Kropka, Warszawa 2025.
Zasady
To jest temat, który zwłaszcza po pandemii wydaje się ważny – i w zasadzie konieczny do przyswojenia przez najmłodszych (chociaż, niestety, nie tylko): podczas kichania czy kaszlu należy zasłonić usta. Żeby kilkulatki przyswoiły sobie to zalecenie, przyda się zabawna fabułka w (niepotrzebnie) rymowanej niezbyt dokładnie opowiastce. Oto mały chłopiec, który nie przestrzega tej ważnej zasady: kicha i nie zasłania nosa. W związku z tym z tego nosa wypada zestaw przedziwnych i szalonych istot, a wszystkie zaczynają brykać i psocić coraz bardziej. Chaos pogłębia się z każdym kichnięciem – jako pierwszy z nosa chłopca wypada duży różowy słoń, później będą między innymi cyrkowcy, ale i piraci czy rozmaite zwierzęta. Nad zamieszaniem, jakie się zrobi, nie da się zapanować – tymczasem w nosie ciągle kręci. Simon Philip bawi się znakomicie – i tak samo będą się bawić odbiorcy, bo absurd to coś, co lubią najmłodsi oraz ich rodzice. Chociaż „Apsik” ma być książeczką o manierach, szybko trafi do przekonania kilkulatkom – i przypomni im w odpowiednim momencie o zasadach.
Jest to picture book, w którym ilustracje wybijają się na pierwszy plan, a tekst zostaje w ogóle rozbity na linijki i porozrzucany po stronach, trudno przewidzieć, gdzie skończy się wers, nie ma śladu po granicach formalnych – ale linearność też zostaje zaburzona przez różne kierunki napisów. Gdyby tekst był starannie zrymowany i z sylabotonizowany, łatwiej byłoby za nim nadążać i wiedzieć, czy ominęło się jakiś fragment zagubiony w gąszczu obrazków – jednak przekład nie wymusza rytmizacji, opiera się tylko na niedokładnych współbrzmieniach (te od czasu do czasu trafiają w akcenty i dzięki temu przypominają, że mamy do czynienia z wierszykiem). Chłopiec kicha, stworzenia naokoło niego kłębią się coraz bardziej – i z impasu nie ma wyjścia. Akcja przyciąga uwagę znacznie bardziej niż forma – a to oznacza, że można by było w ogóle zrezygnować z rymowanki na rzecz opisu pozbawionego wolt. To wystarczy, bo potencjał opowieści jest gigantyczny – nietrudno przyciągnąć dzieci do lektury i nietrudno je przy niej do końca zatrzymać, wszyscy będą chcieli sprawdzić, jak skończy się szalona przygoda zapoczątkowana zwykłym łamaniem reguł dobrego wychowania. W tej publikacji jest miejsce na wygłupy i na rezygnowanie z realizmu na rzecz wyobraźni – a jednocześnie nie odchodzi się od ważnego w procesie wychowawczym przekazu. Do rozcapierzonej formy dochodzą jeszcze równie szalone obrazki – strona graficzna to jedyny łącznik między światem znanym odbiorcom a tym, co dzieje się w codzienności chłopca, który nie zasłania nosa przy kichaniu. Będzie tu co oglądać i to wiele razy podczas powtarzającej się lektury. Ucieszy ta książka i dzieci, i rodziców, humor w niej zawarty będzie pomagać w wychowywaniu – i przypominać w odpowiednich momentach o regułach życia społecznego.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 3 kwietnia 2025
środa, 2 kwietnia 2025
Jeff Kinney: Niezły klops
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Rządy
Przygody Grega nikomu nie mogą się znudzić, nie tylko dlatego, że Jeff Kinney jest dla swojego bohatera bezlitosny – ale też ze względu na to, że autor powieści komiksowych bardzo dobrze wyłapuje z rzeczywistości rozmaite absurdy, które następnie naświetla w zabawnych historiach. Dowcip jest tu wszechobecny – i zwykle to dowcip, w którym z głównego bohatera śmieją się wszyscy i bez litości. Mają zresztą powody. Ale tym razem… Tym razem Greg schodzi z widoku, przynajmniej trochę. Bo znacznie lepsze numery wycinają jego krewni. A wszystko przez babcię.
Organizowanie wczasów rodzinnych samo w sobie powinno być zakazane jako prosty przepis na katastrofę: nastoletni bohater o tym wie, a jednak nie do końca może zaprotestować, kiedy jego mama wymyśla spęd dla bliskich. Wzorem babci, chce mieć wszystkich przy sobie – żeby móc się z nimi dogadać, albo… mieć ich na oku. Gregowi pozostaje tylko obserwować, a w odpowiednim momencie usunąć się z horyzontu. Co – oczywiście – nie jest możliwe. „Niezły klops” to wakacyjna historia o szalonym biegu wydarzeń. Jeff Kinney bawi się tu przede wszystkim satyrą na starsze pokolenie, które nie potrafi się między sobą dogadać. Ciotki przy każdym posiłku są w stanie wrócić do wydarzeń sprzed dekad, żeby tylko wytykać sobie nawzajem błędy i tkwić w zadawnionych konfliktach. Wszystkim zależy na tym, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle – tyle tylko, że nieprzewidziane wydarzenia eksponują słabości charakteru. I na tych właśnie słabościach opiera się komizm charakterów w książce „Niezły klops”. Odbiorcy będą tu mieli sporo radości – ale mogą też docenić trafność spostrzeżeń autora, który wyrywa się poza szkolną społeczność i tamtejsze zasady, żeby uświadomić czytelnikom, że dorosłość wcale nie jest wolna od problemów. Nad wszystkim unosi się sekret władzy. Sekret władzy to tajemnica babci – to ona trzęsie całą rodziną, co bezbłędnie wyłapuje Greg. Może uda się odkryć, jakim sposobem jej to wychodzi?
W tej książce dowcip podbijany jest różnymi metodami: czasem wiąże się z puentami podawanymi w fabule, czasem z rysunkowymi podsumowaniami akcji – ważne, że odbiorcy otrzymują tu śmiech pod różnymi postaciami i nigdy nie mogą być pewni, jaką puentę autor zaproponuje. To dzięki śmiechowi seria ma się tak dobrze i rozwija się z kolejną historią. Dziennik Cwaniaczka to rzeczywiście propozycja, która może przyciągnąć nieczytających z zasady młodszych nastolatków do lektur łamiących konwencję i wpisujących się w nurt prześmiewczych narracji. Chociaż wiele już przygód Grega na rynku zaistniało, dzięki zmianom otoczenia autor nie będzie nudzić młodych czytelników – zaproponuje im kolejną podróż w świat bliski, a jednocześnie wyśmiewany, przefiltrowany przez kpinę i zabawę. W tym wszystkim nie ma już znaczenia schematyczność rysunków i ich prostota: to rozwiązanie, które sprawdziło się między innymi w komiksach o Dilbercie – tutaj nie osłabia wymowy tomików i pomaga w przyciąganiu kolejnych odbiorców.
Rządy
Przygody Grega nikomu nie mogą się znudzić, nie tylko dlatego, że Jeff Kinney jest dla swojego bohatera bezlitosny – ale też ze względu na to, że autor powieści komiksowych bardzo dobrze wyłapuje z rzeczywistości rozmaite absurdy, które następnie naświetla w zabawnych historiach. Dowcip jest tu wszechobecny – i zwykle to dowcip, w którym z głównego bohatera śmieją się wszyscy i bez litości. Mają zresztą powody. Ale tym razem… Tym razem Greg schodzi z widoku, przynajmniej trochę. Bo znacznie lepsze numery wycinają jego krewni. A wszystko przez babcię.
Organizowanie wczasów rodzinnych samo w sobie powinno być zakazane jako prosty przepis na katastrofę: nastoletni bohater o tym wie, a jednak nie do końca może zaprotestować, kiedy jego mama wymyśla spęd dla bliskich. Wzorem babci, chce mieć wszystkich przy sobie – żeby móc się z nimi dogadać, albo… mieć ich na oku. Gregowi pozostaje tylko obserwować, a w odpowiednim momencie usunąć się z horyzontu. Co – oczywiście – nie jest możliwe. „Niezły klops” to wakacyjna historia o szalonym biegu wydarzeń. Jeff Kinney bawi się tu przede wszystkim satyrą na starsze pokolenie, które nie potrafi się między sobą dogadać. Ciotki przy każdym posiłku są w stanie wrócić do wydarzeń sprzed dekad, żeby tylko wytykać sobie nawzajem błędy i tkwić w zadawnionych konfliktach. Wszystkim zależy na tym, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle – tyle tylko, że nieprzewidziane wydarzenia eksponują słabości charakteru. I na tych właśnie słabościach opiera się komizm charakterów w książce „Niezły klops”. Odbiorcy będą tu mieli sporo radości – ale mogą też docenić trafność spostrzeżeń autora, który wyrywa się poza szkolną społeczność i tamtejsze zasady, żeby uświadomić czytelnikom, że dorosłość wcale nie jest wolna od problemów. Nad wszystkim unosi się sekret władzy. Sekret władzy to tajemnica babci – to ona trzęsie całą rodziną, co bezbłędnie wyłapuje Greg. Może uda się odkryć, jakim sposobem jej to wychodzi?
W tej książce dowcip podbijany jest różnymi metodami: czasem wiąże się z puentami podawanymi w fabule, czasem z rysunkowymi podsumowaniami akcji – ważne, że odbiorcy otrzymują tu śmiech pod różnymi postaciami i nigdy nie mogą być pewni, jaką puentę autor zaproponuje. To dzięki śmiechowi seria ma się tak dobrze i rozwija się z kolejną historią. Dziennik Cwaniaczka to rzeczywiście propozycja, która może przyciągnąć nieczytających z zasady młodszych nastolatków do lektur łamiących konwencję i wpisujących się w nurt prześmiewczych narracji. Chociaż wiele już przygód Grega na rynku zaistniało, dzięki zmianom otoczenia autor nie będzie nudzić młodych czytelników – zaproponuje im kolejną podróż w świat bliski, a jednocześnie wyśmiewany, przefiltrowany przez kpinę i zabawę. W tym wszystkim nie ma już znaczenia schematyczność rysunków i ich prostota: to rozwiązanie, które sprawdziło się między innymi w komiksach o Dilbercie – tutaj nie osłabia wymowy tomików i pomaga w przyciąganiu kolejnych odbiorców.
wtorek, 1 kwietnia 2025
Przemysław Pawlak: Witkacy. Biografia
Iskry, Warszawa 2025.
Wymyślanie życia
Z dużym sentymentem podchodzi Przemysław Pawlak do egzystencji Witkacego – tworzy obszerną biografię, która świetnie wpisuje się w Iskrowy cykl publikacji życiorysowych, ale przy okazji pozwala poznać i polubić bohatera tomu z dalekiej od sztuki strony. Bo Przemysław Pawlak skupiać się będzie w dużej części na zwykłej egzystencji. Już sam fakt, jak rozpisuje się na temat dzieciństwa swojego bohatera, może pokazywać, jak mocno angażuje się w tę opowieść – i jak bardzo chce, żeby w Witkacym-ekscentryku odbiorcy dostrzegli przede wszystkim człowieka. Zadania łatwego nie ma, jednak radzi sobie z tym, eksponując określone wydarzenia – i kierując uwagę czytelników na konkretne scenki z życia. Witkacy jest tu zafascynowany góralską sztuką, zbiera informacje na temat zdobień domów, ale i – samej twórczości ludowej. Do tego ciągle konsumuje sztukę mistrzów, podgląda warsztaty malarzy, grafików, szuka mariaży gatunków – ale i rozwiązań formalnych, które same w sobie mogą stać się tworzywem. Funkcjonuje w rodzinie – na początku w biografii znaczącą rolę odgrywają rodzice i ich twórcze i zawodowe poszukiwania – także tu Przemysław Pawlak zatrzymuje się na dłużej, przekonany, że późniejsze zainteresowania są po prostu pochodną doświadczeń z najmłodszych lat. I tak udaje się wyrwać „Stasia” z kontekstów, w które zwykle jest wpisywany. Do końca książki liczyć się będą zwłaszcza relacje międzyludzkie oraz zmagania z codziennością – sztuka to plan drugi. I takie podejście, chociaż niektórych może zaskoczyć, pozwala odkryć inną twarz Witkacego – jest ciekawym rozwiązaniem, bo wybija czytelników z kolein i powtarzanych do znudzenia schematów. Tutaj schematycznie nie będzie ani przez chwilę. Autor nie zamienia się w przewodnika i historyka sztuki, za to chętnie sprawdza, jak jego bohater mógł funkcjonować w swoim otoczeniu – i na ile na nie wpływał. Witkacy to postać, która łatwo może zdominować narrację, jednak Przemysław Pawlak czuwa nad rytmem opowieści, udaje mu się bardzo dobrze kierować wyobraźnią czytelników i sprawiać, że nie tylko zainteresują się życiem prywatnym Witkacego, ale też całym społeczno-kulturowym kontekstem, w którym funkcjonował. Chociaż to bardzo obszerna publikacja (i wypełniona interesującymi materiałami graficznymi: reprodukcjami ale i zdjęciami), stanowi po prostu dopowiedzenie do odkryć związanych z twórczością Witkacego. To opowieść na marginesie dzieł pozostawionych przez tego artystę. Opowieść niemal konfesyjna, a na pewno domowa – na pewno nie do końca typowa. Dobrze wpasowuje się w serię biografii proponowanych przez Iskry, popularyzatorskich i zajmujących, napisanych z werwą i pomysłem, ale też ze specjalnym wyczuleniem na potrzeby i wybory dokonywane przez bohaterów. Jest to książka, którą czyta się niemal jak powieść, z dużym uznaniem: sprawdza się dla szerokiej publiczności dobór wydarzeń i ich interpretacja, ale też pomysł na narrację – lektura przebiega płynnie i pozwala lepiej orientować się w realiach przestrzeni twórczej i życiowej Witkacego. Przemysław Pawlak pozwala zanurzyć się w świecie dzisiaj pobrzmiewającym mocno egzotycznie.
Wymyślanie życia
Z dużym sentymentem podchodzi Przemysław Pawlak do egzystencji Witkacego – tworzy obszerną biografię, która świetnie wpisuje się w Iskrowy cykl publikacji życiorysowych, ale przy okazji pozwala poznać i polubić bohatera tomu z dalekiej od sztuki strony. Bo Przemysław Pawlak skupiać się będzie w dużej części na zwykłej egzystencji. Już sam fakt, jak rozpisuje się na temat dzieciństwa swojego bohatera, może pokazywać, jak mocno angażuje się w tę opowieść – i jak bardzo chce, żeby w Witkacym-ekscentryku odbiorcy dostrzegli przede wszystkim człowieka. Zadania łatwego nie ma, jednak radzi sobie z tym, eksponując określone wydarzenia – i kierując uwagę czytelników na konkretne scenki z życia. Witkacy jest tu zafascynowany góralską sztuką, zbiera informacje na temat zdobień domów, ale i – samej twórczości ludowej. Do tego ciągle konsumuje sztukę mistrzów, podgląda warsztaty malarzy, grafików, szuka mariaży gatunków – ale i rozwiązań formalnych, które same w sobie mogą stać się tworzywem. Funkcjonuje w rodzinie – na początku w biografii znaczącą rolę odgrywają rodzice i ich twórcze i zawodowe poszukiwania – także tu Przemysław Pawlak zatrzymuje się na dłużej, przekonany, że późniejsze zainteresowania są po prostu pochodną doświadczeń z najmłodszych lat. I tak udaje się wyrwać „Stasia” z kontekstów, w które zwykle jest wpisywany. Do końca książki liczyć się będą zwłaszcza relacje międzyludzkie oraz zmagania z codziennością – sztuka to plan drugi. I takie podejście, chociaż niektórych może zaskoczyć, pozwala odkryć inną twarz Witkacego – jest ciekawym rozwiązaniem, bo wybija czytelników z kolein i powtarzanych do znudzenia schematów. Tutaj schematycznie nie będzie ani przez chwilę. Autor nie zamienia się w przewodnika i historyka sztuki, za to chętnie sprawdza, jak jego bohater mógł funkcjonować w swoim otoczeniu – i na ile na nie wpływał. Witkacy to postać, która łatwo może zdominować narrację, jednak Przemysław Pawlak czuwa nad rytmem opowieści, udaje mu się bardzo dobrze kierować wyobraźnią czytelników i sprawiać, że nie tylko zainteresują się życiem prywatnym Witkacego, ale też całym społeczno-kulturowym kontekstem, w którym funkcjonował. Chociaż to bardzo obszerna publikacja (i wypełniona interesującymi materiałami graficznymi: reprodukcjami ale i zdjęciami), stanowi po prostu dopowiedzenie do odkryć związanych z twórczością Witkacego. To opowieść na marginesie dzieł pozostawionych przez tego artystę. Opowieść niemal konfesyjna, a na pewno domowa – na pewno nie do końca typowa. Dobrze wpasowuje się w serię biografii proponowanych przez Iskry, popularyzatorskich i zajmujących, napisanych z werwą i pomysłem, ale też ze specjalnym wyczuleniem na potrzeby i wybory dokonywane przez bohaterów. Jest to książka, którą czyta się niemal jak powieść, z dużym uznaniem: sprawdza się dla szerokiej publiczności dobór wydarzeń i ich interpretacja, ale też pomysł na narrację – lektura przebiega płynnie i pozwala lepiej orientować się w realiach przestrzeni twórczej i życiowej Witkacego. Przemysław Pawlak pozwala zanurzyć się w świecie dzisiaj pobrzmiewającym mocno egzotycznie.
poniedziałek, 31 marca 2025
K. Bromberg: Poza zasięgiem
Luna, Warszawa 2025.
Tempo
W romansach i powieściach erotycznych spoza rynku young adult liczy się przesada. Zawsze wszystko musi być doprowadzone do ekstremalnych wartości, zupełnie jakby silne emocje nie mogły wybuchać w zwyczajnych okolicznościach. I K. Bromberg ten schemat realizuje w książce „Poza zasięgiem”. Wprowadza czytelniczki w świat maksymalnie odległy od ich stereotypowych zainteresowań, przede wszystkim po to, żeby uruchomić wizję prawdziwego faceta, kierowcy Formuły 1. Tu wytrzymują tylko najwięksi twardziele. A Riggs ma podwójny powód, żeby zasłużyć na uznanie: wprawdzie do tej pory jeździł o klasę niżej, teraz będzie mógł zastąpić jednego z kierowców Formuły 1: nieszczęśliwy wypadek na torze wyeliminował świetnego zawodnika i do tego wymusił błyskawiczną zmianę. Riggs oczywiście walczy nie tylko na torze ze sobą – bije się też z własnymi demonami. Stracił ojca właśnie w wypadku na torze wyścigowym – teraz sam ma ścigać się właśnie w tym miejscu, które, dziwnym trafem, nie zostało jeszcze przebudowane. Z jednej strony Riggs, facet po przejściach i z problemami. Z drugiej strony piękna Camilla, córka szefa. Camilla nie zamierzała wiązać życia z Formułą 1, zwłaszcza że złe wspomnienia z byłym ukochanym wyzwalają do tej pory strach i kłopoty w relacjach łóżkowych. Jednak ciężko choremu ojcu się nie odmawia: nie pozostaje kobiecie nic innego jak wdrożyć się do nowych obowiązków, przygotowywać na objęcie dowodzenia.
Tak naprawdę niezależnie od tego, co K. Bromberg wymyśli dla postaci, liczy się tylko scenariusz pozwalający bohaterom związać się ze sobą – i to na poważnie, bo nie wiadomo dlaczego w powieściach erotycznych seks musi prowadzić do zbudowania prawdziwego i trwałego związku. Więc i tutaj Camilla i Riggs czują do siebie przyciąganie, ale bardzo ostrożnie się do siebie odnoszą, nie chcą niczego zepsuć ani stracić. Całkiem długo będą musiały czytelniczki czekać na sceny łóżkowe (zresztą – zachowawcze), w zamian mogą bawić się opisami pożądania i zbliżania się tego, co nieuchronne. Temat wyjściowy – lęki i traumy z przeszłości – schodzi na dalszy plan, przynajmniej ten u Riggsa, bo problemy Camilli mają związek z erotycznymi doświadczeniami, nie da się zatem o nich zapomnieć. K. Bromberg rezygnuje z rozbudowywania fabuły (ogranicza ją tylko do dwóch postaci i najbliższych z ich orbit, narrację prowadzą na zmianę główni bohaterowie romansu), ale nie odrzuca dokładnej narracji, stara się tworzyć powieść obyczajową, w której znajdzie miejsce na nakreślanie tła działań – tak, żeby jednokierunkowość wysiłków nie była zbyt rażąca.
Jest „Poza zasięgiem” książką, w której temat Formuły 1 to jedynie wstęp do przygody – nie będzie mieć znaczenia, kiedy tylko rozkręci się relacja między dwojgiem bohaterów. Dlatego też czytelniczki, które nie znają powieści K. Bromberg, mogą być spokojne – nic nie odciągnie ich uwagi od namiętności i tworzenia się więzi między postaciami.
Tempo
W romansach i powieściach erotycznych spoza rynku young adult liczy się przesada. Zawsze wszystko musi być doprowadzone do ekstremalnych wartości, zupełnie jakby silne emocje nie mogły wybuchać w zwyczajnych okolicznościach. I K. Bromberg ten schemat realizuje w książce „Poza zasięgiem”. Wprowadza czytelniczki w świat maksymalnie odległy od ich stereotypowych zainteresowań, przede wszystkim po to, żeby uruchomić wizję prawdziwego faceta, kierowcy Formuły 1. Tu wytrzymują tylko najwięksi twardziele. A Riggs ma podwójny powód, żeby zasłużyć na uznanie: wprawdzie do tej pory jeździł o klasę niżej, teraz będzie mógł zastąpić jednego z kierowców Formuły 1: nieszczęśliwy wypadek na torze wyeliminował świetnego zawodnika i do tego wymusił błyskawiczną zmianę. Riggs oczywiście walczy nie tylko na torze ze sobą – bije się też z własnymi demonami. Stracił ojca właśnie w wypadku na torze wyścigowym – teraz sam ma ścigać się właśnie w tym miejscu, które, dziwnym trafem, nie zostało jeszcze przebudowane. Z jednej strony Riggs, facet po przejściach i z problemami. Z drugiej strony piękna Camilla, córka szefa. Camilla nie zamierzała wiązać życia z Formułą 1, zwłaszcza że złe wspomnienia z byłym ukochanym wyzwalają do tej pory strach i kłopoty w relacjach łóżkowych. Jednak ciężko choremu ojcu się nie odmawia: nie pozostaje kobiecie nic innego jak wdrożyć się do nowych obowiązków, przygotowywać na objęcie dowodzenia.
Tak naprawdę niezależnie od tego, co K. Bromberg wymyśli dla postaci, liczy się tylko scenariusz pozwalający bohaterom związać się ze sobą – i to na poważnie, bo nie wiadomo dlaczego w powieściach erotycznych seks musi prowadzić do zbudowania prawdziwego i trwałego związku. Więc i tutaj Camilla i Riggs czują do siebie przyciąganie, ale bardzo ostrożnie się do siebie odnoszą, nie chcą niczego zepsuć ani stracić. Całkiem długo będą musiały czytelniczki czekać na sceny łóżkowe (zresztą – zachowawcze), w zamian mogą bawić się opisami pożądania i zbliżania się tego, co nieuchronne. Temat wyjściowy – lęki i traumy z przeszłości – schodzi na dalszy plan, przynajmniej ten u Riggsa, bo problemy Camilli mają związek z erotycznymi doświadczeniami, nie da się zatem o nich zapomnieć. K. Bromberg rezygnuje z rozbudowywania fabuły (ogranicza ją tylko do dwóch postaci i najbliższych z ich orbit, narrację prowadzą na zmianę główni bohaterowie romansu), ale nie odrzuca dokładnej narracji, stara się tworzyć powieść obyczajową, w której znajdzie miejsce na nakreślanie tła działań – tak, żeby jednokierunkowość wysiłków nie była zbyt rażąca.
Jest „Poza zasięgiem” książką, w której temat Formuły 1 to jedynie wstęp do przygody – nie będzie mieć znaczenia, kiedy tylko rozkręci się relacja między dwojgiem bohaterów. Dlatego też czytelniczki, które nie znają powieści K. Bromberg, mogą być spokojne – nic nie odciągnie ich uwagi od namiętności i tworzenia się więzi między postaciami.
niedziela, 30 marca 2025
Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio odkrywają... ciało człowieka
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Do czego służy…
W serii Feluś i Gucio odkrywają – kartonowym picture booku dla najmłodszych – pojawia się motyw ciała człowieka. Oczywiście w wersji, która przykuje uwagę maluchów, Katarzyna Kozłowska wykorzystuje swoich bohaterów do omawiania kolejnych części ciała. Przy okazji przedstawiać będzie ich zastosowanie: nogi mogą służyć do tupania, a ręce do klaskania, nosem czuje się zapachy a językiem smaki – i tak przeprowadza autorka przez detale anatomiczne (po włosy na ciele). Zaspokaja ciekawość maluchów albo namawia ich do przyglądania się swoim ciałom – uczy ale przez zabawę. Nie chodzi nawet o poznawanie siebie czy o przyswajanie nazewnictwa (chociaż w niektórych wypadkach może się to przydać), bardziej o uczestniczenie w obserwacjach.
Jest to picture book – jak wszystkie części o Felusiu i Guciu, także w podstawowej serii. Katarzyna Kozłowska wykorzystuje tę formę, żeby przyciągać uwagę dzieci i nie zniechęcać ich nadmiarem tekstu. Proponuje wielkoformatowe obrazki, na których dzieje się wiele równocześnie – dzieci będą mogły oglądać wydarzenia i nazywać je samodzielnie, ze szczególnym uwzględnieniem motywów, które pasują do tematu wiodącego na rozkładówce – jeśli ktoś coś wącha, można zastanowić się, które zapachy są przyjemne, a które niekoniecznie, można tu obejrzeć palce albo zęby. Miś przypomina o tym, co należy zrobić: ma nawet specjalne pouczające tabliczki z nakazami (między innymi podpowie, że ważne jest zachowanie higieny, albo – jaki lekarz pomoże w razie potrzeby). Feluś ma tu sojusznika: chociaż Gucio miejscami różni się budową, może dobrze wyjaśniać przynajmniej część motywów, albo robić odciski łapek tam, gdzie Feluś bawi się w odciskanie linii papilarnej na kartce. Część drobnych obrazków ma podpisy – i w tych podpisach mieszczą się wiadomości dla dzieci. Te wiadomości łatwo będzie zapamiętać dzięki skojarzeniom z obrazkami i zachęcie do ruchu – nie da się właściwie czytać ani przeglądać tej książki bez interaktywnych reakcji. Warto zatem brać przykład z bohaterów i ruszać się przy tomiku – tak znacznie lepiej będzie się pracować nad wyobraźnią i umiejętnościami.
Nie ma tu fabuły, chociaż można tworzyć drobne historyjki na podstawie obrazków. Nie ma tu też klasycznych przygód, liczą się wyłącznie wyrwane z kontekstu skojarzenia i informacje. Ale dla dzieci najważniejsze będzie to, że prezentacji dokonują bohaterowie, których one znają i którym ufają. Feluś i Gucio znów stają się przewodnikami po zwyczajnym świecie, I znów jest tu trochę zabawy, trochę wiadomości – połączenie z obrazkami wydaje się dobrze przemyślane i sprawia, że najmłodsi chętnie będą zaglądać do tomiku. Kartonowa lekcja o tym, jak wygląda ciało człowieka to jednocześnie rozbudzanie głodu wiedzy u kilkulatków. Warto zatem sięgać po przygody tej pary – dziecka i jego pluszowego misia – żeby przedszkolny świat poznawać z perspektywy małego człowieka.
Do czego służy…
W serii Feluś i Gucio odkrywają – kartonowym picture booku dla najmłodszych – pojawia się motyw ciała człowieka. Oczywiście w wersji, która przykuje uwagę maluchów, Katarzyna Kozłowska wykorzystuje swoich bohaterów do omawiania kolejnych części ciała. Przy okazji przedstawiać będzie ich zastosowanie: nogi mogą służyć do tupania, a ręce do klaskania, nosem czuje się zapachy a językiem smaki – i tak przeprowadza autorka przez detale anatomiczne (po włosy na ciele). Zaspokaja ciekawość maluchów albo namawia ich do przyglądania się swoim ciałom – uczy ale przez zabawę. Nie chodzi nawet o poznawanie siebie czy o przyswajanie nazewnictwa (chociaż w niektórych wypadkach może się to przydać), bardziej o uczestniczenie w obserwacjach.
Jest to picture book – jak wszystkie części o Felusiu i Guciu, także w podstawowej serii. Katarzyna Kozłowska wykorzystuje tę formę, żeby przyciągać uwagę dzieci i nie zniechęcać ich nadmiarem tekstu. Proponuje wielkoformatowe obrazki, na których dzieje się wiele równocześnie – dzieci będą mogły oglądać wydarzenia i nazywać je samodzielnie, ze szczególnym uwzględnieniem motywów, które pasują do tematu wiodącego na rozkładówce – jeśli ktoś coś wącha, można zastanowić się, które zapachy są przyjemne, a które niekoniecznie, można tu obejrzeć palce albo zęby. Miś przypomina o tym, co należy zrobić: ma nawet specjalne pouczające tabliczki z nakazami (między innymi podpowie, że ważne jest zachowanie higieny, albo – jaki lekarz pomoże w razie potrzeby). Feluś ma tu sojusznika: chociaż Gucio miejscami różni się budową, może dobrze wyjaśniać przynajmniej część motywów, albo robić odciski łapek tam, gdzie Feluś bawi się w odciskanie linii papilarnej na kartce. Część drobnych obrazków ma podpisy – i w tych podpisach mieszczą się wiadomości dla dzieci. Te wiadomości łatwo będzie zapamiętać dzięki skojarzeniom z obrazkami i zachęcie do ruchu – nie da się właściwie czytać ani przeglądać tej książki bez interaktywnych reakcji. Warto zatem brać przykład z bohaterów i ruszać się przy tomiku – tak znacznie lepiej będzie się pracować nad wyobraźnią i umiejętnościami.
Nie ma tu fabuły, chociaż można tworzyć drobne historyjki na podstawie obrazków. Nie ma tu też klasycznych przygód, liczą się wyłącznie wyrwane z kontekstu skojarzenia i informacje. Ale dla dzieci najważniejsze będzie to, że prezentacji dokonują bohaterowie, których one znają i którym ufają. Feluś i Gucio znów stają się przewodnikami po zwyczajnym świecie, I znów jest tu trochę zabawy, trochę wiadomości – połączenie z obrazkami wydaje się dobrze przemyślane i sprawia, że najmłodsi chętnie będą zaglądać do tomiku. Kartonowa lekcja o tym, jak wygląda ciało człowieka to jednocześnie rozbudzanie głodu wiedzy u kilkulatków. Warto zatem sięgać po przygody tej pary – dziecka i jego pluszowego misia – żeby przedszkolny świat poznawać z perspektywy małego człowieka.
sobota, 29 marca 2025
Richard J. Jones, T. Michael McCormick: Bunt komórek. O faktach, mitach i zagadkach raka
Helion, Gliwice 2025.
Zmiany
Richard J. Jones i T. Michael McCormick podchodzą do tematu, który przeraża społeczeństwo, z humorem i dużą dawką wiedzy – „Bunt komórek. O faktach, mitach i zagadkach raka” to książka, która wyzwala mnóstwo pytań – a na drugie tyle znajduje odpowiedź. Nie zawsze jednak to się udaje. Autorzy pochodzą z rodzin mocno dotkniętych chorobą cywilizacyjną, próbują więc znaleźć rozwiązania zagadek i dowiedzieć się jak najwięcej o długo niewidocznym przeciwniku, żeby przygotować się na to, co nieuchronne. Wszechobecność raka według wielu badaczy ma dzisiaj związek z wydłużającą się średnią życia – im starsze społeczeństwo, tym bardziej narażone na ryzyko raka. A jednocześnie diagnoza to nie wyrok, dzisiaj wiele raków jest uleczalnych, część traktuje się po prostu jako przewlekłe ale nie śmiertelne choroby (które da się utrzymać w ryzach), a część i tak pozwala przeżyć jeszcze kilka lat od otrzymania złych wyników badań. Liczy się tempo działania, według autorów profilaktyka jest jednym z ważniejszych rodzajów podejmowanych akcji – i mnóstwo będzie tu komentarzy, które maja oddalić strach przed groźną chorobą.
Tyle że na w temacie raka wciąż mnóstwo jest niewiadomych. Autorzy dbają o to, żeby obalać mity związane z rakiem i przekonywać czytelników, że są pewne działania, które można podjąć dla własnego dobra – a także że uwarunkowania genetyczne nie zawsze są gwarantem zachorowania na raka. Tłumaczą, dlaczego nawet profilaktyka bywa zawodna (obrazowo pokazują, jak wiele komórek rakowych musi się w ciele znaleźć, żeby udało się wykryć chorobę w badaniach) i przekazują najnowsze ustalenia dotyczące choćby odmian raka jednego narządu u różnych osób: tu znów w grę wchodzą indywidualne warunki i kolejne poziomy genetyki.
Dowiedzą się czytelnicy rzeczy praktycznych: jak przygotować się do rozmowy z lekarzem, jakie pytania zadawać, ale przede wszystkim – dlaczego nie bać się raka, a zachowywać pogodę ducha i optymizm w każdych warunkach. To trochę oswajanie z tym, co coraz bardziej prawdopodobne – a trochę dzielenie się wiedzą dla uniknięcia błędów. „Bunt komórek” to książka przygotowana nie z myślą o specjalistach – ci będą wiedzieli, gdzie szukać fachowej wiedzy – a z myślą o zwyczajnych odbiorcach, tych, którzy pozostają często sami z lękiem i bezradnością w obliczu chorób i słabości, cierpienia swojego albo bliskich. Autorzy posługują się wyrazistymi i przekonującymi metaforami, nawiązują do tego, co znane czytelnikom, żeby trafić do nich z przekazem. Unikają powielania schematów, zależy im na popularyzowaniu wiedzy. A ponieważ rak faktycznie pojawia się coraz częściej i dotyczy coraz większej liczby ludzi – ta książka długo będzie potrzebna na rynku wydawniczym. Uwagę mogą tu przyciągać dowcipne rysunki związane czasem z treścią wywodu, a czasem… z wykorzystywanymi porównaniami. Sporo materiału graficznego pomaga odciążyć narrację i przyczynia się do nadania lekkości opowieści. Ta książka wiele razy nawiązywać będzie do podstawowych obaw i przekonań społeczeństwa – po to, żeby odwrócić sposób myślenia i przypomnieć o postępach w medycynie.
Zmiany
Richard J. Jones i T. Michael McCormick podchodzą do tematu, który przeraża społeczeństwo, z humorem i dużą dawką wiedzy – „Bunt komórek. O faktach, mitach i zagadkach raka” to książka, która wyzwala mnóstwo pytań – a na drugie tyle znajduje odpowiedź. Nie zawsze jednak to się udaje. Autorzy pochodzą z rodzin mocno dotkniętych chorobą cywilizacyjną, próbują więc znaleźć rozwiązania zagadek i dowiedzieć się jak najwięcej o długo niewidocznym przeciwniku, żeby przygotować się na to, co nieuchronne. Wszechobecność raka według wielu badaczy ma dzisiaj związek z wydłużającą się średnią życia – im starsze społeczeństwo, tym bardziej narażone na ryzyko raka. A jednocześnie diagnoza to nie wyrok, dzisiaj wiele raków jest uleczalnych, część traktuje się po prostu jako przewlekłe ale nie śmiertelne choroby (które da się utrzymać w ryzach), a część i tak pozwala przeżyć jeszcze kilka lat od otrzymania złych wyników badań. Liczy się tempo działania, według autorów profilaktyka jest jednym z ważniejszych rodzajów podejmowanych akcji – i mnóstwo będzie tu komentarzy, które maja oddalić strach przed groźną chorobą.
Tyle że na w temacie raka wciąż mnóstwo jest niewiadomych. Autorzy dbają o to, żeby obalać mity związane z rakiem i przekonywać czytelników, że są pewne działania, które można podjąć dla własnego dobra – a także że uwarunkowania genetyczne nie zawsze są gwarantem zachorowania na raka. Tłumaczą, dlaczego nawet profilaktyka bywa zawodna (obrazowo pokazują, jak wiele komórek rakowych musi się w ciele znaleźć, żeby udało się wykryć chorobę w badaniach) i przekazują najnowsze ustalenia dotyczące choćby odmian raka jednego narządu u różnych osób: tu znów w grę wchodzą indywidualne warunki i kolejne poziomy genetyki.
Dowiedzą się czytelnicy rzeczy praktycznych: jak przygotować się do rozmowy z lekarzem, jakie pytania zadawać, ale przede wszystkim – dlaczego nie bać się raka, a zachowywać pogodę ducha i optymizm w każdych warunkach. To trochę oswajanie z tym, co coraz bardziej prawdopodobne – a trochę dzielenie się wiedzą dla uniknięcia błędów. „Bunt komórek” to książka przygotowana nie z myślą o specjalistach – ci będą wiedzieli, gdzie szukać fachowej wiedzy – a z myślą o zwyczajnych odbiorcach, tych, którzy pozostają często sami z lękiem i bezradnością w obliczu chorób i słabości, cierpienia swojego albo bliskich. Autorzy posługują się wyrazistymi i przekonującymi metaforami, nawiązują do tego, co znane czytelnikom, żeby trafić do nich z przekazem. Unikają powielania schematów, zależy im na popularyzowaniu wiedzy. A ponieważ rak faktycznie pojawia się coraz częściej i dotyczy coraz większej liczby ludzi – ta książka długo będzie potrzebna na rynku wydawniczym. Uwagę mogą tu przyciągać dowcipne rysunki związane czasem z treścią wywodu, a czasem… z wykorzystywanymi porównaniami. Sporo materiału graficznego pomaga odciążyć narrację i przyczynia się do nadania lekkości opowieści. Ta książka wiele razy nawiązywać będzie do podstawowych obaw i przekonań społeczeństwa – po to, żeby odwrócić sposób myślenia i przypomnieć o postępach w medycynie.
piątek, 28 marca 2025
Michał Wójcik: Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupowanej Warszawie
Rebis, Poznań 2025.
Informacje
Postaci jest w tej książce wiele, przydaje się ich zestawienie podane na początku tomu „Miasto szpiegów”, żeby nie pogubić się w relacjach i charakterystykach – później już nie będzie czasu na szczegółowe omawianie sylwetek, akcja nabierze tempa, a dynamika rozdziałów wymusi na czytelnikach skupienie na wydarzeniach a nie na charakterach. Michał Wójcik przygląda się temu, co działo się w okupowanej Warszawie – z perspektywy agentów specjalnych i szpiegów. I, owszem, będzie to lektura wypełniona barwnymi charakterami i scenami rodem z filmów sensacyjnych, pojawią się próby przechytrzenia wroga, brawurowe akcje, a czasami – spryt, który pozwalał ocalić życie. Pojawi się też wielu konfidentów i donosicieli, którzy dla własnego zysku zrobią wszystko. Każdy rozdział to inna opowieść i inny temat, w jednych dominować będą piękne panie świadomie korzystające ze swoich wdzięków, w innych – sportowcy, którzy potrafią robić użytek z pięści. Niektórzy wydadzą nawet najbliższych, inni będą szukać sposobu na ominięcie systemu. W Warszawie czasów okupacji są miejsca całkowicie bezpieczne – takie, w których można spokojnie spiskować i takie, do których wróg nie ma wstępu. W Warszawie czasów okupacji zmieniają się role, niekiedy zupełnie niespodziewanie. Pamięć jest jednak tym, co przechowa informacje o podłych występkach i czynach, których nie można przemilczeć. W tej publikacji będzie sporo takich – ale jeśli ktoś decyduje się na rolę szpiega, wszystko jedno, pod czyimi rządami, musi mieć na uwadze ryzyko i konsekwencje.
Każda opowieść to mocny scenariusz, wypełniony silnymi emocjami i wielkimi niebezpieczeństwami. Nie ma tu ani spokoju, ani stagnacji, zresztą autorowi przecież chodzi o to, żeby podkreślać zagrożenia i ryzyko. Stara się odwzorowywać wydarzenia, dokładnie, co do momentu, żeby uświadamiać odbiorcom, z czym mierzyli się ludzie z jego historii. Naświetla związki przyczynowo-skutkowe i techniki, jakimi posługiwali się szpiedzy, kreśli ich portrety charakterologiczne, bo wiele razy pojawia się sięganie do arsenału osobistych chwytów, żeby wyjść cało z opresji. „Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupowanej Warszawie” to książka nie tylko dla tych, którzy pasjonują się historią – jest w niej również spory potencjał literacki, mnóstwo motywów, które same w sobie niosą silny ładunek emocjonalny. Autor dba o szczegółowość narracji, przywołuje też dokumentację zdjęciową i na różne sposoby próbuje wprowadzić czytelników do niebezpiecznego i fascynującego jednocześnie świata. Prawdziwość wydarzeń nie osłabia przyjemności lekturowej – liczy się bowiem to, co ponadczasowe, co nawet bez wojennej oprawy nie ulegnie zapomnieniu. Jest to książka skondensowana, esencjonalna, nawet mimo wielowątkowości czy zróżnicowania tematycznego. Dla odbiorców, którzy pasjonują się tematem drugiej wojny światowej – uzupełnienie ich standardowych lektur. Jednak po tę pozycję sięgać mogą równie dobrze przypadkowi czytelnicy po prostu zainteresowani tematem – i oni otrzymają tu porcję wiedzy przyprawioną odpowiednim rozkładem akcentów.
Informacje
Postaci jest w tej książce wiele, przydaje się ich zestawienie podane na początku tomu „Miasto szpiegów”, żeby nie pogubić się w relacjach i charakterystykach – później już nie będzie czasu na szczegółowe omawianie sylwetek, akcja nabierze tempa, a dynamika rozdziałów wymusi na czytelnikach skupienie na wydarzeniach a nie na charakterach. Michał Wójcik przygląda się temu, co działo się w okupowanej Warszawie – z perspektywy agentów specjalnych i szpiegów. I, owszem, będzie to lektura wypełniona barwnymi charakterami i scenami rodem z filmów sensacyjnych, pojawią się próby przechytrzenia wroga, brawurowe akcje, a czasami – spryt, który pozwalał ocalić życie. Pojawi się też wielu konfidentów i donosicieli, którzy dla własnego zysku zrobią wszystko. Każdy rozdział to inna opowieść i inny temat, w jednych dominować będą piękne panie świadomie korzystające ze swoich wdzięków, w innych – sportowcy, którzy potrafią robić użytek z pięści. Niektórzy wydadzą nawet najbliższych, inni będą szukać sposobu na ominięcie systemu. W Warszawie czasów okupacji są miejsca całkowicie bezpieczne – takie, w których można spokojnie spiskować i takie, do których wróg nie ma wstępu. W Warszawie czasów okupacji zmieniają się role, niekiedy zupełnie niespodziewanie. Pamięć jest jednak tym, co przechowa informacje o podłych występkach i czynach, których nie można przemilczeć. W tej publikacji będzie sporo takich – ale jeśli ktoś decyduje się na rolę szpiega, wszystko jedno, pod czyimi rządami, musi mieć na uwadze ryzyko i konsekwencje.
Każda opowieść to mocny scenariusz, wypełniony silnymi emocjami i wielkimi niebezpieczeństwami. Nie ma tu ani spokoju, ani stagnacji, zresztą autorowi przecież chodzi o to, żeby podkreślać zagrożenia i ryzyko. Stara się odwzorowywać wydarzenia, dokładnie, co do momentu, żeby uświadamiać odbiorcom, z czym mierzyli się ludzie z jego historii. Naświetla związki przyczynowo-skutkowe i techniki, jakimi posługiwali się szpiedzy, kreśli ich portrety charakterologiczne, bo wiele razy pojawia się sięganie do arsenału osobistych chwytów, żeby wyjść cało z opresji. „Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupowanej Warszawie” to książka nie tylko dla tych, którzy pasjonują się historią – jest w niej również spory potencjał literacki, mnóstwo motywów, które same w sobie niosą silny ładunek emocjonalny. Autor dba o szczegółowość narracji, przywołuje też dokumentację zdjęciową i na różne sposoby próbuje wprowadzić czytelników do niebezpiecznego i fascynującego jednocześnie świata. Prawdziwość wydarzeń nie osłabia przyjemności lekturowej – liczy się bowiem to, co ponadczasowe, co nawet bez wojennej oprawy nie ulegnie zapomnieniu. Jest to książka skondensowana, esencjonalna, nawet mimo wielowątkowości czy zróżnicowania tematycznego. Dla odbiorców, którzy pasjonują się tematem drugiej wojny światowej – uzupełnienie ich standardowych lektur. Jednak po tę pozycję sięgać mogą równie dobrze przypadkowi czytelnicy po prostu zainteresowani tematem – i oni otrzymają tu porcję wiedzy przyprawioną odpowiednim rozkładem akcentów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)