Świat Książki, Warszawa 2014.
Kronika zdziwień
O swojej własnej Kronice Zdziwień pisze Olgierd Budrewicz w kolejnych reportażach podróżniczych zgromadzonych w tomie „Kto chce, niech wierzy”. Kronika Zdziwień bierze się z porównywania – warunków, obyczajów i pomysłów ludzi żyjących w miejscach, które my uważamy za egzotyczne. Budrewicz jako podróżnik nie zajmuje się wiadomościami z przewodników, nie interesuje go w najmniejszym stopniu prosta turystyka. Chce za to sprawdzić, co zaskoczy go w nowym miejscu. Zamiast konkretów rejestruje wrażenia, zamiast danych encyklopedycznych – wyłącznie ciekawostki. Jak ta o wiosce Poland na jednej z wysp. Albo o czarnoskórym Stefanie Starzyńskim. Budrewicz szuka wrażeń estetycznych, a jego książka staje się sprawozdaniem z tych poszukiwań. Dla swoich czytelników ma zawsze zestaw anegdot – i to anegdot niebanalnych, wolnych od przymusu opracowywania tematu.
„Kto chce, niech wierzy” to próba jak najlepszego poznania świata – tyle że w pigułce. Budrewicz w związku z tym nie może zajmować się analizowaniem obcych kultur (co najwyżej wykorzysta przykład napotkanego mieszkańca). Zwraca uwagę na drogi alternatywne wobec cywilizacji, sprawdza, co kształtowało mentalność tubylców. Konfrontuje ich systemy wartości z rodzimymi – ale nie ocenia. Tego autora kusi inność. Specjalnie wybiera się tam, gdzie może konfrontować wyobrażenia (także zbiorowe) z rzeczywistością – na wyspy tropikalne, dalekie i bliskie, do dżungli, do wielkich miast czy w zimne regiony globu. Interesują go miejscowe zabawy, flora i fauna, świadomość plemienna lub narodowa czy lokalni przywódcy. Cieszy też zestaw wspomnień „polskich” – o niespodziewaych spotkaniach z rodakami czy językiem polskim w najdalszych zakątkach Ziemi.
Olgierd Budrewicz dąży do syntetyzowania swoich podróżniczych doświadczeń. Usuwa z tekstów informacje, które łatwo można znaleźć, pozostawia za to przeżycia i zapiski z ulotnych chwil. Nie zarzuca odbiorców faktami i danymi, o wiele bardziej zajmują go własne wnioski – dzięki czemu te reportaże ani szybko się nie zestarzeją, ani nie zginą w zalewie modnych „turystycznych” opowiastek. Budrewicz nie jest tutaj poszukiwaczem przygód, jest za to podróżnikiem z prawdziwego zdarzenia, tym, kto próbuje zrozumieć sens przemierzania świata i wyciągnąć z tego dla siebie cenne lekcje. Przy okazji też ujawnia spore poczucie humoru, z którego przecież czytelnicy dobrze go znają.
Teksty w „Kto chce, niech wierzy” nie są czystogatunkowymi reportażami – to rodzaj wspomnień z rozmaitych wypraw. Cechą Budrewicza jest umiejętność odsiewania zjawisk i zdarzeń nieważnych – dzięki czemu w tych zapiskach pozostają tylko sprawy istotne i dające do myślenia. Ta tendencja utrzymuje się w całej książce. Budrewicza nie można tym razem traktować jak przewodnika po świecie – można za to przyglądać się jego kronice zdziwień i próbom zrozumienia rozmaitych sposobów na życie czy też miejsc, w których takie sposoby należy stworzyć. „Kto chce, niech wierzy” to książka geograficznych skrajności, przypominająca o sztuce pochylenia się nad nieznanym. Budrewicz to podróżnik w starym stylu – co dotyczy również elegancji językowej. „Kto chce, niech wierzy” to publikacja, która w niczym nie przypomina dzisiejszych relacji z wypraw po świecie. Olgierd Budrewicz pokazuje to, co jest esencją podróżniczego życia, bez morałów i wstawek dydaktycznych. Autor chce, żeby odbiorcy razem z nim nauczyli się poznawać piękno świata – do tego dąży swoim ciekawym tomem. I nie zawiedzie odbiorców.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olgierd Budrewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olgierd Budrewicz. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 grudnia 2014
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Olgierd Budrewicz: Bedeker warszawski 2. Raczej o ludziach
Kolekcjoner kuriozów
Rolą felietonisty jest wnikliwe obserwowanie codzienności i opatrywanie jej celnym, zwykle subiektywnym komentarzem. O ile jednak przeważnie sympatie i antypatie odbiorców warunkowane są stylem pisania konkretnego dziennikarza, o tyle w przypadku bedekerowych zapisków Olgierda Budrewicza równie ważne jak rytm felietonów stają się poruszane w nich tematy – najlepszym dowodem będzie druga część „Bedekera warszawskiego”, zestaw tekstów, w większości stworzonych w latach 60. XX wieku. Dla pamiętających czasy PRL-u książka ta stanie się źródłem – niekiedy sentymentalnych – powrotów do przeszłości, dla młodszych odbiorców – ciekawostką i nietypowym świadectwem życia w erze przedkomputerowej.
Druga część „Bedekera warszawskiego” poświęcona jest w dużej części ludziom, zwykłym i niezwykłym mieszkańcom Warszawy. W całej serii niebanalnych opisów Budrewicz udowodnił, że jest świetnym literackim portrecistą i potrafi dostrzec w pozornie błahych tematach punkty intrygujące i atrakcyjne dla czytelników. Uzupełniał swoimi tekstami plotki i fragmentaryczną wiedzę obiegową – w felietonach prezentował osoby o nietypowym hobby czy ciekawych umiejętnościach, przedstawicieli zawodów mało popularnych. Jawi się Olgierd Budrewicz jako poszukiwacz kuriozów, ale liczy się dla niego nie sensacja, co jest niestety zjawiskiem powszechnym dzisiaj, a wiadomość. Nie news z pierwszych stron gazet, a informacja o tym, co ciekawego i dobrego dzieje się za ścianą.
Olgierd Budrewicz potrafi przyciągnąć odbiorców do lektury. Wyrobił sobie charakterystyczny, lekko podbarwiony ironią styl, nie stroni od wstawek metatekstowych, lecz do przedmiotów swoich obserwacji podchodzi zawsze z szacunkiem (nierównoznacznym z atencją). Nie tworzy reklam postaci czy lokali, raczej filtruje przez dowcip wady i zalety konkretnych tematów. Informacje encyklopedyczne wplata do wywodów na zasadzie ciekawostki, teksty obudowuje często na anegdotach. Subiektywny komentarz oznacza w bedekerowych notkach specyficzne, nietypowe i przyciągające czytelników ujęcie zagadnienia.
Proponuje Budrewicz swoimi felietonami prywatną kronikę Warszawy. Trochę przypomina dokonania Jerzego Zaruby, chociaż jest o wiele bardziej uporządkowany (co nie znaczy, że nudny). Z pewnością nie pisze po to, by odnotować miejsca lub osiągnięcia mieszkańców – nadaje im natomiast barwę. Intuicyjnie wychwytuje zdarzenia czy elementy wystroju składające się na genius loci. W miejsce beznamiętnej i suchej relacji przedstawia teksty zaangażowane: walczy o uznanie dla zwyczajności, docenienie tego, co bliskie. W „Bedekerze warszawskim” odkrywa egzotykę odwiedzanych na co dzień lokali i przemierzanych wciąż ulic. Bezbłędnie wyłapuje to wszystko, co przyczynia się do oswojenia miasta, uczynienia go bliskim sobie. Na kartach jego przewodnika po stolicy ożywają orkiestry podwórzowe, kinoteatr, którego już nie ma, domy, ambasady i szyldy, klatki schodowe i gabinety stomatologiczne. Wiele felietonów doczekało się dopisków, akapitowych komentarzy powstałych po pół wieku od popełnienia tekstu – jak twierdzi sam autor „mój tekst sprzed lat teraz i mnie samego zaskakuje, budzi refleksje”. Budrewicz pozwala odbiorcom zanurzyć się w świecie, który już nie istnieje. W „Bedekerze 2” ożywia raz woźnego Uniwersytetu Warszawskiego, który to woźny przed egzaminami doucza studentów, wynalazcę, zbieracza starych zegarów czy rotmistrza. Kolekcjonerów anegdot ucieszą zapewne wypisy ze sztambucha Wandy Telakowskiej – ale smaczków i niezwykłości w opublikowanym przez Trio drugim wyborze felietonów znajdzie się dużo więcej.
Zastanawiam się, co magnetycznego jest w tekstach Budrewicza – i nie mam pojęcia. Może humor, kiedy trzeba złośliwy, ale równie często i dobrotliwy, pełen wyrozumiałości. Może język, który harmonijnie współistnieje z tematyką – jest wciąż blisko zwykłego czytelnika, rozumie jego potrzeby i troski. Może nadzieja na unieśmiertelnienie – mimo że niewielkie objętościowo, utwory Budrewicza mają ogromną siłę oddziaływania na czytelników. Na kartach bedekera ożywa Warszawa, jakiej dziś nie ma, ożywają też dawne marzenia i pomysły. Do tego w obecnym wydaniu dochodzą świetne ilustracje rysownika satyrycznego, Juliana Bohdanowicza. To apetyczna publikacja.
Rolą felietonisty jest wnikliwe obserwowanie codzienności i opatrywanie jej celnym, zwykle subiektywnym komentarzem. O ile jednak przeważnie sympatie i antypatie odbiorców warunkowane są stylem pisania konkretnego dziennikarza, o tyle w przypadku bedekerowych zapisków Olgierda Budrewicza równie ważne jak rytm felietonów stają się poruszane w nich tematy – najlepszym dowodem będzie druga część „Bedekera warszawskiego”, zestaw tekstów, w większości stworzonych w latach 60. XX wieku. Dla pamiętających czasy PRL-u książka ta stanie się źródłem – niekiedy sentymentalnych – powrotów do przeszłości, dla młodszych odbiorców – ciekawostką i nietypowym świadectwem życia w erze przedkomputerowej.
Druga część „Bedekera warszawskiego” poświęcona jest w dużej części ludziom, zwykłym i niezwykłym mieszkańcom Warszawy. W całej serii niebanalnych opisów Budrewicz udowodnił, że jest świetnym literackim portrecistą i potrafi dostrzec w pozornie błahych tematach punkty intrygujące i atrakcyjne dla czytelników. Uzupełniał swoimi tekstami plotki i fragmentaryczną wiedzę obiegową – w felietonach prezentował osoby o nietypowym hobby czy ciekawych umiejętnościach, przedstawicieli zawodów mało popularnych. Jawi się Olgierd Budrewicz jako poszukiwacz kuriozów, ale liczy się dla niego nie sensacja, co jest niestety zjawiskiem powszechnym dzisiaj, a wiadomość. Nie news z pierwszych stron gazet, a informacja o tym, co ciekawego i dobrego dzieje się za ścianą.
Olgierd Budrewicz potrafi przyciągnąć odbiorców do lektury. Wyrobił sobie charakterystyczny, lekko podbarwiony ironią styl, nie stroni od wstawek metatekstowych, lecz do przedmiotów swoich obserwacji podchodzi zawsze z szacunkiem (nierównoznacznym z atencją). Nie tworzy reklam postaci czy lokali, raczej filtruje przez dowcip wady i zalety konkretnych tematów. Informacje encyklopedyczne wplata do wywodów na zasadzie ciekawostki, teksty obudowuje często na anegdotach. Subiektywny komentarz oznacza w bedekerowych notkach specyficzne, nietypowe i przyciągające czytelników ujęcie zagadnienia.
Proponuje Budrewicz swoimi felietonami prywatną kronikę Warszawy. Trochę przypomina dokonania Jerzego Zaruby, chociaż jest o wiele bardziej uporządkowany (co nie znaczy, że nudny). Z pewnością nie pisze po to, by odnotować miejsca lub osiągnięcia mieszkańców – nadaje im natomiast barwę. Intuicyjnie wychwytuje zdarzenia czy elementy wystroju składające się na genius loci. W miejsce beznamiętnej i suchej relacji przedstawia teksty zaangażowane: walczy o uznanie dla zwyczajności, docenienie tego, co bliskie. W „Bedekerze warszawskim” odkrywa egzotykę odwiedzanych na co dzień lokali i przemierzanych wciąż ulic. Bezbłędnie wyłapuje to wszystko, co przyczynia się do oswojenia miasta, uczynienia go bliskim sobie. Na kartach jego przewodnika po stolicy ożywają orkiestry podwórzowe, kinoteatr, którego już nie ma, domy, ambasady i szyldy, klatki schodowe i gabinety stomatologiczne. Wiele felietonów doczekało się dopisków, akapitowych komentarzy powstałych po pół wieku od popełnienia tekstu – jak twierdzi sam autor „mój tekst sprzed lat teraz i mnie samego zaskakuje, budzi refleksje”. Budrewicz pozwala odbiorcom zanurzyć się w świecie, który już nie istnieje. W „Bedekerze 2” ożywia raz woźnego Uniwersytetu Warszawskiego, który to woźny przed egzaminami doucza studentów, wynalazcę, zbieracza starych zegarów czy rotmistrza. Kolekcjonerów anegdot ucieszą zapewne wypisy ze sztambucha Wandy Telakowskiej – ale smaczków i niezwykłości w opublikowanym przez Trio drugim wyborze felietonów znajdzie się dużo więcej.
Zastanawiam się, co magnetycznego jest w tekstach Budrewicza – i nie mam pojęcia. Może humor, kiedy trzeba złośliwy, ale równie często i dobrotliwy, pełen wyrozumiałości. Może język, który harmonijnie współistnieje z tematyką – jest wciąż blisko zwykłego czytelnika, rozumie jego potrzeby i troski. Może nadzieja na unieśmiertelnienie – mimo że niewielkie objętościowo, utwory Budrewicza mają ogromną siłę oddziaływania na czytelników. Na kartach bedekera ożywa Warszawa, jakiej dziś nie ma, ożywają też dawne marzenia i pomysły. Do tego w obecnym wydaniu dochodzą świetne ilustracje rysownika satyrycznego, Juliana Bohdanowicza. To apetyczna publikacja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






