* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Officyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Officyna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2012

Jimmy Liao: Dźwięki kolorów

Officyna, Łódź 2012.

Patrzenie inaczej

Czy Jimmy Liao jest poetą i znakomitym rysownikiem, czy czarodziejem słowa i obrazu, a przede wszystkim – wyobraźni? Dostrzega to, czego nie widzą inni i przekuwa w oniryczne opowieści o lirycznym posmaku. Odkrywa dla odbiorców świat doznań uwolnionych od realizmu, a przecież silnie w nim zakorzenionych. Patrzy inaczej – i widzi dużo więcej niż przeciętny szary człowiek. Nic dziwnego, że w jego historiach każdy chce się zatopić – trochę śnione a trochę śpiewne relacje przedstawiają oryginalną perspektywę, przynoszą rzeczywistość przefiltrowaną przez fantazję, która to fantazja istnieje na równych prawach z tym, co znane. Podąża Jimmy Liao za swoimi bohaterami i pozwala im dokonywać najdziwniejszych cudownych odkryć. Trwa w zachwycie nad tym, co trudne do wypowiedzenia – a w samej narracji często wybiera milczenie, oddając głos obrazom.

Piętnastoletnia dziewczyna traci wzrok – lecz ten motyw wcale nie zabiera zbyt wiele miejsca, to tylko punkt wyjścia do otwarcia się na nowe i nieprzewidywalne doznania. Bohaterka schodzi do metra i zaczyna wspaniałą podróż. Wysiada i wsiada na przeróżnych stacjach, a droga schodami w dół i schodami do góry powtarza się tu jak refren. Dziewczyna trafia w najdziwniejsze miejsca, kolorowane wyobraźnią: może doświadczać rzeczy, które normalnie by się jej nie przytrafiły. Zejście w głąb ziemi otwiera ją na oryginalne przeżycia – szybowanie w chmurach czy obecność cyrkowych słoni nikogo już nie zdziwi. Liao pozwala bohaterce na wypracowanie własnego celu wędrówki, a i zasmakowanie rozmaitych emocji. Czytelnikom umożliwia wstąpienie do tej rzeczywistości za sprawą obrazów.

A świat skrywa wiele niespodzianek. Wcale nie ludzie są jego najciekawszym składnikiem. Dziewczyna może odkrywać metamorfozy współpasażerów (wśród nich znajdą się też dzieci z księżycami – nieprzypadkowo) i przeglądać migawki z życia. Często błądzi, ale za każdym razem dowiaduje się czegoś – o sobie lub o sensie istnienia. Tym razem Jimmy Liao stawia na wewnętrzny monolog postaci, okraszony licznymi pytaniami retorycznymi. Nie ma tu mowy o przejściu na poziom kolokwialny, język tej historii jest mocno poetyzowany, czasem wręcz wydaje się, że poszczególne fragmenty to miniaturowe wiersze. Ale te liryczne perły układają się w spójną (na ile pozwala na to konwencja ucieczki w świat wyobraźni) opowieść, w refleksję o życiu. Język sam w sobie jest tu jednak nie źródłem estetycznych zachwytów, ale przekaźnikiem filozoficznych spostrzeżeń, mimo że nieprzezroczysty – schodzi na dalszy plan, bo przede wszystkim liczy się treść historii.

Treść – a także obrazy. Te, które Jimmy Liao odmalowuje w myślach odbiorców i te, które prezentuje na kolejnych kartach tej niezwykłej książki. To obrazy o komiksowej, jakby lekko satyrycznej kresce, tak częstej choćby w skandynawskich historyjkach obrazkowych dla najmłodszych. Pełne kolorów i szczegółów, w których gubi się bohaterka. To prawdziwy alternatywny świat, świat, który powstanie, gdy do głosu dopuści się wyobraźnię. Dziewczyna z „Dźwięków kolorów” nie widzi – a przecież tylko dzięki niej odbiorcy mogą z zafascynowaniem oglądać kolejne miejsca, które wyczarowuje postać w wyobraźni. Liao potrafi przekonać do siebie tych, którzy nie zapomnieli, jak marzyć. „Dźwięki kolorów” są wyrazistym dowodem na triumf wyobraźni.
Ta książka jest propozycją dla dzieci i dla dorosłych. Zasługuje na włączenie do kanonu literatury pięknej. Przedstawia rzeczywistość odartą z rutyny i nieodkrytą, pełną istot i miejsc ze snów. Wystarczy przewracać kolejne kartki, by przenieść się do najbardziej niezwykłej i fascynującej przestrzeni.

piątek, 5 października 2012

Jimmy Liao: Księżyc zapomniał

Officyna, Łódź 2012.

Sen

Chociaż ta historia zamknięta jest realistyczną i racjonalną ramą, oczaruje dzieci i dorosłych – i sama nie wiem, którą grupę bardziej. „Księżyc zapomniał” to oniryczna opowieść dedykowana „odważnie dorastającym dzieciom”, magiczna, poetycka, bardzo ciekawa i zakorzeniona w nieskrępowanej wyobraźni, której można autorowi tylko pozazdrościć. Jest to też relacja częściowo obrazkowa: do zwykłej narracji dochodzą wstawki o lirycznym brzmieniu oraz piękne ilustracje, w których komiksowo-satyryczna kreska filtrowana jest przez zdobycze fantazji. Ta historia dzieje się na oczach zachwyconych odbiorców – i nikt nie będzie chciał dociekać znaczenia metafor czy przesłań.

Mały chłopiec znalazł księżyc. Opiekował się nim, aż stali się najlepszymi przyjaciółmi. Do miasta pełnego zaniepokojonych zniknięciem księżyca ludzi przyjeżdżały wypełnione nowymi księżycami ciężarówki. Aż pewnego razu… Tak, Jimmy Liao kontynuuje tę niezwykłą opowieść i pokazuje, co stało się z jej bohaterami. Kto bardzo chce, może nawet posłużyć się obrazkowym wyjaśnieniem dziwnych wydarzeń. Ale o wiele lepiej jest zaufać autorowi, zanurzyć się w proponowaną przez niego historię i rozmarzyć. Tu przy lekturze wszyscy zapomną o istnieniu dorosłości, będzie się tylko liczyć mały chłopiec i jego księżyc.

Jedna relacja dotyczy zachowań ludzi po zniknięciu księżyca. Druga zamyka odbiorców w przestrzeni całkowicie wypełnionej obecnością dwóch bohaterów, księżyca i chłopca. Trzecia natomiast stanowi nietypowy przerywnik, rodzaj poetycko-filozoficznych wstawek wyłaniających się z czerni i niepewności – te ostatnie frazy mają również element niepokoju, mogą zaintrygować czy zapowiadać tajemnicę, nadają książce charakterystyczny rytm.

Tymczasem ludzie zajęci są własnymi księżycami, a chłopca i księżyc właściwy zaczyna łączyć nić prawdziwej przyjaźni. Będzie w tę historię wpisany i dramat, i szczęście, i motyw samotności, i ogrom poświęcenia. Niby Jimmy Liao w tomie nie nazywa uczuć, raczej pozwala im wybrzmieć pośrednio, przez kolejne wydarzenia – przecież odbiorcom zapewni w ten sposób całą masę emocji. Tu każdą scenę przeżywa się z osobna, opowieść tak silnie działa na czytelników. Daleka jest od tendencyjności, nawet od strony konstrukcyjnej nie przypomina popularnych fabuł. Nie zbliża się do bajki ani baśni, przywołuje na myśl raczej sen, w którym nie liczy się prawdopodobieństwo, a jedynie piękno. To zauroczenie opowieścią dyktuje tempo czytania, czy raczej śledzenia przygody księżyca.

Autor może swobodnie przechodzić od narracji obrazkowej do tekstu – jego rysunki są tak wymowne, że każdy bez trudu pojmie, co chciał przekazać. Lawirowanie między różnymi środkami wyrazu nie przeszkadza w lekturze, pozwala za to lepiej skupić się na treści historii. W samych ilustracjach, które zachwycają również jakością wykonania, kryje się mnóstwo ważnych szczegółów. Liao dopracowuje te grafiki, tworzy – kreskami – rozmaite faktury i cienie, wykorzystuje różne techniki do kolorowania realistycznej przestrzeni, w którą wkradła się niezwykłość.

„Księżyc zapomniał” to historia inna niż wszystkie. To publikacja dla tych, którzy potrafią cieszyć się zdobyczami wyobraźni i którzy chcieliby na chwilę oderwać się od rutyny i codzienności. Powinna to być lektura obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy szukają szczęścia i nie boją się marzyć. Nie będzie tu naiwności czy irytujących uproszczeń. Zostaje esencja najlepszego snu.

niedziela, 15 lipca 2012

Janusz Dunin: W Bi-Ba-Bo i gdzie indziej. O humorze i satyrze z Miasta Łodzi od Rozbickiego do Tuwima

Officyna, Łódź 2010 (wyd. II)

Ocalona pamięć

„W Bi-Ba-Bo i gdzie indziej” to publikacja podwójnie niszowa – po pierwsze to opracowanie dotyczące satyry, a takie książki nigdy nie cieszyły się zainteresowaniem dużej grupy odbiorców, po drugie natomiast – zawęża Janusz Dunin badania do Łodzi sprzed czasów pierwszej wojny światowej. Jeśli do tego doliczyć fakt, że to edycja bibliofilska i nie najmłodsza (pierwsze wydanie w 1966 roku, drugie w 2010) – otrzymuje się niemal trzeci poziom niszowości i świadomość, że tom trafi wyłącznie do humorologów lub osób zainteresowanych niezbyt aktualnymi utworami i niemodnym tematem.

Książka jest nawet nie tyle opracowaniem, co rodzajem serdecznej acz fragmentarycznej antologii cytatów o przebrzmiałym już wydźwięku. Janusz Dunin prowadzi czytelników przez meandry miejskiego folkloru, śledząc publikacje w prasie czy występy kabaretowe, przywołuje anegdoty i wiersze satyryczne pisane w tonie publicystycznym (częściej zatem gromiące i piętnujące niż zabawne). Autor zresztą wyjaśnia, że poszukiwacze komizmu nie znajdą w tomie zbyt wiele dla siebie – lecz to cecha właściwa większości opracowań sprzed czasów satyry stricte kabaretowej (i to w jej dzisiejszym rozumieniu). Co pewien czas znajdą się tu wywołujące uśmiech drobiazgi, jednak nie dla nich sięga się przecież po tę lekturę.

Janusz Dunin proponuje opracowanie wartościowe z uwagi na różnorodność gatunkową łódzkiej satyry. Przypomina fragmenty rewii, rysunki satyryczne, okładki książek, rymowane komentarze do codzienności, przyśpiewki, parodie, kuplety, kierując się najbardziej w stronę satyry funkcjonującej w anonimowych przekazach (mimo wszystko nie mam odwagi zamykać jej w ramach kultury popularnej). Do tego autor przemyca ciekawą charakterystykę miasta z jego zwykłymi problemami. To obraz Łodzi później funkcjonującej w niemal stereotypowych ujęciach – utrwalony w służących rozrywce przejawach twórczości wydaje się jednocześnie ponadczasowy i bardzo mocno zindywidualizowany. Nie ma natomiast różnic w konstrukcjach satyrycznych utworów, jedyne, co wiąże je z Łodzią, to lokalna tematyka – miasto nie wykształciło natomiast specyficznego, oryginalnego rodzaju śmiechu. Reakcje na konkretne wydarzenia mają charakter efemeryczny, a zacietrzewienie twórców wiąże się – jak zawsze – z redukowaniem literackich wartości na rzecz publicznego piętnowania wad.

Oczywiście tematy, które w wierszach pisanych na szybko dezaktualizowały się i przestawały wpływać na odbiorców, w rysunkach starzeją się wolniej. Być może ma na to wpływ dłuższy proces przygotowywania pracy, może – większa pomysłowość rysowników. Tak czy inaczej – Dunin ocala w swojej książce wiele utworów, które odeszłyby w zapomnienie. Pozwala przyjrzeć się przedwojennej satyrze – dużo słabiej znanej niż ta dwudziestowieczna, innej, a przez to intrygującej mimo słabnącego komizmu. Dyskretnie Dunin oprowadza czytelników po tej twórczości, jest przewodnikiem i nie wysuwa się na pierwszy plan, dokonuje udanej prezentacji i zaprzyjaźnia z dawną działalnością rozrywkową. Po stu stronach kończy się podróż w czasie, zaczyna natomiast obszerny aneks z ciekawymi fragmentami rewii i wyborem kupletów.

Wiele przejawów regionalnej satyry znika bezpowrotnie, nie doczekawszy się własnego badacza, kronikarza czy choćby wielbiciela, który zadbałby o przechowanie utworów. Dunin udowadnia, że po latach, chociaż zmieni się sposób odbioru, twórczość użytkowa i uznawana za niską, także może frapować i nie zawsze zasługuje na zapomnienie czy przemilczenie. Satyra dostaje w opracowaniach swoje drugie, nieco muzealne życie. Tak jest i w tomie „W Bi-Ba-Bo”.

środa, 11 lipca 2012

Przemysław Wechterowicz: Rybka i słońce

Officyna, Łódź 2011.

Podróż życia

„Rybka i słońce” to jedna z tych książeczek, które poza baśniową historią zachwycać mogą jeszcze w równym stopniu opracowaniem graficznym i edytorskim. Ta miniatura sprawdzi się jako lektura dla maluchów – ale przypadnie do gustu i idealistycznie nastawionym dorosłym, choć trudno powiedzieć, który z jej elementów w tym będzie mieć decydujące znaczenie. Przemysław Wechterowicz stworzył bowiem bardzo prostą historię o niezwykłym i optymistycznym zakończeniu i bazującą na wzruszeniach i silnych emocjach odbiorców. Rybka, mieszkanka głębin oceanu, czuje się bardzo samotna. W zwykłych bajkach w takim momencie znajduje przyjaciela – ale Wechterowicz nie zamierza sięgać po banalne rozwiązania i woli wybrać nierealistyczną drogę. Tak naprawdę akcja kończy się tu w chwili, która dla wielu opowieści bywa punktem wyjścia – lecz autorowi nie chodzi o dynamiczną fabułę, raczej o granie nastrojem, kreowanie niezapomnianej i mocno poetyckiej atmosfery, imponowanie melodyjnością fraz (chociaż dwa sformułowania trzeba by poprawić).

Akcja, a właściwie jej namiastka, rozwija się tu bardzo powoli – wydarzenia z głębin oceanu są dla autora tylko pretekstem do podkreślania przeżyć bohaterki – małej i bardzo samotnej rybki. Wechterowicz dba o to, by nikt nie przeoczył stanu postaci i beznadziejności sytuacji, a osiąga to różnymi środkami. Jednak tekst jest tu podrzędny wobec ilustracji i pięknego wydania. Maleńki tomik stanowi prawdziwy popis ilustratorki, Barbary Konczarek. Za pomocą obrazów składanych z wielu rozświetlających tło kresek przedstawia ona egzystencję na dnie oceanu – wyłaniające się z mroku postacie mają przyciemniane, lecz nie przygaszone kolory, a promień słońca ostatecznie zdradza rolę światła w tych obrazach. Wszystko bazuje na czerni, lecz jest migotliwe, niezwykłe i olśniewające – atrakcyjne dla wszystkich odbiorców. Przy takich ilustracjach najczęściej i najchętniej mówi się o pięknie. Nie tylko dzieci będą nimi zauroczone – o ile bowiem niektórym dorosłym sama historia, mimo że na prawach baśni, może się wydać zbyt infantylna, o tyle już ilustracje Barbary Konczarek za takie uchodzić nie będą. Tym większą mają siłę wyrazu, że książeczka jest niewiele większa od pudełka na płyty CD – w takiej miniaturze łatwiej o efektowne obrazy. Do udanego mariażu słowa i ilustracji dochodzi jeszcze czcionka – tekst wygląda, jakby został napisany ręcznie – i to kolejny element, który przesuwa tę książeczkę od standardowych produkcji w stronę unikatowego dzieła. Oczywiście wiele będzie zależało od przyzwyczajeń odbiorców – spora część czytelników zachwyci się jednak tak klimatycznym krojem.

To publikacja dla wrażliwych. Celowo nie dopowiadam, że dzieci, bo w zasadzie Wechterowicz wcale nie tworzy tylko dla najmłodszych. Sięgać do jego tekstu mogą i wrażliwi dorośli – bo siła „Rybki i słońca” tkwi właśnie nie we wrażeniach estetycznych, jakich książeczka dostarcza. Nie jest to publikacja krzykliwa, podporządkowana trendom w literaturze czwartej i wydawniczym zapotrzebowaniom, nie jest to także historia oparta na kreskówkowych fabułach, bliżej jej bowiem do poezji niż do dobranocek. A jednak coś nie pozwala przejść obok niej obojętnie. Dla mnie tym czymś jest sposób wydania i oprawa graficzna.