* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 19 czerwca 2026

Elizabeth Gilbert: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu

Rebis, Poznań 2026.

Uzależnienie

Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.

„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz