Karakter, Kraków 2024.
Uszy
Kiedyś Dorota Masłowska fascynowała umiejętnością podsłuchiwania rzeczywistości. Najlepiej wychodziło jej tworzenie prozy ze zlepków kolokwializmów, przefiltrowanych przez zmysł poetycki, uzupełnionych jeszcze celowymi i komicznymi choć powszechnymi błędami językowymi. a do tego za każdym razem – pokazywanie bohaterów wykluczonych z mainstreamu, przegranych już na starcie, miałkich i pozbawionych prawa do wynoszenia na piedestał. I to się nie zmieniło. Na każdą książkę tej autorki trzeba trochę poczekać – ale otrzymuje się potem prozę skondensowaną i zrytmizowaną, zachwycającą melodyjnością, bez względu na wybrany akurat styl. Dorota Masłowska imponuje – w dalszym ciągu ma coś do powiedzenia na rynku literackim. „Magiczna rana” to zestaw opowiadań (które można jednak potraktować jak powieść, za sprawą spajającego wszystko języka i postaci dopasowanych do siebie nawzajem). W „Magicznej ranie” znów bohaterowie wywodzą się raczej z nizin (a przynajmniej ze świata przeciętniaków), ale wtrąceni zostali w świat modnych zjawisk. Nie są stworzeni do wielkich rzeczy, nie mogą dokonać niczego, bo ich wyobraźnia nie sięga dalej poza przetrwanie. Tu właściwym bohaterem staje się język, narracja, sposób prezentowania postaci i pełne ich zrozumienie. Dorota Masłowska jest życzliwym obserwatorem, nie wyśmiewa się z ludzi, których portretuje – nawet kiedy świadomie eksponuje ich słabe strony. Wie, co zrobić, żeby ich doświadczenia (albo raczej – brak doświadczeń czy też głębszego duchowego przeżycia tychże) wyzwoliły zainteresowanie odbiorców. Z jednej strony Masłowska proponuje egzotykę, z drugiej – zataczającą coraz szersze kręgi bylejakość. Nikt z grona czytelników nie będzie się utożsamiać z bohaterami – a przecież są oni prezentowani wyjątkowo celnie i wcale nie stanowią mniejszości w społeczeństwie. Dorota Masłowska pochyla się nad tymi, którzy mogą marzyć – ale nie na dużą skalę. Rejestruje ich wyczyny i przemyślenia, bo wbrew stereotypom – monologi wewnętrzne się u nich pojawiają i nie należą do infantylnych. Każdy do czegoś dąży, każdy musi pokonywać trudności i mierzyć się z wyzwaniami, jakich wcześniej się nie spodziewał. Rozdarcie między możliwościami i oczekiwaniami w zasadzie tu nie istnieje – bo nikt nie wykracza ponad swój świat. Na tym zresztą polega największy dramat bohaterów z „Magicznej rany” – ludzie nie osiągają rzeczy wielkich, bo w ogóle nie podejrzewają, że mogliby się na nie porywać. Nie rezygnują przy tym jednak z autodefinicji, z budowania siebie z zastanych elementów rzeczywistości. Dorota Masłowska, co ciekawe, nie przerysowuje w tej prozie wydarzeń ani charakterów – szkicuje bohaterów bardzo delikatnie, nie tworzy paszkwili, a obrazki rodzajowe. Przekonująco i pomysłowo, oryginalnie i barwnie – tu nie da się nudzić przy lekturze, można się tylko zachwycać. „Magiczna rana” to książka, która urzeka trafnością, jest wyniesieniem miałkości egzystencji do rangi wielkiej sztuki. Tu nie czas na rozważania o sensie istnienia albo roli kultury – liczy się wyłącznie instynkt przetrwania, realizowanie celów codziennych bez wizji odległej przyszłości. Dorota Masłowska pokazuje przekonanym o własnej wartości, że niekoniecznie mają podstawy do samozadowolenia – przynajmniej nie w większym stopniu niż ludzie z nizin społecznych.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorota Masłowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorota Masłowska. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 stycznia 2025
środa, 11 stycznia 2017
Dorota Masłowska: Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną
Noir sur Blanc, Warszawa 2016.
Dojrzewanie
Ta książka na początku XXI wieku zrobiła furorę na polskim rynku wydawniczym i sprawiła, że jedni Dorotę Masłowską pokochali natychmiast i trwale, a drudzy od razu i ostatecznie przekreślili. Jedni w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” się zaczytywali, inni odkładali tom po kilku stronach, zniechęceni formą (i tematyką). „Wojna polsko-ruska” z przymrużeniem oka zamieniła się w potężną wojnę czytelników. O tym, co Masłowska, pisało wielu (zwłaszcza młodych zbuntowanych lub pozujących na takich), ale tak jak tej autorce nikomu nie udało się przedstawić świata – widzianego przez spisanych na straty młodych degeneratów.
To Silny, czyli Robakoski Andrzej, prowadzi tę relację, pełną zawirowań i prywatnych dramatów. Silny dowiaduje się o ciąży swojej dziewczyny, a że niezwykle łatwo wyprowadzić go z równowagi – znajduje sobie inne partnerki, równie pokaleczone przez życie jak on sam. Bo Silny, chociaż niczego jeszcze w życiu nie dokonał (i raczej nie ma szans dokonać), ból istnienia przeżywa dotkliwie. Zagłusza go narkotykami i alkoholem, przez co nikt nie ma do niego dostępu. To w głowie Silnego rozgrywają się najwyraźniej wszelkie możliwe scenariusze. Silny nie wyrwie się ze swojego świata, a inni będą co najwyżej potwierdzać, że innej rzeczywistości nie ma. To świat ludzi przegranych na starcie – definiowanych wyłącznie przez imprezy, używki, przypadkowy seks, niechciane ciąże, przekleństwa i językową niechlujność. Bo to, co dzieje się w ramach fabuły, to w zasadzie tylko przykrywka, ograny schemat znany i z literatury, i z życia. Międzyludzkie relacje Masłowska wyostrza, ale tu tylko naśladuje blokową codzienność. Zupełnie inaczej jest w warstwie narracji, w tym monologu wewnętrznym, którego Silny nie zaprezentuje światu. W tej kwestii nawet budzący odrazę bohaterowie potrafią zaskoczyć filozoficzną analizą egzystencji lub poetyckim spostrzeżeniem. I oni przecież przeżywają, nawet jeśli uczucia uzewnętrzniać mogą jedynie w sposób nieakceptowany przez społeczeństwo.
Język jest najważniejszym bohaterem książki Doroty Masłowskiej, nawet jeśli ona sama w autoironicznym portrecie przewijać się będzie przez część historii. Robakoski Andrzej nie potrzebuje przestrzegać reguł gramatyki (czy poprawnej wymowy), żeby został zrozumiany. Silny nie tylko wplata w swoje wywody najczęstsze (najbardziej wyśmiewane, rażące, ale i tak powszechne) błędy językowe. On opowiada w specyficznym rytmie, stylu, który dobrze go definiuje, a jednocześnie maskuje marazm. Dzisiaj już wiadomo, że każdą kolejną książkę Masłowska tworzy w innej stylistyce, gra z czytelnikami i zmusza ich do ciągłego weryfikowania poglądów. Już samym doborem fraz coś ogłasza, definiuje bohatera i ocenia go jednocześnie, ale bez opowiadania się po jakiejkolwiek stronie. Silny wygrywa szczerością, chociaż bywa wulgarny, dostrzega to, co umknie „zwyczajnym” ludziom. Teraz „Wojna polsko-ruska” wraca na rynek w wydaniu bardziej ekskluzywnym (i w innym wydawnictwie). To już publikacja dla koneserów, dla tych, którzy Masłowskiej uwierzyli w jej kreacje rzeczywistości. Świadectwo czasów, wyobraźni i językowych możliwości, ale też ciekawostka socjologiczna. Widać, jak niewiele ze slangu wykorzystała autorka i jak bawiła się intertekstualiami (spis inspiracji znalazł się pod koniec książki) – tu efekt uzyskuje się przez sposób cięcia fraz, bohaterowie mówią niemal jednym głosem – i jest to automatycznie i parodia, i odzwierciedlenie języka pewnej części społeczeństwa. Tak ujawnia się i wielowymiarowość „Wojny polsko-ruskiej”. Dorota Masłowska pisze dojrzale – unika naiwności i banałów przy prezentowaniu oceny młodego pokolenia, proponuje ostrą satyrę, ale wobec postaci z tego tomu potrafi być bardzo wyrozumiała. Dobrze, że ta książka powraca teraz na rynek: Masłowska nie rozpieszcza swoich fanów zbyt częstymi publikacjami, a warto sięgnąć po ten tom z perspektywy czasu – bez emocji i nawiązań do okołoliterackich dyskusji.
Dojrzewanie
Ta książka na początku XXI wieku zrobiła furorę na polskim rynku wydawniczym i sprawiła, że jedni Dorotę Masłowską pokochali natychmiast i trwale, a drudzy od razu i ostatecznie przekreślili. Jedni w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” się zaczytywali, inni odkładali tom po kilku stronach, zniechęceni formą (i tematyką). „Wojna polsko-ruska” z przymrużeniem oka zamieniła się w potężną wojnę czytelników. O tym, co Masłowska, pisało wielu (zwłaszcza młodych zbuntowanych lub pozujących na takich), ale tak jak tej autorce nikomu nie udało się przedstawić świata – widzianego przez spisanych na straty młodych degeneratów.
To Silny, czyli Robakoski Andrzej, prowadzi tę relację, pełną zawirowań i prywatnych dramatów. Silny dowiaduje się o ciąży swojej dziewczyny, a że niezwykle łatwo wyprowadzić go z równowagi – znajduje sobie inne partnerki, równie pokaleczone przez życie jak on sam. Bo Silny, chociaż niczego jeszcze w życiu nie dokonał (i raczej nie ma szans dokonać), ból istnienia przeżywa dotkliwie. Zagłusza go narkotykami i alkoholem, przez co nikt nie ma do niego dostępu. To w głowie Silnego rozgrywają się najwyraźniej wszelkie możliwe scenariusze. Silny nie wyrwie się ze swojego świata, a inni będą co najwyżej potwierdzać, że innej rzeczywistości nie ma. To świat ludzi przegranych na starcie – definiowanych wyłącznie przez imprezy, używki, przypadkowy seks, niechciane ciąże, przekleństwa i językową niechlujność. Bo to, co dzieje się w ramach fabuły, to w zasadzie tylko przykrywka, ograny schemat znany i z literatury, i z życia. Międzyludzkie relacje Masłowska wyostrza, ale tu tylko naśladuje blokową codzienność. Zupełnie inaczej jest w warstwie narracji, w tym monologu wewnętrznym, którego Silny nie zaprezentuje światu. W tej kwestii nawet budzący odrazę bohaterowie potrafią zaskoczyć filozoficzną analizą egzystencji lub poetyckim spostrzeżeniem. I oni przecież przeżywają, nawet jeśli uczucia uzewnętrzniać mogą jedynie w sposób nieakceptowany przez społeczeństwo.
Język jest najważniejszym bohaterem książki Doroty Masłowskiej, nawet jeśli ona sama w autoironicznym portrecie przewijać się będzie przez część historii. Robakoski Andrzej nie potrzebuje przestrzegać reguł gramatyki (czy poprawnej wymowy), żeby został zrozumiany. Silny nie tylko wplata w swoje wywody najczęstsze (najbardziej wyśmiewane, rażące, ale i tak powszechne) błędy językowe. On opowiada w specyficznym rytmie, stylu, który dobrze go definiuje, a jednocześnie maskuje marazm. Dzisiaj już wiadomo, że każdą kolejną książkę Masłowska tworzy w innej stylistyce, gra z czytelnikami i zmusza ich do ciągłego weryfikowania poglądów. Już samym doborem fraz coś ogłasza, definiuje bohatera i ocenia go jednocześnie, ale bez opowiadania się po jakiejkolwiek stronie. Silny wygrywa szczerością, chociaż bywa wulgarny, dostrzega to, co umknie „zwyczajnym” ludziom. Teraz „Wojna polsko-ruska” wraca na rynek w wydaniu bardziej ekskluzywnym (i w innym wydawnictwie). To już publikacja dla koneserów, dla tych, którzy Masłowskiej uwierzyli w jej kreacje rzeczywistości. Świadectwo czasów, wyobraźni i językowych możliwości, ale też ciekawostka socjologiczna. Widać, jak niewiele ze slangu wykorzystała autorka i jak bawiła się intertekstualiami (spis inspiracji znalazł się pod koniec książki) – tu efekt uzyskuje się przez sposób cięcia fraz, bohaterowie mówią niemal jednym głosem – i jest to automatycznie i parodia, i odzwierciedlenie języka pewnej części społeczeństwa. Tak ujawnia się i wielowymiarowość „Wojny polsko-ruskiej”. Dorota Masłowska pisze dojrzale – unika naiwności i banałów przy prezentowaniu oceny młodego pokolenia, proponuje ostrą satyrę, ale wobec postaci z tego tomu potrafi być bardzo wyrozumiała. Dobrze, że ta książka powraca teraz na rynek: Masłowska nie rozpieszcza swoich fanów zbyt częstymi publikacjami, a warto sięgnąć po ten tom z perspektywy czasu – bez emocji i nawiązań do okołoliterackich dyskusji.
poniedziałek, 4 maja 2015
Dorota Masłowska: Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne
Noir sur Blanc, Warszawa 2015.
Naród od kuchni
Kto przeczytał jedną książkę Doroty Masłowskiej (albo chociaż jej fragment, książki, nie Masłowskiej) i na tej podstawie stwierdził, że tekstów tej autorki nie będzie czytał, bo nie lubi, popełnia duży błąd. Bo Masłowska za każdym razem zaskakuje odbiorców nowymi pomysłami i wariacjami stylistycznymi. Do spostrzegawczości dochodzi ironia, do ironii – indywidualne i zawsze bezkompromisowe oceny współczesnego świata. I tak w każdym kolejnym utworze Masłowska udowadnia czytelnikom, że wcale jej nie znają, a próby zaszufladkowania jej prozy może jedynie wyśmiać. „Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne” to zestaw tekstów publikowanych w „Zwierciadle” i zebranych w bardzo apetyczny, a i złośliwie-dowcipny tom. Masłowska znowu zamienia się tu w satyryka, w rodzajowych obrazkach okołojedzeniowych zawierając więcej ostrej prawdy, niż część odbiorców mogłaby znieść. Tyle że ta obśmiewana część odbiorców raczej do tej publikacji nie zajrzy, powołując się na równie wygodną co pozbawioną sensu śpiewkę „nie lubię Masłowskiej”.
Tu przebłyski kulinarne stają się punktem wyjścia do kulturowych i psychologicznych rozważań w bardzo lekkiej (lekkostrawnej) wersji. Dorota Masłowska nie zamierza dołączać do szeregu gwiazd, które ochoczo dzielą się przepisami, ukochanymi smakami i fantazjami kulinarnymi. Owszem, podaje kilka wyjątkowych receptur, których próżno by szukać w książkach kucharskich – ale to dla przetestowania komizmotwórczych możliwości gatunku. Znajdzie się tu więc niezapomniany (dla ludzi z pokolenia autorki) przepis na kakao „na sucho” oraz zupełnie abstrakcyjne drinki jak „Lato w Warszawie”. Do wielu przepisów niezbędne są składniki w rodzaju ciekawego towarzystwa, charakterystycznych odgłosów czy ulubionych miejsc, czasem dochodzi do tego kąśliwość i skłonność do przesady. Odtworzenie prezentowanych przez autorkę specjałów byłoby nierealne i o to właśnie chodzi. Bo kulinarne wspomnienia prowadzą do refleksji natury ogólnoludzkiej. To o ludziach pisze Masłowska w swoich niezwykłych felietonach. To ludzi krytykuje i wyśmiewa. Ludzi – nigdy „nas”, ale zawsze tych „innych”, z którymi czytelnicy nie będą się identyfikować (zresztą inni nie dowiedzą się, jak zinterpretowani zostali. W końcu oni nie czytają, a jeśli już to kolorowe brukowce, a nie Masłowską).
Dorota Masłowska uwielbia przesadę. Pisze ozdobnym językiem, momentami aż przytłacza wielością barokowych fraz. Te stylistyczne zawijasy są przy tym bardzo malownicze, ale też przekonujące, widać w nich odbicie społeczeństwa i bez trudu wychwycić można zwykłe i codzienne powody do narzekania. Tyle że u Masłowskiej to powody do estetycznych zachwytów i wybuchów śmiechu. Refleksja nad trafnością spostrzeżeń przychodzi później, po rozrywce – inteligentnej i pozbawionej dyplomacji. „Więcej niż możesz zjeść” to nieustający literacki karnawał, ale bez nawiązywania do biesiadnych tradycji. To bardziej uczta literacka niż wytwór kultury konsumpcyjnej.
Bezlitosna jest ta książka, karykaturalna i szczera do bólu. Masłowska nie uznaje – na szczęście – podporządkowywania się panującym w felietonach trendom, szuka dla siebie niszy niemal egzotycznej. Nie męczy przewidywalnością – nawet gdy odwołuje się do powszechnie znanych obrazków, potrafi je przedstawiać w odkrywczy sposób. Do tego, co u Doroty Masłowskiej zawsze było cenne i przyciągało uwagę – czyli do powierzchniowej warstwy tekstu, stylu narracji, dochodzą jeszcze coraz bardziej wyraźne oceny społeczeństwa. Masłowska pisze wciąż niezbyt wiele i nie rozpieszcza odbiorców częstymi publikacjami – ale proponuje teksty najwyższej jakości. Sporo więc tracą ci, którzy przyklejają jej rozmaite etykietki i wygłaszają bezpodstawnie negatywne oceny.
Naród od kuchni
Kto przeczytał jedną książkę Doroty Masłowskiej (albo chociaż jej fragment, książki, nie Masłowskiej) i na tej podstawie stwierdził, że tekstów tej autorki nie będzie czytał, bo nie lubi, popełnia duży błąd. Bo Masłowska za każdym razem zaskakuje odbiorców nowymi pomysłami i wariacjami stylistycznymi. Do spostrzegawczości dochodzi ironia, do ironii – indywidualne i zawsze bezkompromisowe oceny współczesnego świata. I tak w każdym kolejnym utworze Masłowska udowadnia czytelnikom, że wcale jej nie znają, a próby zaszufladkowania jej prozy może jedynie wyśmiać. „Więcej niż możesz zjeść. Felietony parakulinarne” to zestaw tekstów publikowanych w „Zwierciadle” i zebranych w bardzo apetyczny, a i złośliwie-dowcipny tom. Masłowska znowu zamienia się tu w satyryka, w rodzajowych obrazkach okołojedzeniowych zawierając więcej ostrej prawdy, niż część odbiorców mogłaby znieść. Tyle że ta obśmiewana część odbiorców raczej do tej publikacji nie zajrzy, powołując się na równie wygodną co pozbawioną sensu śpiewkę „nie lubię Masłowskiej”.
Tu przebłyski kulinarne stają się punktem wyjścia do kulturowych i psychologicznych rozważań w bardzo lekkiej (lekkostrawnej) wersji. Dorota Masłowska nie zamierza dołączać do szeregu gwiazd, które ochoczo dzielą się przepisami, ukochanymi smakami i fantazjami kulinarnymi. Owszem, podaje kilka wyjątkowych receptur, których próżno by szukać w książkach kucharskich – ale to dla przetestowania komizmotwórczych możliwości gatunku. Znajdzie się tu więc niezapomniany (dla ludzi z pokolenia autorki) przepis na kakao „na sucho” oraz zupełnie abstrakcyjne drinki jak „Lato w Warszawie”. Do wielu przepisów niezbędne są składniki w rodzaju ciekawego towarzystwa, charakterystycznych odgłosów czy ulubionych miejsc, czasem dochodzi do tego kąśliwość i skłonność do przesady. Odtworzenie prezentowanych przez autorkę specjałów byłoby nierealne i o to właśnie chodzi. Bo kulinarne wspomnienia prowadzą do refleksji natury ogólnoludzkiej. To o ludziach pisze Masłowska w swoich niezwykłych felietonach. To ludzi krytykuje i wyśmiewa. Ludzi – nigdy „nas”, ale zawsze tych „innych”, z którymi czytelnicy nie będą się identyfikować (zresztą inni nie dowiedzą się, jak zinterpretowani zostali. W końcu oni nie czytają, a jeśli już to kolorowe brukowce, a nie Masłowską).
Dorota Masłowska uwielbia przesadę. Pisze ozdobnym językiem, momentami aż przytłacza wielością barokowych fraz. Te stylistyczne zawijasy są przy tym bardzo malownicze, ale też przekonujące, widać w nich odbicie społeczeństwa i bez trudu wychwycić można zwykłe i codzienne powody do narzekania. Tyle że u Masłowskiej to powody do estetycznych zachwytów i wybuchów śmiechu. Refleksja nad trafnością spostrzeżeń przychodzi później, po rozrywce – inteligentnej i pozbawionej dyplomacji. „Więcej niż możesz zjeść” to nieustający literacki karnawał, ale bez nawiązywania do biesiadnych tradycji. To bardziej uczta literacka niż wytwór kultury konsumpcyjnej.
Bezlitosna jest ta książka, karykaturalna i szczera do bólu. Masłowska nie uznaje – na szczęście – podporządkowywania się panującym w felietonach trendom, szuka dla siebie niszy niemal egzotycznej. Nie męczy przewidywalnością – nawet gdy odwołuje się do powszechnie znanych obrazków, potrafi je przedstawiać w odkrywczy sposób. Do tego, co u Doroty Masłowskiej zawsze było cenne i przyciągało uwagę – czyli do powierzchniowej warstwy tekstu, stylu narracji, dochodzą jeszcze coraz bardziej wyraźne oceny społeczeństwa. Masłowska pisze wciąż niezbyt wiele i nie rozpieszcza odbiorców częstymi publikacjami – ale proponuje teksty najwyższej jakości. Sporo więc tracą ci, którzy przyklejają jej rozmaite etykietki i wygłaszają bezpodstawnie negatywne oceny.
wtorek, 10 września 2013
Dorota Masłowska, Agnieszka Drotkiewicz: Dusza światowa
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
Tłumaczenie świata
Przez jednych uwielbiana, przez innych odsądzana od czci i wiary Dorota Masłowska w swoich powieściach żongluje stylami i motywami, jawnie kpiąc z krytyków. Powraca teraz w mocno autotematycznym wywiadzie-rzece „Dusza światowa”. Książka jest ciekawsza niż standardowe niekończące się rozmowy w stylu pop, a pisarka odsłania w niej kulisy tworzenia oraz podejścia do życia, jednocześnie chroniąc własną prywatność. Stroni od poetyki kolorowych pisemek dla pań, jak również od miałkich i prowadzących donikąd poza tanią rozrywką zwierzeń. Przy Agnieszce Drotkiewicz pozwala obie na szczerość i intymność – ale intymność intelektualną. Proponuje dojrzałe oceny warsztatu, żeby wkrótce przekłuć balon oczekiwań i zachwycać się prostotą periodyków o tematyce kulinarnej, filozoficzne rozważania przykrywa dawką codzienności. Mimochodem sugeruje wprawne poruszanie się po świecie kultury wysokiej, by natychmiast przypomnieć o swoim uwielbieniu dla literatury rozrywkowej dla mas – czy braku zachwytu nad sztukami, którymi zachwycać się wypada. Mimo zmian i poszukiwań językowych, które dawno stały się jej wyróżnikiem, Masłowska po raz kolejny unika zaszufladkowania i wymyka się schematom. Pozostaje jej jedynie wygodny status buntowniczki – ale i on ulega tu przełamaniu. Zawsze niepokorna, zawsze zbyt młoda i niedoświadczona, w żywe oczy kpi sobie z przeciwników i gra na nosie wszystkim, którzy literaturę stawiają na piedestale. A że na temat pisania ma do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy, miło będzie się śledzić jej wywody.
Agnieszka Drotkiewicz i Dorota Masłowska tworzą listę haseł przewodnich, według których prowadzą rozmowę. Dwie literatki znające się dobrze prywatnie nie zamierzają zapuszczać się w rejony chętnie eksplorowane przez mass media. Same nadają dyskusjom rzeczowy ton, w pewnym tylko, niewielkim stopniu odsłaniając odrobinę życia prywatnego Masłowskiej. Tu o wiele bardziej ciekawe są sposoby budowania opowieści, pisarskie rozwiązania pasjonujące krytyków, za to niewidzialne dla zwykłych odbiorców. Tematy-motywy stają się czasem pretekstem do delikatnego autobiografizowania, wskazania konkretnych szczegółów z życia. Ale służą o wiele bardziej do wypracowania klucza interpretacyjnego, większego zrozumienia nie tylko twórczości Masłowskiej, ale w ogóle znaczenia literatury dla człowieka. Rozmowy w „Duszy światowej” nie wywodzą się z różnic, a ze wspólnej fascynacji pisaniem – i jako takie będą się wyróżniać nawet wśród wywiadów-rzek z autorami książek. Dorota Masłowska stroni od anegdot, za to nie kryje wyrazistych poglądów na wiele kwestii. Bywa, że ironizuje, ale nie daje wymijających odpowiedzi. Chce opowiedzieć o akcie tworzenia – i dobrze jej się to udaje.
Początkowo Agnieszka Drotkiewicz podchodzi do wywiadu z pozycji krytyka literackiego, sięga do powieści Masłowskiej, szuka możliwych odczytań, cytuje wywiady. Z czasem rozluźnia nieco atmosferę, pozwala na odejście od konkretnych tytułów, a nawet uaktywnia wizerunek siebie (jako koleżanki Masłowskiej ze studiów, czy – również pisarki): dzięki temu dyskusje sporo zyskują, stają się swobodniejsze i bardziej ciekawe z punktu widzenia czytelników. W tomie pojawia się też trafna ocena dzisiejszego rynku wydawniczego. Masłowska na poważnie, w niesterowanej względami marketingowymi rozmowie, jest równie interesująca jak Masłowska-stylizatorka językowych obrazów świata w powieściach. Ma do powiedzenia sporo ważnych rzeczy na temat kondycji literatury, pracy pisarza czy socjologicznych obserwacji. „Dusza światowa” skłania do polemik i pozwala zwrócić uwagę na literackie aspekty pisania, jakby na przekór dzisiejszym obrazom pisarzy w mediach. Zamiast rozwodzić się nad postawami kolejnych bohaterów, Dorota Masłowska stara się choć odrobinę wytłumaczyć otaczający ich świat – i to podejście, tak dalekie od zachowań zadufanych literatów, jest wyznacznikiem świetnej „Duszy światowej”.
Tłumaczenie świata
Przez jednych uwielbiana, przez innych odsądzana od czci i wiary Dorota Masłowska w swoich powieściach żongluje stylami i motywami, jawnie kpiąc z krytyków. Powraca teraz w mocno autotematycznym wywiadzie-rzece „Dusza światowa”. Książka jest ciekawsza niż standardowe niekończące się rozmowy w stylu pop, a pisarka odsłania w niej kulisy tworzenia oraz podejścia do życia, jednocześnie chroniąc własną prywatność. Stroni od poetyki kolorowych pisemek dla pań, jak również od miałkich i prowadzących donikąd poza tanią rozrywką zwierzeń. Przy Agnieszce Drotkiewicz pozwala obie na szczerość i intymność – ale intymność intelektualną. Proponuje dojrzałe oceny warsztatu, żeby wkrótce przekłuć balon oczekiwań i zachwycać się prostotą periodyków o tematyce kulinarnej, filozoficzne rozważania przykrywa dawką codzienności. Mimochodem sugeruje wprawne poruszanie się po świecie kultury wysokiej, by natychmiast przypomnieć o swoim uwielbieniu dla literatury rozrywkowej dla mas – czy braku zachwytu nad sztukami, którymi zachwycać się wypada. Mimo zmian i poszukiwań językowych, które dawno stały się jej wyróżnikiem, Masłowska po raz kolejny unika zaszufladkowania i wymyka się schematom. Pozostaje jej jedynie wygodny status buntowniczki – ale i on ulega tu przełamaniu. Zawsze niepokorna, zawsze zbyt młoda i niedoświadczona, w żywe oczy kpi sobie z przeciwników i gra na nosie wszystkim, którzy literaturę stawiają na piedestale. A że na temat pisania ma do powiedzenia wiele ciekawych rzeczy, miło będzie się śledzić jej wywody.
Agnieszka Drotkiewicz i Dorota Masłowska tworzą listę haseł przewodnich, według których prowadzą rozmowę. Dwie literatki znające się dobrze prywatnie nie zamierzają zapuszczać się w rejony chętnie eksplorowane przez mass media. Same nadają dyskusjom rzeczowy ton, w pewnym tylko, niewielkim stopniu odsłaniając odrobinę życia prywatnego Masłowskiej. Tu o wiele bardziej ciekawe są sposoby budowania opowieści, pisarskie rozwiązania pasjonujące krytyków, za to niewidzialne dla zwykłych odbiorców. Tematy-motywy stają się czasem pretekstem do delikatnego autobiografizowania, wskazania konkretnych szczegółów z życia. Ale służą o wiele bardziej do wypracowania klucza interpretacyjnego, większego zrozumienia nie tylko twórczości Masłowskiej, ale w ogóle znaczenia literatury dla człowieka. Rozmowy w „Duszy światowej” nie wywodzą się z różnic, a ze wspólnej fascynacji pisaniem – i jako takie będą się wyróżniać nawet wśród wywiadów-rzek z autorami książek. Dorota Masłowska stroni od anegdot, za to nie kryje wyrazistych poglądów na wiele kwestii. Bywa, że ironizuje, ale nie daje wymijających odpowiedzi. Chce opowiedzieć o akcie tworzenia – i dobrze jej się to udaje.
Początkowo Agnieszka Drotkiewicz podchodzi do wywiadu z pozycji krytyka literackiego, sięga do powieści Masłowskiej, szuka możliwych odczytań, cytuje wywiady. Z czasem rozluźnia nieco atmosferę, pozwala na odejście od konkretnych tytułów, a nawet uaktywnia wizerunek siebie (jako koleżanki Masłowskiej ze studiów, czy – również pisarki): dzięki temu dyskusje sporo zyskują, stają się swobodniejsze i bardziej ciekawe z punktu widzenia czytelników. W tomie pojawia się też trafna ocena dzisiejszego rynku wydawniczego. Masłowska na poważnie, w niesterowanej względami marketingowymi rozmowie, jest równie interesująca jak Masłowska-stylizatorka językowych obrazów świata w powieściach. Ma do powiedzenia sporo ważnych rzeczy na temat kondycji literatury, pracy pisarza czy socjologicznych obserwacji. „Dusza światowa” skłania do polemik i pozwala zwrócić uwagę na literackie aspekty pisania, jakby na przekór dzisiejszym obrazom pisarzy w mediach. Zamiast rozwodzić się nad postawami kolejnych bohaterów, Dorota Masłowska stara się choć odrobinę wytłumaczyć otaczający ich świat – i to podejście, tak dalekie od zachowań zadufanych literatów, jest wyznacznikiem świetnej „Duszy światowej”.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Dorota Masłowska: Kochanie, zabiłam nasze koty
Noir sur Blanc, Warszawa 2012.
Absurd realny
Po powieści Doroty Masłowskiej sięgam zawsze chętnie i czytam je z przyjemnością – po pierwsze dlatego, że ta autorka wie doskonale, co chce opowiedzieć, a po drugie – bo ma wyobrażenie o tym, jak to zrobić i potrafi wymyśloną fabułę przełożyć na język zmienny, niebywale plastyczny i mocno zanurzony w ironii i drwinie. Masłowska nie zaproponuje powtarzalnych schematów, a realizm umiejętnie rozpuści w otoczce absurdu. Dzieje się u niej wiele na planie fabuły, zawsze drugorzędnej wobec języka – oraz na planie stylu.
Tym razem powieść przesiąknięta jest czarnym żartem o amerykańskim śnie, a sposób opowiadania o onirycznej rzeczywistości staje się niemal parodią esencji amerykańskości. Sceny, postacie i przedmioty rzucają tu amerykańskie cienie, a wszystko to służy sarkazmowi: tyle tylko, że nie taniemu sarkazmowi spod znaku podrzędnych kabareciarzy, a inteligentnemu, okrutnemu i zakorzenionemu w niezaprzeczalnej prawdzie. Powiedzieć, że jest Masłowska w narracjach jak kameleon – to zupełnie rozminąć się z rzeczywistością: ona do każdej swojej książki tworzy język nowy, jeszcze niezużyty, niby brzmiący znajomo, a jednak obarczony zwielokrotnionymi sensami. W każdej chwili może te sensy ukryć, udając, że miała na myśli jedynie pierwszą i narzucającą się w odbiorze historię, lub wydobywać po kolei na światło dzienne, bezlitośnie obnażając bezradnych wobec tej prozy interpretatorów. Do drwin nie potrzebuje krzyku i wulgarności – wystarczy jej przewrotna wyobraźnia. Dorota Masłowska zdecydowanie ma władzę nad odbiorcami.
W „Kochanie, zabiłam nasze koty” obok ciętej ironii jawi się i absurd. Sceny jak z alkoholowo-onirycznych majaków przybierają tu realne kształty i nakazują weryfikowanie dotychczasowych obserwacji, niebezpiecznie łatwo wtapiają się w całe życie bohaterów. Czytelnicy przekonają się, ile może zmienić jedna zapomniana i przemilczana cecha. Tu nie ma miejsca na tworzenie, wszystko staje się powolnym rozbieraniem istniejącego, docieraniem do absurdalnych podwalin, grą. Zresztą o dekonstrukcyjnych zabiegach musi przypominać motyw niespełnionej pisarki, mąk twórczych i prób poszukiwania natchnienia – prób coraz bardziej rozpaczliwych. Nagle w języku, który sam sobie nie ufa i sam siebie podważa, znajduje się miejsce na opis działań twórczych – Masłowska zdobywa zatem kolejną płaszczyznę dla ironii.
A przy tym tworzy książkę, którą zachwycać się mogą i krytycy, zafascynowani następną literacką zabawą, nie tak beztroską, jakby się mogło wydawać, i zwykli odbiorcy. W tomie nie ma wydumanych eksperymentów z opowiadaniem niemożliwego, owszem, warstwa nonsensu chroni tę powieść przed upodobnieniem do mizernych obyczajówek, podobnie jak i świadomość językowa autorki, autoironia itp. Ale przecież poza tym wszystkim Dorota Masłowska opowiada historię. Miejscami ostrą, miejscami zaskakującą, za to szczerą, celną i ciekawą. Siłą tej książki zresztą mogą być portrety – autorka udowadnia, że jest obserwatorką nieprzeciętną i bardzo wyczuloną na odblaski codzienności. Doskonale gra przerysowanymi składnikami w charakterystykach poszczególnych postaci. Nie ma do nich sentymentu, więc może bez wyrzeczeń bawić się tak wykreowanymi sylwetkami. I chociaż ostateczny ton nadaje tym wizerunkom drwina, trudno nie zgodzić się z wieloma przytaczanymi tu mimochodem uwagami.
Absurd realny
Po powieści Doroty Masłowskiej sięgam zawsze chętnie i czytam je z przyjemnością – po pierwsze dlatego, że ta autorka wie doskonale, co chce opowiedzieć, a po drugie – bo ma wyobrażenie o tym, jak to zrobić i potrafi wymyśloną fabułę przełożyć na język zmienny, niebywale plastyczny i mocno zanurzony w ironii i drwinie. Masłowska nie zaproponuje powtarzalnych schematów, a realizm umiejętnie rozpuści w otoczce absurdu. Dzieje się u niej wiele na planie fabuły, zawsze drugorzędnej wobec języka – oraz na planie stylu.
Tym razem powieść przesiąknięta jest czarnym żartem o amerykańskim śnie, a sposób opowiadania o onirycznej rzeczywistości staje się niemal parodią esencji amerykańskości. Sceny, postacie i przedmioty rzucają tu amerykańskie cienie, a wszystko to służy sarkazmowi: tyle tylko, że nie taniemu sarkazmowi spod znaku podrzędnych kabareciarzy, a inteligentnemu, okrutnemu i zakorzenionemu w niezaprzeczalnej prawdzie. Powiedzieć, że jest Masłowska w narracjach jak kameleon – to zupełnie rozminąć się z rzeczywistością: ona do każdej swojej książki tworzy język nowy, jeszcze niezużyty, niby brzmiący znajomo, a jednak obarczony zwielokrotnionymi sensami. W każdej chwili może te sensy ukryć, udając, że miała na myśli jedynie pierwszą i narzucającą się w odbiorze historię, lub wydobywać po kolei na światło dzienne, bezlitośnie obnażając bezradnych wobec tej prozy interpretatorów. Do drwin nie potrzebuje krzyku i wulgarności – wystarczy jej przewrotna wyobraźnia. Dorota Masłowska zdecydowanie ma władzę nad odbiorcami.
W „Kochanie, zabiłam nasze koty” obok ciętej ironii jawi się i absurd. Sceny jak z alkoholowo-onirycznych majaków przybierają tu realne kształty i nakazują weryfikowanie dotychczasowych obserwacji, niebezpiecznie łatwo wtapiają się w całe życie bohaterów. Czytelnicy przekonają się, ile może zmienić jedna zapomniana i przemilczana cecha. Tu nie ma miejsca na tworzenie, wszystko staje się powolnym rozbieraniem istniejącego, docieraniem do absurdalnych podwalin, grą. Zresztą o dekonstrukcyjnych zabiegach musi przypominać motyw niespełnionej pisarki, mąk twórczych i prób poszukiwania natchnienia – prób coraz bardziej rozpaczliwych. Nagle w języku, który sam sobie nie ufa i sam siebie podważa, znajduje się miejsce na opis działań twórczych – Masłowska zdobywa zatem kolejną płaszczyznę dla ironii.
A przy tym tworzy książkę, którą zachwycać się mogą i krytycy, zafascynowani następną literacką zabawą, nie tak beztroską, jakby się mogło wydawać, i zwykli odbiorcy. W tomie nie ma wydumanych eksperymentów z opowiadaniem niemożliwego, owszem, warstwa nonsensu chroni tę powieść przed upodobnieniem do mizernych obyczajówek, podobnie jak i świadomość językowa autorki, autoironia itp. Ale przecież poza tym wszystkim Dorota Masłowska opowiada historię. Miejscami ostrą, miejscami zaskakującą, za to szczerą, celną i ciekawą. Siłą tej książki zresztą mogą być portrety – autorka udowadnia, że jest obserwatorką nieprzeciętną i bardzo wyczuloną na odblaski codzienności. Doskonale gra przerysowanymi składnikami w charakterystykach poszczególnych postaci. Nie ma do nich sentymentu, więc może bez wyrzeczeń bawić się tak wykreowanymi sylwetkami. I chociaż ostateczny ton nadaje tym wizerunkom drwina, trudno nie zgodzić się z wieloma przytaczanymi tu mimochodem uwagami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






