Lira, Warszawa 2026.
Konflikt przodków
Grunt to dobry pomysł, wtedy ze wszystkiego można zrobić kryminał. Tym razem Basia Kotula w widocznej już ciąży przeprowadza się do domu na Kaszubach. Dom miał być niespodzianką, wybrany przez męża i zaakceptowany tylko na zdjęciach, ukrywa znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Basia Kotula będzie miała zatem sporo zajęć na miejscu – a niekoniecznie ją to uszczęśliwi. Rafał Martuś, jej mąż i wkrótce szczęśliwy ojciec, skupia się na pozytywach – ale i on nie może pozostać obojętny, kiedy na szybie pojawia się tajemnicze ostrzeżenie. Trzeba wymyślić, jak przeprowadzić remont, żeby można było się rozpakować. Ale też… wejść w komitywę z miejscowymi – dwoma konkurującymi ze sobą plemionami, które postanowiły żyć jak ich przodkowie i bić się jak oni. Germanie i Słowianie gardzą zdobyczami cywilizacji i pielęgnują tradycje, przynajmniej te, które najbardziej pasują starszyźnie plemiennej. Wojny w bliskim sąsiedztwie to niekoniecznie przepis na sielankową egzystencję, ale tego zaślepiony możliwościami Rafał Martuś na razie jeszcze nie dostrzega. I tak największy problem polega na tym, że to w jego nowym domu ma znajdować się coś, czego jak na razie bezskutecznie poszukują Alderyk i Gniewosz.
„Podejrzany na bank” to opowieść, w której kryminał schodzi na bardzo daleki plan. To znaczy od początku pojawiają się w niej wątki mające sugerować niebezpieczeństwo (czy wręcz grozę), ale autora wyraźnie ciągnie w stronę komedii i to komedii ciosanej momentami toporem. Liczy się tu śmiech i czasami nawiązania do dawnych motywów z powieści detektywistycznych. Zwłaszcza kiedy Basia Kotula odkryje, co znajduje się w jej domu. To ona jest tą rozsądną – zwłaszcza kiedy musi zadbać o siebie i nienarodzonego jeszcze potomka. Kazimierz staje się więc świadkiem kolejnych monologów matki wtedy, kiedy ta nie ma zamiaru wdawać się w dyskusje z irytującym ją niekiedy małżonkiem. Jacek Getner w fabule łączy plany, przechodząc od domu byłego policjanta do skansenu (który bardziej niż ów dom tętni życiem). Lepiej nawet czuje się tam, gdzie w grę wchodzi wyobraźnia pozbawiona współczesnych motywów. Czytelnicy dzięki temu otrzymają trochę oryginalnych historii i zabawnych scenek. Chociaż to jest czwarty tom cyklu, można go spokojnie czytać samodzielnie, bez znajomości wcześniejszych wydarzeń.
Są dwa motywy, które mogą budzić sprzeciw czytelników, oba w planie narracji. Pierwszym jest uporczywe powtarzanie, że kryminał to romans z trupem – pojawia się to w powieści tyle razy, że nawet bohaterowie w pewnym momencie się buntują – i trudno im się dziwić. Nawet najlepsze spostrzeżenie może się przejeść. Druga rzecz to lekki brak wyczucia w synonimach – autor nie zawsze dopasowuje określenie do klimatu sceny, zwłaszcza jeśli chodzi o bohatera, którego personalia nadają się na ksywę. Nie jest to straszne wykroczenie, ale czasami budzi wątpliwości jako wybijające z rytmu narracji. „Podejrzany na bank” to szybka powieść kryminalno-obyczajowa, stworzona dla prostej rozrywki i uciechy odbiorców. Wakacyjne wytchnienie bez zobowiązań.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 13 września 2026
Bajki z uśmiechem - część 9
Zapraszam do wysłuchania i komentowania dziewiątej części Bajek z uśmiechem.
czyta PIOTR SKUCHA
muzyka Klaudia Rabiega
https://youtu.be/OamnpWTI_6I
czyta PIOTR SKUCHA
muzyka Klaudia Rabiega
https://youtu.be/OamnpWTI_6I
sobota, 12 września 2026
Judith Peignen: Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.
Test
Zora budzi sympatię. To jedna z nielicznych młodych czarownic w świecie zdominowanym przez osoby liczące sobie po kilkaset lat. W związku ze swoim wiekiem zresztą Zora ma największe szanse na zyskanie sporego grona młodych fanek. Żeby to się jednak udało, musi przeżywać przygody budujące więź z odbiorczyniami, a zatem – powiązane nie tylko ze światem czarownic. Piąty tom jej doświadczeń, „Skała Czarownicy” to udane połączenie tych dwóch zagadnień.
Zora chodzi do szkoły i musi zachowywać pozory – udaje, że jest zwyczajną dziewczyną, jej koleżanki nie mogą się niczego domyślać. Podobnie jak koledzy. Zorze podoba się Louis – i na tym polega problem w nowej próbie. Przede wszystkim podczas kolejnego etapu wtajemniczenia w sprawy czarownic wszystkie kobiety tworzące magiczny krąg, będą pozbawione swojej mocy – a więc narażone na niebezpieczeństwo. Wszystkie zakładają, że Zora śpiewająco przejdzie próbę skały – a to oznacza, że będzie ich ratunkiem w razie zagrożenia. Tymczasem sama Zora ma wątpliwości: łamie właśnie podstawową zasadę czarownic, podoba jej się chłopak ze świata ludzi. Na to nie powinna sobie pozwolić – ze względu na odwieczne prawo. Skała Czarownicy jest bezlitosna i nie toleruje błędów, a nie da się ukryć przed nią prawdziwych uczuć. Na razie Zora nie mówi nikomu o swoich uczuciach, ale być może będzie musiała się do nich przyznać w najgorszym możliwym momencie. A przecież nawet jeszcze sama nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, czego by chciała i czego by oczekiwała od chłopaka, do którego wzdycha: tymczasem być może wszyscy odkryją jej tajemnicę.
Nic dziwnego, że przygody Zory cieszą się powodzeniem wśród młodszych odbiorczyń: to bohaterka stworzona specjalnie dla nich, wykorzystująca „dziewczyńskie” tematy i nawiązująca też do modnych spraw w literaturze czwartej – związanych z magią. Warto podkreślić tu nie tylko dobrze przemyślaną stronę tekstowo-narracyjną, ale też graficzną. Ariane Delrieu stawia tu na malarskie obrazy, tworzone z rozmachem i przechodzące od kreskówki bardziej w stronę baśniowych ilustracji. Wypełnione detalami i deseniami naprawdę mogą się podobać odbiorczyniom i idealnie wpasowują się w klimat opowieści o czarownicy. To komiks pięknie wydany – poza malarskimi obrazkami jest tu też ekskluzywna, twarda oprawa – coś, co automatycznie podnosi wartość komiksu i podkreśla jego atrakcyjność wizualną.
„Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy” to kolejny epizod i kolejne wtajemniczenie dla młodej bohaterki – temat do przemyśleń dla odbiorczyń i szereg zaskoczeń w ramach samej fabuły. Zora zabiera czytelniczki do świata, w którym sama ma ważną rolę do odegrania – i przekonuje się, że warto mieć wokół siebie ludzi, na których można liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zora to bohaterka, która da się lubić.
Test
Zora budzi sympatię. To jedna z nielicznych młodych czarownic w świecie zdominowanym przez osoby liczące sobie po kilkaset lat. W związku ze swoim wiekiem zresztą Zora ma największe szanse na zyskanie sporego grona młodych fanek. Żeby to się jednak udało, musi przeżywać przygody budujące więź z odbiorczyniami, a zatem – powiązane nie tylko ze światem czarownic. Piąty tom jej doświadczeń, „Skała Czarownicy” to udane połączenie tych dwóch zagadnień.
Zora chodzi do szkoły i musi zachowywać pozory – udaje, że jest zwyczajną dziewczyną, jej koleżanki nie mogą się niczego domyślać. Podobnie jak koledzy. Zorze podoba się Louis – i na tym polega problem w nowej próbie. Przede wszystkim podczas kolejnego etapu wtajemniczenia w sprawy czarownic wszystkie kobiety tworzące magiczny krąg, będą pozbawione swojej mocy – a więc narażone na niebezpieczeństwo. Wszystkie zakładają, że Zora śpiewająco przejdzie próbę skały – a to oznacza, że będzie ich ratunkiem w razie zagrożenia. Tymczasem sama Zora ma wątpliwości: łamie właśnie podstawową zasadę czarownic, podoba jej się chłopak ze świata ludzi. Na to nie powinna sobie pozwolić – ze względu na odwieczne prawo. Skała Czarownicy jest bezlitosna i nie toleruje błędów, a nie da się ukryć przed nią prawdziwych uczuć. Na razie Zora nie mówi nikomu o swoich uczuciach, ale być może będzie musiała się do nich przyznać w najgorszym możliwym momencie. A przecież nawet jeszcze sama nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, czego by chciała i czego by oczekiwała od chłopaka, do którego wzdycha: tymczasem być może wszyscy odkryją jej tajemnicę.
Nic dziwnego, że przygody Zory cieszą się powodzeniem wśród młodszych odbiorczyń: to bohaterka stworzona specjalnie dla nich, wykorzystująca „dziewczyńskie” tematy i nawiązująca też do modnych spraw w literaturze czwartej – związanych z magią. Warto podkreślić tu nie tylko dobrze przemyślaną stronę tekstowo-narracyjną, ale też graficzną. Ariane Delrieu stawia tu na malarskie obrazy, tworzone z rozmachem i przechodzące od kreskówki bardziej w stronę baśniowych ilustracji. Wypełnione detalami i deseniami naprawdę mogą się podobać odbiorczyniom i idealnie wpasowują się w klimat opowieści o czarownicy. To komiks pięknie wydany – poza malarskimi obrazkami jest tu też ekskluzywna, twarda oprawa – coś, co automatycznie podnosi wartość komiksu i podkreśla jego atrakcyjność wizualną.
„Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy” to kolejny epizod i kolejne wtajemniczenie dla młodej bohaterki – temat do przemyśleń dla odbiorczyń i szereg zaskoczeń w ramach samej fabuły. Zora zabiera czytelniczki do świata, w którym sama ma ważną rolę do odegrania – i przekonuje się, że warto mieć wokół siebie ludzi, na których można liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zora to bohaterka, która da się lubić.
piątek, 11 września 2026
Falynn Koch: Epidemie. Niewidoczne zagrożenie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Bakterie i wirusy
Ta książka powstała przed 2020 rokiem, chociaż na polski rynek wydawniczy wchodzi dopiero teraz. Warto to wiedzieć, bo tom w serii Naukomiks poświęcony epidemiom, pozbawiony jest narracji o covidzie. To – paradoksalnie – może okazać się zaletą z perspektywy czytelników, którym temat się przejadł, a także dla tych, którzy baliby się zdominowania opowieści jednym, za to bardzo aktualnym zagadnieniem. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to książka, którą Falynn Koch pokazuje młodym odbiorcom wyzwania stojące przed badaczami – i postępy w dziedzinie medycyny. Przedstawia wielkie epidemie z historii (na marginesie relacji) i powody ich rozprzestrzeniania się. Komentuje sytuacje, w których przekonania ludzi mogą stać się całkiem dosłownie zabójcze – a jednocześnie pokazuje, co należy zrobić, żeby uchronić się przed śmiertelną chorobą – na poziomie mikroorganizmów.
Już na początku odbiorcy poznają nietypowych bohaterów – Dżumę i Żółtą Febrę. Zwalcza je Limfocyt T – raczej niespecjalnie entuzjastycznie nastawiony do swojej misji. A to dlatego, że Limfocyt T świetnie wie, w czym bierze udział – w odróżnieniu od małych agresorów. Badaczka Elena tworzy symulację ataku wirusów i bakterii – oraz reakcji organizmu – żeby móc szukać metod zapobiegania groźnym chorobom. A ponieważ Febra i Dżuma chciałyby się dowiedzieć, w czym biorą udział i dlaczego nie udaje im się replikować, chociaż do tego zostały przystosowane – przychodzi czas na obszerne wyjaśnienia. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to opowieść dla dociekliwych dzieci, dla odbiorców, którzy potrzebują fachowych wyjaśnień – nawet niekoniecznie ubieranych w formę bajkowego komiksu. Widać tu nawiązania do „Było sobie życie” i próby stworzenia równie udanej historii, Falynn Koch jednak zależy na stworzeniu własnej narracji. Wszystkie wiadomości, które się tu pojawiają, wynikać muszą bezpośrednio z akcji, nie ma podporządkowywania fabuły wiadomościom – dzięki temu naukomiks o epidemiach bardzo dobrze wypada i może zaintrygować czytelników bez trudu. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwość uchronienia się przed groźnymi chorobami, raczej o pokazanie odbiorcom, co kryje się za tajemniczymi dla nich hasłami o epidemiach czy zaraźliwości. Jest to książka, której można zaufać – przekazuje wiedzę, ale przy tym może bez problemu rozbawić. I chociaż kwestie tu poruszane są dość trudne, Falynn Koch radzi sobie z nimi idealnie. Jest to komiks naukowy, który przyciąga wzrok ze względu na sylwetki bohaterów o wyrazistej mimice i zachowania nacechowane ekspresją. Nie chodzi tu wyłącznie o usunięcie zagrożenia płynącego z obecności groźnych wirusów czy bakterii, a o pokazanie, co kryje się pod walką o zdrowie.
Ponieważ to komiks, liczą się dynamiczne kadry – tych autorka w zanadrzu ma wiele. Jako że zabiera odbiorców w głąb ludzkiego organizmu, może popuścić wodze fantazji w tłach i deseniach, zdarza się, że tworzy bardzo skomplikowane przestrzenie dla swoich postaci. Wykorzystuje też wtrącenia, żeby wprowadzać drobne informacje poboczne. I tak podane wiadomości będą zapadać w pamięć dzieciom – sprawią, że odbiorcy bardziej zainteresują się tematami mikroorganizmów i ich wpływu na zdrowie człowieka.
Bakterie i wirusy
Ta książka powstała przed 2020 rokiem, chociaż na polski rynek wydawniczy wchodzi dopiero teraz. Warto to wiedzieć, bo tom w serii Naukomiks poświęcony epidemiom, pozbawiony jest narracji o covidzie. To – paradoksalnie – może okazać się zaletą z perspektywy czytelników, którym temat się przejadł, a także dla tych, którzy baliby się zdominowania opowieści jednym, za to bardzo aktualnym zagadnieniem. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to książka, którą Falynn Koch pokazuje młodym odbiorcom wyzwania stojące przed badaczami – i postępy w dziedzinie medycyny. Przedstawia wielkie epidemie z historii (na marginesie relacji) i powody ich rozprzestrzeniania się. Komentuje sytuacje, w których przekonania ludzi mogą stać się całkiem dosłownie zabójcze – a jednocześnie pokazuje, co należy zrobić, żeby uchronić się przed śmiertelną chorobą – na poziomie mikroorganizmów.
Już na początku odbiorcy poznają nietypowych bohaterów – Dżumę i Żółtą Febrę. Zwalcza je Limfocyt T – raczej niespecjalnie entuzjastycznie nastawiony do swojej misji. A to dlatego, że Limfocyt T świetnie wie, w czym bierze udział – w odróżnieniu od małych agresorów. Badaczka Elena tworzy symulację ataku wirusów i bakterii – oraz reakcji organizmu – żeby móc szukać metod zapobiegania groźnym chorobom. A ponieważ Febra i Dżuma chciałyby się dowiedzieć, w czym biorą udział i dlaczego nie udaje im się replikować, chociaż do tego zostały przystosowane – przychodzi czas na obszerne wyjaśnienia. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to opowieść dla dociekliwych dzieci, dla odbiorców, którzy potrzebują fachowych wyjaśnień – nawet niekoniecznie ubieranych w formę bajkowego komiksu. Widać tu nawiązania do „Było sobie życie” i próby stworzenia równie udanej historii, Falynn Koch jednak zależy na stworzeniu własnej narracji. Wszystkie wiadomości, które się tu pojawiają, wynikać muszą bezpośrednio z akcji, nie ma podporządkowywania fabuły wiadomościom – dzięki temu naukomiks o epidemiach bardzo dobrze wypada i może zaintrygować czytelników bez trudu. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwość uchronienia się przed groźnymi chorobami, raczej o pokazanie odbiorcom, co kryje się za tajemniczymi dla nich hasłami o epidemiach czy zaraźliwości. Jest to książka, której można zaufać – przekazuje wiedzę, ale przy tym może bez problemu rozbawić. I chociaż kwestie tu poruszane są dość trudne, Falynn Koch radzi sobie z nimi idealnie. Jest to komiks naukowy, który przyciąga wzrok ze względu na sylwetki bohaterów o wyrazistej mimice i zachowania nacechowane ekspresją. Nie chodzi tu wyłącznie o usunięcie zagrożenia płynącego z obecności groźnych wirusów czy bakterii, a o pokazanie, co kryje się pod walką o zdrowie.
Ponieważ to komiks, liczą się dynamiczne kadry – tych autorka w zanadrzu ma wiele. Jako że zabiera odbiorców w głąb ludzkiego organizmu, może popuścić wodze fantazji w tłach i deseniach, zdarza się, że tworzy bardzo skomplikowane przestrzenie dla swoich postaci. Wykorzystuje też wtrącenia, żeby wprowadzać drobne informacje poboczne. I tak podane wiadomości będą zapadać w pamięć dzieciom – sprawią, że odbiorcy bardziej zainteresują się tematami mikroorganizmów i ich wpływu na zdrowie człowieka.
czwartek, 10 września 2026
Hannah Deitch: Zabójczy potencjał
Marginesy, Warszawa 2026.
Ucieczka
Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.
Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.
Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.
Ucieczka
Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.
Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.
Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.
środa, 9 września 2026
Dinuś nie chce spać. Wspólnie czytamy o zasypianiu
Harperkids, Warszawa 2026.
Przygotowania do snu
Dinuś to ten bohater, który robi wszystko, co kilkulatki – i który pokazuje kolejne sekwencje czynności, żeby utrwalić je u małych odbiorców. Nic dziwnego, że tematy są tu brane bezpośrednio z życia maluchów – a tomik „Dinuś nie chce spać” to wsparcie rodziców układających swoje pociechy do spania. Można jeszcze przeżyć jedną przygodę z sympatycznym bohaterem, żeby w końcu przekonać się, że trzeba iść do łóżka – tylko dzięki temu będzie się miało siły do zabawy następnego dnia. Na razie jednak Dinuś szuka sojuszników w swojej niechęci do pójścia spać – spotyka kolejnych przyjaciół (którzy jednak do snu się przygotowują) i namawia ich do rozrywek – albo naśladuje ich zachowania. Haczyk tkwi w tym, że jego przyjaciele nie mają wątpliwości w kwestii przygotowywania się do snu i wykonują po prostu te czynności, w których Dinuś nie ma ochoty uczestniczyć. Kiedy jednak dołączy do nich… może być całkiem przyjemnie.
„Dinuś nie chce spać” to książeczka pisana prozą, z rymowanymi fragmentami – tłumaczenie przygotowała Natalia Usenko. Dzięki refrenom dzieci będą mogły przekonać się do rytmu opowieści. Pojawiają się tu też nawiasowe wtrącenia – uzupełniane wyliczenia, które sprawią, że kolejne etapy przygotowań do snu zapadną dzieciom lepiej w pamięć. Dinuś nie tylko działa – ale też przechodzi niezbędne zadania do wykonania wieczorem. To uświadomi dzieciom, że muszą umyć zęby czy wykąpać się, miłym dodatkiem staje się też wieczorna wspólna lektura – to sposób na przypomnienie rodzicom, że takie rozrywki nie wychodzą z mody i że zawsze powinno się znaleźć czas na czytanie przed snem – to nie tylko rozwija wyobraźnię, ale też buduje silne więzi i miłe wspomnienia. Dinuś przekonuje się, że przygotowania do snu wcale nie muszą być nudne czy męczące – i że na pewno nie są niepotrzebne. Długo trwa w swojej pewności, że nie chce iść spać – a jednak w końcu się zmęczy, jak każdy maluch.
Taka lektura pozwoli na wyciszenie najmłodszych, ale zapewni im też trochę zabawy. Nie polega bowiem tylko na śledzeniu tekstu czytanego przez rodziców czy na oglądaniu urokliwych ilustracji Pauli Bowles – a na czynnym udziale w czytaniu za sprawą odpowiednio przygotowanych kartonowych stron. Są tu miejsca zakryte, niespodzianki dla oglądających, są też scenki pop-up, co może być zaskoczeniem dla najmłodszych – nieprzygotowanych jeszcze na techniczne możliwości konstruowania książek. To zatem przygoda wykraczająca poza motyw zwykłego czytania, w sam raz dla dzieci, którym wydaje się, że w książkach nie da się znaleźć nic ciekawego. „Dinuś nie chce spać” to tomik nastawiony na usypianie najmłodszych i jednocześnie dostarczający wielu powodów do uśmiechu – ładnie przygotowany i dobrze przemyślany. W sam raz nie tylko dla tych dzieci, które zwlekają z momentem pójścia do łóżka.
Przygotowania do snu
Dinuś to ten bohater, który robi wszystko, co kilkulatki – i który pokazuje kolejne sekwencje czynności, żeby utrwalić je u małych odbiorców. Nic dziwnego, że tematy są tu brane bezpośrednio z życia maluchów – a tomik „Dinuś nie chce spać” to wsparcie rodziców układających swoje pociechy do spania. Można jeszcze przeżyć jedną przygodę z sympatycznym bohaterem, żeby w końcu przekonać się, że trzeba iść do łóżka – tylko dzięki temu będzie się miało siły do zabawy następnego dnia. Na razie jednak Dinuś szuka sojuszników w swojej niechęci do pójścia spać – spotyka kolejnych przyjaciół (którzy jednak do snu się przygotowują) i namawia ich do rozrywek – albo naśladuje ich zachowania. Haczyk tkwi w tym, że jego przyjaciele nie mają wątpliwości w kwestii przygotowywania się do snu i wykonują po prostu te czynności, w których Dinuś nie ma ochoty uczestniczyć. Kiedy jednak dołączy do nich… może być całkiem przyjemnie.
„Dinuś nie chce spać” to książeczka pisana prozą, z rymowanymi fragmentami – tłumaczenie przygotowała Natalia Usenko. Dzięki refrenom dzieci będą mogły przekonać się do rytmu opowieści. Pojawiają się tu też nawiasowe wtrącenia – uzupełniane wyliczenia, które sprawią, że kolejne etapy przygotowań do snu zapadną dzieciom lepiej w pamięć. Dinuś nie tylko działa – ale też przechodzi niezbędne zadania do wykonania wieczorem. To uświadomi dzieciom, że muszą umyć zęby czy wykąpać się, miłym dodatkiem staje się też wieczorna wspólna lektura – to sposób na przypomnienie rodzicom, że takie rozrywki nie wychodzą z mody i że zawsze powinno się znaleźć czas na czytanie przed snem – to nie tylko rozwija wyobraźnię, ale też buduje silne więzi i miłe wspomnienia. Dinuś przekonuje się, że przygotowania do snu wcale nie muszą być nudne czy męczące – i że na pewno nie są niepotrzebne. Długo trwa w swojej pewności, że nie chce iść spać – a jednak w końcu się zmęczy, jak każdy maluch.
Taka lektura pozwoli na wyciszenie najmłodszych, ale zapewni im też trochę zabawy. Nie polega bowiem tylko na śledzeniu tekstu czytanego przez rodziców czy na oglądaniu urokliwych ilustracji Pauli Bowles – a na czynnym udziale w czytaniu za sprawą odpowiednio przygotowanych kartonowych stron. Są tu miejsca zakryte, niespodzianki dla oglądających, są też scenki pop-up, co może być zaskoczeniem dla najmłodszych – nieprzygotowanych jeszcze na techniczne możliwości konstruowania książek. To zatem przygoda wykraczająca poza motyw zwykłego czytania, w sam raz dla dzieci, którym wydaje się, że w książkach nie da się znaleźć nic ciekawego. „Dinuś nie chce spać” to tomik nastawiony na usypianie najmłodszych i jednocześnie dostarczający wielu powodów do uśmiechu – ładnie przygotowany i dobrze przemyślany. W sam raz nie tylko dla tych dzieci, które zwlekają z momentem pójścia do łóżka.
wtorek, 8 września 2026
WIll Gompertz: Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka
Rebis, Poznań 2026.
Przewodnik
Ta książka jest mniej prezentacją historii sztuki nowoczesnej, a bardziej opowieścią przewodnika przekutą na książkę. WIll Gompertz wybiera sobie styl, który przypadnie do gustu szerokiemu gronu odbiorców – zwłaszcza tych potrzebujących poprowadzenia przez ostatnie piętnaście dekad zmian w sztuce. Autor nie zamierza koncentrować się na datach, faktach i wydarzeniach, a na anegdotach, spotkaniach i działaniach. Oczywiście punkty obowiązkowe to dzieła – będzie prowadził od jednego do drugiego, pokazywał związki pomiędzy nimi i tłumaczył przesłania czy przełomowość. Ale to nie wszystko. Dla Gompertza poszukiwanie przepisu na sztukę to poszukiwanie relacji międzyludzkich. I właśnie dzięki temu książka „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka” może na rynku zrobić furorę – i zostać na nim na długo. Zwłaszcza że dzieła tu omawiane trzeba znać – a nie ma lepszego sposobu na poznanie ich i przyswojenie sobie ich znaczenia niż śledzenie barwnej, krwistej narracji.
Faktycznie Gompertz chce pisać pospiesznie. Nie próbuje tworzyć przystanków encyklopedycznych, jeśli więc ktoś potrzebuje notek biograficznych i dat – będzie musiał czytać tę książkę z notesem, a ponadto uporządkować wiadomości dzięki korzystaniu z innych opracowań. Tutaj najważniejsza jest bowiem forma przekazu, trochę plotkarska, bardzo osobista i przesycona obyczajowością. Kto z kim, dlaczego i co z tego wynikało – to przepis na przełomowe momenty w sztuce. I wcale nie chodzi tu o kontakty łóżkowe, raczej o wzajemne wpływy i inspiracje, o komentarze i odpowiedzi do zastanego stanu rzeczy. Artyści nie działają w próżni, bez przerwy odnoszą się do tego, co było i starają się kreować przestrzeń dla siebie. Radzą sobie z tym na różne sposoby, ale warto wychwycić ich wyczulenie na konteksty społeczne. Tu znów okazuje się, jak wielkie znaczenie mogą mieć albo konotacje seksualne, albo – skandale obyczajowe. Tak naprawdę ta książka nie daje wiedzy, daje radość odkrywania – co jest następstwem tej wiedzy. To rozwiązanie dla niecierpliwych i dla ciekawskich, dla ludzi lubiących podglądanie rzeczywistości trochę od kulis. Zabawa wiąże się tu z możliwością uzyskania klucza do zrozumienia artystów – to niebagatelne narzędzie. Will Gompertz jeszcze raz opowiada to, co odbiorcy już powinni wiedzieć (ale być może przeoczyli, a chcą pozować na znawców) – więc serwuje metodę odświeżenia wiadomości. Rzuca tytułami i nazwiskami, co pewien czas wprowadza elementy analizy dzieł czy sposoby tworzenia – dba o to, żeby nie popaść w rutynę i żeby czytelnicy za każdym razem otrzymywali inny punkt zaczepienia. Bardzo zgrabnie prowadzi tę narrację, to coś, co czytelników szybko przekona. Zaproszenie do poznawania sztuki nowoczesnej wypełnione jest zaskoczeniami i niespodziankami dla czytelników – ale też radością odkrywania u samego autora. „Na co patrzymy” to rodzaj przewodnika dla dorosłych – szansa na zwiększenie świadomości co do historii sztuki. Jeśli ktoś ma potrzebę pozowania przed znajomymi na eksperta od najbardziej popularnych dzieł, znajdzie tu sporo motywów wartych zapamiętania. Do tego dochodzą reprodukcje (tych zawsze jest za mało) i specyficzne lekcje.
Przewodnik
Ta książka jest mniej prezentacją historii sztuki nowoczesnej, a bardziej opowieścią przewodnika przekutą na książkę. WIll Gompertz wybiera sobie styl, który przypadnie do gustu szerokiemu gronu odbiorców – zwłaszcza tych potrzebujących poprowadzenia przez ostatnie piętnaście dekad zmian w sztuce. Autor nie zamierza koncentrować się na datach, faktach i wydarzeniach, a na anegdotach, spotkaniach i działaniach. Oczywiście punkty obowiązkowe to dzieła – będzie prowadził od jednego do drugiego, pokazywał związki pomiędzy nimi i tłumaczył przesłania czy przełomowość. Ale to nie wszystko. Dla Gompertza poszukiwanie przepisu na sztukę to poszukiwanie relacji międzyludzkich. I właśnie dzięki temu książka „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka” może na rynku zrobić furorę – i zostać na nim na długo. Zwłaszcza że dzieła tu omawiane trzeba znać – a nie ma lepszego sposobu na poznanie ich i przyswojenie sobie ich znaczenia niż śledzenie barwnej, krwistej narracji.
Faktycznie Gompertz chce pisać pospiesznie. Nie próbuje tworzyć przystanków encyklopedycznych, jeśli więc ktoś potrzebuje notek biograficznych i dat – będzie musiał czytać tę książkę z notesem, a ponadto uporządkować wiadomości dzięki korzystaniu z innych opracowań. Tutaj najważniejsza jest bowiem forma przekazu, trochę plotkarska, bardzo osobista i przesycona obyczajowością. Kto z kim, dlaczego i co z tego wynikało – to przepis na przełomowe momenty w sztuce. I wcale nie chodzi tu o kontakty łóżkowe, raczej o wzajemne wpływy i inspiracje, o komentarze i odpowiedzi do zastanego stanu rzeczy. Artyści nie działają w próżni, bez przerwy odnoszą się do tego, co było i starają się kreować przestrzeń dla siebie. Radzą sobie z tym na różne sposoby, ale warto wychwycić ich wyczulenie na konteksty społeczne. Tu znów okazuje się, jak wielkie znaczenie mogą mieć albo konotacje seksualne, albo – skandale obyczajowe. Tak naprawdę ta książka nie daje wiedzy, daje radość odkrywania – co jest następstwem tej wiedzy. To rozwiązanie dla niecierpliwych i dla ciekawskich, dla ludzi lubiących podglądanie rzeczywistości trochę od kulis. Zabawa wiąże się tu z możliwością uzyskania klucza do zrozumienia artystów – to niebagatelne narzędzie. Will Gompertz jeszcze raz opowiada to, co odbiorcy już powinni wiedzieć (ale być może przeoczyli, a chcą pozować na znawców) – więc serwuje metodę odświeżenia wiadomości. Rzuca tytułami i nazwiskami, co pewien czas wprowadza elementy analizy dzieł czy sposoby tworzenia – dba o to, żeby nie popaść w rutynę i żeby czytelnicy za każdym razem otrzymywali inny punkt zaczepienia. Bardzo zgrabnie prowadzi tę narrację, to coś, co czytelników szybko przekona. Zaproszenie do poznawania sztuki nowoczesnej wypełnione jest zaskoczeniami i niespodziankami dla czytelników – ale też radością odkrywania u samego autora. „Na co patrzymy” to rodzaj przewodnika dla dorosłych – szansa na zwiększenie świadomości co do historii sztuki. Jeśli ktoś ma potrzebę pozowania przed znajomymi na eksperta od najbardziej popularnych dzieł, znajdzie tu sporo motywów wartych zapamiętania. Do tego dochodzą reprodukcje (tych zawsze jest za mało) i specyficzne lekcje.
poniedziałek, 7 września 2026
Kelly DiPucchio: Gaston
Tako, Toruń 2026.
Różnice
Ten picture book może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z najmłodszymi o tym, co znaczy być sobą, a co – dopasowywać się do otoczenia. W prostej historii Kelly DiPucchio prezentuje małym odbiorcom kwestie tożsamości i odpowiadania na oczekiwania innych – bez wielkich słów i abstrakcyjnych fraz, koncentruje się na tym, co najważniejsze nie tylko z perspektywy dzieci. Są tu dwie psie rodziny: Pani Pudelka ma troje grzecznych szczeniaczków i Gastona. Pani Buldożka z kolei – trzy rozbrykane pieski i nieśmiałą Antoinette. Łatwo odkryć, że małe buldogi wyglądają podobnie jak Gaston, a rodzeństwo Gastona jest łudząco podobne do Antoinette – rozwiązanie problemu wydaje się zatem na wyciągnięcie ręki: jeśli Pani Pudelka i Pani Buldożka wymienią się jednym dzieckiem, nikt nie będzie poszkodowany, a najmłodsi wreszcie trafią do otoczenia, które ich rozumie. Tylko że Gaston przywykł już do ciszy i elegancji, a Antoinette uwielbia funkcjonować wśród rozbrykanych maluchów.
„Gaston” to książka, która skrywa naprawdę sporo ważnych treści – nie tylko z perspektywy dzieci. Najmłodsi będą tu śledzić doświadczenia nie do powtórzenia w ludzkim świecie – ale przy okazji też przekonają się, że niektóre pomysły powinny pozostać w sferze teorii, nawet jeśli pasowałyby do prób uporządkowania świata. Nie ma znaczenia, że coś wydaje się łatwe do zrealizowania i logiczne – żywe organizmy to nie układanka, w której można do woli zmieniać klocki: tu w grę wchodzą emocje, przyzwyczajenia i nadzieje. Kiedy obie mamy umawiają się na wymianę tych najbardziej „problemowych” dzieci, nie robią nikomu krzywdy – zwłaszcza że sytuacja jest odwracalna, i to bardzo szybko.
Christian Robinson ma tu pracę, od której dużo zależy: tworzy ilustracje, dzięki którym dzieci, nawet te najmłodsze i niekoniecznie nadążające za fabułą tekstową, zrozumieją błyskawicznie, na czym polega problem i jak powinno wyglądać jego rozwiązanie w dążącym do porządku świecie. W jego ujęciu zawsze trzy pieski są identyczne, czwarty różni się znacząco – ale nie na tyle, żeby przenosić w inny świat. Stawia ten ilustrator na duże i wyraziste kształty, może to robić, ma na to sporo miejsca – nie zarzuca odbiorców tematami spoza tekstu, nie musi niczego dopowiadać. „Gaston” to książka dopracowana pod każdym względem – musi więc robić ogromne wrażenie. Dla małych czytelników to nie tylko okazja do spotkania z bajkowymi sympatycznymi bohaterami, ale także do przemyśleń na temat swojego miejsca na ziemi. To książka, która ma ważne i wartościowe przesłanie – nie zdradza tego na pierwszy rzut oka, a jednak to o wiele więcej niż zwyczajny picture book dla najmłodszych. „Gaston” to propozycja, którą warto po wspólnej lekturze jeszcze przedyskutować – zastanowić się nad tym, czego o sobie dowiedzieli się bohaterowie i w jaki sposób wpłynęło to na ich późniejsze życiowe wybory.
Jest to opowieść, której znaczenie wykracza poza świat przedstawiony – i historia, którą należy dzieciom prezentować, żeby uświadomić im złożoność świata i jego wyzwań.
Różnice
Ten picture book może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z najmłodszymi o tym, co znaczy być sobą, a co – dopasowywać się do otoczenia. W prostej historii Kelly DiPucchio prezentuje małym odbiorcom kwestie tożsamości i odpowiadania na oczekiwania innych – bez wielkich słów i abstrakcyjnych fraz, koncentruje się na tym, co najważniejsze nie tylko z perspektywy dzieci. Są tu dwie psie rodziny: Pani Pudelka ma troje grzecznych szczeniaczków i Gastona. Pani Buldożka z kolei – trzy rozbrykane pieski i nieśmiałą Antoinette. Łatwo odkryć, że małe buldogi wyglądają podobnie jak Gaston, a rodzeństwo Gastona jest łudząco podobne do Antoinette – rozwiązanie problemu wydaje się zatem na wyciągnięcie ręki: jeśli Pani Pudelka i Pani Buldożka wymienią się jednym dzieckiem, nikt nie będzie poszkodowany, a najmłodsi wreszcie trafią do otoczenia, które ich rozumie. Tylko że Gaston przywykł już do ciszy i elegancji, a Antoinette uwielbia funkcjonować wśród rozbrykanych maluchów.
„Gaston” to książka, która skrywa naprawdę sporo ważnych treści – nie tylko z perspektywy dzieci. Najmłodsi będą tu śledzić doświadczenia nie do powtórzenia w ludzkim świecie – ale przy okazji też przekonają się, że niektóre pomysły powinny pozostać w sferze teorii, nawet jeśli pasowałyby do prób uporządkowania świata. Nie ma znaczenia, że coś wydaje się łatwe do zrealizowania i logiczne – żywe organizmy to nie układanka, w której można do woli zmieniać klocki: tu w grę wchodzą emocje, przyzwyczajenia i nadzieje. Kiedy obie mamy umawiają się na wymianę tych najbardziej „problemowych” dzieci, nie robią nikomu krzywdy – zwłaszcza że sytuacja jest odwracalna, i to bardzo szybko.
Christian Robinson ma tu pracę, od której dużo zależy: tworzy ilustracje, dzięki którym dzieci, nawet te najmłodsze i niekoniecznie nadążające za fabułą tekstową, zrozumieją błyskawicznie, na czym polega problem i jak powinno wyglądać jego rozwiązanie w dążącym do porządku świecie. W jego ujęciu zawsze trzy pieski są identyczne, czwarty różni się znacząco – ale nie na tyle, żeby przenosić w inny świat. Stawia ten ilustrator na duże i wyraziste kształty, może to robić, ma na to sporo miejsca – nie zarzuca odbiorców tematami spoza tekstu, nie musi niczego dopowiadać. „Gaston” to książka dopracowana pod każdym względem – musi więc robić ogromne wrażenie. Dla małych czytelników to nie tylko okazja do spotkania z bajkowymi sympatycznymi bohaterami, ale także do przemyśleń na temat swojego miejsca na ziemi. To książka, która ma ważne i wartościowe przesłanie – nie zdradza tego na pierwszy rzut oka, a jednak to o wiele więcej niż zwyczajny picture book dla najmłodszych. „Gaston” to propozycja, którą warto po wspólnej lekturze jeszcze przedyskutować – zastanowić się nad tym, czego o sobie dowiedzieli się bohaterowie i w jaki sposób wpłynęło to na ich późniejsze życiowe wybory.
Jest to opowieść, której znaczenie wykracza poza świat przedstawiony – i historia, którą należy dzieciom prezentować, żeby uświadomić im złożoność świata i jego wyzwań.
niedziela, 6 września 2026
Daniel Wyszogrodzki: Sycyliada
Marginesy, Warszawa 2026.
Z oddali
Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.
Z oddali
Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.
sobota, 5 września 2026
Bluey. Papugowanie
Harperkids, Warszawa 2026.
Oswajanie smutku
„Papugowanie” to tomik, który tylko z pozoru zabiera odbiorców do pełnego zabaw i pozbawionego trosk świata Bluey. W rzeczywistości jest to historia o śmierci – tyle że przedstawionej tak, żeby nie przygnębić przesadnie najmłodszych ani ich nie przestraszyć. Wszystko zaczyna się od gry w przedrzeźnianie – Blue od rana chce koniecznie robić wszystko to, co tata – naśladuje każdy jego gest i każde zdanie, nawet jeśli oznacza to trochę niepochlebnych komentarzy pod własnym adresem. Tata wie doskonale – jak wszyscy rodzice – że żadne sztuczki nie pomogą, przedrzeźniacz musi się znudzić swoim zadaniem, żeby skończyły się irytujące powtórzenia. Tylko że zabawa w papugowanie to jedynie wstęp do zupełnie innej historii: Blue znajduje na ulicy ranną papużkę. Razem z tatą próbuje ją uratować – wkłada do pudełeczka i wiezie do weterynarza. Tylko że ta przygoda nie może mieć dobrego finału. A po powrocie do domu Blue chce się bawić z młodszą siostrą w nieudane ratowanie chorego ptaszka – w ten sposób radzi sobie z trudnymi emocjami.
Liczy się tu zestaw zachowań i reakcji wokół śmierci: kiedy recepcjonistka przekazuje informację o papużce, mówi łagodnym głosem. Mama w domu także ścisza głos, kiedy odzywa się do swojej córki. Blue jednak potrzebuje uporządkowania doświadczeń – pokazuje to w zabawie z siostrą. Teraz również „papużka”, czyli Bingo, ma nie przeżyć akcji ratunkowej – bohaterka dowiaduje się, że na pewne sprawy nie ma żadnego wpływu. Chce jednak przeżyć swój smutek jeszcze raz, w warunkach kontrolowanych.
Dzieci zawsze mocno przeżywają rozstanie z ukochanym pupilem. Szokiem może być dla nich również świadomość, że śmierć nie oszczędza nikogo, bez względu na to, czy pospieszy się z pomocą, czy nie – i oczywiście zawsze warto próbować ocalić nawet najmniejsze życie, ale niekiedy taka misja po prostu musi się zakończyć niepowodzeniem. Dobrze, że w świecie Blue znalazło się miejsce i na takie historie – w ten sposób można przynajmniej próbować wytłumaczyć dzieciom, że czasami w codzienność wkracza śmierć – i że to oznacza bezpowrotne rozstanie. Blue jeszcze ma nadzieję, że los papużki się odmieni, ale rodzice nie zamierzają jej w tym względzie okłamywać. Razem z Blue dzieci będą oswajać się z trudnym zagadnieniem. „Papugowanie” to niewielki tomik – jak zawsze w cyklu – opowieść w sam raz do przeczytania i przemyślenia. I owszem, jest w niej całkiem sporo czynników humorystycznych, wprowadzonych, żeby przyciągnąć najmłodszych do lektury – ale jest też dużo materiału do refleksji. W świecie Blue i Bingo jest miejsce na różne odczucia – i dzięki temu dorosłym łatwiej będzie przeprowadzać ze swoimi pociechami poważne rozmowy.
Jest to picture book, więc można będzie znaleźć bardzo wiele kadrów z ulubionymi bohaterami, a także rysunkowe dopowiedzenia do narracji tekstowej. Blue nie pozostawia wątpliwości: przeżywa mnóstwo. I można razem z nią przystąpić do odkrywania uroków i przykrości świata.
Oswajanie smutku
„Papugowanie” to tomik, który tylko z pozoru zabiera odbiorców do pełnego zabaw i pozbawionego trosk świata Bluey. W rzeczywistości jest to historia o śmierci – tyle że przedstawionej tak, żeby nie przygnębić przesadnie najmłodszych ani ich nie przestraszyć. Wszystko zaczyna się od gry w przedrzeźnianie – Blue od rana chce koniecznie robić wszystko to, co tata – naśladuje każdy jego gest i każde zdanie, nawet jeśli oznacza to trochę niepochlebnych komentarzy pod własnym adresem. Tata wie doskonale – jak wszyscy rodzice – że żadne sztuczki nie pomogą, przedrzeźniacz musi się znudzić swoim zadaniem, żeby skończyły się irytujące powtórzenia. Tylko że zabawa w papugowanie to jedynie wstęp do zupełnie innej historii: Blue znajduje na ulicy ranną papużkę. Razem z tatą próbuje ją uratować – wkłada do pudełeczka i wiezie do weterynarza. Tylko że ta przygoda nie może mieć dobrego finału. A po powrocie do domu Blue chce się bawić z młodszą siostrą w nieudane ratowanie chorego ptaszka – w ten sposób radzi sobie z trudnymi emocjami.
Liczy się tu zestaw zachowań i reakcji wokół śmierci: kiedy recepcjonistka przekazuje informację o papużce, mówi łagodnym głosem. Mama w domu także ścisza głos, kiedy odzywa się do swojej córki. Blue jednak potrzebuje uporządkowania doświadczeń – pokazuje to w zabawie z siostrą. Teraz również „papużka”, czyli Bingo, ma nie przeżyć akcji ratunkowej – bohaterka dowiaduje się, że na pewne sprawy nie ma żadnego wpływu. Chce jednak przeżyć swój smutek jeszcze raz, w warunkach kontrolowanych.
Dzieci zawsze mocno przeżywają rozstanie z ukochanym pupilem. Szokiem może być dla nich również świadomość, że śmierć nie oszczędza nikogo, bez względu na to, czy pospieszy się z pomocą, czy nie – i oczywiście zawsze warto próbować ocalić nawet najmniejsze życie, ale niekiedy taka misja po prostu musi się zakończyć niepowodzeniem. Dobrze, że w świecie Blue znalazło się miejsce i na takie historie – w ten sposób można przynajmniej próbować wytłumaczyć dzieciom, że czasami w codzienność wkracza śmierć – i że to oznacza bezpowrotne rozstanie. Blue jeszcze ma nadzieję, że los papużki się odmieni, ale rodzice nie zamierzają jej w tym względzie okłamywać. Razem z Blue dzieci będą oswajać się z trudnym zagadnieniem. „Papugowanie” to niewielki tomik – jak zawsze w cyklu – opowieść w sam raz do przeczytania i przemyślenia. I owszem, jest w niej całkiem sporo czynników humorystycznych, wprowadzonych, żeby przyciągnąć najmłodszych do lektury – ale jest też dużo materiału do refleksji. W świecie Blue i Bingo jest miejsce na różne odczucia – i dzięki temu dorosłym łatwiej będzie przeprowadzać ze swoimi pociechami poważne rozmowy.
Jest to picture book, więc można będzie znaleźć bardzo wiele kadrów z ulubionymi bohaterami, a także rysunkowe dopowiedzenia do narracji tekstowej. Blue nie pozostawia wątpliwości: przeżywa mnóstwo. I można razem z nią przystąpić do odkrywania uroków i przykrości świata.
piątek, 4 września 2026
Cazenove, WIlliam: Sisters. 20. Ja pierwsza!
Egmont, Warszawa 2026.
Rywalizacja
Te dwie siostry nie mogą się znudzić. Nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine to kwintesencja domowych dram i zabaw, potyczek i porozumień. Marine marzy o tym, żeby dorwać pamiętnik Wendy i poznać w szczegółach jej życie uczuciowe, Wendy z kolei wie doskonale, jakie grzeszki na sumieniu ma Marine i co wyczyniała na wczesnym etapie swojego dzieciństwa – tymi wiadomościami dzieli się chętnie, kiedy siostra próbuje ją skompromitować przed znajomymi. Zwłaszcza przed bardzo przystojnym Bartkiem z sąsiedztwa. Bartek to chłopak, którego obecność niepokoi Maksa, aktualnego partnera Wendy – chociaż Wendy twierdzi, że jej związkowi nic nie grozi, nadzwyczaj chętnie spędza czas z nowym znajomym. A Marine chciałaby dowiedzieć się, co dzieje się w sercu siostry. I Maks z jego dylematami staje się tylko pretekstem…
„Sisters. Ja pierwsza!” to dwudziesty tom stworzonego przez Williama i Cazenove’go cyklu – i wciąż zachwyca trafnością spostrzeżeń i nastawieniem na wykorzystywanie domowych stereotypów. Od czasu do czasu autorzy wybierają się w przyszłość, żeby pokazać dwie siostry jako piękności już mniej ze sobą rywalizujące – albo w przeszłość, żeby przypomnieć, że Wendy też była kiedyś dzieciakiem podobnym do dzisiejszej wersji Marine. Najczęściej jednak zajmują się codziennością, a w niej znajdują całą masę niespodzianek i żartów.
Chociaż Sisters to cykl, który w takim samym stopniu ucieszy dzieci co ich rodziców (zwłaszcza tych borykających się na co dzień z wyzwaniami płynącymi z wychowywania dziewczyn), młodzieżowy w duchu i bazujący na humorze. Wielopoziomowe żarty z pewnością spodobają się nie tylko młodszej publiczności. Wendy i Marine nigdy nie mają czasu na nudę, zwykle drą koty albo szukają sposobu na przechytrzenie drugiej strony. Zdarza im się porozumienie – ale raczej rzadko i w jakimś konkretnym celu. Źródłem komizmu stają się bowiem kłótnie i spory, walki i dyskusje, przepychanki i szukanie winnych. Bardzo dobrze się to sprawdza, zwłaszcza za sprawą formy. Autorzy postawili tu na klasyczny komiks dziecięcy, bardzo kolorowy, ale z mocno zdynamizowanymi sylwetkami i kreskówkową mimiką postaci. Wendy i Marine żyją w chaosie, mnóstwo tu wydarzeń, które przeradzają się w ekstremalnie wypełnione kadry. Autorzy są przekonani, że dzieci i nastolatki nie zamierzają utrzymywać wokół siebie porządku – i to odzwierciedlają w kolejnych obrazkach. Dodają zatem do rysunków informacje, których próżno by szukać w tekście. Dzięki temu wykazują się jeszcze wyjątkowym zrozumieniem postaci – i uprawdopodobniają je. Chociaż Wendy i Marine i tak są do końca prawdziwe, nie da się o nich zapomnieć – właśnie dzięki temu, że są prezentowane wyjątkowo trafnie. To komiks – a właściwie cała seria – pozwalający zrozumieć istotę siostrzanych sporów. Ta książka ma przynosić śmiech – sprawdza się jako poprawiacz humoru i zapewnia rozrywkę wysokiej klasy. Każdy, kto sięgnie po przygody sióstr, a właściwie po jednostronicowe rozpisane na szczegółowe kadry historyjki z życia wzięte – będzie chciał sprawdzić poprzednie pomysły. Cazenove i William nie zawodzą.
Rywalizacja
Te dwie siostry nie mogą się znudzić. Nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine to kwintesencja domowych dram i zabaw, potyczek i porozumień. Marine marzy o tym, żeby dorwać pamiętnik Wendy i poznać w szczegółach jej życie uczuciowe, Wendy z kolei wie doskonale, jakie grzeszki na sumieniu ma Marine i co wyczyniała na wczesnym etapie swojego dzieciństwa – tymi wiadomościami dzieli się chętnie, kiedy siostra próbuje ją skompromitować przed znajomymi. Zwłaszcza przed bardzo przystojnym Bartkiem z sąsiedztwa. Bartek to chłopak, którego obecność niepokoi Maksa, aktualnego partnera Wendy – chociaż Wendy twierdzi, że jej związkowi nic nie grozi, nadzwyczaj chętnie spędza czas z nowym znajomym. A Marine chciałaby dowiedzieć się, co dzieje się w sercu siostry. I Maks z jego dylematami staje się tylko pretekstem…
„Sisters. Ja pierwsza!” to dwudziesty tom stworzonego przez Williama i Cazenove’go cyklu – i wciąż zachwyca trafnością spostrzeżeń i nastawieniem na wykorzystywanie domowych stereotypów. Od czasu do czasu autorzy wybierają się w przyszłość, żeby pokazać dwie siostry jako piękności już mniej ze sobą rywalizujące – albo w przeszłość, żeby przypomnieć, że Wendy też była kiedyś dzieciakiem podobnym do dzisiejszej wersji Marine. Najczęściej jednak zajmują się codziennością, a w niej znajdują całą masę niespodzianek i żartów.
Chociaż Sisters to cykl, który w takim samym stopniu ucieszy dzieci co ich rodziców (zwłaszcza tych borykających się na co dzień z wyzwaniami płynącymi z wychowywania dziewczyn), młodzieżowy w duchu i bazujący na humorze. Wielopoziomowe żarty z pewnością spodobają się nie tylko młodszej publiczności. Wendy i Marine nigdy nie mają czasu na nudę, zwykle drą koty albo szukają sposobu na przechytrzenie drugiej strony. Zdarza im się porozumienie – ale raczej rzadko i w jakimś konkretnym celu. Źródłem komizmu stają się bowiem kłótnie i spory, walki i dyskusje, przepychanki i szukanie winnych. Bardzo dobrze się to sprawdza, zwłaszcza za sprawą formy. Autorzy postawili tu na klasyczny komiks dziecięcy, bardzo kolorowy, ale z mocno zdynamizowanymi sylwetkami i kreskówkową mimiką postaci. Wendy i Marine żyją w chaosie, mnóstwo tu wydarzeń, które przeradzają się w ekstremalnie wypełnione kadry. Autorzy są przekonani, że dzieci i nastolatki nie zamierzają utrzymywać wokół siebie porządku – i to odzwierciedlają w kolejnych obrazkach. Dodają zatem do rysunków informacje, których próżno by szukać w tekście. Dzięki temu wykazują się jeszcze wyjątkowym zrozumieniem postaci – i uprawdopodobniają je. Chociaż Wendy i Marine i tak są do końca prawdziwe, nie da się o nich zapomnieć – właśnie dzięki temu, że są prezentowane wyjątkowo trafnie. To komiks – a właściwie cała seria – pozwalający zrozumieć istotę siostrzanych sporów. Ta książka ma przynosić śmiech – sprawdza się jako poprawiacz humoru i zapewnia rozrywkę wysokiej klasy. Każdy, kto sięgnie po przygody sióstr, a właściwie po jednostronicowe rozpisane na szczegółowe kadry historyjki z życia wzięte – będzie chciał sprawdzić poprzednie pomysły. Cazenove i William nie zawodzą.
czwartek, 3 września 2026
Agnieszka Łubkowska: Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Liczenie
Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.
Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.
Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.
Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.
Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.
Liczenie
Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.
Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.
Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.
Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.
Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.
środa, 2 września 2026
Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji
Marginesy, Warszawa 2026.
Wsparcie
Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.
Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.
Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.
Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.
Wsparcie
Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.
Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.
Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.
Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.
wtorek, 1 września 2026
Jory John, Pete Oswald: Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę
Harperkids, Warszawa 2026.
Grupa
Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.
Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.
„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.
Grupa
Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.
Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.
„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
Hanna Januszewska: Pyza na polskich dróżkach
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Szlaki
To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem. Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.
Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.
Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.
Szlaki
To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem. Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.
Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.
Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.
niedziela, 30 sierpnia 2026
Arttu Unkari: Tataman i koszmarny braciszek
Kropka, Warszawa 2026.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
sobota, 29 sierpnia 2026
Dinuś chce być duży. Wspólnie czytamy o zdrowym jedzeniu
Harperkids, Warszawa 2026.
Nadzieja
Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).
Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.
Nadzieja
Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).
Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.
piątek, 28 sierpnia 2026
Olivier Tallec: Czy on śpi?
Druganoga, Warszawa 2026.
Pamięć
Bardzo trudna i bardzo piękna jest ta książka, picture book, w którym bohater – oraz jego przyjaciel, Pok – mierzą się z ostatecznością. Przygoda zakodowana w książce obrazkowej kierowanej do najmłodszych pomoże dzieciom uporać się z emocjami po stracie. Wszystko zaczyna się od znalezienia nieruchomego kosa. Może śpi (chociaż ptaki nie śpią nieruchomo na grzbiecie, o czym bohaterowie jeszcze nie wiedzą), może się jeszcze ocknie. Ale oczekiwanie nie przynosi żadnego efektu – poza ostatecznym potwierdzeniem, bo wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tyle bez ruchu. Kos jest martwy. Teraz trzeba uporać się ze stratą – tęsknotą i smutkiem. Pok i jego przyjaciel wiedzą, że muszą coś zrobić – szukają sposobu na to, żeby zapamiętać kosa i żeby zyskać ukojenie.
„Czy on śpi” to książka, której nie należy się bać. Chociaż przedstawia jako główny temat śmierć – nie przygnębi dzieci. Olivier Tallec przygląda się kolejnym etapom działań i automatycznie – kolejnym etapom żałoby, bohaterowie na początku zaprzeczają wiadomości, później dopiero wprowadzają kolejne działania prowadzące do wyciszenia smutku. Dbają o to, żeby szpak po śmierci miał dobrą opiekę – chowają go i upamiętniają. I to właśnie pokazuje czytelnikom, że zaangażowanie się w sprawy śmierci może pomóc w opanowaniu przykrości. A jednocześnie Tallec nie zastrasza dzieci – pokazuje świat w całej palecie barw, przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie ukrywa przed najmłodszymi, że zdarzają się rozmaite nieszczęścia. Z perspektywy odbiorców kos to tylko umilacz życia, autor pięknych piosenek i ptak, który nadawał koloryt polanie. Nie zdążyli się z nim zaprzyjaźnić ani go polubić, zostają więc z zapośredniczonymi uczuciami bohaterów. Ale empatia sprawi, że bohaterowie podzielą się swoimi emocjami z kilkulatkami.
Na dzisiejszym rynku wydawniczym dość rzadko autorzy decydują się na wprowadzanie trudnych tematów i tego, co mogłoby zasmucić dzieci – to nie jest kierunek, który należy popierać. W końcu chociaż śmierć bliskich nie jest codziennością kilkulatków, nie da się od niej uciec – a książka „Czy on śpi” pomoże w oswojeniu zagadnienia. Przyniesie pretekst do ważnych rozmów i sprawi, że dzieci samodzielnie będą mogły wypracować wnioski na temat radzenia sobie ze smutkiem. Tallec nie udaje, że wszystko natychmiast się ułoży, pokazuje żałobę jako proces – składający się z różnych etapów. Daje dzieciom narzędzia do zadbania o siebie nawet wtedy, gdy nie będą chciały dzielić się uczuciami z nikim.
Jest to książka napisana w prosty sposób i bardzo zrozumiała – mimo fabularnego wyzwania. To picture book, w którym obrazki przyciągają oko, są wielkoformatowe i stanowią idealne uzupełnienie narracji. Podziw wzbudza przede wszystkim realizacja tematu – ale i filozoficzno-poetyckie spojrzenie na rzeczywistość bohaterów, niby baśniową, a mocno powiązaną z realizmem. „Czy on śpi” to książka do oglądania i przedyskutowania, chociaż prosta to nie infantylna – rozbudza ciekawość i wzrusza. Jest to zestaw podpowiedzi ukrytych w historii nieskomplikowanej i wartościowej. Można tu polubić bohaterów i kibicować im w codzienności, można dać się wciągnąć w świat tak zaprezentowany. Czytanie tej książki można zalecić także dorosłym – zwłaszcza że to oni najczęściej biorą na siebie ciężar emocji związanych z rozstaniami.
Pamięć
Bardzo trudna i bardzo piękna jest ta książka, picture book, w którym bohater – oraz jego przyjaciel, Pok – mierzą się z ostatecznością. Przygoda zakodowana w książce obrazkowej kierowanej do najmłodszych pomoże dzieciom uporać się z emocjami po stracie. Wszystko zaczyna się od znalezienia nieruchomego kosa. Może śpi (chociaż ptaki nie śpią nieruchomo na grzbiecie, o czym bohaterowie jeszcze nie wiedzą), może się jeszcze ocknie. Ale oczekiwanie nie przynosi żadnego efektu – poza ostatecznym potwierdzeniem, bo wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tyle bez ruchu. Kos jest martwy. Teraz trzeba uporać się ze stratą – tęsknotą i smutkiem. Pok i jego przyjaciel wiedzą, że muszą coś zrobić – szukają sposobu na to, żeby zapamiętać kosa i żeby zyskać ukojenie.
„Czy on śpi” to książka, której nie należy się bać. Chociaż przedstawia jako główny temat śmierć – nie przygnębi dzieci. Olivier Tallec przygląda się kolejnym etapom działań i automatycznie – kolejnym etapom żałoby, bohaterowie na początku zaprzeczają wiadomości, później dopiero wprowadzają kolejne działania prowadzące do wyciszenia smutku. Dbają o to, żeby szpak po śmierci miał dobrą opiekę – chowają go i upamiętniają. I to właśnie pokazuje czytelnikom, że zaangażowanie się w sprawy śmierci może pomóc w opanowaniu przykrości. A jednocześnie Tallec nie zastrasza dzieci – pokazuje świat w całej palecie barw, przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie ukrywa przed najmłodszymi, że zdarzają się rozmaite nieszczęścia. Z perspektywy odbiorców kos to tylko umilacz życia, autor pięknych piosenek i ptak, który nadawał koloryt polanie. Nie zdążyli się z nim zaprzyjaźnić ani go polubić, zostają więc z zapośredniczonymi uczuciami bohaterów. Ale empatia sprawi, że bohaterowie podzielą się swoimi emocjami z kilkulatkami.
Na dzisiejszym rynku wydawniczym dość rzadko autorzy decydują się na wprowadzanie trudnych tematów i tego, co mogłoby zasmucić dzieci – to nie jest kierunek, który należy popierać. W końcu chociaż śmierć bliskich nie jest codziennością kilkulatków, nie da się od niej uciec – a książka „Czy on śpi” pomoże w oswojeniu zagadnienia. Przyniesie pretekst do ważnych rozmów i sprawi, że dzieci samodzielnie będą mogły wypracować wnioski na temat radzenia sobie ze smutkiem. Tallec nie udaje, że wszystko natychmiast się ułoży, pokazuje żałobę jako proces – składający się z różnych etapów. Daje dzieciom narzędzia do zadbania o siebie nawet wtedy, gdy nie będą chciały dzielić się uczuciami z nikim.
Jest to książka napisana w prosty sposób i bardzo zrozumiała – mimo fabularnego wyzwania. To picture book, w którym obrazki przyciągają oko, są wielkoformatowe i stanowią idealne uzupełnienie narracji. Podziw wzbudza przede wszystkim realizacja tematu – ale i filozoficzno-poetyckie spojrzenie na rzeczywistość bohaterów, niby baśniową, a mocno powiązaną z realizmem. „Czy on śpi” to książka do oglądania i przedyskutowania, chociaż prosta to nie infantylna – rozbudza ciekawość i wzrusza. Jest to zestaw podpowiedzi ukrytych w historii nieskomplikowanej i wartościowej. Można tu polubić bohaterów i kibicować im w codzienności, można dać się wciągnąć w świat tak zaprezentowany. Czytanie tej książki można zalecić także dorosłym – zwłaszcza że to oni najczęściej biorą na siebie ciężar emocji związanych z rozstaniami.
czwartek, 27 sierpnia 2026
Krystyna Mirek: Do trzech razy szczęście
Harde, Warszawa 2026.
Podpowiedź
Każdy, kto myśli, że doświadczenie życiowe i wiek dają gotowe odpowiedzi na to, jaką drogę wybrać w życiu i jak unikać niebezpieczeństw albo pokus, musi zajrzeć do trzeciej części cyklu Do trzech razy – „Do trzech razy szczęście” to ostatni powrót do trzech pokoleń kobiet. Klara jest najmłodsza. Próbuje pogodzić studia z pracą, a nowo odkryte uroki samodzielności nie pozwalają jej na powrót do domu rodzinnego bez względu na to, jak trudno byłoby jej się utrzymać w istniejącym układzie. Klara zastanawia się też nad tym, dla kogo powinno mocniej bić jej serce – zraniona przez Maksa, nie jest w stanie mu już zaufać. A jednak dostrzega przesłanki pozytywnej zmiany, jaką przeszedł niefrasobliwy do niedawna motocyklista. Ania to mama Klary – buduje sobie życie z pisarzem, który w swojej pracy co rusz musi odpowiadać na zaloty i umizgi przypadkowych kobiet – ale potrafi się w tym środowisku obracać i wie, co zrobić, żeby nie dać ukochanej powodów do zazdrości. Coraz pewniej czuje się w tym związku – a to oznacza, że wreszcie może zacząć żyć tylko dla siebie. Jest jeszcze Łucja – babcia Klary, która po sercowym zawodzie wylądowała w szpitalu i teraz powinna dbać o siebie. A to oznacza również decyzje co do przyszłego szczęścia. Łucja wie doskonale, że nie wszystko może już zrobić – tymczasem może się okazać, że jej wybranek ma zupełnie inny pomysł na codzienne życie, a nawet na miejsce zamieszkania. I wtedy zaczną się prawdziwe problemy.
Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom życie trzech bohaterek – ze wszystkimi jego wadami i dylematami. Nie ma tu wielkich słów, chociaż sprawy ostateczne co chwilę przewijają się przez egzystencję. Raz choroba ojca Maksa zmusza chłopaka do zweryfikowania dawnych żali, raz – zmęczenie Klary o mało co nie doprowadza do katastrofy. Zło może czaić się wszędzie, jednak nieocenione jest wsparcie innych osób, ludzi, którym można zaufać w każdej sytuacji. Jedno jest pewne: szczęście to coś, co trzeba sobie każdego dnia wypracowywać od nowa, nigdy nie jest dane z góry. Ale też ludzie, którzy nie wierzą, że mogą je jeszcze zyskać, nie potrafią często wykorzystywać sytuacji do szczęścia prowadzących. Krystyna Mirek nie zapewnia czytelniczkom prostej rozrywki – stara się tak poprowadzić opowieść, żeby zasugerować, że na każde zmartwienie znajdzie się jakieś rozwiązanie, tyle tylko, że czasami trzeba go dłużej poszukać.
To chyba najlepsza część cyklu Do trzech razy – oczywiście że przygotowana jest tak, żeby rozwiązać sporo wątków z poprzednich tomów, ale można ją czytać samodzielnie i zastanawiać się nad decyzjami bohaterów bez wiedzy o ich dotychczasowych relacjach. Krystyna Mirek po prostu potrafi wprowadzać odbiorczynie – nawet te przypadkowe – w świat historii obyczajowych wypełnionych ciekawymi i burzliwymi sytuacjami. To się sprawdza bardzo dobrze – i jest zrealizowane tak, że fanki powieści dla kobiet będą usatysfakcjonowane tą lekturą. „Do trzech razy szczęście” to opowieść o zwyczajnym życiu i o kolejnych wyzwaniach, jakie niosą ze sobą nieuchronne zmiany – ale też o tym, że nie należy bać się przyszłości, bo może ona przynieść sporo dobrego.
Podpowiedź
Każdy, kto myśli, że doświadczenie życiowe i wiek dają gotowe odpowiedzi na to, jaką drogę wybrać w życiu i jak unikać niebezpieczeństw albo pokus, musi zajrzeć do trzeciej części cyklu Do trzech razy – „Do trzech razy szczęście” to ostatni powrót do trzech pokoleń kobiet. Klara jest najmłodsza. Próbuje pogodzić studia z pracą, a nowo odkryte uroki samodzielności nie pozwalają jej na powrót do domu rodzinnego bez względu na to, jak trudno byłoby jej się utrzymać w istniejącym układzie. Klara zastanawia się też nad tym, dla kogo powinno mocniej bić jej serce – zraniona przez Maksa, nie jest w stanie mu już zaufać. A jednak dostrzega przesłanki pozytywnej zmiany, jaką przeszedł niefrasobliwy do niedawna motocyklista. Ania to mama Klary – buduje sobie życie z pisarzem, który w swojej pracy co rusz musi odpowiadać na zaloty i umizgi przypadkowych kobiet – ale potrafi się w tym środowisku obracać i wie, co zrobić, żeby nie dać ukochanej powodów do zazdrości. Coraz pewniej czuje się w tym związku – a to oznacza, że wreszcie może zacząć żyć tylko dla siebie. Jest jeszcze Łucja – babcia Klary, która po sercowym zawodzie wylądowała w szpitalu i teraz powinna dbać o siebie. A to oznacza również decyzje co do przyszłego szczęścia. Łucja wie doskonale, że nie wszystko może już zrobić – tymczasem może się okazać, że jej wybranek ma zupełnie inny pomysł na codzienne życie, a nawet na miejsce zamieszkania. I wtedy zaczną się prawdziwe problemy.
Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom życie trzech bohaterek – ze wszystkimi jego wadami i dylematami. Nie ma tu wielkich słów, chociaż sprawy ostateczne co chwilę przewijają się przez egzystencję. Raz choroba ojca Maksa zmusza chłopaka do zweryfikowania dawnych żali, raz – zmęczenie Klary o mało co nie doprowadza do katastrofy. Zło może czaić się wszędzie, jednak nieocenione jest wsparcie innych osób, ludzi, którym można zaufać w każdej sytuacji. Jedno jest pewne: szczęście to coś, co trzeba sobie każdego dnia wypracowywać od nowa, nigdy nie jest dane z góry. Ale też ludzie, którzy nie wierzą, że mogą je jeszcze zyskać, nie potrafią często wykorzystywać sytuacji do szczęścia prowadzących. Krystyna Mirek nie zapewnia czytelniczkom prostej rozrywki – stara się tak poprowadzić opowieść, żeby zasugerować, że na każde zmartwienie znajdzie się jakieś rozwiązanie, tyle tylko, że czasami trzeba go dłużej poszukać.
To chyba najlepsza część cyklu Do trzech razy – oczywiście że przygotowana jest tak, żeby rozwiązać sporo wątków z poprzednich tomów, ale można ją czytać samodzielnie i zastanawiać się nad decyzjami bohaterów bez wiedzy o ich dotychczasowych relacjach. Krystyna Mirek po prostu potrafi wprowadzać odbiorczynie – nawet te przypadkowe – w świat historii obyczajowych wypełnionych ciekawymi i burzliwymi sytuacjami. To się sprawdza bardzo dobrze – i jest zrealizowane tak, że fanki powieści dla kobiet będą usatysfakcjonowane tą lekturą. „Do trzech razy szczęście” to opowieść o zwyczajnym życiu i o kolejnych wyzwaniach, jakie niosą ze sobą nieuchronne zmiany – ale też o tym, że nie należy bać się przyszłości, bo może ona przynieść sporo dobrego.
środa, 26 sierpnia 2026
Artur Nowicki: Maluch i zasady ruchu drogowego
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Droga
Ta książka jest ważna i potrzebna, a jednocześnie – różna od tych dostępnych dzisiaj na rynku. Artur Nowicki, autor ilustracji do książek z serii o Maluchu (małym fiacie) przygotowuje bowiem kolorowanko-encyklopedię dla najmłodszych. Bohaterem tej książki jest Maluch – i Pola, dziewczynka, która razem ze swoim samochodowym przyjacielem będzie wyjaśniać odbiorcom zasady ruchu drogowego. Dodatkowo dzieci otrzymają tu zestaw łamigłówek i zadań pozwalających na utrwalenie zdobytych wiadomości. Artur Nowicki sprawia, że nie będzie trzeba innych poradników, żeby najmłodsi przyswoili sobie to, co najważniejsze – i stali się świadomymi uczestnikami ruchu drogowego. Nie pomija żadnej roli: omawia zadania tych, którzy prowadzą samochód, ale też pieszych, rowerzystów czy jeżdżących na hulajnogach, a nawet – pasażerów komunikacji zbiorowej. Przedstawia sygnalizację świetlną, zadania policjantów (i to, jak odczytywać ich gesty na drodze), oznakowanie poziome – czyli to namalowane na jezdni oraz znaki drogowe. Te ostatnie rozbija na znaki ostrzegawcze, informacyjne i znaki zakazu. Jest tu bardzo dużo wiadomości, które przydadzą się przy tłumaczeniu dzieciom, czego na drodze robić nie wolno: Artur Nowicki nie zapomina nawet o takich przestrogach jak wychodzenie z samochodu dopiero po zezwoleniu ze strony kierowcy (to w przypadku impulsywnych dzieci bardzo ważne). Maluchy dowiedzą się, dlaczego po zmroku ważne są odblaski – i że nawet domowi pupile mogą takie mieć dla własnego bezpieczeństwa.
Te strony, które już są kolorowe, zawierają wiadomości i podpowiedzi – przeważnie jako komentarze na marginesach, żeby nie przytłoczyć odbiorców nadmiarem tekstu. Kolorowe strony służą do oglądania i chłonięcia wiedzy. Z kolei tam, gdzie w grę wchodzą kolorowanki – elementy do pokolorowania – to dziecko musi się wykazać uzyskanymi wiadomościami, a czasami coś przemyśleć lub zapamiętać. Do tego dochodzą klasyczne łamigłówki i ćwiczenia małej motoryki, dzięki którym dzieci mogą wyżyć się artystycznie, ale też zastanowić się nad bezpieczeństwem na drodze. To świetny pomysł – wszyscy kochają kolorowanki, a tutaj trzeba często pomyśleć nad doborem kolorów, żeby (na przykład) wydobyć z mgły pieszego i zapewnić mu dzięki temu bezpieczeństwo. Strony są kolorowe – albo kolorowe będą i to sprawi, że najmłodsi z chęcią przystąpią do lektury i do wypełniania poleceń.
To książeczka, która na długo wystarczy dzieciom – nie da się jej przeczytać jednym tchem, tu warto zastanowić się nad każdym znakiem drogowym i nad każdym zadaniem, wszystko to doprowadzi do refleksyjnej i długiej – ale przez to wcale nie mniej ekscytującej – lektury. Jest to tomik dla najmłodszych, ale nie tylko tych zainteresowanych pojazdami czy nie tylko dla fanów cyklu o Maluchu – te wiadomości powinni poznać wszyscy bez wyjątku, i to na jak najwcześniejszym etapie życia. Chodzi przecież o zadbanie o siebie i o innych na drogach. Im wcześniej zacznie się taką edukację, tym lepiej – Artur Nowicki pomoże wychować nie tylko świadomych kierowców, ale też świadomych pasażerów lub pieszych. Jest to książka dobrze wymyślona i starannie przygotowana, o czym przekonają się rodzice, którym dzieci będą mogły objaśniać znaczenie kolejnych znaków dostrzeżonych podczas jazdy. A jeśli komuś przypadnie do gustu ta książka, może wrócić do fabularyzowanych przygód Malucha w Naszej Księgarni - tam spotka rezolutnego bohatera w wersji przedszkolnej.
Droga
Ta książka jest ważna i potrzebna, a jednocześnie – różna od tych dostępnych dzisiaj na rynku. Artur Nowicki, autor ilustracji do książek z serii o Maluchu (małym fiacie) przygotowuje bowiem kolorowanko-encyklopedię dla najmłodszych. Bohaterem tej książki jest Maluch – i Pola, dziewczynka, która razem ze swoim samochodowym przyjacielem będzie wyjaśniać odbiorcom zasady ruchu drogowego. Dodatkowo dzieci otrzymają tu zestaw łamigłówek i zadań pozwalających na utrwalenie zdobytych wiadomości. Artur Nowicki sprawia, że nie będzie trzeba innych poradników, żeby najmłodsi przyswoili sobie to, co najważniejsze – i stali się świadomymi uczestnikami ruchu drogowego. Nie pomija żadnej roli: omawia zadania tych, którzy prowadzą samochód, ale też pieszych, rowerzystów czy jeżdżących na hulajnogach, a nawet – pasażerów komunikacji zbiorowej. Przedstawia sygnalizację świetlną, zadania policjantów (i to, jak odczytywać ich gesty na drodze), oznakowanie poziome – czyli to namalowane na jezdni oraz znaki drogowe. Te ostatnie rozbija na znaki ostrzegawcze, informacyjne i znaki zakazu. Jest tu bardzo dużo wiadomości, które przydadzą się przy tłumaczeniu dzieciom, czego na drodze robić nie wolno: Artur Nowicki nie zapomina nawet o takich przestrogach jak wychodzenie z samochodu dopiero po zezwoleniu ze strony kierowcy (to w przypadku impulsywnych dzieci bardzo ważne). Maluchy dowiedzą się, dlaczego po zmroku ważne są odblaski – i że nawet domowi pupile mogą takie mieć dla własnego bezpieczeństwa.
Te strony, które już są kolorowe, zawierają wiadomości i podpowiedzi – przeważnie jako komentarze na marginesach, żeby nie przytłoczyć odbiorców nadmiarem tekstu. Kolorowe strony służą do oglądania i chłonięcia wiedzy. Z kolei tam, gdzie w grę wchodzą kolorowanki – elementy do pokolorowania – to dziecko musi się wykazać uzyskanymi wiadomościami, a czasami coś przemyśleć lub zapamiętać. Do tego dochodzą klasyczne łamigłówki i ćwiczenia małej motoryki, dzięki którym dzieci mogą wyżyć się artystycznie, ale też zastanowić się nad bezpieczeństwem na drodze. To świetny pomysł – wszyscy kochają kolorowanki, a tutaj trzeba często pomyśleć nad doborem kolorów, żeby (na przykład) wydobyć z mgły pieszego i zapewnić mu dzięki temu bezpieczeństwo. Strony są kolorowe – albo kolorowe będą i to sprawi, że najmłodsi z chęcią przystąpią do lektury i do wypełniania poleceń.
To książeczka, która na długo wystarczy dzieciom – nie da się jej przeczytać jednym tchem, tu warto zastanowić się nad każdym znakiem drogowym i nad każdym zadaniem, wszystko to doprowadzi do refleksyjnej i długiej – ale przez to wcale nie mniej ekscytującej – lektury. Jest to tomik dla najmłodszych, ale nie tylko tych zainteresowanych pojazdami czy nie tylko dla fanów cyklu o Maluchu – te wiadomości powinni poznać wszyscy bez wyjątku, i to na jak najwcześniejszym etapie życia. Chodzi przecież o zadbanie o siebie i o innych na drogach. Im wcześniej zacznie się taką edukację, tym lepiej – Artur Nowicki pomoże wychować nie tylko świadomych kierowców, ale też świadomych pasażerów lub pieszych. Jest to książka dobrze wymyślona i starannie przygotowana, o czym przekonają się rodzice, którym dzieci będą mogły objaśniać znaczenie kolejnych znaków dostrzeżonych podczas jazdy. A jeśli komuś przypadnie do gustu ta książka, może wrócić do fabularyzowanych przygód Malucha w Naszej Księgarni - tam spotka rezolutnego bohatera w wersji przedszkolnej.
wtorek, 25 sierpnia 2026
Katherine Eban: Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków
Czarne, Wołowiec 2026.
Zdrowie
To jest tak, że każdy chciałby jak najmniej pieniędzy zostawiać w aptekach – i często farmaceuci są pytani o tańsze zamienniki przepisywanych przez lekarzy medykamentów. Ale, jak się okazuje, ta droga może być pułapką, bo taniość to nie zawsze gwarancja odpowiednio dobranego składu czy zachowywania procedur. Fabryki w Indiach produkują lekarstwa i nie przejmują się ich nieskutecznością lub wręcz zagrożeniami płynącymi z ich stosowania, a do tego są w stanie omijać wszelkiego rodzaju wytyczne czy regulaminy. Fałszowanie składu leków to jedno, nieprzestrzeganie zasad przygotowywania drugie – a kombinacje prawne i oszustwa czy fałszowanie dokumentacji – trzecie. Jeśli ma się to na uwadze, trochę mniej atrakcyjne wydają się tańsze zamienniki leków. Zwłaszcza że owe zamienniki czasami trafiają na rynki choćby w Stanach Zjednoczonych – i mogą doprowadzić do wielkiej katastrofy – w najczarniejszym scenariuszu do śmierci pacjentów ufnych w dzisiejszą medycynę.
I książka „Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków” to właśnie uważna analiza nadużyć popełnianych na rynku lekarstw. Katherine Eban przeprowadza wręcz dziennikarskie śledztwo – albo dzieli się informacjami dotyczącymi największych skandali w dziedzinie tańszych zamienników leków. Przedstawia odkrycia, które mogą wstrząsnąć czytelnikami – przede wszystkim przypomina, że zamiennik może nie przynieść oczekiwanych rezultatów z najróżniejszych powodów, od nieodpowiedniego składnika, przez niewłaściwe metody przygotowywania leku, aż po kompletnie zarzucone elementy przepisu. Tworzenie leków to wyścig do wielkich pieniędzy – w przypadku zamienników to wyścig do wielkich pieniędzy – pozostałości po wielkich koncernach. I autorka wyjaśnia między innymi, jakie regulacje pozwalają na zarabianiu na tańszych zamiennikach, w momencie gdy liczy się konkurencyjna cena. W pewnym momencie Katherine Eban zaczyna przechodzić do ludzi – tropi tych, których decyzje przyczyniały się do kolejnych nadużyć, naświetla ich reakcje w obliczu zagrożenia oraz ich postawy wobec wiadomości o śmierci pacjentów korzystających z oferty ich firmy. Konflikt pojawia się tu wyraźnie, a oskarżenia wydają się jednoznaczne – ludzie, którzy korzystają z tańszych zamienników leków, często nie byliby w stanie zapłacić pełnej kwoty za oryginalny lek – zamienniki to ich jedyna nadzieja na wyzdrowienie. W grę wchodzi też czynnik środowiskowy – miejsce zamieszkania czasami warunkuje dostęp do różnych wersji leków. Tymczasem dla firm produkujących takie medykamenty zdrowie ani życie anonimowych pacjentów nie ma żadnego znaczenia, więc koncentrują się jedynie na zarobku. „Gorzkie pigułki” to właśnie ta smutna prawda: życie jednostki nie liczy się w kontekście „dobra” firmy. Katherine Eban przygotowuje czytelników na wielkie i smutne niespodzianki w obliczu choroby – i pokazuje, skąd się one biorą.
Jest to książka niby utrzymana w tonie sensacji – przynajmniej pod kątem doboru tematów. Ale jeśli chodzi o narrację i dobór wiadomości – to autorka postawiła na rzetelność i szczegółowość. Oczywiście fabularyzuje pewne kwestie, tak, żeby czytelnikom przyjemniej śledziło się informacje, ale nie musiałaby tego robić: pisze dobrze i jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelników dzięki samemu głównemu zagadnieniu. To odpowiedź na społeczne lęki i na niewyjaśnione często zjawiska, istotne z perspektywy pacjentów. Jest to obszerna książka, ale lektura nie należy do nudnych, wręcz przeciwnie – rzadko zdarza się na rynku literatury faktu tom aż tak frapujący.
Zdrowie
To jest tak, że każdy chciałby jak najmniej pieniędzy zostawiać w aptekach – i często farmaceuci są pytani o tańsze zamienniki przepisywanych przez lekarzy medykamentów. Ale, jak się okazuje, ta droga może być pułapką, bo taniość to nie zawsze gwarancja odpowiednio dobranego składu czy zachowywania procedur. Fabryki w Indiach produkują lekarstwa i nie przejmują się ich nieskutecznością lub wręcz zagrożeniami płynącymi z ich stosowania, a do tego są w stanie omijać wszelkiego rodzaju wytyczne czy regulaminy. Fałszowanie składu leków to jedno, nieprzestrzeganie zasad przygotowywania drugie – a kombinacje prawne i oszustwa czy fałszowanie dokumentacji – trzecie. Jeśli ma się to na uwadze, trochę mniej atrakcyjne wydają się tańsze zamienniki leków. Zwłaszcza że owe zamienniki czasami trafiają na rynki choćby w Stanach Zjednoczonych – i mogą doprowadzić do wielkiej katastrofy – w najczarniejszym scenariuszu do śmierci pacjentów ufnych w dzisiejszą medycynę.
I książka „Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków” to właśnie uważna analiza nadużyć popełnianych na rynku lekarstw. Katherine Eban przeprowadza wręcz dziennikarskie śledztwo – albo dzieli się informacjami dotyczącymi największych skandali w dziedzinie tańszych zamienników leków. Przedstawia odkrycia, które mogą wstrząsnąć czytelnikami – przede wszystkim przypomina, że zamiennik może nie przynieść oczekiwanych rezultatów z najróżniejszych powodów, od nieodpowiedniego składnika, przez niewłaściwe metody przygotowywania leku, aż po kompletnie zarzucone elementy przepisu. Tworzenie leków to wyścig do wielkich pieniędzy – w przypadku zamienników to wyścig do wielkich pieniędzy – pozostałości po wielkich koncernach. I autorka wyjaśnia między innymi, jakie regulacje pozwalają na zarabianiu na tańszych zamiennikach, w momencie gdy liczy się konkurencyjna cena. W pewnym momencie Katherine Eban zaczyna przechodzić do ludzi – tropi tych, których decyzje przyczyniały się do kolejnych nadużyć, naświetla ich reakcje w obliczu zagrożenia oraz ich postawy wobec wiadomości o śmierci pacjentów korzystających z oferty ich firmy. Konflikt pojawia się tu wyraźnie, a oskarżenia wydają się jednoznaczne – ludzie, którzy korzystają z tańszych zamienników leków, często nie byliby w stanie zapłacić pełnej kwoty za oryginalny lek – zamienniki to ich jedyna nadzieja na wyzdrowienie. W grę wchodzi też czynnik środowiskowy – miejsce zamieszkania czasami warunkuje dostęp do różnych wersji leków. Tymczasem dla firm produkujących takie medykamenty zdrowie ani życie anonimowych pacjentów nie ma żadnego znaczenia, więc koncentrują się jedynie na zarobku. „Gorzkie pigułki” to właśnie ta smutna prawda: życie jednostki nie liczy się w kontekście „dobra” firmy. Katherine Eban przygotowuje czytelników na wielkie i smutne niespodzianki w obliczu choroby – i pokazuje, skąd się one biorą.
Jest to książka niby utrzymana w tonie sensacji – przynajmniej pod kątem doboru tematów. Ale jeśli chodzi o narrację i dobór wiadomości – to autorka postawiła na rzetelność i szczegółowość. Oczywiście fabularyzuje pewne kwestie, tak, żeby czytelnikom przyjemniej śledziło się informacje, ale nie musiałaby tego robić: pisze dobrze i jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelników dzięki samemu głównemu zagadnieniu. To odpowiedź na społeczne lęki i na niewyjaśnione często zjawiska, istotne z perspektywy pacjentów. Jest to obszerna książka, ale lektura nie należy do nudnych, wręcz przeciwnie – rzadko zdarza się na rynku literatury faktu tom aż tak frapujący.
poniedziałek, 24 sierpnia 2026
Sherri Duskey Rinker, Ag Ford: Na placu budowy... wóz pożarowy!
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Pożar!
W serii usypianek dla najmłodszych fanów ciężkiego sprzętu budowlanego pojawia się kolejny motyw, a co za tym idzie – otwarcie cyklu na pojazdy spoza szóstki przyjaciół. Tym razem nocą wybucha pożar – i trzeba zrobić miejsce dla najważniejszego samochodu, ogromnego wozu strażackiego. Tylko on może teraz pomóc – ale nie oznacza to, że Brumka i jej przyjaciele będą bezradni czy bez zajęcia – każdy z wielkich sprzętów może zająć się innymi sposobami radzenia sobie z pożarem. Znowu współpraca i wzajemne wsparcie to droga do sukcesu. Dodatkowo ważne jest to, że po wszystkim trzeba jeszcze posprzątać – a tu już bohaterowie cyklu doskonale wiedzą, jak działać. Nie tylko wóz strażacki wystąpi na kartach tej rymowanki, będzie tu jeszcze kilka innych ciekawych z perspektywy dzieci maszyn. Najmłodsi dowiedzą się, jak wygląda akcja gaśnicza, co się dzieje, kiedy pożar wybuchnie na większych wysokościach i czy w trakcie gaszenia pożaru może wyczerpać się woda. Co prawda na końcu tomiku pojawia się informacja, że tylko w bajce pożary gaszą samochody, w rzeczywistości to praca strażaków – ale liczy się efekt, a ten może być piorunujący dla najmłodszych. Wszystkie dzieci z pewnością z zapartym tchem będą oglądać przygody wozu strażackiego i kibicować mu w działaniach.
Pierwsza opowieść o pojazdach z placu budowy była drogą do snu dla wielkich maszyn. W tomiku „Na placu budowy… wóz pożarowy!” trudno mówić o wyciszeniu – najpierw trzeba rozpalić emocje, żeby później doprowadzić do tego, z czego cykl słynie, czyli do uspokojenia maluchów i przygotowania ich na sen. Tym razem noc przychodzi szybciej (zresztą najbardziej dynamiczna akcja to też noc, w dzień trwa porządkowanie miejsca i minimalizowanie strat). Ale ten skrót nie ma większego znaczenia – dla dzieci będzie najważniejsze to, co dzieje się w trakcie pożaru. Sherri Duskey Rinker i Ag Ford dbają o to, żeby pokazać najmłodszym jak najwięcej tematów związanych z wyposażeniem wozów strażackich. Joanna Wajs – jak zawsze – bardzo dobrze tłumaczy rymowankę, zdaje sobie sprawę z roli sylabotoniku i nie boi się sygnalizować silnych emocji w tekście. Seria picture booków pełni jednocześnie rolę edukacyjną i rozrywkową i nie inaczej jest i tym razem. Wóz strażacki świetnie wkomponowuje się w prezentację wielkich maszyn – nawet jeśli niczego nie buduje, to dzięki niemu można spać spokojnie. Dla dzieci przygotowane zostały jeszcze wskazówki na wypadek pożaru – tak, żeby lektura nie wiązała się ze stresem, a żeby przyniosła coś pożytecznego i wartościowego dla kilkulatków. Tutaj rozwija się też słownictwo i uczy zasad życia w grupie.
„Na placu budowy… wóz pożarowy” to książka, która nie rozczarowuje. W nocy pożar wygląda bardziej widowiskowo i znajduje to odzwierciedlenie w obrazkach – tę publikację przyjemnie się będzie najmłodszym oglądać. Najczęściej wybierany tryb lektury w tym wypadku to czytanie dzieciom przez rodziców przed snem – i do tego została ta pozycja przygotowana najlepiej jak się da. Jest z pewnością spora grupa dzieci, które na kolejne przygody pojazdów z placu budowy czekają z niecierpliwością – a tu widać wyraźnie, że znajdzie się pomysł i na następne tomiki.
Pożar!
W serii usypianek dla najmłodszych fanów ciężkiego sprzętu budowlanego pojawia się kolejny motyw, a co za tym idzie – otwarcie cyklu na pojazdy spoza szóstki przyjaciół. Tym razem nocą wybucha pożar – i trzeba zrobić miejsce dla najważniejszego samochodu, ogromnego wozu strażackiego. Tylko on może teraz pomóc – ale nie oznacza to, że Brumka i jej przyjaciele będą bezradni czy bez zajęcia – każdy z wielkich sprzętów może zająć się innymi sposobami radzenia sobie z pożarem. Znowu współpraca i wzajemne wsparcie to droga do sukcesu. Dodatkowo ważne jest to, że po wszystkim trzeba jeszcze posprzątać – a tu już bohaterowie cyklu doskonale wiedzą, jak działać. Nie tylko wóz strażacki wystąpi na kartach tej rymowanki, będzie tu jeszcze kilka innych ciekawych z perspektywy dzieci maszyn. Najmłodsi dowiedzą się, jak wygląda akcja gaśnicza, co się dzieje, kiedy pożar wybuchnie na większych wysokościach i czy w trakcie gaszenia pożaru może wyczerpać się woda. Co prawda na końcu tomiku pojawia się informacja, że tylko w bajce pożary gaszą samochody, w rzeczywistości to praca strażaków – ale liczy się efekt, a ten może być piorunujący dla najmłodszych. Wszystkie dzieci z pewnością z zapartym tchem będą oglądać przygody wozu strażackiego i kibicować mu w działaniach.
Pierwsza opowieść o pojazdach z placu budowy była drogą do snu dla wielkich maszyn. W tomiku „Na placu budowy… wóz pożarowy!” trudno mówić o wyciszeniu – najpierw trzeba rozpalić emocje, żeby później doprowadzić do tego, z czego cykl słynie, czyli do uspokojenia maluchów i przygotowania ich na sen. Tym razem noc przychodzi szybciej (zresztą najbardziej dynamiczna akcja to też noc, w dzień trwa porządkowanie miejsca i minimalizowanie strat). Ale ten skrót nie ma większego znaczenia – dla dzieci będzie najważniejsze to, co dzieje się w trakcie pożaru. Sherri Duskey Rinker i Ag Ford dbają o to, żeby pokazać najmłodszym jak najwięcej tematów związanych z wyposażeniem wozów strażackich. Joanna Wajs – jak zawsze – bardzo dobrze tłumaczy rymowankę, zdaje sobie sprawę z roli sylabotoniku i nie boi się sygnalizować silnych emocji w tekście. Seria picture booków pełni jednocześnie rolę edukacyjną i rozrywkową i nie inaczej jest i tym razem. Wóz strażacki świetnie wkomponowuje się w prezentację wielkich maszyn – nawet jeśli niczego nie buduje, to dzięki niemu można spać spokojnie. Dla dzieci przygotowane zostały jeszcze wskazówki na wypadek pożaru – tak, żeby lektura nie wiązała się ze stresem, a żeby przyniosła coś pożytecznego i wartościowego dla kilkulatków. Tutaj rozwija się też słownictwo i uczy zasad życia w grupie.
„Na placu budowy… wóz pożarowy” to książka, która nie rozczarowuje. W nocy pożar wygląda bardziej widowiskowo i znajduje to odzwierciedlenie w obrazkach – tę publikację przyjemnie się będzie najmłodszym oglądać. Najczęściej wybierany tryb lektury w tym wypadku to czytanie dzieciom przez rodziców przed snem – i do tego została ta pozycja przygotowana najlepiej jak się da. Jest z pewnością spora grupa dzieci, które na kolejne przygody pojazdów z placu budowy czekają z niecierpliwością – a tu widać wyraźnie, że znajdzie się pomysł i na następne tomiki.
niedziela, 23 sierpnia 2026
Krystyna Mirek: Sekretna miłość
Luna, Warszawa 2026.
Zależności
Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.
Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.
Zależności
Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.
Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.
sobota, 22 sierpnia 2026
Aneta Pawłowska-Krać: Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD
Czarne, Wołowiec 2026.
Skupienie
Wszyscy, którzy krzyczą, że ADHD nie istnieje, że to moda i wymysł dzisiejszych psychologów, mogą zweryfikować swoje poglądy, sięgając po książkę Anety Pawłowskiej-Krać „Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD”. To zestaw reportaży i rozmów, które autorka przeprowadziła dla lepszego zrozumienia tematu – i teraz prezentuje szerokiej publiczności, żeby uświadomić, że to nie moda a rosnąca świadomość sprawia, że obecnie u wielu dorosłych diagnozuje się taką dysfunkcję. ADHD jest rodzajem neuroatypowości, w tej książce często splata się z autyzmem (chociaż Pawłowska-Krać nie zajmuje się szczegółowymi rozróżnieniami). I przybiera naprawdę różne oblicza.
Rytm tej książki wydaje się sensowny, żeby nie zaburzać czytelnikom odbioru: autorka najpierw przedstawia nowego bohatera – kogoś, kto w dorosłym życiu mierzy się z ADHD, uzyskał diagnozę i musiał podporządkować swoje życie „inności”, żeby funkcjonować w rzeczywistości. W tych bohaterach oczywiście mogą kumulować się cechy różnych ludzi, ale Pawłowska-Krać bardziej liczy na indywidualności, które da się rozszerzyć – niż na modelowe zachowania. I dlatego przyciągnie czytelników możliwością podglądania zwykłych ludzi w ich codziennych perypetiach. Żeby zrozumieć, co działo się w ich domach, przedstawia rozdział później wybrany aspekt ADHD i badań nad nim z perspektywy specjalistów. To okazja do udzielania bardziej konkretnych wyjaśnień i do naświetlania kolejnych symptomów. Dzięki temu przesadne teoretyzowanie nie odbiera przyjemności czytania, a książka pełni też funkcję edukacyjną – przynosi czytelnikom wartościowe informacje. Jeśli czytelnicy uważali, że ADHD to tylko przeszkoda w funkcjonowaniu w mało wyrozumiałym świecie, dzięki temu tomowi przekonają się, że mogli się bardzo mylić. Autorka celowo sięga po życiorysy skrajne i różne – pojawi się tu między innymi mężczyzna, który z ADHD uczynił atut w pracy i osiągnął znacznie więcej niż przeciętni. Ale są tu też bohaterowie, którzy bez pomocy bliskich nie mogliby radzić sobie z najprostszymi sprawami. Opowieści prywatne – te o ludziach z ADHD – to też rejestr zachowań, które można podejrzeć jako przepis na ratunek. Jedni otaczają się przypominajkami i terminarzami, inni szukają diagnoz (i często błądzą), jeszcze inni nie są w stanie posprzątać swojego otoczenia, a kolejni fascynują, gdy są w towarzystwie, ale we własnym domu nie są w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. ADHD to nie tylko nieumiejętność skupienia się czy zorganizowania wizyt u lekarza – to także regenerująca drzemka w ciągu dnia albo poczucie niewystarczalności. Autorce zależało w tej książce na naświetleniu jak największego spektrum zjawiska, które budzi ciekawość albo sprzeciw czytelników – jest tu niestrudzona w poszukiwaniu kolejnych przejawów neuroatypowości. Przyciągnie czytelników między innymi umiejętnym analizowaniem sytuacji, prowadzeniem wartościowych obserwacji, kiedy ma do czynienia z nowymi znajomymi borykającymi się z czyimś ADHD na co dzień. Dba o to, żeby nie piętnować, a pokazywać odmienność – bez oceniania. „Milion myśli naraz” to bardzo atrakcyjna publikacja – z pewnością spotka się z uznaniem na rynku i może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców, nie tylko do tych, którzy spotkali się z diagnozą ADHD u siebie lub kogoś bliskiego, ale też do tych, którzy chcą zgłębiać „fenomen” albo wyrobić sobie własne zdanie na temat „mody”. Po lekturze z pewnością będą bardziej ostrożni w swoich sądach.
Skupienie
Wszyscy, którzy krzyczą, że ADHD nie istnieje, że to moda i wymysł dzisiejszych psychologów, mogą zweryfikować swoje poglądy, sięgając po książkę Anety Pawłowskiej-Krać „Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD”. To zestaw reportaży i rozmów, które autorka przeprowadziła dla lepszego zrozumienia tematu – i teraz prezentuje szerokiej publiczności, żeby uświadomić, że to nie moda a rosnąca świadomość sprawia, że obecnie u wielu dorosłych diagnozuje się taką dysfunkcję. ADHD jest rodzajem neuroatypowości, w tej książce często splata się z autyzmem (chociaż Pawłowska-Krać nie zajmuje się szczegółowymi rozróżnieniami). I przybiera naprawdę różne oblicza.
Rytm tej książki wydaje się sensowny, żeby nie zaburzać czytelnikom odbioru: autorka najpierw przedstawia nowego bohatera – kogoś, kto w dorosłym życiu mierzy się z ADHD, uzyskał diagnozę i musiał podporządkować swoje życie „inności”, żeby funkcjonować w rzeczywistości. W tych bohaterach oczywiście mogą kumulować się cechy różnych ludzi, ale Pawłowska-Krać bardziej liczy na indywidualności, które da się rozszerzyć – niż na modelowe zachowania. I dlatego przyciągnie czytelników możliwością podglądania zwykłych ludzi w ich codziennych perypetiach. Żeby zrozumieć, co działo się w ich domach, przedstawia rozdział później wybrany aspekt ADHD i badań nad nim z perspektywy specjalistów. To okazja do udzielania bardziej konkretnych wyjaśnień i do naświetlania kolejnych symptomów. Dzięki temu przesadne teoretyzowanie nie odbiera przyjemności czytania, a książka pełni też funkcję edukacyjną – przynosi czytelnikom wartościowe informacje. Jeśli czytelnicy uważali, że ADHD to tylko przeszkoda w funkcjonowaniu w mało wyrozumiałym świecie, dzięki temu tomowi przekonają się, że mogli się bardzo mylić. Autorka celowo sięga po życiorysy skrajne i różne – pojawi się tu między innymi mężczyzna, który z ADHD uczynił atut w pracy i osiągnął znacznie więcej niż przeciętni. Ale są tu też bohaterowie, którzy bez pomocy bliskich nie mogliby radzić sobie z najprostszymi sprawami. Opowieści prywatne – te o ludziach z ADHD – to też rejestr zachowań, które można podejrzeć jako przepis na ratunek. Jedni otaczają się przypominajkami i terminarzami, inni szukają diagnoz (i często błądzą), jeszcze inni nie są w stanie posprzątać swojego otoczenia, a kolejni fascynują, gdy są w towarzystwie, ale we własnym domu nie są w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. ADHD to nie tylko nieumiejętność skupienia się czy zorganizowania wizyt u lekarza – to także regenerująca drzemka w ciągu dnia albo poczucie niewystarczalności. Autorce zależało w tej książce na naświetleniu jak największego spektrum zjawiska, które budzi ciekawość albo sprzeciw czytelników – jest tu niestrudzona w poszukiwaniu kolejnych przejawów neuroatypowości. Przyciągnie czytelników między innymi umiejętnym analizowaniem sytuacji, prowadzeniem wartościowych obserwacji, kiedy ma do czynienia z nowymi znajomymi borykającymi się z czyimś ADHD na co dzień. Dba o to, żeby nie piętnować, a pokazywać odmienność – bez oceniania. „Milion myśli naraz” to bardzo atrakcyjna publikacja – z pewnością spotka się z uznaniem na rynku i może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców, nie tylko do tych, którzy spotkali się z diagnozą ADHD u siebie lub kogoś bliskiego, ale też do tych, którzy chcą zgłębiać „fenomen” albo wyrobić sobie własne zdanie na temat „mody”. Po lekturze z pewnością będą bardziej ostrożni w swoich sądach.
piątek, 21 sierpnia 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Srebrny wąż
Kropka, Warszawa 2026.
Muzeum
Po raz ostatni Agata Szajba wkracza do akcji – pojawia się bowiem coraz więcej problemów spoza śledztw kryminalnych – problemów, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Najbardziej rozłożysta zagadka, czyli kwestia śmierci mamy Agaty, zyska tu zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie, ale z końcem powieści nie skończy się zestaw niespodzianek dla odbiorców. „Agata Szajba. Srebrny wąż” to książka, w której można zrobić wszystko.
Bohaterka do tej pory zawsze podejmowała się spraw beznadziejnych i działała, dopóki ktoś nie uciszył jej w sposób mocno ryzykowny jak na literaturę dla dzieci – i nie inaczej będzie tutaj, to znaczy: Agata rusza do akcji na przekór wszystkim ostrzeżeniom. Sama dąży do uzyskania kolejnego wyzwania z Gildii, bo uważa, że jej talent marnuje się z daleka od śledztw. Ma trochę racji, jest wyjątkowo utalentowana w szyfrach, co oznacza, że odbiorcy niekoniecznie będą mogli razem z nią rozwiązywać kolejne zadania. Agata kocha szyfry, łamigłówki i niebezpieczeństwa. Jest inteligentna i utalentowana – ale niezbyt dobrym rozwiązaniem z perspektywy odbiorców będzie fakt, że dziewczyna cały czas opuszcza lekcje. Ucieka ze szkoły i jest bardzo kreatywna w wagarowaniu – to jeden z tematów, w którym Lena Jones nie ma dobrego wyjścia.
Ale pomoc Agaty wydaje się tym razem niezbędna: zaginęła jedna z pracownic muzeum. Nie ma po niej śladu, nikt nie wie, gdzie jej szukać – ani co się stało. A do tego przyjaciółka Agaty przekonuje się, że na jednym z najsłynniejszych obrazów w muzeum, widnieje widoczna tylko pod promieniami UV litera. To kolejny sygnał, że dzieje się coś dziwnego. I może Agata nie zaangażowałaby się tak mocno w akcję, gdyby nie fakt, że tropy ponownie prowadzą do jej mamy. A to przestrzeń na dowiedzenie się czegoś nowego w temacie, który dziewczynę zawsze bardzo mocno porusza.
Śledztwo w sprawach muzealnych to zagadka kryminalna, ale Lena Jones nie zrezygnuje też z kwestii osobistych: Agata do tej pory mogła się przekonać, na czym polega prawdziwa przyjaźń i – jak radzić sobie z nieuczciwymi zwierzchnikami w Gildii. Teraz jednak przeżywa pierwsze prawdziwe zauroczenie: pojawia się na horyzoncie ktoś, kto odbiera świat tak samo jak ona, rozumie ją we wszystkich dziwactwach i pcha do przodu każde śledztwo. Agata nie ma czasu na miłość – ale przyjemnie jest spędzać czas z kimś, kto tak dobrze ją rozumie. „Srebrny wąż” to zatem książka, która ma przywoływać różne aspekty codzienności bohaterki, która zajmuje się pracą detektywistyczną w wersji najtrudniejszej.
Codzienność Agaty to ciągłe wyzwania i podejmowanie ryzyka na przekór wszystkiemu. Dziewczyna wie, że jeśli samodzielnie nie zdobędzie potrzebnych informacji, nikt jej w tym nie pomoże – w związku z tym często zachowuje się niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem, co świetnie robi fabule, za to niekoniecznie – samemu charakterowi. Lena Jones sięga jednak po gatunek, który na rynku literatury czwartej bardzo dobrze się sprawdza i ma wielu fanów – i realizuje go w wersji mocno rozrywkowej.
Muzeum
Po raz ostatni Agata Szajba wkracza do akcji – pojawia się bowiem coraz więcej problemów spoza śledztw kryminalnych – problemów, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Najbardziej rozłożysta zagadka, czyli kwestia śmierci mamy Agaty, zyska tu zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie, ale z końcem powieści nie skończy się zestaw niespodzianek dla odbiorców. „Agata Szajba. Srebrny wąż” to książka, w której można zrobić wszystko.
Bohaterka do tej pory zawsze podejmowała się spraw beznadziejnych i działała, dopóki ktoś nie uciszył jej w sposób mocno ryzykowny jak na literaturę dla dzieci – i nie inaczej będzie tutaj, to znaczy: Agata rusza do akcji na przekór wszystkim ostrzeżeniom. Sama dąży do uzyskania kolejnego wyzwania z Gildii, bo uważa, że jej talent marnuje się z daleka od śledztw. Ma trochę racji, jest wyjątkowo utalentowana w szyfrach, co oznacza, że odbiorcy niekoniecznie będą mogli razem z nią rozwiązywać kolejne zadania. Agata kocha szyfry, łamigłówki i niebezpieczeństwa. Jest inteligentna i utalentowana – ale niezbyt dobrym rozwiązaniem z perspektywy odbiorców będzie fakt, że dziewczyna cały czas opuszcza lekcje. Ucieka ze szkoły i jest bardzo kreatywna w wagarowaniu – to jeden z tematów, w którym Lena Jones nie ma dobrego wyjścia.
Ale pomoc Agaty wydaje się tym razem niezbędna: zaginęła jedna z pracownic muzeum. Nie ma po niej śladu, nikt nie wie, gdzie jej szukać – ani co się stało. A do tego przyjaciółka Agaty przekonuje się, że na jednym z najsłynniejszych obrazów w muzeum, widnieje widoczna tylko pod promieniami UV litera. To kolejny sygnał, że dzieje się coś dziwnego. I może Agata nie zaangażowałaby się tak mocno w akcję, gdyby nie fakt, że tropy ponownie prowadzą do jej mamy. A to przestrzeń na dowiedzenie się czegoś nowego w temacie, który dziewczynę zawsze bardzo mocno porusza.
Śledztwo w sprawach muzealnych to zagadka kryminalna, ale Lena Jones nie zrezygnuje też z kwestii osobistych: Agata do tej pory mogła się przekonać, na czym polega prawdziwa przyjaźń i – jak radzić sobie z nieuczciwymi zwierzchnikami w Gildii. Teraz jednak przeżywa pierwsze prawdziwe zauroczenie: pojawia się na horyzoncie ktoś, kto odbiera świat tak samo jak ona, rozumie ją we wszystkich dziwactwach i pcha do przodu każde śledztwo. Agata nie ma czasu na miłość – ale przyjemnie jest spędzać czas z kimś, kto tak dobrze ją rozumie. „Srebrny wąż” to zatem książka, która ma przywoływać różne aspekty codzienności bohaterki, która zajmuje się pracą detektywistyczną w wersji najtrudniejszej.
Codzienność Agaty to ciągłe wyzwania i podejmowanie ryzyka na przekór wszystkiemu. Dziewczyna wie, że jeśli samodzielnie nie zdobędzie potrzebnych informacji, nikt jej w tym nie pomoże – w związku z tym często zachowuje się niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem, co świetnie robi fabule, za to niekoniecznie – samemu charakterowi. Lena Jones sięga jednak po gatunek, który na rynku literatury czwartej bardzo dobrze się sprawdza i ma wielu fanów – i realizuje go w wersji mocno rozrywkowej.
czwartek, 20 sierpnia 2026
Błażej Ciarkowski: Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u
Czarne, Wołowiec 2026.
Odpoczynek
Z fascynacji klimatami retro, nostalgii za PRL-em, mody, a może jeszcze z innych powodów mogą odbiorcy sięgać po książkę „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”. Błażej Ciarkowski zajmuje się tu możliwościami wypoczynku, jakie mieli – dzięki ówczesnej polityce i zakładom pracy – zwykli ludzie. Przynajmniej w pięknych i wzniosłych teoriach. Bo tak naprawdę książka „Remontownia ciał i dusz” to publikacja o rozdwojonej narracji. Jeden tor stanowią plany – ideały i oczekiwania, potrzeby i działania ludzi na szczycie – po to, żeby pokazać masom, jak bardzo się o nie dba. Żeby stłumić ewentualne narzekania. Żeby wzmocnić produktywność. Żeby trochę animować ruch turystyczny. Plany należą zawsze do ambitnych i zbyt pięknych, żeby mogły się ziścić. Drugi tor w narracji zapewniają prawdziwe doświadczenia, realizacja tego, co na papierze wyglądało idealnie. Kombinowanie, skargi, niezadowolenie lub pesymizm ludzi, którzy z atrakcji wczasowych korzystali.
I Błażej Ciarkowski przechodzi przez kolejne poziomy wtajemniczenia w kwestie domów wczasowych i sanatoriów – od pytania, komu przysługiwały w nich miejsca, kto mógł otrzymać szansę na wypoczynek lub miejsce na turnusie, a kto korzystał, chociaż niekoniecznie powinien. Już na tym etapie widać wyraźnie, że ludzie nie zrezygnują ze zdobywania dla siebie jak najwięcej – wykorzystają każdą sytuację, żeby tylko wyjść przed szereg i zapewnić sobie rozrywkę. Z kolei ci faktycznie potrzebujący odpoczynku, zwłaszcza takiego, jaki oferowały zakłady pracy, nie wierzyli w swoje prawo do wczasów – i, co za tym idzie, nie umieli o to zawalczyć. W „Remontowni” to rozdwojenie nie kończy się na wstępnych rozdziałach – autor przeprowadza czytelników przez kolejne zestawienia, między innymi kuchnię, organizowane na miejscu rozrywki czy instytucję kaowca. Bezlitośnie punktuje problemy płynące z niewiedzy: kiedy to chorzy trafiali do nieodpowiednich dla swoich problemów zdrowotnych miejsc – ze względu na brak świadomości tych, którzy przydzielali skierowania. Jest tu opowieść o architekturze i o rozwiązaniach lokalowych, o rozrywkach na miejscu i o zmianach, jakie zachodziły w miejscowościach uzdrowiskowych. I w tym wszystkim autorowi nie zabraknie goryczy – zwłaszcza kiedy przedstawia ludzi rozczarowanych albo oszukanych, tych, którzy nie mogli korzystać z atrakcji obmyślonych specjalnie dla nich. Do tego dochodzi zestaw fotografii podkreślających dzisiejszy upadek dawnych tętniących życiem ośrodków. Ciarkowski stara się pokazać całą kulturę funkcjonowania w ośrodkach wczasowych, dba o to, żeby nie przeoczyć żadnego detalu – proponuje czytelnikom przypomnienie zjawisk, które odeszły już do lamusa. Co ciekawe, czytelnicy ze starszych pokoleń, ci, którzy mogli jeszcze zaznać życia uzdrowiskowego, mogą mieć inne zdanie na tematy, w których Ciarkowski przedstawia własne opinie – dla młodszych i tak prezentowane zjawiska będą egzotyczne i niezrozumiałe. Autor chce, żeby czytelnicy mogli angażować się w opisywaną rzeczywistość – i dlatego czasami wprowadza konkretnych bohaterów, zwłaszcza – z nizin społecznych – żeby uniknąć suchego tonu. Nie będzie jednak przesadnie fabularyzować, żeby nie przyćmić w ten sposób niezbędnych wiadomości. Przygląda się zasadzie istnienia domów wczasowych i uzdrowisk – od momentu ich wymyślenia po (smutny) koniec.
Odpoczynek
Z fascynacji klimatami retro, nostalgii za PRL-em, mody, a może jeszcze z innych powodów mogą odbiorcy sięgać po książkę „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”. Błażej Ciarkowski zajmuje się tu możliwościami wypoczynku, jakie mieli – dzięki ówczesnej polityce i zakładom pracy – zwykli ludzie. Przynajmniej w pięknych i wzniosłych teoriach. Bo tak naprawdę książka „Remontownia ciał i dusz” to publikacja o rozdwojonej narracji. Jeden tor stanowią plany – ideały i oczekiwania, potrzeby i działania ludzi na szczycie – po to, żeby pokazać masom, jak bardzo się o nie dba. Żeby stłumić ewentualne narzekania. Żeby wzmocnić produktywność. Żeby trochę animować ruch turystyczny. Plany należą zawsze do ambitnych i zbyt pięknych, żeby mogły się ziścić. Drugi tor w narracji zapewniają prawdziwe doświadczenia, realizacja tego, co na papierze wyglądało idealnie. Kombinowanie, skargi, niezadowolenie lub pesymizm ludzi, którzy z atrakcji wczasowych korzystali.
I Błażej Ciarkowski przechodzi przez kolejne poziomy wtajemniczenia w kwestie domów wczasowych i sanatoriów – od pytania, komu przysługiwały w nich miejsca, kto mógł otrzymać szansę na wypoczynek lub miejsce na turnusie, a kto korzystał, chociaż niekoniecznie powinien. Już na tym etapie widać wyraźnie, że ludzie nie zrezygnują ze zdobywania dla siebie jak najwięcej – wykorzystają każdą sytuację, żeby tylko wyjść przed szereg i zapewnić sobie rozrywkę. Z kolei ci faktycznie potrzebujący odpoczynku, zwłaszcza takiego, jaki oferowały zakłady pracy, nie wierzyli w swoje prawo do wczasów – i, co za tym idzie, nie umieli o to zawalczyć. W „Remontowni” to rozdwojenie nie kończy się na wstępnych rozdziałach – autor przeprowadza czytelników przez kolejne zestawienia, między innymi kuchnię, organizowane na miejscu rozrywki czy instytucję kaowca. Bezlitośnie punktuje problemy płynące z niewiedzy: kiedy to chorzy trafiali do nieodpowiednich dla swoich problemów zdrowotnych miejsc – ze względu na brak świadomości tych, którzy przydzielali skierowania. Jest tu opowieść o architekturze i o rozwiązaniach lokalowych, o rozrywkach na miejscu i o zmianach, jakie zachodziły w miejscowościach uzdrowiskowych. I w tym wszystkim autorowi nie zabraknie goryczy – zwłaszcza kiedy przedstawia ludzi rozczarowanych albo oszukanych, tych, którzy nie mogli korzystać z atrakcji obmyślonych specjalnie dla nich. Do tego dochodzi zestaw fotografii podkreślających dzisiejszy upadek dawnych tętniących życiem ośrodków. Ciarkowski stara się pokazać całą kulturę funkcjonowania w ośrodkach wczasowych, dba o to, żeby nie przeoczyć żadnego detalu – proponuje czytelnikom przypomnienie zjawisk, które odeszły już do lamusa. Co ciekawe, czytelnicy ze starszych pokoleń, ci, którzy mogli jeszcze zaznać życia uzdrowiskowego, mogą mieć inne zdanie na tematy, w których Ciarkowski przedstawia własne opinie – dla młodszych i tak prezentowane zjawiska będą egzotyczne i niezrozumiałe. Autor chce, żeby czytelnicy mogli angażować się w opisywaną rzeczywistość – i dlatego czasami wprowadza konkretnych bohaterów, zwłaszcza – z nizin społecznych – żeby uniknąć suchego tonu. Nie będzie jednak przesadnie fabularyzować, żeby nie przyćmić w ten sposób niezbędnych wiadomości. Przygląda się zasadzie istnienia domów wczasowych i uzdrowisk – od momentu ich wymyślenia po (smutny) koniec.
środa, 19 sierpnia 2026
Sławek Gortych: Schronisko, które zostało zapomniane
W.A.B., Warszawa 2026.
Mur tajemnic
Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.
Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.
Mur tajemnic
Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.
Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.
wtorek, 18 sierpnia 2026
Aldona Kopkiewicz: Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje o poszukiwaniu siebie
Czarne, Wołowiec 2026.
Tożsamość
Ta opowieść wypada dość dramatycznie, a jednocześnie staje się próbą zorganizowania przestrzeni, w której można czuć się bezpiecznie. Aldona Kopkiewicz wie doskonale, że nie wpasuje się w społeczeństwo. Podejmuje nawet próby, orientuje się w tym, czego oczekują od niej inni – a przecież każde działanie wbrew sobie kończy się źle. Nawet kiedy autorka ma dobre intencje, zawsze znajdzie się ktoś, kto wytknie jej nieodpowiedni ton głosu albo nieautentyczność (jednak autentyczność nie wpasowuje się w standardy i oczekiwania społeczeństwa, więc też nie spełni swojej roli). Gdzieś tam Aldona Kopkiewicz odkrywa, że rządzą nią na przemian depresja i euforia, innym razem – że przeprowadzka do innego miasta w celu ukrycia się przed samą sobą nie ma szans powodzenia. Każda walka ze sobą jest skazana na niepowodzenie – może poza pisaniem. I dlatego Aldona Kopkiewicz wybiera cykl esejów (wcześniej publikowanych w różnych czasopismach, teraz – rozbudowywanych dla zachowania spójności i czystości przekazu). W słowach jest sobą nie musi udawać i może dzielić się z czytelnikami tym wszystkim, co ją drażni i uwiera. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie” to niewielka objętościowo – za to przesycona emocjami – publikacja, w której tony autobiograficzne walczą o prymat z filozoficznymi spostrzeżeniami. Do głosu dochodzi też czytanie innych, refleksje autotematyczne i socjologiczne uwagi. W tym wszystkim Aldona Kopkiewicz przestaje uciekać. Chociaż gorzka prawda o utrzymywaniu się z pisania odbiera nadzieję.
Nie ma tu żadnych autoanaliz psychologicznych, przez co – również w zbieżności doświadczeń – Aldona Kopkiewicz zbliża się do bohaterki książki Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono” – autyzm w łagodnej postaci nie musi być nazwany, żeby został wychwycony przez ludzi, którzy czują podobnie. Aldona Kopkiewicz jest brutalnie szczera i do tego – bezustannie zdziwiona zasadami panującymi w „normalnym” świecie. Nigdy nie uda jej się do końca dopasować – a w tej książce widać wyraźnie, że nawet momentami tego nie chce, chyba że potrzebuje wsparcia otoczenia. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” to opowieści z głębi siebie, prawdziwe i tylko z pozoru jednostkowe. Indywidualność skończy się w momencie zbudowania grupy odbiorców, którzy odnajdą się w tych tekstach – a autorka nie będzie im tłumaczyć, kim i dlaczego są, a uświadomi tylko, dlaczego świat nie pasuje do ich wyobrażeń czy oczekiwań.
Zanurzenie się w słowach to zjawisko, które czytelników przekona – zwłaszcza że nie jest to po prostu składanie wyrazów, a poszukiwanie głębokiej prawdy i pokazanie ważnej części własnej tożsamości. Kopkiewicz swoją interpretację świata ma doskonale przemyślaną – ale w tych esejach nie nastawia się na otoczenie, interesuje się samą sobą, bo tylko tak może uporządkować nawarstwiające się przez całe życie odkrycia. Ta książka nie musi być odczytywana jako wołanie o pomoc i zrozumienie – to po prostu pokazanie innego sposobu funkcjonowania. Odbiorcy, którzy nie będą się identyfikować z autorką, przekonają się, że każdy może mieć inną perspektywę i inne demony – dobrze, żeby zrozumiała to jak największa grupa, tylko dzięki temu będzie można wprowadzić szansę na bycie sobą dla każdego – nawet największego outsidera.
Tożsamość
Ta opowieść wypada dość dramatycznie, a jednocześnie staje się próbą zorganizowania przestrzeni, w której można czuć się bezpiecznie. Aldona Kopkiewicz wie doskonale, że nie wpasuje się w społeczeństwo. Podejmuje nawet próby, orientuje się w tym, czego oczekują od niej inni – a przecież każde działanie wbrew sobie kończy się źle. Nawet kiedy autorka ma dobre intencje, zawsze znajdzie się ktoś, kto wytknie jej nieodpowiedni ton głosu albo nieautentyczność (jednak autentyczność nie wpasowuje się w standardy i oczekiwania społeczeństwa, więc też nie spełni swojej roli). Gdzieś tam Aldona Kopkiewicz odkrywa, że rządzą nią na przemian depresja i euforia, innym razem – że przeprowadzka do innego miasta w celu ukrycia się przed samą sobą nie ma szans powodzenia. Każda walka ze sobą jest skazana na niepowodzenie – może poza pisaniem. I dlatego Aldona Kopkiewicz wybiera cykl esejów (wcześniej publikowanych w różnych czasopismach, teraz – rozbudowywanych dla zachowania spójności i czystości przekazu). W słowach jest sobą nie musi udawać i może dzielić się z czytelnikami tym wszystkim, co ją drażni i uwiera. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie” to niewielka objętościowo – za to przesycona emocjami – publikacja, w której tony autobiograficzne walczą o prymat z filozoficznymi spostrzeżeniami. Do głosu dochodzi też czytanie innych, refleksje autotematyczne i socjologiczne uwagi. W tym wszystkim Aldona Kopkiewicz przestaje uciekać. Chociaż gorzka prawda o utrzymywaniu się z pisania odbiera nadzieję.
Nie ma tu żadnych autoanaliz psychologicznych, przez co – również w zbieżności doświadczeń – Aldona Kopkiewicz zbliża się do bohaterki książki Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono” – autyzm w łagodnej postaci nie musi być nazwany, żeby został wychwycony przez ludzi, którzy czują podobnie. Aldona Kopkiewicz jest brutalnie szczera i do tego – bezustannie zdziwiona zasadami panującymi w „normalnym” świecie. Nigdy nie uda jej się do końca dopasować – a w tej książce widać wyraźnie, że nawet momentami tego nie chce, chyba że potrzebuje wsparcia otoczenia. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” to opowieści z głębi siebie, prawdziwe i tylko z pozoru jednostkowe. Indywidualność skończy się w momencie zbudowania grupy odbiorców, którzy odnajdą się w tych tekstach – a autorka nie będzie im tłumaczyć, kim i dlaczego są, a uświadomi tylko, dlaczego świat nie pasuje do ich wyobrażeń czy oczekiwań.
Zanurzenie się w słowach to zjawisko, które czytelników przekona – zwłaszcza że nie jest to po prostu składanie wyrazów, a poszukiwanie głębokiej prawdy i pokazanie ważnej części własnej tożsamości. Kopkiewicz swoją interpretację świata ma doskonale przemyślaną – ale w tych esejach nie nastawia się na otoczenie, interesuje się samą sobą, bo tylko tak może uporządkować nawarstwiające się przez całe życie odkrycia. Ta książka nie musi być odczytywana jako wołanie o pomoc i zrozumienie – to po prostu pokazanie innego sposobu funkcjonowania. Odbiorcy, którzy nie będą się identyfikować z autorką, przekonają się, że każdy może mieć inną perspektywę i inne demony – dobrze, żeby zrozumiała to jak największa grupa, tylko dzięki temu będzie można wprowadzić szansę na bycie sobą dla każdego – nawet największego outsidera.
poniedziałek, 17 sierpnia 2026
Michał Ritter: Cztery pory zbrodni. Lato
Media Rodzina, Poznań 2026.
Fani
Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.
Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.
„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.
Fani
Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.
Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.
„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.
niedziela, 16 sierpnia 2026
Beccy Blake: Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom
Kropka, Warszawa 2026.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
sobota, 15 sierpnia 2026
Marilee Adams: Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook
Studio Emka, Warszawa 2026.
Utrwalanie
Każdy, kto sięgnie po „Myślenie pytaniami”, książkę Marilee Adams, będzie przekonany, że wystarczy prosta lektura bez większego wysiłku, żeby uzyskać określone efekty i żeby móc wdrożyć w życie konieczne zmiany. I chociaż sama autorka przestrzega przed takim podejściem bezpośrednio w książce, to jednak fabularyzowanie porad nie sprzyja wykonywaniu ćwiczeń – nawet mimo dodania do tomu zestawu wskazówek do działania. A ponieważ odbiorcy z natury są leniwi i nie ma się co im dziwić, pojawia się dodatek – zeszyt ćwiczeń (a właściwie workbook, żeby uniknąć skojarzeń ze szkolnymi obowiązkami) z zestawem uwag i zadań dla chętnych. „Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook” to propozycja dla wszystkich, którzy są zdecydowani nie tylko na zapoznanie się z zestawem narzędzi proponowanych przez Adams, ale też na wypracowanie sobie mechanizmów i reguł pozwalających na korzystanie z tej metody. Od powtórzeń informacji z głównej książki się tu nie ucieknie – nie ma na to szans. Jednak zupełnie inaczej została tu poprowadzona narracja. Nie ma już opowieści o fikcyjnym bohaterze, ale sam Ben z podstawowej książki pojawia się w przykładach – po to, żeby czytelnicy zorientowali się, na czym polega dane zadanie. Autorka tym razem koncentruje się na omawianiu kolejnych narzędzi od strony psychologicznej: informuje czytelników o tym, jak zachowują się na co dzień i jakie przełożenie mają ich wybory na relacje międzyludzkie czy jakość codziennego życia zawodowego. Wydaje się, że takich wyjaśnień brakowało w podręczniku – bo tam nastawienie na emocje bohaterów były zbyt silne, żeby przedstawiać część teoretyczną.
Ale część teoretyczna to tylko jeden z elementów pracy nad sobą – na wypadek, gdyby czytelnicy nie mieli czasu lub nie chcieli zapoznawać się z pełnowymiarową historią Bena. Marilee Adams kieruje się tu bezpośrednio do odbiorców i zmusza ich do konfrontacji ze swoimi obawami lub niepowodzeniami – a następnie wprowadza zestaw pytań, które mają poprowadzić do autorefleksji. I znowu coś, co Ben przeprowadzał niemal odruchowo, teraz staje się udziałem czytelników – w książce jest miejsce na notatki i uzupełnienia, widać zatem, które zadania zostaną potraktowane poważnie i które polecenia odbiorcy zrealizują. W ramach tych ćwiczeń trzeba będzie wcielać się w sędziego lub ucznia (to dwie postawy kluczowe dla zrozumienia teorii myślenia pytaniami) i kreatywnie podchodzić do części zadań – to oznacza, że nie będzie tu wyłącznie autoanaliz, raczej – praca nad samą teorią i jej przydatnością w zwyczajnym życiu. Jeśli odbiorcy zrozumieją proces – będą w stanie zastosować kolejne reguły do własnej egzystencji i tylko w ten sposób zyskają biegłość w metodzie, którą chcą opanować. Workbook do teorii myślenia pytaniami przypomina znacznie bardziej typowy poradnik skryptowy dla czytelników, którzy nie przepadają za gęstą i refleksyjną lekturą, za to chcieliby jak najszybciej zobaczyć efekty. Dlatego też jest to książka, którą można potraktować jako samodzielną publikację.
Utrwalanie
Każdy, kto sięgnie po „Myślenie pytaniami”, książkę Marilee Adams, będzie przekonany, że wystarczy prosta lektura bez większego wysiłku, żeby uzyskać określone efekty i żeby móc wdrożyć w życie konieczne zmiany. I chociaż sama autorka przestrzega przed takim podejściem bezpośrednio w książce, to jednak fabularyzowanie porad nie sprzyja wykonywaniu ćwiczeń – nawet mimo dodania do tomu zestawu wskazówek do działania. A ponieważ odbiorcy z natury są leniwi i nie ma się co im dziwić, pojawia się dodatek – zeszyt ćwiczeń (a właściwie workbook, żeby uniknąć skojarzeń ze szkolnymi obowiązkami) z zestawem uwag i zadań dla chętnych. „Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook” to propozycja dla wszystkich, którzy są zdecydowani nie tylko na zapoznanie się z zestawem narzędzi proponowanych przez Adams, ale też na wypracowanie sobie mechanizmów i reguł pozwalających na korzystanie z tej metody. Od powtórzeń informacji z głównej książki się tu nie ucieknie – nie ma na to szans. Jednak zupełnie inaczej została tu poprowadzona narracja. Nie ma już opowieści o fikcyjnym bohaterze, ale sam Ben z podstawowej książki pojawia się w przykładach – po to, żeby czytelnicy zorientowali się, na czym polega dane zadanie. Autorka tym razem koncentruje się na omawianiu kolejnych narzędzi od strony psychologicznej: informuje czytelników o tym, jak zachowują się na co dzień i jakie przełożenie mają ich wybory na relacje międzyludzkie czy jakość codziennego życia zawodowego. Wydaje się, że takich wyjaśnień brakowało w podręczniku – bo tam nastawienie na emocje bohaterów były zbyt silne, żeby przedstawiać część teoretyczną.
Ale część teoretyczna to tylko jeden z elementów pracy nad sobą – na wypadek, gdyby czytelnicy nie mieli czasu lub nie chcieli zapoznawać się z pełnowymiarową historią Bena. Marilee Adams kieruje się tu bezpośrednio do odbiorców i zmusza ich do konfrontacji ze swoimi obawami lub niepowodzeniami – a następnie wprowadza zestaw pytań, które mają poprowadzić do autorefleksji. I znowu coś, co Ben przeprowadzał niemal odruchowo, teraz staje się udziałem czytelników – w książce jest miejsce na notatki i uzupełnienia, widać zatem, które zadania zostaną potraktowane poważnie i które polecenia odbiorcy zrealizują. W ramach tych ćwiczeń trzeba będzie wcielać się w sędziego lub ucznia (to dwie postawy kluczowe dla zrozumienia teorii myślenia pytaniami) i kreatywnie podchodzić do części zadań – to oznacza, że nie będzie tu wyłącznie autoanaliz, raczej – praca nad samą teorią i jej przydatnością w zwyczajnym życiu. Jeśli odbiorcy zrozumieją proces – będą w stanie zastosować kolejne reguły do własnej egzystencji i tylko w ten sposób zyskają biegłość w metodzie, którą chcą opanować. Workbook do teorii myślenia pytaniami przypomina znacznie bardziej typowy poradnik skryptowy dla czytelników, którzy nie przepadają za gęstą i refleksyjną lekturą, za to chcieliby jak najszybciej zobaczyć efekty. Dlatego też jest to książka, którą można potraktować jako samodzielną publikację.
piątek, 14 sierpnia 2026
Marilee Adams: Myślenie pytaniami. Czternaście narzędzi skutecznych w przywództwie, coachingu i osiąganiu najlepszych rezultatów
Studio Emka, Warszawa 2026.
Dążenie do sukcesu
Marilee Adams po raz kolejny wraca na rynek poradników – stworzyła zestaw narzędzi, które mogą się przydać wszystkim dążącym do osiągania sukcesów. „Myślenie pytaniami” to już piąte wydanie książki – która nie przypomina standardowych kioskowych poradników. Co ciekawe, skrypt w wersji, która mogłaby zostać wprowadzona w życie przez użytkowników, zająłby prawdopodobnie kilka akapitów – ale autorce zależy na tym, żeby przedstawić proponowane narzędzia w formie o wiele bardziej rozbudowanej i przez to też być może bardziej przekonującej szerokie grono czytelników. Dlatego też decyduje się na coś wyjątkowo rzadkiego w poradnikach dotyczących samorozwoju – stawia na przypowieść. Tłumaczy to oczywiście tym, że emocjami i historiami fabularnymi znacznie łatwiej będzie jej trafić do wyobraźni odbiorców i dzięki temu gra też mnemotechniką – nie da się jednak ukryć faktu, że przez zamianę porad na fabułę zyskuje sporo objętości. Najbardziej zaskakujące dla czytelników będzie przejście na narrację w rodzaju męskim – bohaterem i narratorem właściwej części staje się Ben. Ben znajduje się w dość stresującym momencie życiowym: właśnie postanawia złożyć wypowiedzenie w pracy, bo zorientował się, że nie jest w stanie realizować celów na swoim stanowisku. Wypowiedzenie jest gotowe, ale Alexis, która powinna je przyjąć, ma inną propozycję. Wysyła Bena do Josepha, mistrza metody myślenia pytaniami, QT. U Josepha Ben zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia – zyskuje kilka podpowiedzi, które może zastosować w zwyczajnym życiu, nie tylko zawodowym. Joseph tłumaczy, jak zadawać pytania, żeby zmienić wyjściowe nastawienie. Nie ma w tym magii – liczy się za to znajomość ludzkiej psychiki i najczęstszych reakcji czy emocji. Pod tym względem Ben nie jest wyjątkiem – nawet jeśli przed innymi nie chce się przyznawać do najskrytszych myśli, to przecież czytelnicy mają dostęp do jego refleksji. Każdy kolejny rozdział to odrębna historyjka z życia Bena – zaglądanie do jego życia zawodowego to nie wszystko – Ben pozostaje w małżeństwie z Grace i w tym małżeństwie trochę mu się nie układa, zwłaszcza że przenosi emocje z pracy na dom, a nie chce rozmawiać z Grace o swoich problemach czy dylematach. Jednak kiedy uczy się techniki myślenia pytaniami, udaje mu się zaszczepić pewne schematy i u partnerki. Grace wdraża tę metodę w swojej codzienności bardzo szybko – i trochę na wzór przykładów z książek psychologicznych – nie ma w niej ani lęku, ani emocji zaciemniających działania – podręcznikowo reaguje i uświadamia nawet Benowi, jak poprawnie korzystać z nowych wskazówek. To oznacza, że bohater w życiu zawodowym jest kontrolowany przez Josepha, w domu z kolei – przez Grace – jedno z nich osiąga mistrzostwo, drugie dąży do doskonałości – Benowi nie pozostaje zatem miejsce na wątpliwości. W razie potrzeby może korzystać z uwag ludzi w swoim otoczeniu – a to sprawia, że doskonali technikę.
W opowieści pojawiają się jednak ramki z wybranymi cytatami, tak, żeby czytelnicy mogli sobie utrwalić najważniejsze punkty i informacje – i to zabieg, który przypomina publikacje skryptowe. Na końcu książki pojawiają się jeszcze omówienia narzędzi z poszczególnych rozdziałów (dla mniej uważnych czytelników i tych, którzy nie potrafią wyciągnąć wiadomości z fabularyzowanej historii) i ćwiczenia dla odbiorców, którzy chcą przyswoić sobie tę metodę.
Dążenie do sukcesu
Marilee Adams po raz kolejny wraca na rynek poradników – stworzyła zestaw narzędzi, które mogą się przydać wszystkim dążącym do osiągania sukcesów. „Myślenie pytaniami” to już piąte wydanie książki – która nie przypomina standardowych kioskowych poradników. Co ciekawe, skrypt w wersji, która mogłaby zostać wprowadzona w życie przez użytkowników, zająłby prawdopodobnie kilka akapitów – ale autorce zależy na tym, żeby przedstawić proponowane narzędzia w formie o wiele bardziej rozbudowanej i przez to też być może bardziej przekonującej szerokie grono czytelników. Dlatego też decyduje się na coś wyjątkowo rzadkiego w poradnikach dotyczących samorozwoju – stawia na przypowieść. Tłumaczy to oczywiście tym, że emocjami i historiami fabularnymi znacznie łatwiej będzie jej trafić do wyobraźni odbiorców i dzięki temu gra też mnemotechniką – nie da się jednak ukryć faktu, że przez zamianę porad na fabułę zyskuje sporo objętości. Najbardziej zaskakujące dla czytelników będzie przejście na narrację w rodzaju męskim – bohaterem i narratorem właściwej części staje się Ben. Ben znajduje się w dość stresującym momencie życiowym: właśnie postanawia złożyć wypowiedzenie w pracy, bo zorientował się, że nie jest w stanie realizować celów na swoim stanowisku. Wypowiedzenie jest gotowe, ale Alexis, która powinna je przyjąć, ma inną propozycję. Wysyła Bena do Josepha, mistrza metody myślenia pytaniami, QT. U Josepha Ben zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia – zyskuje kilka podpowiedzi, które może zastosować w zwyczajnym życiu, nie tylko zawodowym. Joseph tłumaczy, jak zadawać pytania, żeby zmienić wyjściowe nastawienie. Nie ma w tym magii – liczy się za to znajomość ludzkiej psychiki i najczęstszych reakcji czy emocji. Pod tym względem Ben nie jest wyjątkiem – nawet jeśli przed innymi nie chce się przyznawać do najskrytszych myśli, to przecież czytelnicy mają dostęp do jego refleksji. Każdy kolejny rozdział to odrębna historyjka z życia Bena – zaglądanie do jego życia zawodowego to nie wszystko – Ben pozostaje w małżeństwie z Grace i w tym małżeństwie trochę mu się nie układa, zwłaszcza że przenosi emocje z pracy na dom, a nie chce rozmawiać z Grace o swoich problemach czy dylematach. Jednak kiedy uczy się techniki myślenia pytaniami, udaje mu się zaszczepić pewne schematy i u partnerki. Grace wdraża tę metodę w swojej codzienności bardzo szybko – i trochę na wzór przykładów z książek psychologicznych – nie ma w niej ani lęku, ani emocji zaciemniających działania – podręcznikowo reaguje i uświadamia nawet Benowi, jak poprawnie korzystać z nowych wskazówek. To oznacza, że bohater w życiu zawodowym jest kontrolowany przez Josepha, w domu z kolei – przez Grace – jedno z nich osiąga mistrzostwo, drugie dąży do doskonałości – Benowi nie pozostaje zatem miejsce na wątpliwości. W razie potrzeby może korzystać z uwag ludzi w swoim otoczeniu – a to sprawia, że doskonali technikę.
W opowieści pojawiają się jednak ramki z wybranymi cytatami, tak, żeby czytelnicy mogli sobie utrwalić najważniejsze punkty i informacje – i to zabieg, który przypomina publikacje skryptowe. Na końcu książki pojawiają się jeszcze omówienia narzędzi z poszczególnych rozdziałów (dla mniej uważnych czytelników i tych, którzy nie potrafią wyciągnąć wiadomości z fabularyzowanej historii) i ćwiczenia dla odbiorców, którzy chcą przyswoić sobie tę metodę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






