* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sally Gardner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sally Gardner. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2015

Sally Gardner: Chłopiec, który umiał latać

Muza SA, Warszawa 2014.

Sens marzeń

Z jednej strony jest tu rzadki dar, piękny i cenny, a do tego – na całe życie: umiejętność latania. Z drugiej – bardzo przyziemne kłopoty w rodzinie, brak zrozumienia, więc i w efekcie pewien rodzaj lęku przed brakiem akceptacji. Sally Gardner przypomina, co dzieje się z ludźmi, którzy zapominają o własnych marzeniach. Jej „Chłopiec, który umiał latać” to książka o prawdziwych uczuciach, bez względu na baśniowy motyw i jego fabularną realizację. Talent do latania nie przekreśla automatycznie życiowych trosk, może je nawet pogłębić, kiedy nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych. Tu sprawa jest bardziej poważna, bo akceptacji rozpaczliwie potrzebuje dziecko – a wsparcia od zmęczonych rodziców (zwłaszcza od sfrustrowanego ojca) uzyskać nie może mimo starań. W obliczu takich postaw bohater nie da rady cieszyć się swoimi zdolnościami. Fakt, że jest wyjątkowy, nie stanowi żadnej pociechy, skoro takiej oceny ojciec nie podziela.

Thomas dar latania otrzymuje na urodziny od Grubaśnej Wróżki, kobiety, która jest karykaturą wróżek i czarodziejek bajkowych. Grubaśna Wróżka wydaje się być przeniesiona ze świata satyry. Ale swoją powinność spełnia, bez względu na wrażenie, jakie wywołuje. Thomas wypowiada życzenie, którego nawet sobie nie uświadamiał. Nie jest dzieckiem sportowo utalentowanym, nie przepada za aktywnością fizyczną, więc być może chęć latania wiąże się z wolnością, jakiej na co dzień nie zaznaje. Chłopiec jeszcze nie wie, że odważne życzenie przyczyni mu trochę problemów w szkole i całkiem sporo – w domu. A wszystko z jednego powodu: tata Thomasa dawno zapomniał, jak to jest być szczęśliwym. Już nie potrafi cieszyć się z marzeń, stał się ponury i zgorzkniały, a swoje frustracje wyładowuje na rodzinie. Tu nawet sztuka latania nie może uratować sytuacji.

Sally Gardner prezentuje dziecięcego bohatera, który dostrzega problem, ale nie potrafi mu zaradzić. Thomas chciałby, żeby jego tata odzyskał radość życia, poświęciłby dla niego nawet swoje życzenie, gdyby tylko wróżka mu na to pozwoliła. Nieszczęśliwy ojciec hamuje szczęście dziecka – w tej lekturze prosta zależność wybrzmiewa bardzo wyraźnie. Na nic piękne doświadczenie, jeśli nie można się nim dzielić. Bohater musi dopiero odnaleźć w sobie siłę i nauczyć się wyrażać uczucia, żeby przystąpić do wprowadzania zmian. Gardner zaznacza, że są one możliwe, przywraca postaci wiarę – ale tłumaczy też, że do pewnych zachowań trzeba dojrzeć. Mali odbiorcy znajdą u Thomasa potrzebną im odwagę.

Baśniowa otoczka w „Chłopcu, który umiał latać” odwraca uwagę od realnych trosk i sprawia, że odbiorcy nie będą czuć się przygnębieni tą historią. Kolejne magiczne dziecko pojawia się w serii po to, by dać małym czytelnikom nadzieję – nawet w przegranych sprawach tkwi szansa na ocalenie. Gardner wprowadza do tego tomiku sporo goryczy, ale nie naraża nikogo na pesymistyczne oceny świata. Taki klimat jest jej potrzebny do napięcia przed finałem. Dzieci bez trudu wyłapią przesłania autorki – ale będzie to tylko dodatek do wywołującej duże wrażenie lektury. W końcu nie zawsze można spełniać marzenie o lataniu. Thomasowi się to udaje – dlatego, że są dla niego kwestie ważniejsze niż latanie, latanie to tylko droga do osiągnięcia ważniejszego celu. Sally Gardner pozwala odbiorcom zastanowić się nad najskrytszymi pragnieniami, ale oprócz tego zapewnia im ważną – i ładną fabularnie – historię z głębokim przesłaniem. „Chłopiec, który umiał latać” to zgrabnie napisana książka, prosta a jednocześnie przesycona niezwykłością. Na tę pozycję warto zwrócić uwagę maluchów – tych, które lubią marzyć i tych, które uczą się samodzielnie czytać – bo publikacja przygotowana została też tak, żeby ćwiczyć na niej tę sztukę.

sobota, 4 kwietnia 2015

Sally Gardner: Chłopiec szybki jak strzała

Muza SA, Warszawa 2014.

Sposób na kłopoty

W tej części serii Magiczne dzieci Sally Gardner pozostaje najbliżej prawdziwego świata, chociaż w postaci Timmy’ego kumuluje wiele dziecięcych trosk. Po pierwsze mama chłopca opuszcza go i wyjeżdża do pracy za granicę – stamtąd już nie chce wrócić i wychodzi nawet za mąż, przestając myśleć o swoim dziecku. Po drugie dziadek opiekujący się bohaterem to mruk, posługuje się półsłówkami i nie jest zainteresowany podtrzymywaniem kontaktu, co nie poprawia atmosfery w domu. Po trzecie Timmy zajada stres. Przyzwyczajony przez dziadka-piekarza do ciast, walczy ze smutkiem w jedyny znany sobie sposób, jedząc bez opamiętania. Nic dziwnego, że wkrótce robi się gruby. To wywołuje po czwarte – koledzy w szkole znęcają się nad bohaterem. Timmy nie wierzy w poprawę losu. Sądzi, że już zawsze będzie klasowym popychadłem – a brak wsparcia w rodzinie przyczynia się do kryzysu. Ale Timmy ma też pewien magiczny dar: zaczarowane są jego palce u nóg. To wystarczy, żeby chłopiec odkrył w sobie talent do piłki nożnej. Teraz „Chłopiec szybki jak strzała” może już odbudować swoją pozycję w grupie rówieśników. Moc, którą zapewnia mu łatwość strzelania goli, z czasem przeniesie na pozostałe zmartwienia. Wprawdzie nie odzyska mamy, ale w zamian otrzyma serdeczną rodzinę. Sport, rzecz jasna, zlikwiduje też problemy z nadwagą.

„Chłopiec szybki jak strzała” to książka, z której dzieci wiele wyniosą. Praktyczne wskazówki z tej powieści dają się przenieść bezpośrednio do świata odbiorców. Każdy, kto odkryje w sobie jakąś umiejętność, może szybko zyskać silną pozycję w grupie – i przyjaciół, którzy stanowią najlepsze antidotum na złośliwców. Dodatkowo Sally Gardner przemyca niezawodne wskazówki dla grubych dzieci: sport i ograniczenie słodyczy to najlepsza metoda na szczupłą sylwetkę, więc i ukrócenie docinków innych dzieci. To podpowiedź prosta, a przy tym możliwa do zastosowania bez względu na wiek odbiorcy.

Ponadto jest tomik „Chłopiec szybki jak strzała” powieścią o spełnianym marzeniu. Tu bohater stopniowo odkrywa sens sportowych emocji, coraz bardziej przeżywa rozgrywki. Na boisku czuje adrenalinę, tych chwil można mu pozazdrościć. Bohater w euforii odnajduje swoje przeznaczenie. Sally Garder takimi obrazkami zachęca do szukania szczęścia, wprowadza też promocję aktywności fizycznej: radość Timmy’ego, który realizuje się na boisku, jest niemal zaraźliwa. I podczas lektury zapomina się, że wszystko jest konsekwencją posiadania magicznych palców: każdy może odkryć w sobie talent i rozwijać go, dążąc w ten sposób do wewnętrznej harmonii i satysfakcji.

Gardner nie ucieka od prawdziwych problemów dzieci. Prześladowcy Timmy’ego wciąż próbują być złośliwi – tyle że nie mają już nad kim się znęcać, Timmy przestaje być ofiarą. Parasol ochronny, jaki daje mu pasja, wystarcza, żeby poskromić szkolnych wrogów. Zemsta nie przychodzi bezpośrednio: Timmy nie musi zniżać się do poziomu kolegów, żeby odegrać się na nich za wszystkie krzywdy oraz cierpienia. Wystarczające upokorzenie przeżyją, kiedy zostaną strąceni z piedestału za sprawą chłopaka, którym pogardzali. Sally Gardner odwołuje się tu do motywów, które na pewno przykują uwagę małych odbiorców. Pokazuje, że rozumie problemy dzieci i ma rady znacznie lepsze od zwykłych porad rodziców i wychowawców. Pozwala swojemu bohaterowi uwierzyć w siebie, a dzięki temu pozbywa się najpoważniejszych kłopotów, które wydawały się nie do rozwiązania. „Chłopiec szybki jak strzała” to publikacja najciekawsza z całego cyklu nie tylko ze względu na fabularne rozwiązania podstawowych trosk maluchów, ale i z uwagi na sam temat piłki nożnej – dobrze tu zaprezentowany i przypominający odbiorcom o znaczeniu kondycji.

niedziela, 15 marca 2015

Sally Gardner: Najmniejsza dziewczynka na świecie

Muza SA, Warszawa 2015.

Dar

Seria o magicznych dzieciach nie przypomina serii o magicznych zwierzątkach. Sally Gardner idzie w baśniowe rozwiązania, tak dzisiaj niepopularne i coraz rzadsze w literaturze czwartej. „Najmniejsza dziewczynka na świecie” nie zaczyna się wcale krzepiąco: bohaterka, córka pary magików, zostaje osierocona. Przyjęta – przez wzgląd na geny i domniemane talenty – do najlepszej szkoły magii z jedynym tam stypendium nie może odkryć w sobie żadnej umiejętności czarowania. Jakby tego było mało, rywal jej rodziców dostrzega łatwą możliwość zapanowania nad ich dziedzictwem i sekretami – podaje się za wuja Ruby, zabiera ją ze szkoły i próbuje zmusić do zdradzenia sztuczek. Ruby nie zna żadnej. Jedynie podczas stresu bardzo maleje – do tego stopnia, że mieści się już w kieszonce starej walizki i może tam pozostać niezauważona. I dopiero gdy Ruby chce odwdzięczyć się swojej nowej opiekunce, poznaje moc czarów.

W tej serii autorka w zawoalowany sposób opowiada najmłodszym o problemach dzieci. Zwraca uwagę na łych dorosłych, którzy zrobią wiele, nie licząc się z uczuciami maluchów, ale pokazuje też płynącą z samopoznania siłę. Ruby przełamuje swój strach, gdy może udowodnić, ile jest warta. W jej przypadku czary to dowód triumfu nad smutkiem, krzepiący obrazek. Są również potrzebne fabule, bo Sally Gardner dla podsycania napięcia zdradza czytelnikom niebezpieczeństwa płynące z czarowania: Ruby może nawet na zawsze zostać uwięziona w zaklętej lampie. Tak stanie się, jeśli zaufa niewłaściwej osobie.

Cała historia okazuje się dosyć prosta, ale nie jest wolna od silnych przeżyć: najmłodsi będą bardzo kibicować Ruby. Zwłaszcza że jej przygody nie należą do typowych. Gardner nadaje fabule pewną staroświeckość, zwłaszcza przez to, że nie stroni od tematów trudnych, a kiedyś obowiązkowo obecnych w literaturze czwartej. Umie poradzić sobie z opisywaniem dowolnych przeciwności losu, a fakt, że ucieka w scenki rodem z wyobraźni, sprawia, że nie przestraszy dzieci. Najmłodsi poczują się nawet połączeni z bohaterką – w końcu chyba każde dziecko w chwili zagrożenia lub przykrości chciało kiedyś zmaleć tak bardzo, żeby prawie zniknąć. Ruby tym tylko różni się od odbiorców, że zmniejszanie się przeżywa naprawdę – i jest to element, który pozwala jej odnaleźć swoje miejsce w świecie.

W losach Ruby splatają się i doświadczenia Calineczki, i Małej Księżniczki. Dziewczynka, żeby odnaleźć szczęście, musi przetrzymać kolejne przeciwności losu – w końcu trafi na dobrą opiekunkę, która pomoże jej w samookreśleniu. Sally Gardner pokazuje dzieciom ich prawdziwą siłę, ujawniającą się w chwilach największych zagrożeń i trudną nawet do wyobrażenia, gdy wszystko dobrze się układa. „Najmniejsza dziewczynka na świecie” nie musi imponować umiejętnością czarowania – ważne, żeby dowiedziała się, że jest coś warta, kiedy pozostaje sobą – i że mimo obecności wrogów znajdą się ludzie, którzy to docenią. A wtedy już bohaterka stanie się prawie niezniszczalna.

Akcja w „Najmniejszej dziewczynce na świecie” rozgrywa się bardzo szybko. Powieść nie jest długa, a duże litery wskazują, że to dobra lektura do lekcji czytania. Sally Gardner stara się, by najmłodsi zrozumieli różne płaszczyzny jej historii i wyciągnęli z przygód Ruby ważne dla siebie wnioski. Celowo unika słodzenia historii i dodawania do niej prostych pocieszeń – chce natomiast tym tomikiem pokazać, że każdy może być wartościowy, bez względu na odziedziczone talenty czy własne lęki. „Najmniejsza dziewczynka na świecie” opowiada również o samoakceptacji i dla małych czytelników będzie cenną lekcją.