwala czytelnikom zapoznać się z historiami z różnych stron świata – i doceniać wyobraźnię często anonimowych twórców, którzy baśń wybrali, by przyciągać uwagę odbiorców.
Baśnie hinduskie wdają się egzotyczne przede wszystkim za sprawą braminów, demonic czy radżów, obecnych niemal na każdej stronie. To w ich światach toczą się najciekawsze historie. Ale „Sekret życia” przynosi szereg fabuł zadziwiających między innymi poziomem absurdu lub bajkowości. Trwa tu bezustanna walka na podstępy i fortele, spryt pomaga w uwolnieniu się z najbardziej skomplikowanych pułapek. Wśród baśni hinduskich pojawia się sporo motywów brutalnego i krwawego rozprawiania się z wrogami – ale okrucieństwo tłumione jest przez ogólne wrażenie „inności” historii, oddalenia od znanej czytelnikom kultury, więc i od znanego im życia. Wydaje się, że w tych baśniach to wygrana ma największą wartość – sława czy bogactwo są za to miłym dodatkiem do zwycięstwa.
Książka została skomponowana tak, żeby wykluczyć powtarzalność opowieści. Zmieniają się w niej bohaterowie (z ludzi na zwierzęta, przedmioty, a nawet fragmenty przedmiotów), zmieniają się miejsca i rodzaje przygód. W baśniach hinduskich zwraca się uwagę na barwne otoczenie, na samo tło wydarzeń. Tu przydaje się też zamieszczony na końcu książki minisłowniczek – wplatane do narracji pojęcia podkreślają jeszcze klimat tych baśni. W „Sekrecie życia” właściwie próżno szukać skojarzeń z polskimi podaniami. Dzięki takiej lekturze można za to poznać potencjał gatunkowy baśni i sprawdzić, jak lokalne wpływy zaznaczają się w melodii tekstu i w ogólnej jego atmosferze.
Ilustracje do tej książki wykonała Marianna Jagoda i trudno sobie wyobrazić lepsze grafiki. „Sekret życia” staje się dzięki tym pracom przede wszystkim bajecznie kolorowy. Już na pierwszy rzut oka widać, że mocne barwy są sposobem na podkreślenie wymowy opowieści – i ich oryginalnego charakteru. Jagoda udowadnia, że ogromna jest siła wyobraźni. Postacie na jej rysunkach czasami wyglądają jak przeniesione z dziecięcych fantazji, pejzaże są piękniejsze niż w najlepszych kreskówkach. Najpierw pojawia się zachwyt nad ilością i doborem kolorów, potem dopiero rysunek ujawnia swoją treść i odkrywa powiązania z tekstem. Marianna Jagoda chętnie ozdabia kolejne motywy rozmaitymi wzorkami i deseniami tak, by odczytywanie jej plastycznych zabaw było nie tylko dla małych odbiorców prawdziwą przyjemnością. Obrazki tutaj są przeważnie prostym unaocznieniem miejsca lub bohaterów z baśni, z rzadka stanowią wyrazistą scenkę z historii. Marianna Jagoda bardzo ubarwia lekturę, sprawia, że czytelnicy jeszcze dokładniej będą przyglądać się zastosowanym przez nią rozwiązaniom. Za sprawą grafik nawet jeszcze bardziej niż tekstu ta książka powinna zostać na rynku wydawniczym zauważona. „Sekret życia”, jak wszystkie tomy serii, swoich zwolenników znajdzie również wśród dorosłych.
Marzenia braminów
Baśń to specyficzny gatunek – opiera się nie tyle na regułach formalnych, co tematyczno-konstrukcyjnych, wiąże się z nagrodami dla dobrych i uczciwych oraz okrutnymi karami dla złych bohaterów. Dzięki pewnym stałym elementom obecnym w baśniach całego świata, łatwiej i ciekawiej w lekturze prowadzić obserwacje dotyczące kolorytu lokalnego. Nawet najbardziej powtarzalne wątki będą wybrzmiewać oryginalnie, gdy funkcjonują w nieznanym odbiorcom kontekście. Widać to dobrze na przykładzie „Sekretu życia”, tomu z baśniami hinduskimi. Wydawnictwo Media Rodzina w dobrze pomyślanej serii pozwala czytelnikom zapoznać się z historiami z różnych stron świata – i doceniać wyobraźnię często anonimowych twórców, którzy baśń wybrali, by przyciągać uwagę odbiorców.
Baśnie hinduskie wdają się egzotyczne przede wszystkim za sprawą braminów, demonic czy radżów, obecnych niemal na każdej stronie. To w ich światach toczą się najciekawsze historie. Ale „Sekret życia” przynosi szereg fabuł zadziwiających między innymi poziomem absurdu lub bajkowości. Trwa tu bezustanna walka na podstępy i fortele, spryt pomaga w uwolnieniu się z najbardziej skomplikowanych pułapek. Wśród baśni hinduskich pojawia się sporo motywów brutalnego i krwawego rozprawiania się z wrogami – ale okrucieństwo tłumione jest przez ogólne wrażenie „inności” historii, oddalenia od znanej czytelnikom kultury, więc i od znanego im życia. Wydaje się, że w tych baśniach to wygrana ma największą wartość – sława czy bogactwo są za to miłym dodatkiem do zwycięstwa.
Książka została skomponowana tak, żeby wykluczyć powtarzalność opowieści. Zmieniają się w niej bohaterowie (z ludzi na zwierzęta, przedmioty, a nawet fragmenty przedmiotów), zmieniają się miejsca i rodzaje przygód. W baśniach hinduskich zwraca się uwagę na barwne otoczenie, na samo tło wydarzeń. Tu przydaje się też zamieszczony na końcu książki minisłowniczek – wplatane do narracji pojęcia podkreślają jeszcze klimat tych baśni. W „Sekrecie życia” właściwie próżno szukać skojarzeń z polskimi podaniami. Dzięki takiej lekturze można za to poznać potencjał gatunkowy baśni i sprawdzić, jak lokalne wpływy zaznaczają się w melodii tekstu i w ogólnej jego atmosferze.
Ilustracje do tej książki wykonała Marianna Jagoda i trudno sobie wyobrazić lepsze grafiki. „Sekret życia” staje się dzięki tym pracom przede wszystkim bajecznie kolorowy. Już na pierwszy rzut oka widać, że mocne barwy są sposobem na podkreślenie wymowy opowieści – i ich oryginalnego charakteru. Jagoda udowadnia, że ogromna jest siła wyobraźni. Postacie na jej rysunkach czasami wyglądają jak przeniesione z dziecięcych fantazji, pejzaże są piękniejsze niż w najlepszych kreskówkach. Najpierw pojawia się zachwyt nad ilością i doborem kolorów, potem dopiero rysunek ujawnia swoją treść i odkrywa powiązania z tekstem. Marianna Jagoda chętnie ozdabia kolejne motywy rozmaitymi wzorkami i deseniami tak, by odczytywanie jej plastycznych zabaw było nie tylko dla małych odbiorców prawdziwą przyjemnością. Obrazki tutaj są przeważnie prostym unaocznieniem miejsca lub bohaterów z baśni, z rzadka stanowią wyrazistą scenkę z historii. Marianna Jagoda bardzo ubarwia lekturę, sprawia, że czytelnicy jeszcze dokładniej będą przyglądać się zastosowanym przez nią rozwiązaniom. Za sprawą grafik nawet jeszcze bardziej niż tekstu ta książka powinna zostać na rynku wydawniczym zauważona. „Sekret życia”, jak wszystkie tomy serii, swoich zwolenników znajdzie również wśród dorosłych.
niedziela, 7 grudnia 2014
Moira Young: Dzikie serce
Egmont, Warszawa 2014.
Pościg
Od Kronik Czerwonej Pustyni nie ma ucieczki: kto raz trafił do tego niegościnnego świata, już w nim zostanie, zafascynowany jego surowością i innością, a także brutalną akcją. „Dzikie serce” to opowieść, która pojawia się w miejsce spodziewanej sielanki. Saba, w pierwszym tomie odrzucająca dotychczasową egzystencję i szukająca porwanego brata bliźniaka, Lugh, teraz ma przy sobie rodzeństwo i oddanych przyjaciół. Jednak jej duszę coraz częściej ogarnia mrok: do dziewczyny powracają sceny z walk w klatkach, a także śmierć zadana – jako ratunek – najlepszej przyjaciółce. Saba zdaje sobie sprawę z obecności duchów, słyszy ich głosy i powoli popada w obłęd. To tylko pogłębia konflikt między nią a towarzyszami wyprawy. Zwłaszcza że ukochany Saby, Jack, podejrzewany jest o zdradę. Przekazał bohaterce zaszyfrowaną wiadomość, ale kolejne doniesienia podważają jego dobre imię. Saba po raz wtóry rusza za głosem serca, ale tym razem musi też stawić czoła najbliższym, niechętnym niebezpiecznej wyprawie.
W pierwszym tomie serii Moira Young wygrywała urokiem nowości. Beznamiętny ton i sceneria łączyły się tu z prawdziwym okrucieństwem, do niedawna w literaturze czwartej nieznanym. W „Dzikim sercu”, drugiej części Kronik Czerwonej Pustyni, autorka rozbudowuje warstwę tekstową i trochę tonuje samą akcję. Wszystko zaczyna wybrzmiewać bardziej „normalnie”, to jest jak z opowieści o Dzikim Zachodzie, a Saba – i inne postacie – posługują się pełniejszymi zdaniami. W ten sposób Moira Young otwiera sobie drogę do mówienia o wielkich uczuciach i skomplikowanych emocjach. Najpierw Sabę popychała do działania świadomość wyjątkowej relacji z bratem. Teraz, kiedy Lugh jest obok, rodzeństwo coraz częściej się kłóci, nie ma tu więc mowy o sielance. Young nie chce też upiększać motywu miłości – Saba nie wie, czy człowiek, którego pokochała, jeszcze istnieje – zamiast romansu pojawia się tu zatem motyw zaufania. „Dzikie serce” rozwija temat uczuć: Saba nie jest już naiwną nastolatką, wiele przeszła i nieobce są jej rozmaite pragnienia. Czas na odnalezienie siebie.
„Dzikie serce” artystycznie jest o wiele bardziej literackie niż „Krwawy szlak”. Pod względem konstrukcji świata przedstawionego jest też o wiele bardziej naiwne: przeważnie zagrożenia tworzy się tu tak, by były analogią do rzeczywistych (a urozmaica nazwami-złożeniami), nie ma odkryć i spraw zupełnie dla czytelników nowych. Moira Young zwiększa za to stopień skomplikowania uczuciowych zagadnień – dlatego nie może poświęcać energii odbiorców na rozszyfrowywanie kolejnych niespodzianek.
Co ważne, ta autorka się nie powtarza. Jak na razie starannie unika powielania poszczególnych rozwiązań, czy to w planie tekstu, czy w planie fabuły. Szuka ucieczki przed naiwnymi chwytami i nie chce dostarczać czytelnikom „czystych” emocji. Lubi za to mnożyć wątpliwości, wprowadzać niepokój i podważać kolejne ustalenia. Jest przy tym bardzo daleka od typowych historii z literatury czwartej – to jej ogromny atut. Do Kronik Czerwonej Pustyni przyciągnie poszukiwaczy przygód i miłośników literatury fantasy. Asceza scenograficzno-rekwizytowa wychodzi tej serii na dobre: Young może dzięki temu skupić się na najistotniejszych zagadnieniach ważnych nie tylko dla postaci.
Pościg
Od Kronik Czerwonej Pustyni nie ma ucieczki: kto raz trafił do tego niegościnnego świata, już w nim zostanie, zafascynowany jego surowością i innością, a także brutalną akcją. „Dzikie serce” to opowieść, która pojawia się w miejsce spodziewanej sielanki. Saba, w pierwszym tomie odrzucająca dotychczasową egzystencję i szukająca porwanego brata bliźniaka, Lugh, teraz ma przy sobie rodzeństwo i oddanych przyjaciół. Jednak jej duszę coraz częściej ogarnia mrok: do dziewczyny powracają sceny z walk w klatkach, a także śmierć zadana – jako ratunek – najlepszej przyjaciółce. Saba zdaje sobie sprawę z obecności duchów, słyszy ich głosy i powoli popada w obłęd. To tylko pogłębia konflikt między nią a towarzyszami wyprawy. Zwłaszcza że ukochany Saby, Jack, podejrzewany jest o zdradę. Przekazał bohaterce zaszyfrowaną wiadomość, ale kolejne doniesienia podważają jego dobre imię. Saba po raz wtóry rusza za głosem serca, ale tym razem musi też stawić czoła najbliższym, niechętnym niebezpiecznej wyprawie.
W pierwszym tomie serii Moira Young wygrywała urokiem nowości. Beznamiętny ton i sceneria łączyły się tu z prawdziwym okrucieństwem, do niedawna w literaturze czwartej nieznanym. W „Dzikim sercu”, drugiej części Kronik Czerwonej Pustyni, autorka rozbudowuje warstwę tekstową i trochę tonuje samą akcję. Wszystko zaczyna wybrzmiewać bardziej „normalnie”, to jest jak z opowieści o Dzikim Zachodzie, a Saba – i inne postacie – posługują się pełniejszymi zdaniami. W ten sposób Moira Young otwiera sobie drogę do mówienia o wielkich uczuciach i skomplikowanych emocjach. Najpierw Sabę popychała do działania świadomość wyjątkowej relacji z bratem. Teraz, kiedy Lugh jest obok, rodzeństwo coraz częściej się kłóci, nie ma tu więc mowy o sielance. Young nie chce też upiększać motywu miłości – Saba nie wie, czy człowiek, którego pokochała, jeszcze istnieje – zamiast romansu pojawia się tu zatem motyw zaufania. „Dzikie serce” rozwija temat uczuć: Saba nie jest już naiwną nastolatką, wiele przeszła i nieobce są jej rozmaite pragnienia. Czas na odnalezienie siebie.
„Dzikie serce” artystycznie jest o wiele bardziej literackie niż „Krwawy szlak”. Pod względem konstrukcji świata przedstawionego jest też o wiele bardziej naiwne: przeważnie zagrożenia tworzy się tu tak, by były analogią do rzeczywistych (a urozmaica nazwami-złożeniami), nie ma odkryć i spraw zupełnie dla czytelników nowych. Moira Young zwiększa za to stopień skomplikowania uczuciowych zagadnień – dlatego nie może poświęcać energii odbiorców na rozszyfrowywanie kolejnych niespodzianek.
Co ważne, ta autorka się nie powtarza. Jak na razie starannie unika powielania poszczególnych rozwiązań, czy to w planie tekstu, czy w planie fabuły. Szuka ucieczki przed naiwnymi chwytami i nie chce dostarczać czytelnikom „czystych” emocji. Lubi za to mnożyć wątpliwości, wprowadzać niepokój i podważać kolejne ustalenia. Jest przy tym bardzo daleka od typowych historii z literatury czwartej – to jej ogromny atut. Do Kronik Czerwonej Pustyni przyciągnie poszukiwaczy przygód i miłośników literatury fantasy. Asceza scenograficzno-rekwizytowa wychodzi tej serii na dobre: Young może dzięki temu skupić się na najistotniejszych zagadnieniach ważnych nie tylko dla postaci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






