* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 31 maja 2026

Marta Matyszczak: Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo

W.A.B., Warszawa 2026.

Wakacje za karę

Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.

Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.

Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.

Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.

Artur Nowicki: Auto z kapelusza. Nauka rysowania bez czarowania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Nauka jazdy

W Naszej Księgarni ukazało się polskie wydanie serii Zacznij od ziemniaczka – krótki i bardzo dowcipny kurs rysowania absolutnie wszystkiego, w którym to punktem wyjścia jest nieforemna kulka – ziemniaczek. Kto przerabiał już ziemniaczki na wszystko, teraz może poprzerabiać kapelusze na samochody. „Auto z kapelusza” to znakomita odpowiedź Artura Nowickiego na zagraniczną propozycję – kierowana przede wszystkim do małych fanów motoryzacji. I Artur Nowicki przekona dzieci między innymi tym, że odróżnia rodzaje aut – inaczej wyglądają minivany, inaczej dostawczaki, wyścigówki, pick-upy, auta elektryczne, garbusy czy kabriolety, a inaczej spychacze, betoniarki, wozy strażackie, wózki widłowe czy lokomotywy. Za każdym razem punktem wyjścia jest kapelusz, dlatego też na początek dzieci mogą poćwiczyć rysowanie kapeluszy. Gdyby ktoś miał problemy, autor proponuje całą rozkładówkę wypełnioną różnymi kształtami – można więc się przekonać, jak detale decydują o ostatecznym wyglądzie i jak niewiele potrzeba, żeby zacząć rysować. Artur Nowicki wie, że to rozrywka dostępna każdemu i przypomina, żeby nie kupować drogich przyborów – wystarczy zwykła kartka i ołówek, wszystko rozgrywa się w wyobraźni i jest efektem ćwiczeń.

Przeprowadza autor małych odbiorców przez mnóstwo maszyn – i za każdym razem najpierw mówi, jaki kapelusz trzeba narysować. Kształt, z którym poradzi sobie każde dziecko (i nie tylko dziecko) da się łatwo przerobić na samochód – i to nie byle jaki samochód, a pojazd, który będzie robił wielkie wrażenie na oglądających rysunek (a prawdopodobnie też na samych rysujących). Nagle okazuje się, że wcale nie jest trudno stworzyć maszynę z charakterem, a to prosta droga do rysowania większych form. Ten ilustrator imponuje maluchom między innymi w książkach o samochodach – więc skoro teraz mówi, jak sobie poradzić z takim wyzwaniem, warto skorzystać na jego podpowiedziach. Kapelusz zyskuje w kilku kolejnych krokach rozwinięcie – trzeba dodawać drobne wstawki, żeby uzyskać na końcu widok „prawdziwego” auta w zależności od potrzeb. Dla dzieci to nie tylko zachęta do ćwiczeń, ale też szansa na poszerzenie umiejętności. Przyda się odbiorcom taki kurs – z przymrużeniem oka, sensowny i konkretny, wyraźnie kierowany do konkretnej grupy odbiorców – do dzieci, które chcą rysować samochody (nie można tu wykluczyć, że nie tylko chłopcy zechcą po ten tomik sięgnąć).

Rysowane kroki wyjaśniają wszystko, ale od czasu do czasu autor wprowadza drobne, jednozdaniowe komentarze do kolejnych działań – tak, żeby odbiorcy nie zastanawiali się nad tym, co zostało dodane albo co właśnie dorysowali do własnego kapelusza. Żaglówka, helikopter i ufo to dodatek do tej propozycji – bo autor zawsze sięga po dowcip, za który zresztą odbiorcy go kochają. Jeśli ktoś uważa, że nie umie rysować, powinien wypróbować wskazówki zawarte w tej książce – nie pożałuje, bo kapelusze to w zasadzie gotowe samochody. Artur Nowicki uczy dzieci czarowania – i zapowiada ponowne spotkanie, można więc zacząć już kompletować serię, która zafascynuje nie tylko najmłodszych. To bardzo przyjemny poradnik, który ma potencjał na to, żeby stać się międzynarodowym bestsellerem. A wszystko dzięki odpowiedniemu pomysłowi zapewniającemu dzieci, że rysowanie nie jest trudne.

sobota, 30 maja 2026

Christopher Brousseau, Matt Sharp: LLMs w akcji. Od modeli językowych do dochodowych produktów

Helion, Gliwice 2026.

Tworzenie bota

Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.

Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.

piątek, 29 maja 2026

Warzywa i owoce

Harperkids, Warszawa 2026.

Witaminy

Ta publikacja to kolejny strzał w dziesiątkę w ramach Akademii Mądrego Dziecka: tomik, na którym można poznawać litery (chociaż raczej przegra to z innymi atrakcjami, jakich tu nie brakuje). Tomik, na którym można ćwiczyć sprawność motoryczną – bo są tu spore puzzle, elementy, które wpasowuje się w określone miejsca na kolejnych stronach (a potem można je wyjąć i schować w odpowiedniej przegródce w książeczce, żeby następnym razem przystąpić do zabawy ponownie). Tomik, który pozwala dzieciom ćwiczyć kolory i poznawać nazwy warzyw i owoców. Kilka zaledwie rozkładówek tu jest – ale chodzi o to, żeby nie zamęczyć maluchów nadmiarem emocji i nie utrudniać przesadnie zadań. Całość zamknięta została w bardzo ładnej oprawie: zamknięcie na magnes sprawia, że łatwo będzie utrzymać porządek i nie doprowadzić do rozrzucenia kolejnych ruchomych elementów.

Kartonowe strony są tu bardzo grube – a to dlatego, że trzeba na jednej części rozkładówek umieszczać kartonowe owoce i warzywa. Te elementy zostały pozbawione ostrych rogów, a do tego mają charakterystyczne kształty dopasowywane do konturów. Za każdym razem pojawia się wgłębienie na palec – żeby łatwo i bez niszczenia tomiku udało się wyjąć elementy. Co ważne, wszyscy witaminowi bohaterowie mają tutaj uśmiechnięte buźki – to miły dodatek, który sprawia, że dzieci chętniej zajmą się segregowaniem puzzli i układaniem ich na stronach. Do tego dzieci będą mogły jeszcze wykazać się znajomością tematu przy odpowiadaniu na proste pytania. Nie trzeba tu zgadywać po kształcie: we wgłębieniu jest rysunek przedstawiający kolejne warzywa i owoce, wystarczy zatem znaleźć identyczny rysunek na puzzlach – dzięki temu nawet najmłodsi dadzą sobie radę z tym wyzwaniem, a po zgubieniu się jakiegoś puzzla nie będzie dramatu.

Narracja w tomiku składa się z podpisów pod obrazkami (dzięki temu dzieci poznają nazwy kolejnych owoców, nawet tych mniej jeszcze kojarzonych) i z poleceń – „dopasuj odpowiednie elementy” to tekst zawsze istniejący na prawej stronie rozkładówki, na lewej stronie pojawiają się nazwy dominujących kolorów (kolory pozwalają grupować owoce i warzywa) oraz krótkie pytanie: „czy wiesz, który owoc ma pestkę” albo „który owoc jest najbardziej kwaśny” – to wymaga od maluchów zastanowienia, ale też poszerzania kulinarnych testów.

„Warzywa i owoce”, książeczka w podcyklu Poznajemy świat, została przygotowana z myślą o dostarczeniu najmłodszym jak największej liczby wyzwań i bodźców przy niekoniecznie przesadnie rozbudowanym tomiku. Tu liczy się dobra zabawa i możliwość poszerzania umiejętności, a do tego – odbiorcy nie muszą w ogóle odchodzić od tego, co mają na co dzień i w zasięgu ręki. Są tu przyjemne kolory i infantylizowane – ale wywołujące uśmiech – warzywa i owoce. To książeczka, która się nie znudzi dzieciom – za to zachwyci je szerokim repertuarem zabaw.

czwartek, 28 maja 2026

Beata Biały: Kobiece gadanie 2

Rebis, Poznań 2026.

Emocje 2

Beata Biały po sukcesie książki o emocjach kobiet – podsuwa czytelnikom drugą część, „Kobiece gadanie 2”. Idea pozostaje bez zmian: na tapet bierze się jedną emocję: złość, strach, wstyd, ale też dążenie do perfekcjonizmu, ambicję, bunt czy bezsilność. Każdy temat jest dopasowany do bohaterki rozmowy, do osoby, która akurat teraz – albo przez całe życie – mierzy się z konkretnymi wyzwaniami. Dzięki temu mają już zestaw konkretnych przykładów oraz przemyśleń, którymi mogą się podzielić z odbiorcami. Nie jest to wychodzenie ze strefy komfortu, raczej pozostawanie w obszarze zapewniającym wygodę – ale nikt nie będzie miał tego rozmówczyniom za złe, w końcu nie chodzi tu o przekraczanie swoich granic, a o dzielenie się intymnymi wręcz doświadczeniami. „Kobiece gadanie 2” to rozmowy, w których odbiorcy są wtrącani bezpośrednio w świat bohaterek, muszą poradzić sobie z czasem hermetycznymi zagadnieniami. Emocje pozbawione są granic – zrozumiałe w szerokim zakresie. Jednak już ich kontekst nie musi być dla wszystkich oczywisty, a nikt nie będzie przybliżać zestawu wydarzeń nieuświadomionym. Krótkie notki biograficzne zamieszczane są po wywiadach – i pozwalają zorientować się lepiej w dokonaniach kolejnych interlokutorek. Nie ma klucza, według którego Beata Biały wybiera kobiety do swoich rozmów: znalazły się tu i te rozpoznawalne od razu, jak Jolanta Kwaśniewska, Ewa Bem, Katarzyna Żak, Sylwia Chutnik, Agata Młynarska czy Lidia Popiel, i te, które wydają się trochę mniej medialne (ale nie są przez to wcale mniej ważne): Joanna Kryńska, Dorota Soszyńska czy Aleksandra Gajewska – popularne w konkretnych środowiskach.

Każda z kobiet zostaje nakłoniona do zwierzeń, często takich, które nie przebiłyby się do internetowych mediów. Nie ma tu idealnego świata z samorozwiązującymi się problemami, nie ma taryfy ulgowej bez względu na osobiste oczekiwania, preferencje czy nawet możliwości. Każda z pań toczy walkę z czymś – i mierzy się z tym całkowicie samotnie. A Beata Biały wyciąga na rozmowy szczere, pełne pasji, a do tego krzepiące mimo wszystko – bo nawet jeśli komuś wali się dotychczasowe życie, znajduje drogę, która pozwoli na odzyskanie radości życia czy przynajmniej odrobinę ulgi. Raczej rzadko trafiają się tu plotki czy anegdoty z codzienności. Beata Biały stawia na rozmowy dogłębne, czasem bolesne, czasem – wymuszające na czytelnikach sporą dozę empatii. Liczy się tu możliwość poznawania drugiej osoby od strony jej najskrytszych przemyśleń. Za każdym razem autorka dostosowuje rytm do rozmówczyni, stara się pozwolić jej na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami – i nawet powtarzalne życiowe doświadczenia w rodzaju choroby czy radzenia sobie z wyzwaniami codzienności wypadają dzięki temu indywidualnie. Jest to publikacja, po którą z pewnością sięgną zainteresowani nietypowymi lekturami – to zupełnie nieznane oblicze tych wszystkich kobiet, które dały się poznać jako wybitne w swoich dziedzinach, a teraz pozwalają sobie na szczerość i ciche wyznania. Beata Biały wie, jak wydobyć z nich najczulsze tematy – i tym przekona do siebie czytelników. To książka stworzona bez pośpiechu, a przez to też tak wyjątkowa.

środa, 27 maja 2026

Victor Dixen: Agencja Perdido. Droga przez mrok

Kropka, Warszawa 2026.

Poszukiwania

Kolejna rozłożysta seria szykuje się dla fanów powieści fantasy z nutą gotyku – Victor Dixen proponuje cykl Agencja Perdido, którego pierwszy tom, „Droga przez mrok”, może rzeczywiście skusić młodych czytelników. To historia Lucy, nastolatki, która jeszcze przez moment ma szansę żyć życiem zwykłej dziewczyny, w ramach młodzieżowego buntu mówić do swojej mamy po imieniu i zżymać się na słodkie przezwiska rzucane w kontrze przez rodzicielkę. Bo pewnego dnia mama znika bez śladu i Lucy wie, że stało się coś dziwnego. Na rok trafia pod opiekę okropnej ciotki – to punkt wyjścia znany jeszcze z baśni, po prostu trzeba wytrącić bohatera ze strefy komfortu, żeby mógł wziąć się do działania i dowiedzieć się, kim właściwie jest, a także – co kryje się za nagłym zniknięciem. Od początku wiadomo, że na taryfę ulgową nie ma co liczyć: nowa opiekunka zmusza Lucy do dokonywania drobnych kradzieży w pociągach, a to wstęp do sporych kłopotów, albo... życiowej szansy. Lucy bowiem w pewnym momencie trafia na istoty, które mogą jej sporo powiedzieć o rodzicach, a także o niej samej. A to już oferta nie do pogardzenia. I tak Lucy stopniowo dowiaduje się czegoś o swoich nieznanych do tej pory umiejętnościach i wrodzonych talentach – a dzięki sojuszniczce – niezwykłej staruszce Ricie Perdido może rozwijać je i dążyć do poznawania swojej tożsamości. Nie będzie to droga prosta: mnóstwo tu stworów, które tylko czekają na potknięcie przybysza z innego świata, mnóstwo zagrożeń i bardzo dużo adrenaliny. Akcja budowana jest w tym tomie na bazie szybkich ucieczek i unikania pułapek, mniej na bezpośrednich starciach – ale zdarza się i tak, że trzeba będzie coś poświęcić, żeby zapewnić szansę na ratunek dla bliskich. I to rzecz nie do pogardzenia, bo Victor Dixen przymierza się do powieści drogi pożenionej z historiami o młodzieżowych akademiach – z każdego z tych modnych w pewnym momencie gatunków bierze coś, co pozwoli wykreować nietypową przestrzeń i funduje czytelnikom zestaw silnych emocji. To się sprawdza dzięki sprawnej narracji – tu nie ma wymuszonych opisów czy kombinacji, które nie przekonają czytelników. A ponieważ autor przez cały czas umiejętnie operuje mrocznymi klimatami, przyciągnie szeroką rzeszę młodych odbiorców – którzy nie przepadają za ugrzecznionymi czy umoralniającymi opowiastkami. W Agencji Perdido na grzeczność nie ma miejsca, tu liczy się spryt i tempo działania, a także odwaga momentami zamieniająca się w brawurę – skoro przeciwnik walczy wszystkimi dostępnymi środkami, nie ma powodu, żeby podporządkowywać się jego regułom. „Droga przez mrok” to pierwsza powieść, która z pewnością zbuduje autorowi grono wiernych czytelników – podsuwa tematy „inne”, wykorzystuje bardzo kreatywnie składniki znane z rozmaitych historii – a jednak składa je w oryginalną całość. Jest to książka, która rozbudzi ciekawość i sprawi, że odbiorcy zechcą pozostać w uniwersum Agencji Perdido na dłużej – nie zmęczą się tym pierwszym tomem, a będą wypatrywać kolejnych propozycji.

wtorek, 26 maja 2026

Lisa Kaltenegger: Nowe Ziemie. Poszukiwanie życia w kosmosie

Helion, Gliwice 2026.

Życie

To wciąż temat, który wydaje się niedostępny – i tak odległy, że wręcz trudny do wyobrażenia przez zwykłych odbiorców. Lisa Kaltenegger zajmuje się jednak przybliżaniem kwestii eksplorowania kosmosu pod kątem znajdowania tam różnych form życia. O ile planety z Układu Słonecznego są już w pewien sposób przez czytelników oswojone, o tyle poszukiwanie nowych Ziem może rozbudzać wyobraźnię dorosłych i fascynować. „Nowe Ziemie” to książka pokazująca, jak odkrycia astronomów kształtują wizję wszechświata – i jak bardzo trudno jest choćby snuć przypuszczenia na temat obcych organizmów żywych w kosmosie.

Jest to książka, której autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ogromu wiedzy do przekazania czytelnikom we w miarę przystępny sposób. Posługuje się zatem obrazowymi porównaniami (które, przy okazji, stają się też okazją do wprowadzania drobnych żartów: jeśli chce się sprawdzać wielkość Ziemi z ziarenka pieprzu w stosunku do średnicy Słońca – warto wybrać ziarenka pieprzu w odpowiednim kolorze) i dba o to, żeby nie karmić odbiorców suchymi danymi bez interpretacji. Dzięki temu przez całą narrację czytelnicy pamiętają, że komuś zależy na dotarciu do ich wyobraźni i – że nie muszą samodzielnie przedzierać się przez zestawy fachowych danych. Kaltenegger cieszy się z możliwości tłumaczenia czytelnikom tego, czym się zajmuje – i co odkrywają jej koledzy po fachu. Dokłada do tego całkiem sporo osobistych wątków, dzieli się scenkami i sytuacjami, które nie mają większego znaczenia w narracji o odkrywaniu innych Ziem – a jednak ubarwiają tę opowieść i zatrzymują przy niej czytelników. Czasami autorka pozwala snuć wyobrażenia na temat koloru nieba lub zjawisk pogodowych na różnych planetach – nawet (a może zwłaszcza) tych nieznanych, zestawia to z badaniami planet z Układu Słonecznego – wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, że świat, który znają, nie może nawet w promilu przybliżać tego, co kryje wszechświat.

Poszukiwanie życia w najdalszych zakątkach kosmosu wiąże się między innymi z dowiadywaniem się, gdzie znajdują się egzoplanety i wypracowywaniem metod ich odkrywania – bo przecież i to zjawisko nienależące do oczywistych zabiegów. Kiedy już uda się wskazać prawdopodobną orbitę ciała niebieskiego krążącego wśród jakiejś gwiazdy, będzie czas na mozolne odtwarzanie potencjalnych warunków panujących na nim. Do tego dochodzą odległości między poszczególnymi planetami w kosmosie – znów wykraczające ponad możliwości poznania ludzkiego. I tak Kaltenegger balansuje cały czas między tym, co odkrywają badacze i tym, co wyobrażają sobie czytelnicy – na styku tych dwóch przestrzeni tworzy książkę, którą czyta się jak powieść. Udana narracja i zestaw widowiskowych pomysłów, a do tego poczucie humoru autorki – to składa się na literacki sukces. Publikacja popularyzatorska sprawdza się doskonale, jest niezwykłym prezentem dla odbiorców, którzy śledzą temat eksploracji kosmosu lub... sięgają do beletrystyki – powieści fantasy przedstawiających życie na innych planetach – bo i tutaj można znaleźć inspirację i podstawowe błędy między fantazjami a rzeczywistością. Jest to książka sycąca i bardzo z perspektywy czytelników atrakcyjna, wyjątkowo trafna, jeśli chodzi o sposób przekazywania wiedzy.

Anna Jankowska: Dobrze być twoją mamą

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wyjaśnienie

To jedna z tych książeczek, które budzą rozczulenie – może nawet większe u rodziców niż u dzieci – i sprawdzają się do wytłumaczenia najmłodszym ważnych dla nich przesłań. Anna Jankowska – autorka dobrze dzieciom i ich rodzicom znana – postanawia wytłumaczyć istotę relacji między matką i dzieckiem. „Dobrze być twoją mamą” to publikacja, w której stroną graficzną zajęła się Emilia Dziubak – i oczywiście stworzyła zachwycający picture book o uczuciach.

Każda rozkładówka to drobny tekst, który może rzucić nowe światło na istotę relacji między mamą i dzieckiem – pisana w formie zwrotu do malucha. Mama z książki nie traci cierpliwości, kiedy trochę nabrudzi się przy śniadaniu, nie denerwuje się, kiedy dziecko budzi ją o świcie hałasem, chociaż być może marzy o tym, żeby pospać chwilę dłużej. Dziecko przy mamie może chlapać w wannie, może odkrywać nowe rzeczy podczas spaceru i sprawdzać, co lubiła mama, kiedy była w jego wieku. Mama wszelkie porażki i chaos kwituje stwierdzeniem, że nic nie szkodzi. I to może być dla czytających swoim pociechom rodziców zaskoczenie – bo warto byłoby czasami pochylić się nad robiącym się „samoistnie” bałaganem i wytłumaczyć kilkulatkowi, że szkoda tracić wspólny czas na sprzątanie po wspólnych posiłkach. Anna Jankowska od czasu do czasu pozwala mamie z bajki na chwilę dla siebie – wtedy przekonuje dziecko, że mama musi nabrać sił do dalszych wspólnych zabaw.

Niekiedy autorka pochyla się nad tym, co czuje mama – a czego nie przekazuje bezpośrednio. Mama z bajki ma prawo do gorszego humoru (i wie, że wtedy dziecko jej współczuje i można na nie liczyć), ale przeważnie jest heroiczną postacią, która zrobi wszystko. Zresztą – po to, żeby jej pociecha była szczęśliwa. Nie podlega dyskusjom, że mama kocha swoje dziecko najbardziej na świecie i zrobi dla niego wszystko, Jest wdzięczna, że dziecko uczy ją każdego dnia, jak być mamą. A jednocześnie stara się zażegnać kryzysy w zalążku (przygotowanie ubrania rano to wizja wielkiej walki. Tak naprawdę bardzo mało wymaga się tu od malucha (chyba jedynie posłuszeństwa na spacerze, tak, żeby nie odbiegał sam w nieznane): wystarczy, że jest. Warto zatem wykorzystać ten tomik, żeby porozmawiać z dzieckiem, pokazać mu na konkretnych przykładach, co czuje mama i co zrobić, żeby wszystkim było przyjemniej. Jednocześnie jest to zapis wielkiej miłości – bez wielkich słów i bez przechodzenia w świat bajki. Chociaż bohaterami są tu zające, odbiorcy bez trudu przełożą sobie tę sytuację na ich własne doświadczenia z codzienności.

Emilia Dziubak dopowiada to, co nie zmieści się w minimalistycznym tekście. Wprowadza na obrazkach scenki i sytuacje ze zwykłych dni odbiorców, ale dodaje też cały zestaw emocji uwidocznionych w mimice postaci. Tym, co rzuca się w oczy, jest operowanie światłem, ta autorka doskonale czuje się w zabawach refleksami świetlnymi i grą cieni. Migotliwe obrazki na długo zapadną w pamięć nie tylko dziecięcym czytelnikom.

poniedziałek, 25 maja 2026

Lego świat. Zabawy z naklejkami. Zwierzęta

Harperkids, Warszawa 2026.

Układanki

Budowanie z klocków to jedno, ale budowanie z naklejek w kształcie klocków to kolejny wymiar zabawy, który ma zachęcić małych odbiorców do ćwiczenia motoryki i koncentracji – i do przejścia w świat klasycznych rozrywek. „Lego świat. Zabawy z naklejkami. Zwierzęta” to nie tylko propozycje budowania kolejnych stworzeń – czasem tych bardzo egzotycznych – z posiadanych klocków. To również zeszyt ćwiczeń, który może być przez dzieci uzupełniany naklejkami dołączonymi do książki. W efekcie jeśli jakiś maluch jest już zmęczony tradycyjnymi łamigłówkami, tu może zyskać nowe wyzwania. Na kolejnych stronach znajdują się zadania – ale nie tylko. W ramkach zaznaczanych jako „czy wiesz, że” dzieci poznają ciekawostki o zwierzętach. W żarówkowych „pomysłach lego” pojawią się podpowiedzi, jak budować z klocków bez wykorzystywania instrukcji – i co zrobić, żeby uzyskać pożądane kształty. To podpowiedź dla wszystkich, którzy jeszcze nie przekonali się do samodzielnego tworzenia z klocków i konstruowania rezultatów swojej wyobraźni. Pojawiają się tu strony wypełnione informacjami i ciekawie zaprezentowanymi faktami ze świata zwierząt, albo zadania dla najmłodszych. I te zadania można podzielić na klasyczne łamigłówki (w których czasem do wykorzystania są naklejki) i na kreatywne wyzwania związane z uzupełnianiem obrazków według własnych potrzeb. Tu trzeba będzie wykazać się wyobraźnią i artystycznym zmysłem – i właśnie w tej sferze dzieci będą mogły budować z naklejkowych klocków, co im się zamarzy (w zależności od rodzaju podpowiedzi). I tak najmłodsi będą dawać upust swoim talentom – i pomysłom. Ale oprócz zabawy w obrębie samej książki, będą mogli też sięgnąć po zestawy klocków i wykorzystać je zgodnie z prezentowanymi co jakiś czas podpowiedziami, jak złożyć z posiadanych elementów konkretne zwierzę. To prawdziwe wyzwanie – i szansa na poszerzenie zabaw, a przy okazji też test umiejętności.

Wiele zwierząt pojawia się w tej książce w formie zdjęć z gotowych układanek – to coś dla dzieci, które nie mają pomysłu, jak wykorzystać przypadkowe klocki, żeby zamienić dom w menażerię. Uważne oglądanie obrazków sprawi, że przetestują w swoich warunkach możliwości złożenia wybranego zwierzęcia – a to dopiero początek rozrywek. Układanie klocków w oparciu o posiadane zasoby a nie przez instrukcje – to zajęcie, które było dzieciom znane od dawna. A jednak warto najmłodszym przypominać, że w takim tworzeniu nie ma żadnych limitów i czasem wystarczy tylko trochę się zastanowić, a można będzie ułożyć z klocków cały świat.

Na uwagę w tej książce zasługuje zwłaszcza różnorodność zadań – raz wychodzą poza książkę, raz wymagają skorzystania z naklejek, to znowu nawiązują do tradycyjnych rozrywek – chodzi o to, żeby najmłodszym nie nudziło się sięganie do tomiku jako źródła inspiracji i żeby nauczyły się kreatywnie wykorzystywać swój potencjał.

niedziela, 24 maja 2026

Jessie Inchauspé: Ciążowa rewolucja

Marginesy, Warszawa 2026.

Co najlepsze

Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.

Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.

sobota, 23 maja 2026

Slavenka Drakulić: O czym nie mówimy

Biblioteka Słów, Warszawa 2026.

Rozstania

Ta książka boli. Nie będzie wygodną lekturą czytaną do poduszki dla rozrywki, pozostawi po sobie bardzo wyraźne ślady. Odwołuje się bowiem do charakterystycznych lęków społecznych i do sytuacji, które mogą spotkać każdego czytelnika. Chociaż Slavenka Drakulić w „O czym nie mówimy” proponuje zbiór opowiadań, to jednak wydaje się wręcz, że postawiła na migawki wspomnieniowe – jest tak bardzo przekonująca, szczera i brutalna w realizmie. Niemal każda historia jest tu analizą jakiegoś rodzaju cierpienia, traumy czy żałoby – czasem to odchodzenie kogoś cierpiącego na chorobę nowotworową, czasem przygnębiająca szpitalna rzeczywistość podczas pandemii, ból tych, którzy muszą uporać się z rozstaniem albo pożegnać kogoś bliskiego, a czasami po prostu – śmierć miłości w związku lub rozczarowania płynące z oddalania się od siebie. Pojawi się także jako refrenowy temat – starość, wypełniona przykrymi drobiazgami, jedne są bardziej uciążliwe dla otoczenia, inne -dla osoby, która traci swoje dotychczasowe zdolności i przestaje ufać własnemu ciało. Czyli Slavenka Drakulić wcale nie odchodzi daleko od życia i normalności, rejestruje te zjawiska z codzienności, które przynoszą najwięcej rozczarowań i bólu – owszem, możliwego do opanowania i z perspektywy całego życia nie zawsze istotnego, a jednak uporczywego w danym momencie. Ta autorka właśnie takie momenty łapie, pozwala im się rozwinąć w wypełnioną emocjami drobną historię – i pozostawia z tym czytelników, zmuszonych do analizowania własnego stanu uczuciowego.

„O czym nie mówimy” to książka, która wyzwoli silne emocje – ma do tego podstawy. Autorka wyjątkowo celnie szkicuje sytuacje i charaktery, a także odczucia postaci – w efekcie przeżycia z kart opowiadań stają się wręcz namacalne dla odbiorców. Dobrze, jeśli ktoś nie mierzył się z podobnymi wyzwaniami we własnym otoczeniu – dostanie po prostu podgląd tego, co byłoby, gdyby zrealizować czarne scenariusze (prawdopodobne i naturalne). Części odbiorców wspólnota doświadczeń może przypaść do gustu, ale nie ulega wątpliwości, że jest to lektura wymagająca – i wymuszająca na czytelnikach maksymalne skupienie. Nie ma tu fabuł, na których by się można było zatrzymać, rzeczywistość odarta z wyobraźni przestaje być przedmiotem analiz – liczą się wyłącznie odczucia, które nie należą do najprostszych. I chociaż w określonych sytuacjach każdy reaguje po swojemu, Slavenka Drakulić wybiera te motywy, przy których wręcz nie ma miejsca na oryginalne odruchy. Bazuje na stanach czytelnikom doskonale znanych i przez to wiele razy będzie wręcz odsuwać uwagę od literackości na rzecz oceny trafności spostrzeżeń. „O czym nie mówimy” to książka wyjątkowa, która przypadnie do gustu także czytelnikom stroniącym na co dzień od małych form literackich. Jest to popis – ale popis obserwacji umiejętnie przekuwanych na tekst i empatii w jednym. To publikacja, która nie pozostawia nikogo obojętnym – ale ponieważ tak mocno będzie poruszać, warto dawkować ją ostrożnie i przemierzać świat prezentowany przez autorkę z dużą dozą refleksji na temat własnych obaw.

piątek, 22 maja 2026

Hanne Gjerde: Nasz nauczyciel robot

Kropka, Warszawa 2026.

Pułapka

Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.

Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...

Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.

czwartek, 21 maja 2026

Kinga Sroka-Gieparda: Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem

Onepress, Gliwice 2026.

Oswajanie

Sztuczna inteligencja to między innymi narzędzie dla tych wszystkich, którzy chcą sobie ułatwić codzienne zawodowe obowiązki. Umiejętność promptowania staje się w błyskawicznym tempie wręcz wymogiem, żeby nie dać się wyprzedzić konkurencji. Jak na razie podstawowym atutem w korzystaniu z AI okazuje się skrócenie czasu przeznaczonego na tworzenie treści marketingowych i automatyzacja co bardziej niewygodnych zajęć w rodzaju odpowiadania na reklamacje lub wątpliwości klientów. AI pozwala na stworzenie botów zapewniających kontakt z odbiorcami 24 godziny na dobę. Może też ułatwić kampanie w social mediach. Ale żeby do tego dojść, trzeba trochę odwagi w sięganiu po to, co nowe – i dlatego na rynku pojawiają się krótkie, wręcz brykowe, poradniki. „Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem” to książka, w której Kinga Sroka-Gieparda dokonuje podsumowań dostępnych aktualnie na rynku narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji – świadoma, że część z nich może się szybko zdezaktualizować i wówczas książka zostanie po prostu komentarzem i znakiem czasów.

Dla tych wszystkich, którzy trochę gubią się w możliwościach AI – w tym najbardziej podstawowym zakresie – autorka ma zestaw wygodnych wyliczeń i podsumowań. „Marketing przyszłości” to nie książka, którą da się czytać dla rozrywki, tu liczą się dane i spostrzeżenia, a także – podpowiedzi zawodowe. Kolejne rozdziały w tym tomie porządkują narzędzia AI pod kątem ich potencjalnych zastosowań: są modele do generowania treści, modele konwersacyjne, modele wykorzystywane przez informatyków do tworzenia kodów, modele, które tworzą grafiki – i dzięki temu także użytkownikom łatwiej będzie nawigować po książce i od razu dotrzeć do właściwych obszarów sztucznej inteligencji, od razu do tych najbardziej przydatnych elementów i sprawdzić, które z nich – już w ramach zawężonych możliwości – najlepiej odpowiedzą na potrzeby. Podrozdziały w poszczególnych częściach to po prostu rodzaj skrótowej prezentacji możliwości danego narzędzia – wyliczenia cech charakterystycznych, rodzajów zastosowania w marketingu czy „morału dla marketerów”. Każdy rozdział kończy się dwudziestoma przykładowymi promptami dla marketerów – wykorzystującymi konkretny model. I o ile autorka nawołuje na początku do tworzenia jak najbardziej szczegółowych i konkretnych promptów, o tyle w swoich podpowiedziach kieruje się jednak użytecznością, a co za tym idzie – wysokim stopniem uogólnienia, tak, że czytelnicy, którzy faktycznie zechcą się posiłkować tymi wskazówkami, będą musieli i tak dopracować polecenia. Wydaje się też, że nie do końca kreatywnie podchodzi autorka do możliwości zapewnianych przez AI w pracy marketerów – bo najważniejsze punkty do wykorzystania to zwykle posty na media społecznościowe oraz szablony do rozmów z klientami. Ciekawym dodatkiem do książki są zestereotypizowane rozmowy z fachowcami w wybranych dziedzinach – to pokazanie, jak AI już działa na rynku marketingu i jak może zadziałać w najbliższej przyszłości.

Zachęca zatem Kinga Sroka-Gieparda do wykorzystywania nowych możliwości, jakie pojawiają się w zawodzie marketera – i prowadzi czytelników przez potrzebne im podstawy bez zbędnych komentarzy i dodatków. Zależy jej na dotarciu przede wszystkim do odbiorców, którzy nie potrafią samodzielnie wybrać sobie narzędzi do skutecznego działania.

środa, 20 maja 2026

Karen Russell: Antidotum

Znak, Kraków 2026.

Sekrety

Ta opowieść rozpina się na kanwie wydarzeń politycznych i wielkich przyrodniczych katastrof, a jednak kiedy Karen Russell przemierza swoje wyobraźniowe rejony, nie zamęcza czytelników publicystyką, sporo wyjaśnień przeszło do posłowia, bo inaczej czytelnicy uznaliby, że większość książki to wytwór fantazji. Tymczasem ma ona konkretne zakotwiczenie w czasie i miejscu – ale to detal pozbawiony znaczenia z perspektywy wielu czytelników. I tak Karen Russell tworzy książkę, która najsilniej działa jako umiejętnie poprowadzona fikcja. Antidotum to pustynna wiedźma. Jej rolą jest przechowywanie sekretów okolicznych mieszkańców. Wiedźma przejmuje tajemnice i sprawia, że ci, którzy się jej zwierzyli, czują się lżej. Sama bohaterka wcale nie musi przejmować się wagą skojarzeń i wyznań – działa jak medium, a po sesji nie pamięta szczegółów opowieści. Sekrety nie są jej oddawane na zawsze – właściciele w każdej chwili mogą się po nie zgłosić i wtedy, kiedy będą już gotowi na uzupełnienie własnej tożsamości, włożyć w odpowiednie miejsce na traumatyczne wspomnienia – tyle że po czasie już pozbawione przytłaczającej mocy. Kobieta, która snuje opowieść, a przybrała imię Antidotum, uczyła się, jak być wiedźmą – teraz może swoje umiejętności przekazać dalej, przygotowując od zawodu Dell, młodą koszykarkę. W zasadzie Dell sama potrzebuje wsparcia psychologicznego, ale kiedy dowiaduje się, że może odciążyć innych, dąży do tego, żeby przełamać opory Antidotum przed mentorstwem. I wszystko toczyłoby się zgodnie z planem, przerywane ewentualnie konkretnymi opowieściami – gdyby nie natura. Zbliżająca się burza piaskowa niszczy wszystkie sekrety powierzone Antidotum. Nikt z postronnych o tym nie wie i nie może się dowiedzieć – to zachwiałoby układem sił, a wiedźma mogłaby się znaleźć w poważnym niebezpieczeństwie.

To jest powieść w klasycznym stylu, taka, która zaskakuje przenikliwością i kombinacjami w ramach samej konstrukcji. Autorka nie pozwala sobie na błędy ani na uproszczenia, prowadzi czytelników przez to, co tajemnicze, ale czasem też groźne lub wstydliwe. Odwzorowuje mentalność ludzi zmuszonych do radzenia sobie z zadaniami ponad siły – i sprawdza, jak obecność wiedźmy wpływa na ich wybory. Kiedy autorka nie meandruje między życiorysami dwóch najważniejszych bohaterek, przedstawia dalszoplanowych bohaterów – tych, bez których nie byłoby napięcia emocjonalnego. Dokłada odbiorcom jeszcze cały szereg informacji na temat kontekstu społecznego, politycznego czy pogodowego – i to wszystko pozwala spotęgować grozę sytuacji. Niecodzienny pomysł pozwala uwolnić się ze schematów – tu nikt nie znajdzie scenariuszy fabularnych ani myślowych kolein, Karen Russell funduje za to czytelnikom mnóstwo wrażeń za sprawą kibicowania wybranym postaciom. Nie ma tu jednoznacznych ocen i decyzji, w których wszystko układa się samo, nie ma zawierzenia, że ludzie odruchowo wybiorą najlepszą dla siebie drogę – autorka wie, że to mit, posługuje się zatem inną wersją uosobienia kodeksu wartości. Zmusza bohaterów do weryfikowania poglądów i do sprawdzania, czy w sytuacjach granicznych ich postawy ulegną metamorfozie. W tę powieść wpada się od razu – i nie trzeba znać wszystkich szczegółów dotyczących konstrukcji świata, liczy się dokładne prowadzenie pomysłu przez autorkę świadomą roli polifonicznej narracji.

wtorek, 19 maja 2026

Russell Kane: Jak pies z kotem

Kropka, Warszawa 2026.

Zazdrość

Ten autor doskonale wie, o czym pisze. Dał się poznać jako autor edukacyjnej książki o różnych rasach psów i kotów, teraz wraca z historyjką fabularną o domowych pupilach. „Jak pies z kotem” to krótki i zabawny picture book, który przypomni dzieciom, czym jest zazdrość o nowego członka rodziny. Russell Kane wie, jak przekonać do siebie miłośników czworonogów – nie przez przypadek: prezentowane wydarzenia mógł spokojnie przeżyć, jako wieloletni właściciel i opiekun rozmaitych zwierzaków.

Fabuła tomiku „Jak pies z kotem” jest prosta i przewidywalna, a jednak dzieci będą ją śledzić z zapartym tchem, żeby sprawdzić, jak rozwiąże się problem nieoczekiwany przez ludzi i niemożliwy do rozwiązania na drodze logiki. Dom jak na razie składa się z mamy, taty i Anki – którymi rządzi Tero, kot burmski, wielki, szary, rasowy i dystyngowany. To Tero jest tu najważniejszy, nie ulega wątpliwości. A jednak nikt nie konsultuje z nim najważniejszej decyzji: pewnego dnia w domu pojawia się bardzo słodki i uroczy szczeniak chihuahua, Samson. Samson wyposażony został w wyjątkową broń – torpedujące spojrzenie miłosne. To nim błyskawicznie podbija serca wszystkich w domu. Wszystkich, tylko nie Tero. Kot manifestuje swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby, stara się dać do zrozumienia zwłaszcza odrosłym, że należy się pozbyć intruza.

Sporą część krótkiej opowieści zajmuje analiza obrażenia Tero. Kot jest zły i nie wie, co zrobić – stracił swoją pozycję w domu, teraz wszyscy zachwycają się szczeniakiem. Zazdrość jest wyjątkowo silna i nie pomagają żadne sztuczki szykowane przez domowników. Tero po prostu nie chce zaakceptować nowego towarzysza. Aż w końcu…

Russell Kane przygotowuje odbiorców, którzy chcą poszerzyć grono domowych zwierzaków, na sytuacje nieoczekiwane a prawdopodobne. Jednocześnie wciąga dzieci w ciekawą i zabawną historię o zwierzętach – sprawia, że nawet dzieci, które nie przepadają za ćwiczeniem samodzielnego czytania, tu mogą sobie poradzić. Do tego liczy się analiza emocji i ich przejawów – to coś, co przyciągnie najmłodszych, również czasem poszukujących przewodnika, który wyjaśni im, co dzieje się w ich głowach. Przy tak ważnych tematach w opowieści liczy się tu jeszcze warstwa graficzna (ilustracje: Erica Salcedo) – tam, gdzie nie ma miejsca na humor w tekście, rysunku przejmują dowcip i pokazują czytelnikom komiczne strony sporu. Mimo skrótowości będzie tu zatem bardzo dużo wątków wartych uwagi i przyciągających każdego czytelnika, bez względu na wiek i doświadczenia w opiece nad kapryśnymi zwierzętami. Russell Kane przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niekoniecznie zrozumiałe (a przecież oczywiste) uczucia czworonożnych domowników. Proponuje dzieciom sympatyczną lekturę – w sam raz do szybkiego prześledzenia i do przyjrzenia się temu, co dzieje się w sercach dzieci lub zwierząt, kiedy pojawia się nieoczekiwanie nowy członek rodziny. Warto tę publikację wykorzystać do przeprowadzenia ważnych rozmów z dziećmi – a Russell Kane przypomina, że nie zawsze jest powód do zmartwień, czasami wystarczy po prostu cierpliwość i wyczucie.

poniedziałek, 18 maja 2026

Caleb Carr: Moja ukochana bestia. Masza. Ocalona półdzika kotka, która mnie uratowała

Rebis, Poznań 2026.

Zwierzę

Caleb Carr to mężczyzna, który mieszka na odludziu (i zdarzało mu się gonić ze strzelbą myśliwych wkraczających na teren jego posiadłości) – stroni od towarzystwa na co dzień, woli skupiać się na pracy pisarskiej i na pozostawaniu sam na sam z własnymi myślami. Nie potrzebuje ani bliskich, ani przyjaciół – zresztą oni nie stanowią tematu w książce, którą proponuje czytelnikom. „Moja ukochana bestia. Masza. Ocalona półdzika kotka, która mnie uratowała” to bowiem relacja dotycząca niezwykłej więzi z równie niezwykłym stworzeniem, gloryfikowanym i opisywanym z niezwykłą dbałością o detale.

Autor przedstawia czytelnikom historię więzi z kotką od momentu, w którym znalazł Maszę w schronisku – ku radości i uldze pracowników świadomych, jak bardzo wymagające i jednocześnie trudne jest to zwierzę. Masza jednak od początku zaufała swojemu nowemu człowiekowi i pozwoliła mu wkroczyć do swojego świata. Caleb Carr opisuje kotkę z uwielbieniem i radością, a także z niezwykłym wyczuleniem na wszystkie sygnały wysyłane przez zwierzę. Przedstawia czytelnikom najdrobniejsze gesty i dowody mądrości, analizuje spojrzenia i reakcje kota, a z czasem zaczyna wprowadzać do historii coraz więcej akcji – zwłaszcza kiedy szuka zaginionej kotki i dowiaduje się, z jakim zwierzęciem musiała się zmierzyć. I tak aż po rozstanie z towarzyszką wielu lat w leśnej głuszy – czytelnicy zyskają więc najpełniejszy możliwy obraz Maszy i przekonają się, jak silna może być miłość do kota. Co prawda raczej to odbiorców nie zaskoczy, przede wszystkim kociarze po tę publikację sięgną – ale dobrze się przekonać, że ktoś czuje podobnie i jest w stanie poświęcić absolutnie wszystko, żeby ratować ukochane stworzenie. Caleb Carr często w swoim uwielbieniu dla Maszy wręcz przesadza – ale będzie mu to wybaczone, zwłaszcza że Masza faktycznie na atencję zasługuje.

Początek tej opowieści to przede wszystkim opisy, i to z gatunku bardzo drobiazgowych. Autor nie dba kompletnie o napięcie, liczy się dla niego stworzenie statycznego portretu Maszy – trwa to dość długo, ale nie można się zniechęcać, bo w pewnym momencie zacznie pokazywać swoje doświadczenie w życiu z kotami (i jednocześnie swoje złe wspomnienia związane z ludźmi, co trochę wytłumaczy odsuwanie się od innych), a wyczulenia i umiejętności prowadzenia obserwacji można się od niego tylko uczyć. Caleb Carr robi wszystko, żeby Masza jak najdłużej zachowała zdrowie, dostrzega nawet rzeczy, które zwierzę instynktownie próbuje ukrywać. Komentuje spojrzenia i odruchy, żeby przekonać odbiorców, że Masza to kot wyjątkowy. Odwołuje się nawet do domniemanych doświadczeń kotki z przeszłości – tak, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważne jest zapewnienie jej wolności nawet za cenę własnego lęku.

W tej historii liczy się przede wszystkim uczucie – prezentowane bez skrótów i bez skrępowania. Autor całą uwagę poświęca Maszy – jego refleksje schodzą na daleki plan. Tworzy wręcz pomnik swojej wspaniałej kotce – i bez trudu przekonuje wszystkich o jej wyjątkowości. To sprawia, że po książkę „Moja ukochana bestia” sięgać będzie można z zainteresowaniem. W dobie publikacji pop, pospiesznych i niestarannych, tu liczy się dokładność i literackość – i to odbiorcy docenią.

niedziela, 17 maja 2026

Levi Pinfold: Czarny pies

Tako, Toruń 2026.

Strach

Gdyby pod domem nie pojawił się czarny pies, członkowie rodziny Nadziejaków nie musieliby się mierzyć z własnym strachem – rosnącym w sposób zupełnie niezrozumiały dla odbiorców. Bo przecież nie ma się czego bać, przynajmniej według czytelników: zwierzę nie wygląda na groźne, a że znalazło się pod domem – to o niczym nie świadczy. Nikomu nie zrobiło krzywdy. Jednak wyobraźnia potęguje lęki i nagle okazuje się, że czarny pies staje się potworem według kolejnych domowników. Musi się pojawić ktoś, kto będzie w stanie przełamać obawy i udowodnić wszystkim, że nic strasznego się nie dzieje.

Levi Pinfold uświadamia odbiorcom, jak wygląda podkarmianie własnego lęku – pielęgnowanie go sprawia, że owładnięci nim nie potrafią już się wyzwolić z więzów, które sami na siebie nałożyli. A wszystko za sprawą zupełnie dosłownego przykładu. Czarny pies symbolizuje wszystkie budzące grozę zjawiska – a strach odczuwają nie tylko dzieci, ale również dorośli. I to najbardziej dziwi: wszyscy, którzy powinni zapewniać bezpieczeństwo i spokój na co dzień, ulegają panice – a czarny pies w ich relacjach staje się coraz większy i coraz bardziej groźny. Dzieci nie mają jeszcze takich uprzedzeń, mogą więc okazać się bohaterami i uratować cały dom, oddalając lęk. Levi Pinfold proponuje książkę, która jest napisana w stylu opowieści ludowej, przekazu z charakterystycznymi powtórzeniami formalnymi – tak, żeby przyciągnąć uwagę dzieci i żeby zaprosić je do śledzenia historii. Czarny pies to bohater, który nie ma na początku szans na zaprezentowanie swoich zalet – jeśli wszyscy się go boją i odrzucają jako źródło koszmaru, nie będą w stanie go poznać. Jeśli go nie poznają – nie będą umieli docenić. I tak Levi Pinfold daje poważną nauczkę nie tylko swoim bohaterom, ale też dzieciom, które będą odbiorcami tej historii.

Narracja uproszczona, rytmizowana i pozbawiona zbędnych słów wolna jest od wniosków – te wyciągną sami czytelnicy. Ale niezwykle ważnym elementem książki są obrazki. Jeden – wielkoformatowy – prezentuje wnętrza domu Nadziejaków i całą scenografię wydarzeń, a także – pokazuje akcję. Z kolei przy tekście pojawiają się drobne rysunki w sepii – wybrane motywy, zamieniane na znaczki i wskazówki. Dzięki temu można już na początku zaintrygować maluchy, a także zasugerować im wejście w baśniowy świat. Ilustracje w tej publikacji bardzo dobrze harmonizują z tekstem – są niezbędne, żeby móc przenieść się do świata nie do końca poważnego, trochę absurdalnego i przedstawiającego w metaforycznym ujęciu mierzenie się z własnymi ograniczeniami. Co ciekawe, nie ma tu akcji w klasycznym rozumieniu, liczy się przede wszystkim pokazywanie, co czują bohaterowie – i jak się to przekłada na ich zachowania i wzajemne relacje. Nie oznacza to, że odbiorcy będą się nudzić podczas lektury – raczej dadzą się zaskoczyć pomysłem na opowieść. „Czarny pies” to książka przepiękna, klasyka pokazana w sposób atrakcyjny dla dzisiejszych maluchów i dla ich rodziców – jest tu zestaw motywów i rozwiązań charakterystycznych dla literatury czwartej sprzed dekad – a przecież tomik będzie konkurencyjny na rynku wydawniczym. Warto zatem docenić fakt, że tak przygotowana książka przedstawiana jest obecnie najmłodszym i pozostaje mieć nadzieję, że na długo zagości w domach.

Minecraft. Czerwienit. Naklejkowa przygoda

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygotowania

Przygotowania do gry proponują twórcy kolejnej łamigłówkowej książki z naklejkami poświęconej uniwersum Minecrafta. „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” to lekcja operowania jednym z surowców w grze – i jednocześnie szansa na przedłużenie przyjemności zabawy poza komputerem. Każda rozkładówka to inna podpowiedź na udogodnienie albo usprawnienie codzienności w grze, zestaw wskazówek i komentarzy do używania konkretnych surowców albo zastawiania pułapek. Dzieci skorzystają z tej książki – bo poznają nie tylko zasady funkcjonowania w środowisku Minecrafta, ale też logiczne związki przyczynowo-skutkowe i możliwości omijania problemów – a także poćwiczą zdolności motoryczne podczas przyklejania naklejek w odpowiednie miejsca.

Bo każda rozkładówka to nie tylko podpowiedź co do działań, które da się przenieść bezpośrednio na komputerowy świat. Owszem, jest to najważniejsze w książce i bez znajomości Minecrafta – nie ma znaczenia, czy teoretycznej czy praktycznej – nie ma co w ogóle podchodzić do lektury, bo tomik jest poradnikiem dla najmłodszych – a jednak dzieci znajdą tu sporo wyzwań z różnych dziedzin. Liczyć się będzie umiejętność dostrzegania konsekwencji podejmowanych działań, ale też przyswajania „przepisów” na przedmioty wytwarzane z użyciem czerwienitu. Oczywiście nie ma to bezpośredniego przełożenia na życie poza grą – ale jako uzupełnienie do samej gry nada się świetnie (i przy okazji uspokoi sumienia tych wszystkich dorosłych, którzy uważają, że komputery to nie wszystko i że najmłodsi powinni co najmniej tyle samo czasu spędzać nad książkami). Trzeba tu w określonych miejscach wykorzystywać naklejki dołączone do książki, ale to sprzyja zapamiętywaniu porad i pozwala na łatwiejsze poruszanie się po świecie gry. W tomiku „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” każda rozkładówka to inny motyw – inny etap przygotowywania sobie miejsc w grze, można zatem zrezygnować z linearnej lektury i wybierać to, co najistotniejsze w danym momencie. Minecraft reklamy nie potrzebuje, od dawna funkcjonuje także w świadomości dorosłych jako gra, która uczy logicznego myślenia i rozwija dzieci – to ten typ rozrywki, która mimochodem przynosi jeszcze pozytywne skutki dla najmłodszych. Nie dziwi zatem równoległe rozbudowywanie świata Minecrafta o towarzyszące mu oficjalne publikacje książkowe – pełniące przecież rolę gadżetów, ale od czasu do czasu też zastępujące siedzenie przy komputerze. Z tym tomikiem do komputera w końcu trzeba będzie podejść, żeby wypróbować wyczytane w nim podpowiedzi – ale taka lekcja, połączona z zabawą naklejkami, może się dzieciom zwyczajnie spodobać. Jest to książka ładnie przygotowana, poza zestawem naklejek mamy tu bardzo barwne strony (które owymi naklejkami należy uzupełniać). „Czerwienit” to propozycja dla dzieci, które dobrze czują się w świecie Minecrafta i chcą rozwijać swoje umiejętności, a przy okazji sprawdzać, ile rozrywki przyniesie im testowanie nowych możliwości. To gra, która rozbija bariery wiekowe – i nadaje się do wykorzystywania także w procesie edukacji, chociaż nie zawsze w klasycznym rozumieniu.

sobota, 16 maja 2026

Katarzyna Biegańska: Co czujesz, tato?

Kropka, Warszawa 2026.

Emocje

Tata z serii picture booków przygotowanych przez Katarzynę Biegańską i Dorotę Prończuk (autorkę ilustracji) jest naprawdę postępowy i wyznacza trendy, a na pewno pokazuje wszystkim, jak powinno się funkcjonować w dzisiejszym świecie, by unikać pułapek rodzicielstwa. Tata – z brodą drwala i kitką – nie musi być twardzielem dystansującym się od uczuć, wprost przeciwnie – to on staje się przewodnikiem po tym, co przeżywa dziecko. Autorki przypominają, że dziecko zawsze dostrzega uczucia i zachowania dorosłych, wyłapuje sygnały, które świadczą o tym, że coś jest nie tak – i jeśli nie dostanie informacji o tym, co się dzieje, będzie snuć własne scenariusze, często znacznie gorsze niż rzeczywistość. Warto zatem rozmawiać, wyjaśniać wątpliwości i uczyć pociechę, jak mówić o uczuciach. W tym sprawdzają się ojcowie – których jeszcze w poprzednich pokoleniach nikt nie podejrzewał nie tylko o empatię, ale nawet o posiadanie jakichś bardziej skomplikowanych uczuć czy przemyśleń na ten temat. Tymczasem ogromny tata z książki radzi sobie z tym wyzwaniem całkiem nieźle. Wychowuje syna tak, żeby ten nie bał się mówienia o swoich zmartwieniach czy przeżyciach – a skoro maluch może tacie powiedzieć wszystko, co zresztą wykorzystuje, nie jest to tylko błahe i teoretyczne zapewnienie – to równie dobrze tata może podzielić się swoimi doświadczeniami z pociechą. Oczywiście – ale tego już autorka nie mówi – w granicach rozsądku, tak, żeby nie zrzucać na malucha stresów czy niepotrzebnych przykrych niespodzianek. Wystarczy jednak odrobina uwagi i wyjaśnienie, dlaczego coś w relacjach się zmieniło – to sposób na uspokojenie dziecka.

A skoro z tatą da się o wszystkim porozmawiać (nawet o sprawach tak poważnych jak ciężka choroba babci) – to można z nim też dzielić uczucia i dowiadywać się, co one znaczą. Autorka odwołuje się do konkretnych sytuacji, które dzieci mogą sobie łatwo wyobrazić – i w związku z nimi podaje konkretne uczucia, nazywa je tak, żeby najmłodsi utrwalili sobie odpowiednie nazwy i wiedzieli, co dzieje się z nimi samymi w analogicznych sytuacjach. Wszystko wydaje się łatwiejsze, kiedy można dzielić to z tatą – i tak wygląda prawdziwe bohaterstwo w dzisiejszych czasach. Nie trzeba tu wielkich fabuł ani scenek, które zmuszają dzieci do przenoszenia się do bajkowego świata – to, co pojawia się w tomiku, wydaje się znane i bliskie, wręcz namacalne. Katarzyna Biegańska wie, jak mówić o uczuciach, bez abstrakcji i wielkich słów. Do tego dochodzą obrazki, które odbiorcom powiedzą równie dużo o emocjach targających bohaterami co sama narracja – tak przygotowany picture book nie potrzebuje już dodatkowych komentarzy. A jednak spora część dzieci po lekturze będzie chciała przegadać temat jeszcze ze swoimi rodzicami. I Katarzyna Biegańska znowu przypomina ojcom – że to oni mogą być tymi, którzy zapewnią maluchom potrzebne wsparcie, także to emocjonalne. Czasy się zmieniają i dobrze, że „Co czujesz, tato” nadąża za tymi metamorfozami.

piątek, 15 maja 2026

Miraculous. Postraszycielka

Harperkids, Warszawa 2026.

Pomoc

Czasami ten, kto jest największym potworem, boi się czegoś tak bardzo, że chowa własny strach pod maską agresji. W „Postraszycielce” jest to zaprezentowane dzieciom znacznie prościej, za sprawą działań Władcy Ciem – tego, który wykorzystuje swoją moc do czynienia zła. Drobny tomik „Postraszycielka” przygotowany jest dla dzieci, które uczą się samodzielnego czytania i potrzebują materiałów do ćwiczenia – a skoro i tak muszą spędzać czas nad książkami, niech to będzie czas przyjemnie spędzany z lubianymi kreskówkowymi postaciami. W cyklu Tryb czytania pojawia się zatem drobne opowiadanie z ważnym dla najmłodszych przesłaniem. Mamy tu bohaterów z uniwersum Biedronki i Czarnego Kota – ze świadomością, kim w cywilnym życiu są te postacie. Szkolna społeczność to dobre miejsce na testowanie możliwości i ograniczeń związanych z własnymi doświadczeniami i wyobrażeniami. I tak Mylene przekonuje się, że trudno jest grać w horrorze. Chociaż świetnie zdaje sobie sprawę, że nie ma tu do czynienia z prawdziwymi potworami, nie umie pokonać lęku przed nimi – i boi się coraz bardziej. Władca Ciem wykorzystuje to, żeby zamienić ją w prawdziwego potwora – i teraz to Mylene będzie siać postrach, dopóki Biedronka i Czarny Kot nie znajdą na nią sposobu. A muszą zadziałać sposobem – bo inaczej nie da się pokonać zła bez robienia krzywdy koleżance. I tak dzieci przekonują się, że agresja często bierze się ze strachu – wcale nie trzeba do tego magii, chociaż ta sprawdza się w świecie wykreowanym przez Miraculous.

Jest to bardzo krótka książeczka, w dodatku bogato ilustrowana – kadry z bajki zastępują tu klasyczne grafiki i jednocześnie są wabikiem na małych odbiorców, zachęcają do spędzania czasu z książką i do sprawdzania, jakie przygody przeżywali bohaterowie opowieści. Pozwalają skoncentrować się nie tylko na wysiłku związanym z poznawaniem i składaniem liter – ale też na samej opowieści. Fabuła jest zatem dobrze zaakcentowana, a do tego bardzo dynamiczna – wypełniona ekstremalnymi doświadczeniami bohaterów. Dzieje się tu dużo w bardzo niewielkim tekście – ale chodzi o to, żeby przyciągnąć dzieci do lektury i pokazać im radość płynącą z samodzielnego czytania. W tym tomiku znalazło się i sporo wyobraźni – maskującej prawdziwe wydarzenia i problemy ze świata kilkulatków, i trochę odsłaniania kulis magicznych przeobrażeń w superbohaterów, i cenna lekcja dla wszystkich na najbliższą przyszłość i funkcjonowanie w grupie społecznej. „Postraszycielka” to zatem książeczka przygotowana tak, żeby dzieci chciały po nią sięgać i żeby wiedziały, jak wydobyć z niej najlepsze przekazy. Dzieci, które uczą się czytać, nie mogą tu narzekać na nadmierny wysiłek – ale warto będzie podjąć próbę samodzielnego prześledzenia akcji, żeby poznać bieg wydarzeń i rozwiązanie mało komfortowej początkowo sytuacji.

czwartek, 14 maja 2026

Amy Sparkes: Księgarnia na tyłach kresu

Kropka, Warszawa 2026.

Ratunek

W najnowszej części tej magicznej serii liczy się najbardziej wspólne działanie. Kiedy już dom na skraju magii się uspokoił i zapewnia faktyczne schronienie dla wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach, można zastanowić się nad niesieniem pomocy. Tym razem znika Profesora Miska, postać nietuzinkowa i jednocześnie bardzo potrzebna w magicznym świecie. Ponieważ w grę wchodzi potyczka z okrutną czarownicą, nie bez powodu nazywającą się Ohydia, wiadomo, że trzeba zjednoczyć siły i ruszyć na poszukiwania – a następnie uzbroić się w odwagę i doprowadzić do uwolnienia istoty, która tak jak inne chce po prostu w spokoju egzystować. Dziewiątka wie doskonale, jak ważne jest schronienie i pomoc bliskich – dlatego też nie waha się z wyruszeniem na pomoc. Co innego mogłaby robić? To bohaterka, która dopiero w magicznej krainie znalazła dom – nie wie wiele o sobie i o historii swojej matki, stopniowo dopiero odkrywa pojedyncze tropy, które składają się na opowieść o jej tożsamości. Dziewiątka nie ma imienia – przez pewien czas żyła na ulicy i zajmowała się złodziejstwem. Do tamtego życia nie ma powrotu, dlatego też tak mocno Dziewiątka angażuje się w zapewnianie swojej nowej – dość niezwykłej rodzinie – wsparcia. I to Dziewiątka nadaje prym opowieści, to ona motywuje do działania i to ona wreszcie musi rozwiązywać zagadki prowadzące do celu. Przewodzi galerii oryginałów i dziwaków, ale świetnie się wśród nich odnajduje – wiadomo, że ta bohaterka poradzi sobie zawsze i wszędzie. Ale Dziewiątka ma – jak wszyscy – swoje słabości i sekrety. I właśnie do wyjawiania sekretów zmusza ją pewne miejsce. Tajemnice wypowiadane na głos oznaczają maksymalne obnażenie się, osłabienie wewnętrznej siły i pewności siebie – to walka, w której nie da się znaleźć sojuszników. A jednocześnie prawdziwe wyzwanie, które pokaże, czy obrane cele są prawdziwe, czy też stanowią namiastkę pragnień.

Amy Sparkes w pierwszym tomie serii mnóstwo wysiłku poświęciła na to, żeby odbiorcy dobrze zrozumieli zasady w świecie, w którym możliwe jest wszystko. Teraz przychodzi do młodych odbiorców z trzecią powieścią – i „Księgarnia na tyłach kresu” to książka, w której narracja wydaje się bardziej spokojna a akcja podporządkowana historii drogi – jest zadanie do wykonania i na tym to zadaniu koncentrują się postacie pod wodzą Dziewiątki. Jedno rozwiązanie generuje kolejne wyzwania, nie ma mowy o przyspieszeniu celu, nie da się też zmieniać reguł gry w jej trakcie, więc czytelnicy będą po prostu podążać za bohaterką i kibicować jej w podejmowanych działaniach. Ponieważ jednak Amy Sparkes nie musi już rejestrować absolutnie każdego przejawu magii na każdym kroku – może pozwolić młodym czytelnikom na relaks i śledzenie wyprawy. Jest w „Księgarni na tyłach kresu” standardowy dla serii zestaw pomysłów, wśród których żaden nie robi takiego wrażenia na odbiorcach jak magiczna księgarnia – w końcu wiadomo nie od dzisiaj, że fani fantastyki uwielbiają przejście do świata z książek. Nie jest to równoznaczne z umiłowaniem do autotematyzmu, ale tu całkiem dobrze się sprawdziło.

środa, 13 maja 2026

Dawid Lewandowski: Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach

Onepress, Gliwice 2026.

Wizerunek

To nie jest tak, że Dawid Lewandowski da czytelnikom magiczny przepis na zbudowanie strategii promocyjnej w mediach społecznościowych. Ale uświadomi, dlaczego własny wizerunek – marka osobista – jest tak istotny i dlaczego lepiej samemu stworzyć narrację niż pozwolić ją snuć innym. „Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach” to książka niewielka, skondensowana i wypełniona ogólnymi uwagami, które porządkują trochę wiadomości o funkcjonowaniu w SM, ale nie przyniosą gotowej odpowiedzi na pytanie, jak budować zasięgi. Lewandowski zatrzymuje się za to na kwestii, co zrobić, żeby się wyróżnić – nie koncentruje się na kupowaniu obserwujących ani na monetyzowaniu treści, a na tworzeniu spójnego i interesującego dla odbiorców wizerunku w mediach społecznościowych. To ten pierwszy krok, który wielu twórców przerasta. Jest w tej książce też mowa o możliwościach tworzenia dzięki sztucznej inteligencji – i Dawid Lewandowski przed pułapkami korzystania z AI przestrzega – wyjaśnia, jak traktować to narzędzie, żeby nie popełniać błędów i dlaczego autentyczność jest największą wartością.

Kieruje się ten autor do twórców z różnych branż kreatywnych, nie chce nikogo wyróżniać, dba o to, żeby z poradnika mogli korzystać pisarze, malarze czy muzycy a nawet rękodzielnicy – wszyscy, którzy chcą działać w obszarze SM i wykorzystywać je jako narzędzie autopromocji. Przy okazji może zatem autor obalać mity dotyczące nachalnej reklamy albo uczyć odbiorców, jak znaleźć dla siebie miejsce i ograniczyć wyrzuty sumienia płynące z konieczności walki o uwagę. Żeby pokazać się w internecie, nie wystarczy mieć coś do powiedzenia: każdy, kto tworzy rzeczy wartościowe, może zderzyć się ze ścianą: brakiem reakcji czy niewielkimi zasięgami. I Dawid Lewandowski podpowiada metody, które mogą zadziałać, żeby podnieść wskaźniki i zapewnić sobie odzew wśród potencjalnych konsumentów, klientów czy fanów. Nie obiecuje złotych gór, wie, że zmiany wymagać będą działań i cierpliwości, a także czasu – ale uczy czytelników, co zrobić, żeby zmienić swoje sieciowe przyzwyczajenia. I to może być bardzo skuteczne, jeśli faktycznie odbiorcy tej książki uważnie przestudiują porady i zastosują się do nich. Co ciekawe, autor decyduje się na wprowadzanie dwóch ćwiczeń po każdym rozdziale – niby niewiele, a jednak wymaga to zaangażowania i uważności w pracy, a w konsekwencji doprowadzi do zmiany postrzegania samych SM. Jest to dobry sposób na ruszenie z miejsca i na zbudowanie sobie nowej strategii działania. Warto zastanowić się zwłaszcza nad kwestiami, które podważają obiegowe opinie – Dawid Lewandowski może pokazać odbiorcom nowe perspektywy i zmusić ich do kreatywnego wykorzystywania social mediów jako narzędzia autopromocji.

Jest to książka objętościowo niewielka i bazująca na próbie wytłumaczenia czytelnikom, jakie podejście w stosunku do mediów społecznościowych powinni przyjąć, jeśli muszą z różnych powodów traktować je jako płaszczyznę autoprezentacji czy reklamy – dopiero gruntowne poznanie takich założeń pozwoli na czerpanie korzyści z budowanej konsekwentnie marki osobistej. „Pokaż światu swoją twórczość” to książka przeprowadzająca przez podstawy zmiany w myśleniu o SM.

Bajki z uśmiechem 5

Zapomniałam napisać, że mamy już piątą część Bajek z uśmiechem - darmowych audiobooków z moimi bajkami

czyta TIMIOS KIECHAJAS
muzyka KLAUDIA RABIEGA
teksty i montaż ja

Bajki z uśmiechem - część 5

wtorek, 12 maja 2026

Ewa Borowska: Trenujemy umiejętności społeczne

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

W grupie

Ta seria ma dwie naprawdę mocne strony, pierwsza to identyfikacja wizualna – książek z cyklu Szkoła i ja kierowanego dla dzieci wkraczających w wiek szkolny i ich rodziców nie można z niczym pomylić, nie będzie zatem przypadkowych czytelników czy tych liczących na bajki i fabuły. Druga mocna strona to realizacja – Ewa Borowska dba o to, żeby z lektury wszyscy wyciągnęli jak najwięcej i mogli przełożyć na codzienność to, co spotyka bohaterów. Ola i jej brat Kacper chodzą do drugiej klasy, uczy ich pani Edyta – to ta trójka będzie prowadzić odbiorców przez doświadczenia w grupie rówieśników – i nie tylko. Nauczycielka bowiem prowadzi do tego, żeby jej uczniowie przyjrzeli się uważnie uczuciom targającym nimi w różnych kontekstach i trochę nad nimi pracowali. Oswaja między innymi smutek i złość, podpowiada, jak przyjmować komplementy i jak radzić sobie z odrzuceniem – czyli co zrobić po usłyszeniu „nie”. Uczy wypracowywania kompromisów, współpracy i proszenia o pomoc (albo reagowania, kiedy się widzi, że ktoś takiej pomocy potrzebuje). Wyjaśnia, czym jest duma, a czym zazdrość. Najbardziej chyba dziwi w tym zestawieniu wizyta w sklepie i robienie samodzielnie zakupów – ale jest to również umiejętność społeczna, którą trzeba wypracować. Autorka przygląda się także tematowi zazdrości czy prawdziwej przyjaźni, a żeby w ogóle to wszystko zacząć – podpowiada, jak nawiązywać kontakty.

Rzecz polega na tym, żeby wszystkie potrzebne wiadomości przekazać dzieciom bez zbędnego moralizowania i bez męczenia ich nieżyciowymi komentarzami. Żeby pokazać wszystko w akcji wykorzystuje Ewa Borowska ilustracje przygotowywane przez Martę Kuleszę – i komiksowe dymki. Dzięki temu od razu widać, kto w jakiej sytuacji wykorzystuje odpowiednie porady – i co dzieje się z uczuciami w konkretnych chwilach. Na obrazkach dzieje się wiele, panuje typowy szkolny gwar – nie da się zatem bez skupienia błyskawicznie prześledzić zawartości kolejnych tematycznych rozkładówek. Nie ma też takiej potrzeby, warto za to przyglądać się kolejnym postaciom i czytać ich uwagi – to pozwoli lepiej przyswoić przekazywane zagadnienia i wypracować sobie zasady postępowania w szkolnej społeczności czy w gronie bliskich. Nie wszystkie sytuacje będą odbiorcom bezwzględnie potrzebne – ale często zdarzy się tak, że da się wybrać drobne wskazówki z różnych obszarów działań, więc żeby dotrzeć do tych istotnych, czytelnicy będą przechodzić przez kolejne dymki i aktywnie uczestniczyć w śledzeniu opowieści. Ewa Borowska dba o to, żeby podsunąć małym odbiorcom i ich rodzicom szereg ważnych uwag – zastosowanie się do nich czasem będzie wymagało kreatywności, odejścia od modelowego schematu – ale zmniejszy stres przed nieznanym i strach przed popełnianiem błędów, które skończą się społecznym ostracyzmem. Ewa Borowska tłumaczy to, co w erze przedkomputerowej wydawało się naturalne i proste – teraz jednak staje się coraz mniej oczywiste.

poniedziałek, 11 maja 2026

Helena Dixon: Zbrodnia w rezydencji

Mando, Kraków 2026.

Formuła

W cyklu Tajemnice panny Underhay pojawia się kolejna książka, „Zbrodnia w rezydencji” i Helena Dixon dwoi się i troi, żeby swoim czytelnikom zapewnić rozrywkę w starym stylu. To kryminał, w którym liczą się konwenanse i społeczne umowy, a nie szczerość jako taka, chociaż główna bohaterka, Kitty Underhay, odrobinę się z tych schematów wyłamuje. Kitty zresztą ma w życiu szczęście do zbrodni – dopiero co udało się rozwiązać jedną zagadkę, a już czai się kolejna. I to w miejscu, w którym bohaterka ma odpocząć od morderstw. Helena Dixon przenosi akcję do lat 30. XX wieku i do wyższych sfer – takich, w których nie można sobie pozwolić na przypadek w relacjach towarzyskich. I Kitty jest świadoma wszelkich ograniczeń płynących właśnie z zasad grzeczności i obowiązków wobec krewnych. Chce jednak poznać rodzinę ojca, a kiedy przychodzi oficjalne zaproszenie – to jest ono poprzedzone entuzjastyczną zachętą ze strony kuzynki. Dlatego też Kitty ostatecznie decyduje się na wyprawę, nawet jeśli oznacza to, że musi zabrać ze sobą pokojówkę (nie liczy się, że nie jest jej potrzebna: sytuacja wymaga, żeby panna nie podróżowała samotnie). Alice ma głowę na karku i dojście do służby – z racji swojego zawodu – a to oznacza, że będzie mogła zyskać informacje, które inaczej Kitty by ominęły. Jest jeszcze kapitan Matt Bryant. Tylko przyjaciel, zresztą – sporo od Kitty starszy. A jednak – towarzysz kolejnych kryminalnych zagadek, mężczyzna, który ma swój urok i który dba o bezpieczeństwo Kitty bardziej niż gdyby była zwyczajną znajomą. Taki dyskretny ślad potencjalnego romansu na horyzoncie dobrze zrobi czytelnikom, którzy w pewnym momencie mogą być znużeni fabułą. Bo oto Kitty pojawia się w domu wujostwa i trafia na pierwsze zwłoki, chwilę później ginie niania – kobieta, której nikt nie życzył źle, a do tego znikają tajne dokumenty trzymane w sejfie. I na tym nie koniec zbrodni. Najgorsze, że jeśli nie uda się schwytać mordercy, ktoś jeszcze może stracić życie, a wiele wskazuje na to, że zbrodniarz pozostaje w bliskim kręgu domowników, jeśli nie rekrutuje się spośród nich. I tak autorka każe swojej bohaterce uważnie obserwować i wyciągać wnioski, a o beztroskiej zabawie nie może być mowy – chyba że Kitty akurat znajdzie chwilę na esencjonalne rozmowy z Mattem. Dobrze mieć zaufanego człowieka wśród śledczych, gorzej, jeśli ten zaufany człowiek posługuje się takimi samymi stereotypami jak wszyscy inni.

„Zbrodnia w rezydencji” to kryminał retro, urzekający czytelników prostotą w konstrukcji świata przedstawionego i w samym prowadzeniu opowieści. Nie ma tu ani nadmiernego budowania grozy, ani wygładzania przestępstw, liczy się dobra zabawa odbiorców nastawionych na prostą i ciekawą detektywistyczną lekturę. Zwłaszcza ci, którzy nie przepadają za nadmiernie realistycznymi historiami, tu mogą cieszyć się ze śledzenia akcji.

niedziela, 10 maja 2026

Karolina Lewestam: Szmaty

Czarne, Wołowiec 2026.

Snucie historii

Karolina Lewestam ma dar opowiadania tak, że zwyczajne rzeczy zamieniają się w absolutnie niezwyczajne i „Szmaty” są kolejnym na to dowodem. Opowieść z autobiograficznymi wątkami, pełna ciekawych ocen i analiz nie tyle pokolenia matek i ciotek, co ogólnie – kolejnych generacji kobiet wkraczających już w wiek poważny – urzeka sposobem przedstawiania. Tu zwyczajność zamienia się w niezwykłość, a niezwykłość – w malowanie słowami. A może raczej wyszywanie tworzenie patchworku z doświadczeń, które stały się już albo dopiero się staną udziałem kolejnych przedstawicielek płci pięknej. Bo ciuchy to coś dla mężczyzn absolutnie nieinteresującego, tylko kobiety mogą siedzieć w sklepach z odzieżą używaną i ze sterty szmat wyciągać kolejne skarby – warte ocalenia, albo takie dla kogoś. Co prawda ten ktoś może się wzdragać i nie chcieć nosić rzeczy z drugiego obiegu, ale to żadna przeszkoda dla matek i ciotek. One po prostu potrzebują bycia razem, poczucia wspólnoty płynącego z polowania na okazje i na wyjątkowe ciuchy. Szmaty to substytut dawnych spotkań przy darciu pierza, opowieści z czasów przed internetem. Tylko tak można ruszyć się z domu i zająć nie tyle wyszukiwaniem okazji, co budowaniem więzi społecznych. Wszystkie bohaterki polowania wiedzą coś o życiu i to, co wiedzą, chciałyby przekazać młodszemu pokoleniu – zawsze bardzo opornemu na przestrogi i porady starszych. A jednak od szmat nie ma ucieczki i choćby nie wiadomo jak się bronić, kiedyś przyjdzie moment, że kupa szmat wciągnie – zacznie się objawiać w sposobie myślenia i mówienia, a nawet – o zgrozo – polowania na okazje na przecenach.

Karolina Lewestam zaczyna od prześmiewczego obrazka, w którym matka i ciotki dokonują swoistych czarów nad kłębowiskiem starych ubrań. Ale z gąszczu rytuałów zaobserwowanych tam, gdzie jest wolność od obowiązków – wyłania się przepis na życie i na odkrywanie siebie. Autorka, która nie chce uczestniczyć w tym kręgu, przekonuje się, że kolejne odruchy i działania ma niemal wszczepione w tożsamość, nie umie ich porzucić, nawet jeśli stanowią dla niej obiekt żartów i drwin. Szmaty są bezlitosne – szmaty to życie. I właśnie do życia stopniowo Karolina Lewestam będzie przechodzić, zabierając czytelników ze sobą w krąg opowieści słodko-gorzkiej, boleśnie prawdziwej, ale jednocześnie zaczarowanej słowami, więc trochę złagodzonej. Szmaty nie mają końca, istnieje tylko pokoleniowa sztafeta – więc zamiast walczyć z przeznaczeniem, trzeba się podporządkować. I tak zdarzy się to, na co wcale się nie czeka.

Jest to niewielki tomik, ale bardzo skondensowany. Wypełniony spostrzeżeniami prawdziwymi i przekonującymi (a często przejmującymi przez swoją prawdziwość), a jednak stworzony tak, że odkrywa się tu nie tyle fakty, co sposób ich postrzegania – i to prawdziwa wartość książki. Karolina Lewestam pisze o czymś, co wiele kobiet zna z własnego doświadczenia (a już na pewno z obserwacji innych), ale znajduje na to nową metodę – i tym przekona do siebie czytelniczki. „Szmaty” to piękne mierzenie się z tym, co nieuchronne i zwyczajne – tyle że w niezwyczajnej wersji.

Bing! Przebieranki

Harperkids, Warszawa 2026.

Ubrania

Ta książka to trochę powrót do dawnych rozrywek, kiedy to ubierało się papierowe lalki w stroje wycinane z gazet lub gotowych szablonów. Ale zgodnie z obecnymi trendami – rolę papierowych ubranek pełnią naklejki, a całość ma przypomnieć najmłodszym, że nie każdy strój nadaje się na każdą okazję. „Bing. Przebieranki” to zeszyt ćwiczeń dla maluchów – zawiera kilka stron z naklejkami (150 naklejek – to robi wrażenie), i trochę rozkładówek, które trzeba wypełniać zgodnie z poleceniami. Bing i jego przyjaciele raz chcą jeździć na deskorolkach w parku i potrzebują ochraniaczy, innym razem zamierzają lepić w zimie bałwana – więc żeby nie zmarznąć, muszą mieć ciepłe ubrania. Bale przebierańców a także zabawy w pielęgniarzy czy piratów to również okazja do przeprowadzania kolejnych ćwiczeń. Dzięki takiej rozrywce najmłodsi przekonają się, że za każdym razem dopasowuje się ubranie do warunków atmosferycznych – a także że są okazje, które umożliwiają realizowanie marzeń o przebraniach. Bing, Sula i cała reszta ferajny cieszą się swoim towarzystwem – i przeżywają kolejne przygody. Nie ma tu fabuł, ale informacje o tym, co robią bohaterowie, zapewni dzieciom wystarczającą pożywkę do snucia własnych drobnych historii.

Przeważnie na kolejnych rozkładówkach kreskówkowe postacie są w bieliźnie i podkoszulkach – żeby najmłodsi poznali zasady ubierania się i żeby pamiętali o tym, że kiedy chce się dłużej przebywać na świeżym powietrzu, warto zadbać o cieplejsze stroje. To pozornie tylko zabawa – jednak pokaże odbiorcom, że nie zawsze warto stawiać na swoim w kwestii ulubionych ubrań. Co ważne, nie ma w tomiku dorosłych, którzy napominaliby i ostrzegali – bohaterowie sami radzą sobie z wybieraniem strojów (a może właśnie sobie nie radzą i potrzebują do tego pomocy ze strony małych użytkowników). Książeczka jest kolorowa – bo rozkładówki nie pozostawiają bohaterów w próżni, a zabierają ich razem z odbiorcami do konkretnych miejsc, czasem dość dziwnych – jak na przykład brodzik bez wody. Czasami będzie można posłużyć się odrobiną humoru, kiedy trzeba będzie pomóc postaciom i pozwolić im na kreatywne podchodzenie do rozwiązywania problemów.

Nie chodzi tu jednak wyłącznie o naklejanie naklejek w konkretnych miejscach, dodatkowo w dymkach pojawiają się drobne polecenia dla dzieci – tak, żeby książeczka była też sposobem na rozwój i ćwiczenie umiejętności. Dodatkowe polecenia zachęcają dzieci do wskazywania i liczenia przedmiotów na kolejnych stronach: tu zdarzy się znacznie więcej niż tylko ubieranie bohaterów. „Przebieranki” to książeczka dla twórczych maluchów – i nawiązuje w sprytny sposób do dawnych rozrywek. Wspomaga dzieci w ćwiczeniu podstawowych umiejętności. Kolejny zeszyt ćwiczeń w serii z naklejkami i bohaterami z kreskówek to dobre uzupełnienie pomysłów na przekonanie najmłodszych do klasycznych zabaw.

sobota, 9 maja 2026

Jarosław Szczyżowski: Nocny łowca

Znak, Kraków 2026.

Tajemnica z podań

Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.

Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.

piątek, 8 maja 2026

Andy Griffiths: Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wyprawa

Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.

Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.

czwartek, 7 maja 2026

K. N. Haner: Tajemnice, które nas niszczą

Ale, Warszawa 2026.

Po latach

Wejście w dorosłość nie udało się bohaterom tej powieści. Love jako nastolatka skrycie podkochiwała się w swoim przyjacielu z dzieciństwa, Brandonie. Wiedziała, że nie ma szans na związek z nim, zwłaszcza kiedy zdarzyło się coś, co cieniem położyło się na jej późniejszych doświadczeniach. Brandon tymczasem zniszczył swoje życie przez wydarzenie, do którego by nie doszło, gdyby nie był świadkiem źródła traumy Love. Właśnie zakończył odsiadywanie ośmioletniego wyroku – może wrócić do normalności, chociaż nic nie ma. Love tymczasem wraca w rodzinne strony na pogrzeb mamy. I tak przecinają się drogi dwóch osób, które kiedyś były sobie bardzo bliskie.

K. N. Haner pisze książkę z pogranicza erotyku i romansu, opowieść, w której wszystko od pierwszych stron jest oczywiste (a to, co niedopowiedziane, łatwo daje się domyślić) – a jednak wprowadza tu jeden motyw, który przyda się bardzo czytelniczkom masowym, tym, które zwykle nie sięgają po pogłębiane analizy psychologiczne i poprzestają na prostej rozrywce. Kiedy relacja między Love a jej narzeczonym zaczyna się psuć, mężczyzna wykazuje pierwsze oznaki agresji i dominacji. Nie walczy o ukochaną kobietę, walczy o władzę – i to wszystkimi dostępnymi środkami. Na szczęście tę sytuację obserwuje z pewnego dystansu przełożona Love i to ona jest w stanie otworzyć bohaterce oczy na to, co się dzieje – i bardzo dobrze, że wcześnie uświadamia Love, przed czym należy uciekać. Bardzo dobrze nie tyle dla fabuły – bo w tej autorka wyraźnie potrzebowała powodu zmiany wektora sympatii – a dla odbiorczyń, które po tę literaturę sięgają dla rozrywki. Żeby nie było zbyt różowo, K. N. Haner w swoim obrazku bad boya, który najpierw zamordował, a teraz uzależnia się od narkotyków, nie ma hamulca: najgorsze jest to, że bohaterka wierzy, że dla niej Brandon się zmieni. Zwłaszcza – że odstawi narkotyki i będzie po problemie. Jednak ten temat jest społecznie znacznie bardziej uświadamiany niż przemoc psychiczna, więc można go potraktować po prostu jako wątek włączony do dosmaczenia akcji.

Jest tu banalna fabuła. Przewidywalność w uczuciach. Jest jednokierunkowość dla wszystkich czytelna. Ale jednak K. N. Haner pisze lepiej niż spora część autorek erotyków z rodzimego rynku. Pracuje nad narracją, stara się, żeby w jej książce było coś więcej niż intryga miłosna – i przekonuje do siebie czytelniczki właśnie w tym obszarze. Mierzy się ze stereotypami dotyczącymi literatury rozrywkowej dla mas i sama kilka z nich podtrzymuje, ale też wykorzystuje całkiem sensownie gatunek, żeby z przestrogą dotrzeć do grona, które po psychologiczne poradniki nie sięgnie. „Tajemnice, które nas niszczą” to powieść, która nie chce wspinać się na wyższe półki księgarskie – ale w swojej dziedzinie jest zupełnie wystarczająca. Zwłaszcza jeśli ktoś poszukuje nie prostego dążenia od jednego do drugiego łóżkowego spotkania, a obserwowania, jak buduje się relacja bazująca na trudnych doświadczeniach z przeszłości.

środa, 6 maja 2026

Zofia Stanecka: Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt

Harperkids, Warszawa 2026.

Przyroda

Niektóre zwierzęta mają gorszy PR od innych, przynajmniej z ludzkiej perspektywy. A już w ogóle obecność owadów, pająków czy nietoperzy wydaje się wręcz niemożliwa w historyjkach dla najmłodszych – i Basia właśnie to zmienia. Zofia Stanecka w podcyklu Basia i zagadki wszechświata sięga po sprytną sztuczkę, żeby przekonać maluchy do obserwowania malutkich stworzeń – i przy tym dbania o przyrodę. Basia spędza czas w ogródku u dziadka – i mogą ją irytować pajęczyny albo mrówki wchodzące na koc (a wieczorem – wydające dziwne piski nietoperze). Na szczęście dziadek rozsnuwa przed nią opowieść o supermocach w świecie zwierząt. I tak pająk mógłby – w odpowiedniej skali – stworzyć sieć, która złapie babcię idącą do toalety w nocy, a mrówki są jak Pippi Langstrumpf, podniosłyby konia (gdyby go miały). To sprawia, że mała Basia zupełnie inaczej patrzy na otoczenie – uczy się, jak doceniać różne zwierzęta. Oczywiście do ogrodu dziadka nie zawędrują inne ciekawe stworzenia, więc autorka wykorzystuje swoiste posłowie, miejsce w serii na eksponowanie ciekawostek bez naruszania głównego nurtu narracji. To, co Basia przeżywa, jest ciekawe dla niej – ze względu na bezpośrednie doświadczenia, a dla odbiorców ze względu na podobieństwo przeżyć i ich prawdziwość. Natomiast cały zestaw dodatków zajmuje tu drugą część książki: supermoce zwierząt domowych, pływających, albo biegających wyjaśniają kolejni członkowie rodziny. Wygląda to tak, że na górnym marginesie pojawia się drobny akapit – komentarz określonego członka rodziny (znajomego czytelników serii), a później seria akapitów (oczywiście dodawanych do intrygujących ilustracji) – o rozmaitych ciekawych wyczynach w świecie zwierząt, także tych egzotycznych. Basia dzięki temu może jawić się jako postać, która przedstawia odbiorcom świat (chociaż sama przy okazji go dopiero poznaje), a maluchy dzięki lubianej bohaterce, do której mają zaufanie, zyskają szansę na zapamiętanie atrakcyjnych wiadomości.

„Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt” to kolejna publikacja wykorzystująca zainteresowanie cyklem o sześcioletniej rezolutnej dziewczynce – nawet jeśli na co dzień mała bohaterka nie sprawia wrażenia, jakby chciała dowiadywać się wszystkiego, to jednak z zainteresowaniem wysłuchuje opowieści dorosłych – i stara się zapamiętać co bardziej barwne z nich. Dzięki temu stale poszerza swoje umiejętności i stan wiedzy, a mali odbiorcy mogą brać z niej przykład. Tu ilustratorka, Marianna Oklejak, ma trochę więcej pracy niż w podstawowej serii – bo nie tylko świat Basi musi odbiorcom pokazać, ale też cały wachlarz rozmaitych stworzeń. Na to jednak nikt nie będzie narzekał, bo Marianna Oklejak z wyzwaniami radzi sobie znakomicie.

Humor Basi i jej prawdziwość sprawiają, że dzieci chętnie sięgać będą po kolejne propozycje sygnowane przez obecność tej bohaterki – i mogą przez to dowiadywać się czegoś o świecie. Zofia Stanecka wie doskonale, jak wykorzystywać popularność serii i jak ją rozbudowywać, żeby nie stracić zaufania czytelników i ich rodziców. Wychowała już przecież na swoich książkach pełne pokolenie.

wtorek, 5 maja 2026

Phoebe Hoban: Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki

Rebis, Poznań 2026.

Buntownik

Ta książka robi wrażenie jako wnikliwa i ciekawa analiza życia i twórczości artysty próbującego wymykać się schematom (i jednocześnie podbudowującego liczne stereotypy swoimi zachowaniami). Jean-Michel Basquiat – funkcjonujący tu jako nie tylko obiekt badań, ale i źródło fascynacji, żył krótko, jednak pozostawił po sobie nie tylko liczne prace i wspomnienia u największych artystów – ale też szereg życiowych komplikacji. Phoebe Hoban sukcesywnie je rozplątuje, wyjaśniając czytelnikom, na czym polegał fenomen Basquiata w życiu i w sztuce. Buduje bardzo obszerną książkę, w której nawet szczeniackim wybrykom nadaje odpowiednie znaczenie i wymiar – przez interpretację sytuacji z życia młodego buntowniczego artysty może ułożyć jego portret niepozbawiony sentymentu. Czytelnicy i tak wyrobią sobie własne zdanie – bo Basquiat jako artysta niepokorny nie daje się zamknąć w żadnych ramach. Co ciekawe, są tu zdjęcia z albumu rodzinnego, ale nie ma reprodukcji – mówienie o sztuce w tym wypadku musi ustąpić życiorysowym fragmentom.

Kolejni przyjaciele i znajomi twórcy, po których wspomnienia sięga Hoban, dzielą się własnymi doświadczeniami oraz obserwacjami – wiele z nich będzie się powtarzać i składać na portret ekscentryka, który w drogich garniturach poplamionych farbą nosi zwitki pieniędzy i rozdaje je będącym akurat w potrzebie przyjaciołom. Ale zza tych działań wyłania się też obraz człowieka uzależnionego od narkotyków i poszukującego wrażeń w ramionach kolejnych kobiet – to także element osobowości Basquiata. Nie ulega wątpliwości, że młodzieńcze wybryki i wykroczenia poza powszechnie przyjęte standardy składać się będą na element autoprezentacji – mamy tu do czynienia z artystą, który zrozumiał, że skoro świat postrzega go jako geniusza sztuki, to daje mu automatycznie pozwolenie na odejście od norm czy to społecznych, czy kulturowych. Basquiat pozbawiony talentu byłby po prostu nieznośnym wyrzutkiem społecznym – jednak w wersji natchnionego artysty jawi się jako wybitny człowiek. I Phoebe Hoban zdaje się wydobywać ten kontrast w swojej książce. Dba o to, żeby nie zabrakło czytelnikom informacji o towarzyskich relacjach i łamaniu reguł – przy tym wszystkim sztuka musi zejść na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. To bardziej biografia twórcy niż analiza jego dokonań artystycznych, ale przez poważne pochylenie się nad niepoważną egzystencją Phoebe Hoban może zwrócić uwagę na sztukę samą w sobie. To się właśnie dzieje w tym sporym tomie. Co ciekawe, mimo stałego odciągania uwagi przez codzienność artysty, autorka tomu jest w stanie nakreślić jego prace w kontekście – pokazać czytelnikom, jakie kierunki w sztuce mogły Basquiata ukształtować i co miało największy wpływ na jego twórczość. Dzięki temu czytelnicy zyskają szerszą perspektywę i będą umieli umieścić dzieła w pewnej przestrzeni. Jest „Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki” książką starannie przygotowaną – zresztą Phoebe Hoban nie może sobie pozwolić na pobieżne traktowanie wybranych wątków, bo naraziłaby się wówczas na krytykę za poszukiwanie sensacji. Spokojna analiza wydarzeń i przedstawianie ich z różnych ujęć – między innymi dzięki świadectwom bliskich – zapewnia jej znacznie więcej możliwości. I te wykorzystuje.

poniedziałek, 4 maja 2026

Mathilda Masters: Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Odpowiedzi

Dzieci zawsze zadają sporo pytań na temat otoczenia – i warto wtedy zaspokajać ich ciekawość, żeby pokazać, że świat zasługuje na odkrywanie i jest pełny niespodzianek. Tym kieruje się Mathilda Masters, autorka wielokrotnie już pojawiająca się na rynku z publikacjami edukacyjnymi i udowadniająca, że najmłodszym wiele spraw można atrakcyjnie przedstawić. Teraz kieruje się jednak do młodszych odbiorców niż w monumentalnej serii z ciekawymi faktami – „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to edukacja w wersji pop, czyli taka niekoniecznie wymagająca wielkiego skupienia, powiązana bardziej z zabawą i rozbudzaniem ciekawości niż ze żmudnym śledzeniem kolejnych wyjaśnień. „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to zabawa, w której trochę karmi się ego najmłodszych odbiorców – przez podsuwanie im wiadomości z różnych dziedzin, za to – odpowiednio przygotowanych. Korzysta zatem autorka z działających na wyobraźnię porównań czy zestawień, pisze prosto i koncentruje się na tym, co najważniejsze, stara się tak dobierać wiadomości, żeby zapadały dzieciom w pamięć i żeby zachęcały je do dalszego odkrywania świata. Kass VanderSande dzięki grafikom komputerowym ożywia te informacje, sprawia, że książka jest kolorowa i że przyjemnie się ją ogląda – wzrok przyciągają kolejne obrazki, a podpisy pod nimi stają się wstępem do świata nauki. I to wystarcza, na pewnym etapie nie trzeba przecież przekarmiać maluchów wiedzą, lepiej ich zaintrygować i pokazać, że istnieje całe mnóstwo wiadomości do odkrywania i poznawania. Dzięki skrótowości akapitów i celności w porównaniach dane te będą zapadać dzieciom w pamięć – o wiele łatwiej skojarzyć sobie zestawienia z czymś, co jest znane i poznane, niż budować świadomość na beznamiętnych danych liczbowych. Mathilda Masters zdaje sobie z tego świetnie sprawę, więc nie ma się co obawiać – przedstawiane przez nią fakty są opracowane tak, żeby przypadły do gustu dzieciom.

I jest w tej książce coś jeszcze, coś, czego przeważnie w publikacjach edukacyjnych nie ma – i co zaskoczy niejednego kartkującego tę pozycję dorosłego. Autorka wykorzystuje rozbudzone różnymi tematami zainteresowanie, żeby wprowadzać jeszcze dowcipy dla dzieci. Przeważnie to zagadki, które raczej nie rozśmieszyłyby dorosłych – na przykład rodziców odbiorców. Ale to nie dorośli są odbiorcami docelowymi publikacji, a kilkulatki (nawet młodsze nastolatki) mogą się poczuć dowartościowane – ktoś rozumie ich poczucie humoru i ich codzienne żarty. Także dowcipy – funkcjonujące tu jako ozdobnik – mają funkcję mnemotechniczną, żeby je zrozumieć, trzeba przecież przyswoić wiadomości – więc ten sposób wpływania na zapamiętywanie ciekawostek dobrze się sprawdzi, Mathilda Masters wie doskonale, co robi. A że nie unika przy tym skojarzeń skatologicznych – tym lepiej, łatwiej i szybciej trafi do najmłodszych czytelników. A przecież o to właśnie chodzi, żeby przyciągnąć ich do książki i żeby pokazać im, że zdobywanie wiedzy to nie tylko ciężka praca, ale też często dobra zabawa. Tu zasługuje na uwagę jeszcze dowartościowanie małych czytelników dzięki określeniu "supermózgi" - to subtelne podnoszenie poczucia własnej wartości odbiorców, takie, które nie brzmi fałszywie, a zachęca do poznawania zawartości dość obszernego tomu. Dziedziny poruszane przez autorkę: zwierzęta, kosmos, historia, ciało człowieka, przyroda, nauka, sport - czyli standardowe dość elementy książek edukacyjnych - ale w ten sposób można najbardziej przyciągnąć dzieci do poznawania świata.