piątek, 19 czerwca 2026

Elizabeth Gilbert: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu

Rebis, Poznań 2026.

Uzależnienie

Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.

„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz