Media Rodzina, Poznań 2019.
Pułapka
W Górach Stołowych jest sporo ciekawych rzeczy do zobaczenia. Choćby skalny labirynt, w którym można się zgubić. Przedziwne góry – jakby bez wierzchołków. Ale i małe zwierzątka. Tomasz Samojlik znów bawi się motywami, które przekonają najmłodszych nie tylko do lektury, ale i do samych bohaterów. Żubr Pompik z rodzicami oraz siostrą Polinką wybiera się na kolejną wyprawę, odhacza następne ważne miejsce w Polsce. Przy okazji sympatycznej wycieczki porusza kwestie istotne dla czytelników. Dba o to autor – w całej serii – żeby przemycić w opowieści coś, co zaintryguje dzieci, co będzie przejęte z ich codzienności. W wypadku „Skalnego labiryntu” powraca kwestia dyskryminowania najmniejszych. Żubr nie wierzy, że drobne gryzonie – koszatka, popielica, orzesznica czy mysz leśna – mogą być przydatne (zwłaszcza wielkim żubrom). Jednak kiedy gubi drogę w skalnym labiryncie to właśnie te bohaterki przychodzą mu z pomocą i proponują wskazówki, dzięki którym uda się wyjść z pułapki cało. Wszystko ku radości Polinki – nie tylko dlatego, że zyskuje ona ratunek dla brata, ale również ze względu na nowy morał: że nie należy lekceważyć maluchów.
„Skalny labirynt” to propozycja, w której autor bardziej zajmuje się krajobrazami, charakterystycznymi formacjami skalnymi, które można obejrzeć w Górach Stołowych niż zwierzętami. Jedną z wymienionych roślin, które wzbudzą ciekawość dzieci, jest natomiast… świecący mech. To zjawisko, które rzadko ma się okazję oglądać, żubry poznają je zresztą właśnie dzięki swojej przygodzie, inaczej nie byłyby świadome istnienia takiego tworu przyrody. Ale świecący mech nie funkcjonuje samoistnie, przydaje się do rozwiązania zagadki – przejścia przez labirynt. Żubry słyszą nawzajem swoje głosy, wiedzą, że są w miarę blisko siebie, jednak nie potrafią znaleźć wyjścia z pułapki. Pompik z przerażeniem odkrywa, że do niektórych miejsc nie dociera w ogóle słońce. Robi się naprawdę groźnie, nawet jeśli nie ma tu mowy o oderwaniu pociech od rodziców, a tylko o rozdzieleniu rodzeństwa – i to na krótką chwilę. Autor dostarcza czytelnikom adrenaliny. Liczą się silne emocje, tym razem to przygoda z prawdziwego zdarzenia. Dlatego też historyjka zajmie dzieci i zapadnie im w pamięć.
Najważniejsze przesłanie dotyczy oczywiście roli malutkich – odbiorcy pojmą aluzję i być może poczują się docenieni, w końcu bohater sam dowiaduje się, że nie wolno nikogo lekceważyć – bez wsparcia i sprytu młodszych (Polinka) i dużo mniejszych (gryzonie) nie wydostałby się z pułapki. Dostał cenną nauczkę – a to może podziałać również na zbyt pewne siebie kilkulatki. Tomasz Samojlik precyzyjnie wybrał temat, trafił w zagadnienie, które angażuje czytelników. Nie traci przy tym z oczu konwencji bajki – żubry dalej wędrują po kraju i odkrywają jego uroki. Na specjalnej rozkładówce wewnątrz tomiku można natomiast zaznaczać przeczytane już części – łatwiej będzie się zorientować w bardzo rozbudowanej serii.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 9 listopada 2019
piątek, 8 listopada 2019
Magda Kaczor, Magdalena Szczęsna: Sen u dzieci
Marginesy, Warszawa 2019.
Dla rodziców
Magda Kaczor i Magdalena Szczęsna tworzą poradnik kierowany do rodziców i bardzo przydatny, bo wyjaśniający wszelkie możliwe wątpliwości związane ze snem dziecka. Wyraźnie widać, że same są matkami i do matek przede wszystkim się zwracają, zwłaszcza w rozczulaniu się nad maluchami – tu budują płaszczyznę porozumienia i chcą funkcjonować nie jako lekarki, a przynajmniej – nie w pierwszej kolejności. Zbierają tematy, które przez zaburzenia snu u dzieci spędzają sen z powiek rodzicom – i wyjaśniają. Obie są przeciwne wprowadzaniu farmakologii i proponują najpierw wypróbowanie kolejnych porad: szukają rozwiązań problemu poza lekami, czym prawdopodobnie przekonają do siebie część matek. Oczywiście rozbijają mity i przypominają, ile snu i w jakich porach dziecku powinno się zapewnić, odnoszą się też do sytuacji i tematów budzących przerażenie – śmierci łóżeczkowej czy bezdechu. To jednak zjawiska nie tak częste jak zaburzenia snu, dlatego też nad codziennymi problemami autorki się skupią.
W tomie „Sen u dzieci” znajdują się wskazówki dotyczące pory kładzenia się do łóżka oraz wieczornych rytuałów pozwalających na przekonanie dzieci, że czas na odpoczynek, sposoby na ograniczenie nocnych lęków i „terroru” w postaci przychodzenia do sypialni rodziców czy kolejnych życzeń, by odwlec porę snu. Zajmują się autorki motywem lunatykowania, nocnego moczenia, przytulanek i „otulaczy”. Przypominają, kiedy dziecko może mieć koszmary i jak wpływa na nie światło z urządzeń elektronicznych, sprawdzają, kiedy można nieco odwlec porę kładzenia się do łóżka, a kiedy wymagać od dziecka spokoju. Kwestia snu dotyczy tu i niemowląt, i kilkulatków – można zatem z tej książki dość długo korzystać. Autorki zatrzymują się nad zagadnieniem chorób, które wpływają na jakość snu, opowiadają, dlaczego nie warto korzystać z rozmaitych dostępnych dzisiaj gadżetów i dlaczego usypianie dziecka w samochodzie to nie najlepszy pomysł.
Magda Kaczor i Magdalena Szczęsna interesują się tematem snu kompleksowo, pokazują różne sytuacje, które mogą budzić niepokój rodziców i różne przeszkadzacze snu u dzieci. Odnoszą się do popularnych sądów i przedstawiają własny punkt widzenia – oparty na badaniach naukowych oraz na osobistych doświadczeniach. Skoro obie mają własne dzieci, mogą dzielić się z odbiorczyniami tym, do czego doszły w poszukiwaniach prawdy na temat snu maluchów – działają zatem nie tylko jako powierniczki, ale i autorytety dla czytelniczek. „Sen u dzieci” to poradnik, ale napisany trochę jak książka psychologiczna, z wyznaczonymi konkretnymi problemami do rozwiązania, jednak z narracją obejmującą rozmaite przypadki i przykłady z życia wzięte. To publikacja dla rodziców myślących – i dla tych, którzy chcą fachowego wsparcia w procesie wychowywania dzieci. Książka została dobrze napisana – czytelne rozdziały łączą się tutaj z zestawem praktycznych porad, Kaczor i Szczęsna proponują obszerną lekturę i nie bagatelizują żadnego zagadnienia, nawet takich, które wydają się nieco naiwne. Kierują tom do szerokiego grona odbiorców – oczywiście do rodziców – i sprawiają, że książka przyda się przez długi czas w każdym domu, w którym jest małe dziecko.
Dla rodziców
Magda Kaczor i Magdalena Szczęsna tworzą poradnik kierowany do rodziców i bardzo przydatny, bo wyjaśniający wszelkie możliwe wątpliwości związane ze snem dziecka. Wyraźnie widać, że same są matkami i do matek przede wszystkim się zwracają, zwłaszcza w rozczulaniu się nad maluchami – tu budują płaszczyznę porozumienia i chcą funkcjonować nie jako lekarki, a przynajmniej – nie w pierwszej kolejności. Zbierają tematy, które przez zaburzenia snu u dzieci spędzają sen z powiek rodzicom – i wyjaśniają. Obie są przeciwne wprowadzaniu farmakologii i proponują najpierw wypróbowanie kolejnych porad: szukają rozwiązań problemu poza lekami, czym prawdopodobnie przekonają do siebie część matek. Oczywiście rozbijają mity i przypominają, ile snu i w jakich porach dziecku powinno się zapewnić, odnoszą się też do sytuacji i tematów budzących przerażenie – śmierci łóżeczkowej czy bezdechu. To jednak zjawiska nie tak częste jak zaburzenia snu, dlatego też nad codziennymi problemami autorki się skupią.
W tomie „Sen u dzieci” znajdują się wskazówki dotyczące pory kładzenia się do łóżka oraz wieczornych rytuałów pozwalających na przekonanie dzieci, że czas na odpoczynek, sposoby na ograniczenie nocnych lęków i „terroru” w postaci przychodzenia do sypialni rodziców czy kolejnych życzeń, by odwlec porę snu. Zajmują się autorki motywem lunatykowania, nocnego moczenia, przytulanek i „otulaczy”. Przypominają, kiedy dziecko może mieć koszmary i jak wpływa na nie światło z urządzeń elektronicznych, sprawdzają, kiedy można nieco odwlec porę kładzenia się do łóżka, a kiedy wymagać od dziecka spokoju. Kwestia snu dotyczy tu i niemowląt, i kilkulatków – można zatem z tej książki dość długo korzystać. Autorki zatrzymują się nad zagadnieniem chorób, które wpływają na jakość snu, opowiadają, dlaczego nie warto korzystać z rozmaitych dostępnych dzisiaj gadżetów i dlaczego usypianie dziecka w samochodzie to nie najlepszy pomysł.
Magda Kaczor i Magdalena Szczęsna interesują się tematem snu kompleksowo, pokazują różne sytuacje, które mogą budzić niepokój rodziców i różne przeszkadzacze snu u dzieci. Odnoszą się do popularnych sądów i przedstawiają własny punkt widzenia – oparty na badaniach naukowych oraz na osobistych doświadczeniach. Skoro obie mają własne dzieci, mogą dzielić się z odbiorczyniami tym, do czego doszły w poszukiwaniach prawdy na temat snu maluchów – działają zatem nie tylko jako powierniczki, ale i autorytety dla czytelniczek. „Sen u dzieci” to poradnik, ale napisany trochę jak książka psychologiczna, z wyznaczonymi konkretnymi problemami do rozwiązania, jednak z narracją obejmującą rozmaite przypadki i przykłady z życia wzięte. To publikacja dla rodziców myślących – i dla tych, którzy chcą fachowego wsparcia w procesie wychowywania dzieci. Książka została dobrze napisana – czytelne rozdziały łączą się tutaj z zestawem praktycznych porad, Kaczor i Szczęsna proponują obszerną lekturę i nie bagatelizują żadnego zagadnienia, nawet takich, które wydają się nieco naiwne. Kierują tom do szerokiego grona odbiorców – oczywiście do rodziców – i sprawiają, że książka przyda się przez długi czas w każdym domu, w którym jest małe dziecko.
czwartek, 7 listopada 2019
Grzegorz Uzdański: Zaraz będzie po wszystkim
W.A.B., Warszawa 2019.
Dzienne i nocne lęki
Grzegorz Uzdański zabiera czytelników do szpitala. Tak najzwyczajniej w świecie, żeby pokazać, co skrywa się pod fasadą pozorów, jakie prezentują różni ludzie. Jadwiga to starsza pani, która nieszczęśliwie się połamała i teraz musi – wbrew własnym osądom – przez pewien czas poleżeć w szpitalu. Tomek opiekuje się chorymi na oddziale, Agata jest pielęgniarką. Każde z nich boryka się ze swoimi traumami i prywatnymi demonami, których nie może ujawniać. Jadwiga oskarża otoczenie o to, że wszyscy ją okradają, Agata cierpi, bo dowiedziała się o zdradzie ukochanego, Tomek z kolei w brzydki sposób zachował się po rozstaniu z partnerką – jego działania można by podciągnąć pod stalking, ale w emocjach mężczyzny widać, że po prostu pogubił się w codzienności i stracił możliwość oceniania, co jest dobre, a co nie. Ta trójka spotyka się na szpitalnych korytarzach i wchodzi ze sobą w relacje, ale najbardziej liczą się dla Uzdańskiego monologi wewnętrzne, to, jak każdy z bohaterów z osobna przepracowuje tematy i wprowadza je do swojej świadomości. „Zaraz będzie po wszystkim” to książka, która składa się z pojedynczych wyznań kolejnych postaci – i kiedy autor podchodzi do jednego z bohaterów, reszta może jedynie czasami funkcjonować jako tło, zwykle nie jest potrzebna do odnotowywania wzruszeń i przeżyć. Każdy funkcjonuje w oderwaniu od reszty, chyba że jakaś interakcja katalizować będzie akurat wydarzenia. Uzdański prezentuje tu też trzy rodzaje narracji, przy czym najbardziej wychodzi mu kreacja językowa Jadwigi – jest przekonująca, trafna i pełna spostrzeżeń, które odbiorcy znają z własnego otoczenia lub z obserwacji. W przypadku Tomka monologi pobrzmiewają trochę zbyt kobieco, a u Agaty są upraszczane na siłę i niemal poetyzowane. Jadwiga, stetryczała kobieta, opiera swoje wywody na wiecznym niezadowoleniu – a powodów do utyskiwań ma sporo w szpitalu, w którym nie jest najważniejszą pacjentką. Z jej narzekań układa się nie tylko obraz służby zdrowia i współczucie dla pracowników traktowanych z wyższością – ale też wyjaśnienie postaw starszych i schorowanych ludzi. Dzięki zajrzeniu do myśli Jadwigi, Grzegorz Uzdański może wytłumaczyć, skąd biorą się rozmaite lęki i oskarżenia z łatwością rzucane w przestrzeń, może też odrobinę przybliżyć stanowisko człowieka zmuszonego do pobytu w szpitalu i skazanego na opiekę obcych ludzi. Jadwiga nie tylko rozśmiesza swoją paplaniną (która w podskórnym nurcie śmieszna wcale nie jest) – ale też staje się lustrem dla części społeczeństwa.
Grzegorz Uzdański pokazuje tu kilka historii, które mają za zadanie przemycać prawdy o zmianach nastroju i o charakterach. Za każdym razem bohaterowie wybierają tylko jedną z wielu możliwych dróg – ale mają własne motywacje i ich decyzje, nawet jeśli niezrozumiałe dla postronnych, są doskonale podbudowane trybem życia czy przekonaniami. Pod tym względem „Zaraz będzie po wszystkim” to proza atrakcyjna i interesująca. Autor sprawdza się w stylizacjach, ma dobry słuch – jeszcze trochę przydałoby się popracować nad kontekstem fabularnym, ale i tak dzieje się tu wiele jeśli chodzi o odczytywanie charakterów.
Dzienne i nocne lęki
Grzegorz Uzdański zabiera czytelników do szpitala. Tak najzwyczajniej w świecie, żeby pokazać, co skrywa się pod fasadą pozorów, jakie prezentują różni ludzie. Jadwiga to starsza pani, która nieszczęśliwie się połamała i teraz musi – wbrew własnym osądom – przez pewien czas poleżeć w szpitalu. Tomek opiekuje się chorymi na oddziale, Agata jest pielęgniarką. Każde z nich boryka się ze swoimi traumami i prywatnymi demonami, których nie może ujawniać. Jadwiga oskarża otoczenie o to, że wszyscy ją okradają, Agata cierpi, bo dowiedziała się o zdradzie ukochanego, Tomek z kolei w brzydki sposób zachował się po rozstaniu z partnerką – jego działania można by podciągnąć pod stalking, ale w emocjach mężczyzny widać, że po prostu pogubił się w codzienności i stracił możliwość oceniania, co jest dobre, a co nie. Ta trójka spotyka się na szpitalnych korytarzach i wchodzi ze sobą w relacje, ale najbardziej liczą się dla Uzdańskiego monologi wewnętrzne, to, jak każdy z bohaterów z osobna przepracowuje tematy i wprowadza je do swojej świadomości. „Zaraz będzie po wszystkim” to książka, która składa się z pojedynczych wyznań kolejnych postaci – i kiedy autor podchodzi do jednego z bohaterów, reszta może jedynie czasami funkcjonować jako tło, zwykle nie jest potrzebna do odnotowywania wzruszeń i przeżyć. Każdy funkcjonuje w oderwaniu od reszty, chyba że jakaś interakcja katalizować będzie akurat wydarzenia. Uzdański prezentuje tu też trzy rodzaje narracji, przy czym najbardziej wychodzi mu kreacja językowa Jadwigi – jest przekonująca, trafna i pełna spostrzeżeń, które odbiorcy znają z własnego otoczenia lub z obserwacji. W przypadku Tomka monologi pobrzmiewają trochę zbyt kobieco, a u Agaty są upraszczane na siłę i niemal poetyzowane. Jadwiga, stetryczała kobieta, opiera swoje wywody na wiecznym niezadowoleniu – a powodów do utyskiwań ma sporo w szpitalu, w którym nie jest najważniejszą pacjentką. Z jej narzekań układa się nie tylko obraz służby zdrowia i współczucie dla pracowników traktowanych z wyższością – ale też wyjaśnienie postaw starszych i schorowanych ludzi. Dzięki zajrzeniu do myśli Jadwigi, Grzegorz Uzdański może wytłumaczyć, skąd biorą się rozmaite lęki i oskarżenia z łatwością rzucane w przestrzeń, może też odrobinę przybliżyć stanowisko człowieka zmuszonego do pobytu w szpitalu i skazanego na opiekę obcych ludzi. Jadwiga nie tylko rozśmiesza swoją paplaniną (która w podskórnym nurcie śmieszna wcale nie jest) – ale też staje się lustrem dla części społeczeństwa.
Grzegorz Uzdański pokazuje tu kilka historii, które mają za zadanie przemycać prawdy o zmianach nastroju i o charakterach. Za każdym razem bohaterowie wybierają tylko jedną z wielu możliwych dróg – ale mają własne motywacje i ich decyzje, nawet jeśli niezrozumiałe dla postronnych, są doskonale podbudowane trybem życia czy przekonaniami. Pod tym względem „Zaraz będzie po wszystkim” to proza atrakcyjna i interesująca. Autor sprawdza się w stylizacjach, ma dobry słuch – jeszcze trochę przydałoby się popracować nad kontekstem fabularnym, ale i tak dzieje się tu wiele jeśli chodzi o odczytywanie charakterów.
środa, 6 listopada 2019
Każdemu jego śmietnik. Szkice o śmieciach i śmietniskach
Czarne, Wołowiec 2019.
Z odpadków
Każdy z autorów zgromadzonych w tej – niewielkiej – książce tekstów zajmuje się śmieciami w inny sposób. Część przyznaje się do pasji zbieraczej – kolekcjonerstwa wywołującego zażenowanie albo do działań proekologicznych: zbierania dla ocalenia przyrody. Część obserwuje ludzi, którzy zajmują się śmieciami na co dzień i nauczyli się na nich zarabiać. Ktoś zapyta o obecność śmieci w literaturze i poszuka podobnych sobie zainteresowanych tematem jako intelektualnym bodźcem. Śmieci podnoszone do rangi sztuki przestają być zagadnieniem wstydliwym, a zaczynają być – modnym. W końcu można zdradzić własny stosunek do aktualnych motywów, odnieść się do mody na recykling, zero waste czy ekologię – i jednocześnie zachować oryginalność (co dla twórców jest przecież wyjątkowo istotne). Można też bez obrzydzenia odbiorców i bez uciekania się do reportaży zaangażowanych zastanowić się nad mentalnością społeczeństw, które żyją wśród śmieci i nie zwracają uwagi na rosnący problem. „Szkice o śmieciach i śmietniskach” to jednak książka, która nie nawołuje wprost do podjęcia działań proekologicznych. Owszem, niektórzy artyści mogą zasugerować, że śmieci są ciekawe i dostarczają nawet estetycznych zachwytów – ale nie wypracują mody na sprzątanie. Po prostu – odnotują zagadnienie w literaturze, pozostaną na marginesie mainstreamu, bo kto by chciał na poważnie zajmować się literackimi przekonaniami na temat zanieczyszczenia środowiska, gdy trzeba do problemu podejść od strony ekonomicznej – i wrócą do swoich zajęć, pozostawiając odbiorców z kilkoma całkiem ciekawymi propozycjami krótkich szkiców.
„Każdemu jego śmietnik” to publikacja składająca się z tekstów różnych autorów i w związku z tym też trudna do scharakteryzowania – bo rzadko kiedy da się połączyć osobne wyznania, skoro każdy z twórców chce się wyróżnić. Na początku pojawiają się teksty z zagranicy, obserwacje tego, co dzieje się w krajach jeszcze mniej zwracających uwagę na zaśmiecenie najbliższego otoczenia. Odpadki wyrzucane przez okno do czyjegoś ogródka, plaże, na których wiatr i woda „patynują” stare przedmioty, wysypiska jako sposób na poznanie miejsca bez konieczności rozmawiania z ludźmi. Ale polska rzeczywistość też się tu pojawi – trochę wstydliwie, trochę ostrożnie, bardziej przez pryzmat zbieractwa, które – jako naród – mamy we krwi, niż jako refleksja o poziomie kultury osobistej i wyczuleniu na sprawy ekologii. „Każdemu jego śmietnik” to publikacja, która zamienia na moment w rozrywkę coś, co rozrywkowe w żadnym wypadku nie jest. Dzięki intertekstualnemu pochyleniu się nad śmieciami, mogą autorzy z tego tomu zwrócić także uwagę intelektualistów na najbliższe otoczenie. Kierują się jednak do zwykłych czytelników, w pierwszej kolejności zapraszają do lektury ciekawych świata i tych, którzy potrzebują porównań czy nietypowych zestawień. Równocześnie jest ta książka rejestrem dziwactw, pokazywaniem zachowań, które nie mieszczą się w świadomości ogółu (bo mało kto jest w stanie w śmieciach dostrzec potencjał dzieł sztuki, nawet jeśli efekty mogą się mu spodobać), a nie próbą wyznaczania nowych trendów. Problem śmieci istnieje i jest poważny – ale autorzy chcą mu się przyjrzeć przez pryzmat niepowagi, trochę na przekór powszechnym nawoływaniom do troski o planetę.
Z odpadków
Każdy z autorów zgromadzonych w tej – niewielkiej – książce tekstów zajmuje się śmieciami w inny sposób. Część przyznaje się do pasji zbieraczej – kolekcjonerstwa wywołującego zażenowanie albo do działań proekologicznych: zbierania dla ocalenia przyrody. Część obserwuje ludzi, którzy zajmują się śmieciami na co dzień i nauczyli się na nich zarabiać. Ktoś zapyta o obecność śmieci w literaturze i poszuka podobnych sobie zainteresowanych tematem jako intelektualnym bodźcem. Śmieci podnoszone do rangi sztuki przestają być zagadnieniem wstydliwym, a zaczynają być – modnym. W końcu można zdradzić własny stosunek do aktualnych motywów, odnieść się do mody na recykling, zero waste czy ekologię – i jednocześnie zachować oryginalność (co dla twórców jest przecież wyjątkowo istotne). Można też bez obrzydzenia odbiorców i bez uciekania się do reportaży zaangażowanych zastanowić się nad mentalnością społeczeństw, które żyją wśród śmieci i nie zwracają uwagi na rosnący problem. „Szkice o śmieciach i śmietniskach” to jednak książka, która nie nawołuje wprost do podjęcia działań proekologicznych. Owszem, niektórzy artyści mogą zasugerować, że śmieci są ciekawe i dostarczają nawet estetycznych zachwytów – ale nie wypracują mody na sprzątanie. Po prostu – odnotują zagadnienie w literaturze, pozostaną na marginesie mainstreamu, bo kto by chciał na poważnie zajmować się literackimi przekonaniami na temat zanieczyszczenia środowiska, gdy trzeba do problemu podejść od strony ekonomicznej – i wrócą do swoich zajęć, pozostawiając odbiorców z kilkoma całkiem ciekawymi propozycjami krótkich szkiców.
„Każdemu jego śmietnik” to publikacja składająca się z tekstów różnych autorów i w związku z tym też trudna do scharakteryzowania – bo rzadko kiedy da się połączyć osobne wyznania, skoro każdy z twórców chce się wyróżnić. Na początku pojawiają się teksty z zagranicy, obserwacje tego, co dzieje się w krajach jeszcze mniej zwracających uwagę na zaśmiecenie najbliższego otoczenia. Odpadki wyrzucane przez okno do czyjegoś ogródka, plaże, na których wiatr i woda „patynują” stare przedmioty, wysypiska jako sposób na poznanie miejsca bez konieczności rozmawiania z ludźmi. Ale polska rzeczywistość też się tu pojawi – trochę wstydliwie, trochę ostrożnie, bardziej przez pryzmat zbieractwa, które – jako naród – mamy we krwi, niż jako refleksja o poziomie kultury osobistej i wyczuleniu na sprawy ekologii. „Każdemu jego śmietnik” to publikacja, która zamienia na moment w rozrywkę coś, co rozrywkowe w żadnym wypadku nie jest. Dzięki intertekstualnemu pochyleniu się nad śmieciami, mogą autorzy z tego tomu zwrócić także uwagę intelektualistów na najbliższe otoczenie. Kierują się jednak do zwykłych czytelników, w pierwszej kolejności zapraszają do lektury ciekawych świata i tych, którzy potrzebują porównań czy nietypowych zestawień. Równocześnie jest ta książka rejestrem dziwactw, pokazywaniem zachowań, które nie mieszczą się w świadomości ogółu (bo mało kto jest w stanie w śmieciach dostrzec potencjał dzieł sztuki, nawet jeśli efekty mogą się mu spodobać), a nie próbą wyznaczania nowych trendów. Problem śmieci istnieje i jest poważny – ale autorzy chcą mu się przyjrzeć przez pryzmat niepowagi, trochę na przekór powszechnym nawoływaniom do troski o planetę.
wtorek, 5 listopada 2019
Clarice Lispector: Opowiadania wszystkie
W.A.B., Warszawa 2019.
Kobieta
Małe formy nie wszystkim autorom się udają, jednak Clarice Lispector doszła w nich do perfekcji, czego dowodem jest bardzo obszerny zbiór „Opowiadania wszystkie”. W tym tomie krótkie relacje układają się w głęboką i rozbudowaną historię dojrzewania i przemijania kobiety – kolejne bohaterki nabierają sił i doświadczenia razem z autorką, stopniowo uczą się, co w życiu ma się liczyć i jakimi drogami najlepiej się kierować. Oczywiście popełniają błędy – ale wszystko opiera się na zrozumieniu kobiecej psychiki. Kobieta w centrum uwagi to pomysł Clarice Lispector na kolejne prace – a jednocześnie też próba uchwycenia realiów w całej ich złożoności. Tutaj nie da się umieścić na osi czasu precyzyjnych punktów biografii bohaterek – autorka skupia się bowiem na migotliwych drobiazgach, fragmentach świadomości, westchnieniach i reakcjach. Uczy wrażliwości i jednocześnie tę wrażliwość na odbiorcach wymusza – inaczej nie da się przebrnąć przez kolejne (bardzo krótkie) historie. Całość polegać będzie na empatii i na próbach pojęcia psychiki postaci. Przy nastawieniu na kobiecość jest Lispector bardzo męska w narracji, zaskakuje swoista surowość w podejściu do postaci. Autorka w ogóle unika dialogów i fabularyzowania relacji – skupia się na obserwacjach, nie interesują jej za to interakcje. Rzadko pozwala obserwowanym bohaterkom ruszyć się z miejsca i działać – zwykle zagląda po prostu do ich myśli i tłumaczy rodzaje wzruszeń. To oznacza, że kolejne opowiadania zaczynać się mogą w dowolnym momencie i w dowolnym momencie urwać, nie zawsze będzie Lispector szukać puenty czy wyjaśnienia. Woli, żeby czytelnicy sami dopowiadali sobie część wydarzeń, zastanawiali się nad wprowadzonymi reakcjami i emocjami. Te analizuje bardzo skrupulatnie, nie pozostawia miejsca na wątpliwości przy przedstawianiu motywacji. We wstępie zwraca się uwagę na zabawy językowe i poszukiwania w formie – w zakresie leksykalnym – to zabieg, który łatwo przeoczyć lub zrzucić na karb nieudolności tłumacza, tymczasem tutaj stanowi sposób zwrócenia uwagi czytelników. Clarice Lispector podporządkowuje sobie język, skoro nie może podporządkować rzeczywistości – i tak toczą się jej opowiadania, migawki z życia ludzi, którzy z pozoru są zwyczajni, ale w głębi ducha – inni od wszystkich.
Kto ceni sobie małe formy, z pewnością znajdzie tu coś dla siebie, jednak „Opowiadania wszystkie” czyta się bardziej jako jedną powieść w okruchach, rozbitą i misternie sklejaną. Nie znajdzie się tu odpowiedzi na wiele pytań, co więcej: tom rodzi mnóstwo wątpliwości i nie pozwala zapomnieć o bohaterkach – Clarice Lispector pokazuje nim potęgę literatury. Chociaż przedstawia fragmenty losów postaci, nie podąża za nimi, zyskuje za to dostęp do ich umysłów i zachowań. Funkcjonuje na zewnątrz – ale już samym kierunkiem spojrzeń zdradza dobrą znajomość tajników psychiki i wprowadzanych przez bohaterów rozwiązań. „Opowiadania wszystkie” to pokaz literackich możliwości.
Kobieta
Małe formy nie wszystkim autorom się udają, jednak Clarice Lispector doszła w nich do perfekcji, czego dowodem jest bardzo obszerny zbiór „Opowiadania wszystkie”. W tym tomie krótkie relacje układają się w głęboką i rozbudowaną historię dojrzewania i przemijania kobiety – kolejne bohaterki nabierają sił i doświadczenia razem z autorką, stopniowo uczą się, co w życiu ma się liczyć i jakimi drogami najlepiej się kierować. Oczywiście popełniają błędy – ale wszystko opiera się na zrozumieniu kobiecej psychiki. Kobieta w centrum uwagi to pomysł Clarice Lispector na kolejne prace – a jednocześnie też próba uchwycenia realiów w całej ich złożoności. Tutaj nie da się umieścić na osi czasu precyzyjnych punktów biografii bohaterek – autorka skupia się bowiem na migotliwych drobiazgach, fragmentach świadomości, westchnieniach i reakcjach. Uczy wrażliwości i jednocześnie tę wrażliwość na odbiorcach wymusza – inaczej nie da się przebrnąć przez kolejne (bardzo krótkie) historie. Całość polegać będzie na empatii i na próbach pojęcia psychiki postaci. Przy nastawieniu na kobiecość jest Lispector bardzo męska w narracji, zaskakuje swoista surowość w podejściu do postaci. Autorka w ogóle unika dialogów i fabularyzowania relacji – skupia się na obserwacjach, nie interesują jej za to interakcje. Rzadko pozwala obserwowanym bohaterkom ruszyć się z miejsca i działać – zwykle zagląda po prostu do ich myśli i tłumaczy rodzaje wzruszeń. To oznacza, że kolejne opowiadania zaczynać się mogą w dowolnym momencie i w dowolnym momencie urwać, nie zawsze będzie Lispector szukać puenty czy wyjaśnienia. Woli, żeby czytelnicy sami dopowiadali sobie część wydarzeń, zastanawiali się nad wprowadzonymi reakcjami i emocjami. Te analizuje bardzo skrupulatnie, nie pozostawia miejsca na wątpliwości przy przedstawianiu motywacji. We wstępie zwraca się uwagę na zabawy językowe i poszukiwania w formie – w zakresie leksykalnym – to zabieg, który łatwo przeoczyć lub zrzucić na karb nieudolności tłumacza, tymczasem tutaj stanowi sposób zwrócenia uwagi czytelników. Clarice Lispector podporządkowuje sobie język, skoro nie może podporządkować rzeczywistości – i tak toczą się jej opowiadania, migawki z życia ludzi, którzy z pozoru są zwyczajni, ale w głębi ducha – inni od wszystkich.
Kto ceni sobie małe formy, z pewnością znajdzie tu coś dla siebie, jednak „Opowiadania wszystkie” czyta się bardziej jako jedną powieść w okruchach, rozbitą i misternie sklejaną. Nie znajdzie się tu odpowiedzi na wiele pytań, co więcej: tom rodzi mnóstwo wątpliwości i nie pozwala zapomnieć o bohaterkach – Clarice Lispector pokazuje nim potęgę literatury. Chociaż przedstawia fragmenty losów postaci, nie podąża za nimi, zyskuje za to dostęp do ich umysłów i zachowań. Funkcjonuje na zewnątrz – ale już samym kierunkiem spojrzeń zdradza dobrą znajomość tajników psychiki i wprowadzanych przez bohaterów rozwiązań. „Opowiadania wszystkie” to pokaz literackich możliwości.
poniedziałek, 4 listopada 2019
Stuhrmówka. A imię jego czterdzieści i cztery. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką
Rebis, Poznań 2019.
Wszechstronność
Rzadko się zdarza, żeby wywiad rzeka powracał na rynek w uzupełnionym wydaniu: spora część tego typu publikacji to jedynie gadżety, sposób na przypomnienie o sobie również w księgarniach – funkcjonują przez krótką chwilę i giną w zalewie podobnych książek. „Stuhrmówka” jednak należy do wyjątków. W wersji „A imię jego czterdzieści i cztery” pojawia się ponownie – i będzie uświadamiać czytelnikom, że można ambitniej, ciekawiej i lepiej, bez pośpiechu, za to z dużą elegancją i wyczuciem opowiadać o doświadczeniach aktorskich. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką zwierza się z najróżniejszych przygód i życiowych wyborów, przedstawia swoją drogę sceniczną – kabaret, film, teatr, dubbing, konferansjerkę, seriale, produkcje ambitne i masowe. Odnosi się do szeregu nieprzyjemnych wydarzeń, ale nie zamierza z niczego się tłumaczyć czy usprawiedliwiać, przedstawia swój punkt widzenia. Opowiada o szkole aktorskiej i o kolegach ze scen, o reżyserach i o rodzinie. Na każdy temat ma mnóstwo anegdot – potrafi je przedstawiać z wyczuciem puenty, idealnie podbija komiczne sytuacje, ma się wręcz wrażenie, że celowo zbiera dowcipne scenki, żeby móc ubarwiać opowieści. Przy takim podejściu przecież znacznie lepiej śledzić się będzie tekst. Owszem, są zagadnienia, przy których miejsca na śmiech nie ma, wtedy aktor stawia na oryginalne doświadczenia. Lekkość i finezyjny dowcip w całości sprawiają, że „Stuhrmówka” bez trudu podbije rynek po raz kolejny. Beata Nowicka pilnuje kierunku rozmowy i prowadzi ją w te rejony, które interesują czytelników nieszukających sensacji; zdarza się, że w imieniu czytelników zadaje pytania najbardziej naiwne (jak to jest z zapamiętywaniem tekstu) – ale odpowiedzi Macieja Stuhra nudzić na pewno nie będą.
Jest to opowieść o scenicznych przyjaźniach i inspiracjach, o wykorzystywaniu szans i kierowaniu własną karierą. Maciej Stuhr wybrał teatr, w którym może unikać porównań z ojcem, zresztą o tej „rywalizacji” też jest w książce mowa. Ma do zaprezentowania mnóstwo ciekawostek, uzupełnia więc wiedzę przeciętnego odbiorcy i uświadamia mu, jak nie dać się zaszufladkować. To rzeczywiście rodzaj artystycznej wizytówki, sposób na zwrócenie uwagi czytelników na pewne – istotne dla autora – kwestie, ale i źródło rozrywki – bo doświadczenie kabaretowe procentuje przy anegdotach. W efekcie Maciej Stuhr skupia na sobie całą uwagę, komentarze z zewnątrz na jego temat mogłyby w zasadzie nie istnieć. Istnieją, bo przyjęło się w tego typu książkach zamieszczanie laurek na temat artysty. Wprawdzie niektórzy twórcy próbują być oryginalni lub zabawni, niektórzy odwołują się do wydarzeń, których byli świadkami albo uczestnikami – ale i tak nie dorównują bohaterowi tej książki w umiejętności prowadzenia zajmującej narracji. Teksty z zewnątrz pełnią rolę ozdobników, podobnie jak liczne fotografie – można by się bez nich spokojnie obyć. „Stuhrmówka” to książka, po którą sięgnąć warto, żeby przekonać się, że wywiad rzekę powinno się przygotowywać bez pośpiechu, starannie i kiedy ma się do powiedzenia coś więcej niż wyliczenie ról. To pozycja nie tylko dla fanów Macieja Stuhra.
Wszechstronność
Rzadko się zdarza, żeby wywiad rzeka powracał na rynek w uzupełnionym wydaniu: spora część tego typu publikacji to jedynie gadżety, sposób na przypomnienie o sobie również w księgarniach – funkcjonują przez krótką chwilę i giną w zalewie podobnych książek. „Stuhrmówka” jednak należy do wyjątków. W wersji „A imię jego czterdzieści i cztery” pojawia się ponownie – i będzie uświadamiać czytelnikom, że można ambitniej, ciekawiej i lepiej, bez pośpiechu, za to z dużą elegancją i wyczuciem opowiadać o doświadczeniach aktorskich. Maciej Stuhr w rozmowie z Beatą Nowicką zwierza się z najróżniejszych przygód i życiowych wyborów, przedstawia swoją drogę sceniczną – kabaret, film, teatr, dubbing, konferansjerkę, seriale, produkcje ambitne i masowe. Odnosi się do szeregu nieprzyjemnych wydarzeń, ale nie zamierza z niczego się tłumaczyć czy usprawiedliwiać, przedstawia swój punkt widzenia. Opowiada o szkole aktorskiej i o kolegach ze scen, o reżyserach i o rodzinie. Na każdy temat ma mnóstwo anegdot – potrafi je przedstawiać z wyczuciem puenty, idealnie podbija komiczne sytuacje, ma się wręcz wrażenie, że celowo zbiera dowcipne scenki, żeby móc ubarwiać opowieści. Przy takim podejściu przecież znacznie lepiej śledzić się będzie tekst. Owszem, są zagadnienia, przy których miejsca na śmiech nie ma, wtedy aktor stawia na oryginalne doświadczenia. Lekkość i finezyjny dowcip w całości sprawiają, że „Stuhrmówka” bez trudu podbije rynek po raz kolejny. Beata Nowicka pilnuje kierunku rozmowy i prowadzi ją w te rejony, które interesują czytelników nieszukających sensacji; zdarza się, że w imieniu czytelników zadaje pytania najbardziej naiwne (jak to jest z zapamiętywaniem tekstu) – ale odpowiedzi Macieja Stuhra nudzić na pewno nie będą.
Jest to opowieść o scenicznych przyjaźniach i inspiracjach, o wykorzystywaniu szans i kierowaniu własną karierą. Maciej Stuhr wybrał teatr, w którym może unikać porównań z ojcem, zresztą o tej „rywalizacji” też jest w książce mowa. Ma do zaprezentowania mnóstwo ciekawostek, uzupełnia więc wiedzę przeciętnego odbiorcy i uświadamia mu, jak nie dać się zaszufladkować. To rzeczywiście rodzaj artystycznej wizytówki, sposób na zwrócenie uwagi czytelników na pewne – istotne dla autora – kwestie, ale i źródło rozrywki – bo doświadczenie kabaretowe procentuje przy anegdotach. W efekcie Maciej Stuhr skupia na sobie całą uwagę, komentarze z zewnątrz na jego temat mogłyby w zasadzie nie istnieć. Istnieją, bo przyjęło się w tego typu książkach zamieszczanie laurek na temat artysty. Wprawdzie niektórzy twórcy próbują być oryginalni lub zabawni, niektórzy odwołują się do wydarzeń, których byli świadkami albo uczestnikami – ale i tak nie dorównują bohaterowi tej książki w umiejętności prowadzenia zajmującej narracji. Teksty z zewnątrz pełnią rolę ozdobników, podobnie jak liczne fotografie – można by się bez nich spokojnie obyć. „Stuhrmówka” to książka, po którą sięgnąć warto, żeby przekonać się, że wywiad rzekę powinno się przygotowywać bez pośpiechu, starannie i kiedy ma się do powiedzenia coś więcej niż wyliczenie ról. To pozycja nie tylko dla fanów Macieja Stuhra.
niedziela, 3 listopada 2019
Rasa Jančiauskaitė: Powiedz to w mig
Dwie Siostry, Warszawa 2019.
Świat bez słów
Wiele się dzisiaj mówi o różnych rodzajach niepełnosprawności i o odmienności, na rozmaite sposoby oswaja dzieci z takim tematem. Rasa Jančiauskaitė proponuje bardzo ważną – i ciekawie przygotowaną – publikację, która porusza temat ludzi głuchych oraz ich języka. „Powiedz to w mig” to picture book ze sporą dawką informacji – tak, by dzieci mogły oswoić się z tematem, a nawet zainteresować nim na szerszą skalę (i poćwiczyć kilka słów w języku migowym dzięki prostemu słowniczkowi!). W tomiku pojawia się kilka postaci, które wypowiadają się na temat życia wśród niesłyszących i nie odnoszą się do ograniczeń, a do możliwości, jakie otwiera przed nimi język. Wszyscy rozmówcy autorki będący jednocześnie inspiracjami są członkami Litewskiego Stowarzyszenia Głuchych. Bardzo krótko opowiadają o swoim stosunku do słyszących, a i o rzeczach, o których słyszący nie mają pojęcia (dowcip o krowie wzbudzi sporą ciekawość). O takich zaletach języka migowego, o jakich mówią członkowie Litewskiego Stowarzyszenia Głuchych, odbiorcy tej publikacji nigdy nie słyszeli (nomen omen), a to może sprawić, że otworzą się na innych i spróbują dowiedzieć czegoś więcej.
Rasa Jančiauskaitė między wypowiedziami wprowadza dodatkowe informacje – już bardziej rzeczowe niż anegdotyczne – dotyczące języka migowego. Kieruje się do czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji zetknąć się z tym językiem, tłumaczy zatem absolutne podstawy: że to jak język obcy, że w różnych krajach miga się inaczej (pokazuje to obrazkowe porównanie słowa „noc” w migowych językach litewskim, amerykańskim i polskim), że słyszący mogą nauczyć się migać, a głusi – mówić (choć to drugie wymaga wielu lat żmudnej pracy), że głuchota nie jest dziedziczna, a także – jakie szanse na edukację mają głuche dzieci. Autorka pisze tak, by rozwiać wątpliwości małych odbiorców i odpowiedzieć na najbardziej narzucające się pytania kilkulatków, uniknąć nieporozumień, ale też zaintrygować. Przełamuje bariery, opowiada o niepełnosprawności, która w takim ujęciu wcale nie wypada jak ograniczenie. Projekt tej książki zresztą całkiem słusznie zdobył główną nagrodę jury Wydawnictwa Dwie Siostry oraz wyróżnienie jury międzynarodowego w konkursie Jasnowidze (edycja 2016/2017): na docenienie w pełni zasługuje, prawdopodobnie to nie koniec nagród.
Chociaż „Powiedz to w mig” to książka obrazkowa, ilustracje są raczej popisem graficznym autorki niż próbą przyciągnięcia dzieci do książki. Jak to często bywa w podobnych przypadkach – gdy przesłanie i treść są ważniejsze niż ilustracje – stawia Rasa Jančiauskaitė na charakterystyczność. Proponuje bohaterów o ptasich dziobach albo upraszczane ludzkie sylwetki z powiększonymi do granic możliwości dłońmi. Stosuje ruch i symbole, ogranicza liczbę używanych kolorów, a w teksturze rysunków ważne są ślady kredek – tak, by obrazki imitowały dziecięce gryzmoły. Ilustracje są tu bardzo znaczące, kiedy przegląda się tomik – rzuca się w oczy ich ekspresja. Autorka pokazuje świat pozbawiony dźwięków, ale niepozbawiony życia i kontaktów ze słyszącymi, ta lektura będzie więc dla dzieci cennym doświadczeniem i okazją do poznawania otoczenia.
Świat bez słów
Wiele się dzisiaj mówi o różnych rodzajach niepełnosprawności i o odmienności, na rozmaite sposoby oswaja dzieci z takim tematem. Rasa Jančiauskaitė proponuje bardzo ważną – i ciekawie przygotowaną – publikację, która porusza temat ludzi głuchych oraz ich języka. „Powiedz to w mig” to picture book ze sporą dawką informacji – tak, by dzieci mogły oswoić się z tematem, a nawet zainteresować nim na szerszą skalę (i poćwiczyć kilka słów w języku migowym dzięki prostemu słowniczkowi!). W tomiku pojawia się kilka postaci, które wypowiadają się na temat życia wśród niesłyszących i nie odnoszą się do ograniczeń, a do możliwości, jakie otwiera przed nimi język. Wszyscy rozmówcy autorki będący jednocześnie inspiracjami są członkami Litewskiego Stowarzyszenia Głuchych. Bardzo krótko opowiadają o swoim stosunku do słyszących, a i o rzeczach, o których słyszący nie mają pojęcia (dowcip o krowie wzbudzi sporą ciekawość). O takich zaletach języka migowego, o jakich mówią członkowie Litewskiego Stowarzyszenia Głuchych, odbiorcy tej publikacji nigdy nie słyszeli (nomen omen), a to może sprawić, że otworzą się na innych i spróbują dowiedzieć czegoś więcej.
Rasa Jančiauskaitė między wypowiedziami wprowadza dodatkowe informacje – już bardziej rzeczowe niż anegdotyczne – dotyczące języka migowego. Kieruje się do czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji zetknąć się z tym językiem, tłumaczy zatem absolutne podstawy: że to jak język obcy, że w różnych krajach miga się inaczej (pokazuje to obrazkowe porównanie słowa „noc” w migowych językach litewskim, amerykańskim i polskim), że słyszący mogą nauczyć się migać, a głusi – mówić (choć to drugie wymaga wielu lat żmudnej pracy), że głuchota nie jest dziedziczna, a także – jakie szanse na edukację mają głuche dzieci. Autorka pisze tak, by rozwiać wątpliwości małych odbiorców i odpowiedzieć na najbardziej narzucające się pytania kilkulatków, uniknąć nieporozumień, ale też zaintrygować. Przełamuje bariery, opowiada o niepełnosprawności, która w takim ujęciu wcale nie wypada jak ograniczenie. Projekt tej książki zresztą całkiem słusznie zdobył główną nagrodę jury Wydawnictwa Dwie Siostry oraz wyróżnienie jury międzynarodowego w konkursie Jasnowidze (edycja 2016/2017): na docenienie w pełni zasługuje, prawdopodobnie to nie koniec nagród.
Chociaż „Powiedz to w mig” to książka obrazkowa, ilustracje są raczej popisem graficznym autorki niż próbą przyciągnięcia dzieci do książki. Jak to często bywa w podobnych przypadkach – gdy przesłanie i treść są ważniejsze niż ilustracje – stawia Rasa Jančiauskaitė na charakterystyczność. Proponuje bohaterów o ptasich dziobach albo upraszczane ludzkie sylwetki z powiększonymi do granic możliwości dłońmi. Stosuje ruch i symbole, ogranicza liczbę używanych kolorów, a w teksturze rysunków ważne są ślady kredek – tak, by obrazki imitowały dziecięce gryzmoły. Ilustracje są tu bardzo znaczące, kiedy przegląda się tomik – rzuca się w oczy ich ekspresja. Autorka pokazuje świat pozbawiony dźwięków, ale niepozbawiony życia i kontaktów ze słyszącymi, ta lektura będzie więc dla dzieci cennym doświadczeniem i okazją do poznawania otoczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






