Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Szlaki
To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem.
Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.
Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.
Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
niedziela, 30 sierpnia 2026
Arttu Unkari: Tataman i koszmarny braciszek
Kropka, Warszawa 2026.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
sobota, 29 sierpnia 2026
Dinuś chce być duży. Wspólnie czytamy o zdrowym jedzeniu
Harperkids, Warszawa 2026.
Nadzieja
Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).
Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.
Nadzieja
Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).
Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.
piątek, 28 sierpnia 2026
Olivier Tallec: Czy on śpi?
Druganoga, Warszawa 2026.
Pamięć
Bardzo trudna i bardzo piękna jest ta książka, picture book, w którym bohater – oraz jego przyjaciel, Pok – mierzą się z ostatecznością. Przygoda zakodowana w książce obrazkowej kierowanej do najmłodszych pomoże dzieciom uporać się z emocjami po stracie. Wszystko zaczyna się od znalezienia nieruchomego kosa. Może śpi (chociaż ptaki nie śpią nieruchomo na grzbiecie, o czym bohaterowie jeszcze nie wiedzą), może się jeszcze ocknie. Ale oczekiwanie nie przynosi żadnego efektu – poza ostatecznym potwierdzeniem, bo wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tyle bez ruchu. Kos jest martwy. Teraz trzeba uporać się ze stratą – tęsknotą i smutkiem. Pok i jego przyjaciel wiedzą, że muszą coś zrobić – szukają sposobu na to, żeby zapamiętać kosa i żeby zyskać ukojenie.
„Czy on śpi” to książka, której nie należy się bać. Chociaż przedstawia jako główny temat śmierć – nie przygnębi dzieci. Olivier Tallec przygląda się kolejnym etapom działań i automatycznie – kolejnym etapom żałoby, bohaterowie na początku zaprzeczają wiadomości, później dopiero wprowadzają kolejne działania prowadzące do wyciszenia smutku. Dbają o to, żeby szpak po śmierci miał dobrą opiekę – chowają go i upamiętniają. I to właśnie pokazuje czytelnikom, że zaangażowanie się w sprawy śmierci może pomóc w opanowaniu przykrości. A jednocześnie Tallec nie zastrasza dzieci – pokazuje świat w całej palecie barw, przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie ukrywa przed najmłodszymi, że zdarzają się rozmaite nieszczęścia. Z perspektywy odbiorców kos to tylko umilacz życia, autor pięknych piosenek i ptak, który nadawał koloryt polanie. Nie zdążyli się z nim zaprzyjaźnić ani go polubić, zostają więc z zapośredniczonymi uczuciami bohaterów. Ale empatia sprawi, że bohaterowie podzielą się swoimi emocjami z kilkulatkami.
Na dzisiejszym rynku wydawniczym dość rzadko autorzy decydują się na wprowadzanie trudnych tematów i tego, co mogłoby zasmucić dzieci – to nie jest kierunek, który należy popierać. W końcu chociaż śmierć bliskich nie jest codziennością kilkulatków, nie da się od niej uciec – a książka „Czy on śpi” pomoże w oswojeniu zagadnienia. Przyniesie pretekst do ważnych rozmów i sprawi, że dzieci samodzielnie będą mogły wypracować wnioski na temat radzenia sobie ze smutkiem. Tallec nie udaje, że wszystko natychmiast się ułoży, pokazuje żałobę jako proces – składający się z różnych etapów. Daje dzieciom narzędzia do zadbania o siebie nawet wtedy, gdy nie będą chciały dzielić się uczuciami z nikim.
Jest to książka napisana w prosty sposób i bardzo zrozumiała – mimo fabularnego wyzwania. To picture book, w którym obrazki przyciągają oko, są wielkoformatowe i stanowią idealne uzupełnienie narracji. Podziw wzbudza przede wszystkim realizacja tematu – ale i filozoficzno-poetyckie spojrzenie na rzeczywistość bohaterów, niby baśniową, a mocno powiązaną z realizmem. „Czy on śpi” to książka do oglądania i przedyskutowania, chociaż prosta to nie infantylna – rozbudza ciekawość i wzrusza. Jest to zestaw podpowiedzi ukrytych w historii nieskomplikowanej i wartościowej. Można tu polubić bohaterów i kibicować im w codzienności, można dać się wciągnąć w świat tak zaprezentowany. Czytanie tej książki można zalecić także dorosłym – zwłaszcza że to oni najczęściej biorą na siebie ciężar emocji związanych z rozstaniami.
Pamięć
Bardzo trudna i bardzo piękna jest ta książka, picture book, w którym bohater – oraz jego przyjaciel, Pok – mierzą się z ostatecznością. Przygoda zakodowana w książce obrazkowej kierowanej do najmłodszych pomoże dzieciom uporać się z emocjami po stracie. Wszystko zaczyna się od znalezienia nieruchomego kosa. Może śpi (chociaż ptaki nie śpią nieruchomo na grzbiecie, o czym bohaterowie jeszcze nie wiedzą), może się jeszcze ocknie. Ale oczekiwanie nie przynosi żadnego efektu – poza ostatecznym potwierdzeniem, bo wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tyle bez ruchu. Kos jest martwy. Teraz trzeba uporać się ze stratą – tęsknotą i smutkiem. Pok i jego przyjaciel wiedzą, że muszą coś zrobić – szukają sposobu na to, żeby zapamiętać kosa i żeby zyskać ukojenie.
„Czy on śpi” to książka, której nie należy się bać. Chociaż przedstawia jako główny temat śmierć – nie przygnębi dzieci. Olivier Tallec przygląda się kolejnym etapom działań i automatycznie – kolejnym etapom żałoby, bohaterowie na początku zaprzeczają wiadomości, później dopiero wprowadzają kolejne działania prowadzące do wyciszenia smutku. Dbają o to, żeby szpak po śmierci miał dobrą opiekę – chowają go i upamiętniają. I to właśnie pokazuje czytelnikom, że zaangażowanie się w sprawy śmierci może pomóc w opanowaniu przykrości. A jednocześnie Tallec nie zastrasza dzieci – pokazuje świat w całej palecie barw, przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie ukrywa przed najmłodszymi, że zdarzają się rozmaite nieszczęścia. Z perspektywy odbiorców kos to tylko umilacz życia, autor pięknych piosenek i ptak, który nadawał koloryt polanie. Nie zdążyli się z nim zaprzyjaźnić ani go polubić, zostają więc z zapośredniczonymi uczuciami bohaterów. Ale empatia sprawi, że bohaterowie podzielą się swoimi emocjami z kilkulatkami.
Na dzisiejszym rynku wydawniczym dość rzadko autorzy decydują się na wprowadzanie trudnych tematów i tego, co mogłoby zasmucić dzieci – to nie jest kierunek, który należy popierać. W końcu chociaż śmierć bliskich nie jest codziennością kilkulatków, nie da się od niej uciec – a książka „Czy on śpi” pomoże w oswojeniu zagadnienia. Przyniesie pretekst do ważnych rozmów i sprawi, że dzieci samodzielnie będą mogły wypracować wnioski na temat radzenia sobie ze smutkiem. Tallec nie udaje, że wszystko natychmiast się ułoży, pokazuje żałobę jako proces – składający się z różnych etapów. Daje dzieciom narzędzia do zadbania o siebie nawet wtedy, gdy nie będą chciały dzielić się uczuciami z nikim.
Jest to książka napisana w prosty sposób i bardzo zrozumiała – mimo fabularnego wyzwania. To picture book, w którym obrazki przyciągają oko, są wielkoformatowe i stanowią idealne uzupełnienie narracji. Podziw wzbudza przede wszystkim realizacja tematu – ale i filozoficzno-poetyckie spojrzenie na rzeczywistość bohaterów, niby baśniową, a mocno powiązaną z realizmem. „Czy on śpi” to książka do oglądania i przedyskutowania, chociaż prosta to nie infantylna – rozbudza ciekawość i wzrusza. Jest to zestaw podpowiedzi ukrytych w historii nieskomplikowanej i wartościowej. Można tu polubić bohaterów i kibicować im w codzienności, można dać się wciągnąć w świat tak zaprezentowany. Czytanie tej książki można zalecić także dorosłym – zwłaszcza że to oni najczęściej biorą na siebie ciężar emocji związanych z rozstaniami.
czwartek, 27 sierpnia 2026
Krystyna Mirek: Do trzech razy szczęście
Harde, Warszawa 2026.
Podpowiedź
Każdy, kto myśli, że doświadczenie życiowe i wiek dają gotowe odpowiedzi na to, jaką drogę wybrać w życiu i jak unikać niebezpieczeństw albo pokus, musi zajrzeć do trzeciej części cyklu Do trzech razy – „Do trzech razy szczęście” to ostatni powrót do trzech pokoleń kobiet. Klara jest najmłodsza. Próbuje pogodzić studia z pracą, a nowo odkryte uroki samodzielności nie pozwalają jej na powrót do domu rodzinnego bez względu na to, jak trudno byłoby jej się utrzymać w istniejącym układzie. Klara zastanawia się też nad tym, dla kogo powinno mocniej bić jej serce – zraniona przez Maksa, nie jest w stanie mu już zaufać. A jednak dostrzega przesłanki pozytywnej zmiany, jaką przeszedł niefrasobliwy do niedawna motocyklista. Ania to mama Klary – buduje sobie życie z pisarzem, który w swojej pracy co rusz musi odpowiadać na zaloty i umizgi przypadkowych kobiet – ale potrafi się w tym środowisku obracać i wie, co zrobić, żeby nie dać ukochanej powodów do zazdrości. Coraz pewniej czuje się w tym związku – a to oznacza, że wreszcie może zacząć żyć tylko dla siebie. Jest jeszcze Łucja – babcia Klary, która po sercowym zawodzie wylądowała w szpitalu i teraz powinna dbać o siebie. A to oznacza również decyzje co do przyszłego szczęścia. Łucja wie doskonale, że nie wszystko może już zrobić – tymczasem może się okazać, że jej wybranek ma zupełnie inny pomysł na codzienne życie, a nawet na miejsce zamieszkania. I wtedy zaczną się prawdziwe problemy.
Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom życie trzech bohaterek – ze wszystkimi jego wadami i dylematami. Nie ma tu wielkich słów, chociaż sprawy ostateczne co chwilę przewijają się przez egzystencję. Raz choroba ojca Maksa zmusza chłopaka do zweryfikowania dawnych żali, raz – zmęczenie Klary o mało co nie doprowadza do katastrofy. Zło może czaić się wszędzie, jednak nieocenione jest wsparcie innych osób, ludzi, którym można zaufać w każdej sytuacji. Jedno jest pewne: szczęście to coś, co trzeba sobie każdego dnia wypracowywać od nowa, nigdy nie jest dane z góry. Ale też ludzie, którzy nie wierzą, że mogą je jeszcze zyskać, nie potrafią często wykorzystywać sytuacji do szczęścia prowadzących. Krystyna Mirek nie zapewnia czytelniczkom prostej rozrywki – stara się tak poprowadzić opowieść, żeby zasugerować, że na każde zmartwienie znajdzie się jakieś rozwiązanie, tyle tylko, że czasami trzeba go dłużej poszukać.
To chyba najlepsza część cyklu Do trzech razy – oczywiście że przygotowana jest tak, żeby rozwiązać sporo wątków z poprzednich tomów, ale można ją czytać samodzielnie i zastanawiać się nad decyzjami bohaterów bez wiedzy o ich dotychczasowych relacjach. Krystyna Mirek po prostu potrafi wprowadzać odbiorczynie – nawet te przypadkowe – w świat historii obyczajowych wypełnionych ciekawymi i burzliwymi sytuacjami. To się sprawdza bardzo dobrze – i jest zrealizowane tak, że fanki powieści dla kobiet będą usatysfakcjonowane tą lekturą. „Do trzech razy szczęście” to opowieść o zwyczajnym życiu i o kolejnych wyzwaniach, jakie niosą ze sobą nieuchronne zmiany – ale też o tym, że nie należy bać się przyszłości, bo może ona przynieść sporo dobrego.
Podpowiedź
Każdy, kto myśli, że doświadczenie życiowe i wiek dają gotowe odpowiedzi na to, jaką drogę wybrać w życiu i jak unikać niebezpieczeństw albo pokus, musi zajrzeć do trzeciej części cyklu Do trzech razy – „Do trzech razy szczęście” to ostatni powrót do trzech pokoleń kobiet. Klara jest najmłodsza. Próbuje pogodzić studia z pracą, a nowo odkryte uroki samodzielności nie pozwalają jej na powrót do domu rodzinnego bez względu na to, jak trudno byłoby jej się utrzymać w istniejącym układzie. Klara zastanawia się też nad tym, dla kogo powinno mocniej bić jej serce – zraniona przez Maksa, nie jest w stanie mu już zaufać. A jednak dostrzega przesłanki pozytywnej zmiany, jaką przeszedł niefrasobliwy do niedawna motocyklista. Ania to mama Klary – buduje sobie życie z pisarzem, który w swojej pracy co rusz musi odpowiadać na zaloty i umizgi przypadkowych kobiet – ale potrafi się w tym środowisku obracać i wie, co zrobić, żeby nie dać ukochanej powodów do zazdrości. Coraz pewniej czuje się w tym związku – a to oznacza, że wreszcie może zacząć żyć tylko dla siebie. Jest jeszcze Łucja – babcia Klary, która po sercowym zawodzie wylądowała w szpitalu i teraz powinna dbać o siebie. A to oznacza również decyzje co do przyszłego szczęścia. Łucja wie doskonale, że nie wszystko może już zrobić – tymczasem może się okazać, że jej wybranek ma zupełnie inny pomysł na codzienne życie, a nawet na miejsce zamieszkania. I wtedy zaczną się prawdziwe problemy.
Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom życie trzech bohaterek – ze wszystkimi jego wadami i dylematami. Nie ma tu wielkich słów, chociaż sprawy ostateczne co chwilę przewijają się przez egzystencję. Raz choroba ojca Maksa zmusza chłopaka do zweryfikowania dawnych żali, raz – zmęczenie Klary o mało co nie doprowadza do katastrofy. Zło może czaić się wszędzie, jednak nieocenione jest wsparcie innych osób, ludzi, którym można zaufać w każdej sytuacji. Jedno jest pewne: szczęście to coś, co trzeba sobie każdego dnia wypracowywać od nowa, nigdy nie jest dane z góry. Ale też ludzie, którzy nie wierzą, że mogą je jeszcze zyskać, nie potrafią często wykorzystywać sytuacji do szczęścia prowadzących. Krystyna Mirek nie zapewnia czytelniczkom prostej rozrywki – stara się tak poprowadzić opowieść, żeby zasugerować, że na każde zmartwienie znajdzie się jakieś rozwiązanie, tyle tylko, że czasami trzeba go dłużej poszukać.
To chyba najlepsza część cyklu Do trzech razy – oczywiście że przygotowana jest tak, żeby rozwiązać sporo wątków z poprzednich tomów, ale można ją czytać samodzielnie i zastanawiać się nad decyzjami bohaterów bez wiedzy o ich dotychczasowych relacjach. Krystyna Mirek po prostu potrafi wprowadzać odbiorczynie – nawet te przypadkowe – w świat historii obyczajowych wypełnionych ciekawymi i burzliwymi sytuacjami. To się sprawdza bardzo dobrze – i jest zrealizowane tak, że fanki powieści dla kobiet będą usatysfakcjonowane tą lekturą. „Do trzech razy szczęście” to opowieść o zwyczajnym życiu i o kolejnych wyzwaniach, jakie niosą ze sobą nieuchronne zmiany – ale też o tym, że nie należy bać się przyszłości, bo może ona przynieść sporo dobrego.
środa, 26 sierpnia 2026
Artur Nowicki: Maluch i zasady ruchu drogowego
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Droga
Ta książka jest ważna i potrzebna, a jednocześnie – różna od tych dostępnych dzisiaj na rynku. Artur Nowicki, autor ilustracji do książek z serii o Maluchu (małym fiacie) przygotowuje bowiem kolorowanko-encyklopedię dla najmłodszych. Bohaterem tej książki jest Maluch – i Pola, dziewczynka, która razem ze swoim samochodowym przyjacielem będzie wyjaśniać odbiorcom zasady ruchu drogowego. Dodatkowo dzieci otrzymają tu zestaw łamigłówek i zadań pozwalających na utrwalenie zdobytych wiadomości. Artur Nowicki sprawia, że nie będzie trzeba innych poradników, żeby najmłodsi przyswoili sobie to, co najważniejsze – i stali się świadomymi uczestnikami ruchu drogowego. Nie pomija żadnej roli: omawia zadania tych, którzy prowadzą samochód, ale też pieszych, rowerzystów czy jeżdżących na hulajnogach, a nawet – pasażerów komunikacji zbiorowej. Przedstawia sygnalizację świetlną, zadania policjantów (i to, jak odczytywać ich gesty na drodze), oznakowanie poziome – czyli to namalowane na jezdni oraz znaki drogowe. Te ostatnie rozbija na znaki ostrzegawcze, informacyjne i znaki zakazu. Jest tu bardzo dużo wiadomości, które przydadzą się przy tłumaczeniu dzieciom, czego na drodze robić nie wolno: Artur Nowicki nie zapomina nawet o takich przestrogach jak wychodzenie z samochodu dopiero po zezwoleniu ze strony kierowcy (to w przypadku impulsywnych dzieci bardzo ważne). Maluchy dowiedzą się, dlaczego po zmroku ważne są odblaski – i że nawet domowi pupile mogą takie mieć dla własnego bezpieczeństwa.
Te strony, które już są kolorowe, zawierają wiadomości i podpowiedzi – przeważnie jako komentarze na marginesach, żeby nie przytłoczyć odbiorców nadmiarem tekstu. Kolorowe strony służą do oglądania i chłonięcia wiedzy. Z kolei tam, gdzie w grę wchodzą kolorowanki – elementy do pokolorowania – to dziecko musi się wykazać uzyskanymi wiadomościami, a czasami coś przemyśleć lub zapamiętać. Do tego dochodzą klasyczne łamigłówki i ćwiczenia małej motoryki, dzięki którym dzieci mogą wyżyć się artystycznie, ale też zastanowić się nad bezpieczeństwem na drodze. To świetny pomysł – wszyscy kochają kolorowanki, a tutaj trzeba często pomyśleć nad doborem kolorów, żeby (na przykład) wydobyć z mgły pieszego i zapewnić mu dzięki temu bezpieczeństwo. Strony są kolorowe – albo kolorowe będą i to sprawi, że najmłodsi z chęcią przystąpią do lektury i do wypełniania poleceń.
To książeczka, która na długo wystarczy dzieciom – nie da się jej przeczytać jednym tchem, tu warto zastanowić się nad każdym znakiem drogowym i nad każdym zadaniem, wszystko to doprowadzi do refleksyjnej i długiej – ale przez to wcale nie mniej ekscytującej – lektury. Jest to tomik dla najmłodszych, ale nie tylko tych zainteresowanych pojazdami czy nie tylko dla fanów cyklu o Maluchu – te wiadomości powinni poznać wszyscy bez wyjątku, i to na jak najwcześniejszym etapie życia. Chodzi przecież o zadbanie o siebie i o innych na drogach. Im wcześniej zacznie się taką edukację, tym lepiej – Artur Nowicki pomoże wychować nie tylko świadomych kierowców, ale też świadomych pasażerów lub pieszych. Jest to książka dobrze wymyślona i starannie przygotowana, o czym przekonają się rodzice, którym dzieci będą mogły objaśniać znaczenie kolejnych znaków dostrzeżonych podczas jazdy. A jeśli komuś przypadnie do gustu ta książka, może wrócić do fabularyzowanych przygód Malucha w Naszej Księgarni - tam spotka rezolutnego bohatera w wersji przedszkolnej.
Droga
Ta książka jest ważna i potrzebna, a jednocześnie – różna od tych dostępnych dzisiaj na rynku. Artur Nowicki, autor ilustracji do książek z serii o Maluchu (małym fiacie) przygotowuje bowiem kolorowanko-encyklopedię dla najmłodszych. Bohaterem tej książki jest Maluch – i Pola, dziewczynka, która razem ze swoim samochodowym przyjacielem będzie wyjaśniać odbiorcom zasady ruchu drogowego. Dodatkowo dzieci otrzymają tu zestaw łamigłówek i zadań pozwalających na utrwalenie zdobytych wiadomości. Artur Nowicki sprawia, że nie będzie trzeba innych poradników, żeby najmłodsi przyswoili sobie to, co najważniejsze – i stali się świadomymi uczestnikami ruchu drogowego. Nie pomija żadnej roli: omawia zadania tych, którzy prowadzą samochód, ale też pieszych, rowerzystów czy jeżdżących na hulajnogach, a nawet – pasażerów komunikacji zbiorowej. Przedstawia sygnalizację świetlną, zadania policjantów (i to, jak odczytywać ich gesty na drodze), oznakowanie poziome – czyli to namalowane na jezdni oraz znaki drogowe. Te ostatnie rozbija na znaki ostrzegawcze, informacyjne i znaki zakazu. Jest tu bardzo dużo wiadomości, które przydadzą się przy tłumaczeniu dzieciom, czego na drodze robić nie wolno: Artur Nowicki nie zapomina nawet o takich przestrogach jak wychodzenie z samochodu dopiero po zezwoleniu ze strony kierowcy (to w przypadku impulsywnych dzieci bardzo ważne). Maluchy dowiedzą się, dlaczego po zmroku ważne są odblaski – i że nawet domowi pupile mogą takie mieć dla własnego bezpieczeństwa.
Te strony, które już są kolorowe, zawierają wiadomości i podpowiedzi – przeważnie jako komentarze na marginesach, żeby nie przytłoczyć odbiorców nadmiarem tekstu. Kolorowe strony służą do oglądania i chłonięcia wiedzy. Z kolei tam, gdzie w grę wchodzą kolorowanki – elementy do pokolorowania – to dziecko musi się wykazać uzyskanymi wiadomościami, a czasami coś przemyśleć lub zapamiętać. Do tego dochodzą klasyczne łamigłówki i ćwiczenia małej motoryki, dzięki którym dzieci mogą wyżyć się artystycznie, ale też zastanowić się nad bezpieczeństwem na drodze. To świetny pomysł – wszyscy kochają kolorowanki, a tutaj trzeba często pomyśleć nad doborem kolorów, żeby (na przykład) wydobyć z mgły pieszego i zapewnić mu dzięki temu bezpieczeństwo. Strony są kolorowe – albo kolorowe będą i to sprawi, że najmłodsi z chęcią przystąpią do lektury i do wypełniania poleceń.
To książeczka, która na długo wystarczy dzieciom – nie da się jej przeczytać jednym tchem, tu warto zastanowić się nad każdym znakiem drogowym i nad każdym zadaniem, wszystko to doprowadzi do refleksyjnej i długiej – ale przez to wcale nie mniej ekscytującej – lektury. Jest to tomik dla najmłodszych, ale nie tylko tych zainteresowanych pojazdami czy nie tylko dla fanów cyklu o Maluchu – te wiadomości powinni poznać wszyscy bez wyjątku, i to na jak najwcześniejszym etapie życia. Chodzi przecież o zadbanie o siebie i o innych na drogach. Im wcześniej zacznie się taką edukację, tym lepiej – Artur Nowicki pomoże wychować nie tylko świadomych kierowców, ale też świadomych pasażerów lub pieszych. Jest to książka dobrze wymyślona i starannie przygotowana, o czym przekonają się rodzice, którym dzieci będą mogły objaśniać znaczenie kolejnych znaków dostrzeżonych podczas jazdy. A jeśli komuś przypadnie do gustu ta książka, może wrócić do fabularyzowanych przygód Malucha w Naszej Księgarni - tam spotka rezolutnego bohatera w wersji przedszkolnej.
wtorek, 25 sierpnia 2026
Katherine Eban: Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków
Czarne, Wołowiec 2026.
Zdrowie
To jest tak, że każdy chciałby jak najmniej pieniędzy zostawiać w aptekach – i często farmaceuci są pytani o tańsze zamienniki przepisywanych przez lekarzy medykamentów. Ale, jak się okazuje, ta droga może być pułapką, bo taniość to nie zawsze gwarancja odpowiednio dobranego składu czy zachowywania procedur. Fabryki w Indiach produkują lekarstwa i nie przejmują się ich nieskutecznością lub wręcz zagrożeniami płynącymi z ich stosowania, a do tego są w stanie omijać wszelkiego rodzaju wytyczne czy regulaminy. Fałszowanie składu leków to jedno, nieprzestrzeganie zasad przygotowywania drugie – a kombinacje prawne i oszustwa czy fałszowanie dokumentacji – trzecie. Jeśli ma się to na uwadze, trochę mniej atrakcyjne wydają się tańsze zamienniki leków. Zwłaszcza że owe zamienniki czasami trafiają na rynki choćby w Stanach Zjednoczonych – i mogą doprowadzić do wielkiej katastrofy – w najczarniejszym scenariuszu do śmierci pacjentów ufnych w dzisiejszą medycynę.
I książka „Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków” to właśnie uważna analiza nadużyć popełnianych na rynku lekarstw. Katherine Eban przeprowadza wręcz dziennikarskie śledztwo – albo dzieli się informacjami dotyczącymi największych skandali w dziedzinie tańszych zamienników leków. Przedstawia odkrycia, które mogą wstrząsnąć czytelnikami – przede wszystkim przypomina, że zamiennik może nie przynieść oczekiwanych rezultatów z najróżniejszych powodów, od nieodpowiedniego składnika, przez niewłaściwe metody przygotowywania leku, aż po kompletnie zarzucone elementy przepisu. Tworzenie leków to wyścig do wielkich pieniędzy – w przypadku zamienników to wyścig do wielkich pieniędzy – pozostałości po wielkich koncernach. I autorka wyjaśnia między innymi, jakie regulacje pozwalają na zarabianiu na tańszych zamiennikach, w momencie gdy liczy się konkurencyjna cena. W pewnym momencie Katherine Eban zaczyna przechodzić do ludzi – tropi tych, których decyzje przyczyniały się do kolejnych nadużyć, naświetla ich reakcje w obliczu zagrożenia oraz ich postawy wobec wiadomości o śmierci pacjentów korzystających z oferty ich firmy. Konflikt pojawia się tu wyraźnie, a oskarżenia wydają się jednoznaczne – ludzie, którzy korzystają z tańszych zamienników leków, często nie byliby w stanie zapłacić pełnej kwoty za oryginalny lek – zamienniki to ich jedyna nadzieja na wyzdrowienie. W grę wchodzi też czynnik środowiskowy – miejsce zamieszkania czasami warunkuje dostęp do różnych wersji leków. Tymczasem dla firm produkujących takie medykamenty zdrowie ani życie anonimowych pacjentów nie ma żadnego znaczenia, więc koncentrują się jedynie na zarobku. „Gorzkie pigułki” to właśnie ta smutna prawda: życie jednostki nie liczy się w kontekście „dobra” firmy. Katherine Eban przygotowuje czytelników na wielkie i smutne niespodzianki w obliczu choroby – i pokazuje, skąd się one biorą.
Jest to książka niby utrzymana w tonie sensacji – przynajmniej pod kątem doboru tematów. Ale jeśli chodzi o narrację i dobór wiadomości – to autorka postawiła na rzetelność i szczegółowość. Oczywiście fabularyzuje pewne kwestie, tak, żeby czytelnikom przyjemniej śledziło się informacje, ale nie musiałaby tego robić: pisze dobrze i jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelników dzięki samemu głównemu zagadnieniu. To odpowiedź na społeczne lęki i na niewyjaśnione często zjawiska, istotne z perspektywy pacjentów. Jest to obszerna książka, ale lektura nie należy do nudnych, wręcz przeciwnie – rzadko zdarza się na rynku literatury faktu tom aż tak frapujący.
Zdrowie
To jest tak, że każdy chciałby jak najmniej pieniędzy zostawiać w aptekach – i często farmaceuci są pytani o tańsze zamienniki przepisywanych przez lekarzy medykamentów. Ale, jak się okazuje, ta droga może być pułapką, bo taniość to nie zawsze gwarancja odpowiednio dobranego składu czy zachowywania procedur. Fabryki w Indiach produkują lekarstwa i nie przejmują się ich nieskutecznością lub wręcz zagrożeniami płynącymi z ich stosowania, a do tego są w stanie omijać wszelkiego rodzaju wytyczne czy regulaminy. Fałszowanie składu leków to jedno, nieprzestrzeganie zasad przygotowywania drugie – a kombinacje prawne i oszustwa czy fałszowanie dokumentacji – trzecie. Jeśli ma się to na uwadze, trochę mniej atrakcyjne wydają się tańsze zamienniki leków. Zwłaszcza że owe zamienniki czasami trafiają na rynki choćby w Stanach Zjednoczonych – i mogą doprowadzić do wielkiej katastrofy – w najczarniejszym scenariuszu do śmierci pacjentów ufnych w dzisiejszą medycynę.
I książka „Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków” to właśnie uważna analiza nadużyć popełnianych na rynku lekarstw. Katherine Eban przeprowadza wręcz dziennikarskie śledztwo – albo dzieli się informacjami dotyczącymi największych skandali w dziedzinie tańszych zamienników leków. Przedstawia odkrycia, które mogą wstrząsnąć czytelnikami – przede wszystkim przypomina, że zamiennik może nie przynieść oczekiwanych rezultatów z najróżniejszych powodów, od nieodpowiedniego składnika, przez niewłaściwe metody przygotowywania leku, aż po kompletnie zarzucone elementy przepisu. Tworzenie leków to wyścig do wielkich pieniędzy – w przypadku zamienników to wyścig do wielkich pieniędzy – pozostałości po wielkich koncernach. I autorka wyjaśnia między innymi, jakie regulacje pozwalają na zarabianiu na tańszych zamiennikach, w momencie gdy liczy się konkurencyjna cena. W pewnym momencie Katherine Eban zaczyna przechodzić do ludzi – tropi tych, których decyzje przyczyniały się do kolejnych nadużyć, naświetla ich reakcje w obliczu zagrożenia oraz ich postawy wobec wiadomości o śmierci pacjentów korzystających z oferty ich firmy. Konflikt pojawia się tu wyraźnie, a oskarżenia wydają się jednoznaczne – ludzie, którzy korzystają z tańszych zamienników leków, często nie byliby w stanie zapłacić pełnej kwoty za oryginalny lek – zamienniki to ich jedyna nadzieja na wyzdrowienie. W grę wchodzi też czynnik środowiskowy – miejsce zamieszkania czasami warunkuje dostęp do różnych wersji leków. Tymczasem dla firm produkujących takie medykamenty zdrowie ani życie anonimowych pacjentów nie ma żadnego znaczenia, więc koncentrują się jedynie na zarobku. „Gorzkie pigułki” to właśnie ta smutna prawda: życie jednostki nie liczy się w kontekście „dobra” firmy. Katherine Eban przygotowuje czytelników na wielkie i smutne niespodzianki w obliczu choroby – i pokazuje, skąd się one biorą.
Jest to książka niby utrzymana w tonie sensacji – przynajmniej pod kątem doboru tematów. Ale jeśli chodzi o narrację i dobór wiadomości – to autorka postawiła na rzetelność i szczegółowość. Oczywiście fabularyzuje pewne kwestie, tak, żeby czytelnikom przyjemniej śledziło się informacje, ale nie musiałaby tego robić: pisze dobrze i jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelników dzięki samemu głównemu zagadnieniu. To odpowiedź na społeczne lęki i na niewyjaśnione często zjawiska, istotne z perspektywy pacjentów. Jest to obszerna książka, ale lektura nie należy do nudnych, wręcz przeciwnie – rzadko zdarza się na rynku literatury faktu tom aż tak frapujący.
poniedziałek, 24 sierpnia 2026
Sherri Duskey Rinker, Ag Ford: Na placu budowy... wóz pożarowy!
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Pożar!
W serii usypianek dla najmłodszych fanów ciężkiego sprzętu budowlanego pojawia się kolejny motyw, a co za tym idzie – otwarcie cyklu na pojazdy spoza szóstki przyjaciół. Tym razem nocą wybucha pożar – i trzeba zrobić miejsce dla najważniejszego samochodu, ogromnego wozu strażackiego. Tylko on może teraz pomóc – ale nie oznacza to, że Brumka i jej przyjaciele będą bezradni czy bez zajęcia – każdy z wielkich sprzętów może zająć się innymi sposobami radzenia sobie z pożarem. Znowu współpraca i wzajemne wsparcie to droga do sukcesu. Dodatkowo ważne jest to, że po wszystkim trzeba jeszcze posprzątać – a tu już bohaterowie cyklu doskonale wiedzą, jak działać. Nie tylko wóz strażacki wystąpi na kartach tej rymowanki, będzie tu jeszcze kilka innych ciekawych z perspektywy dzieci maszyn. Najmłodsi dowiedzą się, jak wygląda akcja gaśnicza, co się dzieje, kiedy pożar wybuchnie na większych wysokościach i czy w trakcie gaszenia pożaru może wyczerpać się woda. Co prawda na końcu tomiku pojawia się informacja, że tylko w bajce pożary gaszą samochody, w rzeczywistości to praca strażaków – ale liczy się efekt, a ten może być piorunujący dla najmłodszych. Wszystkie dzieci z pewnością z zapartym tchem będą oglądać przygody wozu strażackiego i kibicować mu w działaniach.
Pierwsza opowieść o pojazdach z placu budowy była drogą do snu dla wielkich maszyn. W tomiku „Na placu budowy… wóz pożarowy!” trudno mówić o wyciszeniu – najpierw trzeba rozpalić emocje, żeby później doprowadzić do tego, z czego cykl słynie, czyli do uspokojenia maluchów i przygotowania ich na sen. Tym razem noc przychodzi szybciej (zresztą najbardziej dynamiczna akcja to też noc, w dzień trwa porządkowanie miejsca i minimalizowanie strat). Ale ten skrót nie ma większego znaczenia – dla dzieci będzie najważniejsze to, co dzieje się w trakcie pożaru. Sherri Duskey Rinker i Ag Ford dbają o to, żeby pokazać najmłodszym jak najwięcej tematów związanych z wyposażeniem wozów strażackich. Joanna Wajs – jak zawsze – bardzo dobrze tłumaczy rymowankę, zdaje sobie sprawę z roli sylabotoniku i nie boi się sygnalizować silnych emocji w tekście. Seria picture booków pełni jednocześnie rolę edukacyjną i rozrywkową i nie inaczej jest i tym razem. Wóz strażacki świetnie wkomponowuje się w prezentację wielkich maszyn – nawet jeśli niczego nie buduje, to dzięki niemu można spać spokojnie. Dla dzieci przygotowane zostały jeszcze wskazówki na wypadek pożaru – tak, żeby lektura nie wiązała się ze stresem, a żeby przyniosła coś pożytecznego i wartościowego dla kilkulatków. Tutaj rozwija się też słownictwo i uczy zasad życia w grupie.
„Na placu budowy… wóz pożarowy” to książka, która nie rozczarowuje. W nocy pożar wygląda bardziej widowiskowo i znajduje to odzwierciedlenie w obrazkach – tę publikację przyjemnie się będzie najmłodszym oglądać. Najczęściej wybierany tryb lektury w tym wypadku to czytanie dzieciom przez rodziców przed snem – i do tego została ta pozycja przygotowana najlepiej jak się da. Jest z pewnością spora grupa dzieci, które na kolejne przygody pojazdów z placu budowy czekają z niecierpliwością – a tu widać wyraźnie, że znajdzie się pomysł i na następne tomiki.
Pożar!
W serii usypianek dla najmłodszych fanów ciężkiego sprzętu budowlanego pojawia się kolejny motyw, a co za tym idzie – otwarcie cyklu na pojazdy spoza szóstki przyjaciół. Tym razem nocą wybucha pożar – i trzeba zrobić miejsce dla najważniejszego samochodu, ogromnego wozu strażackiego. Tylko on może teraz pomóc – ale nie oznacza to, że Brumka i jej przyjaciele będą bezradni czy bez zajęcia – każdy z wielkich sprzętów może zająć się innymi sposobami radzenia sobie z pożarem. Znowu współpraca i wzajemne wsparcie to droga do sukcesu. Dodatkowo ważne jest to, że po wszystkim trzeba jeszcze posprzątać – a tu już bohaterowie cyklu doskonale wiedzą, jak działać. Nie tylko wóz strażacki wystąpi na kartach tej rymowanki, będzie tu jeszcze kilka innych ciekawych z perspektywy dzieci maszyn. Najmłodsi dowiedzą się, jak wygląda akcja gaśnicza, co się dzieje, kiedy pożar wybuchnie na większych wysokościach i czy w trakcie gaszenia pożaru może wyczerpać się woda. Co prawda na końcu tomiku pojawia się informacja, że tylko w bajce pożary gaszą samochody, w rzeczywistości to praca strażaków – ale liczy się efekt, a ten może być piorunujący dla najmłodszych. Wszystkie dzieci z pewnością z zapartym tchem będą oglądać przygody wozu strażackiego i kibicować mu w działaniach.
Pierwsza opowieść o pojazdach z placu budowy była drogą do snu dla wielkich maszyn. W tomiku „Na placu budowy… wóz pożarowy!” trudno mówić o wyciszeniu – najpierw trzeba rozpalić emocje, żeby później doprowadzić do tego, z czego cykl słynie, czyli do uspokojenia maluchów i przygotowania ich na sen. Tym razem noc przychodzi szybciej (zresztą najbardziej dynamiczna akcja to też noc, w dzień trwa porządkowanie miejsca i minimalizowanie strat). Ale ten skrót nie ma większego znaczenia – dla dzieci będzie najważniejsze to, co dzieje się w trakcie pożaru. Sherri Duskey Rinker i Ag Ford dbają o to, żeby pokazać najmłodszym jak najwięcej tematów związanych z wyposażeniem wozów strażackich. Joanna Wajs – jak zawsze – bardzo dobrze tłumaczy rymowankę, zdaje sobie sprawę z roli sylabotoniku i nie boi się sygnalizować silnych emocji w tekście. Seria picture booków pełni jednocześnie rolę edukacyjną i rozrywkową i nie inaczej jest i tym razem. Wóz strażacki świetnie wkomponowuje się w prezentację wielkich maszyn – nawet jeśli niczego nie buduje, to dzięki niemu można spać spokojnie. Dla dzieci przygotowane zostały jeszcze wskazówki na wypadek pożaru – tak, żeby lektura nie wiązała się ze stresem, a żeby przyniosła coś pożytecznego i wartościowego dla kilkulatków. Tutaj rozwija się też słownictwo i uczy zasad życia w grupie.
„Na placu budowy… wóz pożarowy” to książka, która nie rozczarowuje. W nocy pożar wygląda bardziej widowiskowo i znajduje to odzwierciedlenie w obrazkach – tę publikację przyjemnie się będzie najmłodszym oglądać. Najczęściej wybierany tryb lektury w tym wypadku to czytanie dzieciom przez rodziców przed snem – i do tego została ta pozycja przygotowana najlepiej jak się da. Jest z pewnością spora grupa dzieci, które na kolejne przygody pojazdów z placu budowy czekają z niecierpliwością – a tu widać wyraźnie, że znajdzie się pomysł i na następne tomiki.
niedziela, 23 sierpnia 2026
Krystyna Mirek: Sekretna miłość
Luna, Warszawa 2026.
Zależności
Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.
Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.
Zależności
Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.
Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.
sobota, 22 sierpnia 2026
Aneta Pawłowska-Krać: Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD
Czarne, Wołowiec 2026.
Skupienie
Wszyscy, którzy krzyczą, że ADHD nie istnieje, że to moda i wymysł dzisiejszych psychologów, mogą zweryfikować swoje poglądy, sięgając po książkę Anety Pawłowskiej-Krać „Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD”. To zestaw reportaży i rozmów, które autorka przeprowadziła dla lepszego zrozumienia tematu – i teraz prezentuje szerokiej publiczności, żeby uświadomić, że to nie moda a rosnąca świadomość sprawia, że obecnie u wielu dorosłych diagnozuje się taką dysfunkcję. ADHD jest rodzajem neuroatypowości, w tej książce często splata się z autyzmem (chociaż Pawłowska-Krać nie zajmuje się szczegółowymi rozróżnieniami). I przybiera naprawdę różne oblicza.
Rytm tej książki wydaje się sensowny, żeby nie zaburzać czytelnikom odbioru: autorka najpierw przedstawia nowego bohatera – kogoś, kto w dorosłym życiu mierzy się z ADHD, uzyskał diagnozę i musiał podporządkować swoje życie „inności”, żeby funkcjonować w rzeczywistości. W tych bohaterach oczywiście mogą kumulować się cechy różnych ludzi, ale Pawłowska-Krać bardziej liczy na indywidualności, które da się rozszerzyć – niż na modelowe zachowania. I dlatego przyciągnie czytelników możliwością podglądania zwykłych ludzi w ich codziennych perypetiach. Żeby zrozumieć, co działo się w ich domach, przedstawia rozdział później wybrany aspekt ADHD i badań nad nim z perspektywy specjalistów. To okazja do udzielania bardziej konkretnych wyjaśnień i do naświetlania kolejnych symptomów. Dzięki temu przesadne teoretyzowanie nie odbiera przyjemności czytania, a książka pełni też funkcję edukacyjną – przynosi czytelnikom wartościowe informacje. Jeśli czytelnicy uważali, że ADHD to tylko przeszkoda w funkcjonowaniu w mało wyrozumiałym świecie, dzięki temu tomowi przekonają się, że mogli się bardzo mylić. Autorka celowo sięga po życiorysy skrajne i różne – pojawi się tu między innymi mężczyzna, który z ADHD uczynił atut w pracy i osiągnął znacznie więcej niż przeciętni. Ale są tu też bohaterowie, którzy bez pomocy bliskich nie mogliby radzić sobie z najprostszymi sprawami. Opowieści prywatne – te o ludziach z ADHD – to też rejestr zachowań, które można podejrzeć jako przepis na ratunek. Jedni otaczają się przypominajkami i terminarzami, inni szukają diagnoz (i często błądzą), jeszcze inni nie są w stanie posprzątać swojego otoczenia, a kolejni fascynują, gdy są w towarzystwie, ale we własnym domu nie są w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. ADHD to nie tylko nieumiejętność skupienia się czy zorganizowania wizyt u lekarza – to także regenerująca drzemka w ciągu dnia albo poczucie niewystarczalności. Autorce zależało w tej książce na naświetleniu jak największego spektrum zjawiska, które budzi ciekawość albo sprzeciw czytelników – jest tu niestrudzona w poszukiwaniu kolejnych przejawów neuroatypowości. Przyciągnie czytelników między innymi umiejętnym analizowaniem sytuacji, prowadzeniem wartościowych obserwacji, kiedy ma do czynienia z nowymi znajomymi borykającymi się z czyimś ADHD na co dzień. Dba o to, żeby nie piętnować, a pokazywać odmienność – bez oceniania. „Milion myśli naraz” to bardzo atrakcyjna publikacja – z pewnością spotka się z uznaniem na rynku i może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców, nie tylko do tych, którzy spotkali się z diagnozą ADHD u siebie lub kogoś bliskiego, ale też do tych, którzy chcą zgłębiać „fenomen” albo wyrobić sobie własne zdanie na temat „mody”. Po lekturze z pewnością będą bardziej ostrożni w swoich sądach.
Skupienie
Wszyscy, którzy krzyczą, że ADHD nie istnieje, że to moda i wymysł dzisiejszych psychologów, mogą zweryfikować swoje poglądy, sięgając po książkę Anety Pawłowskiej-Krać „Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD”. To zestaw reportaży i rozmów, które autorka przeprowadziła dla lepszego zrozumienia tematu – i teraz prezentuje szerokiej publiczności, żeby uświadomić, że to nie moda a rosnąca świadomość sprawia, że obecnie u wielu dorosłych diagnozuje się taką dysfunkcję. ADHD jest rodzajem neuroatypowości, w tej książce często splata się z autyzmem (chociaż Pawłowska-Krać nie zajmuje się szczegółowymi rozróżnieniami). I przybiera naprawdę różne oblicza.
Rytm tej książki wydaje się sensowny, żeby nie zaburzać czytelnikom odbioru: autorka najpierw przedstawia nowego bohatera – kogoś, kto w dorosłym życiu mierzy się z ADHD, uzyskał diagnozę i musiał podporządkować swoje życie „inności”, żeby funkcjonować w rzeczywistości. W tych bohaterach oczywiście mogą kumulować się cechy różnych ludzi, ale Pawłowska-Krać bardziej liczy na indywidualności, które da się rozszerzyć – niż na modelowe zachowania. I dlatego przyciągnie czytelników możliwością podglądania zwykłych ludzi w ich codziennych perypetiach. Żeby zrozumieć, co działo się w ich domach, przedstawia rozdział później wybrany aspekt ADHD i badań nad nim z perspektywy specjalistów. To okazja do udzielania bardziej konkretnych wyjaśnień i do naświetlania kolejnych symptomów. Dzięki temu przesadne teoretyzowanie nie odbiera przyjemności czytania, a książka pełni też funkcję edukacyjną – przynosi czytelnikom wartościowe informacje. Jeśli czytelnicy uważali, że ADHD to tylko przeszkoda w funkcjonowaniu w mało wyrozumiałym świecie, dzięki temu tomowi przekonają się, że mogli się bardzo mylić. Autorka celowo sięga po życiorysy skrajne i różne – pojawi się tu między innymi mężczyzna, który z ADHD uczynił atut w pracy i osiągnął znacznie więcej niż przeciętni. Ale są tu też bohaterowie, którzy bez pomocy bliskich nie mogliby radzić sobie z najprostszymi sprawami. Opowieści prywatne – te o ludziach z ADHD – to też rejestr zachowań, które można podejrzeć jako przepis na ratunek. Jedni otaczają się przypominajkami i terminarzami, inni szukają diagnoz (i często błądzą), jeszcze inni nie są w stanie posprzątać swojego otoczenia, a kolejni fascynują, gdy są w towarzystwie, ale we własnym domu nie są w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. ADHD to nie tylko nieumiejętność skupienia się czy zorganizowania wizyt u lekarza – to także regenerująca drzemka w ciągu dnia albo poczucie niewystarczalności. Autorce zależało w tej książce na naświetleniu jak największego spektrum zjawiska, które budzi ciekawość albo sprzeciw czytelników – jest tu niestrudzona w poszukiwaniu kolejnych przejawów neuroatypowości. Przyciągnie czytelników między innymi umiejętnym analizowaniem sytuacji, prowadzeniem wartościowych obserwacji, kiedy ma do czynienia z nowymi znajomymi borykającymi się z czyimś ADHD na co dzień. Dba o to, żeby nie piętnować, a pokazywać odmienność – bez oceniania. „Milion myśli naraz” to bardzo atrakcyjna publikacja – z pewnością spotka się z uznaniem na rynku i może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców, nie tylko do tych, którzy spotkali się z diagnozą ADHD u siebie lub kogoś bliskiego, ale też do tych, którzy chcą zgłębiać „fenomen” albo wyrobić sobie własne zdanie na temat „mody”. Po lekturze z pewnością będą bardziej ostrożni w swoich sądach.
piątek, 21 sierpnia 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Srebrny wąż
Kropka, Warszawa 2026.
Muzeum
Po raz ostatni Agata Szajba wkracza do akcji – pojawia się bowiem coraz więcej problemów spoza śledztw kryminalnych – problemów, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Najbardziej rozłożysta zagadka, czyli kwestia śmierci mamy Agaty, zyska tu zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie, ale z końcem powieści nie skończy się zestaw niespodzianek dla odbiorców. „Agata Szajba. Srebrny wąż” to książka, w której można zrobić wszystko.
Bohaterka do tej pory zawsze podejmowała się spraw beznadziejnych i działała, dopóki ktoś nie uciszył jej w sposób mocno ryzykowny jak na literaturę dla dzieci – i nie inaczej będzie tutaj, to znaczy: Agata rusza do akcji na przekór wszystkim ostrzeżeniom. Sama dąży do uzyskania kolejnego wyzwania z Gildii, bo uważa, że jej talent marnuje się z daleka od śledztw. Ma trochę racji, jest wyjątkowo utalentowana w szyfrach, co oznacza, że odbiorcy niekoniecznie będą mogli razem z nią rozwiązywać kolejne zadania. Agata kocha szyfry, łamigłówki i niebezpieczeństwa. Jest inteligentna i utalentowana – ale niezbyt dobrym rozwiązaniem z perspektywy odbiorców będzie fakt, że dziewczyna cały czas opuszcza lekcje. Ucieka ze szkoły i jest bardzo kreatywna w wagarowaniu – to jeden z tematów, w którym Lena Jones nie ma dobrego wyjścia.
Ale pomoc Agaty wydaje się tym razem niezbędna: zaginęła jedna z pracownic muzeum. Nie ma po niej śladu, nikt nie wie, gdzie jej szukać – ani co się stało. A do tego przyjaciółka Agaty przekonuje się, że na jednym z najsłynniejszych obrazów w muzeum, widnieje widoczna tylko pod promieniami UV litera. To kolejny sygnał, że dzieje się coś dziwnego. I może Agata nie zaangażowałaby się tak mocno w akcję, gdyby nie fakt, że tropy ponownie prowadzą do jej mamy. A to przestrzeń na dowiedzenie się czegoś nowego w temacie, który dziewczynę zawsze bardzo mocno porusza.
Śledztwo w sprawach muzealnych to zagadka kryminalna, ale Lena Jones nie zrezygnuje też z kwestii osobistych: Agata do tej pory mogła się przekonać, na czym polega prawdziwa przyjaźń i – jak radzić sobie z nieuczciwymi zwierzchnikami w Gildii. Teraz jednak przeżywa pierwsze prawdziwe zauroczenie: pojawia się na horyzoncie ktoś, kto odbiera świat tak samo jak ona, rozumie ją we wszystkich dziwactwach i pcha do przodu każde śledztwo. Agata nie ma czasu na miłość – ale przyjemnie jest spędzać czas z kimś, kto tak dobrze ją rozumie. „Srebrny wąż” to zatem książka, która ma przywoływać różne aspekty codzienności bohaterki, która zajmuje się pracą detektywistyczną w wersji najtrudniejszej.
Codzienność Agaty to ciągłe wyzwania i podejmowanie ryzyka na przekór wszystkiemu. Dziewczyna wie, że jeśli samodzielnie nie zdobędzie potrzebnych informacji, nikt jej w tym nie pomoże – w związku z tym często zachowuje się niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem, co świetnie robi fabule, za to niekoniecznie – samemu charakterowi. Lena Jones sięga jednak po gatunek, który na rynku literatury czwartej bardzo dobrze się sprawdza i ma wielu fanów – i realizuje go w wersji mocno rozrywkowej.
Muzeum
Po raz ostatni Agata Szajba wkracza do akcji – pojawia się bowiem coraz więcej problemów spoza śledztw kryminalnych – problemów, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Najbardziej rozłożysta zagadka, czyli kwestia śmierci mamy Agaty, zyska tu zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie, ale z końcem powieści nie skończy się zestaw niespodzianek dla odbiorców. „Agata Szajba. Srebrny wąż” to książka, w której można zrobić wszystko.
Bohaterka do tej pory zawsze podejmowała się spraw beznadziejnych i działała, dopóki ktoś nie uciszył jej w sposób mocno ryzykowny jak na literaturę dla dzieci – i nie inaczej będzie tutaj, to znaczy: Agata rusza do akcji na przekór wszystkim ostrzeżeniom. Sama dąży do uzyskania kolejnego wyzwania z Gildii, bo uważa, że jej talent marnuje się z daleka od śledztw. Ma trochę racji, jest wyjątkowo utalentowana w szyfrach, co oznacza, że odbiorcy niekoniecznie będą mogli razem z nią rozwiązywać kolejne zadania. Agata kocha szyfry, łamigłówki i niebezpieczeństwa. Jest inteligentna i utalentowana – ale niezbyt dobrym rozwiązaniem z perspektywy odbiorców będzie fakt, że dziewczyna cały czas opuszcza lekcje. Ucieka ze szkoły i jest bardzo kreatywna w wagarowaniu – to jeden z tematów, w którym Lena Jones nie ma dobrego wyjścia.
Ale pomoc Agaty wydaje się tym razem niezbędna: zaginęła jedna z pracownic muzeum. Nie ma po niej śladu, nikt nie wie, gdzie jej szukać – ani co się stało. A do tego przyjaciółka Agaty przekonuje się, że na jednym z najsłynniejszych obrazów w muzeum, widnieje widoczna tylko pod promieniami UV litera. To kolejny sygnał, że dzieje się coś dziwnego. I może Agata nie zaangażowałaby się tak mocno w akcję, gdyby nie fakt, że tropy ponownie prowadzą do jej mamy. A to przestrzeń na dowiedzenie się czegoś nowego w temacie, który dziewczynę zawsze bardzo mocno porusza.
Śledztwo w sprawach muzealnych to zagadka kryminalna, ale Lena Jones nie zrezygnuje też z kwestii osobistych: Agata do tej pory mogła się przekonać, na czym polega prawdziwa przyjaźń i – jak radzić sobie z nieuczciwymi zwierzchnikami w Gildii. Teraz jednak przeżywa pierwsze prawdziwe zauroczenie: pojawia się na horyzoncie ktoś, kto odbiera świat tak samo jak ona, rozumie ją we wszystkich dziwactwach i pcha do przodu każde śledztwo. Agata nie ma czasu na miłość – ale przyjemnie jest spędzać czas z kimś, kto tak dobrze ją rozumie. „Srebrny wąż” to zatem książka, która ma przywoływać różne aspekty codzienności bohaterki, która zajmuje się pracą detektywistyczną w wersji najtrudniejszej.
Codzienność Agaty to ciągłe wyzwania i podejmowanie ryzyka na przekór wszystkiemu. Dziewczyna wie, że jeśli samodzielnie nie zdobędzie potrzebnych informacji, nikt jej w tym nie pomoże – w związku z tym często zachowuje się niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem, co świetnie robi fabule, za to niekoniecznie – samemu charakterowi. Lena Jones sięga jednak po gatunek, który na rynku literatury czwartej bardzo dobrze się sprawdza i ma wielu fanów – i realizuje go w wersji mocno rozrywkowej.
czwartek, 20 sierpnia 2026
Błażej Ciarkowski: Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u
Czarne, Wołowiec 2026.
Odpoczynek
Z fascynacji klimatami retro, nostalgii za PRL-em, mody, a może jeszcze z innych powodów mogą odbiorcy sięgać po książkę „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”. Błażej Ciarkowski zajmuje się tu możliwościami wypoczynku, jakie mieli – dzięki ówczesnej polityce i zakładom pracy – zwykli ludzie. Przynajmniej w pięknych i wzniosłych teoriach. Bo tak naprawdę książka „Remontownia ciał i dusz” to publikacja o rozdwojonej narracji. Jeden tor stanowią plany – ideały i oczekiwania, potrzeby i działania ludzi na szczycie – po to, żeby pokazać masom, jak bardzo się o nie dba. Żeby stłumić ewentualne narzekania. Żeby wzmocnić produktywność. Żeby trochę animować ruch turystyczny. Plany należą zawsze do ambitnych i zbyt pięknych, żeby mogły się ziścić. Drugi tor w narracji zapewniają prawdziwe doświadczenia, realizacja tego, co na papierze wyglądało idealnie. Kombinowanie, skargi, niezadowolenie lub pesymizm ludzi, którzy z atrakcji wczasowych korzystali.
I Błażej Ciarkowski przechodzi przez kolejne poziomy wtajemniczenia w kwestie domów wczasowych i sanatoriów – od pytania, komu przysługiwały w nich miejsca, kto mógł otrzymać szansę na wypoczynek lub miejsce na turnusie, a kto korzystał, chociaż niekoniecznie powinien. Już na tym etapie widać wyraźnie, że ludzie nie zrezygnują ze zdobywania dla siebie jak najwięcej – wykorzystają każdą sytuację, żeby tylko wyjść przed szereg i zapewnić sobie rozrywkę. Z kolei ci faktycznie potrzebujący odpoczynku, zwłaszcza takiego, jaki oferowały zakłady pracy, nie wierzyli w swoje prawo do wczasów – i, co za tym idzie, nie umieli o to zawalczyć. W „Remontowni” to rozdwojenie nie kończy się na wstępnych rozdziałach – autor przeprowadza czytelników przez kolejne zestawienia, między innymi kuchnię, organizowane na miejscu rozrywki czy instytucję kaowca. Bezlitośnie punktuje problemy płynące z niewiedzy: kiedy to chorzy trafiali do nieodpowiednich dla swoich problemów zdrowotnych miejsc – ze względu na brak świadomości tych, którzy przydzielali skierowania. Jest tu opowieść o architekturze i o rozwiązaniach lokalowych, o rozrywkach na miejscu i o zmianach, jakie zachodziły w miejscowościach uzdrowiskowych. I w tym wszystkim autorowi nie zabraknie goryczy – zwłaszcza kiedy przedstawia ludzi rozczarowanych albo oszukanych, tych, którzy nie mogli korzystać z atrakcji obmyślonych specjalnie dla nich. Do tego dochodzi zestaw fotografii podkreślających dzisiejszy upadek dawnych tętniących życiem ośrodków. Ciarkowski stara się pokazać całą kulturę funkcjonowania w ośrodkach wczasowych, dba o to, żeby nie przeoczyć żadnego detalu – proponuje czytelnikom przypomnienie zjawisk, które odeszły już do lamusa. Co ciekawe, czytelnicy ze starszych pokoleń, ci, którzy mogli jeszcze zaznać życia uzdrowiskowego, mogą mieć inne zdanie na tematy, w których Ciarkowski przedstawia własne opinie – dla młodszych i tak prezentowane zjawiska będą egzotyczne i niezrozumiałe. Autor chce, żeby czytelnicy mogli angażować się w opisywaną rzeczywistość – i dlatego czasami wprowadza konkretnych bohaterów, zwłaszcza – z nizin społecznych – żeby uniknąć suchego tonu. Nie będzie jednak przesadnie fabularyzować, żeby nie przyćmić w ten sposób niezbędnych wiadomości. Przygląda się zasadzie istnienia domów wczasowych i uzdrowisk – od momentu ich wymyślenia po (smutny) koniec.
Odpoczynek
Z fascynacji klimatami retro, nostalgii za PRL-em, mody, a może jeszcze z innych powodów mogą odbiorcy sięgać po książkę „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”. Błażej Ciarkowski zajmuje się tu możliwościami wypoczynku, jakie mieli – dzięki ówczesnej polityce i zakładom pracy – zwykli ludzie. Przynajmniej w pięknych i wzniosłych teoriach. Bo tak naprawdę książka „Remontownia ciał i dusz” to publikacja o rozdwojonej narracji. Jeden tor stanowią plany – ideały i oczekiwania, potrzeby i działania ludzi na szczycie – po to, żeby pokazać masom, jak bardzo się o nie dba. Żeby stłumić ewentualne narzekania. Żeby wzmocnić produktywność. Żeby trochę animować ruch turystyczny. Plany należą zawsze do ambitnych i zbyt pięknych, żeby mogły się ziścić. Drugi tor w narracji zapewniają prawdziwe doświadczenia, realizacja tego, co na papierze wyglądało idealnie. Kombinowanie, skargi, niezadowolenie lub pesymizm ludzi, którzy z atrakcji wczasowych korzystali.
I Błażej Ciarkowski przechodzi przez kolejne poziomy wtajemniczenia w kwestie domów wczasowych i sanatoriów – od pytania, komu przysługiwały w nich miejsca, kto mógł otrzymać szansę na wypoczynek lub miejsce na turnusie, a kto korzystał, chociaż niekoniecznie powinien. Już na tym etapie widać wyraźnie, że ludzie nie zrezygnują ze zdobywania dla siebie jak najwięcej – wykorzystają każdą sytuację, żeby tylko wyjść przed szereg i zapewnić sobie rozrywkę. Z kolei ci faktycznie potrzebujący odpoczynku, zwłaszcza takiego, jaki oferowały zakłady pracy, nie wierzyli w swoje prawo do wczasów – i, co za tym idzie, nie umieli o to zawalczyć. W „Remontowni” to rozdwojenie nie kończy się na wstępnych rozdziałach – autor przeprowadza czytelników przez kolejne zestawienia, między innymi kuchnię, organizowane na miejscu rozrywki czy instytucję kaowca. Bezlitośnie punktuje problemy płynące z niewiedzy: kiedy to chorzy trafiali do nieodpowiednich dla swoich problemów zdrowotnych miejsc – ze względu na brak świadomości tych, którzy przydzielali skierowania. Jest tu opowieść o architekturze i o rozwiązaniach lokalowych, o rozrywkach na miejscu i o zmianach, jakie zachodziły w miejscowościach uzdrowiskowych. I w tym wszystkim autorowi nie zabraknie goryczy – zwłaszcza kiedy przedstawia ludzi rozczarowanych albo oszukanych, tych, którzy nie mogli korzystać z atrakcji obmyślonych specjalnie dla nich. Do tego dochodzi zestaw fotografii podkreślających dzisiejszy upadek dawnych tętniących życiem ośrodków. Ciarkowski stara się pokazać całą kulturę funkcjonowania w ośrodkach wczasowych, dba o to, żeby nie przeoczyć żadnego detalu – proponuje czytelnikom przypomnienie zjawisk, które odeszły już do lamusa. Co ciekawe, czytelnicy ze starszych pokoleń, ci, którzy mogli jeszcze zaznać życia uzdrowiskowego, mogą mieć inne zdanie na tematy, w których Ciarkowski przedstawia własne opinie – dla młodszych i tak prezentowane zjawiska będą egzotyczne i niezrozumiałe. Autor chce, żeby czytelnicy mogli angażować się w opisywaną rzeczywistość – i dlatego czasami wprowadza konkretnych bohaterów, zwłaszcza – z nizin społecznych – żeby uniknąć suchego tonu. Nie będzie jednak przesadnie fabularyzować, żeby nie przyćmić w ten sposób niezbędnych wiadomości. Przygląda się zasadzie istnienia domów wczasowych i uzdrowisk – od momentu ich wymyślenia po (smutny) koniec.
środa, 19 sierpnia 2026
Sławek Gortych: Schronisko, które zostało zapomniane
W.A.B., Warszawa 2026.
Mur tajemnic
Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.
Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.
Mur tajemnic
Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.
Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.
wtorek, 18 sierpnia 2026
Aldona Kopkiewicz: Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje o poszukiwaniu siebie
Czarne, Wołowiec 2026.
Tożsamość
Ta opowieść wypada dość dramatycznie, a jednocześnie staje się próbą zorganizowania przestrzeni, w której można czuć się bezpiecznie. Aldona Kopkiewicz wie doskonale, że nie wpasuje się w społeczeństwo. Podejmuje nawet próby, orientuje się w tym, czego oczekują od niej inni – a przecież każde działanie wbrew sobie kończy się źle. Nawet kiedy autorka ma dobre intencje, zawsze znajdzie się ktoś, kto wytknie jej nieodpowiedni ton głosu albo nieautentyczność (jednak autentyczność nie wpasowuje się w standardy i oczekiwania społeczeństwa, więc też nie spełni swojej roli). Gdzieś tam Aldona Kopkiewicz odkrywa, że rządzą nią na przemian depresja i euforia, innym razem – że przeprowadzka do innego miasta w celu ukrycia się przed samą sobą nie ma szans powodzenia. Każda walka ze sobą jest skazana na niepowodzenie – może poza pisaniem. I dlatego Aldona Kopkiewicz wybiera cykl esejów (wcześniej publikowanych w różnych czasopismach, teraz – rozbudowywanych dla zachowania spójności i czystości przekazu). W słowach jest sobą nie musi udawać i może dzielić się z czytelnikami tym wszystkim, co ją drażni i uwiera. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie” to niewielka objętościowo – za to przesycona emocjami – publikacja, w której tony autobiograficzne walczą o prymat z filozoficznymi spostrzeżeniami. Do głosu dochodzi też czytanie innych, refleksje autotematyczne i socjologiczne uwagi. W tym wszystkim Aldona Kopkiewicz przestaje uciekać. Chociaż gorzka prawda o utrzymywaniu się z pisania odbiera nadzieję.
Nie ma tu żadnych autoanaliz psychologicznych, przez co – również w zbieżności doświadczeń – Aldona Kopkiewicz zbliża się do bohaterki książki Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono” – autyzm w łagodnej postaci nie musi być nazwany, żeby został wychwycony przez ludzi, którzy czują podobnie. Aldona Kopkiewicz jest brutalnie szczera i do tego – bezustannie zdziwiona zasadami panującymi w „normalnym” świecie. Nigdy nie uda jej się do końca dopasować – a w tej książce widać wyraźnie, że nawet momentami tego nie chce, chyba że potrzebuje wsparcia otoczenia. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” to opowieści z głębi siebie, prawdziwe i tylko z pozoru jednostkowe. Indywidualność skończy się w momencie zbudowania grupy odbiorców, którzy odnajdą się w tych tekstach – a autorka nie będzie im tłumaczyć, kim i dlaczego są, a uświadomi tylko, dlaczego świat nie pasuje do ich wyobrażeń czy oczekiwań.
Zanurzenie się w słowach to zjawisko, które czytelników przekona – zwłaszcza że nie jest to po prostu składanie wyrazów, a poszukiwanie głębokiej prawdy i pokazanie ważnej części własnej tożsamości. Kopkiewicz swoją interpretację świata ma doskonale przemyślaną – ale w tych esejach nie nastawia się na otoczenie, interesuje się samą sobą, bo tylko tak może uporządkować nawarstwiające się przez całe życie odkrycia. Ta książka nie musi być odczytywana jako wołanie o pomoc i zrozumienie – to po prostu pokazanie innego sposobu funkcjonowania. Odbiorcy, którzy nie będą się identyfikować z autorką, przekonają się, że każdy może mieć inną perspektywę i inne demony – dobrze, żeby zrozumiała to jak największa grupa, tylko dzięki temu będzie można wprowadzić szansę na bycie sobą dla każdego – nawet największego outsidera.
Tożsamość
Ta opowieść wypada dość dramatycznie, a jednocześnie staje się próbą zorganizowania przestrzeni, w której można czuć się bezpiecznie. Aldona Kopkiewicz wie doskonale, że nie wpasuje się w społeczeństwo. Podejmuje nawet próby, orientuje się w tym, czego oczekują od niej inni – a przecież każde działanie wbrew sobie kończy się źle. Nawet kiedy autorka ma dobre intencje, zawsze znajdzie się ktoś, kto wytknie jej nieodpowiedni ton głosu albo nieautentyczność (jednak autentyczność nie wpasowuje się w standardy i oczekiwania społeczeństwa, więc też nie spełni swojej roli). Gdzieś tam Aldona Kopkiewicz odkrywa, że rządzą nią na przemian depresja i euforia, innym razem – że przeprowadzka do innego miasta w celu ukrycia się przed samą sobą nie ma szans powodzenia. Każda walka ze sobą jest skazana na niepowodzenie – może poza pisaniem. I dlatego Aldona Kopkiewicz wybiera cykl esejów (wcześniej publikowanych w różnych czasopismach, teraz – rozbudowywanych dla zachowania spójności i czystości przekazu). W słowach jest sobą nie musi udawać i może dzielić się z czytelnikami tym wszystkim, co ją drażni i uwiera. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma. Eseje w poszukiwaniu siebie” to niewielka objętościowo – za to przesycona emocjami – publikacja, w której tony autobiograficzne walczą o prymat z filozoficznymi spostrzeżeniami. Do głosu dochodzi też czytanie innych, refleksje autotematyczne i socjologiczne uwagi. W tym wszystkim Aldona Kopkiewicz przestaje uciekać. Chociaż gorzka prawda o utrzymywaniu się z pisania odbiera nadzieję.
Nie ma tu żadnych autoanaliz psychologicznych, przez co – również w zbieżności doświadczeń – Aldona Kopkiewicz zbliża się do bohaterki książki Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono” – autyzm w łagodnej postaci nie musi być nazwany, żeby został wychwycony przez ludzi, którzy czują podobnie. Aldona Kopkiewicz jest brutalnie szczera i do tego – bezustannie zdziwiona zasadami panującymi w „normalnym” świecie. Nigdy nie uda jej się do końca dopasować – a w tej książce widać wyraźnie, że nawet momentami tego nie chce, chyba że potrzebuje wsparcia otoczenia. „Kim jest ona, gdy mnie nie ma” to opowieści z głębi siebie, prawdziwe i tylko z pozoru jednostkowe. Indywidualność skończy się w momencie zbudowania grupy odbiorców, którzy odnajdą się w tych tekstach – a autorka nie będzie im tłumaczyć, kim i dlaczego są, a uświadomi tylko, dlaczego świat nie pasuje do ich wyobrażeń czy oczekiwań.
Zanurzenie się w słowach to zjawisko, które czytelników przekona – zwłaszcza że nie jest to po prostu składanie wyrazów, a poszukiwanie głębokiej prawdy i pokazanie ważnej części własnej tożsamości. Kopkiewicz swoją interpretację świata ma doskonale przemyślaną – ale w tych esejach nie nastawia się na otoczenie, interesuje się samą sobą, bo tylko tak może uporządkować nawarstwiające się przez całe życie odkrycia. Ta książka nie musi być odczytywana jako wołanie o pomoc i zrozumienie – to po prostu pokazanie innego sposobu funkcjonowania. Odbiorcy, którzy nie będą się identyfikować z autorką, przekonają się, że każdy może mieć inną perspektywę i inne demony – dobrze, żeby zrozumiała to jak największa grupa, tylko dzięki temu będzie można wprowadzić szansę na bycie sobą dla każdego – nawet największego outsidera.
poniedziałek, 17 sierpnia 2026
Michał Ritter: Cztery pory zbrodni. Lato
Media Rodzina, Poznań 2026.
Fani
Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.
Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.
„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.
Fani
Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.
Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.
„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.
niedziela, 16 sierpnia 2026
Beccy Blake: Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom
Kropka, Warszawa 2026.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
sobota, 15 sierpnia 2026
Marilee Adams: Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook
Studio Emka, Warszawa 2026.
Utrwalanie
Każdy, kto sięgnie po „Myślenie pytaniami”, książkę Marilee Adams, będzie przekonany, że wystarczy prosta lektura bez większego wysiłku, żeby uzyskać określone efekty i żeby móc wdrożyć w życie konieczne zmiany. I chociaż sama autorka przestrzega przed takim podejściem bezpośrednio w książce, to jednak fabularyzowanie porad nie sprzyja wykonywaniu ćwiczeń – nawet mimo dodania do tomu zestawu wskazówek do działania. A ponieważ odbiorcy z natury są leniwi i nie ma się co im dziwić, pojawia się dodatek – zeszyt ćwiczeń (a właściwie workbook, żeby uniknąć skojarzeń ze szkolnymi obowiązkami) z zestawem uwag i zadań dla chętnych. „Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook” to propozycja dla wszystkich, którzy są zdecydowani nie tylko na zapoznanie się z zestawem narzędzi proponowanych przez Adams, ale też na wypracowanie sobie mechanizmów i reguł pozwalających na korzystanie z tej metody. Od powtórzeń informacji z głównej książki się tu nie ucieknie – nie ma na to szans. Jednak zupełnie inaczej została tu poprowadzona narracja. Nie ma już opowieści o fikcyjnym bohaterze, ale sam Ben z podstawowej książki pojawia się w przykładach – po to, żeby czytelnicy zorientowali się, na czym polega dane zadanie. Autorka tym razem koncentruje się na omawianiu kolejnych narzędzi od strony psychologicznej: informuje czytelników o tym, jak zachowują się na co dzień i jakie przełożenie mają ich wybory na relacje międzyludzkie czy jakość codziennego życia zawodowego. Wydaje się, że takich wyjaśnień brakowało w podręczniku – bo tam nastawienie na emocje bohaterów były zbyt silne, żeby przedstawiać część teoretyczną.
Ale część teoretyczna to tylko jeden z elementów pracy nad sobą – na wypadek, gdyby czytelnicy nie mieli czasu lub nie chcieli zapoznawać się z pełnowymiarową historią Bena. Marilee Adams kieruje się tu bezpośrednio do odbiorców i zmusza ich do konfrontacji ze swoimi obawami lub niepowodzeniami – a następnie wprowadza zestaw pytań, które mają poprowadzić do autorefleksji. I znowu coś, co Ben przeprowadzał niemal odruchowo, teraz staje się udziałem czytelników – w książce jest miejsce na notatki i uzupełnienia, widać zatem, które zadania zostaną potraktowane poważnie i które polecenia odbiorcy zrealizują. W ramach tych ćwiczeń trzeba będzie wcielać się w sędziego lub ucznia (to dwie postawy kluczowe dla zrozumienia teorii myślenia pytaniami) i kreatywnie podchodzić do części zadań – to oznacza, że nie będzie tu wyłącznie autoanaliz, raczej – praca nad samą teorią i jej przydatnością w zwyczajnym życiu. Jeśli odbiorcy zrozumieją proces – będą w stanie zastosować kolejne reguły do własnej egzystencji i tylko w ten sposób zyskają biegłość w metodzie, którą chcą opanować. Workbook do teorii myślenia pytaniami przypomina znacznie bardziej typowy poradnik skryptowy dla czytelników, którzy nie przepadają za gęstą i refleksyjną lekturą, za to chcieliby jak najszybciej zobaczyć efekty. Dlatego też jest to książka, którą można potraktować jako samodzielną publikację.
Utrwalanie
Każdy, kto sięgnie po „Myślenie pytaniami”, książkę Marilee Adams, będzie przekonany, że wystarczy prosta lektura bez większego wysiłku, żeby uzyskać określone efekty i żeby móc wdrożyć w życie konieczne zmiany. I chociaż sama autorka przestrzega przed takim podejściem bezpośrednio w książce, to jednak fabularyzowanie porad nie sprzyja wykonywaniu ćwiczeń – nawet mimo dodania do tomu zestawu wskazówek do działania. A ponieważ odbiorcy z natury są leniwi i nie ma się co im dziwić, pojawia się dodatek – zeszyt ćwiczeń (a właściwie workbook, żeby uniknąć skojarzeń ze szkolnymi obowiązkami) z zestawem uwag i zadań dla chętnych. „Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook” to propozycja dla wszystkich, którzy są zdecydowani nie tylko na zapoznanie się z zestawem narzędzi proponowanych przez Adams, ale też na wypracowanie sobie mechanizmów i reguł pozwalających na korzystanie z tej metody. Od powtórzeń informacji z głównej książki się tu nie ucieknie – nie ma na to szans. Jednak zupełnie inaczej została tu poprowadzona narracja. Nie ma już opowieści o fikcyjnym bohaterze, ale sam Ben z podstawowej książki pojawia się w przykładach – po to, żeby czytelnicy zorientowali się, na czym polega dane zadanie. Autorka tym razem koncentruje się na omawianiu kolejnych narzędzi od strony psychologicznej: informuje czytelników o tym, jak zachowują się na co dzień i jakie przełożenie mają ich wybory na relacje międzyludzkie czy jakość codziennego życia zawodowego. Wydaje się, że takich wyjaśnień brakowało w podręczniku – bo tam nastawienie na emocje bohaterów były zbyt silne, żeby przedstawiać część teoretyczną.
Ale część teoretyczna to tylko jeden z elementów pracy nad sobą – na wypadek, gdyby czytelnicy nie mieli czasu lub nie chcieli zapoznawać się z pełnowymiarową historią Bena. Marilee Adams kieruje się tu bezpośrednio do odbiorców i zmusza ich do konfrontacji ze swoimi obawami lub niepowodzeniami – a następnie wprowadza zestaw pytań, które mają poprowadzić do autorefleksji. I znowu coś, co Ben przeprowadzał niemal odruchowo, teraz staje się udziałem czytelników – w książce jest miejsce na notatki i uzupełnienia, widać zatem, które zadania zostaną potraktowane poważnie i które polecenia odbiorcy zrealizują. W ramach tych ćwiczeń trzeba będzie wcielać się w sędziego lub ucznia (to dwie postawy kluczowe dla zrozumienia teorii myślenia pytaniami) i kreatywnie podchodzić do części zadań – to oznacza, że nie będzie tu wyłącznie autoanaliz, raczej – praca nad samą teorią i jej przydatnością w zwyczajnym życiu. Jeśli odbiorcy zrozumieją proces – będą w stanie zastosować kolejne reguły do własnej egzystencji i tylko w ten sposób zyskają biegłość w metodzie, którą chcą opanować. Workbook do teorii myślenia pytaniami przypomina znacznie bardziej typowy poradnik skryptowy dla czytelników, którzy nie przepadają za gęstą i refleksyjną lekturą, za to chcieliby jak najszybciej zobaczyć efekty. Dlatego też jest to książka, którą można potraktować jako samodzielną publikację.
piątek, 14 sierpnia 2026
Marilee Adams: Myślenie pytaniami. Czternaście narzędzi skutecznych w przywództwie, coachingu i osiąganiu najlepszych rezultatów
Studio Emka, Warszawa 2026.
Dążenie do sukcesu
Marilee Adams po raz kolejny wraca na rynek poradników – stworzyła zestaw narzędzi, które mogą się przydać wszystkim dążącym do osiągania sukcesów. „Myślenie pytaniami” to już piąte wydanie książki – która nie przypomina standardowych kioskowych poradników. Co ciekawe, skrypt w wersji, która mogłaby zostać wprowadzona w życie przez użytkowników, zająłby prawdopodobnie kilka akapitów – ale autorce zależy na tym, żeby przedstawić proponowane narzędzia w formie o wiele bardziej rozbudowanej i przez to też być może bardziej przekonującej szerokie grono czytelników. Dlatego też decyduje się na coś wyjątkowo rzadkiego w poradnikach dotyczących samorozwoju – stawia na przypowieść. Tłumaczy to oczywiście tym, że emocjami i historiami fabularnymi znacznie łatwiej będzie jej trafić do wyobraźni odbiorców i dzięki temu gra też mnemotechniką – nie da się jednak ukryć faktu, że przez zamianę porad na fabułę zyskuje sporo objętości. Najbardziej zaskakujące dla czytelników będzie przejście na narrację w rodzaju męskim – bohaterem i narratorem właściwej części staje się Ben. Ben znajduje się w dość stresującym momencie życiowym: właśnie postanawia złożyć wypowiedzenie w pracy, bo zorientował się, że nie jest w stanie realizować celów na swoim stanowisku. Wypowiedzenie jest gotowe, ale Alexis, która powinna je przyjąć, ma inną propozycję. Wysyła Bena do Josepha, mistrza metody myślenia pytaniami, QT. U Josepha Ben zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia – zyskuje kilka podpowiedzi, które może zastosować w zwyczajnym życiu, nie tylko zawodowym. Joseph tłumaczy, jak zadawać pytania, żeby zmienić wyjściowe nastawienie. Nie ma w tym magii – liczy się za to znajomość ludzkiej psychiki i najczęstszych reakcji czy emocji. Pod tym względem Ben nie jest wyjątkiem – nawet jeśli przed innymi nie chce się przyznawać do najskrytszych myśli, to przecież czytelnicy mają dostęp do jego refleksji. Każdy kolejny rozdział to odrębna historyjka z życia Bena – zaglądanie do jego życia zawodowego to nie wszystko – Ben pozostaje w małżeństwie z Grace i w tym małżeństwie trochę mu się nie układa, zwłaszcza że przenosi emocje z pracy na dom, a nie chce rozmawiać z Grace o swoich problemach czy dylematach. Jednak kiedy uczy się techniki myślenia pytaniami, udaje mu się zaszczepić pewne schematy i u partnerki. Grace wdraża tę metodę w swojej codzienności bardzo szybko – i trochę na wzór przykładów z książek psychologicznych – nie ma w niej ani lęku, ani emocji zaciemniających działania – podręcznikowo reaguje i uświadamia nawet Benowi, jak poprawnie korzystać z nowych wskazówek. To oznacza, że bohater w życiu zawodowym jest kontrolowany przez Josepha, w domu z kolei – przez Grace – jedno z nich osiąga mistrzostwo, drugie dąży do doskonałości – Benowi nie pozostaje zatem miejsce na wątpliwości. W razie potrzeby może korzystać z uwag ludzi w swoim otoczeniu – a to sprawia, że doskonali technikę.
W opowieści pojawiają się jednak ramki z wybranymi cytatami, tak, żeby czytelnicy mogli sobie utrwalić najważniejsze punkty i informacje – i to zabieg, który przypomina publikacje skryptowe. Na końcu książki pojawiają się jeszcze omówienia narzędzi z poszczególnych rozdziałów (dla mniej uważnych czytelników i tych, którzy nie potrafią wyciągnąć wiadomości z fabularyzowanej historii) i ćwiczenia dla odbiorców, którzy chcą przyswoić sobie tę metodę.
Dążenie do sukcesu
Marilee Adams po raz kolejny wraca na rynek poradników – stworzyła zestaw narzędzi, które mogą się przydać wszystkim dążącym do osiągania sukcesów. „Myślenie pytaniami” to już piąte wydanie książki – która nie przypomina standardowych kioskowych poradników. Co ciekawe, skrypt w wersji, która mogłaby zostać wprowadzona w życie przez użytkowników, zająłby prawdopodobnie kilka akapitów – ale autorce zależy na tym, żeby przedstawić proponowane narzędzia w formie o wiele bardziej rozbudowanej i przez to też być może bardziej przekonującej szerokie grono czytelników. Dlatego też decyduje się na coś wyjątkowo rzadkiego w poradnikach dotyczących samorozwoju – stawia na przypowieść. Tłumaczy to oczywiście tym, że emocjami i historiami fabularnymi znacznie łatwiej będzie jej trafić do wyobraźni odbiorców i dzięki temu gra też mnemotechniką – nie da się jednak ukryć faktu, że przez zamianę porad na fabułę zyskuje sporo objętości. Najbardziej zaskakujące dla czytelników będzie przejście na narrację w rodzaju męskim – bohaterem i narratorem właściwej części staje się Ben. Ben znajduje się w dość stresującym momencie życiowym: właśnie postanawia złożyć wypowiedzenie w pracy, bo zorientował się, że nie jest w stanie realizować celów na swoim stanowisku. Wypowiedzenie jest gotowe, ale Alexis, która powinna je przyjąć, ma inną propozycję. Wysyła Bena do Josepha, mistrza metody myślenia pytaniami, QT. U Josepha Ben zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia – zyskuje kilka podpowiedzi, które może zastosować w zwyczajnym życiu, nie tylko zawodowym. Joseph tłumaczy, jak zadawać pytania, żeby zmienić wyjściowe nastawienie. Nie ma w tym magii – liczy się za to znajomość ludzkiej psychiki i najczęstszych reakcji czy emocji. Pod tym względem Ben nie jest wyjątkiem – nawet jeśli przed innymi nie chce się przyznawać do najskrytszych myśli, to przecież czytelnicy mają dostęp do jego refleksji. Każdy kolejny rozdział to odrębna historyjka z życia Bena – zaglądanie do jego życia zawodowego to nie wszystko – Ben pozostaje w małżeństwie z Grace i w tym małżeństwie trochę mu się nie układa, zwłaszcza że przenosi emocje z pracy na dom, a nie chce rozmawiać z Grace o swoich problemach czy dylematach. Jednak kiedy uczy się techniki myślenia pytaniami, udaje mu się zaszczepić pewne schematy i u partnerki. Grace wdraża tę metodę w swojej codzienności bardzo szybko – i trochę na wzór przykładów z książek psychologicznych – nie ma w niej ani lęku, ani emocji zaciemniających działania – podręcznikowo reaguje i uświadamia nawet Benowi, jak poprawnie korzystać z nowych wskazówek. To oznacza, że bohater w życiu zawodowym jest kontrolowany przez Josepha, w domu z kolei – przez Grace – jedno z nich osiąga mistrzostwo, drugie dąży do doskonałości – Benowi nie pozostaje zatem miejsce na wątpliwości. W razie potrzeby może korzystać z uwag ludzi w swoim otoczeniu – a to sprawia, że doskonali technikę.
W opowieści pojawiają się jednak ramki z wybranymi cytatami, tak, żeby czytelnicy mogli sobie utrwalić najważniejsze punkty i informacje – i to zabieg, który przypomina publikacje skryptowe. Na końcu książki pojawiają się jeszcze omówienia narzędzi z poszczególnych rozdziałów (dla mniej uważnych czytelników i tych, którzy nie potrafią wyciągnąć wiadomości z fabularyzowanej historii) i ćwiczenia dla odbiorców, którzy chcą przyswoić sobie tę metodę.
czwartek, 13 sierpnia 2026
Matthäus Bär: Kapibary. Operacja "Flaming"
Kropka, Warszawa 2026.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
środa, 12 sierpnia 2026
Catherine Bell: Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą
Marginesy, Warszawa 2026.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
wtorek, 11 sierpnia 2026
Magdalena Kordel: Jeszcze jedno lato
Znak, Kraków 2026.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian
Rebis, Poznań 2026.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
BAJKI Z UŚMIECHEM - część 8
czyta Władysław Sikora:
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
niedziela, 9 sierpnia 2026
Kelsey McKinney: Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować
Mando, Kraków 2026.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
sobota, 8 sierpnia 2026
Olga Rudnicka: Nie odpuszczę ci aż do śmierci
Prószyński i S-ka, Warszawa 2026.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
piątek, 7 sierpnia 2026
Mieczysław Gorzka: Spadek po mojemu
Skarpa Warszawska, Warszawa 2026.
Zadanie dla wnuków
Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.
Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.
Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.
Zadanie dla wnuków
Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.
Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.
Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.
czwartek, 6 sierpnia 2026
Bill Clinton, James Patterson: Pierwszy dżentelmen
Rebis, Poznań 2026.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
środa, 5 sierpnia 2026
Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia
Znak, Kraków 2026.
Igrzyska
Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.
Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.
Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.
Igrzyska
Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.
Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.
Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.
wtorek, 4 sierpnia 2026
Anna Brook-Mitchell: Kto by się spodziewał?
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Empatia
Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.
Empatia
Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Hiro Kamigaki & IC4Design: Detektyw Pierre w labirycie. Sprawa zaginionej piramidy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.
Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.
Poszukiwania
Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.
Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.
niedziela, 2 sierpnia 2026
Marek Maruszczak: Głupie robaki i inne takie Polski. Przewodnik świadomego obserwatora
Znak, Kraków 2026.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
sobota, 1 sierpnia 2026
Lucy Score: Dawne błędy w Story Lake
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






