Egmont, Warszawa 2017.
Pomoc dla rodziny
Przypominana młodszym i starszym odbiorcom seria zeszytów komiksowych o Lucky Luke’u rozbudowuje się o kolejne zeszyty, kontynuacje myśli Morrisa i Goscinnego. Do takich tomików należy „Ziemia obiecana”, historia przygotowana wprawdzie według pomysłu Morrisa, ale przez duet Achdé i Jul. Twórcy nie sprzeniewierzają się tradycji, natomiast próbują zbudować pełnowymiarową opowieść w duchu klasyki. Lucky Luke znów nie zazna samotności, jak zwykle musi bowiem pomóc grupie potrzebujących. Z prośbą o pomoc zwraca się Pechowy Jack, kowboj, którego z Lucky Lukiem łączy wieloletnia przyjaźń. Staremu druhowi się nie odmawia, zwłaszcza że ten ma niepowtarzalną okazję zarobku. Lucky Luke zgadza się na przeprowadzenie rodziny Jacka przez niebezpieczne tereny do nowego domu. Motyw znany z niejednego komiksu, ale pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że to rodzina żydowska – w pewnym momencie temat, który zaczął być w twórczości rozrywkowej tabuizowany.
Twórcy tomiku sięgają po wyraziste i stereotypowe obrazki. Wyostrzają żydowskie zwyczaje i fragmenty rodem ze szmoncesów, żeby rozbawić czytelników. Tomik pełny jest przesadzonych portretów, wyolbrzymianych ludzkich i kulturowych przywar czy bezkompromisowego humoru. Nie ma tu za to ostrożności i lęku przed naruszeniem jakiegoś tabu. Autorzy nie boją się oskarżeń o antysemityzm, traktują motyw tradycyjnej rodziny żydowskiej jako podstawę do budowania szeroko zakrojonych żartów. „Ziemia obiecana” nie jest tomikiem obraźliwym czy krzywdzącym: twórcy sięgają tu do typowych chwytów budzących śmiech. Rzecz jasna jest tu trochę mniej pojedynczych puentek niż w „prawdziwym” Lucky Luke’u, albo te, które są, łatwiej przewidzieć – ale twórcy całkiem nieźle radzą sobie z konwencją.
Żeby nie zniechęcić fanów samotnego kowboja, odnoszą się bardziej do „egzotycznej” rodziny niż do Lucky Luke’a i Jolly Jumpera, sugerują przejście do rzeczywistości oczywistej dla bohatera i teoretycznie zrozumiałej dla odbiorców. Mniej tu ingerencji w charakter postaci, więcej scenek z życia barwnej rodziny. Autorzy podkreślają kilka wątków cyklicznie, powracając do nich co pewien czas. W ten sposób zapewniają sobie spójność historyjki. Żydowska rodzina to możliwość zaprezentowania na marginesie wydarzeń zwyczajów lub charakterystycznych zawołań (częściej niż kiedykolwiek pojawiają się tu „przypisy” z tłumaczeniami). Żeby dokonać kulturowego zderzenia, twórcy komiksu wprowadzają rodzinę Żydów do wioski Indian – tym samym podwajając liczbę dostępnych stereotypów i zwiększając sobie możliwości twórcze.
„Ziemia obiecana” to komiks, w którym w rysunkach stawia się na dopracowywanie pierwszego planu, tej warstwy najbardziej z pierwowzorem kojarzonej i porównywanej. To chwyt zrozumiały, w końcu odbieganie od ustandaryzowanego wizerunku Lucky Luke’a wzbudziłoby największą niechęć odbiorców. Przydałoby się jednak jeszcze zagospodarować tła, żeby postacie nie recytowały swoich kwestii z próżni. Niby umyka to w pierwszej lekturze, ale przyczynia się do ogólnego wrażenia. Lucky Luke, chociaż działa raczej w surowym krajobrazie, przedstawia się typowo. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że bohater prezentuje bogatszą niż zwykle mimikę – zyskał w tej kwestii na ekspresji. To jedyne odejście od wizerunku obojętnego kowboja. Lucky Luke rozemocjonowany staje się kolejnym czynnikiem komizmotwórczym, tym razem dla dzieci. Kontynuacja kultowej serii nie imponuje tak bardzo dbałością o detale, ale autorom nie można wiele zarzucić: postarali się, by oddać ideę świata Lucky Luke’a zarówno w planie fabuły, rozmieszczenia żartów, jak i samych rysunków. Z takimi wykonawcami można dłużej cieszyć się komiczną opowieścią.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 2 września 2017
piątek, 1 września 2017
Anna Alboth: Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej
Agora, Warszawa 2017.
Podróż z dzieckiem
Dwójka malutkich dzieci i niekoniecznie bezpieczne w powszechnej opinii szlaki po krajach Ameryki Środkowej. Anna Alboth opowiada o podróżowaniu z maluchami samochododomem. Chce przekonać innych do takiego spędzania czasu i spełniania dorosłych marzeń, rozwiać wątpliwości i zaprezentować sposób na przygodę życia. Bez względu na to, czy kilkulatki zapamiętają cokolwiek z tych doświadczeń, autorka przekonuje, że warto zabierać dzieci w dalekie i egzotyczne podróże.
Anna Alboth jest blogerką podróżniczą, wraz z mężem Thomasem kolekcjonuje wrażenia z dalekich wypraw i ozdabia je licznymi zdjęciami, a także zestawem porad. Przedstawia kolejne etapy podróży: na własne córki spogląda równie często jak na zmieniające się krajobrazy. Sprawdza, jak podróżowanie wpływa na dzieci: odnotowuje między innymi ich otwartość czy drobne radości, ale też reakcje miejscowych na „egzotycznych” podróżników z maluchami. Dzieci pomagają wybrnąć z kłopotliwych sytuacji, przełamują lody, pomagają w nawiązywaniu kontaktu. Są idealnymi towarzyszami podróży, a nie przeszkodą – przynajmniej w sielskiej wersji przez autorkę proponowanej. Nadają się i do couchsurfingu, i to biwaków w dziczy, jeśli przestrzega się kilku prostych zasad. Anna Alboth nie zamierza – co podkreśla – kreować swoich córek na aniołki. Po prostu nie akcentuje przesadnie drobnych kłopotów i nie poddaje się kaprysom. Wie, jak ważne jest przestrzeganie stałych pór snu czy posiłków, zna zabawy, które może zaproponować maluchom, gdy dostrzeże pierwsze objawy zmęczenia. Szuka sposobów, by przekazać dzieciom wiedzę o przemierzanym kraju: uczy podstawowych zwrotów, przywołuje popularne w danym języku imiona po to, by córki mogły w praktyce sprawdzić te dane. Chociaż są jeszcze malutkie, czują się przez to ważne w podróży. Autorka podpowiada, jak unikać przykrości i na co zwraca uwagę. Poza kwestią dzieci najważniejszą w „Rodzinie bez granic”, opowiada o sposobach na podróżowanie. Tłumaczy między innymi, jak przerobić samochód na pomieszczenie do spania dla całej rodziny. To porady wynikające z praktyki, tym cenniejsze, że przetestowane. Trochę miejsca poświęca autorka bezpieczeństwu, odrobinę – historii. Przedstawia nowych znajomych i wyzwania, z jakimi się mierzyła. Od czasu do czasu pojawiają się też anegdoty z tras. Anna Alboth prowadzi typową dzisiaj relację podróżniczą – prostą, szybką i osobistą, pozbawioną literackich zachwytów czy kopiowania danych z przewodników. Daje szansę tym, którzy chcieliby ruszyć w jej ślady i nie boją się podróżowania z małymi dziećmi. Dramaturgii tej książce dodaje samo życie, autorka nie sili się na szukanie urozmaiceń. Jedynym odejściem od swoistego dziennika podróży są tutaj krótkie wyliczenia – w punktach – porad dla podróżujących z dziećmi. W ten sposób tom zamienia się w przydatną lekturę dla obieżyświatów.
„Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej” to książka krótka pod względem tekstowym, za to mocno rozbudowana w warstwie graficznej. Relację przecinają dziesiątki zdjęć – nawet nie fotografii artystycznych, a dokumentalnych, za to zawsze barwnych i egzotycznych. Na wielu zdjęciach są dzieci autorki, co zaczyna przypominać typowe albumy z wakacji. Anna Alboth chce dzielić się z odbiorcami swoimi przeżyciami i przemyśleniami na temat podróżowania z małymi dziećmi. To publikacja dla odbiorców, którym nie wystarcza śledzenie blogów podróżniczych – którzy chcieliby też bardziej klasycznej formy opowiadania o swoich doświadczeniach globtroterskich. Na pytanie, czy warto zabierać dzieci na dalekie podróże, autorka ma tylko jedną odpowiedź.
Podróż z dzieckiem
Dwójka malutkich dzieci i niekoniecznie bezpieczne w powszechnej opinii szlaki po krajach Ameryki Środkowej. Anna Alboth opowiada o podróżowaniu z maluchami samochododomem. Chce przekonać innych do takiego spędzania czasu i spełniania dorosłych marzeń, rozwiać wątpliwości i zaprezentować sposób na przygodę życia. Bez względu na to, czy kilkulatki zapamiętają cokolwiek z tych doświadczeń, autorka przekonuje, że warto zabierać dzieci w dalekie i egzotyczne podróże.
Anna Alboth jest blogerką podróżniczą, wraz z mężem Thomasem kolekcjonuje wrażenia z dalekich wypraw i ozdabia je licznymi zdjęciami, a także zestawem porad. Przedstawia kolejne etapy podróży: na własne córki spogląda równie często jak na zmieniające się krajobrazy. Sprawdza, jak podróżowanie wpływa na dzieci: odnotowuje między innymi ich otwartość czy drobne radości, ale też reakcje miejscowych na „egzotycznych” podróżników z maluchami. Dzieci pomagają wybrnąć z kłopotliwych sytuacji, przełamują lody, pomagają w nawiązywaniu kontaktu. Są idealnymi towarzyszami podróży, a nie przeszkodą – przynajmniej w sielskiej wersji przez autorkę proponowanej. Nadają się i do couchsurfingu, i to biwaków w dziczy, jeśli przestrzega się kilku prostych zasad. Anna Alboth nie zamierza – co podkreśla – kreować swoich córek na aniołki. Po prostu nie akcentuje przesadnie drobnych kłopotów i nie poddaje się kaprysom. Wie, jak ważne jest przestrzeganie stałych pór snu czy posiłków, zna zabawy, które może zaproponować maluchom, gdy dostrzeże pierwsze objawy zmęczenia. Szuka sposobów, by przekazać dzieciom wiedzę o przemierzanym kraju: uczy podstawowych zwrotów, przywołuje popularne w danym języku imiona po to, by córki mogły w praktyce sprawdzić te dane. Chociaż są jeszcze malutkie, czują się przez to ważne w podróży. Autorka podpowiada, jak unikać przykrości i na co zwraca uwagę. Poza kwestią dzieci najważniejszą w „Rodzinie bez granic”, opowiada o sposobach na podróżowanie. Tłumaczy między innymi, jak przerobić samochód na pomieszczenie do spania dla całej rodziny. To porady wynikające z praktyki, tym cenniejsze, że przetestowane. Trochę miejsca poświęca autorka bezpieczeństwu, odrobinę – historii. Przedstawia nowych znajomych i wyzwania, z jakimi się mierzyła. Od czasu do czasu pojawiają się też anegdoty z tras. Anna Alboth prowadzi typową dzisiaj relację podróżniczą – prostą, szybką i osobistą, pozbawioną literackich zachwytów czy kopiowania danych z przewodników. Daje szansę tym, którzy chcieliby ruszyć w jej ślady i nie boją się podróżowania z małymi dziećmi. Dramaturgii tej książce dodaje samo życie, autorka nie sili się na szukanie urozmaiceń. Jedynym odejściem od swoistego dziennika podróży są tutaj krótkie wyliczenia – w punktach – porad dla podróżujących z dziećmi. W ten sposób tom zamienia się w przydatną lekturę dla obieżyświatów.
„Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej” to książka krótka pod względem tekstowym, za to mocno rozbudowana w warstwie graficznej. Relację przecinają dziesiątki zdjęć – nawet nie fotografii artystycznych, a dokumentalnych, za to zawsze barwnych i egzotycznych. Na wielu zdjęciach są dzieci autorki, co zaczyna przypominać typowe albumy z wakacji. Anna Alboth chce dzielić się z odbiorcami swoimi przeżyciami i przemyśleniami na temat podróżowania z małymi dziećmi. To publikacja dla odbiorców, którym nie wystarcza śledzenie blogów podróżniczych – którzy chcieliby też bardziej klasycznej formy opowiadania o swoich doświadczeniach globtroterskich. Na pytanie, czy warto zabierać dzieci na dalekie podróże, autorka ma tylko jedną odpowiedź.
czwartek, 31 sierpnia 2017
Mirosław Wlekły: Tu byłem. Tony Halik
Agora, Warszawa 2017.
Przygody
Tony Halik to postać-legenda. Mirosław Wlekły proponuje teraz jego biografię, a może dziennikarskie śledztwo prowadzące do oddzielenia mitów od rzeczywistych wydarzeń. W tej obszernej publikacji nie zawsze sam reporter i podróżnik pozostaje w centrum uwagi. Tom podzielony jest na kilka części wyznaczanych przez… zmianę imienia bohatera. To wyraziste dla odbiorców cezury, a i sposób na nadanie dramaturgii biografii. Wlekły rozpoczyna od czasu, jaki Tony Halik spędził z Elżbietą Dzikowską – od Dzikowskiej zyskuje wiele materiałów, opowieści i wspomnień, aż w efekcie zamienia część momentami w relację o samej Dzikowskiej, tylko od czasu do czasu powracając do Halika. Pokazuje tła tworzonych przez tę parę programów, przedstawia rozwój kariery. Skupia się na samych audycjach przyrodniczych, ewentualnie na relacjach towarzyskich. Uświadamia odbiorcom autor, skąd wzięła się popularność bohatera tomu. Tak zaczyna się podróż w coraz bardziej odległą przeszłość. Kolejna część to Tony Halik sprzed czasów z Dzikowską: to miejsce na opowieść o jego małżeństwie czy na same idee podróżowania. Tu najwięcej jest przygód i anegdot, które mogą zainteresować czytelników – ale też najwięcej samego bohatera tomu, nikt nie próbuje go przyćmić, więc Tony Halik przedstawiony jest najobszerniej. Dalsze, szczuplejsze rozdziały to już biograficzne tematy obowiązkowe: lata dzieciństwa (i samo pochodzenie żmudnie i bez anegdot odtwarzane) oraz czasy młodości (plus druga wojna światowa). W tym pierwszym istotne może być polskie pochodzenie bohatera, w tym drugim – zestaw kolejnych mitów do rozwiązania w wyniku śledztwa. Ale największe niespodzianki Mirosław Wlekły szykuje odbiorcom na koniec tomu. Odkrywa fakty, o których Elżbieta Dzikowska na początku nie chciała mówić. A ponieważ porusza też temat nieodzowny ostatnio w przypadku, gdy rzecz dotyczy kogoś, kto w PRL-u dużo podróżował, nie zabraknie i tematów politycznych. Tu nawet autor tomu może zaskoczyć wieloletnią partnerkę Halika.
Czasami autor odwołuje się do motywów, które dopiero niedawno zaczęły wdzierać się do biografii: listów, jakie bohater otrzymywał od fanów czy opinii internautów. Tego typu komentarze niewiele wnoszą do portretu opisywanej postaci, więcej za to mówią o samych komentujących – a to nikomu nie jest potrzebne. „Tu byłem. Tony Halik” to publikacja przemyślana pod względem formy, ale można by z niej bez żalu usunąć konwencjonalne opinie czy komentarze. I tak dobrze, że Wlekły rezygnuje z bardziej rozbudowanych typowych wspomnień, w których każdy mówi to samo i w takim samym stopniu uogólnienia. Parę razy przedstawia naprawdę ciekawe scenki, uświadamia odbiorcom sposób pracy nad programami (motywy aranżowania ujęć to chyba największe rozczarowanie), innym razem odnosi się do niebanalnych charakterystyk (wariat w redakcji). Tony Halik jawi się jako postać jednocześnie egzotyczna i swojska, człowiek, który wprawdzie kreował własny życiorys, ale poza tym przeżył tyle przygód, że i bez ubarwiania wypada jego biografia oryginalnie. Tom „Tu byłem. Tony Halik” wypełniony jest fotografiami (dość rzadko z podróży, chociaż zdarzają się i takie pokazujące bohatera w trakcie pracy). Mirosław Wlekły uzupełnia rynek literatury podróżniczej o publikację biograficzno-reportażową, przypomina postać ważną. Tony Halik w tym ujęciu skusi nie tylko fanów podróżowania i odkrywania nieznanego.
Przygody
Tony Halik to postać-legenda. Mirosław Wlekły proponuje teraz jego biografię, a może dziennikarskie śledztwo prowadzące do oddzielenia mitów od rzeczywistych wydarzeń. W tej obszernej publikacji nie zawsze sam reporter i podróżnik pozostaje w centrum uwagi. Tom podzielony jest na kilka części wyznaczanych przez… zmianę imienia bohatera. To wyraziste dla odbiorców cezury, a i sposób na nadanie dramaturgii biografii. Wlekły rozpoczyna od czasu, jaki Tony Halik spędził z Elżbietą Dzikowską – od Dzikowskiej zyskuje wiele materiałów, opowieści i wspomnień, aż w efekcie zamienia część momentami w relację o samej Dzikowskiej, tylko od czasu do czasu powracając do Halika. Pokazuje tła tworzonych przez tę parę programów, przedstawia rozwój kariery. Skupia się na samych audycjach przyrodniczych, ewentualnie na relacjach towarzyskich. Uświadamia odbiorcom autor, skąd wzięła się popularność bohatera tomu. Tak zaczyna się podróż w coraz bardziej odległą przeszłość. Kolejna część to Tony Halik sprzed czasów z Dzikowską: to miejsce na opowieść o jego małżeństwie czy na same idee podróżowania. Tu najwięcej jest przygód i anegdot, które mogą zainteresować czytelników – ale też najwięcej samego bohatera tomu, nikt nie próbuje go przyćmić, więc Tony Halik przedstawiony jest najobszerniej. Dalsze, szczuplejsze rozdziały to już biograficzne tematy obowiązkowe: lata dzieciństwa (i samo pochodzenie żmudnie i bez anegdot odtwarzane) oraz czasy młodości (plus druga wojna światowa). W tym pierwszym istotne może być polskie pochodzenie bohatera, w tym drugim – zestaw kolejnych mitów do rozwiązania w wyniku śledztwa. Ale największe niespodzianki Mirosław Wlekły szykuje odbiorcom na koniec tomu. Odkrywa fakty, o których Elżbieta Dzikowska na początku nie chciała mówić. A ponieważ porusza też temat nieodzowny ostatnio w przypadku, gdy rzecz dotyczy kogoś, kto w PRL-u dużo podróżował, nie zabraknie i tematów politycznych. Tu nawet autor tomu może zaskoczyć wieloletnią partnerkę Halika.
Czasami autor odwołuje się do motywów, które dopiero niedawno zaczęły wdzierać się do biografii: listów, jakie bohater otrzymywał od fanów czy opinii internautów. Tego typu komentarze niewiele wnoszą do portretu opisywanej postaci, więcej za to mówią o samych komentujących – a to nikomu nie jest potrzebne. „Tu byłem. Tony Halik” to publikacja przemyślana pod względem formy, ale można by z niej bez żalu usunąć konwencjonalne opinie czy komentarze. I tak dobrze, że Wlekły rezygnuje z bardziej rozbudowanych typowych wspomnień, w których każdy mówi to samo i w takim samym stopniu uogólnienia. Parę razy przedstawia naprawdę ciekawe scenki, uświadamia odbiorcom sposób pracy nad programami (motywy aranżowania ujęć to chyba największe rozczarowanie), innym razem odnosi się do niebanalnych charakterystyk (wariat w redakcji). Tony Halik jawi się jako postać jednocześnie egzotyczna i swojska, człowiek, który wprawdzie kreował własny życiorys, ale poza tym przeżył tyle przygód, że i bez ubarwiania wypada jego biografia oryginalnie. Tom „Tu byłem. Tony Halik” wypełniony jest fotografiami (dość rzadko z podróży, chociaż zdarzają się i takie pokazujące bohatera w trakcie pracy). Mirosław Wlekły uzupełnia rynek literatury podróżniczej o publikację biograficzno-reportażową, przypomina postać ważną. Tony Halik w tym ujęciu skusi nie tylko fanów podróżowania i odkrywania nieznanego.
środa, 30 sierpnia 2017
Marta Matyszczak: Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2017.
Przyjaźń
Chorzowska kamienica, której lokatorzy zapewniają przegląd społeczeństwa nie tylko na Śląsku staje się areną makabrycznych wydarzeń. Ginie aktorka Teatru Uciecha, Marianna Biel. Czas największej kariery miała już za sobą, nikt nie chciał proponować dawnej gwieździe nowych ról, co więcej – sugerowało się Mariannie Biel, że powinna sama zdecydować się na artystyczną emeryturę i zrobić miejsce młodszym. Aktorka nie nadawała się nawet do promowania Chorzowa. Dopiero tragedia pozwala ostatni raz o niej przypomnieć. Sprawa Marianny Biel umożliwia poznanie bohaterów cyklu Kryminał pod psem autorstwa Marty Matyszczak. To Szymon Solański, były policjant i detektyw, samotny po śmierci żony, typ odludka i antyteza bogacza, Róża Kwiatkowska, dziennikarka ze sporą nadwagą oraz Gucio, pies o nieparzystej liczbie łap wzięty przez Solańskiego ze schroniska. To ta trójka najbardziej zaangażuje się w śledztwo, przy okazji rozwiązując też inne problemy mieszkańców kamienicy.
Szymon Solański nie jest ekspertem w dziedzinie uczuć, Róża skrycie się w nim podkochuje, z czym nie zamierza się zdradzić. Problemy sprawia ojciec Szymona, który cierpi na alkoholizm i zaczyna mieć coraz bardziej poważne kłopoty psychiczne. Nikt nie zwraca uwagi na tę trójkę, bo w kamienicy każdy ma swoje zmartwienia: dwaj bliźniacy walczą o schedę po ojcu, a typowa wścibska i dodatkowo śląska baba zamyka w garderobie swoje dziecko. Każdy boryka się z innymi wyzwaniami. Wszystkiemu przygląda się natomiast mądry Gucio.
Gdy zaczyna się ta opowieść, Gucio jest już dość wiekowym psem i mieszka w schronisku. Nie wierzy w to, że ktoś go przygarnie, skoro wokół jest tyle ładniejszych (i młodszych) zwierząt. Nikt nie będzie miał szansy przekonać się o inteligencji Gucia. Tymczasem Solański, który przybywa na paradę kundelków, to właśnie Gucia wybiera – bez zbędnych sentymentów – na swojego towarzysza. Tak zaczyna się szorstka ale piękna przyjaźń. Gucio sporo potrafi wywęszyć, umie też informować o swoich spostrzeżeniach (inna rzecz, że ludzie nie zawsze są w stanie właściwie odczytać przekaz). Bierze udział w śledztwie w sprawie Marianny Biel, a poza tym nawiązuje relację z pewnym pinczerkiem. Gucio nie tylko jest spostrzegawczy: to pies wyjątkowo ironicznie nastawiony do rzeczywistości, jego komentarze często będą bawić czytelników.
Bo Marta Matyszczak decyduje się na kilka rodzajów narracji. Wszystkowiedzący opowiadacz nakreśla sytuację i pomaga w ocenieniu warunków, w jakich Róża i Szymon egzystują. Tu tekst pozbawiony jest emocji (ale nie delikatnego humoru). Drugi rodzaj opowieści przenosi czytelników w przeszłość – w życiorys Marianny Biel. Dzięki temu zabiegowi ofiara przestaje być dla odbiorców anonimowa, osłabia się też nieco wątek zbrodni, bo w końcu „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to powieść kryminalno-obyczajowa i ostatnie, co by do niej pasowało, to żmudne papierkowo-przesłuchiwaniowe śledztwo. Fakty Solański i Róża muszą odkrywać w akcji, w ramach naturalnych działań. Jest wreszcie trzecia opowieść, relacja Gucia. I tu Marta Matyszczak może pozwolić sobie na największą lekkość, ironię i cały szereg żartów. Gucio nie wszystko z ludzkiego świata zrozumie, czasem zdziwią go naturalne dla odbiorców sytuacje czy sceny. Gucio nie musi wystrzegać się kolokwializmów ani śmiechu. To pies z charakterem i nie trzeba się obawiać infantylizmu w zabiegu oddania mu głosu. Dzięki Guciowi powieść Marty Matyszczak wyróżnia się na rynku. Warto też zwrócić uwagę na to, że gdy na rynku pojawiają się historie dość oszczędne pod względem literackim, napuszane przez większą interlinię i czcionkę, Marta Matyszczak proponuje duży kawałek dobrej prozy rozrywkowej. „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to książka, z której nie tylko chorzowianie mogą być zadowoleni. Początek serii, której warto się przyjrzeć.
Przyjaźń
Chorzowska kamienica, której lokatorzy zapewniają przegląd społeczeństwa nie tylko na Śląsku staje się areną makabrycznych wydarzeń. Ginie aktorka Teatru Uciecha, Marianna Biel. Czas największej kariery miała już za sobą, nikt nie chciał proponować dawnej gwieździe nowych ról, co więcej – sugerowało się Mariannie Biel, że powinna sama zdecydować się na artystyczną emeryturę i zrobić miejsce młodszym. Aktorka nie nadawała się nawet do promowania Chorzowa. Dopiero tragedia pozwala ostatni raz o niej przypomnieć. Sprawa Marianny Biel umożliwia poznanie bohaterów cyklu Kryminał pod psem autorstwa Marty Matyszczak. To Szymon Solański, były policjant i detektyw, samotny po śmierci żony, typ odludka i antyteza bogacza, Róża Kwiatkowska, dziennikarka ze sporą nadwagą oraz Gucio, pies o nieparzystej liczbie łap wzięty przez Solańskiego ze schroniska. To ta trójka najbardziej zaangażuje się w śledztwo, przy okazji rozwiązując też inne problemy mieszkańców kamienicy.
Szymon Solański nie jest ekspertem w dziedzinie uczuć, Róża skrycie się w nim podkochuje, z czym nie zamierza się zdradzić. Problemy sprawia ojciec Szymona, który cierpi na alkoholizm i zaczyna mieć coraz bardziej poważne kłopoty psychiczne. Nikt nie zwraca uwagi na tę trójkę, bo w kamienicy każdy ma swoje zmartwienia: dwaj bliźniacy walczą o schedę po ojcu, a typowa wścibska i dodatkowo śląska baba zamyka w garderobie swoje dziecko. Każdy boryka się z innymi wyzwaniami. Wszystkiemu przygląda się natomiast mądry Gucio.
Gdy zaczyna się ta opowieść, Gucio jest już dość wiekowym psem i mieszka w schronisku. Nie wierzy w to, że ktoś go przygarnie, skoro wokół jest tyle ładniejszych (i młodszych) zwierząt. Nikt nie będzie miał szansy przekonać się o inteligencji Gucia. Tymczasem Solański, który przybywa na paradę kundelków, to właśnie Gucia wybiera – bez zbędnych sentymentów – na swojego towarzysza. Tak zaczyna się szorstka ale piękna przyjaźń. Gucio sporo potrafi wywęszyć, umie też informować o swoich spostrzeżeniach (inna rzecz, że ludzie nie zawsze są w stanie właściwie odczytać przekaz). Bierze udział w śledztwie w sprawie Marianny Biel, a poza tym nawiązuje relację z pewnym pinczerkiem. Gucio nie tylko jest spostrzegawczy: to pies wyjątkowo ironicznie nastawiony do rzeczywistości, jego komentarze często będą bawić czytelników.
Bo Marta Matyszczak decyduje się na kilka rodzajów narracji. Wszystkowiedzący opowiadacz nakreśla sytuację i pomaga w ocenieniu warunków, w jakich Róża i Szymon egzystują. Tu tekst pozbawiony jest emocji (ale nie delikatnego humoru). Drugi rodzaj opowieści przenosi czytelników w przeszłość – w życiorys Marianny Biel. Dzięki temu zabiegowi ofiara przestaje być dla odbiorców anonimowa, osłabia się też nieco wątek zbrodni, bo w końcu „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to powieść kryminalno-obyczajowa i ostatnie, co by do niej pasowało, to żmudne papierkowo-przesłuchiwaniowe śledztwo. Fakty Solański i Róża muszą odkrywać w akcji, w ramach naturalnych działań. Jest wreszcie trzecia opowieść, relacja Gucia. I tu Marta Matyszczak może pozwolić sobie na największą lekkość, ironię i cały szereg żartów. Gucio nie wszystko z ludzkiego świata zrozumie, czasem zdziwią go naturalne dla odbiorców sytuacje czy sceny. Gucio nie musi wystrzegać się kolokwializmów ani śmiechu. To pies z charakterem i nie trzeba się obawiać infantylizmu w zabiegu oddania mu głosu. Dzięki Guciowi powieść Marty Matyszczak wyróżnia się na rynku. Warto też zwrócić uwagę na to, że gdy na rynku pojawiają się historie dość oszczędne pod względem literackim, napuszane przez większą interlinię i czcionkę, Marta Matyszczak proponuje duży kawałek dobrej prozy rozrywkowej. „Tajemnicza śmierć Marianny Biel” to książka, z której nie tylko chorzowianie mogą być zadowoleni. Początek serii, której warto się przyjrzeć.
wtorek, 29 sierpnia 2017
Magdalena Giedrojć: Księżyc nad Rzymem
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Atmosfera
Dla Magdaleny Giedrojć Rzym to miasto-obietnica. Miejsce, w którym spełniają się marzenia, raj na ziemi – o jaki warto zawalczyć, choćby i za cenę sprzeniewierzenia się części rodziny. Laura na przekór opinii ciotki postanawia wyruszyć do słonecznej Italii. Tu może odkryć rodowe tajemnice, ale i oderwać się od szarej codzienności. We Włoszech na każdym kroku czuje ludzką i bezinteresowną życzliwość. Może zapomnieć o problemach i o tym, że do tej pory nie znalazła satysfakcjonującej ją pracy i odrzuca kolejne intratne oferty jakby na złość rodzicom. We Włoszech Laura może poznać uroki flirtowania z nieznajomymi: czuje się piękna i pożądana, a to dodaje jej pewności siebie, tak potrzebnej w relacjach międzyludzkich. Laura w Rzymie trwa w przyjemnym zawieszeniu – nie musi podejmować żadnych wiążących decyzji. Chłonie życie wszystkimi zmysłami, a nawet gdyby nie chciała włączać się we włoski rytm życia, przekonają ją do tego dwie starsze panie, siostry, u których mieszka i dzięki którym poznaje okolicę i zwyczaje. Dla Laury Rzym to prawdziwe wakacje. Ta bohaterka testuje miejscowe atrakcje: podziwia dzieła sztuki i próbuje lokalnej kuchni. Zmysłowość akcentowana jest przez autorkę zwłaszcza w kulinariach: od wybierania owoców i warzyw na targu po samodzielne przyrządzanie potraw z naturalnych, świeżych składników. Magdalena Giedrojć jakimś cudem powstrzymuje się jednak przed zasypywaniem odbiorców przepisami, woli przywoływać kolejne dania po prostu w jadłospisie bohaterów jako dodatek do zmysłowego odkrywania siebie.
Nie wszyscy mają szczęście: w otoczeniu Andrei, jednego z bohaterów, pojawiają się kobiety, którym potrzebna jest pomoc i fachowe wsparcie. Niektóre mogą już uporać się z traumami, inne właśnie teraz szukają pocieszenia, rady albo konkretnego działania. Rzym, który dla Laury jest synonimem wakacji, potrafi zamienić się w piekło – a wtedy nawet wartości budujące tradycje niewiele pomogą. Zresztą kto sprzeniewierza się akceptowanym przez całe pokolenia schematom, może zniszczyć sobie życie. Autorka w opowieści o kilku różnych postaciach wplata życiowe mądrości i przestrogi, które w dzisiejszym świecie ulegają często zatarciu lub wręcz zapomnieniu. Nie ma w tym chęci pouczania ani moralizowania – w Rzymie wszystko wydaje się prostsze, tym cenniejsza staje się wakacyjna przygoda kobiety.
Magdalena Giedrojć bardzo zwalnia tempo swojej historii. Pozwala czytelniczkom cieszyć się każdym przelotnym dotykiem, każdą reakcją na rzeźbę czy nowy smak. Oswaja z typowymi dla Włochów zachowaniami, w najdrobniejszych szczegółach przytacza to, co wydaje jej się charakterystyczne dla obyczajowości Rzymu. Ta niespieszność może być zaletą dla fanek literackich podróży, ale i wadą dla tych odbiorczyń, które lubią, gdy w powieści sporo się dzieje. Senna atmosfera relacji sprawia, że dużo trudniej naprawdę zaangażować się w losy postaci, a i w samą tajemnicę, dla której w ogóle Laura przybywa do Rzymu. Jest to powieść kobieca, delikatna i rozbudowywana w sferze synestezji. Autorka przechodzi między kilkoma postaciami, przeplatając ich życiorysy: dzięki temu widać, jak bardzo liczy się w rozwiązywaniu problemów życzliwość i obecność bratnich dusz w pobliżu.
Jest „Księżyc nad Rzymem” książką krzepiącą. Razem z Laurą czytelniczki znajdują miejsce przyjemne, kojarzące się z wakacjami i odpoczynkiem od zmartwień. Tu wszystko się jakoś ułoży, kobiety są piękne i doceniane, mężczyźni – wyrozumiali i dobrzy. Wszyscy mogą się ze sobą dogadać, a dobra kuchnia oparta na prostych potrawach to antidotum na zwykłe problemy.
Atmosfera
Dla Magdaleny Giedrojć Rzym to miasto-obietnica. Miejsce, w którym spełniają się marzenia, raj na ziemi – o jaki warto zawalczyć, choćby i za cenę sprzeniewierzenia się części rodziny. Laura na przekór opinii ciotki postanawia wyruszyć do słonecznej Italii. Tu może odkryć rodowe tajemnice, ale i oderwać się od szarej codzienności. We Włoszech na każdym kroku czuje ludzką i bezinteresowną życzliwość. Może zapomnieć o problemach i o tym, że do tej pory nie znalazła satysfakcjonującej ją pracy i odrzuca kolejne intratne oferty jakby na złość rodzicom. We Włoszech Laura może poznać uroki flirtowania z nieznajomymi: czuje się piękna i pożądana, a to dodaje jej pewności siebie, tak potrzebnej w relacjach międzyludzkich. Laura w Rzymie trwa w przyjemnym zawieszeniu – nie musi podejmować żadnych wiążących decyzji. Chłonie życie wszystkimi zmysłami, a nawet gdyby nie chciała włączać się we włoski rytm życia, przekonają ją do tego dwie starsze panie, siostry, u których mieszka i dzięki którym poznaje okolicę i zwyczaje. Dla Laury Rzym to prawdziwe wakacje. Ta bohaterka testuje miejscowe atrakcje: podziwia dzieła sztuki i próbuje lokalnej kuchni. Zmysłowość akcentowana jest przez autorkę zwłaszcza w kulinariach: od wybierania owoców i warzyw na targu po samodzielne przyrządzanie potraw z naturalnych, świeżych składników. Magdalena Giedrojć jakimś cudem powstrzymuje się jednak przed zasypywaniem odbiorców przepisami, woli przywoływać kolejne dania po prostu w jadłospisie bohaterów jako dodatek do zmysłowego odkrywania siebie.
Nie wszyscy mają szczęście: w otoczeniu Andrei, jednego z bohaterów, pojawiają się kobiety, którym potrzebna jest pomoc i fachowe wsparcie. Niektóre mogą już uporać się z traumami, inne właśnie teraz szukają pocieszenia, rady albo konkretnego działania. Rzym, który dla Laury jest synonimem wakacji, potrafi zamienić się w piekło – a wtedy nawet wartości budujące tradycje niewiele pomogą. Zresztą kto sprzeniewierza się akceptowanym przez całe pokolenia schematom, może zniszczyć sobie życie. Autorka w opowieści o kilku różnych postaciach wplata życiowe mądrości i przestrogi, które w dzisiejszym świecie ulegają często zatarciu lub wręcz zapomnieniu. Nie ma w tym chęci pouczania ani moralizowania – w Rzymie wszystko wydaje się prostsze, tym cenniejsza staje się wakacyjna przygoda kobiety.
Magdalena Giedrojć bardzo zwalnia tempo swojej historii. Pozwala czytelniczkom cieszyć się każdym przelotnym dotykiem, każdą reakcją na rzeźbę czy nowy smak. Oswaja z typowymi dla Włochów zachowaniami, w najdrobniejszych szczegółach przytacza to, co wydaje jej się charakterystyczne dla obyczajowości Rzymu. Ta niespieszność może być zaletą dla fanek literackich podróży, ale i wadą dla tych odbiorczyń, które lubią, gdy w powieści sporo się dzieje. Senna atmosfera relacji sprawia, że dużo trudniej naprawdę zaangażować się w losy postaci, a i w samą tajemnicę, dla której w ogóle Laura przybywa do Rzymu. Jest to powieść kobieca, delikatna i rozbudowywana w sferze synestezji. Autorka przechodzi między kilkoma postaciami, przeplatając ich życiorysy: dzięki temu widać, jak bardzo liczy się w rozwiązywaniu problemów życzliwość i obecność bratnich dusz w pobliżu.
Jest „Księżyc nad Rzymem” książką krzepiącą. Razem z Laurą czytelniczki znajdują miejsce przyjemne, kojarzące się z wakacjami i odpoczynkiem od zmartwień. Tu wszystko się jakoś ułoży, kobiety są piękne i doceniane, mężczyźni – wyrozumiali i dobrzy. Wszyscy mogą się ze sobą dogadać, a dobra kuchnia oparta na prostych potrawach to antidotum na zwykłe problemy.
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Ewa Nowak: Zerwij z nią
Egmont, Warszawa 2017.
Rady
Ona jest śliczna. Z jego punktu widzenia, bo inni się tak nad nią nie rozczulają. Jackowi jednak podoba się w Emilce wszystko. Przeboleje nawet to, że rodzice Emilki dokładnie planują jej przyszłość i zabraniają spotykać się z nieodpowiednimi chłopcami. Emilka szybko staje się dla Jacka całym światem: gdy nastolatek dzięki pomocy nowoczesnej babci zdobywa się na pierwszy krok w podrywaniu dziewczyny, reszta wydaje się już błahostką. Ale w każdej dobrej opowieści o miłości muszą istnieć poważne przeszkody – i tu takie też się pojawiają. Wielka awantura i… zniknięcie dziewczyny. Na takie rozstanie nic nie da się poradzić. Złamane serce Jacka to dowód, że nie tylko bohaterki romansów cierpią po stracie bliskiej osoby. Jednak skoro nic nie zostało wyjaśnione, trzeba będzie doprowadzić do konfrontacji.
„Zerwij z nią” to kolejna historia Ewy Nowak dla młodzieży. Autorka jak zwykle zwraca uwagę na relacje między młodymi ludźmi, trudności do pokonania w pierwszym związku, ale i na otoczenie, dostarczające kolejnych powodów do zmartwień. W tym wypadku to rodzice – i to z obu stron – potęgują konflikt. Mama Jacka zawsze przeczekuje spory, ojczym występuje przeciwko chłopakowi całkiem otwarcie. Na ojca nastolatek liczyć nie może: ten pije i jest kompletnie nieodpowiedzialny. Rodzice Emilki za to wytyczają kolejne granice i chronią córkę ponad miarę, żeby ta nie powtórzyła losu starszej siostry. Nikogo nie interesują potrzeby młodzieży. Emilka nie potrafi w dodatku walczyć o swoje, a Jacek nie ma na tyle silnego charakteru, żeby poradzić sobie z nieoczekiwanymi wyzwaniami. Głos rozsądku stanowi babcia, która umie nawet zerwać kontakt z rodziną, żeby zmusić bliskich do radykalnych działań prowadzących do uporządkowania życia. Na pierwszym planie jest więc związek Jacka i Emilki, ale drugi plan – rodzinne relacje obojga – to temat, z którego wiele się można nauczyć. Ewa Nowak tradycyjnie próbuje między wierszami (albo w części rozmów w bezpośrednich dialogach) pokazać nastolatkom, jak mierzyć się z problemami. Zachęca do kreatywności, ale i do odwagi, pokazując, jak walczyć o marzenia. Nie bagatelizuje kłopotów młodzieży.
Jest „Zerwij z nią” przedstawieniem pewnego schematu, który właściwej grupie odbiorców jeszcze nie wyda się oczywisty. Autorka zdaje sobie sprawę, że pierwsze związki rozkwitać mogą dzięki licznym trudnościom i brakowi wsparcia ze strony bliskich: kiedy wszystko idzie źle, dobrze mieć przy sobie kogoś, kto pocieszy czy przytuli. Autorka pozwala uczestniczyć w szczęściu tej pary, buduje jej sekretny język, żeby zindywidualizować historię. Nie powie nic odkrywczego, ale jej czytelnikom przyda się takie dokładne przeanalizowanie zjawisk i możliwości. Ewa Nowak mimo nastawienia na pedagogiczne przesłania potrafi zaintrygować historią. Fabuły służą jej do pokazania pewnych charakterów lub rodzajów reakcji – to cenna lekcja dla nastolatków. „Zerwij z nią” przy okazji przełamuje schemat książek o miłości tylko dla dziewczyn: perspektywa Jacka dużo tu zmienia, pozwala uniknąć sentymentów i zmęczenia przewidywalnymi konstrukcjami. Niby skupia się autorka na sprawach między Jackiem i Emilką, a przy okazji portretuje i zachowania wobec przyjaciół, i stosunki z przybranym rodzeństwem, i obrazki domowe, dalekie od sielanki. Jest to więc książka krótka, ale bogata w treści. Dobrze się ją czyta, co akurat nie jest zaskoczeniem w przypadku tej autorki.
Rady
Ona jest śliczna. Z jego punktu widzenia, bo inni się tak nad nią nie rozczulają. Jackowi jednak podoba się w Emilce wszystko. Przeboleje nawet to, że rodzice Emilki dokładnie planują jej przyszłość i zabraniają spotykać się z nieodpowiednimi chłopcami. Emilka szybko staje się dla Jacka całym światem: gdy nastolatek dzięki pomocy nowoczesnej babci zdobywa się na pierwszy krok w podrywaniu dziewczyny, reszta wydaje się już błahostką. Ale w każdej dobrej opowieści o miłości muszą istnieć poważne przeszkody – i tu takie też się pojawiają. Wielka awantura i… zniknięcie dziewczyny. Na takie rozstanie nic nie da się poradzić. Złamane serce Jacka to dowód, że nie tylko bohaterki romansów cierpią po stracie bliskiej osoby. Jednak skoro nic nie zostało wyjaśnione, trzeba będzie doprowadzić do konfrontacji.
„Zerwij z nią” to kolejna historia Ewy Nowak dla młodzieży. Autorka jak zwykle zwraca uwagę na relacje między młodymi ludźmi, trudności do pokonania w pierwszym związku, ale i na otoczenie, dostarczające kolejnych powodów do zmartwień. W tym wypadku to rodzice – i to z obu stron – potęgują konflikt. Mama Jacka zawsze przeczekuje spory, ojczym występuje przeciwko chłopakowi całkiem otwarcie. Na ojca nastolatek liczyć nie może: ten pije i jest kompletnie nieodpowiedzialny. Rodzice Emilki za to wytyczają kolejne granice i chronią córkę ponad miarę, żeby ta nie powtórzyła losu starszej siostry. Nikogo nie interesują potrzeby młodzieży. Emilka nie potrafi w dodatku walczyć o swoje, a Jacek nie ma na tyle silnego charakteru, żeby poradzić sobie z nieoczekiwanymi wyzwaniami. Głos rozsądku stanowi babcia, która umie nawet zerwać kontakt z rodziną, żeby zmusić bliskich do radykalnych działań prowadzących do uporządkowania życia. Na pierwszym planie jest więc związek Jacka i Emilki, ale drugi plan – rodzinne relacje obojga – to temat, z którego wiele się można nauczyć. Ewa Nowak tradycyjnie próbuje między wierszami (albo w części rozmów w bezpośrednich dialogach) pokazać nastolatkom, jak mierzyć się z problemami. Zachęca do kreatywności, ale i do odwagi, pokazując, jak walczyć o marzenia. Nie bagatelizuje kłopotów młodzieży.
Jest „Zerwij z nią” przedstawieniem pewnego schematu, który właściwej grupie odbiorców jeszcze nie wyda się oczywisty. Autorka zdaje sobie sprawę, że pierwsze związki rozkwitać mogą dzięki licznym trudnościom i brakowi wsparcia ze strony bliskich: kiedy wszystko idzie źle, dobrze mieć przy sobie kogoś, kto pocieszy czy przytuli. Autorka pozwala uczestniczyć w szczęściu tej pary, buduje jej sekretny język, żeby zindywidualizować historię. Nie powie nic odkrywczego, ale jej czytelnikom przyda się takie dokładne przeanalizowanie zjawisk i możliwości. Ewa Nowak mimo nastawienia na pedagogiczne przesłania potrafi zaintrygować historią. Fabuły służą jej do pokazania pewnych charakterów lub rodzajów reakcji – to cenna lekcja dla nastolatków. „Zerwij z nią” przy okazji przełamuje schemat książek o miłości tylko dla dziewczyn: perspektywa Jacka dużo tu zmienia, pozwala uniknąć sentymentów i zmęczenia przewidywalnymi konstrukcjami. Niby skupia się autorka na sprawach między Jackiem i Emilką, a przy okazji portretuje i zachowania wobec przyjaciół, i stosunki z przybranym rodzeństwem, i obrazki domowe, dalekie od sielanki. Jest to więc książka krótka, ale bogata w treści. Dobrze się ją czyta, co akurat nie jest zaskoczeniem w przypadku tej autorki.
niedziela, 27 sierpnia 2017
Emmy Abrahamson Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach
Rebis, Poznań 2017.
Love story inaczej
Julia niewieloma rzeczami może zaimponować. Uczy angielskiego tych, którzy marzyli o pracy, a na emigracji przekonali się, że bez znajomości języka niewiele zdziałają (nie wiedzą jeszcze, że nawet intensywny kurs nie pomoże w poprawieniu ich sytuacji). Wstydzi się zagadać do sąsiadki, chociaż marzy o poznaniu samej Elfride Jelinek. Julia skrycie wierzy w to, że napisze genialną powieść, która przyniesie jej sławę, ale każdy pomysł, na który wpada, ktoś już kiedyś wykorzystał. Ta bohaterka nie zadowolona z własnej egzystencji ma zwrócić na siebie uwagę odbiorczyń. Julia do kompletu podrywana jest przez bezdomnego. Ben to mężczyzna postawny, choć raczej niezbyt ładnie pachnący. Mieszka w krzakach, chodzi bez butów i w niczym nie przypomina filmowych amantów. Jednak wierzy w siebie i próbuje zdobyć serce Julii – mimo że wiele ich różni. Po początkowym etapie bezwzględnej fascynacji i zamieszkaniu razem (u Julii), bohaterowie zaczynają natrafiać w związku na problemy. Pytanie, czy taka relacja ma sens, powraca. A przecież Ben nie jest stereotypowym bezdomnym. Brak dachu nad głową nie wiąże się u niego z przykrymi nałogami. To inteligentny i wrażliwy człowiek, który w dodatku potrafi dostrzec i odpowiednio ocenić problemy Julii. Wsparcie finansowe w relacji na początku zapewnia ona. On zapewnia za to psychiczną stabilizację, uczy też partnerkę wewnętrznego luzu czy podejmowania odważnych decyzji. Bycie razem to duża odpowiedzialność, a i umiejętność wypracowywania kompromisów. W pierwszej fazie zauroczenia różnice nie mają większego znaczenia, łatwo też iść na ustępstwa, byle tylko zadowolić drugą stronę. Po pierwszych sprzeczkach jednak te ustępstwa zaczną urastać do oskarżeń partnera i mogą stać się zarzewiem większego konfliktu. Z takich obrazków składa się książka. Oparta jest na humorze – ale dość przewidywalnym, ostrym i jednowymiarowym. Jeden chwyt Emmy Abrahamson rozwija co pewien czas, brakuje w tym finezji. Tytuł przyciąga, ale zawartość nieco rozczarowuje – nie ma tu lekkości babskich czytadeł, raczej próby wskrzeszenia satyry na oczywistych motywach. Sam pomysł zastąpienia księcia z bajki cuchnącym facetem bez dachu nad głową sprawdziłby się lepiej, gdyby autorka potrafiła lepiej uzasadnić uczucia bohaterki. Przy bliższym poznaniu Ben okazuje się mężczyzną wartym uwagi, ale zanim do tego bliższego poznania dojdzie, brakuje uzasadnienia (przekonującego) dla zachowań Julii. I to mankament fabuły.
Autorka nie zamierza rozbudowywać narracji ani upodabniać tomu do kobiecych obyczajówek. Emocje są tu ostre i wyraziste, całość przypominałaby chicklit, gdyby nie temat. Nie tyle oryginalność zagadnienia, co realizacja sprawia, że trudno tę powieść jednoznacznie sklasyfikować a nawet ocenić. Emmy Abrahamson tak bardzo koncentruje się na kreatywnym punkcie wyjścia, że później nie starcza jej energii na uprawdopodobnienie historii. Przez to książka nie wciąga tak, jakby mogła. Prześmiewczość odbiera jej siłę rażenia – ale oczywiście czytelniczki, które dość mają ckliwych i rzewnych fabuł, odpoczną przy takiej propozycji. „Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach” to publikacja nie dla każdego, ale bardziej ze względu na rodzaj humoru niż ucieczkę od konwencji. Julia ze swoim ironicznym spojrzeniem na rzeczywistość staje się nieprzekonująca: gra przebojową, mimo że przebojowa nie jest w najmniejszym stopniu. Ta niespójność charakteru i zachowania nieco razić będzie podczas lektury. Ale i tak z ciekawości się po tę pozycję sięga.
Love story inaczej
Julia niewieloma rzeczami może zaimponować. Uczy angielskiego tych, którzy marzyli o pracy, a na emigracji przekonali się, że bez znajomości języka niewiele zdziałają (nie wiedzą jeszcze, że nawet intensywny kurs nie pomoże w poprawieniu ich sytuacji). Wstydzi się zagadać do sąsiadki, chociaż marzy o poznaniu samej Elfride Jelinek. Julia skrycie wierzy w to, że napisze genialną powieść, która przyniesie jej sławę, ale każdy pomysł, na który wpada, ktoś już kiedyś wykorzystał. Ta bohaterka nie zadowolona z własnej egzystencji ma zwrócić na siebie uwagę odbiorczyń. Julia do kompletu podrywana jest przez bezdomnego. Ben to mężczyzna postawny, choć raczej niezbyt ładnie pachnący. Mieszka w krzakach, chodzi bez butów i w niczym nie przypomina filmowych amantów. Jednak wierzy w siebie i próbuje zdobyć serce Julii – mimo że wiele ich różni. Po początkowym etapie bezwzględnej fascynacji i zamieszkaniu razem (u Julii), bohaterowie zaczynają natrafiać w związku na problemy. Pytanie, czy taka relacja ma sens, powraca. A przecież Ben nie jest stereotypowym bezdomnym. Brak dachu nad głową nie wiąże się u niego z przykrymi nałogami. To inteligentny i wrażliwy człowiek, który w dodatku potrafi dostrzec i odpowiednio ocenić problemy Julii. Wsparcie finansowe w relacji na początku zapewnia ona. On zapewnia za to psychiczną stabilizację, uczy też partnerkę wewnętrznego luzu czy podejmowania odważnych decyzji. Bycie razem to duża odpowiedzialność, a i umiejętność wypracowywania kompromisów. W pierwszej fazie zauroczenia różnice nie mają większego znaczenia, łatwo też iść na ustępstwa, byle tylko zadowolić drugą stronę. Po pierwszych sprzeczkach jednak te ustępstwa zaczną urastać do oskarżeń partnera i mogą stać się zarzewiem większego konfliktu. Z takich obrazków składa się książka. Oparta jest na humorze – ale dość przewidywalnym, ostrym i jednowymiarowym. Jeden chwyt Emmy Abrahamson rozwija co pewien czas, brakuje w tym finezji. Tytuł przyciąga, ale zawartość nieco rozczarowuje – nie ma tu lekkości babskich czytadeł, raczej próby wskrzeszenia satyry na oczywistych motywach. Sam pomysł zastąpienia księcia z bajki cuchnącym facetem bez dachu nad głową sprawdziłby się lepiej, gdyby autorka potrafiła lepiej uzasadnić uczucia bohaterki. Przy bliższym poznaniu Ben okazuje się mężczyzną wartym uwagi, ale zanim do tego bliższego poznania dojdzie, brakuje uzasadnienia (przekonującego) dla zachowań Julii. I to mankament fabuły.
Autorka nie zamierza rozbudowywać narracji ani upodabniać tomu do kobiecych obyczajówek. Emocje są tu ostre i wyraziste, całość przypominałaby chicklit, gdyby nie temat. Nie tyle oryginalność zagadnienia, co realizacja sprawia, że trudno tę powieść jednoznacznie sklasyfikować a nawet ocenić. Emmy Abrahamson tak bardzo koncentruje się na kreatywnym punkcie wyjścia, że później nie starcza jej energii na uprawdopodobnienie historii. Przez to książka nie wciąga tak, jakby mogła. Prześmiewczość odbiera jej siłę rażenia – ale oczywiście czytelniczki, które dość mają ckliwych i rzewnych fabuł, odpoczną przy takiej propozycji. „Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach” to publikacja nie dla każdego, ale bardziej ze względu na rodzaj humoru niż ucieczkę od konwencji. Julia ze swoim ironicznym spojrzeniem na rzeczywistość staje się nieprzekonująca: gra przebojową, mimo że przebojowa nie jest w najmniejszym stopniu. Ta niespójność charakteru i zachowania nieco razić będzie podczas lektury. Ale i tak z ciekawości się po tę pozycję sięga.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






