Kropka, Warszawa 2026.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
wtorek, 21 lipca 2026
poniedziałek, 20 lipca 2026
Ewelina Podrez-Siama: Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania
Onepress, Gliwice 2026.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
niedziela, 19 lipca 2026
Christian Tielmann: Maks korzysta z toalety
Media Rodzina, Poznań 2026.
Bez pieluchy
Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.
Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.
Bez pieluchy
Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.
Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.
sobota, 18 lipca 2026
Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy
Marginesy, Warszawa 2026.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
piątek, 17 lipca 2026
Justyna Kesler, Małgorzata Szczepkowicz: Sylaby. Nauka czytania. Gra i pomoc edukacyjna
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026. (gra)
Krok dalej
Tych bohaterów już mali odbiorcy znają. W serii gier edukacyjnych Naszej Księgarni pojawia się kolejna propozycja pozwalająca na ćwiczenie sztuki czytania. „Sylaby” to pomoc naukowa, którą najmłodsi użytkownicy nie pogardzą – zwłaszcza że wywołuje skojarzenia z zabawą. Eleganckie pudełko skrywa w sobie instrukcję obsługi – małą książeczkę przybliżającą zasady całej serii i pomysły, które można wykorzystać w zabawach z najmłodszymi – oraz mnóstwo kart. Chodzi tu o nauczenie dzieci rozpoznawania sylab – i ćwiczenia rozpoznawania liter. Podstawowa lekcja dotyczy sylab otwartych i zamkniętych: tu z pomocą przychodzi warstwa graficzna. Sylaby otwarte to te zakończone samogłoską, ale w wersji tej gry – to te z białym tłem. Sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską, mają tło czarne – i da się je łączyć w pary. Do kart sylab (jest ich aż sto, więc można będzie ułożyć nie tylko sporo par (zdradzam sekret: 24, co oznacza, że da się grać tymi kartami jak w Czarnego Piotrusia), ale i sporo wyrazów) dodane zostały karty liter – samogłosek i spółgłosek oraz karty specjalne (bo czasami trzeba użyć jokera, żeby wywiązać się z zadania). Jeśli komuś brakuje konkretnej sylaby, będzie mógł zbudować ją sobie z kart liter. Na karcie sylab mamy też mały rysuneczek podpowiadający, jakie słowo należy ułożyć, wykorzystując posiadany element (i w jakiej kolejności połączyć karty). Są też wskazówki kolorystyczne: inaczej zaznacza się w podpowiedziach rzeczowniki i czasowniki, można zatem rozwijać zabawę dalej.
W książeczce z instrukcją mamy propozycję zabaw dla dzieci – w zależności od ich umiejętności i czynionych postępów. I to rozwiązanie pozwoli rodzicom na ocenianie pracy dzieci, ale też na dobieranie gier do możliwości maluchów. Przydadzą się (opcjonalnie) łapki na muchy – co oznacza, że zabawę da się urozmaicać i to w sposób, który absolutnie nie kojarzy się odbiorcom z grami edukacyjnymi. I o to właśnie chodzi – żeby zaskoczyć dzieci i żeby podsunąć ich rodzicom pomysły na ciekawe urozmaicenie nauki. Odbiorcy dostają tu narzędzia i szereg wskazówek, jak z nich korzystać. Ale nie oznacza to, że nie będzie wolno działać zgodnie z własnymi wyobrażeniami i pomysłami – tak przygotowana gra wręcz zaprasza do wprowadzania swoich reguł i modyfikowania ich, żeby nie znudzić małych odbiorców ćwiczeniem czytania sylabami. Jest to bardzo dobry pomysł, bo maluchy przekonają się, że lekcje czytania nie muszą być męczące – mogą kojarzyć się z dobrą rozrywką i rywalizacją w rodzinnym gronie. Jeśli doda się element losowości do tego wyzwania – szanse się wyrównują i rodzice mogą też brać udział w graniu. A to najlepsza zachęta do działania i zaproszenie do zabawy dla kilkulatków. Po raz kolejny Nasza Księgarnia pokazuje, że da się powiązać rozrywkę i naukę bez zadęcia i wielkich teorii – tu liczy się po prostu radość dzieci.
Krok dalej
Tych bohaterów już mali odbiorcy znają. W serii gier edukacyjnych Naszej Księgarni pojawia się kolejna propozycja pozwalająca na ćwiczenie sztuki czytania. „Sylaby” to pomoc naukowa, którą najmłodsi użytkownicy nie pogardzą – zwłaszcza że wywołuje skojarzenia z zabawą. Eleganckie pudełko skrywa w sobie instrukcję obsługi – małą książeczkę przybliżającą zasady całej serii i pomysły, które można wykorzystać w zabawach z najmłodszymi – oraz mnóstwo kart. Chodzi tu o nauczenie dzieci rozpoznawania sylab – i ćwiczenia rozpoznawania liter. Podstawowa lekcja dotyczy sylab otwartych i zamkniętych: tu z pomocą przychodzi warstwa graficzna. Sylaby otwarte to te zakończone samogłoską, ale w wersji tej gry – to te z białym tłem. Sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską, mają tło czarne – i da się je łączyć w pary. Do kart sylab (jest ich aż sto, więc można będzie ułożyć nie tylko sporo par (zdradzam sekret: 24, co oznacza, że da się grać tymi kartami jak w Czarnego Piotrusia), ale i sporo wyrazów) dodane zostały karty liter – samogłosek i spółgłosek oraz karty specjalne (bo czasami trzeba użyć jokera, żeby wywiązać się z zadania). Jeśli komuś brakuje konkretnej sylaby, będzie mógł zbudować ją sobie z kart liter. Na karcie sylab mamy też mały rysuneczek podpowiadający, jakie słowo należy ułożyć, wykorzystując posiadany element (i w jakiej kolejności połączyć karty). Są też wskazówki kolorystyczne: inaczej zaznacza się w podpowiedziach rzeczowniki i czasowniki, można zatem rozwijać zabawę dalej.
W książeczce z instrukcją mamy propozycję zabaw dla dzieci – w zależności od ich umiejętności i czynionych postępów. I to rozwiązanie pozwoli rodzicom na ocenianie pracy dzieci, ale też na dobieranie gier do możliwości maluchów. Przydadzą się (opcjonalnie) łapki na muchy – co oznacza, że zabawę da się urozmaicać i to w sposób, który absolutnie nie kojarzy się odbiorcom z grami edukacyjnymi. I o to właśnie chodzi – żeby zaskoczyć dzieci i żeby podsunąć ich rodzicom pomysły na ciekawe urozmaicenie nauki. Odbiorcy dostają tu narzędzia i szereg wskazówek, jak z nich korzystać. Ale nie oznacza to, że nie będzie wolno działać zgodnie z własnymi wyobrażeniami i pomysłami – tak przygotowana gra wręcz zaprasza do wprowadzania swoich reguł i modyfikowania ich, żeby nie znudzić małych odbiorców ćwiczeniem czytania sylabami. Jest to bardzo dobry pomysł, bo maluchy przekonają się, że lekcje czytania nie muszą być męczące – mogą kojarzyć się z dobrą rozrywką i rywalizacją w rodzinnym gronie. Jeśli doda się element losowości do tego wyzwania – szanse się wyrównują i rodzice mogą też brać udział w graniu. A to najlepsza zachęta do działania i zaproszenie do zabawy dla kilkulatków. Po raz kolejny Nasza Księgarnia pokazuje, że da się powiązać rozrywkę i naukę bez zadęcia i wielkich teorii – tu liczy się po prostu radość dzieci.
czwartek, 16 lipca 2026
Anna Colton: Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu. Nowe podejście do rozwiązywania problemów związanych z jedzeniem, grymaszeniem i zaburzeniami odżywiania u dzieci w wieku od 0 do 16 lat
Media Rodzina, Poznań 2026.
Smaki
To jest poradnik, w którym wsparcie znajdą rodzice odpowiedzialni za zbilansowane posiłki swoich pociech – zwłaszcza ci, którzy nie potrafią sobie poradzić z presją społeczną, reklamami czy postawami samych maluchów. Anna Colton wie, że wspólne posiłki mogą kończyć się awanturami i buntem – i przekonuje, że wcale nie musi tak być, jeśli tylko rodzice zastosują się do kilku prostych rad. Tworzy książkę, po którą powinni sięgnąć być może przygotowujący się dopiero do rodzicielstwa, bo wiele z zaproponowanych tu technik i zachowań warto wdrażać od samego początku – tak, żeby nie wyrabiać w dziecku niepotrzebnie złych nawyków i żeby usunąć zawczasu punkty zapalne. Zmiana przyzwyczajeń związanych z jedzeniem dotyczyć będzie nawet bardziej rodziców – czyli starszego pokolenia – niż ich pociech. Dorośli, być może wiedzeni własnymi doświadczeniami z dzieciństwa, często wprowadzają groźby lub złe motywacje do jedzenia: mówią dzieciom, że nie dostaną deseru, jeśli nie skończą obiadu – i to wykształca w najmłodszych przekonanie, że istnieje lepsze i gorsze jedzenie. I niby oczywiste, że wystarczy zaprzestać takich praktyk, żeby zbudować lepszą narrację wokół posiłku – a jednak porzucenie przyzwyczajeń bywa bardziej skomplikowane niż może się wydawać. I Anna Colton tłumaczy, jak zmienić postrzeganie jedzenia i czego dziecku podczas posiłku nie sugerować.
Pochyla się autorka nad rozmaitymi argumentami wysuwanymi przez obie strony w codziennych dyskusjach, ale też uświadamia rodzicom to, z czego często nie zdają sobie sprawy – jak przemycają w zwykłych rozmowach swoje podejście do jedzenia i do posiłków. To w zasadzie pierwszy krok do zaburzeń odżywiania się – jeśli ktoś zbyt obsesyjnie podkreśla swoje problemy z dietą albo wygląd ciała, który zmusza go do wypróbowywania kolejnych metod na odchudzanie – nie daje zbyt dobrego przykładu swoim pociechom. Tymczasem wystarczyłoby zmienić podejście na neutralne, żeby jedzenie przestało być problemem i żeby nie martwić się o przyszłość dzieci. Autorka decyduje się na wprowadzanie podsumowań – skryptowych notatek po każdym rozdziale, żeby jeszcze łatwiej było odbiorcom przyswoić sobie przedstawiane treści.
To fakt, że kilkulatkom inaczej przedstawia się pewne kwestie niż nastolatkom, a także inaczej podchodzi się do ich jedzeniowych wyborów – Anna Colton rozdziela zatem podejścia w zależności od wieku i możliwości percepcyjnych odbiorców. Zwraca też uwagę na kwestie językowe – istnieje tu całe zestawienie zwrotów związanych z jedzeniem, często używanych wręcz bez żadnych refleksji. Nie uczy, jak i co jeść, a jak i co o jedzeniu mówić, żeby nie zamieniło się w wyzwanie dla wszystkich. Nie jest to temat błahy, bo słowa przekuwają się bezpośrednio na działania i zachowania – zwłaszcza u młodszego pokolenia, które nie jest jeszcze w stanie do końca przeanalizować zasłyszanych treści. Anna Colton chce wyprzedzić kłopoty – zareagować, zanim mają szansę się pojawić – to spowoduje, że odbiorcy będą znacznie spokojniej funkcjonować i ominie ich wiele sporów. Jedno wydaje się tu nie do przejścia: pokonanie naleciałości z całych dekad na rzecz wiedzy, jak powinno się komunikować – to wyzwanie podczas całej lektury największe.
Smaki
To jest poradnik, w którym wsparcie znajdą rodzice odpowiedzialni za zbilansowane posiłki swoich pociech – zwłaszcza ci, którzy nie potrafią sobie poradzić z presją społeczną, reklamami czy postawami samych maluchów. Anna Colton wie, że wspólne posiłki mogą kończyć się awanturami i buntem – i przekonuje, że wcale nie musi tak być, jeśli tylko rodzice zastosują się do kilku prostych rad. Tworzy książkę, po którą powinni sięgnąć być może przygotowujący się dopiero do rodzicielstwa, bo wiele z zaproponowanych tu technik i zachowań warto wdrażać od samego początku – tak, żeby nie wyrabiać w dziecku niepotrzebnie złych nawyków i żeby usunąć zawczasu punkty zapalne. Zmiana przyzwyczajeń związanych z jedzeniem dotyczyć będzie nawet bardziej rodziców – czyli starszego pokolenia – niż ich pociech. Dorośli, być może wiedzeni własnymi doświadczeniami z dzieciństwa, często wprowadzają groźby lub złe motywacje do jedzenia: mówią dzieciom, że nie dostaną deseru, jeśli nie skończą obiadu – i to wykształca w najmłodszych przekonanie, że istnieje lepsze i gorsze jedzenie. I niby oczywiste, że wystarczy zaprzestać takich praktyk, żeby zbudować lepszą narrację wokół posiłku – a jednak porzucenie przyzwyczajeń bywa bardziej skomplikowane niż może się wydawać. I Anna Colton tłumaczy, jak zmienić postrzeganie jedzenia i czego dziecku podczas posiłku nie sugerować.
Pochyla się autorka nad rozmaitymi argumentami wysuwanymi przez obie strony w codziennych dyskusjach, ale też uświadamia rodzicom to, z czego często nie zdają sobie sprawy – jak przemycają w zwykłych rozmowach swoje podejście do jedzenia i do posiłków. To w zasadzie pierwszy krok do zaburzeń odżywiania się – jeśli ktoś zbyt obsesyjnie podkreśla swoje problemy z dietą albo wygląd ciała, który zmusza go do wypróbowywania kolejnych metod na odchudzanie – nie daje zbyt dobrego przykładu swoim pociechom. Tymczasem wystarczyłoby zmienić podejście na neutralne, żeby jedzenie przestało być problemem i żeby nie martwić się o przyszłość dzieci. Autorka decyduje się na wprowadzanie podsumowań – skryptowych notatek po każdym rozdziale, żeby jeszcze łatwiej było odbiorcom przyswoić sobie przedstawiane treści.
To fakt, że kilkulatkom inaczej przedstawia się pewne kwestie niż nastolatkom, a także inaczej podchodzi się do ich jedzeniowych wyborów – Anna Colton rozdziela zatem podejścia w zależności od wieku i możliwości percepcyjnych odbiorców. Zwraca też uwagę na kwestie językowe – istnieje tu całe zestawienie zwrotów związanych z jedzeniem, często używanych wręcz bez żadnych refleksji. Nie uczy, jak i co jeść, a jak i co o jedzeniu mówić, żeby nie zamieniło się w wyzwanie dla wszystkich. Nie jest to temat błahy, bo słowa przekuwają się bezpośrednio na działania i zachowania – zwłaszcza u młodszego pokolenia, które nie jest jeszcze w stanie do końca przeanalizować zasłyszanych treści. Anna Colton chce wyprzedzić kłopoty – zareagować, zanim mają szansę się pojawić – to spowoduje, że odbiorcy będą znacznie spokojniej funkcjonować i ominie ich wiele sporów. Jedno wydaje się tu nie do przejścia: pokonanie naleciałości z całych dekad na rzecz wiedzy, jak powinno się komunikować – to wyzwanie podczas całej lektury największe.
środa, 15 lipca 2026
Joheun Lee: K-pop Spirit Academy
Harperkids, Warszawa 2026.
Występy
Zawsze tak jest: jeśli ktoś ma utalentowane artystycznie starsze rodzeństwo, nie uniknie porównań do niego. I to porównań zwykle krzywdzących, bo zakładających, że chce się iść w te ślady. Właśnie przekonuje się o tym Sanha. Jej starsza siostra – Siyoon – robi wielką karierę jako gwiazda K-popu i jest chlubą szkoły. Sanha do tej samej placówki właśnie trafia – jeśli nawet ma talent do śpiewania, to o tym nie wie, a występy publiczne bardzo ją paraliżują. K-pop Spirit Academy to miejsce, które chlubi się wypuszczaniem na rynek młodych gwiazd – wydaje się, że wszyscy absolwenci na pewno zrobią karierę i to szansa dla dziewczyny. Na razie jednak rzeczywistość szkolna przegania myśli o stresującej przyszłości na scenie, bo pojawia się wielki problem w tu i teraz. Sanha zdobywa przyjaciółki: dogaduje się z innymi dziewczynami bez większego problemu, chociaż być może trochę zasługi w tym ma – bez świadomego udziału – starsza siostra i jej olśniewająca sława. Dość szybko jednak dziewczyna odkrywa wielką tajemnicę szkoły: tu trzeba walczyć z potworami. Walczyć za pomocą własnego głosu, układanych samodzielnie piosenek i występów. Nie ma innego sposobu na pokonywanie przedziwnych istot wypełzających z kanalizacji – i naprawdę groźnych. Sanha na początku trafia do grona przygotowujących się na potencjalne ataki – szkolenia przypominają grę komputerową i wykorzystują najnowsze technologie. Tyle że szeregi obrońców szkoły są mocno przetrzebione, a to oznacza, że bohaterka musi wziąć udział w prawdziwej akcji. I to nie w jednej. Wprawdzie ma wsparcie przyjaciółek i części wtajemniczonych nauczycieli, ale nie sprawia to, że jej misja będzie prostsza.
Jeśli ktoś boi się występować na scenie – przed życzliwymi słuchaczami – to może wyleczyć się ze swojej fobii, jeśli musi walczyć o życie, występując przed potworami. Całkiem niezła metoda, przynajmniej w tym wypadku. Sanha przekonuje się, że wszystko jest kwestią skali i że zupełnie inaczej operuje się wtedy głosem oraz talentami.
I owszem, jest to książka momentami naiwna, a poza tym – pozostająca gadżetem przy okazji filmu „K-popowe łowczynie demonów” – ale najmłodszym czytelniczkom pokazuje, jak wielka jest siła przyjaźni i że nad własnymi kompleksami warto (i można) pracować. Łączy ta książka zainteresowanie odbiorczyń tematami akademii i szkoleń pozwalających na zyskanie nowych umiejętności, modę na opowieści z rynku muzycznego, zwłaszcza kariery piosenkarzy i wizję magii w nudnej bez tego szkolnej placówce. To połączenie dobrze się tu sprawdza – i czytelnikom spodoba się zwłaszcza dojrzewanie bohaterki na ich oczach. Sanha, która nie miała pojęcia, jak pozbyć się tremy, nagle staje się liderką zespołu i odkrywa w sobie umiejętności, które na pewno przydadzą się w tym świecie. Dzieci bez trudu wydobędą z lektury sporo podpowiedzi cennych dla siebie – i nie chodzi tu wcale o walkę z wyimaginowanymi potworami, raczej o panowanie nad kompleksami i o budowanie przyjaźni.
Występy
Zawsze tak jest: jeśli ktoś ma utalentowane artystycznie starsze rodzeństwo, nie uniknie porównań do niego. I to porównań zwykle krzywdzących, bo zakładających, że chce się iść w te ślady. Właśnie przekonuje się o tym Sanha. Jej starsza siostra – Siyoon – robi wielką karierę jako gwiazda K-popu i jest chlubą szkoły. Sanha do tej samej placówki właśnie trafia – jeśli nawet ma talent do śpiewania, to o tym nie wie, a występy publiczne bardzo ją paraliżują. K-pop Spirit Academy to miejsce, które chlubi się wypuszczaniem na rynek młodych gwiazd – wydaje się, że wszyscy absolwenci na pewno zrobią karierę i to szansa dla dziewczyny. Na razie jednak rzeczywistość szkolna przegania myśli o stresującej przyszłości na scenie, bo pojawia się wielki problem w tu i teraz. Sanha zdobywa przyjaciółki: dogaduje się z innymi dziewczynami bez większego problemu, chociaż być może trochę zasługi w tym ma – bez świadomego udziału – starsza siostra i jej olśniewająca sława. Dość szybko jednak dziewczyna odkrywa wielką tajemnicę szkoły: tu trzeba walczyć z potworami. Walczyć za pomocą własnego głosu, układanych samodzielnie piosenek i występów. Nie ma innego sposobu na pokonywanie przedziwnych istot wypełzających z kanalizacji – i naprawdę groźnych. Sanha na początku trafia do grona przygotowujących się na potencjalne ataki – szkolenia przypominają grę komputerową i wykorzystują najnowsze technologie. Tyle że szeregi obrońców szkoły są mocno przetrzebione, a to oznacza, że bohaterka musi wziąć udział w prawdziwej akcji. I to nie w jednej. Wprawdzie ma wsparcie przyjaciółek i części wtajemniczonych nauczycieli, ale nie sprawia to, że jej misja będzie prostsza.
Jeśli ktoś boi się występować na scenie – przed życzliwymi słuchaczami – to może wyleczyć się ze swojej fobii, jeśli musi walczyć o życie, występując przed potworami. Całkiem niezła metoda, przynajmniej w tym wypadku. Sanha przekonuje się, że wszystko jest kwestią skali i że zupełnie inaczej operuje się wtedy głosem oraz talentami.
I owszem, jest to książka momentami naiwna, a poza tym – pozostająca gadżetem przy okazji filmu „K-popowe łowczynie demonów” – ale najmłodszym czytelniczkom pokazuje, jak wielka jest siła przyjaźni i że nad własnymi kompleksami warto (i można) pracować. Łączy ta książka zainteresowanie odbiorczyń tematami akademii i szkoleń pozwalających na zyskanie nowych umiejętności, modę na opowieści z rynku muzycznego, zwłaszcza kariery piosenkarzy i wizję magii w nudnej bez tego szkolnej placówce. To połączenie dobrze się tu sprawdza – i czytelnikom spodoba się zwłaszcza dojrzewanie bohaterki na ich oczach. Sanha, która nie miała pojęcia, jak pozbyć się tremy, nagle staje się liderką zespołu i odkrywa w sobie umiejętności, które na pewno przydadzą się w tym świecie. Dzieci bez trudu wydobędą z lektury sporo podpowiedzi cennych dla siebie – i nie chodzi tu wcale o walkę z wyimaginowanymi potworami, raczej o panowanie nad kompleksami i o budowanie przyjaźni.
wtorek, 14 lipca 2026
Liam Shaw: Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać
Helion, Gliwice 2026.
Mikrowalka
Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.
Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.
Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.
Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.
Mikrowalka
Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.
Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.
Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.
Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.
poniedziałek, 13 lipca 2026
Ewa Borowska: Jesteśmy bezpieczni w sieci
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Internet
Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.
Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.
Internet
Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.
Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.
niedziela, 12 lipca 2026
Anna Rudnicka-Litwinek: Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie
Marginesy, Warszawa 2026.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
sobota, 11 lipca 2026
Drew Daywalt, Oliver Jeffers: Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół
Kropka, Warszawa 2026.
Bałagan
Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.
Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.
Bałagan
Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.
Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.
piątek, 10 lipca 2026
Anupreeta Das: Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne
Helion, Gliwice 2026.
Nerd
Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.
Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.
Nerd
Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.
Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.
Bajki z uśmiechem - część 7
Siódma część BAJEK Z UŚMIECHEM, czyli nasz darmowy audiobook dla wszystkich:
https://youtu.be/nIcGP1_rkNw
czyta ARTUR ŚWIĘS i KONRAD ŚWIĘS
muzyka KLAUDIA RABIEGA
teksty ze strony www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
https://youtu.be/nIcGP1_rkNw
czyta ARTUR ŚWIĘS i KONRAD ŚWIĘS
muzyka KLAUDIA RABIEGA
teksty ze strony www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
czwartek, 9 lipca 2026
Encyklopedia Larousse'a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wsparcie
Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.
Wsparcie
Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.
środa, 8 lipca 2026
Mariusz Urbanek: Gałczyński. Kanarek w klatce
Iskry, Warszawa 2026.
Czary
Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.
Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.
Czary
Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.
Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.
wtorek, 7 lipca 2026
Cristina Kiran Piotti: Indie. Od Bollywood do Tadź Mahal
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podróże
Ta seria okazała się strzałem w dziesiątkę, rozbudowuje się o kolejne – często bardzo egzotyczne – ciekawe kraje, które warto zaprezentować młodym odbiorcom, by rozbudzić w nich ciekawość świata. „Indie. Od Bollywood do Tadź Mahal” to tom przygotowany przez Cristinę Kiran Piotti. Każda rozkładówka oznacza tu prezentowanie odbiorcom innego zagadnienia dotyczącego życia w Indiach, miejscowej kultury, zwyczajów i tematów wartych odkrywania podczas ewentualnych podróży. W ramach prezentacji kraju autorka zaczyna od omawiania podręcznikowych danych – dotyczących położenia geograficznego, klimatu, przeszłości czy znaczenia rzeki Ganges. Rozprawia się też na otwarcie tomu z zagadnieniem religii i wyznań w Indiach – to wprowadzenie do tematyki świąt, zwyczajów i charakterystycznych zachowań miejscowych – jeśli ktoś będzie chciał zwiedzić Indie, powinien zdawać sobie sprawę ze znaczenia duchowości i z podporządkowywania życia codziennego płynącym z wierzeń zwyczajom. W ten sposób autorka może uczyć odbiorców zasad funkcjonowania w tym miejscu, a także rozumienia mieszkańców. Dzięki takiemu otwarciu książki nic potem nie musi dziwić – i łatwiej da się wytłumaczyć kolejne ciekawostki. Oczywiście będzie tu rozdział poświęcony rozmówkom – kilka przydatnych zwrotów w hindi, ale też znaczenia gestów czy relacji rodzinnych. Odbiorcy dowiedzą się, jak Indusi spędzają dni, jakie sporty lubią najbardziej, czym charakteryzuje się Bollywood, a także – jak wygląda metoda leczenia chorób. Jeśli komuś Indie kojarzą się z zacofaniem i brakiem postępu cywilizacyjnego, może być zaskoczony tematem cyfrowych Indii, rozwojem biznesów związanych z informatyką i komunikacją. Całość zamykają rozdziały dotyczące kulinariów – bo zawsze warto przyglądać się lokalnym specjałom – a także przyrodzie (dla złapania oddechu po natłoku wrażeń związanych z wszechobecnymi ludźmi).
Jest to bardzo przyjemny sposób na zorientowanie się – błyskawiczne – w specyfice egzotycznego dla czytelników kraju. To publikacja przeznaczona dla starszych dzieci i młodzieży, chociaż bardzo rozbudowana jest tutaj strona graficzna: komentarze dotyczące wybranych zagadnień przybierają formę rozbudowanych akapitów porozrzucanych na stronach wśród kolorowych grafik. Tu liczy się umiejętne łączenie obrazków przyciągających wzrok i informacji – esencji ciekawostek na temat życia w Indiach. Tu nie ma raczej tonów sensacyjności, chodzi o pokazanie innego – ale nie znaczy to, że gorszego – stylu życia. Oswajanie młodych czytelników od początku z „innością” pozwoli na ograniczenie obaw czy uprzedzeń w dorosłości – przynajmniej taką można mieć nadzieję. Edukowanie młodego pokolenia to jednak nie tylko przedstawianie równorzędnych sposobów na egzystencję, ale też zaproszenie do odkrywania świata i do poznawania różnic kulturowych. Trudno sobie wyobrazić człowieka, który nie wie, czym jest Tadź Mahal, jak dawniej nazywał się Mumbaj i skąd zmiana nazwy, albo gdzie jest kolebka jogi – i ten tom przybliża kolejne fakty, przyzwyczajając młodych czytelników do procesu poznawania różnych kultur i ciekawych miejsc. Na razie jeszcze odbiorcy będą odbywać papierowe podróże, ale jeśli wcześnie rozbudzą w sobie ciekawość świata, nie będą mieć problemu ze znalezieniem sobie miejsca w przyszłości.
Jest to książka, która angażuje. Pozwala na nielinearne odkrywanie Indii, wychodzenie poza wiadomości z podręczników i pokazywanie dzieciom, dlaczego warto sięgać po lektury spoza kanonu. Cała seria zasługuje na uwagę i dostarcza wielu przydatnych wiadomości. Dobrze opracowane zagadnienia sprawiają, że nikt nie będzie się tu nudzić przy czytaniu – i poznawaniu świata.
Podróże
Ta seria okazała się strzałem w dziesiątkę, rozbudowuje się o kolejne – często bardzo egzotyczne – ciekawe kraje, które warto zaprezentować młodym odbiorcom, by rozbudzić w nich ciekawość świata. „Indie. Od Bollywood do Tadź Mahal” to tom przygotowany przez Cristinę Kiran Piotti. Każda rozkładówka oznacza tu prezentowanie odbiorcom innego zagadnienia dotyczącego życia w Indiach, miejscowej kultury, zwyczajów i tematów wartych odkrywania podczas ewentualnych podróży. W ramach prezentacji kraju autorka zaczyna od omawiania podręcznikowych danych – dotyczących położenia geograficznego, klimatu, przeszłości czy znaczenia rzeki Ganges. Rozprawia się też na otwarcie tomu z zagadnieniem religii i wyznań w Indiach – to wprowadzenie do tematyki świąt, zwyczajów i charakterystycznych zachowań miejscowych – jeśli ktoś będzie chciał zwiedzić Indie, powinien zdawać sobie sprawę ze znaczenia duchowości i z podporządkowywania życia codziennego płynącym z wierzeń zwyczajom. W ten sposób autorka może uczyć odbiorców zasad funkcjonowania w tym miejscu, a także rozumienia mieszkańców. Dzięki takiemu otwarciu książki nic potem nie musi dziwić – i łatwiej da się wytłumaczyć kolejne ciekawostki. Oczywiście będzie tu rozdział poświęcony rozmówkom – kilka przydatnych zwrotów w hindi, ale też znaczenia gestów czy relacji rodzinnych. Odbiorcy dowiedzą się, jak Indusi spędzają dni, jakie sporty lubią najbardziej, czym charakteryzuje się Bollywood, a także – jak wygląda metoda leczenia chorób. Jeśli komuś Indie kojarzą się z zacofaniem i brakiem postępu cywilizacyjnego, może być zaskoczony tematem cyfrowych Indii, rozwojem biznesów związanych z informatyką i komunikacją. Całość zamykają rozdziały dotyczące kulinariów – bo zawsze warto przyglądać się lokalnym specjałom – a także przyrodzie (dla złapania oddechu po natłoku wrażeń związanych z wszechobecnymi ludźmi).
Jest to bardzo przyjemny sposób na zorientowanie się – błyskawiczne – w specyfice egzotycznego dla czytelników kraju. To publikacja przeznaczona dla starszych dzieci i młodzieży, chociaż bardzo rozbudowana jest tutaj strona graficzna: komentarze dotyczące wybranych zagadnień przybierają formę rozbudowanych akapitów porozrzucanych na stronach wśród kolorowych grafik. Tu liczy się umiejętne łączenie obrazków przyciągających wzrok i informacji – esencji ciekawostek na temat życia w Indiach. Tu nie ma raczej tonów sensacyjności, chodzi o pokazanie innego – ale nie znaczy to, że gorszego – stylu życia. Oswajanie młodych czytelników od początku z „innością” pozwoli na ograniczenie obaw czy uprzedzeń w dorosłości – przynajmniej taką można mieć nadzieję. Edukowanie młodego pokolenia to jednak nie tylko przedstawianie równorzędnych sposobów na egzystencję, ale też zaproszenie do odkrywania świata i do poznawania różnic kulturowych. Trudno sobie wyobrazić człowieka, który nie wie, czym jest Tadź Mahal, jak dawniej nazywał się Mumbaj i skąd zmiana nazwy, albo gdzie jest kolebka jogi – i ten tom przybliża kolejne fakty, przyzwyczajając młodych czytelników do procesu poznawania różnych kultur i ciekawych miejsc. Na razie jeszcze odbiorcy będą odbywać papierowe podróże, ale jeśli wcześnie rozbudzą w sobie ciekawość świata, nie będą mieć problemu ze znalezieniem sobie miejsca w przyszłości.
Jest to książka, która angażuje. Pozwala na nielinearne odkrywanie Indii, wychodzenie poza wiadomości z podręczników i pokazywanie dzieciom, dlaczego warto sięgać po lektury spoza kanonu. Cała seria zasługuje na uwagę i dostarcza wielu przydatnych wiadomości. Dobrze opracowane zagadnienia sprawiają, że nikt nie będzie się tu nudzić przy czytaniu – i poznawaniu świata.
Bajki do posłuchania
Jeśli potrzebujecie krótkich zabawnych bajek na wieczór, to zapraszam Was w dwa miejsca równocześnie:
- na stronę fb: bajki.iza.mikrut - tu co wieczór znajdziecie nową bajkę, której przeczytanie dziecku zajmie Wam jakieś trzydzieści sekund
- do playlisty: Bajki z uśmiechem - tu bajki z fb czytają zaproszeni przeze mnie goście, premiera raz w miesiącu, dopóki będziemy mieć nagrania.
Wszystko za darmo i bez żadnych dodatkowych ograniczeń.
Piszę te bajki, żeby nie mieć problemów z kreatywnością, ale nie znoszę pisania do szuflady i dlatego jesteście mi potrzebni jako czytelnicy. Jeśli możecie wpadać, obserwować, lajkować i komentować - to będzie mi bardzo miło.
- na stronę fb: bajki.iza.mikrut - tu co wieczór znajdziecie nową bajkę, której przeczytanie dziecku zajmie Wam jakieś trzydzieści sekund
- do playlisty: Bajki z uśmiechem - tu bajki z fb czytają zaproszeni przeze mnie goście, premiera raz w miesiącu, dopóki będziemy mieć nagrania.
Wszystko za darmo i bez żadnych dodatkowych ograniczeń.
Piszę te bajki, żeby nie mieć problemów z kreatywnością, ale nie znoszę pisania do szuflady i dlatego jesteście mi potrzebni jako czytelnicy. Jeśli możecie wpadać, obserwować, lajkować i komentować - to będzie mi bardzo miło.
poniedziałek, 6 lipca 2026
Jennifer Lynn Barnes: The Fixers. Mroczne sekrety
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Pozory
Jennifer Lynn Barnes to autorka, która wie doskonale, co zrobić, żeby lektura młodym czytelnikom się nie dłużyła. Do tego nie boi się odważnych akcji – jej bohaterowie ocierają się o zbrodnie i o wielką politykę, o interesy dorosłych i o naprawdę mroczne intrygi. Kolejna seria, The Fixers, przyciągnie fanów sensacji i dostarczy wielu wrażeń. Wszystko zaczyna się od Tess Kendrick. Siedemnastoletnia bohaterka mieszka na ranczu i opiekuje się dziadkiem. Niestety dziadek cierpi na demencję i coraz gorzej funkcjonuje – potrzebna mu będzie fachowa opieka, a to znaczy, że Tess nie może pozostać sama na wielkiej farmie, choćby nie wiadomo jak dobrze sobie na niej radziła. Z dnia na dzień i bez wyboru – musi przeprowadzić się do siostry, do Waszyngtonu. Trafia do elitarnej szkoły – w której uczą się dzieci dyplomatów i głów państw. Ale nie są to drzwi do wielkiego świata, raczej do świata wielkich przekrętów. Dziadek jednego z nowych kolegów Tess umiera na stole operacyjnym. Problem w tym, że nic mu wcześniej nie dolegało, operacja miała być rutynowym zabiegiem, a pewna dziewczyna z klasy Tess odkrywa, że w całą sprawę może być zamieszany jej ojciec. I tak lawina rusza, nastolatki chcą samodzielnie rozwiązać zagadkę, w którą wplątany jest między innymi prezydent kraju. Ale nawet to nie musi mieć znaczenia, kiedy bohaterka odkrywa, czym tak naprawdę zajmuje się Ivy, starsza siostra, która w pewnym momencie życia ją porzuciła.
„The Fixers. Mroczne sekrety” to doskonała opowieść dla tych wszystkich, którzy potrzebują sensacji, żeby sięgać po lektury. Czas płynie tu zupełnie inaczej niż w zwykłych opowieściach, a poziom ryzyka jest znacznie większy. Wrogowie czają się wszędzie, nikomu nie można ufać, a im wyżej ktoś znajduje się w sferach towarzyskich i politycznych, tym bardziej niebezpieczny się staje. W to wszystko jest wrzucona nastolatka, która do tej pory musiała sobie radzić sama – więc wyrobiła sobie i spryt, i poczucie odpowiedzialności. Pierwsze pozwala jej odnaleźć się w nowej społeczności wypełnionej intrygami, drugie – nie wpaść w złe towarzystwo mimo licznych pokus. Dzieje się tu bardzo dużo, a większość spraw łączy się z kryminałem. Niebezpieczeństwa są bardzo poważne, ryzyko – ogromne, a do tego wszystkiego dochodzą jeszcze osobiste sprawy samej Tess, która naprawdę chciałaby wiedzieć, dlaczego została w to wszystko wrzucona i co dzieje się z jej dziadkiem, a także – dlaczego to właśnie jej siostra trzęsie światem nie tylko polityki. Fixersi mają w społeczeństwie jasno określone role – ale mało kto ma szansę poznać ich działania od kulis. Tess nadaje się jak mało kto, nawet jeśli jeszcze nie ma pojęcia o takim zawodzie – ma jednak wszystkie cechy pozwalające jej na radzenie sobie z kryzysami i to może przesądzić. Na razie Tess zdaje swój najważniejszy egzamin w kompletnej nieświadomości – i ku radości czytelników. Jennifer Lynn Barnes sprawia, że po jej książki chce się sięgać dla potężnej dawki adrenaliny.
Pozory
Jennifer Lynn Barnes to autorka, która wie doskonale, co zrobić, żeby lektura młodym czytelnikom się nie dłużyła. Do tego nie boi się odważnych akcji – jej bohaterowie ocierają się o zbrodnie i o wielką politykę, o interesy dorosłych i o naprawdę mroczne intrygi. Kolejna seria, The Fixers, przyciągnie fanów sensacji i dostarczy wielu wrażeń. Wszystko zaczyna się od Tess Kendrick. Siedemnastoletnia bohaterka mieszka na ranczu i opiekuje się dziadkiem. Niestety dziadek cierpi na demencję i coraz gorzej funkcjonuje – potrzebna mu będzie fachowa opieka, a to znaczy, że Tess nie może pozostać sama na wielkiej farmie, choćby nie wiadomo jak dobrze sobie na niej radziła. Z dnia na dzień i bez wyboru – musi przeprowadzić się do siostry, do Waszyngtonu. Trafia do elitarnej szkoły – w której uczą się dzieci dyplomatów i głów państw. Ale nie są to drzwi do wielkiego świata, raczej do świata wielkich przekrętów. Dziadek jednego z nowych kolegów Tess umiera na stole operacyjnym. Problem w tym, że nic mu wcześniej nie dolegało, operacja miała być rutynowym zabiegiem, a pewna dziewczyna z klasy Tess odkrywa, że w całą sprawę może być zamieszany jej ojciec. I tak lawina rusza, nastolatki chcą samodzielnie rozwiązać zagadkę, w którą wplątany jest między innymi prezydent kraju. Ale nawet to nie musi mieć znaczenia, kiedy bohaterka odkrywa, czym tak naprawdę zajmuje się Ivy, starsza siostra, która w pewnym momencie życia ją porzuciła.
„The Fixers. Mroczne sekrety” to doskonała opowieść dla tych wszystkich, którzy potrzebują sensacji, żeby sięgać po lektury. Czas płynie tu zupełnie inaczej niż w zwykłych opowieściach, a poziom ryzyka jest znacznie większy. Wrogowie czają się wszędzie, nikomu nie można ufać, a im wyżej ktoś znajduje się w sferach towarzyskich i politycznych, tym bardziej niebezpieczny się staje. W to wszystko jest wrzucona nastolatka, która do tej pory musiała sobie radzić sama – więc wyrobiła sobie i spryt, i poczucie odpowiedzialności. Pierwsze pozwala jej odnaleźć się w nowej społeczności wypełnionej intrygami, drugie – nie wpaść w złe towarzystwo mimo licznych pokus. Dzieje się tu bardzo dużo, a większość spraw łączy się z kryminałem. Niebezpieczeństwa są bardzo poważne, ryzyko – ogromne, a do tego wszystkiego dochodzą jeszcze osobiste sprawy samej Tess, która naprawdę chciałaby wiedzieć, dlaczego została w to wszystko wrzucona i co dzieje się z jej dziadkiem, a także – dlaczego to właśnie jej siostra trzęsie światem nie tylko polityki. Fixersi mają w społeczeństwie jasno określone role – ale mało kto ma szansę poznać ich działania od kulis. Tess nadaje się jak mało kto, nawet jeśli jeszcze nie ma pojęcia o takim zawodzie – ma jednak wszystkie cechy pozwalające jej na radzenie sobie z kryzysami i to może przesądzić. Na razie Tess zdaje swój najważniejszy egzamin w kompletnej nieświadomości – i ku radości czytelników. Jennifer Lynn Barnes sprawia, że po jej książki chce się sięgać dla potężnej dawki adrenaliny.
niedziela, 5 lipca 2026
Agnieszka Misiak: Sandra i Kruki Zmartwiuki
Druganoga, Warszawa 2026.
Pomoc
Z niektórymi sprawami dzieci nie potrafią sobie poradzić – ba, nie wiedzą nawet, że należałoby poprosić o pomoc. Wydaje im się, że muszą się samodzielnie mierzyć ze zwyczajnymi dla wielu sytuacjami, a przez to wpędzają się w pułapki. Agnieszka Misiak próbuje wesprzeć najmłodszych opowieścią o Krukach Zmartwiukach – czterech czarnych ptaszyskach, które podkreślają potencjalnie stresowe sytuacje i potęgują lęk oraz czarnowidztwo przed nieznanym. Sandra nie ma jeszcze siedmiu lat – ale już dźwiga na plecach plecak wypełniony kamieniami. Te kamienie to jej troski, niewypowiedziane, nieokreślone wprost – za to budowane na silnych emocjach i wpływające na działania, a nie tylko na samopoczucie. Kruki Zmartwiuki funkcjonujące w bliskim otoczeniu dziewczynki dokładają swoje trzy grosze – z reguły potrafią albo spotęgować strachy, albo wyzwolić je – nieadekwatne do sytuacji. Wyolbrzymiają powody do zmartwień, zwłaszcza wtedy, kiedy jeszcze nic złego się nie wydarzyło. Potencjalne przykrości to coś, co Sandrze – niepotrzebnie – spędza sen z powiek. I dlatego bardzo przydaje się Pandolog. Puszysty miś panda – w roli nienazwanego psychologa – ma swoje sposoby na to, żeby opróżnić plecak z kamieni i unieszkodliwić Kruki Zmartwiuki. Bo przecież nie trzeba się dać ponieść zmartwieniom, są sztuczki i sposoby na odzyskanie dobrego samopoczucia lub przynajmniej zminimalizowanie lęku – i dzieci mogą je poznać bezpośrednio z lektury, dorosłym przyda się posłowie.
„Sandra i Kruki Zmartwiuki” to klasyczna w duchu opowieść, w której emocje odgrywają olbrzymią rolę. Żeby trochę uśmiesznić narrację i odebrać krukom część ich potęgi, autorka decyduje się na wprowadzenie mowy wiązanej do ich wypowiedzi (i nie jest to najszczęśliwszy pomysł, ze współbrzmieniami Agnieszka Misiak nie radzi sobie najlepiej, spokojnie mogła z nich zrezygnować). Kruki Zmartwiuki muszą czasami dać się ośmieszyć – chodzi o to, żeby pokonać wroga na różne sposoby i też trochę o to, żeby nie zarazić maluchów niepotrzebnym zamartwianiem się.
Nie jest to przyjemna lektura do czytania przed snem. To książka, która ma spełnić swoją rolę – nauczyć dzieci, jak zachowywać się w obliczu niepożądanych i często blokujących je emocji. Przeniesienie nieuchwytnego na czarne Kruki Zmartwiuki to dobre zagranie – udaje się w ten sposób unaocznić dzieciom, że powody do zmartwień często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. To element bajkowy, który pomaga w oswojeniu własnych reakcji – i przypomina, że na wszystko są jakieś sposoby. Teraz dzieciom łatwiej będzie analizować to, co się z nimi dzieje – i na pewno łatwiej będzie im rozmawiać z rodzicami o własnych zmartwieniach. To dobra droga, szansa na poprawienie nastroju i na usunięcie z codzienności wielu stresów – kompletnie zbędnych. „Sandra i Kruki Zmartwiuki” to opowieść o wymiarze edukacyjnym, chociaż nie bezpośrednio: trzeba tu z lektury wyłuskać wskazania dla siebie i przenieść je na własne życie. A to oznacza, że odbiorców czeka trochę pracy już po zakończeniu czytania.
Pomoc
Z niektórymi sprawami dzieci nie potrafią sobie poradzić – ba, nie wiedzą nawet, że należałoby poprosić o pomoc. Wydaje im się, że muszą się samodzielnie mierzyć ze zwyczajnymi dla wielu sytuacjami, a przez to wpędzają się w pułapki. Agnieszka Misiak próbuje wesprzeć najmłodszych opowieścią o Krukach Zmartwiukach – czterech czarnych ptaszyskach, które podkreślają potencjalnie stresowe sytuacje i potęgują lęk oraz czarnowidztwo przed nieznanym. Sandra nie ma jeszcze siedmiu lat – ale już dźwiga na plecach plecak wypełniony kamieniami. Te kamienie to jej troski, niewypowiedziane, nieokreślone wprost – za to budowane na silnych emocjach i wpływające na działania, a nie tylko na samopoczucie. Kruki Zmartwiuki funkcjonujące w bliskim otoczeniu dziewczynki dokładają swoje trzy grosze – z reguły potrafią albo spotęgować strachy, albo wyzwolić je – nieadekwatne do sytuacji. Wyolbrzymiają powody do zmartwień, zwłaszcza wtedy, kiedy jeszcze nic złego się nie wydarzyło. Potencjalne przykrości to coś, co Sandrze – niepotrzebnie – spędza sen z powiek. I dlatego bardzo przydaje się Pandolog. Puszysty miś panda – w roli nienazwanego psychologa – ma swoje sposoby na to, żeby opróżnić plecak z kamieni i unieszkodliwić Kruki Zmartwiuki. Bo przecież nie trzeba się dać ponieść zmartwieniom, są sztuczki i sposoby na odzyskanie dobrego samopoczucia lub przynajmniej zminimalizowanie lęku – i dzieci mogą je poznać bezpośrednio z lektury, dorosłym przyda się posłowie.
„Sandra i Kruki Zmartwiuki” to klasyczna w duchu opowieść, w której emocje odgrywają olbrzymią rolę. Żeby trochę uśmiesznić narrację i odebrać krukom część ich potęgi, autorka decyduje się na wprowadzenie mowy wiązanej do ich wypowiedzi (i nie jest to najszczęśliwszy pomysł, ze współbrzmieniami Agnieszka Misiak nie radzi sobie najlepiej, spokojnie mogła z nich zrezygnować). Kruki Zmartwiuki muszą czasami dać się ośmieszyć – chodzi o to, żeby pokonać wroga na różne sposoby i też trochę o to, żeby nie zarazić maluchów niepotrzebnym zamartwianiem się.
Nie jest to przyjemna lektura do czytania przed snem. To książka, która ma spełnić swoją rolę – nauczyć dzieci, jak zachowywać się w obliczu niepożądanych i często blokujących je emocji. Przeniesienie nieuchwytnego na czarne Kruki Zmartwiuki to dobre zagranie – udaje się w ten sposób unaocznić dzieciom, że powody do zmartwień często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. To element bajkowy, który pomaga w oswojeniu własnych reakcji – i przypomina, że na wszystko są jakieś sposoby. Teraz dzieciom łatwiej będzie analizować to, co się z nimi dzieje – i na pewno łatwiej będzie im rozmawiać z rodzicami o własnych zmartwieniach. To dobra droga, szansa na poprawienie nastroju i na usunięcie z codzienności wielu stresów – kompletnie zbędnych. „Sandra i Kruki Zmartwiuki” to opowieść o wymiarze edukacyjnym, chociaż nie bezpośrednio: trzeba tu z lektury wyłuskać wskazania dla siebie i przenieść je na własne życie. A to oznacza, że odbiorców czeka trochę pracy już po zakończeniu czytania.
Astrid Lindgren: Przygody Pippi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026 (wznowienie).
Wieczna zabawa
Te historie się nie starzeją. Nawet jeśli zmieniają się zwyczaje, nawet jeśli motywy wychowawcze pobrzmiewają tu archaicznie – to i tak Pippi Pończoszanka będzie przyciągać maluchy obietnicą przygody na wyciągnięcie ręki. Najsilniejsza dziewczynka na świecie trzyma konia na werandzie, a małpkę w salonie, ma w swoim ogródku drzewo, które daje lemoniadę lub czekoladę (w zależności od dnia tygodnia) i radzi sobie ze wszystkimi dorosłymi. Pippi sama pokonuje rabusiów i policjantów, nauczycieli i opiekunów społecznych. Jest w stanie wygrać pojedynek na argumenty z każdym, a jeśli ktoś chce zastosować wobec niej przemoc – Pippi przypomina o własnej sile. Jednocześnie jest najwspanialszą opiekunką dla dzieci – z Pippi wszystkie maluchy mogą czuć się bezpiecznie. Wszystkich obroni, zadba o to, żeby nie spotkała ich żadna krzywda i nawet kiedy myślą, że łamią reguły rodziców, to Pippi zapewnia im odpowiednie wytłumaczenie. „Przygody Pippi” to duży tom, który zbiera opowiadania z wszystkich trzech książek dotyczących rudowłosej dziewczynki – dla młodszego pokolenia to następna okazja do poznania jednej z lepszych lektur z literatury czwartej. Im później czyta się Pippi, tym więcej ujawnia się tu filozoficznych treści i tęsknot, które niekoniecznie wychwycą kilkulatki zainteresowane dynamiczną akcją i humorem. Pippi tylko z pozoru jest beztroskim dzieckiem, które łamie reguły i ustanawia własne – tak naprawdę to postać, która pozwala uświadomić sobie sens dzieciństwa i rozbudzić tęsknoty za przygodami i nieokiełznaną wyobraźnią. Astrid Lindgren daje dzieciom ucieczkę przed codziennością – w krainę fantazji. A najlepsze jest to, że w przygody Pippi można uwierzyć, nawet jeśli wie się, że bohaterka notorycznie mija się z prawdą i bardzo barwnie przedstawia wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca.
Nie dla Pippi są zasady dobrego wychowania i to, co wypada. Pippi wymyka się schematom – ku zachwytowi wszystkich postronnych małoletnich obserwatorów. Ale wiadomo, że Pippi wolno dużo więcej, a wszyscy, którzy próbują ją w jakikolwiek sposób wychowywać czy naprostowywać na właściwą drogę, poniosą porażkę i dopiero wtedy przekonają się, że nie ma sensu wpływanie na tę dziewczynkę – Pippi i tak zrobi, co chce. I ta cudownie niewychowawcza opowieść rozbija dzisiejszy rynek wydawniczy, w którym najbardziej cenione są opowieści ugrzecznione, edukacyjne i dalekie od fantazji. Pippi staje się ratunkiem dla najmłodszych – i pokazaniem, że w literaturze czwartej można wiele, jeśli tylko zrezygnuje się z utartych szlaków. Mamy tutaj trzy książki, co sprawia, że nie trzeba będzie zbyt daleko szukać kolejnych tomów. Trzy książki w jednej dają olbrzymią publikację – apetyczną, jeśli weźmie się pod uwagę doświadczenia Pippi. Klasyczne obrazki Ingrid Vang Nyman przypomną z kolei starszemu pokoleniu, czym cieszyło się w swojej młodości. „Przygody Pippi” to publikacja, którą chce się zaserwować swoim pociechom – bo jest kwintesencją dzieciństwa i królestwem wyobraźni.
Wieczna zabawa
Te historie się nie starzeją. Nawet jeśli zmieniają się zwyczaje, nawet jeśli motywy wychowawcze pobrzmiewają tu archaicznie – to i tak Pippi Pończoszanka będzie przyciągać maluchy obietnicą przygody na wyciągnięcie ręki. Najsilniejsza dziewczynka na świecie trzyma konia na werandzie, a małpkę w salonie, ma w swoim ogródku drzewo, które daje lemoniadę lub czekoladę (w zależności od dnia tygodnia) i radzi sobie ze wszystkimi dorosłymi. Pippi sama pokonuje rabusiów i policjantów, nauczycieli i opiekunów społecznych. Jest w stanie wygrać pojedynek na argumenty z każdym, a jeśli ktoś chce zastosować wobec niej przemoc – Pippi przypomina o własnej sile. Jednocześnie jest najwspanialszą opiekunką dla dzieci – z Pippi wszystkie maluchy mogą czuć się bezpiecznie. Wszystkich obroni, zadba o to, żeby nie spotkała ich żadna krzywda i nawet kiedy myślą, że łamią reguły rodziców, to Pippi zapewnia im odpowiednie wytłumaczenie. „Przygody Pippi” to duży tom, który zbiera opowiadania z wszystkich trzech książek dotyczących rudowłosej dziewczynki – dla młodszego pokolenia to następna okazja do poznania jednej z lepszych lektur z literatury czwartej. Im później czyta się Pippi, tym więcej ujawnia się tu filozoficznych treści i tęsknot, które niekoniecznie wychwycą kilkulatki zainteresowane dynamiczną akcją i humorem. Pippi tylko z pozoru jest beztroskim dzieckiem, które łamie reguły i ustanawia własne – tak naprawdę to postać, która pozwala uświadomić sobie sens dzieciństwa i rozbudzić tęsknoty za przygodami i nieokiełznaną wyobraźnią. Astrid Lindgren daje dzieciom ucieczkę przed codziennością – w krainę fantazji. A najlepsze jest to, że w przygody Pippi można uwierzyć, nawet jeśli wie się, że bohaterka notorycznie mija się z prawdą i bardzo barwnie przedstawia wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca.
Nie dla Pippi są zasady dobrego wychowania i to, co wypada. Pippi wymyka się schematom – ku zachwytowi wszystkich postronnych małoletnich obserwatorów. Ale wiadomo, że Pippi wolno dużo więcej, a wszyscy, którzy próbują ją w jakikolwiek sposób wychowywać czy naprostowywać na właściwą drogę, poniosą porażkę i dopiero wtedy przekonają się, że nie ma sensu wpływanie na tę dziewczynkę – Pippi i tak zrobi, co chce. I ta cudownie niewychowawcza opowieść rozbija dzisiejszy rynek wydawniczy, w którym najbardziej cenione są opowieści ugrzecznione, edukacyjne i dalekie od fantazji. Pippi staje się ratunkiem dla najmłodszych – i pokazaniem, że w literaturze czwartej można wiele, jeśli tylko zrezygnuje się z utartych szlaków. Mamy tutaj trzy książki, co sprawia, że nie trzeba będzie zbyt daleko szukać kolejnych tomów. Trzy książki w jednej dają olbrzymią publikację – apetyczną, jeśli weźmie się pod uwagę doświadczenia Pippi. Klasyczne obrazki Ingrid Vang Nyman przypomną z kolei starszemu pokoleniu, czym cieszyło się w swojej młodości. „Przygody Pippi” to publikacja, którą chce się zaserwować swoim pociechom – bo jest kwintesencją dzieciństwa i królestwem wyobraźni.
sobota, 4 lipca 2026
Paweł Dybicz: Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP
Iskry, Warszawa 2026.
Wspomnienia
Z pewnością nie jest to książka dla wszystkich, chociaż dla wszystkich być powinna – ale jeśli ktoś nie interesuje się historią ani polityką, nie znajdzie nic dla siebie w rozpisanej na głosy opowieści o przemianie ustrojowej. „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” to potężny tom, w którym kilkunastu rozmówców – ludzi ze sceny politycznej oraz analityków wydarzeń – wspomina swoje obserwacje, osobiste doświadczenia oraz przemyślenia na temat tego, co działo się w końcówce XX wieku.
Paweł Dybicz prowadzi rozmowy tak, żeby czytelnicy mogli samodzielnie dokonywać porównań między poszczególnymi wyznaniami. Sam przyznaje na początku, że stara się zadawać w miarę podobne pytania, sięgać do konkretnych momentów zawsze – i w ten sposób daje odbiorcom szansę na zbudowanie wielowymiarowej opowieści. Liczy się tu jednostkowe podejście do tego, co ważne (albo co nabrało pozorów ważności, chociaż w wymiarze politycznym niekoniecznie istotne było) – i próba zrozumienia nie tylko nastrojów wśród ludzi związanych z rządzeniem, ale i wpływu poszczególnych działań i momentów na społeczeństwo.
Co ciekawe, ta książka nie służy udzielaniu wyjaśnień. To przypis do historii – ale przypis, który polega raczej na dopowiedzeniach emocjonalno-refleksyjnych niż na precyzyjnych i fachowych analizach – to znaczy, owszem, rozmówcy Dybicza mogą wykazać się ogromną wiedzą i wyjaśniać pewne sprawy czytelnikom, jednak znacznie częściej stawiają na opowieści prywatne, na to, co nie miało szans trafić do szkolnych podręczników i do kronik historycznych. Tu wreszcie pojawia się miejsce na zaangażowane wspomnienia i na odejście od oficjalnych tonów. Nie ma potrzeby prowadzenia autokreacji, bo szczerość staje się największym atutem. I Paweł Dybicz doskonale wie, jak uruchomić ją w rozmówcach – szuka w wywiadach możliwości przedstawienia czytelnikom innej perspektywy wydarzeń. Sięga do momentów przełomowych i do sytuacji, które zapisały się w historii kraju – punktów nie do pominięcia w procesie opowiadania o kształcie państwa. Ale nie interesują go już reinterpretacje – w zamian przynosi czytelnikom rodzaj nowości, wyznania, które niekoniecznie kiedyś wiązano by z tym zestawem wydarzeń. Rozmówcy wybierają różne drogi – zwykle starają się przemycić w swoich opowieściach elementy wiedzy politologicznej, ale dalecy są od pouczania czy wskazywania jedynej słusznej drogi oceny sytuacji – a to sprawia, że książka Pawła Dybicza zaczyna funkcjonować jako bardzo atrakcyjna lektura dla wtajemniczonych. To trochę wspomnienia w pigułce – książka, która stanie na półce obok wielkich memuarów historyczno-politycznych, którymi Iskry sukcesywnie zapełniają rynek. Tu nie ma czasu na przedzieranie się przez kwestie nieistotne, forma wywiadu wymusza zwięzłość i nawiązywanie do przemyśleń oraz przeżyć. I taka historia staje się dla odbiorców znowu żywa i wyjątkowa w swoim wymiarze. „Pożegnanie z Polską Ludową” to tom, który odnosi się do wycinka przeszłości, niewielkiego, ale bardzo znaczącego – i zapewnia bogatej galerii rozmówców możliwość pochylenia się nad indywidualną oceną przeszłości.
Wspomnienia
Z pewnością nie jest to książka dla wszystkich, chociaż dla wszystkich być powinna – ale jeśli ktoś nie interesuje się historią ani polityką, nie znajdzie nic dla siebie w rozpisanej na głosy opowieści o przemianie ustrojowej. „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” to potężny tom, w którym kilkunastu rozmówców – ludzi ze sceny politycznej oraz analityków wydarzeń – wspomina swoje obserwacje, osobiste doświadczenia oraz przemyślenia na temat tego, co działo się w końcówce XX wieku.
Paweł Dybicz prowadzi rozmowy tak, żeby czytelnicy mogli samodzielnie dokonywać porównań między poszczególnymi wyznaniami. Sam przyznaje na początku, że stara się zadawać w miarę podobne pytania, sięgać do konkretnych momentów zawsze – i w ten sposób daje odbiorcom szansę na zbudowanie wielowymiarowej opowieści. Liczy się tu jednostkowe podejście do tego, co ważne (albo co nabrało pozorów ważności, chociaż w wymiarze politycznym niekoniecznie istotne było) – i próba zrozumienia nie tylko nastrojów wśród ludzi związanych z rządzeniem, ale i wpływu poszczególnych działań i momentów na społeczeństwo.
Co ciekawe, ta książka nie służy udzielaniu wyjaśnień. To przypis do historii – ale przypis, który polega raczej na dopowiedzeniach emocjonalno-refleksyjnych niż na precyzyjnych i fachowych analizach – to znaczy, owszem, rozmówcy Dybicza mogą wykazać się ogromną wiedzą i wyjaśniać pewne sprawy czytelnikom, jednak znacznie częściej stawiają na opowieści prywatne, na to, co nie miało szans trafić do szkolnych podręczników i do kronik historycznych. Tu wreszcie pojawia się miejsce na zaangażowane wspomnienia i na odejście od oficjalnych tonów. Nie ma potrzeby prowadzenia autokreacji, bo szczerość staje się największym atutem. I Paweł Dybicz doskonale wie, jak uruchomić ją w rozmówcach – szuka w wywiadach możliwości przedstawienia czytelnikom innej perspektywy wydarzeń. Sięga do momentów przełomowych i do sytuacji, które zapisały się w historii kraju – punktów nie do pominięcia w procesie opowiadania o kształcie państwa. Ale nie interesują go już reinterpretacje – w zamian przynosi czytelnikom rodzaj nowości, wyznania, które niekoniecznie kiedyś wiązano by z tym zestawem wydarzeń. Rozmówcy wybierają różne drogi – zwykle starają się przemycić w swoich opowieściach elementy wiedzy politologicznej, ale dalecy są od pouczania czy wskazywania jedynej słusznej drogi oceny sytuacji – a to sprawia, że książka Pawła Dybicza zaczyna funkcjonować jako bardzo atrakcyjna lektura dla wtajemniczonych. To trochę wspomnienia w pigułce – książka, która stanie na półce obok wielkich memuarów historyczno-politycznych, którymi Iskry sukcesywnie zapełniają rynek. Tu nie ma czasu na przedzieranie się przez kwestie nieistotne, forma wywiadu wymusza zwięzłość i nawiązywanie do przemyśleń oraz przeżyć. I taka historia staje się dla odbiorców znowu żywa i wyjątkowa w swoim wymiarze. „Pożegnanie z Polską Ludową” to tom, który odnosi się do wycinka przeszłości, niewielkiego, ale bardzo znaczącego – i zapewnia bogatej galerii rozmówców możliwość pochylenia się nad indywidualną oceną przeszłości.
piątek, 3 lipca 2026
Nieoficjalny przewodnik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów
Harperkids, Warszawa 2026.
Fanki
Kiedyś tego typu tematy albo wkraczały do kolorowych magazynów dla nastolatek, albo funkcjonowały zupełnie poza tekstowym obiegiem, w założeniu, że odbiorczynie same poradzą sobie z wyzwaniami i przesłaniami – i rzeczywiście nie trzeba było ich wyręczać w gromadzeniu ciekawostek na temat idoli lub ulubionych filmów (nie tylko animowanych). „Nieoficjalny przewodnik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów” to publikacja niewielka i bardzo kolorowa, a przy tym rozśpiewana – każda fanka zakochana w produkcji animowanej może teraz zastanowić się nad treściami płynącymi z wielkiego ekranu, zanurzyć w dźwięki i znaleźć źródła inspiracji dla twórców filmu.
Chociaż produkcje oglądane dla przyjemności i rozrywki nie są przeważnie przedmiotem szkolnych analiz i pedagogicznych wyjaśnień, najwyraźniej autorzy przewodnika uważają, że coś takiego młodym odbiorczyniom się przyda. Na początku mamy zatem do czynienia z kilkoma wybranymi tematami, które pokazują odniesienia do zwyczajnego świata i płynące z tego lekcje – wnioski, jakie powinny wysnuć same czytelniczki. Żeby zatem dobrze zrozumieć, czego uczy nas film, otrzymamy krótki wykład na temat wybranych motywów. Nie ma w tym nic złego, w dodatku jeśli ktoś nie zwrócił uwagi na określone tematy, teraz może sobie uświadomić ich znaczenie. Autorzy poradnika starają się zasugerować związki zagadnień z filmu z normalnym życiem przeciętnych nastolatek – z ich relacjami w grupie rówieśniczek, potrzebami czy oczekiwaniami. Oznacza to – przynajmniej w pewnym stopniu – wyjaśnianie spraw oczywistych (w filmie mamy do czynienia choćby ze zjawiskami paranormalnymi, więc trzeba wyjaśniać aluzje i bajkowe rozwiązania) – ale być może przyda się to nastoletnim odbiorczyniom.
W drugiej części książki pojawiają się quizy – zabawy dla odbiorczyń, które chcą ocenić swój potencjał fanowski. W trzeciej natomiast będzie już zestaw nawiązań i inspiracji – czyli jeśli odbiorczynie chcą zostać przy K-popie, a nie wiedzą, od czego zacząć, mogą tu poznać kilka ciekawych zespołów (boysbandów i girlsbandów), które zainspirowały twórców filmu i które charakteryzują się albo wpadającymi w ucho przebojami, albo ciekawymi stylizacjami, wyjątkową choreografią lub innymi pomysłami na funkcjonowanie na kapryśnym rynku. Jest to możliwość dowiedzenia się czegoś o K-popie, już w oderwaniu od filmu. Dla czytelniczek to szansa na poszerzenie zainteresowań albo na wyjście z zainteresowaniami poza jedną animację. Bez wątpienia jest to publikacja dla nastoletnich fanek filmu, przygotowana jak kiedyś zeszyty z ciekawostkami o aktorach. Rozczytywanie filmu, szukanie odniesień do pozabajkowego świata, przyglądanie się istocie relacji międzyludzkich i problemów nakreślonych w produkcji – to wszystko sprawia, że czytelniczkom przyda się ta publikacja nie tylko jako przedłużenie kontaktu z popularną bajką, ale też jako próba poznawania siebie i własnych potrzeb w kontekście tych najbardziej powszechnych zachowań i sygnałów buntu. Tomik oczywiście jest bardzo kolorowy, wypełniony kadrami z filmu i zdjęciami – po to, żeby był czytelnym i mocnym nawiązaniem do „K-popowych łowczyń demonów”.
Fanki
Kiedyś tego typu tematy albo wkraczały do kolorowych magazynów dla nastolatek, albo funkcjonowały zupełnie poza tekstowym obiegiem, w założeniu, że odbiorczynie same poradzą sobie z wyzwaniami i przesłaniami – i rzeczywiście nie trzeba było ich wyręczać w gromadzeniu ciekawostek na temat idoli lub ulubionych filmów (nie tylko animowanych). „Nieoficjalny przewodnik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów” to publikacja niewielka i bardzo kolorowa, a przy tym rozśpiewana – każda fanka zakochana w produkcji animowanej może teraz zastanowić się nad treściami płynącymi z wielkiego ekranu, zanurzyć w dźwięki i znaleźć źródła inspiracji dla twórców filmu.
Chociaż produkcje oglądane dla przyjemności i rozrywki nie są przeważnie przedmiotem szkolnych analiz i pedagogicznych wyjaśnień, najwyraźniej autorzy przewodnika uważają, że coś takiego młodym odbiorczyniom się przyda. Na początku mamy zatem do czynienia z kilkoma wybranymi tematami, które pokazują odniesienia do zwyczajnego świata i płynące z tego lekcje – wnioski, jakie powinny wysnuć same czytelniczki. Żeby zatem dobrze zrozumieć, czego uczy nas film, otrzymamy krótki wykład na temat wybranych motywów. Nie ma w tym nic złego, w dodatku jeśli ktoś nie zwrócił uwagi na określone tematy, teraz może sobie uświadomić ich znaczenie. Autorzy poradnika starają się zasugerować związki zagadnień z filmu z normalnym życiem przeciętnych nastolatek – z ich relacjami w grupie rówieśniczek, potrzebami czy oczekiwaniami. Oznacza to – przynajmniej w pewnym stopniu – wyjaśnianie spraw oczywistych (w filmie mamy do czynienia choćby ze zjawiskami paranormalnymi, więc trzeba wyjaśniać aluzje i bajkowe rozwiązania) – ale być może przyda się to nastoletnim odbiorczyniom.
W drugiej części książki pojawiają się quizy – zabawy dla odbiorczyń, które chcą ocenić swój potencjał fanowski. W trzeciej natomiast będzie już zestaw nawiązań i inspiracji – czyli jeśli odbiorczynie chcą zostać przy K-popie, a nie wiedzą, od czego zacząć, mogą tu poznać kilka ciekawych zespołów (boysbandów i girlsbandów), które zainspirowały twórców filmu i które charakteryzują się albo wpadającymi w ucho przebojami, albo ciekawymi stylizacjami, wyjątkową choreografią lub innymi pomysłami na funkcjonowanie na kapryśnym rynku. Jest to możliwość dowiedzenia się czegoś o K-popie, już w oderwaniu od filmu. Dla czytelniczek to szansa na poszerzenie zainteresowań albo na wyjście z zainteresowaniami poza jedną animację. Bez wątpienia jest to publikacja dla nastoletnich fanek filmu, przygotowana jak kiedyś zeszyty z ciekawostkami o aktorach. Rozczytywanie filmu, szukanie odniesień do pozabajkowego świata, przyglądanie się istocie relacji międzyludzkich i problemów nakreślonych w produkcji – to wszystko sprawia, że czytelniczkom przyda się ta publikacja nie tylko jako przedłużenie kontaktu z popularną bajką, ale też jako próba poznawania siebie i własnych potrzeb w kontekście tych najbardziej powszechnych zachowań i sygnałów buntu. Tomik oczywiście jest bardzo kolorowy, wypełniony kadrami z filmu i zdjęciami – po to, żeby był czytelnym i mocnym nawiązaniem do „K-popowych łowczyń demonów”.
czwartek, 2 lipca 2026
Krystyna Mirek: Pod włoskim niebem
Luna, Warszawa 2026.
Opieka
Nie po raz pierwszy Krystyna Mirek sięga do toksycznego związku, żeby pokazać czytelniczkom, że bierność i potulność doprowadzą jedynie do eskalacji problemu. Ale ponieważ proponuje powieść wakacyjną, zamierza też obiecać im obecność idealnego rozwiązania – w osobie faceta idealnego. Pojawia się w „Pod włoskim niebem” śpiewaczka operowa, Liwia. Liwia odnosi sukcesy międzynarodowe, ale nie może się nimi w pełni cieszyć, bo humor skutecznie psuje jej były mąż, prawnik. Liwia, chociaż po rozwodzie teoretycznie powinna odpocząć od oprawcy, nadal jest na niego skazana, w dodatku mężczyzna wykorzystuje dziecko jako kartę przetargową i sposób wpływania na bohaterkę tomu. Liwia jest coraz bardziej zmęczona i przez to też skłonna do popełniania błędów. Kiedy w ogromnym stresie próbuje wrócić do kraju, trafia na życzliwego nieznajomego. Artur nie ma pojęcia, kim jest Liwia, ale chce jej trochę ulżyć w cierpieniu i przepędzić przynajmniej najbardziej przyziemne kłopoty. Artur to architekt samotnie – po śmierci ukochanej żony – wychowujący synka. Nie dysponuje wielkim majątkiem, a jego jedyny kapitał – poza talentem – stanowią przyjaciele, którzy mogą się zaopiekować dzieckiem podczas zagranicznych wojaży.
Pochodzą z dwóch różnych światów, przynajmniej tak chce to przedstawiać autorka. Dba o to, żeby czytelniczki uwierzyły, że Liwię i Artura dzieli mnóstwo. Jednak pozwala Arturowi wykazać się opiekuńczością i umiejętnością podejmowania właściwych decyzji błyskawicznie – to dzięki temu mężczyzna może zaaranżować drugie spotkanie i w efekcie pomóc Liwii. Logistycznie to nie takie proste, kiedy trzeba nocować w najdroższym hotelu, ale czego się nie robi dla wspaniałej kobiety? „Pod włoskim niebem” to powieść o tym, że szczęściu trzeba czasem pomóc, nie bacząc na przyziemne koszty. Akcja ogranicza się tu do zaledwie kilku dni, za to niezwykle bogatych w wydarzenia i mocne decyzje.
Autorka nie oszukuje nikogo: tworzy powieść obyczajową z romansowym wątkiem na pierwszym planie: tu nie ma konkurencji dla pary bohaterów – nikt nie musi być zazdrosny, jedyną przeszkodą na drodze do wspólnego szczęścia mogą stać się elementy codzienności: dzieci z poprzednich związków czy warunki lokalowe – w przypadku Liwii to jeszcze konflikt z byłym mężem i matką skutecznie przez niego podburzaną. Co ciekawe, Artur potrafi znaleźć na nią sposób. Jest jeszcze coś, kompletnie spoza rzeczywistości czytelniczek, za to doskonale znane Liwii: obecność wścibskich dziennikarzy. Wprawdzie śpiewaczki operowe nie są celebrytkami, jednak Liwia jest osobą publiczną i jako taka podlega innym zasadom niż zupełnie zwyczajni – anonimowi – ludzie. Dziennikarze swoim zainteresowaniem potrafią zepsuć każdy, nawet najlepszy plan, a jakby tego było mało – chcą stać na straży moralności.
Jest to zatem historia miłosna, a troski w niej pojawiają się tylko po to, żeby pokazać, co muszą pokonać bohaterowie, żeby być szczęśliwi. Krystyna Mirek nie zagłębia się przesadnie ani w psychologię postaci, ani w zachowania osób z zewnątrz – postanawia umożliwić bohaterom spełnienie marzeń po to, żeby w taki scenariusz mogły uwierzyć czytelniczki. I to na wakacyjną powieść w sam raz. I chociaż przemyca trochę zasady postępowania z domowymi terrorystami, to jednak narracyjnie – krzepi i uspokaja.
Opieka
Nie po raz pierwszy Krystyna Mirek sięga do toksycznego związku, żeby pokazać czytelniczkom, że bierność i potulność doprowadzą jedynie do eskalacji problemu. Ale ponieważ proponuje powieść wakacyjną, zamierza też obiecać im obecność idealnego rozwiązania – w osobie faceta idealnego. Pojawia się w „Pod włoskim niebem” śpiewaczka operowa, Liwia. Liwia odnosi sukcesy międzynarodowe, ale nie może się nimi w pełni cieszyć, bo humor skutecznie psuje jej były mąż, prawnik. Liwia, chociaż po rozwodzie teoretycznie powinna odpocząć od oprawcy, nadal jest na niego skazana, w dodatku mężczyzna wykorzystuje dziecko jako kartę przetargową i sposób wpływania na bohaterkę tomu. Liwia jest coraz bardziej zmęczona i przez to też skłonna do popełniania błędów. Kiedy w ogromnym stresie próbuje wrócić do kraju, trafia na życzliwego nieznajomego. Artur nie ma pojęcia, kim jest Liwia, ale chce jej trochę ulżyć w cierpieniu i przepędzić przynajmniej najbardziej przyziemne kłopoty. Artur to architekt samotnie – po śmierci ukochanej żony – wychowujący synka. Nie dysponuje wielkim majątkiem, a jego jedyny kapitał – poza talentem – stanowią przyjaciele, którzy mogą się zaopiekować dzieckiem podczas zagranicznych wojaży.
Pochodzą z dwóch różnych światów, przynajmniej tak chce to przedstawiać autorka. Dba o to, żeby czytelniczki uwierzyły, że Liwię i Artura dzieli mnóstwo. Jednak pozwala Arturowi wykazać się opiekuńczością i umiejętnością podejmowania właściwych decyzji błyskawicznie – to dzięki temu mężczyzna może zaaranżować drugie spotkanie i w efekcie pomóc Liwii. Logistycznie to nie takie proste, kiedy trzeba nocować w najdroższym hotelu, ale czego się nie robi dla wspaniałej kobiety? „Pod włoskim niebem” to powieść o tym, że szczęściu trzeba czasem pomóc, nie bacząc na przyziemne koszty. Akcja ogranicza się tu do zaledwie kilku dni, za to niezwykle bogatych w wydarzenia i mocne decyzje.
Autorka nie oszukuje nikogo: tworzy powieść obyczajową z romansowym wątkiem na pierwszym planie: tu nie ma konkurencji dla pary bohaterów – nikt nie musi być zazdrosny, jedyną przeszkodą na drodze do wspólnego szczęścia mogą stać się elementy codzienności: dzieci z poprzednich związków czy warunki lokalowe – w przypadku Liwii to jeszcze konflikt z byłym mężem i matką skutecznie przez niego podburzaną. Co ciekawe, Artur potrafi znaleźć na nią sposób. Jest jeszcze coś, kompletnie spoza rzeczywistości czytelniczek, za to doskonale znane Liwii: obecność wścibskich dziennikarzy. Wprawdzie śpiewaczki operowe nie są celebrytkami, jednak Liwia jest osobą publiczną i jako taka podlega innym zasadom niż zupełnie zwyczajni – anonimowi – ludzie. Dziennikarze swoim zainteresowaniem potrafią zepsuć każdy, nawet najlepszy plan, a jakby tego było mało – chcą stać na straży moralności.
Jest to zatem historia miłosna, a troski w niej pojawiają się tylko po to, żeby pokazać, co muszą pokonać bohaterowie, żeby być szczęśliwi. Krystyna Mirek nie zagłębia się przesadnie ani w psychologię postaci, ani w zachowania osób z zewnątrz – postanawia umożliwić bohaterom spełnienie marzeń po to, żeby w taki scenariusz mogły uwierzyć czytelniczki. I to na wakacyjną powieść w sam raz. I chociaż przemyca trochę zasady postępowania z domowymi terrorystami, to jednak narracyjnie – krzepi i uspokaja.
środa, 1 lipca 2026
Małgorzata Kalicińska: Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach
Poradnia K, Warszawa 2026.
Tęsknota
Małgorzata Kalicińska po raz kolejny pokazuje, że nie dba o schematy pojawiające się w powieściach obyczajowych i szuka własnego sposobu wyrazu i swoich tematów. „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” to propozycja, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko osobistym pomysłem na opowieść o normalnych miłościach, ale też specyficznym językiem, czasami wpadającym w nieprzezroczyste nastroje. To opowieść, która zaczyna się od śmierci – i która sięga w daleką przeszłość. Bohaterka, Maria, przedstawia tu historię swoich dwóch wielkich miłości, Piotra i Filipa. Piotr umiera na raka – i o tym czytelnicy dowiedzą się od razu. Jednak następne retrospekcje i rozdziały wspomnieniowe pokażą, jak budowała się ta relacja. Maria jest wdową po Filipie – i szczęście znalazła także w drugim, niesformalizowanym związku. Ale tęskni za obydwoma partnerami, nie może się pogodzić z tym, że została sama, próbuje nawet zawierać nowe znajomości, ale im poświęca niewiele miejsca. Najbardziej liczy się to, co było. Rozmyślaniom sprzyja duży dom na pustkowiu – wokół są tylko dzikie chaszcze, łąki i lisica, która przychodzi po jedzenie i pomieszkuje w starej, rozpadającej się szopie. A może nawet kilka pokoleń lisic. Maria nie wie, nie ingeruje przesadnie w życie zwierzaka, ma dość swoich spraw.
Piotr to nastoletnia miłość, którą przerwały przyziemne sprawy. Rozstanie, a później spotkanie po wielu latach sprawia, że miłość na nowo wybucha. Maria i Piotr chcą spróbować tego, czego nie zaznali w młodości. A ponieważ Piotr zaczyna chorować i dużo czasu spędza w łóżku, kobieta może snuć rozmaite opowieści, które odwrócą jego uwagę od cierpienia i bólu. Piotr chce wiedzieć wszystko, nie tylko wspominać własne doświadczenia, ale też poznać małżeństwo Marii. I tak czytelnicy dowiedzą się o Filipie, ponurym magistrze ze starannie skrywanym talentem.
Te dwie historie wplata Małgorzata Kalicińska do opowieści niemal szkatułkowo, ale przez nacisk kładziony na przeszłość, trudniej będzie uwierzyć w teraźniejszość – preteksty do rozważań i wspomnień stają się zbyt banalne, żeby były przekonujące. I tak każdy czeka na wyznania dotyczące minionych chwil szczęścia. Autorka nie szuka powodów do euforii, raczej pokazuje miłość zwyczajną, wręcz zbanalizowaną – chociaż przecież piękną i prawdziwą. Nie sprawi, że czytelniczki zapałają wielkim uczuciem do Filipa albo do Piotra, raczej będą się zastanawiały, co bohaterka w nich widziała. Zderzy odbiorczynie z trudami ciężkiej choroby, zmianami charakteru i zachowania – tym wszystkim, o czym przeważnie nie mówi się w idealizowanych historiach. Tu idealizowania nie ma. „Nostalgia” to opowieść spokojna, wyczyszczona z wielkich namiętności – i przez to bardziej przekonująca zwłaszcza starsze grono odbiorczyń. Co ciekawe, autorka na początku chce unikać wchodzenia bohaterom do sypialni, ale z czasem wpada w przedziwne tematy i sformułowania, które kłócą się z jej pierwszymi założeniami (smak fiutka i waginki – nawet jeśli wyzwala przyjemne skojarzenia – nie pasuje kompletnie do przyjętego trybu raczej pruderyjnego opisywania kontaktów między bohaterami). „Nostalgia” jest opowieścią o tęsknocie, a nie o miłości – i jako taka będzie przekonywać odbiorczynie, że mimo wszystko warto się zakochać i iść za marzeniami.
Tęsknota
Małgorzata Kalicińska po raz kolejny pokazuje, że nie dba o schematy pojawiające się w powieściach obyczajowych i szuka własnego sposobu wyrazu i swoich tematów. „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” to propozycja, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko osobistym pomysłem na opowieść o normalnych miłościach, ale też specyficznym językiem, czasami wpadającym w nieprzezroczyste nastroje. To opowieść, która zaczyna się od śmierci – i która sięga w daleką przeszłość. Bohaterka, Maria, przedstawia tu historię swoich dwóch wielkich miłości, Piotra i Filipa. Piotr umiera na raka – i o tym czytelnicy dowiedzą się od razu. Jednak następne retrospekcje i rozdziały wspomnieniowe pokażą, jak budowała się ta relacja. Maria jest wdową po Filipie – i szczęście znalazła także w drugim, niesformalizowanym związku. Ale tęskni za obydwoma partnerami, nie może się pogodzić z tym, że została sama, próbuje nawet zawierać nowe znajomości, ale im poświęca niewiele miejsca. Najbardziej liczy się to, co było. Rozmyślaniom sprzyja duży dom na pustkowiu – wokół są tylko dzikie chaszcze, łąki i lisica, która przychodzi po jedzenie i pomieszkuje w starej, rozpadającej się szopie. A może nawet kilka pokoleń lisic. Maria nie wie, nie ingeruje przesadnie w życie zwierzaka, ma dość swoich spraw.
Piotr to nastoletnia miłość, którą przerwały przyziemne sprawy. Rozstanie, a później spotkanie po wielu latach sprawia, że miłość na nowo wybucha. Maria i Piotr chcą spróbować tego, czego nie zaznali w młodości. A ponieważ Piotr zaczyna chorować i dużo czasu spędza w łóżku, kobieta może snuć rozmaite opowieści, które odwrócą jego uwagę od cierpienia i bólu. Piotr chce wiedzieć wszystko, nie tylko wspominać własne doświadczenia, ale też poznać małżeństwo Marii. I tak czytelnicy dowiedzą się o Filipie, ponurym magistrze ze starannie skrywanym talentem.
Te dwie historie wplata Małgorzata Kalicińska do opowieści niemal szkatułkowo, ale przez nacisk kładziony na przeszłość, trudniej będzie uwierzyć w teraźniejszość – preteksty do rozważań i wspomnień stają się zbyt banalne, żeby były przekonujące. I tak każdy czeka na wyznania dotyczące minionych chwil szczęścia. Autorka nie szuka powodów do euforii, raczej pokazuje miłość zwyczajną, wręcz zbanalizowaną – chociaż przecież piękną i prawdziwą. Nie sprawi, że czytelniczki zapałają wielkim uczuciem do Filipa albo do Piotra, raczej będą się zastanawiały, co bohaterka w nich widziała. Zderzy odbiorczynie z trudami ciężkiej choroby, zmianami charakteru i zachowania – tym wszystkim, o czym przeważnie nie mówi się w idealizowanych historiach. Tu idealizowania nie ma. „Nostalgia” to opowieść spokojna, wyczyszczona z wielkich namiętności – i przez to bardziej przekonująca zwłaszcza starsze grono odbiorczyń. Co ciekawe, autorka na początku chce unikać wchodzenia bohaterom do sypialni, ale z czasem wpada w przedziwne tematy i sformułowania, które kłócą się z jej pierwszymi założeniami (smak fiutka i waginki – nawet jeśli wyzwala przyjemne skojarzenia – nie pasuje kompletnie do przyjętego trybu raczej pruderyjnego opisywania kontaktów między bohaterami). „Nostalgia” jest opowieścią o tęsknocie, a nie o miłości – i jako taka będzie przekonywać odbiorczynie, że mimo wszystko warto się zakochać i iść za marzeniami.
wtorek, 30 czerwca 2026
Bluey. Wielkie, wielkie urodziny. Zabawy i zadania z naklejkami
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawa
Ta propozycja zaskoczy dzieci przyzwyczajone już do łamigłówkowych zeszytów ćwiczeń. Zwykle publikacje gadżetowe – związane z popularnymi bohaterami kreskówek – wykorzystują po prostu tradycyjne łamigłówki odpowiednio przygotowane, podrasowane dzięki grafikom i powiązaniom tematycznym z animacjami, które dzieci znają. Tym razem jest inaczej: wprawdzie książka „Bluey. Wielkie, wielkie urodziny. Zabawy i zadania z naklejkami” to wielkoformatowy tomik, w którego środku znajdą się wkładki z naklejkami do wykorzystania podczas pracy, ale liczy się tu wyjście poza świat bajki i poza kartki z zadaniami. Dzieci co pewien czas będą mogły usiąść nad tomikiem i znaleźć różnice, połączyć kropki albo przejść labirynt – w tym nie ma nic dziwnego, tego zresztą wszyscy się spodziewają po podobnych tomikach, jakich wiele już pojawiło się na rynku. Ale ponieważ teraz temat to urodziny, zabawa przeniesie się o wiele dalej. Razem z postaciami ze świata Bluey będzie można przygotowywać konkretne ozdoby na urodzinowe przyjęcia – albo drobne przekąski. Pojawią się tu algorytmy – diagramy do przejścia, a także odpowiednie przygotowania do przyjęcia, tak, żeby dzieci wiedziały, za co się zabrać, jeśli planują zaprosić gości na wspólną zabawę. Można będzie podejmować decyzje dotyczące konkretnych punktów zabawy – bez względu na to, czy rzeczywiście planuje się wielką urodzinową imprezę, czy po prostu chce się pomóc bajkowym bohaterom. Znajdą się tu żarty na imprezę (oczywiście takie, które rozbawią tylko najmłodszych) i odgadywanie prezentów. Do części zadań trzeba będzie wykorzystać naklejki, część zadań nadaje się do przeniesienia do prawdziwego życia, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiadomo, co robić z wolnym czasem. Tomik pojawia się zatem na rynku w bardzo dobrym momencie – sprawdzi się jako wakacyjna podpowiedź na nietypowe rozrywki. Zmieściło się tu naprawdę sporo podpowiedzi i zabaw, więc dzieci mogą korzystać z tomiku długo – chociaż wydawałoby się, że to zeszyt ćwiczeń na szybko. Wszystkim zadaniom oczywiście towarzyszą bohaterowie ze świata Bluey, to oni są siłą napędową i zachętą do działania dla dzieci – trzeba im pomagać albo przygotowywać coś za nich, trzeba ich wspierać i podpowiadać rozwiązania. Od czasu do czasu przenosi się to na zwyczajność dzieci – i dzięki temu odbiorcy mogą popisywać się kreatywnością oraz korzystać z książki nawet jeśli nie przepadają za Bluey. Jest tu bardzo kolorowo, dzieci mogą sprawdzić swoje umiejętności i postępy podczas uzupełniania zadań, sporo miejsca pozostaje na ich inwencję – a jednocześnie nie dałoby się już więcej wyzwań i kolorowych propozycji zmieścić w tej objętości. Jest to oczywiście sposób na zaproszenie dzieci do śledzenia fabuł z Blue i jej rodziną: taką rolę ma książka spełniać, jest przecież dodatkiem do znanej bajki i funkcjonuje jako przyjemna ciekawostka, sposób na przedłużenie funkcjonowania w uniwersum Bluey.
Zabawa
Ta propozycja zaskoczy dzieci przyzwyczajone już do łamigłówkowych zeszytów ćwiczeń. Zwykle publikacje gadżetowe – związane z popularnymi bohaterami kreskówek – wykorzystują po prostu tradycyjne łamigłówki odpowiednio przygotowane, podrasowane dzięki grafikom i powiązaniom tematycznym z animacjami, które dzieci znają. Tym razem jest inaczej: wprawdzie książka „Bluey. Wielkie, wielkie urodziny. Zabawy i zadania z naklejkami” to wielkoformatowy tomik, w którego środku znajdą się wkładki z naklejkami do wykorzystania podczas pracy, ale liczy się tu wyjście poza świat bajki i poza kartki z zadaniami. Dzieci co pewien czas będą mogły usiąść nad tomikiem i znaleźć różnice, połączyć kropki albo przejść labirynt – w tym nie ma nic dziwnego, tego zresztą wszyscy się spodziewają po podobnych tomikach, jakich wiele już pojawiło się na rynku. Ale ponieważ teraz temat to urodziny, zabawa przeniesie się o wiele dalej. Razem z postaciami ze świata Bluey będzie można przygotowywać konkretne ozdoby na urodzinowe przyjęcia – albo drobne przekąski. Pojawią się tu algorytmy – diagramy do przejścia, a także odpowiednie przygotowania do przyjęcia, tak, żeby dzieci wiedziały, za co się zabrać, jeśli planują zaprosić gości na wspólną zabawę. Można będzie podejmować decyzje dotyczące konkretnych punktów zabawy – bez względu na to, czy rzeczywiście planuje się wielką urodzinową imprezę, czy po prostu chce się pomóc bajkowym bohaterom. Znajdą się tu żarty na imprezę (oczywiście takie, które rozbawią tylko najmłodszych) i odgadywanie prezentów. Do części zadań trzeba będzie wykorzystać naklejki, część zadań nadaje się do przeniesienia do prawdziwego życia, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiadomo, co robić z wolnym czasem. Tomik pojawia się zatem na rynku w bardzo dobrym momencie – sprawdzi się jako wakacyjna podpowiedź na nietypowe rozrywki. Zmieściło się tu naprawdę sporo podpowiedzi i zabaw, więc dzieci mogą korzystać z tomiku długo – chociaż wydawałoby się, że to zeszyt ćwiczeń na szybko. Wszystkim zadaniom oczywiście towarzyszą bohaterowie ze świata Bluey, to oni są siłą napędową i zachętą do działania dla dzieci – trzeba im pomagać albo przygotowywać coś za nich, trzeba ich wspierać i podpowiadać rozwiązania. Od czasu do czasu przenosi się to na zwyczajność dzieci – i dzięki temu odbiorcy mogą popisywać się kreatywnością oraz korzystać z książki nawet jeśli nie przepadają za Bluey. Jest tu bardzo kolorowo, dzieci mogą sprawdzić swoje umiejętności i postępy podczas uzupełniania zadań, sporo miejsca pozostaje na ich inwencję – a jednocześnie nie dałoby się już więcej wyzwań i kolorowych propozycji zmieścić w tej objętości. Jest to oczywiście sposób na zaproszenie dzieci do śledzenia fabuł z Blue i jej rodziną: taką rolę ma książka spełniać, jest przecież dodatkiem do znanej bajki i funkcjonuje jako przyjemna ciekawostka, sposób na przedłużenie funkcjonowania w uniwersum Bluey.
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Allen Levi: Theo z Golden
Media Rodzina, Poznań 2026.
Dary
Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.
Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.
Dary
Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.
Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.
niedziela, 28 czerwca 2026
Justyna Kesler, Klaudyna Gębacka: Potworny angielski dla przedszkolaków
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026 (gra)
Zwroty
Nie słówka a zwroty. W dodatku konkretne, takie, które można wykorzystać w prawdziwej – a nie podręcznikowej – rozmowie, chociaż jest w nich też spora dawka absurdu pozwalającego na wywołanie śmiechu przedszkolaków. „Potworny angielski dla przedszkolaków” to pudełko z zabawą przygotowaną przez Justynę Kesler, Klaudynę Gębacką i Adama Święckiego (w warstwie graficznej). I od razu robi się interesująco, bo w pudełku znajduje się tekturowy talerzyk (zwykłe kółko z grubej tektury – ale można je wykorzystać do tworzenia potraw i opowiadania o nich) oraz… drewniany widelec bez ostrych krawędzi. I to właśnie prawdziwość widelca może przyciągnąć maluchy do zabawy – chociaż pozostałe składniki są już tekturowe, obecność takiego „poważnego” gadżetu nadaje zabawie inny wymiar.
Są tu tekturowe karty z drobnymi porcjami angielskich zwrotów (od razu z tłumaczeniami). Żeby dzieciom lepiej utrwalić to, co usłyszą od rodziców lub opiekunów, pojawiają się jeszcze podpowiedzi graficzne. Czasami wręcz karty są kadrami komiksowymi: miniaturowymi dialogami. Pytanie i odpowiedź zachęcają do prowadzenia konwersacji i jednocześnie do utrwalania sobie konkretnych zwrotów. Dzieciom spodobać się może zwłaszcza absurd niektórych sformułowań – kiedy bohater – pewien sympatyczny potwór – zastanawia się nad swoim jadłospisem i wybiera do jedzenia przedmioty, które na talerzu znaleźć się nie powinny. Jest w tym pudełku wprawdzie instrukcja, zasady gry dla tych wszystkich, którzy chcą wykorzystywać karty zgodnie z pomysłem autorów – ale trzeba przyznać, że przygotowanie ich w formie kart do gry właśnie kusi, żeby wymyślać własne zasady i korzystać z obrazków na swój sposób – tu wszystko może zależeć od wyobraźni użytkowników, a ta jest przecież nieograniczona. Ale tu jeszcze nie ma prawdziwego hitu. Prawdziwym hitem będzie sylwetka potwora z grubej tektury i w formie, która umożliwia postawienie bohatera. Wyposażonego w dwa otwory. Ten gębowy służyć będzie do karmienia. Ten po przeciwnej stronie potwora… tak, dokładnie do tego. W pudełku z grą znajdują się elementy z grubej tektury (żeby łatwiej było nimi operować) z nadrukiem różnych przedmiotów lub pokarmów. Do tego odbiorcy znajdą… dwie kupy. I te dwie kupy to element motywacyjny, zachęta do poprawnego wykonywania ćwiczenia – można ich użyć (to znaczy przecisnąć przez drugi otwór tekturowego potwora) w ramach nagrody za poprawne wykonywanie zadań. To rozwiązanie, które przedszkolaki naprawdę powinno ucieszyć i zapewnić ich zaangażowanie. Jeśli wkuwanie słówek kojarzy się z niepotrzebną rywalizacją lub wysiłkiem umysłowym, to bawienie się w defekującego potwora będzie miłym urozmaiceniem ćwiczeń – i zachętą do korzystania z tej gry. Bardzo dobry pomysł, estetyczne wykonanie i humor – to wszystko sprawia, że po grę „Potworny angielski dla przedszkolaków” sięgać się będzie chętnie, a same zwroty bardzo szybko zapiszą się w pamięci maluchów. Pozostaje mieć nadzieję, że taka gra będzie kontynuowana.
Zwroty
Nie słówka a zwroty. W dodatku konkretne, takie, które można wykorzystać w prawdziwej – a nie podręcznikowej – rozmowie, chociaż jest w nich też spora dawka absurdu pozwalającego na wywołanie śmiechu przedszkolaków. „Potworny angielski dla przedszkolaków” to pudełko z zabawą przygotowaną przez Justynę Kesler, Klaudynę Gębacką i Adama Święckiego (w warstwie graficznej). I od razu robi się interesująco, bo w pudełku znajduje się tekturowy talerzyk (zwykłe kółko z grubej tektury – ale można je wykorzystać do tworzenia potraw i opowiadania o nich) oraz… drewniany widelec bez ostrych krawędzi. I to właśnie prawdziwość widelca może przyciągnąć maluchy do zabawy – chociaż pozostałe składniki są już tekturowe, obecność takiego „poważnego” gadżetu nadaje zabawie inny wymiar.
Są tu tekturowe karty z drobnymi porcjami angielskich zwrotów (od razu z tłumaczeniami). Żeby dzieciom lepiej utrwalić to, co usłyszą od rodziców lub opiekunów, pojawiają się jeszcze podpowiedzi graficzne. Czasami wręcz karty są kadrami komiksowymi: miniaturowymi dialogami. Pytanie i odpowiedź zachęcają do prowadzenia konwersacji i jednocześnie do utrwalania sobie konkretnych zwrotów. Dzieciom spodobać się może zwłaszcza absurd niektórych sformułowań – kiedy bohater – pewien sympatyczny potwór – zastanawia się nad swoim jadłospisem i wybiera do jedzenia przedmioty, które na talerzu znaleźć się nie powinny. Jest w tym pudełku wprawdzie instrukcja, zasady gry dla tych wszystkich, którzy chcą wykorzystywać karty zgodnie z pomysłem autorów – ale trzeba przyznać, że przygotowanie ich w formie kart do gry właśnie kusi, żeby wymyślać własne zasady i korzystać z obrazków na swój sposób – tu wszystko może zależeć od wyobraźni użytkowników, a ta jest przecież nieograniczona. Ale tu jeszcze nie ma prawdziwego hitu. Prawdziwym hitem będzie sylwetka potwora z grubej tektury i w formie, która umożliwia postawienie bohatera. Wyposażonego w dwa otwory. Ten gębowy służyć będzie do karmienia. Ten po przeciwnej stronie potwora… tak, dokładnie do tego. W pudełku z grą znajdują się elementy z grubej tektury (żeby łatwiej było nimi operować) z nadrukiem różnych przedmiotów lub pokarmów. Do tego odbiorcy znajdą… dwie kupy. I te dwie kupy to element motywacyjny, zachęta do poprawnego wykonywania ćwiczenia – można ich użyć (to znaczy przecisnąć przez drugi otwór tekturowego potwora) w ramach nagrody za poprawne wykonywanie zadań. To rozwiązanie, które przedszkolaki naprawdę powinno ucieszyć i zapewnić ich zaangażowanie. Jeśli wkuwanie słówek kojarzy się z niepotrzebną rywalizacją lub wysiłkiem umysłowym, to bawienie się w defekującego potwora będzie miłym urozmaiceniem ćwiczeń – i zachętą do korzystania z tej gry. Bardzo dobry pomysł, estetyczne wykonanie i humor – to wszystko sprawia, że po grę „Potworny angielski dla przedszkolaków” sięgać się będzie chętnie, a same zwroty bardzo szybko zapiszą się w pamięci maluchów. Pozostaje mieć nadzieję, że taka gra będzie kontynuowana.
sobota, 27 czerwca 2026
Ante Tomić: Czymże jest mężczyzna bez wąsów
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Na nowo
Ante Tomić tworzy dzisiejszą wersję Szwejka, z całym absurdem i doskonałym wyczuciem klimatu zapomnianych wiosek. Smilijevo to wieś na dwa tysiące mieszkańców, a w tej wsi niewiele się dzieje, chyba że akurat odbywają się manewry wojskowe, bo cień wojny gdzieś od czasu do czasu się przewija. Głównie jednak czas spędza się w sklepie, na dyskotece, względnie w konfesjonale. Czas płynie leniwie, wszystko przybiera kształty sielanki, chyba że akurat wybuchnie jakiś konflikt między miejscowymi – to przecież jest na porządku dziennym. Silne charaktery muszą co jakiś czas się ścierać. A poza tym wszystko jak w piramidzie potrzeb – zaspokajanie najbardziej podstawowych prowadzi często do komicznych dla postronnych konfrontacji. A Ante Tomić nie boi się w tym wszystkim wykorzystywania ironii w tekście. I w efekcie opowiada, ale pozwala czytelnikom dotrzeć samodzielnie do sedna i pobawić się nieoczekiwanymi puentami ukrytymi w szybkich dialogach i zgryźliwych komentarzach.
Ludzie w Smilijevie są prości, ale nie znaczy to, że zrezygnują z rozważań okołofilozoficznych (czy silikonowe piersi są wbrew Pismu Świętemu), grają w szachy z dziwnymi zasadami i piją piwo w sklepie, bo tam jest dużo taniej. Od czasu do czasu przeżywają rozterki bardzo przyziemne, co nakłania ich do kolejnych refleksji, innym razem zaglądają do życia innym i komentują je bez skrępowania. Wiedzą, jakie są reguły gry: tu wszyscy interesują się wszystkimi, a że każdy ma w zanadrzu trupy w szafie, warto wiedzieć, czego się spodziewać po sąsiadach.
Bez przerwy Ante Tomić łamie tabu. Dzięki bohaterom-prostaczkom może sobie pozwolić na zagrania, które normalnie wykluczyłaby mu poprawność polityczna. Dzięki bohaterom-prostaczkom może dawać poczucie wyższości czytelnikom. Toczy się tutaj wielka gra, w której wygrają tylko ci, którzy żyją po swojemu i nie poddają się żadnym narzucanym odgórnie porządkom. Ante Tomić w tle wprowadza drobne i wielkie historie miłosne, a także dylematy związane z czyimś nałogiem. Obnaża bezsens wojskowego drylu – a właściwie obnażają go sami (nie)zainteresowani. Relacjonuje codzienność we wsi, koncentrując się na charakterach ludzi i na ich nieprzewidywalnych dla odbiorców z zewnątrz zachowaniach – dzięki temu wprowadzaniu barwnej galerii postaci ani przez moment nie będzie nudził. Tu nikt nie czeka na akcję w klasycznym stylu: Tomić jest świetny jako portrecista i karykaturzysta – i to w zasadzie mogłoby wystarczyć w lekturze. Każdy kolejny akapit jest błyskotliwym komentarzem na temat przywar i słabości ludzkich, każdy przynosi sporo śmiechu podszytego jednak refleksją na temat kondycji ludzkości ogólnie – i to tak naprawdę powód do sięgania po „Czymże jest mężczyzna bez wąsów”.
Jest to powieść, która nie jest powieścią, a krzywym zwierciadłem, sowizdrzalskim w dodatku, jest formą, która drwi sobie z form i prezentacją, która obnaża absurdy schematów. Ante Tomić po raz kolejny pokazuje, że ma dar przerabiania celnych obserwacji na żarty literackie. Najśmieszniejsze jest to, że nikt się nie obrazi, a przecież wielu mogłoby się rozpoznać w tych przerysowywanych obrazkach rodzajowych. Smilijevo to miejsce, które ucieka od powagi po to, żeby przedstawiać rzeczy, jakich ludzie o sobie nie chcieliby usłyszeć.
Na nowo
Ante Tomić tworzy dzisiejszą wersję Szwejka, z całym absurdem i doskonałym wyczuciem klimatu zapomnianych wiosek. Smilijevo to wieś na dwa tysiące mieszkańców, a w tej wsi niewiele się dzieje, chyba że akurat odbywają się manewry wojskowe, bo cień wojny gdzieś od czasu do czasu się przewija. Głównie jednak czas spędza się w sklepie, na dyskotece, względnie w konfesjonale. Czas płynie leniwie, wszystko przybiera kształty sielanki, chyba że akurat wybuchnie jakiś konflikt między miejscowymi – to przecież jest na porządku dziennym. Silne charaktery muszą co jakiś czas się ścierać. A poza tym wszystko jak w piramidzie potrzeb – zaspokajanie najbardziej podstawowych prowadzi często do komicznych dla postronnych konfrontacji. A Ante Tomić nie boi się w tym wszystkim wykorzystywania ironii w tekście. I w efekcie opowiada, ale pozwala czytelnikom dotrzeć samodzielnie do sedna i pobawić się nieoczekiwanymi puentami ukrytymi w szybkich dialogach i zgryźliwych komentarzach.
Ludzie w Smilijevie są prości, ale nie znaczy to, że zrezygnują z rozważań okołofilozoficznych (czy silikonowe piersi są wbrew Pismu Świętemu), grają w szachy z dziwnymi zasadami i piją piwo w sklepie, bo tam jest dużo taniej. Od czasu do czasu przeżywają rozterki bardzo przyziemne, co nakłania ich do kolejnych refleksji, innym razem zaglądają do życia innym i komentują je bez skrępowania. Wiedzą, jakie są reguły gry: tu wszyscy interesują się wszystkimi, a że każdy ma w zanadrzu trupy w szafie, warto wiedzieć, czego się spodziewać po sąsiadach.
Bez przerwy Ante Tomić łamie tabu. Dzięki bohaterom-prostaczkom może sobie pozwolić na zagrania, które normalnie wykluczyłaby mu poprawność polityczna. Dzięki bohaterom-prostaczkom może dawać poczucie wyższości czytelnikom. Toczy się tutaj wielka gra, w której wygrają tylko ci, którzy żyją po swojemu i nie poddają się żadnym narzucanym odgórnie porządkom. Ante Tomić w tle wprowadza drobne i wielkie historie miłosne, a także dylematy związane z czyimś nałogiem. Obnaża bezsens wojskowego drylu – a właściwie obnażają go sami (nie)zainteresowani. Relacjonuje codzienność we wsi, koncentrując się na charakterach ludzi i na ich nieprzewidywalnych dla odbiorców z zewnątrz zachowaniach – dzięki temu wprowadzaniu barwnej galerii postaci ani przez moment nie będzie nudził. Tu nikt nie czeka na akcję w klasycznym stylu: Tomić jest świetny jako portrecista i karykaturzysta – i to w zasadzie mogłoby wystarczyć w lekturze. Każdy kolejny akapit jest błyskotliwym komentarzem na temat przywar i słabości ludzkich, każdy przynosi sporo śmiechu podszytego jednak refleksją na temat kondycji ludzkości ogólnie – i to tak naprawdę powód do sięgania po „Czymże jest mężczyzna bez wąsów”.
Jest to powieść, która nie jest powieścią, a krzywym zwierciadłem, sowizdrzalskim w dodatku, jest formą, która drwi sobie z form i prezentacją, która obnaża absurdy schematów. Ante Tomić po raz kolejny pokazuje, że ma dar przerabiania celnych obserwacji na żarty literackie. Najśmieszniejsze jest to, że nikt się nie obrazi, a przecież wielu mogłoby się rozpoznać w tych przerysowywanych obrazkach rodzajowych. Smilijevo to miejsce, które ucieka od powagi po to, żeby przedstawiać rzeczy, jakich ludzie o sobie nie chcieliby usłyszeć.
piątek, 26 czerwca 2026
Joanna Kencka: Świnki morskie same w domu. Ogródek
Media Rodzina, Poznań 2026.
Wolność
Prawdopodobnie każde dziecko, które ma zwierzątko domowe trzymane w klatce, akwarium lub terrarium, zastanawia się, co owo zwierzątko robi, gdy zostaje samo w domu. Joanna Kencka prezentuje zatem przygody dwóch sympatycznych świnek morskich – czyli kawii domowych – Lisi i Lusi. Lisia i Lusia to urocze stworzonka o miłych pyszczkach. Opiekuje się nimi Julka, która dba o to, żeby świnki miały zawsze świeżą wodę, warzywa do pochrupania, żeby miały czysto na wybiegu i oczywiście żeby nie zabrakło sianka, które te gryzonie uwielbiają. Julka robi to wszystko przed wyjściem do przedszkola, a potem żegna się ze świnkami i do wieczora znika z horyzontu. I to jest moment, w którym dwie bohaterki mogą zacząć działać. Ale Joanna Kencka rezygnuje z bajkowości: świnki morskie, kiedy dziewczynka znika im z oczu, jedynie bajkowo odryglowują sobie wybieg (i robią jeszcze kilka drobiazgów) i przechodzą do ogrodu, ale nie stają się gadającymi stworzeniami z historyjek dla dzieci – to dalej te same zwierzątka, które dziecko zna na co dzień – tyle że w wersji nieco bardziej rozbrykanej. Lisia i Lusia schodzą po gałęzi z parapetu do ogrodu, chodzą do swoich ulubionych smakołyków (w ogródku rosną marchewki i rzodkiewki. Tu można się zdrzemnąć albo wypocząć podczas słuchania śpiewu ptaków. Wprawdzie gdy na horyzoncie pojawi się kot, robi się trochę niebezpiecznie, a gdyby któraś ze świnek pobrudziła swoje piękne futerko błotem, trzeba będzie się umyć zanim Julka wróci do domu i odkryje, że świnki morskie prowadzą drugie życie z dala od niej, ale to tylko niewielka cena za zabawy.
Warto po takiej lekturze przypomnieć pociechom, że bajki bajkami, ale przed wyjściem lepiej upewnić się, że zwierzęta nie opuszczą swoich bezpiecznych przestrzeni – i to jedyna rzecz, którą trzeba będzie dopowiedzieć po lekturze. Joanna Kencka stawia na historyjkę interaktywną: czasami należy pomóc świnkom w przejściu labiryntu, innym razem pogłaskać obrazkowe świnki po pyszczkach, żeby pocieszyć je po przeżytym właśnie stresie, czasami trzeba coś policzyć albo coś wskazać, sprawdzić, czy uda się zrealizować plan (możliwy tylko pod warunkiem wystąpienia określonej liczby osobników na obrazku). Dzieci zatem wciągną się w wir zabawy. Mogą tę książkę czytać samodzielnie, nie ma tu zbyt dużo tekstu, za to pojawiają się bardzo często propozycje zabaw. To jest publikacja obrazkowa, więc mnóstwo tu oglądania i tematów, które maluchy mogą wychwycić same. Propozycja w sam raz dla dzieci, które chcą mieć własne zwierzątko albo kochają świnki morskie i mogą się z nimi ciągle bawić. Kilkulatki, które chcą spędzić czas z wesołymi stworzeniami, Lisią i Lusią, utwierdzą się w przekonaniu, że książki mogą służyć również do zabawy.
Wolność
Prawdopodobnie każde dziecko, które ma zwierzątko domowe trzymane w klatce, akwarium lub terrarium, zastanawia się, co owo zwierzątko robi, gdy zostaje samo w domu. Joanna Kencka prezentuje zatem przygody dwóch sympatycznych świnek morskich – czyli kawii domowych – Lisi i Lusi. Lisia i Lusia to urocze stworzonka o miłych pyszczkach. Opiekuje się nimi Julka, która dba o to, żeby świnki miały zawsze świeżą wodę, warzywa do pochrupania, żeby miały czysto na wybiegu i oczywiście żeby nie zabrakło sianka, które te gryzonie uwielbiają. Julka robi to wszystko przed wyjściem do przedszkola, a potem żegna się ze świnkami i do wieczora znika z horyzontu. I to jest moment, w którym dwie bohaterki mogą zacząć działać. Ale Joanna Kencka rezygnuje z bajkowości: świnki morskie, kiedy dziewczynka znika im z oczu, jedynie bajkowo odryglowują sobie wybieg (i robią jeszcze kilka drobiazgów) i przechodzą do ogrodu, ale nie stają się gadającymi stworzeniami z historyjek dla dzieci – to dalej te same zwierzątka, które dziecko zna na co dzień – tyle że w wersji nieco bardziej rozbrykanej. Lisia i Lusia schodzą po gałęzi z parapetu do ogrodu, chodzą do swoich ulubionych smakołyków (w ogródku rosną marchewki i rzodkiewki. Tu można się zdrzemnąć albo wypocząć podczas słuchania śpiewu ptaków. Wprawdzie gdy na horyzoncie pojawi się kot, robi się trochę niebezpiecznie, a gdyby któraś ze świnek pobrudziła swoje piękne futerko błotem, trzeba będzie się umyć zanim Julka wróci do domu i odkryje, że świnki morskie prowadzą drugie życie z dala od niej, ale to tylko niewielka cena za zabawy.
Warto po takiej lekturze przypomnieć pociechom, że bajki bajkami, ale przed wyjściem lepiej upewnić się, że zwierzęta nie opuszczą swoich bezpiecznych przestrzeni – i to jedyna rzecz, którą trzeba będzie dopowiedzieć po lekturze. Joanna Kencka stawia na historyjkę interaktywną: czasami należy pomóc świnkom w przejściu labiryntu, innym razem pogłaskać obrazkowe świnki po pyszczkach, żeby pocieszyć je po przeżytym właśnie stresie, czasami trzeba coś policzyć albo coś wskazać, sprawdzić, czy uda się zrealizować plan (możliwy tylko pod warunkiem wystąpienia określonej liczby osobników na obrazku). Dzieci zatem wciągną się w wir zabawy. Mogą tę książkę czytać samodzielnie, nie ma tu zbyt dużo tekstu, za to pojawiają się bardzo często propozycje zabaw. To jest publikacja obrazkowa, więc mnóstwo tu oglądania i tematów, które maluchy mogą wychwycić same. Propozycja w sam raz dla dzieci, które chcą mieć własne zwierzątko albo kochają świnki morskie i mogą się z nimi ciągle bawić. Kilkulatki, które chcą spędzić czas z wesołymi stworzeniami, Lisią i Lusią, utwierdzą się w przekonaniu, że książki mogą służyć również do zabawy.
czwartek, 25 czerwca 2026
Masud Husain: Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu
Znak, Kraków 2026.
Inna rzeczywistość
Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.
Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.
Inna rzeczywistość
Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.
Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.
środa, 24 czerwca 2026
Bluey. Super mega kolorowanka
Harperkids, Warszawa 2026.
Barwy
Kolorowanka – jak to kolorowanka, nie ma w sobie przeważnie żadnych fajerwerków, chyba że twórcy wymyślili, jak przekonać do niej małych odbiorców. W tym wypadku Bluey to podstawowy wabik, wiadomo, że kwadratowy niebieski pies – i jego rodzina – przyciągają najmłodszych jak magnes. Drugim wabikiem dla tej gadżetowej publikacji jest objętość – rzadko się zdarza kolorowanka o tak dużej liczbie stron, a kiedy już się trafia – to często zostaje tą najulubieńszą na długo, bo nie da się zbyt szybko wypełnić barwami kolejnych obrazków. „Bluey. Super mega kolorowanka” to 128 stron do kolorowania – więc dzieci powinny być usatysfakcjonowane.
Scenki z życia Blue i Bingo oraz ich rodziny pojawiają się tu na niemal każdej stronie. Niemal każdej, bo czasami zastępowane są przez portrety bohaterów – zwykle w konkretnych okolicznościach, a czasami przez strony z deseniami. Dzięki temu można wykorzystywać tomik kreatywnie i z gotowych prac robić rysunki na ścianę czy elementy innych wyklejanek – warto jednak przemyśleć swoje zabawy, bo druk dwustronny wyklucza naprawienie pomyłki. Oznacza to wprawdzie, że zmieściło się tu więcej zadań i obrazków do kolorowania, ale warto sięgnąć po kredki, a nie flamastry czy farby. „Bluey. Super mega kolorowanka” to książka dla najmłodszych i może być przeznaczona nawet dla dzieci, które nie potrafią samodzielnie czytać. Pojawia się co pewien czas jakieś zdanie nawiązujące do codzienności ze świata Bluey, ale bez przeczytania go też da się spokojnie kolorować – nie ma obaw, że autorzy tomiku zaczną zmuszać dzieci do poznawania liter albo do śledzenia poleceń. Polecenie jest jedno: to dobra zabawa przy nadawaniu kolorów stworzeniom, które są dość monotonne w ubarwieniu i nieszczególnie skomplikowane w kształtach ciał. Co ciekawe, zastosowane tu zostały kontury różnej grubości, a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystać różne odcienie tego samego koloru do wypełniania przestrzeni na kartce. Dawniej takie rozwiązania nie były specjalnie popularne, teraz, przy komputerowych grafikach, sprawdzają się całkiem nieźle - i nikogo już nie dziwią, dzieci bez problemu odgadną, na czym polega zadanie.
Moda na Bluey nie słabnie, więc nic dziwnego, że pojawiają się na rynku propozycje nawiązujące bezpośrednio do tego hitu. Najmłodszych łatwiej będzie przekonać do podjęcia pracy – do kolorowania książeczki – i do ćwiczenia małej motoryki, kiedy towarzyszyć im w tym będą ulubione bohaterki. Dodatkowo da się tu odkrywać nawiązania do konkretnych momentów z bajki, więc dzieci poczują się usatysfakcjonowane przypominaniem sobie, które fragmenty dostarczyły im najwięcej radości, albo które wiążą się z określoną sytuacją. To propozycja na dobrą zabawę dla maluchów – i można po nią sięgnąć, kiedy chce się odwiedzać Blue. „Super mega kolorowanka” to zachęta do pracy i do powrotów do popularnej wciąż bajki.
Barwy
Kolorowanka – jak to kolorowanka, nie ma w sobie przeważnie żadnych fajerwerków, chyba że twórcy wymyślili, jak przekonać do niej małych odbiorców. W tym wypadku Bluey to podstawowy wabik, wiadomo, że kwadratowy niebieski pies – i jego rodzina – przyciągają najmłodszych jak magnes. Drugim wabikiem dla tej gadżetowej publikacji jest objętość – rzadko się zdarza kolorowanka o tak dużej liczbie stron, a kiedy już się trafia – to często zostaje tą najulubieńszą na długo, bo nie da się zbyt szybko wypełnić barwami kolejnych obrazków. „Bluey. Super mega kolorowanka” to 128 stron do kolorowania – więc dzieci powinny być usatysfakcjonowane.
Scenki z życia Blue i Bingo oraz ich rodziny pojawiają się tu na niemal każdej stronie. Niemal każdej, bo czasami zastępowane są przez portrety bohaterów – zwykle w konkretnych okolicznościach, a czasami przez strony z deseniami. Dzięki temu można wykorzystywać tomik kreatywnie i z gotowych prac robić rysunki na ścianę czy elementy innych wyklejanek – warto jednak przemyśleć swoje zabawy, bo druk dwustronny wyklucza naprawienie pomyłki. Oznacza to wprawdzie, że zmieściło się tu więcej zadań i obrazków do kolorowania, ale warto sięgnąć po kredki, a nie flamastry czy farby. „Bluey. Super mega kolorowanka” to książka dla najmłodszych i może być przeznaczona nawet dla dzieci, które nie potrafią samodzielnie czytać. Pojawia się co pewien czas jakieś zdanie nawiązujące do codzienności ze świata Bluey, ale bez przeczytania go też da się spokojnie kolorować – nie ma obaw, że autorzy tomiku zaczną zmuszać dzieci do poznawania liter albo do śledzenia poleceń. Polecenie jest jedno: to dobra zabawa przy nadawaniu kolorów stworzeniom, które są dość monotonne w ubarwieniu i nieszczególnie skomplikowane w kształtach ciał. Co ciekawe, zastosowane tu zostały kontury różnej grubości, a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystać różne odcienie tego samego koloru do wypełniania przestrzeni na kartce. Dawniej takie rozwiązania nie były specjalnie popularne, teraz, przy komputerowych grafikach, sprawdzają się całkiem nieźle - i nikogo już nie dziwią, dzieci bez problemu odgadną, na czym polega zadanie.
Moda na Bluey nie słabnie, więc nic dziwnego, że pojawiają się na rynku propozycje nawiązujące bezpośrednio do tego hitu. Najmłodszych łatwiej będzie przekonać do podjęcia pracy – do kolorowania książeczki – i do ćwiczenia małej motoryki, kiedy towarzyszyć im w tym będą ulubione bohaterki. Dodatkowo da się tu odkrywać nawiązania do konkretnych momentów z bajki, więc dzieci poczują się usatysfakcjonowane przypominaniem sobie, które fragmenty dostarczyły im najwięcej radości, albo które wiążą się z określoną sytuacją. To propozycja na dobrą zabawę dla maluchów – i można po nią sięgnąć, kiedy chce się odwiedzać Blue. „Super mega kolorowanka” to zachęta do pracy i do powrotów do popularnej wciąż bajki.
wtorek, 23 czerwca 2026
Joanna Podsadecka: Mężczyźni Osieckiej
Mando, Kraków 2026.
Cena
Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.
Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.
Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.
„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.
Cena
Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.
Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.
Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.
„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.
Claire Pisarra: Tato, co to znaczy kochać?
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Słowa
Tata czyta sobie magazyn o urządzaniu gawr, kiedy mały miś zadaje mu pytanie wymagające uwagi. „Tato, co to znaczy kochać?” to publikacja, która połączy w lekturze ojców i kilkulatki – w sam raz, żeby zastanowić się nad sednem wzajemnych relacji i nazwać to, czego później nazywać już nie trzeba, bo staje się oczywiste. Claire Pisarra i Nathalie Ragondet przygotowały tomik wypełniony silnym uczuciem, które ma być naturalne dla odbiorców – i pomagają we wprowadzeniu pierwszego, najistotniejszego wyjaśnienia. Tata z tomiku staje na wysokości zadania – nie wchodzi w abstrakcyjne rozważania, odwołuje się za to do tego, co znane dzieciom z codzienności. I podpowiada, że oznakami miłości może być posiłek przygotowywany ze zdrowych składników, zakazy, ale i nocne pobudki, kiedy dziecko czegoś potrzebuje lub czegoś się boi, wspólne zabawy, wygłupy aż do utraty tchu, pośpiech, żeby zdążyć na spotkanie z czekającym maluchem. Miłość przejawia się na wiele sposobów, wszystkie prowadzą do jednego: pozwalają wyrazić silne uczucie.
Zanim wszystko stanie się oczywiste, dzieci muszą zrozumieć, o co właściwie chodzi. Książeczka pomaga im zamienić abstrakcyjne pojęcie na konkrety – i to takie konkrety, które mają w zasięgu ręki, niekoniecznie tylko w rodzinie misiów. Dzięki takiej lekturze maluch może docenić wszystkie zachowania dorosłego, nawet te, które go irytują lub przygnębiają: bo okazuje się, że przejawem miłości staje się nawet protest dorosłego, kiedy dziecko chce coś zniszczyć lub narazić się na niebezpieczeństwo. A przecież wspólne zabawy, cieszenie się z drobiazgów, odkrywanie świata i spędzanie razem czasu to też jest miłość. W tej książeczce nie dzieje się zbyt dużo – cały tomik to wyliczanka niedźwiedzia, który odpowiada na pytanie zadane przez dziecko – aż do czasu na wspólną zabawę. Liczy się jednak przesłanie i sam fakt, że bohater nie zbagatelizował tematu, a postarał się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafi – i tym samym chce uzmysłowić coś najmłodszym. W warstwie graficznej też nie ma zbyt dużo miejsca na eksperymenty i poszukiwania: liczy się pokazanie dwóch misiów – starszego i młodszego – w zwykłych codziennych sytuacjach, które teraz nabierają nowego znaczenia – bo funkcjonują już jako wyznanie miłości. Obrazki są utrzymane w stonowanej kolorystyce, nie będzie przebodźcowywania dzieci ani zamęczania ich szczegółami, liczy się przede wszystkim relacja łącząca dziecko i rodzica. Misie narysowane zostały prosto, ale urokliwie, z widocznymi śladami kredki i z delikatnym cieniowaniem – to książeczka przygotowana z miłością. Picture book, który dzieci mogłyby przeczytać samodzielnie, ale który znacznie lepiej wypadnie, kiedy będzie wspólną lekturą przed zaśnięciem. „Tato, co to znaczy kochać?” to książeczka, która przygotowuje na rozmowy o uczuciach i pokazuje dzieciom i dorosłym, że da się je wyrażać na wiele różnych sposobów.
Słowa
Tata czyta sobie magazyn o urządzaniu gawr, kiedy mały miś zadaje mu pytanie wymagające uwagi. „Tato, co to znaczy kochać?” to publikacja, która połączy w lekturze ojców i kilkulatki – w sam raz, żeby zastanowić się nad sednem wzajemnych relacji i nazwać to, czego później nazywać już nie trzeba, bo staje się oczywiste. Claire Pisarra i Nathalie Ragondet przygotowały tomik wypełniony silnym uczuciem, które ma być naturalne dla odbiorców – i pomagają we wprowadzeniu pierwszego, najistotniejszego wyjaśnienia. Tata z tomiku staje na wysokości zadania – nie wchodzi w abstrakcyjne rozważania, odwołuje się za to do tego, co znane dzieciom z codzienności. I podpowiada, że oznakami miłości może być posiłek przygotowywany ze zdrowych składników, zakazy, ale i nocne pobudki, kiedy dziecko czegoś potrzebuje lub czegoś się boi, wspólne zabawy, wygłupy aż do utraty tchu, pośpiech, żeby zdążyć na spotkanie z czekającym maluchem. Miłość przejawia się na wiele sposobów, wszystkie prowadzą do jednego: pozwalają wyrazić silne uczucie.
Zanim wszystko stanie się oczywiste, dzieci muszą zrozumieć, o co właściwie chodzi. Książeczka pomaga im zamienić abstrakcyjne pojęcie na konkrety – i to takie konkrety, które mają w zasięgu ręki, niekoniecznie tylko w rodzinie misiów. Dzięki takiej lekturze maluch może docenić wszystkie zachowania dorosłego, nawet te, które go irytują lub przygnębiają: bo okazuje się, że przejawem miłości staje się nawet protest dorosłego, kiedy dziecko chce coś zniszczyć lub narazić się na niebezpieczeństwo. A przecież wspólne zabawy, cieszenie się z drobiazgów, odkrywanie świata i spędzanie razem czasu to też jest miłość. W tej książeczce nie dzieje się zbyt dużo – cały tomik to wyliczanka niedźwiedzia, który odpowiada na pytanie zadane przez dziecko – aż do czasu na wspólną zabawę. Liczy się jednak przesłanie i sam fakt, że bohater nie zbagatelizował tematu, a postarał się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafi – i tym samym chce uzmysłowić coś najmłodszym. W warstwie graficznej też nie ma zbyt dużo miejsca na eksperymenty i poszukiwania: liczy się pokazanie dwóch misiów – starszego i młodszego – w zwykłych codziennych sytuacjach, które teraz nabierają nowego znaczenia – bo funkcjonują już jako wyznanie miłości. Obrazki są utrzymane w stonowanej kolorystyce, nie będzie przebodźcowywania dzieci ani zamęczania ich szczegółami, liczy się przede wszystkim relacja łącząca dziecko i rodzica. Misie narysowane zostały prosto, ale urokliwie, z widocznymi śladami kredki i z delikatnym cieniowaniem – to książeczka przygotowana z miłością. Picture book, który dzieci mogłyby przeczytać samodzielnie, ale który znacznie lepiej wypadnie, kiedy będzie wspólną lekturą przed zaśnięciem. „Tato, co to znaczy kochać?” to książeczka, która przygotowuje na rozmowy o uczuciach i pokazuje dzieciom i dorosłym, że da się je wyrażać na wiele różnych sposobów.