Znak, Kraków 2014.
Test codzienności
Izabela Sowa daleko odeszła od prostych romansideł i obyczajówek, którymi zaistniała na rynku literatury rozrywkowej. Udowadnia to „Powrotem”, przemyślaną opowieścią kierowaną w stronę literatury środka i podejmującą tematy istotne dla pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków. Jej Dorotka wykonuje tatuaże. Wróciła właśnie do kraju i usiłuje się odnaleźć w tej rzeczywistości, której absurdów nawet by nie dostrzegała bez wyjazdu. Problemy zmieniają skalę, wielki świat i wielkie możliwości zawężają się do grzebania na działce dawno już niemodnych futrzanych części garderoby starszego pokolenia. Przedziwne pogrzeby definiują teraz Dorotkę i przypominają o naturalnym upadku ideałów.
Ale bohaterka nie narzeka. Izabela Sowa nie zamierza po raz kolejny przytaczać ogranych argumentów i rozważań na temat zderzenia artystycznych aspiracji tatuażystki ze sztampowymi zamówieniami jej klientów. Dorotka wyraźnie oddziela pracę zarobkową od dawnych i nikomu niepotrzebnych ambicji. Spełnia życzenia klientów i zupełnie nie myśli o swoich. Zresztą Dorotka nie ma czasu na powielanie stereotypowych postaw artystów, znieczuliła się na marzenia. Żyje i szuka sposobu na to życie, ale nie dla niej przemijające mody i proste rozrywki. Izabela Sowa pokazuje bohaterkę, która nie może do końca znaleźć swojego miejsca.
W Polsce wszystko jest swojskie i znane, a emigracyjna tęsknota za zwyczajami, które na miejscu drażnią i męczą wydaje się przesadzona. Dorotka to, co oswojone, odkrywa na nowo – teraz, gdy ma już porównanie z życiem za granicą, wszystkiego musi doświadczać mocniej. Na jej decyzje wpływ mają nie tylko osobiste doświadczenia wywoływane kolejno z pamięci. Dorotka przypomina sobie między innymi postawy babci, trzykrotnie zamężnej (o każdym swoim mężu nestorka mówi po nazwisku), prowadzi niebezpiecznie głębokie (to jest obnażające niewygodne prawdy) rozmowy z klientami, którzy próbują wbrew woli bohaterki wprowadzać bardziej koleżeńskie relacje. Chociaż emigracja była dla Dorotki formą ucieczki, teraz już nie da się uciec od siebie. Zwłaszcza gdy w otoczeniu nawarstwiają się kolejne nonsensy.
Dorotka to postać, która potrzebuje jasnych reguł i konkretnych definicji. Bez nich błądzi. I tak cały wielki świat i szereg niezrealizowanych możliwości zacieśnia się do granic zapuszczonej działki. Ale w czasie podróży po Europie Dorotka nauczyła się obojętności. Emocjonalne reakcje na zaobserwowane nietypowe zjawiska, choćby nie wiadomo jak prawdziwe, spotkałyby się zawsze z niezrozumieniem i urazą. Wyćwiczoną starannie obojętność Dorotka zatem pielęgnuje i wszczepia tym, którzy próbują się do niej zbliżyć.
„Powrót” jest opowieścią, która rezygnuje z oczywistych scenariuszy na rzecz lekko refleksyjnej diagnozy. Izabela Sowa nie stara się na siłę urozmaicać codzienności bohaterki, sięga zaledwie po kilka nietypowych zajęć, które zapewniają wrażenie egzotyki – dzięki temu inaczej wybrzmiewa wizja rzeczywistości wokół Dorotki. Sowa posługuje się zgrabnym stylem – zapewnia tym samym kreowanie przyjaznej przestrzeni w samej historii. Dorotka nie ma przed sobą ani wielkich wyzwań, ani trudnych postanowień. Może urządzić sobie życie bez oglądania się na innych, jeśli tylko będzie umiała to zrobić. Izabela Sowa stawia na zwyczajność rodzącą się z niezwykłości – i podbudowuje to rytmem swojej prozy. „Powrót” to opowieść o powracaniu do starych kolein i obserwowaniu na nowo tego, co kiedyś było oswojone. Ta książka pokazuje, jak długą drogę przeszła Izabela Sowa jako autorka – warto więc zmierzyć się z próbą charakteryzowania nieubarwianej zwyczajności.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izabela Sowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izabela Sowa. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 sierpnia 2014
czwartek, 30 sierpnia 2012
Izabela Sowa: Zielone jabłuszko
WNK, Warszawa 2012.
Ania z PRL-u
Jedną z pierwszych scen „Zielonego jabłuszka” przekonała mnie Izabela Sowa do swojej powieści – i chociaż komizmu w tym stężeniu nie udało jej się już potem powtórzyć, historia mimo wszystko poprawiała nastrój do samego końca. Gdzieś tam może zbyt zawierzyła autorka obiegowym dowcipom, na których nie ma sensu budować dialogu (a i sama Ania Kropelka nie wzięła się przecież z wyobraźni), ale da się to łatwo wybaczyć – za udany i nieco sentymentalny powrót do czasów, których dzisiejsze młode pokolenia nie znają.
Wydana w serii „Babie lato” powieść właściwie mogłaby być książką dla młodzieży – przy założeniu, że ta młodzież zainteresowałaby się życiem nastolatki w PRL-u. Ania Kropelka to młoda dziewczyna, która ironicznie komentuje otoczenie, a swoje zwierzenia ubiera w formę listu do idola, Limahla. Mama Ani wyjechała do Stanów i nie ma ochoty wrócić, ojca bohaterka nie zna. Pozostaje jej babcia i sąsiadki – oraz koledzy ze szkoły. I oczywiście Limahl. Ania prowadzi zwyczajne życie nastolatki, tyle że ustrój zapewnia jej przeżycia dziś nie do wyobrażenia. Relacje z codziennej egzystencji nastolatka okrasza humorem – to często śmiech mimo wszystko, bo w życiu nie zawsze dzieje się tak, jakby bohaterka chciała. Zwykle towarzyszą jej drobne zmartwienia i uciążliwości, niekiedy poważne konflikty psują nastrój – ale to wszystko ma specyficzny posmak nostalgii za dawnymi czasami. Dzięki temu zabiegowi, mocno ryzykownemu, Izabela Sowa uzyskuje w narracji pogodę ducha właściwą choćby bohaterkom Jeżycjady. Nie musi się obawiać, że kłopotami Ani Kropelki obarczy odbiorczynie – bo w końcu tym obce są rozterki nastolatki. Lektura dostarczy zatem rozrywki, czasem obudzi wspomnienia, ale pełnić będzie przede wszystkim funkcję rozrywkową. Jej atutem jest także ciekawe ujęcie czasów PRL-u, odmienne od konwencji w literaturze. Nie ma tu wielu ogranych już motywów czy wręcz stereotypów w pisaniu o tych czasach, autorka koncentruje się tak naprawdę na kwestii rozbicia rodziny przez emigrację. Wszystko inne – przedsiębiorczość młodych ludzi, pomysłowość w zdobywaniu towarów, których nie można kupić, wszechobecna szarzyzna i absurdy – schodzi do poziomu tła. Nadaje całości specyficznego i niepowtarzalnego kształtu, ale nie przytłacza czytelników.
„Zielone jabłuszko” nastawione jest na dostarczenie powodów do radości, widać to w każdej małej scence przywoływanej od razu z zamiarem budzenia śmiechu. Izabela Sowa ucieka od drobiazgu do drobiazgu – komiczne obrazki wcale nie mają wielkiego wpływu na rozwój fabuł, autorce zależy na tym, by przepędzić melancholię i czarne myśli. Przy tych wszystkich wplecionych w opowieść dowcipach nie sposób pozostać obojętnym na historię. Nawet jeśli ktoś będzie mieć inne wspomnienia i w postępowaniu Ani dostrzeże niekonsekwencję, będzie Sowie wdzięczny za dawkę śmiechu i optymizmu. I to jest w tej powieści najważniejsze – nie odwołania do poprzedniej epoki, nie przechowywanie pamięci o życiu w PRL-u, a ubaw pod pretekstem przekazywania obyczajowej historii. Standardowe wątki dużo zyskały po wtrąceniu w kontekst obcy dzisiejszym nastolatkom. Izabeli Sowie udało się stworzyć książkę, która pozytywnie wyróżnia się spośród współczesnych obyczajówek – klimatem, pomysłem i sposobem opowiadania. Warto do tej książki zajrzeć. Także w całej serii WNK to sympatyczne odświeżenie schematów i popis humoru.
Ania z PRL-u
Jedną z pierwszych scen „Zielonego jabłuszka” przekonała mnie Izabela Sowa do swojej powieści – i chociaż komizmu w tym stężeniu nie udało jej się już potem powtórzyć, historia mimo wszystko poprawiała nastrój do samego końca. Gdzieś tam może zbyt zawierzyła autorka obiegowym dowcipom, na których nie ma sensu budować dialogu (a i sama Ania Kropelka nie wzięła się przecież z wyobraźni), ale da się to łatwo wybaczyć – za udany i nieco sentymentalny powrót do czasów, których dzisiejsze młode pokolenia nie znają.
Wydana w serii „Babie lato” powieść właściwie mogłaby być książką dla młodzieży – przy założeniu, że ta młodzież zainteresowałaby się życiem nastolatki w PRL-u. Ania Kropelka to młoda dziewczyna, która ironicznie komentuje otoczenie, a swoje zwierzenia ubiera w formę listu do idola, Limahla. Mama Ani wyjechała do Stanów i nie ma ochoty wrócić, ojca bohaterka nie zna. Pozostaje jej babcia i sąsiadki – oraz koledzy ze szkoły. I oczywiście Limahl. Ania prowadzi zwyczajne życie nastolatki, tyle że ustrój zapewnia jej przeżycia dziś nie do wyobrażenia. Relacje z codziennej egzystencji nastolatka okrasza humorem – to często śmiech mimo wszystko, bo w życiu nie zawsze dzieje się tak, jakby bohaterka chciała. Zwykle towarzyszą jej drobne zmartwienia i uciążliwości, niekiedy poważne konflikty psują nastrój – ale to wszystko ma specyficzny posmak nostalgii za dawnymi czasami. Dzięki temu zabiegowi, mocno ryzykownemu, Izabela Sowa uzyskuje w narracji pogodę ducha właściwą choćby bohaterkom Jeżycjady. Nie musi się obawiać, że kłopotami Ani Kropelki obarczy odbiorczynie – bo w końcu tym obce są rozterki nastolatki. Lektura dostarczy zatem rozrywki, czasem obudzi wspomnienia, ale pełnić będzie przede wszystkim funkcję rozrywkową. Jej atutem jest także ciekawe ujęcie czasów PRL-u, odmienne od konwencji w literaturze. Nie ma tu wielu ogranych już motywów czy wręcz stereotypów w pisaniu o tych czasach, autorka koncentruje się tak naprawdę na kwestii rozbicia rodziny przez emigrację. Wszystko inne – przedsiębiorczość młodych ludzi, pomysłowość w zdobywaniu towarów, których nie można kupić, wszechobecna szarzyzna i absurdy – schodzi do poziomu tła. Nadaje całości specyficznego i niepowtarzalnego kształtu, ale nie przytłacza czytelników.
„Zielone jabłuszko” nastawione jest na dostarczenie powodów do radości, widać to w każdej małej scence przywoływanej od razu z zamiarem budzenia śmiechu. Izabela Sowa ucieka od drobiazgu do drobiazgu – komiczne obrazki wcale nie mają wielkiego wpływu na rozwój fabuł, autorce zależy na tym, by przepędzić melancholię i czarne myśli. Przy tych wszystkich wplecionych w opowieść dowcipach nie sposób pozostać obojętnym na historię. Nawet jeśli ktoś będzie mieć inne wspomnienia i w postępowaniu Ani dostrzeże niekonsekwencję, będzie Sowie wdzięczny za dawkę śmiechu i optymizmu. I to jest w tej powieści najważniejsze – nie odwołania do poprzedniej epoki, nie przechowywanie pamięci o życiu w PRL-u, a ubaw pod pretekstem przekazywania obyczajowej historii. Standardowe wątki dużo zyskały po wtrąceniu w kontekst obcy dzisiejszym nastolatkom. Izabeli Sowie udało się stworzyć książkę, która pozytywnie wyróżnia się spośród współczesnych obyczajówek – klimatem, pomysłem i sposobem opowiadania. Warto do tej książki zajrzeć. Także w całej serii WNK to sympatyczne odświeżenie schematów i popis humoru.
środa, 16 listopada 2011
Izabela Sowa: Części intymne
WNK, Warszawa 2011.
Prawda pisania
Miłośników książek autotematyzm może przyciągnąć. Mimo że książki o książkach nie zawsze cieszą się powodzeniem, można je traktować raz jako hołd składany literaturze, dwa – jako próbę rozliczenia z sytuacją na rynku. Izabela Sowa uznała – poza drugą motywacją – że literatura jako temat i podstawowy motyw historii może się całkiem dobrze sprawdzić w obyczajowym czytadle. Co ciekawe, nie ma w „Częściach intymnych” uwielbienia dla książek, życie – nawet życie podporządkowanego słowom autora – musi ostatecznie wygrać. Tyle że zwycięstwo jest gorzkie, a szans na wyrwanie się z marazmu raczej nie ma.
Przewija się przez tę książkę pytanie o kondycję literatury i… czytelników. Janusz, bohater powieści, to autor bestsellerów (chociaż fragmenty jego dzieł wskazują raczej na trzeciorzędne pisarstwo i zachwytów wywołać nie mogą). Z czasem okazuje się też, że to plagiator: bez skrupułów korzysta z zamieszczanych w internecie cudzych relacji. W efekcie, chociaż w oczach czytelników jawi się jako guru, nie wiele wie o życiu. Nie rusza się z ulubionego fotela i snuje opowieści o dalekich wyprawach. Mało tego – musi jeździć na spotkania z czytelnikami i przekonywać ich do sięgania po teksty, ale sam nie sprawia wrażenia przekonanego. Właśnie na takich wyjazdach do małych miasteczek upływają „Części intymne”. Janusz spotyka się z odbiorcami narzekającymi na mizerną ofertę kulturalną w regionie, z niedouczonymi dziennikarkami, a od czasu do czasu też z prawdziwymi fanami. Z tego wszystkiego wyłania się raczej mało optymistyczny obraz życia kulturalnego. Sowa pozwala sobie także na ostrą satyrę, a ściślej mówiąc – na ujawnienie prawdy o praktykach dystrybutorów (co stanowi dziś tajemnicę poliszynela, ale kiedy dotyka bezpośrednio bohatera-pisarza, być może zainteresuje też zwykłych czytelników, nie tylko ludzi zaangażowanych w proces powstawania książek).
Janusz przeżywa trudne chwile – bo naprawdę dopiero spotkania, na które przychodzi tylko kilka stałych bywalczyń tego typu imprez, emerytek zmęczonych programami w telewizji, obnażają prawdę o współczesnej literaturze rozrywkowej i o jej twórcach: są na dobrą sprawę nikomu niepotrzebni. Książka przestaje być świętością, zaczyna być zwykłym towarem – to przejście od sfery sacrum do profanum przejawia się w goryczy narracji.
Izabela Sowa, co zaskakujące, nie chce grać na emocjach zwykłych czytelników. Nie buduje w książce wielkich napięć, nie ma zamiaru też najwyraźniej sięgać po wielkie tematy: rezygnuje z wielkich miłości, patosu czy dramatów, marazm codzienności zwycięża. Nawet kiedy zaczyna dziać się coś, co mogłoby przynieść zmiany, ostatecznie przegrywa z rutyną. Dzięki takim rozwiązaniom Izabela Sowa może pozwolić sobie na szkicowanie charakteru postaci i przeżyć, które są jej udziałem. Autorka stawia na opis wydarzeń, nie próbuje zatem wdawać się w głębokie psychologiczne analizy – ale zostawia na nie miejsce, bo nie zagęszcza narracji. „Części intymne” to książka, która mogłaby zostać włączona do dyskusji o kondycji literatury.
Prawda pisania
Miłośników książek autotematyzm może przyciągnąć. Mimo że książki o książkach nie zawsze cieszą się powodzeniem, można je traktować raz jako hołd składany literaturze, dwa – jako próbę rozliczenia z sytuacją na rynku. Izabela Sowa uznała – poza drugą motywacją – że literatura jako temat i podstawowy motyw historii może się całkiem dobrze sprawdzić w obyczajowym czytadle. Co ciekawe, nie ma w „Częściach intymnych” uwielbienia dla książek, życie – nawet życie podporządkowanego słowom autora – musi ostatecznie wygrać. Tyle że zwycięstwo jest gorzkie, a szans na wyrwanie się z marazmu raczej nie ma.
Przewija się przez tę książkę pytanie o kondycję literatury i… czytelników. Janusz, bohater powieści, to autor bestsellerów (chociaż fragmenty jego dzieł wskazują raczej na trzeciorzędne pisarstwo i zachwytów wywołać nie mogą). Z czasem okazuje się też, że to plagiator: bez skrupułów korzysta z zamieszczanych w internecie cudzych relacji. W efekcie, chociaż w oczach czytelników jawi się jako guru, nie wiele wie o życiu. Nie rusza się z ulubionego fotela i snuje opowieści o dalekich wyprawach. Mało tego – musi jeździć na spotkania z czytelnikami i przekonywać ich do sięgania po teksty, ale sam nie sprawia wrażenia przekonanego. Właśnie na takich wyjazdach do małych miasteczek upływają „Części intymne”. Janusz spotyka się z odbiorcami narzekającymi na mizerną ofertę kulturalną w regionie, z niedouczonymi dziennikarkami, a od czasu do czasu też z prawdziwymi fanami. Z tego wszystkiego wyłania się raczej mało optymistyczny obraz życia kulturalnego. Sowa pozwala sobie także na ostrą satyrę, a ściślej mówiąc – na ujawnienie prawdy o praktykach dystrybutorów (co stanowi dziś tajemnicę poliszynela, ale kiedy dotyka bezpośrednio bohatera-pisarza, być może zainteresuje też zwykłych czytelników, nie tylko ludzi zaangażowanych w proces powstawania książek).
Janusz przeżywa trudne chwile – bo naprawdę dopiero spotkania, na które przychodzi tylko kilka stałych bywalczyń tego typu imprez, emerytek zmęczonych programami w telewizji, obnażają prawdę o współczesnej literaturze rozrywkowej i o jej twórcach: są na dobrą sprawę nikomu niepotrzebni. Książka przestaje być świętością, zaczyna być zwykłym towarem – to przejście od sfery sacrum do profanum przejawia się w goryczy narracji.
Izabela Sowa, co zaskakujące, nie chce grać na emocjach zwykłych czytelników. Nie buduje w książce wielkich napięć, nie ma zamiaru też najwyraźniej sięgać po wielkie tematy: rezygnuje z wielkich miłości, patosu czy dramatów, marazm codzienności zwycięża. Nawet kiedy zaczyna dziać się coś, co mogłoby przynieść zmiany, ostatecznie przegrywa z rutyną. Dzięki takim rozwiązaniom Izabela Sowa może pozwolić sobie na szkicowanie charakteru postaci i przeżyć, które są jej udziałem. Autorka stawia na opis wydarzeń, nie próbuje zatem wdawać się w głębokie psychologiczne analizy – ale zostawia na nie miejsce, bo nie zagęszcza narracji. „Części intymne” to książka, która mogłaby zostać włączona do dyskusji o kondycji literatury.
wtorek, 16 sierpnia 2011
Izabela Sowa: Smak świeżych malin
Akapit Press, Łódź 2011.
Malina kontra świat
Chociaż bohaterkę „Smaku świeżych malin” Izabeli Sowy poznajemy w chwili operacji plastycznej, mającej na celu poprawienie wyglądu nosa, koniec problemów Maliny nie wydaje się bliski. Ojciec-dorobkiewicz spłoszył narzeczonego dziewczyny, kolejne diety nie przynoszą efektu, pracy nie ma, a depresje bohaterka musi leczyć wciąż nowymi pigułkami. Nic dziwnego, że w toku opowiadania Malina zapomina o swoim nosie i nie zyskuje pewności siebie: w końcu usunięcie przyczyny jednego z licznych kompleksów nie rozwiąże wszystkich kłopotów. Mało tego, w kontekście późniejszych wydarzeń krzywy nos rzeczywiście okazuje się najmniejszym ze zmartwień. Bo w życiu Maliny nic się nie układa, Izabela Sowa pastwi się nad swoją bohaterką, z lubością zsyłając na nią kolejne plagi. Przy okazji mści się na facetach, przedstawiając ich w złym świetle: ojciec Maliny przynosi dziewczynie wstyd i jest doprowadzony do karykaturalnych rozmiarów, nowy partner matki to pracoholik i narkoman, który w dodatku prezentuje chorobliwą zazdrość. Narzeczonemu brak klasy, lekarz cierpi na sklerozę i nie zna się na swoim fachu, a jeden z kumpli odbija partnera koleżance. Życie składa się z mnóstwa malutkich historyjek, poukładanych w rzędzie. W tym wszystkim tkwi zagubiona Malina.
Na taki dynamiczny obraz pozwala konstrukcja książki. Sowa pisze ją w formie dziennika młodej dziewczyny, ale pod kolejnymi datami widnieją króciutkie notatki, zaledwie szkice tego, co w danym dniu się wydarzyło. Właściwe opowieści wprowadzane są przez hasła kluczowe, te hasła, rzucone w notatce, zostają zaraz potem rozwinięte w trochę dłuższe historie: dzięki temu rozwiązaniu autorka może wprowadzać retrospekcje i zaburzać chronologię, a także dodawać do fabuły kolejne drobne opowiastki, które w normalnym toku opowiadania nie zmieściłyby się bez dobrego uzasadnienia. Konsekwencje w kreowaniu postaci widać również dobrze w narracji: Sowa stawia przede wszystkim na pełne ekspresji dialogi, często pozbawiane dodatkowych opisów.
Przy lekturze odnosi się wrażenie, że autorka nie pała zbytnią sympatią do swojej bohaterki. Malina, owszem, ma mnóstwo problemów, które powinny sprawić, że zaskarbi sobie sympatię odbiorczyń, ale jednocześnie bywa, że swoim zachowaniem odstrasza. Zdarza się, że podejmowane przez nią decyzje oddalają ją od czytelniczek, wygląda to tak, jakby działała zamaskowana krytyka bohaterki, która przecież nie ma już nastu lat.
„Smak świeżych malin”” na początku traktowany był jako powieść obyczajowa, teraz przenosi się do działu z literaturą młodzieżową – i słusznie, na taki zabieg pozwala wykreowany w powieści świat i niedojrzała emocjonalnie bohaterka, a także sam sposób opisywania akcji. To jedna z książek, które spodobają się czytelniczkom ze względu na brak idealizowanych zakończeń, cukierkowości czy sentymentalizmu. Sowa proponuje alternatywę wobec powieści Siesickiej czy Musierowicz, książkę, która do gustu przypadnie zmęczonym ubarwianiem codzienności odbiorczyniom. Ta propozycja, choć szorstka i miejscami aż trudna do zaakceptowania (ale niepozbawiona i pierwiastka optymizmu), zajmuje ważne miejsce w literaturze czwartej – nic dziwnego, że po raz kolejny wraca na półki księgarskie. Jako pozycja dla młodzieży ma szansę zaistnieć dłużej niż jako obyczajowe czytadło.
Malina kontra świat
Chociaż bohaterkę „Smaku świeżych malin” Izabeli Sowy poznajemy w chwili operacji plastycznej, mającej na celu poprawienie wyglądu nosa, koniec problemów Maliny nie wydaje się bliski. Ojciec-dorobkiewicz spłoszył narzeczonego dziewczyny, kolejne diety nie przynoszą efektu, pracy nie ma, a depresje bohaterka musi leczyć wciąż nowymi pigułkami. Nic dziwnego, że w toku opowiadania Malina zapomina o swoim nosie i nie zyskuje pewności siebie: w końcu usunięcie przyczyny jednego z licznych kompleksów nie rozwiąże wszystkich kłopotów. Mało tego, w kontekście późniejszych wydarzeń krzywy nos rzeczywiście okazuje się najmniejszym ze zmartwień. Bo w życiu Maliny nic się nie układa, Izabela Sowa pastwi się nad swoją bohaterką, z lubością zsyłając na nią kolejne plagi. Przy okazji mści się na facetach, przedstawiając ich w złym świetle: ojciec Maliny przynosi dziewczynie wstyd i jest doprowadzony do karykaturalnych rozmiarów, nowy partner matki to pracoholik i narkoman, który w dodatku prezentuje chorobliwą zazdrość. Narzeczonemu brak klasy, lekarz cierpi na sklerozę i nie zna się na swoim fachu, a jeden z kumpli odbija partnera koleżance. Życie składa się z mnóstwa malutkich historyjek, poukładanych w rzędzie. W tym wszystkim tkwi zagubiona Malina.
Na taki dynamiczny obraz pozwala konstrukcja książki. Sowa pisze ją w formie dziennika młodej dziewczyny, ale pod kolejnymi datami widnieją króciutkie notatki, zaledwie szkice tego, co w danym dniu się wydarzyło. Właściwe opowieści wprowadzane są przez hasła kluczowe, te hasła, rzucone w notatce, zostają zaraz potem rozwinięte w trochę dłuższe historie: dzięki temu rozwiązaniu autorka może wprowadzać retrospekcje i zaburzać chronologię, a także dodawać do fabuły kolejne drobne opowiastki, które w normalnym toku opowiadania nie zmieściłyby się bez dobrego uzasadnienia. Konsekwencje w kreowaniu postaci widać również dobrze w narracji: Sowa stawia przede wszystkim na pełne ekspresji dialogi, często pozbawiane dodatkowych opisów.
Przy lekturze odnosi się wrażenie, że autorka nie pała zbytnią sympatią do swojej bohaterki. Malina, owszem, ma mnóstwo problemów, które powinny sprawić, że zaskarbi sobie sympatię odbiorczyń, ale jednocześnie bywa, że swoim zachowaniem odstrasza. Zdarza się, że podejmowane przez nią decyzje oddalają ją od czytelniczek, wygląda to tak, jakby działała zamaskowana krytyka bohaterki, która przecież nie ma już nastu lat.
„Smak świeżych malin”” na początku traktowany był jako powieść obyczajowa, teraz przenosi się do działu z literaturą młodzieżową – i słusznie, na taki zabieg pozwala wykreowany w powieści świat i niedojrzała emocjonalnie bohaterka, a także sam sposób opisywania akcji. To jedna z książek, które spodobają się czytelniczkom ze względu na brak idealizowanych zakończeń, cukierkowości czy sentymentalizmu. Sowa proponuje alternatywę wobec powieści Siesickiej czy Musierowicz, książkę, która do gustu przypadnie zmęczonym ubarwianiem codzienności odbiorczyniom. Ta propozycja, choć szorstka i miejscami aż trudna do zaakceptowania (ale niepozbawiona i pierwiastka optymizmu), zajmuje ważne miejsce w literaturze czwartej – nic dziwnego, że po raz kolejny wraca na półki księgarskie. Jako pozycja dla młodzieży ma szansę zaistnieć dłużej niż jako obyczajowe czytadło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






